Anafielas
Pieśń z podań Litwy
Pieśń trzecia i ostatnia.1 Witoldowe boje
Litwie i Żmudzi
Te Trzy Pieśni
Anafielas
poświęcił
J.I.K.
Witoldowe boje
I
Dlaczego duchem po rodzinnéj ziemi
Błądzę ja zawsze, rozkopując groby,
I szukam życia zgasłego pod niemi2,
Życia wśród prochów, śmierci, wśród żałoby?
Dla czego idę ze świata upiorem3
Na Anafielas, gdzie naddziadów4 cienie,
Z łukiem na plecach, a w rękach z toporem,
Z siwemi brody5, siadłszy na kamienie,
Płaczą i patrzą ku rodzinnéj stronie
Szklannemi6 oczy7, bez łzy i uśmiechu,
Sparłszy8 na oręż spracowane dłonie,
Sparłszy na ręce piersi bez oddechu?
Dla czego duch mój nie pójdzie z żywemi9
Życiem dzisiejszém10 serca rozweselać,
I bujać z niemi, i rozśmiać11 się z niemi,
I ich roskosze12 i radość podzielać?
Dla czego w górę zwracam tęskne oczy,
i szukam duchów, co w nieba wzleciały,
W kraj nieśmiertelny, smutny a uroczy?
Dla czego z niemi i w nim żyję cały?
Dla czego w pieśni umarłych, co ludzi
Piersi nie grzeje, serca nie porywa,
Wiecznie się głos mój wysila i trudzi,
I ledwie ustał, znowu się odzywa?
Czemu sam jeden na Anafiel lecę,
Na próżno ciągnąc zimny lud do siebie;
Wskazując przeszłość, stary ogień niecę,
Sam tylko, Litwo, mając łzy dla ciebie?
Czemu?? — nie powiém, i wy nie powiécie13,
Bo nikt z was nie wié14 słowa téj zagadki:
Z piastunki ręku15 czemu drobne dziécię,
Płacząc, się ciągnie do grobu swéj matki?
Matką mi — przeszłość, a piastunką — życie.
II
O morze! sine morze! kto nad cię piękniejszy?
Z wszystkich Stwórcy objawień kto większy od ciebie?
Nic twych wdzięków nie zgasi, wielkości nie zmniejszy;
Piękneś w obliczu ziemi i piękne przy niebie,
I wielkie, i ogromne, jakby Bóg cię stworzył,
Aby wieczność wystawił16, ludzi upokorzył.
Czy słońce się przegląda w twéj zielonéj fali,
I, topiąc swe promienie w przezroczyste głębie,
Stem17 barw ciebie ubiera, płomieniem zapali,
Lub maluje, jak opal, jak szyje gołębie,
Czy noc czarna zapadnie, Menes18 wejdzie blady,
I strugą światła śrébrną19 wysypie swe ślady,
Ty zawsze wielkie, piękne, ty zawsze cudowne!
Oko ludzkie, co na twych przestrzeniach spoczywa,
Drogie myśli z twych głębin, obrazy czarowne,
Droższe pereł, korali, nurzając, dobywa;
A ucho twego głosu słuchając zdumiałe20,
Zda się słyszy, jak w niebie nócą21 Bożą chwałę.
Ciche, tyś wielkie, straszne w swoim majestacie,
W lazurem, zielonością wyszywanéj szacie;
Zburzone, ty falami bijąc brzeg zszarpany,
Rycząc, z wnętrzności białe wyrzucając piany,
Trwogą napełniasz serce, duszę niepokojem,
Jakbyś ziemię pochłonąć chciało w łonie swojém.
Morze! czemuż ten, co cię pokochał namiętnie,
Jak piérwszą miłość w duszy, pamięć twoję22 chowa,
I wspomina o tobie z uniesieniem, smętnie?
We snach ku twoim brzegóm23 zwraca mu się głowa
I serce na szmer fali podnosi się twojéj,
A w oczach wciąż twa wielkość i piękność mu stoi?
III
Chmurne niebo nad głowami,
Żółte piaski naokoło,
W dali szumi bałwanami24
Sine morze burzą wzdęte,
Wyżéj Świętéj Góry czoło,
Sosnowym wiankiem opięte,
Chmury lecą po niebiosach.
Po ziemi piasku tumany,
Wiatr w sosen zielonych kosach25
Wyje burzą rozpasany,
I zaszumi gdzieś na chmurze,
To na morzu, to na górze.
Znowu cicho, znowu fale
Konają na piasków łonie,
Chmury toczą się wspaniale,
Sosny zgięte wznoszą skronie,
Cisza wkoło, którą zrywa
Ptaków gromada krzykliwa.
Lecz już znowu ryczy morze,
Piaski z brzegów wiatr rozprasza,
Chmury rozrywa i porze26,
Sosen gałęzie podnasza27,
Lecz nie słychać w burzy ryku
Sosen szumu, ptaków krzyku.
Wieczór chmurami odziany,
Już zachodnie gasną zorze
Blaski krwawemi28; bałwany,
I dalekie błyszczy morze,
A na górze zza gęstwiny
Dym się w niebo podniósł siny.
Na górze, w sosnowym wianku,
Bieleją mury świątyni;
W niéj goreje bez ustanku
Ogień Litewskiéj Bogini;
Dwanaście dziewic swojemi
Tli go rękoma białemi.
I nieraz żeglarz zbłąkany,
Gdy burza z łodzią szaleje,
Wierzch góry w sosny odziany,
Ogień, co na górze tleje,
I Bóstwo wzywa w rospaczy29,
Aż znak wybawczy zobaczy.
Pusto; na niebios przestworzu
I ptak jeden nie przeleci;
Łódź nie czernieje na morzu;
Na ziemi w piasków zamieci
Duchy szalonemi skoki30
Na Bałtyk lecą széroki.
I znowu wiatr się uśmiérza,
Chmury rzadnieją31 nad głową,
I wolniéj fala uderza
W żółtą mieliznę piaskową,
Ptaki nad morze wzleciały
A sosny szumieć przestały.
Czyjaż tam suknia bieleje
Na wydmach piasku w oddali?
Wiatr jasnym fartuszkiem wieje.
Czy to bóstwo wyszło z fali?
Czy to Bałtyku królowa32,
Po kochanku płacze wdowa?
Czy to morza córa biała
Zbiera rozpierzchłą drużynę,
Którą burza rozsypała,
Bijąc o brzeg fale sine?
Czy zbiera rybki, co drgają,
Na piasku wody czekają?
Czy to Praurma33 góry swojéj
Idzie kapłanki odwiedzić?
Służby, co w świątyni stoi,
Tajemne kroki dośledzić?
Praurma, co na Litwy niebie
Nie zna możniejszéj nad siebie?
Nie bóstwo to, nie duch morza,
Żmudzka to idzie dziewczyna,
Widymuntówna to hoża,
Bojara córka jedyna,
Wejdalotka z Świętéj Góry
Śpieszy pod ołtarza mury.
Na głowie wianek ruciany,
Na szyi sznur bursztynowy,
Rąbek34 biały spływa z głowy,
Fartuch w dzwonki obszywany,
A koszulka z lnu żmudzkiego,
Jak piana morska białego.
Niespokojna — noc zachodzi,
Gasną zorze, duchy wstają,
Z morza na spróchniałéj łodzi
Już topielce przybijają,
I po brzegach wyć poczęli,
Pastwę35 ciągną do topieli.
Duchy nocy już głosami
Ptaków krzyczą, i czarnemi
Skrzydły36 wioną nad głowami,
Smutne pieśni nócąc37 ziemi.
Ona śpieszy — noc zapada,
A przed nocą wrócić rada.
Już pod górą, a po błoni38
Słychać tentent39 i parskanie:
Jakiś jeździec za nią goni;
Miecz mu brzęczy, a w kołczanie
Pióra strzał zaszeleściały40,
A koń parą bucha cały.
Ona bieży, on ją goni;
Po piasczystéj41 lecą błoni;
Ale biały koń wyściga
Coraz dziewczę, coraz bliżéj,
I jak strzała tylko miga,
Ku niéj prędzéj, ku niéj chyżéj.
Aż ją dognał; ona stała,
Serce biło, twarz pałała;
On jéj w oczy zadziwiony
Patrzał długo, patrzał śmiało.
— Dziewczę! z któréj idziesz strony?
Co cię w burzę tu zagnało? —
— Córką jestem Widmuntową,
Wejdalotką z Świętéj Góry;
Bracióm42 strawę niosłam dniową43,
Gdy mnie burza, gdy mnie chmury
Na morskim brzegu zastali44,
I dzień cały zatrzymali.
Teraz wracam do ołtarzy.
Nie czyń złego, puść mnie, panie!
Bóg podróżnych niech ci zdarzy
Szczęsną drogę, powitanie
W progu zamku, gdy spoźniony45
Do dzieci wrócisz i żony. —
— O! do zamku mi daleko!
Widmuntówno! nie dziś stanę;
Za siódmą on stoi rzeką,
A gdy wrócę, nie kochaną
Żonę, ale psy, sokoły,
Powitam w nim, niewesoły. —
I poleciał. Ona stała;
Raz ku górze, dwa ku niemu
Tęskno, smutno spoglądała;
I powoli ku swojemu
Szła ustroniu, a dumała
Z okiem w ziemi, w myślach cała.
Jasne niebo, znikły chmury,
Żółte piaski złotem świecą,
Na wierzchołek Świętéj Góry
Stada dzikich ptaków lecą,
I krążąc nad nią wokoło,
Pieśń zaśpiewały wesołą.
Już nie szumi gaj sosnowy,
Morze do snu się kołysze,
Fala, brzeg całując płowy,
Ledwie szmerem przerwie ciszę.
Światło wkoło, radość wkoło,
W niebie, na ziemi wesoło.
Tam rybacy z siecią płyną
I pieśniami brzeg żegnają,
Wiosłem wodę porąc46 siną,
Pieśnióm47 wtóry wybijają.
Światło wkoło, radość wkoło,
Na ziemi, morzu wesoło.
Ale słońce już zapada
Do kąpieli po upale,
Na noclegi ptaków stada
Lecą w jezior ciche fale,
A Święta Praurymy Góra
Cieniem słoni48 się ponura.
Tylko na jéj sosen skronie
Jeszcze słońce rzuca blaski;
Stoją w złocistéj koronie,
Ponad morze, ponad piaski
Harde, smutne wznosząc głowy,
Stróże świątyni Królowéj.
Czyjaż tam suknia bieleje
Na żółtych wydmach w oddali?
Wiatr jéj rąbkiem jasnym wieje.
Czy to bóstwo wyszło z fali?
Czy to Bałtyku Królowa,
Po kochanku płacze wdowa??
Czy to morza córa biała
Zbiera rozpierzchłą drużynę,
Co fala powyrzucała,
Bijąc o brzeg fale sine,
I zbiera rybki, co drgają,
Na piaskach wody czekają?
Czy to Praurma góry swojéj
Idzie kapłanki odwiedzić?
Służby, co w świątyni stoi,
Tajemne kroki dośledzić?
Praurma, co na Litwy niebie
Nie zna możniejszéj nad siebie?
Nie bóstwo to, nie duch morza,
Nie Praurma w ludzkiéj postaci;
Biruta, Żmudzinka hoża,
Wraca od rybaków braci,
Z rucianym wiankiem na skroni,
Z próżnym koszem w białéj dłoni.
Znowu tęskni, znów ją goni
Jeździec na siwym żmudzinie49;
Niedźwiedzi ma szłyk50 na skroni,
Burka51 czarna z ramion płynie,
Łuk rogowy, miecz u boku,
W ustach uśmiech, duma w oku.
Widmuntówna go ujrzała
I szła daléj — serce biło;
Zrumieniona, w strachu cała,
W sercu, w uszach jéj tętniło;
Nie widziała, gdy ją witał,
Nie słyszała, gdy zapytał:
— Dokąd? Widmuntówno hoża!
Dokąd poźnym52 znów wieczorem?
Już zachodnia gaśnie zorza,
Krucy kraczą ponad borem —
Duchy lecą, widma lecą,
Kaukie53 złém już okiem świecą! —
— Kapłanką jestem Zniczową,
Wejdalotką z Świętéj Góry;
Bracióm54 strawę niosłam dniową55,
Pod świątyni wracam mury.
Od złych duchów, złego człeka,
Praurmy broni mnie opieka. —
— Widmuntówno! pojedź ze mną.
Dość kapłanek ma Prauryma.
W moim zamku pusto, ciemno,
I zaświecić komu nié ma56;
Zamek smutny, opuszczony —
Dzieci nie mam, nie mam żony.
Pojedź ze mną. Skarb mój mnogi,
Sług mam wielu, kraj széroki,