Szpieg

obrazek współczesny narysowany z natury

Idąc w dół Bednarską ulicą ku Wiśle, minąwszy hotel Smoleński po prawéj ręce w domu zajętym przez różnych rzemieślników a od ulicy dającym schronienie zagadkowym płci obojéj mieszkańcom, jest na dole rodzaj szynkowni nazywającéj się bilardem. Nad oknami lokalu wisi tablica z namalowanemi dwóma kijami, trzema kulami piramidalnie ułożonemi, i napisem:

Bilart pywo i różne tronki.

Na lewo od bramy w pierwszym pokoju posypanym piaskiem stoi w istocie bilard staruszek, który koleją z Krakowskiego przedmieścia, przez różne przechodząc ulice, dostał się aż na Bednarską. Ztąd, jeżeli go jaka katastrofa nie spotka, wywędruje już chyba do małego miasteczka na prowincyą. Do głównéj sali dość ciasnéj, przypiera jeszcze drugi pokoik ze czterema stoliczkami białemi, dla amatorów piwa, i ciemna komórka gdzie gospodyni, służąca i całe zapasy tego zakładu są złożone. Zwykle we dnie zupełnie tu bywa pusto, służący za markiera chłopak spoczywa wyciągnięty na dwóch krzesełkach, a dystrybutorka piwa drzemie w drugim pokoju. Ale w pewnych chwilach dnia, i w pewnych dniach tygodnia ożywia się ten lokal wielkim przypływem czeladzi rzemieślniczéj i robotników z sąsiednich warsztatów. Pomimo to handel idzie bardzo licho, a wdowa co go utrzymuje chciałaby sobie przepytać inny chleba kawałek. Większe bawarye stolicy pochłaniają wszystkich opiwoszów, muzyka pociąga do ogródków, a mała bawarya musi się obywać tymi, którzy nie wiele mają czasu i nie dużo pieniędzy.

Ma ona jednak swoich wiernych zwolenników, bo nałóg nawet tak niepozorne miejsce znośnem i miłem uczynić może. Pani Szymonowa kobieta, która wiele nieszczęść przeszła w życiu i wydobyła się z nich smutną i wzdychającą, tłustą i podstarzałą, przy pomocy służącéj dosyć spiesznie i grzecznie obsługiwała swych gości, tę tylko jednę miała wadę że nieustannie wzdychała, a oczy dowodziły że płakiwała po kątach. Przybywający zawsze wolą twarze wesołe, a łzy czułości do reputacyi bilardu wcale nie pomagały, nie jeden zwątpił o dobroci piwa widząc smutne i zamyślone oblicze pani Szymonowéj. Jakoś to się jednak trzymało i wieczorami bywało pełno, ale dużo kredytować musiano, a na takich należnościach więcéj się traci, niż odzyskać może.

Jednego dnia majowego 1861 roku, gdy już dobrze zmierzchało, człowiek lat średnich, twarzy bladéj, czarnych i namiętnych oczów, ręce włożywszy w kieszenie szedł nieprzytomny, osłupiały i zamyślony Bednarską ulicą w górę. Jak gdyby mu sił brakło stawał czasami, ręką ocierał chmurne czoło, szeptał coś sam do siebie, uśmiechał się i powoli wlókł się znowu.

Było to uosobione odrętwienie które następuje po rozpaczy. Cały zdawał się być w sobie i w swéj boleści, ale już ani z nią walczył, ani szukał na nią ratunku. Doszedłszy do domu w którym był szynczek pani Szymonowéj dostrzegł światła w oknach i zapatrzył się w nie. Okiennice nie były jeszcze zamknięte a przez szyby, nie pierwszéj czystości, widać było dwóch mężczyzn zajętych szlachetną grą bilardową. Po chwilce namysłu przechodzień machnął ręką i skierował się ku drzwiom. W pierwszéj izbie dwóch jakichś panów walczyło o lepsze na zielonem suknie, z zimną krwią wielkich i pewnych siebie artystów. W drugiéj słychać było brzęk szklanic bawara i cichą jakąś rozmowę. Na granicy, w progu stała smętna Szymonowa ocierając oczy fartuchem. Bilard był oświecony z góry kienkietem równie starym jak on sam, zakatarzonym i dymiącym; dwa podobne mu, mniejsze spełniały swe posłannictwo kopcąc ściany i łzami tłustemi oblewając podłogę po bokach.

W ciemniejszym kątku téj izby, przy małym stoliczku nad arystokratyczną filiżanką kawy do któréj musiał dolewać rumu, gdyż flaszka jego obok była pod ręką; siedział jegomość lat dojrzałych w wytartym kapeluszu na głowie, z grubym kijem w rękach. Twarz jego kwitnąca piwonjowemi kolorami świadczyła że spirytusami się nie brzydził, była to zresztą jedną z tych twarzy najpospolitszych które wcale nie zastanawiają: jaki taki nos, pierwsza lepsza gęba, tuzinkowe oczy i całość nieznacząca, nie zwracały nań wejrzenia, można go było minąć niepostrzegłszy. — Półksiężycowe bakenbardy jakie dawniéj grenadjerowie nosili, i wąsik wyszwarcowany do góry kazały się domyślać exwojskowego. Miał nawet w dziurce od guzika kawałek jakiejś pstréj wstążeczki. Poważnie smoktając kawę i popalając z wysileniem cygaro które mu nie ciągnęło chociaż je uparcie do posłuszeństwa chciał zmusić — poglądał tu i owdzie jak gdyby szukając towarzystwa. Nikt się jednak do niego nie zbliżał, a służba bilardowa z niezmiernem służąc mu uszanowaniem, ukosem i z obawą na niego patrzała. Była to widocznie postać narzucona, obca miejscu i z innych tu powodów niż zwykli goście, przybyła.

Gdy ów człowiek z ulicy wchodził do izby, na pierwsze drzwi skrzypnięcie oczy milczącego jegomości już go od stóp do głów zmierzyły i wybadały. Łatwo w nim zresztą było poznać kogoś co tak cierpiał, że nie wiedział prawie co czynił i co się z nim działo. Ubiór jego wskazywał niegdyś może dostatniego rzemieślnika, ale był zużyty i podarty; szlachetnych rysów twarz powlekała chorobliwa żółtość, włosy były w nieładzie i miejscami płatami posiwiałe. Wszedłszy, nieznajomy nie wiedział co z sobą zrobić, popatrzał, zakręcił się i padł na stołku przy drzwiach. Ledwie usiadł wybiegła zasmolona dziewczyna z drugiéj izby i stanęła przed nim, było to nieme zapytanie, którego on z razu nie zrozumiał, a potem zawahawszy się, rzeki ochrypłym i słabym głosem:

— Kieliszek wódki!

Gdy mu przyniesiono pochłonął go jednym łykiem, odepchnął tackę z chlebem, rzucił dziesiątkę i głęboko się zamyślił. Od chwili wnijścia oczy exwojskowego nie opuszczały go, śledził jego fizjonomią i ruchy, i żywo zdał się nim zajmować. Bilardowi gracze skończywszy partyą wkrótce wyszli, markier usunął się do drugiéj izby, a owi dwaj zostali sam na sam. Naówczas mężczyzna w kapeluszu wstał od kawy, począł się przechadzać, poprawił w zwierciedle bakenbardy, odchrząknął i zbliżywszy się do człowieka przy drzwiach, rzekł z cicha:

— No cóż Panie Macieju, jak widzę zawsze bieda?

Tamten jak przebudzony nagle głowę podniósł, lecz zdawał się nie rozumieć pytania.

— Hm! bieda panie Macieju!

— Co? rzekł niewyraźnie zapytany. —

— Mówię, źle coś na świecie!

— Alboż kiedy było lepiéj?

— Ha! ono by to mogło być lepiéj, gdyby ludzie rozum mieli.

— Rozum? a na co się on zda kiedy doli niema?

— Przy rozumie i szczęście się znajdzie!

— Djabła tam! —

— A ja wam mówię, dodał kręcąc wąsa pierwszy, że nigdy rozpaczać nie trzeba, i doświadczonych ludzi słuchać...

— I jam ci to nie chłystek!

— Ale się wam od biedy w głowie pobałamuciło. Wiesz panie Macieju, że kiedy doktor zachoruje gdyby był najlepszy nigdy sam siebie nie leczy, trzeba ludzi słuchać, ja ci to powtarzam jeszcze raz.

— Próbowałem ci ja tych ludzi, ale mi żaden nie poradził. Słowo nie kosztuje, słów ci każdy nasypie, a co potem? językiem miele, ręką nie ruszy —!

Exwojskowy obejrzał się bacznie po izbie, wziął Macieja pod rękę, zaprowadził go do swego stoliczka, nalał mu kieliszek rumu i zmusiwszy do wypicia posadził go przy sobie.

— Słuchaj no, rzekł, rzemiosło nie idzie, prawda? Albo to nie ma innego kawałka chleba? Ja bym ci gotów i naraić; ale to delikatna materja...

Maciej spojrzał z ukosa ale zmilczał.

— Pierwsza rzecz, szepnął bardzo ostrożnie jegomość z wąsami, potrzeba mi dać słowo że co między nami się powie zostanie jak na spowiedzi.

— Już to mój panie poruczniku, rzekł Maciéj, kiedy rzecz jaka musi być tajna to i licha warta. Jam przywykł szeroką chodzić drogą i o białym dniu, a manowcami i po nocy nie umiem.

— No, to sobie z głodu umieraj, kiedyś taki pyszny pan. Przecież miarkować możesz że ja cię do kradzieży ani do rozboju, ani do przemycania namawiać nie myślę...

— Więc czegoż takie tajemnice?

— Mój kochany, tobie to trudno zrozumieć, ale do ważnych, bardzo ważnych spraw czasem małe rzeczy są potrzebne i mała usługa a dobrze się płaci...

— Eh! słuchaj poruczniku! co tam bałamucisz, mów bo mi otwarcie, jak masz mi dać dobrą radę, to nie dróżże się z nią.

Porucznik zdawał się jeszcze namyślać potem zaczął mu szeptać do ucha:

— Możesz mieć i protekcyą i pieniądze i co zechcesz: Rząd potrzebuje wiedzieć co tu za konszachty ludzie między czeladzią i robotnikami czynią względem tam jakiéjś głupiéj rewolucyj. Ja mam dobre zachowanie z Pauluccim i innymi, zarekomendowałbym ciebie. Pięć złotych na dzień jak znalazł, gratyfikacye jak się coś przyniesie, i na przyszłość może być jeszcze jaka promocja.

Maciéj zbladł i zadrzał, zimny pot wystąpił mu na skronie.

— Bądź pan pewnym, rzekł głosem przerywanym, że co między nami się powie, świat o tém wiedzieć nie będzie. Zawsześ to może uczynił z dobrego serca, ale mój panie poruczniku choć zniosłem dużo, choć się łamię pod ciężarem, jeszcze mi Bogu dzięki na myśl nie przyszło żyć cudzą krwią i nieszczęściem.

Uchwycił się oburącz za głowę i dodał z oburzeniem:

— Toć lepiéj na pragski most i buchnąć do Wisły. Wszystko się skończy; ale człek z czystem sumieniem pójdzie na sąd Boży.

Porucznik niezmięszany wcale, zaczął się śmiać.

— Jakie z ciebie dziecko! rzekł, widziałeś ty kiedy, żeby człowiek bez cudzéj krzywdy miał kawałek chleba? Myślisz że na tych karetach co to się w ulicy świecą nie ma i krwi i potu cudzego? Trawa je ziemię, wół je trawę, człowiek je wołu, taki to już porządek; zresztą niech sobie rząd bierze na swoje sumienie co tam chce, ja donoszę co widzę i co mi tam do tego! Ten winien kto na złe użyje, a nie ja! —

— Dajcie pokój poruczniku! na ten chleb ja nie pójdę, ani bym go jadł, ani bym strawił, bo by mnie jęki nieszczęśliwych zadławiły.

— Czekajcieno jeszcze Panie Macieju, odparł porucznik, Wać Pan jesteś uczciwy człowiek, jemu to mogę szczerze powiedzieć, nie od dziś to moje rzemiosło, namawiałem ja sobie dużo towarzyszy ale zawsze z początku tak bywało jak z waćpanem, dopiero jak głód dokuczy, rozum przychodzi. Wzdraga się człek, wzdraga, potém rozmyśli i przyjmuje. Mnie waćpana żal, daję ci tydzień do namysłu... a potém, zobaczemy. —

Popił trochę kawy, popalił cygaro i dodał:

— Nie potrzebuję przestrzegać, że jakbyście się wygadali, to w więzieniu zgnijecie. To już nie moja rzecz, ale sprawa rządowa.

Maciéj westchnął głęboko i łzy mu się z oczów potoczyły.

— Miły Boże! zawołał po cichu, na co człek zszedł! i Bóg widzi nie własną winą! Ale nie, nie, do tego nigdy nie dojdę! raz się umiera!

— Mówię ci nie zarzekajcie się, z uśmiechem szepnął porucznik, nie trzeba pluć na wodę... żeby się jéj potém nie przyszło napić. —

Chciał jeszcze nalać kieliszek rumu Maciejowi, ale ten podziękował, i wstał, kroplisty pot ocierając z czoła.

— Jak się namyślicie, to mnie tu prawie każdego wieczora znaleść możecie, rzekł wąsaty. —

Na tém skończyła się rozmowa. Maciéj wysunął się z izby i powlokł ulicą.

Zaledwie uszedł kilka kroków, gdy go ktoś trącił w ramię i rzeki z cicha, nieznanym mu głosem. —

— Chodźcie za mną!

— Dokąd? po co?

— A no! to się zaraz dowiecie, ale chodźcie bo sprawa ważna i o waszą skórę idzie. —

— Dalibyście mi pokój, ja was nie znam.

— Ale ja znam ciebie, rzekł nieznajomy, chwytając go za rękę. — Jesteś Maciéj Kuźma, majster stolarski, niedawnoś się wyzwolił, ręką ci nie idzie. Masz żonę chorą, troje małych dzieci, kilka set złotych długu, na drzewo ani grosza, ani czeladzi czém opłacić; chodzisz jak struty, złe ci myśli po głowie wędrują, a źli ludzie kusiciele gotowi z tego korzystać.

Maciéj słysząc to wszystko, prawie osłupiał ale mu na myśl przyszło, że to może dalszy ciąg rozmowy z porucznikiem, że to próba tylko. Już mu téż sama ta myśl szpiegostwa piersi paliła.

— Słuchaj, rzekł popychając zatrzymującego człowieka: idź ty odemnie precz szatanie jakiś, a nie, to ci głowę rozwalę.

Nieznajomy zaczął się śmiać. —

— Cóż to, ty mnie bierzesz za jakiego towarzysza porucznika? czy co? Domyślam się co on tobie raił, ale ci przysięgam na ten potrzaskany krzyż, co go Moskale znieważyli, że to całkiem inna sprawa! Możesz ze mną iść bezpiecznie, sumienia ci nie zamącim. Właśnie żem widział i domyślam się co odpowiedziałeś porucznikowi, dla tego cię z sobą chcę prowadzić.

— Przysięgnij jeszcze raz!

— Na co chcesz?

— Przysięgnij na zbawienie, że mnie nie zwodzisz!

Nieznajomy, słuszny mężczyzna w bardzo porządnem ubraniu, którego twarzy ciemność dostrzedz niedozwalała, rozpiął się, dobył medalik zawieszony na szyi i powtórzył uroczyście przysięgę. —

— No, to chodźmy rzekł Maciéj. —

W milczeniu przeszli kawałek Krakowskiego Przedmieścia, a nieznajomy wiodąc przodem wszedł do jednéj z kamienic naprzeciw Dobroczynności... Po ciemnych wschodkach dostali się na trzecie piętro. Tu przewodnik trzy razy po trzy zapukał do maleńkich drzwiczek, które się nierychło otwarły. Przedpokój był zupełnie ciemny, przybyły poszeptał coś z otwierającym, stali chwilę w mroku a nareszcie weszli z Maciejem do oświeconego pokoju. —

Była to izdebka mała o jednem oknie i dość pusta. W środku prosty stolik, kilka wyplatanych krzeseł, w kacie łóżko z materacem ale bez pościeli: Jedna świeca nie bardzo rozjaśniała ciemne to i smutne schronienie. Teraz dopiero Maciéj się mógł przypatrzeć i temu co go tu przyprowadził i drugiemu którego w mieszkaniu zastali. Obaj byli ludzie młodzi, przewodnik słuszny barczysty, szlachetnych rysów mężczyzna, drugi blondyn, delikatny, wątły, blady, ale rysów pełnych energii. — Duszy jego zdawało się być ciasno w téj powłoce, tryskała oczyma, wyrywała się ustami, świeciła aureolą na czole.

— Panie Macieju, rzekł pierwszy, jesteś między uczciwymi ludźmi, między swoimi, mów co ci tamten szatan kładł w ucho kusząc cię?

Maciéj zatrzymał się chwilę, pomyślał. —

— Czy Panu Bogu czy djabłu, rzekł, jak się da słowo że się będzie milczało trzeba dotrzymać? nieprawdaż?

— Nie ma co mówić, rzekł blondyn, macie słuszność; ale kiedy tak, to my wam powiemy o co tam chodziło. — Gotów jestem odgadnąć nietylko co się mówiło, ale jak się tam gadało.

Maciéj osłupiał.

— Jeżeli panowie tak rozumni jesteście odparł kwaśno, to należycie pewnie do jednego bractwa z porucznikiem. Otoż wam powiem jak jemu, że ze mną nic nie wskóracie. To darmo, jestem biedny człowiek i biedniejszy może od wielu, ale cudzemi łzami i krwią żyć nie chcę! Bywajcie acaństwo zdrowi. Obrócił się ku drzwiom gdy uczuł że ów blondyn pochwycił go w ramiona, ściskać począł i całować.

— Siadaj panie Macieju, rzekł, tamto jest szelma szpieg, którego prędzéj późniéj stryczek nie minie, a myśmy dobrzy Polacy i pracujemy nie dla rządu moskiewskiego, ale dla naszéj kochanéj ojczyzny. Nie będziemy ci kłamali ani to ani owo, znamy cię przez twoją czeladź i innych towarzyszów, bo i my mamy swoją policyą, musimy się pilnować, widziano że cię kilka razy ów porucznik zaczepiał, łatwo się było domyślić czego chciał. — Otóż kraj od ciebie wielkiéj usługi wymaga.

— Jesteście katolicy? spytał Maciéj, możecie mi się jeszcze raz przysiądz że to czego odemnie chcecie dla naszéj miłéj ojczyzny jest potrzebném?

— Możemy i przysiężem, rzekł blondyn, spojrzyjże na nas czy my wyglądamy na szpiegów i zdrajców?

— O noć to nie, rzekł Maciéj, ale ta Moskiewszczyzna to się ona przybiera na różne figle, a szpiegi tak udają dobrych Polaków, że licho ich tam pozna!

Blondyn miał łzy w oczach, dobył krzyża schowanego w szufladzie i ukazał go Maciejowi.

— Patrz! zawołał, ten krzyż obwiedziony cierniem, zrobiony był z chleba więziennego, polany łzami męczennika, wyszedł on z cytadeli, święty jest sobą i uświęcony boleścią; na ten ci krzyż przysięgamy, że nie ma w nas fałszu...

Maciéj już się prawie zawstydzał swego niedowiarstwa.

— Mówcie, każcie, a co człek podoła to się zrobi, ale Bóg widzi, jeżeli możecie to mnie przez dobrych ludzi poratujcie, żebym naprzód głowę odzyskał, bo mnie bieda oszołomiła że sam z sobą rady dać nie umiem i na nic się wam nie przydam, póki mnie to moje nieszczęście jeść będzie, głupim od bolu.

— Na wszystko się poradzi panie Macieju, ale trzeba i z tém ostrożnie, bo jak cię szpiegi w lepszéj skórze zobaczą, wszystko przepadnie. A my od ciebie także trudnych rzeczy wymagać będziemy.

— Bądź spokojny, dodał drugi, jutro pójdziesz do Dobroczynności po pożyczkę.

— Chodziłem na próżno kilka razy, któż za mnie zechce zaręczyć?

— Znajdzie się tam dwóch obywateli jutro co porękę za ciebie złożą, ale choć ci lżéj będzie, stękaj tak i zawsze, bo nam tak potrzeba.

— Za trzy dni, dodał blondyn, pójdziesz na Bednarską ulicę, znajdziesz tam porucznika, trzeba się jeszcze nawzdragać, ale w końcu musisz przyjąć co on ci ofiaruje...

Maciej rzucił się z krzesła.

— To nie może być!

— Przecież im nic nie będziesz donosił, ale nam przez ciebie potrzeba wiedzieć co się u nich dzieje!

— A! moi panowie drodzy za skarby świata, odparł Maciéj składając ręce, ja się tego nie podejmuję, ja tego nie potrafię...

— Jak to, dla téj miłéj ojczyzny! dla naszéj świętéj wiary!!

— Moi panowie, odparł rzemieślnik, jestem stolarz, gdybyście mi kazali buty robić to nie moja rzecz; tak i to, jestem prosty człowiek a to bardzo kręta sprawa, nie moją to głową podołać. —

Mimo że, jak się bardzo słusznie wyrażał pan Maciéj, była to kręta sprawa, młodzi ludzie zapewnili go, że za ich radą i skazówką uczciwie jéj podoła, choć z wielkiém więc wahaniem, podjął się Kuźma przykrego dlań obowiązku. —

Dobrą godzinę spędzili na tych układach.

— Już to wy tam lepiéj wiecie i na co to potrzebne i jak ma być, rzekł w końcu Maciéj, ale mnie się ono zda, że takiemu wydze jak porucznik, ja chyba rady nie dam... to darmo.

— My wam pomożemy! rzekł blondyn.

— A gdzież ja was będę szukał?

— Około szóstéj wieczorem gdybyście chcieli zajść się pomodlić u figury Matki Boskiéj, naprzeciw Dobroczynności, zawsze tam ktoś z nas być może.

Na tém skończyła się rozmowa i pan Maciéj ze swobodniejszą nieco myślą powlókł się do domu, ale na sercu było mu jeszcze ciężko. —


Dobrze w noc, gdy już u pani Szymonowéj nikogo na bilardzie nie było, porucznik, który przez ostatnią godzinę pobytu swego w tém miejscu spał, czy téż udawał śpiącego, przeciągnąwszy się i zapomniawszy zapłacić gospodyni (co było jego zwyczajem) wyszedł ostatni z bawaryi. Nie daleko mu było do domu, mieszkał bowiem na Dziekance w tylnéj części obszernego domostwa zajętego w większéj części przez bardzo ubogie rodziny. — Dostukawszy się do bramy, przewlókłszy przez dziedziniec miał jeszcze dwa piętra wschodów do przejścia omackiem. We drzwiach, w które uderzył gwałtownie, było u góry małe okienko nieprzezroczyste, przez które słabe dobywało się światełko. Otworzono mu wkrótce, a porucznik poświstując jakby dla dodania sobie odwagi, w kapeluszu na bakier, z cygarem w ustach wszedł do środka. — Drzwi mu otwierała brudna zaspana służąca; w mieszkaniu było głucho, po środku wielkiéj izby paliła się tylko świeca łojowa od dawna nie objaśniana. — Przy jéj mdłym blasku widać było to nędzne mieszkanie, które zarazem mieściło w sobie i całe gospodarstwo rodziny. Ode drzwi były naczynia kuchenne, piec w którym gotowano, nawet potrosze spiżarnianych zapasów w dosyć wielkim nieładzie i opuszczeniu. Daléj w różnych kierunkach, kilka stołów, zarzuconych bielizną i odzieżą. Ku oknu stało pare łóżek niedobrze zasłonionych parawanami papierowemi dosyć obszarpanemi. Jakaś przykra woń ubóstwa i bezrządu wiała od tego schronienia. Nic dla oka i ozdoby, nic dla uczucia i serca, ubóstwo dotkliwe które o niczem nie myśli nad dzień powszedni, rozpoczęte pranie, porozwieszane łachmany, resztki nędznego jadła, nic więcéj widać nie było. Nad wielkim stołem, na którym paliła się świeca, drzemała oparta na rękach kobieta średnich lat, wychudła, w ubraniu zaniedbanem, z roztarganemi siwiejącemi włosami. Rysy jéj twarzy dowodziły że niegdyś była bardzo piękną, nędza nawet, wiek i zaniedbanie nie potrafiły zatrzeć śladów tego daru Bożego, ale czarne prześliczne niegdyś oczy, wpadły głęboko i od łez zagasły, usta kryły się w fałdach, które wyżłobiła boleść, a nawyknienie do ciągłéj walki i pasowania się z nieszczęściem napiętnowały to oblicze dzikim wyrazem jakby stężałego gniewu. Była zaprawdę straszną jak ręką wielkiego artysty wyrzeźbiona głowa Meduzy. Spojrzawszy na nią, można się już było domyślić, dla czego porucznik wchodząc nadał sobie minę odważną. Wszystko tu znamienowało tę wojnę domową, której ślady znać było w nieładzie całego mieszkania.

Usłyszawszy chód kobieta przebudziła się i zerwała, spojrzała na stary zégar wiszący u ściany i ręką wskazała go mężowi. Było w pół do dwunastéj.

— Tośmi się dziś poprawił, rzekła, taka to prawda że wcześniéj miałeś wrócić?

Porucznik naczczo był łagodny ale napiwszy się rumu nader walecznym się stawał, odparł grubijańsko:

— Milcz! stara sekutnico, robię co mi się podoba, a tobie w to nosa nie wścibiać!

Kobieta kiwnęła głową wcale się nie uląkłszy groźnéj postawy.

— Już się to bydlę spiło, rzekła, i huczy, i będzie mi tu przyszedłszy hałasy jeszcze wyrabiał! Milczże mi zaraz i idź spać pijaku, a nie to cię tu nauczę!

Porucznik świstał ale coraz ciszéj; zdjął kapelusz i postawił na stole, cygaro zgasłe próbował zapalić u świecy, ale jakoś na płomień nie mógł trafić, co jeszcze mocniéj dowiodło że jéjmość w swych przypuszczeniach się nie myliła. W istocie był tęgo pijany, pomimo to chciał rozmowę z drażliwéj materyi sprowadzić i zapytał ochrypłym głosem:

— Julek jest?

— Co tobie do Julka? trutniu ty jakiś, odpowiedziała żona. Jakie ty masz prawo pytać o dziecko o które nie dbasz?

— Eh! babo ze mną jak sobie chcesz ale od Julka mi wara, jestem ojcem i powinienem go pilnować — krzyknął groźno przybyły.

— I dobrze go pilnujesz! odpowiedziała kobieta — myślisz chyba że gdzie w szynku siedzi, że szukając go cały dzień bawarye wycierasz?

Porucznik zmilczał chwilę i powtórzył pytanie:

— Jest Julek?

Żona zamiast mu odpowiedzieć plunęła i poczęła długie niegdyś swe włosy zwięzywać jakby się do snu przybierała.

— Kachno, odezwała się po chwili, poświeć jegomości do jego stancyi!

Porucznik trzeci raz zapytał:

— Jest Julek?

Nagle kobieta która zdawała się być obojętną, zwróciła się ku niemu z rozognioną twarzą.

— Nie ma go, zawołała, dałeś mu dobry przykład włóczenia się po nocach, próżniactwa i rozpusty, będziesz go miał, takim może jak ty opojem i wisielcem! Patrząc na ojca pójdzie pewnie w jego ślady. Nie dość ci było zgubić siebie, mnie, trzeba ci było zmarnować i to dziecko! Na sumieniu twojem ciężko, oj ciężko będzie w dniu sądu! poniesiesz na dno piekieł i swoją duszę i naszą! To mówiąc ryknęła płaczem. A porucznik popatrzywszy na nią jakby wytrzeźwiał, spokorniał, i zamilkł.

— Cicho! cicho! rzekł, co ja tam temu winien, a bo to ja mu codzień nauk nie daję?

— Oj twoje nauki! Lepiéjby stokroć było dziecku ich nie słyszeć i ciebie do trumny położyć? Co znaczą twoje słowa przy twoich uczynkach? Dosyć by ci spojrzał na twarz to z niéj życie wyczyta! A potem chcesz mieć pociechę z niego! Łaska Boża jeszcze nad nami że choćbyś innego już zepsuł, jego może nie potrafisz.

Porucznik głęboko się zadumał, westchnął jakoś dziwnie, stuknął pięścią o stół i krzyknął ochrypłym głosem podnosząc kija:

— Milczeć babo, a nie, to ci łeb rozpłatam!

— Nie będę milczeć, odparła tupiąc nogą kobieta, rozbij mi głowę, ja śmierci dawno u Pana Boga się dopraszam; skończysz przynajmniéj jakeś wart, na szubienicy!

Porucznikowi twarz cała krwią nabiegła, oczy się rozpłomieniły i byłaby może scena ta krwawo się skończyła, gdyby nie zastukano do drzwi.

Oboje rodzice po nieśmiałem stuknięciu domyślili się powracającego dziecka. I w téj chwili stał się cud jakiegoby nikt przewidywać nie mógł. Dwie te groźne twarze jakby czarodziejskiéj laski dotknięciem zmieniły się w łagodne oblicza, znikł z nich gniew, a siła miłości rodzicielskiéj przeistoczyła je zupełnie. Nie chcieli przed ukochanym stanąć w całéj ohydzie téj szkaradnéj walki. Twarz kobiety stała się spokojną, smutną ale dziwnym wyrazem miłości uśmiechniętą; nie można się było nawet domyślić że przed chwilą pałała oburzeniem i gniewem. Ojciec przybrał postawę poważną i prawie stał się podobny do porządnego człowieka, resztka jakiegoś wstydu mglisto osłaniała mu oczy. Dali sobie wzajemnie znak porozumienia i gdy Julek wszedł po cichu, śladu już kłótni nie zastał. Oczy obojga rodziców tęsknie zwrócone były ku niemu, ojciec drżał na samą myśl że w nim swojego nałogu pierwsze zarody spostrzedz może.

Przybyły był chłopakiem lat około dwudziestu i żywym młodości swéj matki wizerunkiem, były to zupełnie te same rysy, szlachetne, delikatne ale jeszcze niestartym puszkiem wiosennym pokryte. Wśród tego flamandzkiego obrazu, brudnego ubóstwa, Julek odbijał jakby do niego nie należał, jakby z niego nie wyrósł; ubranie młodego chłopaka było skromne ale czyste i porządne; na twarzyczce igrał wesoły uśmiech młodzieńczy którym zdawał się chcieć przebłagać rodziców, pewien że się za jego spóźnienie gniewać będą.

— Cóż ty tak późno powracasz? rzekła matka łagodnie. Patrz, wszak to już wkrótce dwunasta.

— Powtarzaliśmy lekcye z kolegami rzekł trochę zmieszany Julek — i tak się jakoś spóźniło.

Ojciec nic nie rzekł, ale wejrzenie jego tak badało syna jakby się do wnętrza jego duszy chciało dostać.

— Ale to teraz taki czas, rzekł po chwili, że się długo zasiadywać za domem nie trzeba, a przytem i zważać z kim się wdać, bo jeszcze gdzie za cudze grzechy biedy napytasz...

Julek chwilkę zmilczał i dodał z wyrazem szczerości:

— Proszę ojca, jaki jest czas to jest, a uczyć się potrzeba; nasza nauka i mozolna i wielka, przedmiotów mnóstwo, wiele rzeczy na pamięć się uczyć musimy...

Matka położyła mu rękę na ramieniu i spytała:

— Toś ty pewnie nic nie jadł?

— Eh! kochana matuniu jużem się tego z medycyny nauczył, że człowiekowi do życia wiele pokarmu nie trzeba, aby kromka chleba i trochę wody, nie jestem głodny.

— Ja ci tam kazałam schować kawałek mięsa i trochę kartofli — toby ci przygrzeli.

Na wzmiankę o jadle porucznik który dużo pił ale nie miał sposobności zjeść, znaczącą zrobił minę, lecz spotkawszy groźny wzrok żony językiem tylko powiódł po ustach i zmilczał; nie śmiał się upomnieć.

Przytomność Julka jakby zesłańca pokoju uciszyła burzę i dała wieczór zakończyć cicho. Porucznik bardzo nawet grzecznie oddał dobranoc żonie która go pożegnała równie łagodnie. Z nim razem odszedł i Julek do dwóch izdebek wyżéj jeszcze na strychu położonych. Gdy za nimi Kachna drzwi zamknęła, kobieta pobiegła szybko ku łóżku, odsłoniła parawan i pochyliła się nad pościelą na któréj widać było uśpioną twarzyczkę piętnastoletniego dziewczęcia. Uspokoiła się przekonawszy że dziecię spało mimo hałasu i chodzenia. W istocie córka którą nie chciała mieć świadkiem przykrego zajścia z mężem, odpoczywała tym głębokim snem młodości którego czasem i wystrzały działowe nie przerywają.

Piękna główka złotowłosa leżała na rozwitych puklach, zarumieniona snem, z pół otwartemi usty i przymkniętemi oczyma uśmiechając się jakimś marzeniem.

Matka cichutko pocałowała ją w czoło, odeszła do stolika, siadła i z oczów jéj strumieniem puściły się łzy. Milcząca płakała tak długo, długo, aż gdy się świeca dopalać zaczęła sługa schwyciła ją za rękę prosząc aby szła spać.

Nie zrzucając sukni porucznikowa padła ze łzami swemi na łoże.


Trzeba oddać tę sprawiedliwość rządowi moskiewskiemu że przy najgorliwszych chęciach szpiegowania, nigdzie ta gałąź administracyi gorzéj jak w Rossyi i Polsce urządzoną nie była. Rząd zmuszony posługiwać się wyrzutkami społeczeństwa, których ani wybrać ani zorganizować nie umiał, dowiadywał się zawsze ostatni o tem co już wszystkim ulicznikom wiadomem było. Policya jego bywała dokuczliwą ale najnieskuteczniejszą w świecie; donosiła o rzeczach błahych, nigdy inaczéj jak przypadkiem ważniejszych dojść nie mogąc.

Tam gdzie ajent policyjny jak w Anglii czuje się kółkiem uczciwie pracującem w machinie społecznéj, gdzie się swojego rzemiosła wstydzić nie potrzebuje, czując że i na nim polega bezpieczeństwo publiczne, tam znajdują się ludzie uczciwi i zdatni do nadzoru nad mętami i szumowinami społecznemi. W Rossyi, gdzie policya jest najpodlejszem narzędziem ucisku, żaden człowiek co ma najmniejsze poczucie swojéj godności należéć do niéj nie może. Wymiata się więc z rynsztoków śmiecie i niemi posługiwać musi. Policya głównie jest skierowaną przeciw politycznym przestępcom, nie mogąc ich dośledzić tworzy winowajców, a w ogóle niedołężność jéj równa się ślepocie. Nie ma też bardziéj upadlającego nazwiska, któreby tak nieodwołalne niosło z sobą potępienie jak miano szpiega. Ani złodziej, ani fałszerz, ani rozbójnik nie jest tak jak on wzgardzonym. Dla szpiegów nie ma litości i przebaczenia. Kosztując bardzo wiele, sekretna policya moskiewska dała tysiączne dowody jak jest bezużyteczną. Napróżno chcąc mieć lepszą w Warszawie Wielopolscy przez przyjaciela swego sekretarza konsulatu angielskiego pana W... sprowadzali ajentów z Anglii chcąc tamtejszą organizacyą naśladować. Na nic się nie zdały wzory, bo narzędzi do niéj u nas znaleźć nie mogli. Rząd wzgardzony na wagę złota nie potrafi dostać ludzi którzyby mu do bezprawiów posiłkowali. Policyant angielski wie że śledząc zbrodniarza lub niespokojnego chartistę, prowadzi go przed sąd, który winę jego oceni, wyważy i karę oznaczy do niéj stósowną. Szpieg moskiewski prowadzi ofiarę pod nóż, oddaje człowieka w ręce oprawcy, jest sam nie posługaczem sądu ale pachołkiem kata. Można więc miarkować z tego jacy ludzie wchodzą do składu policyi. Najmniejsza denuncyacya, nie oparta na niczem, często będąca skutkiem złości lub zemsty, wystarcza na potępienie człowieka. Nie jedna kłótnia z tajnym ajentem kosztowała niewinnemu życie, nie jeden kaprys pijanego odebrał rodzinie ojca. Tam gdzie nie ma jawności sądu, ani statecznéj formy prawa, gdzie w rękach najniecniejszych ludzi są losy wszystkich, łatwo pojąć jakie być musi bezpieczeństwo osób i własności. W ostatnich czasach wielkie postępy które uczynił charakter narodowy w ogóle odbiły się i w téj nawet klassie.

Szpiegostwo które za Wgo. Księcia Konstantego (pierwszego) liczyło w swem gronie i dosyć pokaźnych ajentów, zeszło było na ostateczną szuję. Starano się, gdy wypadki uczyniły je konieczną potrzebą, wzmocnić nowemi żywiołami; ale gdy przyszło ich szukać pokazał się brak zupełny.

Gdy we trzy dni po wzmiankowanym wieczorze przyszedł Maciéj do bawaryi na Bednarskiéj ulicy chociaż już był o swój los spokojniejszym, tak wyglądał ze strachu, wrażenia i przymusu do kłamstwa, iż porucznik wziąć go mógł za zrozpaczonego człowieka. Nogi się pod nim trząsły, a głosu mu w ustach brakło. Gdy spostrzegł exwojskowego musiał usiąść przy drzwiach bo kroku daléj zrobić nie mógł. Tego dnia dosyć ludzi było w bawaryi; porucznik po chwili zbliżył się do Kuźmy i rzekł po cichu:

— A co? idzie? rozmówiemy się z sobą?

— Cóż począć, już muszę!

Na tém się zrazu skończyło. Porucznik dopił kawę i mrugnąwszy na Macieja wyszedł z bawaryi.

— A widzisz, rzekł w ulicy, mówiłem ci, nie pluj na wodę żebyś się jéj nie napił.

— Dajcie już pokój i nie urągajcie się, odparł Kuźma wzdychając. Mówcie co chcecie odemnie?

— Co ja ci mam gadać? szepnął porucznik, chodź za mną to się dowiesz.

W milczeniu poczęli iść, porucznik przodem Kuźma za nim z Krakowskiego przez Miodową na Długą i tu niedochodząc Bielańskiéj weszli do bramy jednego domu, przed którym przechadzał się jakiś niepozorny jegomość.

Porucznik przemówił do niego słów parę i wszedł ze swym towarzyszem w bramę, w dziedziniec, potém na wschody ciemne, na ostatek do jakiegoś mieszkania od tyłu. W zadusznym i smrodliwym przedpokoju na ławkach i po kątach kryło się kilka osób jakby wstydząc własnych twarzy. Każdy tu wchodził zakrywając się o ile możności i usiłując pozostać w cieniu. Towarzystwo było jak najdziwniéj dobrane: jakaś kobieta wystrojona w atłasowéj salopie, któréj z za zasłony tylko bardzo wyróżowaną twarz widać było, jakiś mężczyzna w wytartym fraku chudy i skurczony, jakiś wielki drab odarty ale z twarzą zuchwałą i czołem bezwstydném; jakiś staruszek kaszlący ale uśmiechnięty i słodziuchny, nakoniec elegancik fałszowany, którego lakierki nie broniły się domyślać że mu może pończóch brakło.

Kuźnia wchodząc za porucznikiem poczuł dreszcze po skórze i zamieniłby był chwilowe położenie swoje na największą nędzę. Otarcie się o tych ludzi nabawiało go obrzydzeniem. Jakiś sługa wchodził i wychodził z salonu do przedpokoju, z przedpokoju do salonu. Spozierał on z góry na oczekujących i po jednemu wpychał ich w paszczę potworu. Odbywało się to dosyć prędko i koléj na porucznika przyszła niebawnie. Kuźma pozostał jeszcze póki go nie zawołano. Naostatek otwarły się drzwi i porucznik na niego kiwnął; potknął się nieborak w progu a gdy oblaną wstydem twarz podniósł, ujrzał przed sobą wcale ładny pokój niezgorzéj umeblowany z sofami i krzesłami do koła, z kilka zwierciadłami na ścianach. Na stole między oknami wśród książek i papierów stała lampa i dwie świece, na małéj kanapie siedział mężczyzna lat czterdziestu kilku, pięknie łysy, nader przyjemnéj i łagodnéj twarzy.

Wyglądał raczéj na smakosza i dobrego koleżkę niż na jakiegoś tam naczelnika tajnéj policyj. Niebieskie jego oczy miały wyraz łagodny, usta rumiane i duże, uśmiechały się dobrodusznie i serdecznie, mimo pozornéj szczeroty rozlanej w całéj fizjonomij, Lawater byłby w niej odkrył dobrze zamaskowaną chytrość bizancką, w rodzaju téj jaką się odznaczała twarz Alexandra I., owego moskiewskiego anioła... z pazurkami pochowanemi w glansowane rękawiczki.

Z pierwszego wejrzenia wziąłbyś go za niewinnego epikurejczyka, w rozmowie dopiero gdy się te rysy nerwową grą ożywiły, wybitnie tryskała z nich przebiegłość a niekiedy zimne okrucieństwo. W ruchach téj postaci było coś kociego. Kuźma prosty człek, który się spodziewał ujrzéć potworę, zdziwił się mocno zobaczywszy tak uśmiechniętą i miłą istotę.

Gdy siedzący na kanapie mężczyzna mierzył przybyłego dość ciekawemi oczyma, porucznik tymczasem mu go przedstawiał. —

— Oto, proszę pana Naczelnika, majster Maciéj Kuźma, bardzo porządny i uczciwy człowiek, o którym panu Radcy miałem honor wspominać...

Porucznik dawał mu na przemiany ten tytuł Naczelnika i Radcy, którym ozdobiano zwykle wszystkich wyższych urzędników w Warszawie.

Przyjemny naczelnik nie odpowiedział tak rychło, zajęty był bowiem wydobywaniem resztek obiadu z dosyć jeszcze białych ząbków.

— A wieszże mój kochany o swoich obowiązkach? zapytał w końcu po chwili milczenia. —

— Nie, proszę pana, ja nic jeszcze nie wiem prócz tego, że mam być szpiegiem!

Naczelnik aż się rzucił z kanapki.

— Moja duszo, moje serce, kochany człowiecze głupi jesteś jak but. Co to jest szpieg? to jest wyraz przez nieprzyjaciół porządku wymyślony na pogardę! I Wać Pan, i ja, i wszyscy uczciwi ludzie jesteśmy obowiązani służyć naszemu Królowi i krajowi, strzedz i pilnować, aby w nim był porządek i bezpieczeństwo; ludzie źli podbechtani przez zagranicznych burzycieli, chcieliby zamącić spokój, aby w mętnéj wodzie ryby łowić. Cóż to jest złego, pytam się, stać na straży i dawać znać o pożarze? he?

Porucznik, który czuł się obowiązanym coś dodać od siebie, rzekł poważnie:

— A widzisz asan, co ja mówiłem.

Naczelnik udobruchał się po chwili:

— Instrukcyą szczegółową, moja duszeczko, będzie ci dawał ten oto porucznik. Wypadnie ci mieć oko szczególniéj na czeladź rzemieślniczą i dobrze ją poznać. Szkoda że asan, mój drogi panie Macieju, nie masz tam stosunków z rzeźnikami na Pradze, bo na nich najwięcéj baczność zwracać potrzeba, to hałastra niebezpieczna i zuchwała. Nie potrzebuję cię przestrzegać, moja duszo, że chcąc coś wiedzieć, musisz naturalnie często sam coś gorętszego przebąknąć, bez tego nic. Różne są okoliczności, ludzie źli czasem udają spokojnych aby rząd oszukać; może się trafić że trzeba będzie zrobić jaką awanturę ażeby lepiéj ich poznać. Jeżeliby tam w zamieszaniu i ciebie mój kochany przychwycili, potrzebujesz mieć jakieś świadectwo coby cię obroniło. — Da ci się tu z kancelaryi kartkę z pieczątką którą w potrzebie pokazać możesz policyantom. To już tam porucznik o tych rzeczach będzie pamiętać, a gdy znajdziesz co donieść, on poinformuje gdzie i jakim porządkiem. —

Rzecz zdawała się skończona, porucznik wskazał Maciejowi drugie drzwi idące do kancelaryj, popchnął go tam, a sam został z naczelnikiem.

Chwilę milczeli oba, aż Radca się odezwał:

— Coś mu nie bystro z oczów patrzy, podobno nie wiele z niego będzie korzyści!

— Przepraszani pana Radcę, ale to w każdym stanie, rzekł porucznik, rozmaici ludzie są potrzebni, tylko wiedzieć jak ich użyć. To człek stateczny, biedą zmuszony i dla tego dobry że go się nikt obawiać nie będzie, a już ja nim tak pokieruję że z niego zrobimy ajenta co się zowie.

— A no zobaczym, da się to widzieć, rzekł naczelnik. —

Porucznik mimo skończonej na pozór rozmowy stał ciągle, a Radca milczeniem swem dawał mu do zrozumienia że mógłby sobie pójść precz.

Tamten jakoś tego nie rozumiał, nakoniec porucznik odważył się przebąknąć:

— Proszę, pana naczelnika, co się tycze gratyfikacyj?

— Co się tycze gratyfikacyj — odparł powoli naczelnik, daje się to tam różnie wedle tego jaką rybę ułowicie, a któż to wie jeszcze czy szczupak czy płotka?

— Już proszę pana naczelnika spuścić się na mnie że człowiek będzie przydatny.

— No, no, wypłacą ci tam dwieście złotych (tu zniżył głos naczelnik) tak jak zwyczajnie, wytrąciwszy na koszta kancelaryj...

Porucznik spuścił głowę smutnie i spytał cicho:

— Jakże proszę pana naczelnika?

— Waćpan tam już wiesz.

— Ale jeżeli wolno zanieść pokorną prośbę słowo honoru, panie Radco, że kawałka chleba w domu nie mam...

Na słowo honoru uśmiechnął się naczelnik szydersko i odpowiedział:

— Sameś sobie winien, nie statkujesz... ale dość, waćpan wiesz że nie może być inaczéj. Sto złotych weźmiesz do rąk a pokwitujesz z dwóchset, i sza! To mówiąc zadzwonił, wszedł żywo kulawy mężczyzna z piórem za uchem w wice mundurku. Naczelnik mu coś poszeptał, i z nim razem odprawił porucznika żegnając go:

— Idź, idź, moja duszeczko, a statkuj i bądź uczciwy...

Po upływie krótkiego czasu porucznik i Maciéj Kuźma wyszli oba z domu przy Długiéj ulicy, a stolarz przybity i upokorzony nie mogąc zaraz pójść wyspowiadać się pod figurę Matki Boskiéj poleciał do domu czując jakby go kto gonił, myśląc że cały świat wie o jego sromocie.

Porucznik trzymał w ręku owych trzydzieści srebrników za które szprzedał duszę ludzką a w sumieniu jego stwardniałém nie odezwała się nawet na chwilę zgryzota, klął po cichu tego pana naczelnika który go tak grzecznie i słodko na sto złotych okradł, klął kancelistę który z pozostałych stu, jeszcze mu dziesięć przy wypłacie oderwał.

Dziewiędziesiąt pozostałych paliły rękę nałogowego pijaka. Wprawdzie miał on po szynkach, gdzie się jego obowiązków domyślano, i kredyt i daremny wódki kieliszek, ale to nie starczyło upadłemu rozpustnikowi który łaknął przysmaków czując choć grosz w kieszeni.

W duszy jego odbywała się walka straszliwa. Miłość rodzicielska, jedyne uczucie, które jak iskra w popiołach tych się uchowało, mówiło mu, nakazywało, aby grosz ten zanieść dla Julka który się podwójną pracą dla utrzymania i nauki zabijał. Nałóg pędził go do szynku. Znał siebie dobrze porucznik i wiedział że raz tam zaszedłszy nie wyjdzie aż ostatni szeląg przepije, obawiał się sam siebie. Chciałby był spotkać co najprędzéj syna aby mu oddać te pieniądze bo puściwszy się w drogę do domu czuł że przed pierwszą winiarnią pokusie ulegnie. W téj upadłéj istocie było jeszcze coś co ją do świata wiązało, kochał syna i dla niego jednego do ofiary z siebie był zdolnym. Począł myśleć gdzieby go mógł znaleść i zwrócił się przez Bielańską chcąc go szukać przy Akademij, około któréj czasem go w téj godzinie znajdował. Myślał nawet wziąć dorożkę aby tém pewniéj do miejsca dojechać, ale dorożki na birży nie znalazł. Poszedł więc pieszo.

O kilka kroków przed nim szły dwie kobiety niosące ciężki kosz bielizny. Idąc za niemi porucznik usłyszał głos który go wielce zadziwił; zdało mu się, że to był głos jego żony, ale cóżby tu robiła po nocy i z tym ciężarem? zbliżył się. Przywykły do podsłuchów z kilku słów się przekonał że kobiety wracały od magla, że jedną z nich była w istocie żona jego, a drugą służąca. Tknęło go to dziwnie gdyż kosz ten zawierał daleko więcéj bielizny niżeli jéj było w całym domu. Ta wyprawa wieczorna zaczęła go niepokoić, różne myśli przechodziły mu po głowie, na ostatek gdy dochodzili do zawrotu porucznik nie mogąc wytrzymać wybiegł naprzód i grzmiącém

— Stój! zatrzymał żonę. —

Kobieta tak się ulękła że jéj z rąk kosz się wysunął i część bielizny wysypała się na ziemię.

— Łapię cię na uczynku! zawołał. Co to jest? gdzie idziecie? jaka to bielizna? gadaj mi zaraz lub...

Kobieta wczoraj tak odważna dziś zdawała się struchlałą, chociaż sumienie nic jéj wyrzucać nie mogło. Od porucznika mało można było wydobyć na potrzeby domu i dzieci, biedna żona pracowała ukradkiem aby mieć grosz na wychowanie syna i córki. Taiła się z tém, bo wiedziała że mąż albo by jéj nic już nie dawał lub i to jeszcze co miała wydrzećby albo wykraść potrafił. Odkrycie jéj lichego zarobku przeraziło ją, długo stała milcząca potem zaczęła się tłumaczyć jąkając niezgrabnie, plącząc w odpowiedziach i utrzymując że choréj sąsiadce odnosiła robotę za co tamta jéj tam coś uszyć czy odrobić miała. —

Trudno zrozumieć dla czego porucznik tą razą ani był natarczywym ani nadto domyślnym, wysłuchał wszystkiego, pokiwał głową i rzekł zbliżając się do żony:

— Ten Julek to się zamęczy, i uczyć siebie i jeszcze zarabiać, a to młode, oh, dodał, trochę tam dostałem pieniędzy, ale żebyś mi całe oddała Julkowi! słyszysz? bo on najwięcéj potrzebuje, przysiążże mi...

Kobieta któréj się to wszystko jakby snem szczęśliwym wydawało, poruszona mruczała wszystkie zaklęcia jakie umiała wyciągając ręce ku porucznikowi.

Ale gdy przyszło wyrwać mu ten grosz na nowo rozpoczęła się walka w jego duszy. Chciał naprzód oddać wszystko, potem zachował dla siebie jednego rubla papierowego i pół rubelka drobnemi, potem zażądał trzech rubli, potem zachował trzydzieści złotych aż żona postrzegłszy to wahanie gwałtem prawie wychwyciła mu cztery papierki trzyrublowe chowając je co najprędzéj. Mąż z razu chciał walczyć ale się upamiętał i krzyknął tylko:

— Oddajże w ręce Julkowi, słyszysz!

Kobieta już nic nie odpowiadając pochwyciła za kosz i nie patrząc co się z nim dzieje dawszy znak Kachnie pospieszyła do domu. —

Porucznik stał długo jak wryty na trotoarze, kwaśny był i zły że mu nie pozostało więcéj nad dziesięć złotych. Co robić z dziesięcioma złotami gdy się miało projekta tak świetne na wieczerzę w porządnéj restauracyj? Oblizywał się na myśl jedzenia kapłona i polania go dobrą maderą, na to już teraz wystarczyć nie mogło; przeklinając żonę, bo ją był zwykł o wszystko obwiniać, poszedł powoli z postanowieniem wstrzymania się od jadła ale uczęstowania obficie dobrem winem.

Uczyniwszy postanowienie utraktowania się porucznik rozrachowywał jeszcze jakby się za te złotych dziesięć mógł najmocniéj upić. Czuł bowiem że tą razą żona wymówek mu srogich czynić nie będzie. Pierwotna myśl napicia się wina ustąpiła daleko praktyczniejszéj skosztowania wódek i likworów u Lipkaua. Od dawna bowiem porucznik przekonał się że wina są to romanse, a rzeczywistością wódka.

Szybkim krokiem zawrócił się nazad, przebiegł część Długiéj ulicy i wpadł na Miodową. Stacya u Lipkaua, naprzeciw Trybunału Apellacyjnego znaną jest wszystkim co kiedykolwiek u bram świątyni sprawiedliwości, wyczekiwać musieli naznaczonéj godziny. Obiór tego miejsca dowodzi trafnego instynktu przedsiębiorcy, ale nawet w godzinach w których sądy i kancelarye bywają zamknięte Lipkau ma swych wiernych zwolenników, i ustaloną reputacyą. Porucznik znalazł tu jeszcze kilkanaście osób wieczerzających, a że po większéj części byli to porządniejsi ludzie, jakoś mu się wstyd zrobiło o téj porze pić tak wódkę samą. Kazał sobie coś podać a tym czasem pod różnemi pozorami zręcznie dochodził do bufetu i coraz z innéj flaszki żądał kieliszka. W jednéj z tych przechadzek od stolika do flaszek uderzyła go fizjonomija starego człowieka w skromném ubraniu, który coś jadł na boku i pilnie mu się przypatrywał. Jak to się często po długich latach niewidzenia zdarza, porucznik czuł że gdzieś tego człowieka widział a przypomnieć go sobie nie mógł. Widocznie także ów jegomość nie był pewien czy ma przed sobą znajomego ale bacznie za nim chodził oczyma.

— Co u djabła, Presler czy nie? odezwał się wreście głos od stoliczka.

— Dalibóg to ja! rzekł odwracając się porucznik. Pan pułkownik?

— A ty co tu robisz? byłem pewny że już gdzieś od dwudziestu lat gnijesz w ziemi.

— A! jeszcze nie, rzekł z wielką pokorą i jakby zawstydzony porucznik Presler. Dawno mnie już djabli wziąść byli powinni, ale wolą męczyć żywego.

— No, coż się z tobą dzieje? Od czasu jak cię wypędzili z wojska coś robił?

— A co? panie pułkowniku biedem jadł a bieda mnie jadła. Jako żywo niesprawiedliwie przegnali mnie z pułku a potem już nigdzie człek miejsca zagrzać nie mógł. Zabawiałem się różnym przemysłem, handelkami, i ot tak, ot tak, życie się przeciułało. Jeszcze na dobitkę trzeba się było człowiekowi ożenić, a baba sekutnica i dwoje dzieci na karku.

Stary człowiek którego Presler nazywał pułkownikiem poglądał na niego z politowaniem, milczał, długo myślał, z pod oka mu się przyglądał i rzekł ciszéj:

— Hem, toś pewnie musztry i exercerunku musiał zupełnie zapomnieć?

Tych kilka wyrazów dziwne na nim zrobiły wrażenie, przed chwilą był jeszcze w duszy starym żołnierzem, dwuznaczne te słowa przypomniały mu że został szpiegiem. Poczuł w nich jakąś woń podejrzaną i szybko odpowiedział:

— Ale nie, panie pułkowniku, człek co raz się w wojsku nauczył tego nigdy nie zapomina.

— Aleć to już dawno! rzekł pułkownik.

— Przecie gdyby dziś potrzeba było, dodał tajemniczo Presler, jeszczeby się z karabinem i bagnetem dało rady.

Nic na to nie odpowiedział pułkownik ale się zadumał, potem nagle spytał Preslera, czy nie zechce się czego napić, poczęstował go i wstając od stolika jakby od niechcenia zagadnął o mieszkanie.

Exporucznik (który w istocie był tylko sierżantem) troszkę się zmieszał.

— Eh! to ja tam stoję gdzieś w dziurze, gdzieby tam mnie kto szukał. — Niech tylko raczy pułkownik powiedzieć gdzie stoi a będę na jego rozkazy. —

— Dopytasz się mnie w hotelu Saskim, rzekł i wyszedł żywo.

Rzucone pytanie, przypomnienie charakteru pułkownika i rozgłośnéj jego sławy patrjoty obudziły w Preslerze instynkt badawczy; pomyślał że może mu się nadarzyć gratka wyszpiegowania tą razą czegoś ważniejszego niż między czeladzią rzemieślniczą. Z chciwością dzikiego zwierza zapomniawszy nawet o pijackich swych projektach wypuścił pułkownika przodem i wymknął się zaraz za nim śledząc jego kroki.


Izdebka którą Julian Presler zajmował pod strychem obok ojcowskiéj podobną była do wszystkich mieszkań tego rodzaju — miała jedno okno, z którego niebo, dachy i latające jaskółki widać tylko było. Dosyć wązka i długa mieściła w sobie łożeczko anachorety, stolik studenta i biedny sprzęt człowieka, który jeszcze żadnego gospodarstwa nie potrzebował. Ale to co powiedział Beranger o mieszkaniach na strychu, gdy się ma lat dwadzieścia, prawdziło się w tym ciasnym kątku. Było w nim czysto, wesoło i miło; jakaś poezya młodości wypełniała go i rozświecała. Jak sam Juljan był około siebie staranny, tak i mieszkanie jego, pewnym niewyszukanym odznaczało się porządkiem, czuć w nim było spokój duszy młodego człowieka. Jak w tém gniezdzie swaru i wrzawy mogło się to młode ptasze z uśmiechem na ustach i pogodą na skroni wychować? to pojąć było trudno, ale miłosć rodzicielska tworzy cuda, kochała go matka dla niego pracując i starając się wydać mu taką, aby ją mógł szanować, rozpadał się nad nim ojciec kryjąc przed nim z nałogami, ze sposobem życia i zarobkowania. — Wejście Juljana za każdą razą sprawiało ten sam skutek, ułagadzało umysły, zasiewało zgodę. Juljan wychowując się po większéj części za domem, bardzo niedokładnie znał ojca i mógł go nawet szanować z daleka. Zresztą Presler był używany do tak podrzędnych usług, że go mało kto znał i domyślał się jego nieszczęsnego powołania. W domu nigdy prawie o wypadkach, o sprawie krajowéj mowy nie było, a matka w nieobecności męża nie szczędziła obelg dla Moskali, których w prostym ludowym języku zwała jak wszyscy kapuśniakami. Miała ona do nich żal za to zbezczeszczenia męża, które ją z każdym kawałkiem chleba dławiło. —

Wiadomo jaki był w ogóle duch wszystkich zakładów naukowych w królestwie. Mimo starannego doboru nauczycieli bojaźliwych lub obojętnych, mimo niesłychanéj czujności i nadzoru, mimo nadsyłanych ksiąg naukowych fałszujących historyą i prawdę, młodzież cudownie przechowała narodowego ducha. Nie można tego inaczéj nazwać jak cudem. W szkołach Litwy, Wołynia i Podola, w głębi Białéj Rusi studenci wychodzili nieumiejąc po polsku ale najlepszymi Polakami. Objawiał się ten duch często tak wyraźnie, że musiano go karać srodze, ale to go tylko rozrzażało. Do dziś dnia na ławach szkólnych stoją powyrzezywane dziecinnemi rękami imiona tych uczniów, którzy prześladowaniu ulegli. Pamięć ich przechowywała się jak relikwia męczeńska. Owe pamiętne odwiedziny szkół przez cara Mikołaja, w których ten Herod znęcał się nad dziećmi, w śmiałych wejrzeniach niewinności szukając już występku, przeszły jak tradycya przez wiele pokoleń studentów, zagrzewając ich tylko do miłości ojczyzny. Nawet synowie Niemców i Rossyan, dzieci urzędników policyjnych, chłopcy których rodzice żyli z łask rossyjskiego rządu w zetknięciu z tym młodym nie zepsutym światem odżywały uczuciem poczciwem i rosły na wierne dzieci polskie.

Takim sposobem i młody Juljan Presler mógł nie zarażony występkiem ojca iść tą drogą którą szła cała bez wyjątku młodzież nasza. W postępowaniu jéj, w przekonaniach były wielkie różnice, wieku, temperamentu, dojrzałości. Nąjzapalczywsi byli bez wątpienia ci co jeszcze od ziemi nie odrośli, najgorętsze były niższe klassy, za niemi szła szkoła agronomów w Marymoncie, szkoła sztuk pięknych, któréj uczniowie tak ważną w ostatnich wypadkach odegrali rolę, nakoniec akademia medyczna. Studenci téj ostatniéj, którzy byli ziarnem przyszłej Szkoły głównéj, ożywieni gorącemi uczuciami przywiązania do kraju, okazali najwięcéj wstrzemięźliwości i umiarkowania. Nie odłączyli się oni od narodu, ale stawali często jako żywioł zachowawczy w wypadkach, które zbyt szybko pchały naprzód. — Tę rolę dojrzalszą zachowali oni do końca.

Marymont i Szkoła sztuk pięknych szły ogniście przodem, Medycy, nie cofając się, regulowali ten pochód rozsądkiem i rozwagą. Wpływ ich na ludność miasta, póty póki nią władnąć było można, bardzo był wielki. — Nieraz czeladź i lud prosty przychodzili się ich radzić i, co dziwniéj, ślepo szli za ich radą. Nie było odstępstw, były dowody poświęcenia, więc baczniéjsze postępowanie przypisywano przekonaniom nie mając go wcale za złe. —

Tego wieczora, gdy porucznik był u Lipkaua, Juljan z trzema towarzyszami znajdował się na naradzie w swojem mieszkaniu na strychu. — Łatwo się domyślać że tam o niczém więcéj nie mówiono jak o bieżących wypadkach. Juljan należał do najgorętszych, a jego szlachetny charakter, bystry umysł i życie bardzo przykładne, nadały mu, mimo młodości, charakter jednego z przewódzców akademickiego grona. Inni trzéj przytomni starsi i powolniejsi spierali się właśnie z Juljanem o sposób postępowania w przyszłości. Presler był tego zdania, że należało iść zgodnym i równym krokiem z Marymontem i Szkołą sztuk pięknych, przewidywał on już, a raczéj wiedział o nieuniknionym wybuchu, który prędzéj późniéj nastąpić musiał. Starsi łudzili się jeszcze tą nadzieją, że w powolnéj walce wyrabiając ducha i przygotowując środki, powstanie odwlec będzie można. Głównym a bardzo ważnym argumentem tych co je natychmiast niepodobném widzieli, była potrzeba i przejednania i zjednania sobie ludu wiejskiego, w części obojętnego, w części niechętnego wszystkiemu co surdut nosiło. O ile lud miejski był gotowym i potrzebującym powstrzymania raczéj niż dodawania zapału, o tyle wioski okazywały się zimne i nieufne. Ale z drugiéj strony, ci których zwano czerwonymi, utrzymywali że samo powstanie będzie najlepszą szkołą praktyczną patryotyzmu dla wieśniaków, że w inny sposób działać na lud nigdyby nie dopuściła czujność moskiewska, a gdyby to działanie było możliwem potrzebowałoby tak długiego czasu, że w końcu wybuch odłożyć by trzeba było na nieobrachowane lata. — Gorącą ludność miejską powstrzymywano obietnicami wszelkiego rodzaju, odkładając od dnia do dnia, ale w końcu szemrała ona, posądzała o zdradę, niecierpliwiła się. Ten zapał mieszkańców miast i klassy średniéj nie był, jak widzimy, wcale zmyślony, dali oni dowody takiego poświęcenia, takiéj wytrwałości i męztwa, że im się może palma męczeńska przed wszytkiemi należyć będzie.

Rozprawy szły bardzo żwawo, a położenie umiarkowańszych choć byli trzech na jednego stawało się coraz przykrzejszem. — Zapał ma to do siebie, że najlogiczniejsze argumenta zwycięża, bo zapał jest już zarodem czynu, gdy rozumowanie jest zawsze jeszcze słowem. Pochwyceni zwolna uczuciem Jujana towarzysze jego miękli, wstydząc się prawie swego rozsądku.

Oczekiwano jeszcze na przybycie kilku kolegów, gdy matka powróciwszy z miasta z pieniędzmi wyrwanemi ojcu, nie mogąc wytrzymać pobiegła wprost do syna, aby mu je natychmiast oddać. Przyszedłszy pode drzwi, słysząc wewnątrz głośną rozmowę, zatrzymała się przed progiem i mimowolnie przysłuchiwać zaczęła. Przez cienkie drzwi przechodził dźwięczny głos Juljana tak znajomy matce, tak miły jéj uchu, że się nim napawała jak muzyką, Juljan mówił:

— Bracia! i rozum i ostrożność są pięknemi przymiotami w zdrowym życia przebiegu, ale próżno się niemi chcę kierować w dniach przesilenia, gdy gorączka jest jasnowidząca i prościéj do celu prowadzi. Będziecie mieli sto razy słuszność na zimno, ale was samych zwycięży i porwie mój szał. — Bez téj wiary nawet jaką ja mam jestem pewny, pójdziecie za mną! Rząd moskiewski nazwie to terroryzmem rewolucyjnym, a będzie to tylko terroryzm świętego uczucia, któremu się nic oprzeć nie potrafi. Przychodzą takie chwile, w których i człowiek i naród może przenieść śmierć bohaterską nad upodlone życie, naówczas instynkta zachowawcze wzdrygają się mogile, a duch z radością ku niéj rozpościera skrzydła. —

Słuchając téj mowy, któréj tylko główną myśl schwyciła, matka zadrżała, zalała się łzami, wzrok jéj padł z obrzydzeniem na pieniądze które niosła i uciekła z niemi do swojéj izby, cała spłakana załamując ręce. W kobiecie téj, którą życie ze stéranym człowiekiem, nędza i praca przygniotły, ozwało się jakieś uczucie zapalone miłością dziecięcą. Przypomniała sobie walkę o ten grosz z mężem na ulicy, pochodzenie tego zarobku, i papierki które niosła z taką radością, rzuciła na stół ze wzgardą. — Ale natychmiast przyszły na myśl znoje i praca biednego Juljana, konieczność ulżenia mu, pewność że się ani dowie, ani domyśli zkąd przyszedł ten pieniądz przeklęty i czego był zapłatą. Zlękła się ażeby mąż nie powrócił pijany i nazad go jéj nie odebrał. Wybiegła powtórnie i z pospiechem zapukała do drzwi Juljana.

Chłopiec wcale się jéj nie spodziewał; nie miała bowiem zwyczaju przychodzić o téj godzinie, a że oczekiwano przybycia towarzyszów, głos ze środka dał tylko znak wnijścia.

Matka uchyliła drzwi, ale jeszcze raz zawstydziła się czegoś, zawahała i wróciła znowu na dół. — Pomyślała sobie, że najlepiéj zrobi, najmniéj się będzie potrzebowała tłumaczyć, gdy pieniądze wprost przez siostrę bratu odeśle.

Dzieweczka którą wczoraj widzieliśmy uśpioną tak spokojnie, siedziała teraz nad robotą u okna. — Była ona niemniéj ładną nad brata, choć coś w jéj rysach przypominało trochę ojca, ale wielki wdzięk młodości nadawał twarzyczce jéj świeżéj, białéj i rumianéj urok wiosennego kwiatka. Matka pocałowawszy ją w czoło, szepnęła słów kilka i wyprawiła na górę. U Julka popłoch był wielki, owo pukanie i napół odemknięte drzwi kazały się obawiać podsłuchania, ale Rózia która w téj chwili wbiegła z uśmiechem na twarzy uspokoiła obawy. Zrozumiano dla czego tak trudno było nieśmiałemu dziewczęciu wpaść z tem poselstwem między rozgorączkowaną młodzież. Gdy wyszła Juljan się mocno zadumał nad pochodzeniem tego matczynego podarku, ale pilniejsze sprawy były na stole.

— Mówiliśmy o składce, rzekł Juljan, na pierwsze potrzeby sprawy, otóż w porę jakby z nieba spada mi grosz którego wcale nie potrzebuję i czynię z niego chętną bardzo ofiarę... niech to będzie ofiara wdowia do skarbu narodowego. Crescite et multiplicamini! dodał rzucając na stół papierki z uśmiechem.

A po chwili, podniósłszy rękę w górę, rzekł uroczyście:

— Bracia! niech żyje Polska! niech zginą jéj nieprzyjaciele!


Nazajutrz o szarym zmroku, Maciéj Kuźma, któremu ten dzień wydawał się wiekiem stał zawczasu pod figurą Matki Boskiéj naprzeciw Dobroczynności. Oglądał się on ciągle, niespokojnie modląc w istocie aby mu Pan Bóg prędzéj zesłał wybawiciela któryby jego niepokój ukoił. Po chwilce posłyszawszy nieopodal chrząkanie odwrócił się i ujrzał blondyna który mu się z trotuaru kłaniał. Poszli razem ulicą oglądając się dobrze aby nikogo nie mieli za sobą.

Maciéj opowiedział co do słowa całą historyą swoją dodając do niéj że mu obowiązek nań włożony, nieznośnie wydawał się ciężkim.

— Mój bracie, rzekł blondyn, nic nie przychodzi lekko, jużeście wielką oddali przysługę zajmując to miejsce które inny w istocie niebezpieczny człowiek mógł był otrzymać. —

— Ale zmiłujcie się, przerwał Maciéj, jak ja to daléj z tego wyjdę? poślą mnie, każą coś donosić, cóż ja im powiem?

— Słuchaj, rzekł blondyn, i my także mamy nie złą policyą, wiemy co rząd robi, znamy ajentów których on używa dla podburzania ludności, i wyłapywania tym sposobem gorętszych. — Wskażemy ci tych rządowych fałszywych braci, będziesz mógł na nich donosić i zrobisz im jeszcze przysługę bo poświadczysz o ich gorliwości. My zaś przez ciebie powstrzymać będziemy mogli gdzie potrzeba, ostrzedz po cichu poczciwych ludzi aby tym krzykaczom nie wierzyli.

— Dziś kochany, panie Macieju do bawaryi przy ulicy Granicznéj zbiera się wielka liczba czeladzi nabechtanéj przez moskiewskich ajentów, a policya gdy się wszyscy zbiorą i w najlepsze hałasować będą otoczyć ma dom i wybrać tych których zdrajcy wskażą. Idźcież zaraz do téj bawaryj, nic się wam nie stanie bo już kartkę swoją macie, w miarę jak się czeladź zbierać będzie ostrzegajcie czem to pachnie. Jeżeliby trochę szpiegów przetrzepać chciano, nicby to nie zaszkodziło. Poznacie ich po tem że na plecach mieć będą białą kredą porobione kółka.

Otrzymawszy taką instrukcyą Kuźma gorliwie pospieszył na ulicę Graniczną. Bawarya znajdowała się jak zwykle na dole i była izbą bardzo obszerną ale wcale nie wykwintną.

Gospodarz Niemiec, wielce był podejrzany o szpiegostwo, co mu wcale nie przeszkadzało w liczniejszych zgromadzeniach krzyczeć — Fifat! Fifat! panowie Polaki! i mówić o — Ojszyśnie kokanéj.

Gdy Maciéj przyszedł, zastał tylko czterech czy pięciu naradzających się w kątku i przekonał się obejrzawszy ich że wszyscy mieli kółka na plecach. Oczekiwali oni już na owoc prac swoich.

Maciéj kazawszy sobie dać piwa wybiegł co najprędzéj do sieni chcąc stanąć na straży i przestrzegać przybywających, ale zaledwie się wymknął gdy nos w nos spotkał się z porucznikiem który tu także dążył. Rzucił okiem na jego plecy, kółka jeszcze na nich nie było.

Porucznik zdumiał się bardzo.

— Kto cię tu przysłał?

— Kto? nikt, sam przyszedłem.

— Sam? no, djabelski masz nos, ale nie bądź tak bardzo gorliwy, bo i to nic potem. Ponieważeś jednak przyszedł chodź zemną, to ci powiem co masz robić.

Maciéj czuł się sparaliżowanym, trudno mu już teraz było odegrać swą rolę. Przeszli ciemną sień w któréj nikogo nie było, a gdy porucznik przodem przestąpił próg Kuźma z podziwianiem ujrzał na jego plecach duże koło, nieco tylko z pośpiechem i niekształtnie nakreślone, kiedy, i jak, nie mógł odgadnąć.

Kuźma nie wiele słuchał co mu porucznik mówił, oglądał się tylko, patrzał wszystkim po plecach i nie wiedział co począć, widząc coraz tłumniéj napływających robotników. Pomiędzy nimi z wielkiem zdumieniem dostrzegł tego samego blondyna który przed chwilą dawał mu instrukcją, pobiegł więc co najżywiéj ku niemu aby mu swoje położenie wytłumaczyć. Blondyn już o wszystkiem wiedział i odesłał go ku drzwiom. Wielkiem to szczęściem było dla Kuźmy że mu się jego fizjognomja dobrze w pamięć wraziła, bo chłopak zmienił był ubranie, trochę nawet osmolił twarz i wyglądał na prostego czeladnika.

Gdy wewnątrz bawarya bardzo się szybko wypełniała nadchodzącemi rzemieślnikami we drzwiach jéj niepostrzeżona prawie przez nikogo odbyła się scena która nad pięć minut nie trwała. —

Kuźnia stojący w progu ujrzał młodego bardzo pięknego chłopaka który mu się wydał przebranym wchodzącego nieśmiało do bawaryi, w chwili gdy już jéj próg miał przestąpić nadchodził właśnie w tę stronę porucznik. Młody chłopak z cicha tylko zawołał — Ojciec! i bardzo się żywo wycofał. Był to Juljan który lękał się aby go Presler nie poznał. —

Spojrzawszy na plecy Kuźma zatrzymał go i wskazując Preslera, żywo rzekł mu na ucho:

— Widzisz? ten w kapeluszu z wąsami, kółko na plecach, nazywają go porucznikiem, to szpieg, to szpieg moskiewski!

Na te słowa Juljan którego Kuźma trzymał za rękę krzyknął jakimś rozpaczliwym głosem, zakrył sobie oczy i jak piorunem rażony wybiegł nieprzytomny na ulicę. —

Co się działo w sercu młodego chłopca opisać niepodobna, przerażenie, boleść, szał, były tak wielkie że jak obłąkany leciał uciekając od tego miejsca w którem go ten cios dotknął. Przechodnie mogli go wziąć za zbiega z domu warjatów, lub ściganego złodzieja. Nie wiedział dokąd, ani jak szedł, potykał się, padał, podnosił, i jęcząc boleśnie zdyszany, rozgorączkowany, przebiegłszy ogromną przestrzeń bez wytchnienia znalazł się w podwórzu domu na Dziekance. Leciał przez wschody, nie otworzył ale wybił prawie drzwi sobą i upadł uznojony u nóg przestraszonéj matki.

Kobieta tak się wylękła o niego czując że coś ukochanemu dziecku zagraża iż wprzód niżeli go się spytała, zaryczała okropnym jękiem. Juljan leżał pół żywy, a krew nosem i ustami mu płynęła.

Był w takim stanie że się z niego słowa dopytać nie było podobna. Matka uklękła nad nim rozpłakana, sama nie wiedząc co począc, domyślając się na przemian, to jakiegoś przypadku, kalectwa, to czegoś nadzwyczajnego co myśl jéj zgadywać nie śmiała. Daleką była od prawdy, dorozumiewała się że był ściganym może razem z innymi akademikami, krew płynąca z ust zdawała się mówić o jakiemś uderzeniu i gwałcie. Obie z Rózią oblewały go wodą a matka budziła najczulszemi wyrazami, Juljan jednak nie przemówił jeszcze, jęczał tylko a otworzywszy oczy za każdą razą, jakby przerażony tem co widział zamykał je spiesznie. Po chwili oczekiwania i najczulszych starań nadaremnych, Rózia z własnego domysłu, pobiegła do sąsiedniego domu po doktora. Był to młody od roku dopiero zamieszkały w Warszawie Izraelita, znany jako jeden z najgorliwszych pracowników około przejednania dotąd wydzielonego ze społeczeństwa plemienia, które miało prawo i obowiązek uważać się za obywateli Polski. Doktór Mayer szczęściem był w domu, znał on Juljana z bliska, bo w jednéj z klinik specyalnych zastępował czasem wykładającego. Rózia oznajmiła mu, jak było, że Juljan powrócił zdyszany, bezprzytomny bardzo zmęczony, padł, rzuciła mu się krew ustami i nosem i słowa z niego dobyć nie było można. Mayer domyślił się zaraz że w tem coś być musiało tajemniczego i pospieszył na pomoc. Znalazł jeszcze młodego człowieka rozciągnionego na podłodze a matkę nad nim lamentującą w rozpaczy. Wiedział już o wszystkiem, nie pytając więc chciał zbadać stan Juljana aby z niego jakiś uczynić wniosek. Ale podniecony puls, rozrzażone czoło, krew która mu się do piersi rzuciła znamionowały tylko wielkie znużenie i doznane wstrząśnienie. Usłyszawszy głos doktora Juljan jakby na nowo przerażony nim, wzdrygnął się, porwał, usiadł, i otworzywszy oczy usiłował zebrać przytomność. Obawa aby ktoś obcy nie doszedł strasznéj tajemnicy, dodała mu siły. Na zapytanie Mayera postanowił skłamać i powiedział mu że gonili go kozacy, że się o mało w ich ręce nie dostał i ten bieg pospieszny połączony z przestrachem był przyczyną choroby.

Ale to na prędce wymyślone kłamstwo nie miało najmniejszego charakteru prawdopodobieństwa; ani lekarz ani matka nie uwierzyli mu, oboje tylko dowiedzieli się, że Juljan znać przyczyny wypadku powiedzieć nie mógł. Lepszy znawca serca ludzkiego i cierpień człowieka, Mayer, zrozumiał i to jeszcze że przyczyna trwogi i niepokoju nie była usunięta. Szanując wszakże tajemnicę Juljana, przekonawszy się że krwi puszczenie nie było koniecznie potrzebnem, przepisał spoczynek, jakiś napój chłodzący i odszedł. Gdy sam na sam zostali z matką, bo Rózia do apteki wybiegła, sprobowała ona wydrzeć choć słowo z zamkniętéj piersi syna, ale naprzód łzy tylko wydobyła, mówić jeszcze nie mógł, obawiał się tak zabić matkę jak sam był zabity; nie wiedział że ona od lat wielu żyła tą trucizną. Napróżno starała się najczulszemi pieszczoty uzyskać wyznanie, zapomniawszy się nieco, wyrwało mu się tylko z piersi kilka razy powtórzone — Ojciec! Ojciec! —

Ten wyraz krwią oblał czoło kobiety, już się prawie domyśliła wszystkiego. Tłumaczyła się jéj rozpacz syna.

— Mów, nic nie taj przedemną, rzekła do niego. Lżéj ci będzie gdy się wyskarżysz, tu idzie o ojca, może ci co na niego powiedziano? on ma tylu nieprzyjaciół! Zaklinam cię, mów mi.

Ale Juljan zdobyć się nie mógł na siłę wyspowiadania nawet przed matką.

Ciężkich kilka godzin zbiegły tak w jękach, we łzach i oczekiwaniu; nareszcie Juljan nieco uspokojony, nic nie chcąc wyznać przed matką, poszedł na górę z myślą oczekiwania na powrót ojca. Stancya porucznika przedzielona tylko była od jego izdebki cienką ścianą, tak że mógł go wracającego posłyszyć.

Gdy się to dzieje na Dziekance, w bawaryj przy ulicy Granicznéj żywa także przygotowywała się scena. Trzeba znać było gorące usposobienie czeladzi rzemieślniczéj Warszawskiéj, aby pojąć z jaką trudnością przychodziło ją powstrzymać w objawach patryotyzmu.

Chociaż i Kuźma i kilku przebranych akademików ostrzegali większą część przychodzących o szpiegach, którzy już byli poznaczeni i o mającem nastąpić najściu policyj, gwarne i głośne rozmowy i wykrzyki zdradzały niecierpliwość tego ludu, który się zrywał do czynu. Wytrawniejsi ludzie więcéj pracujący myślą, szafujący zapał na słowa, łacniéj wytrzymują odwłokę, lud cały pod panowaniem uczucia od niego wprost przechodzić musi do czynu. Rzemieślnicy nie politykując, nie rachując, nie troszcząc się o jutro, chcieli walki dla saméj walki, choćby nawet bez zwycięztwa. Szło im o te chwile, w któréj by długie pomścili upokorzenia, a potém? Choćby śmierć! —

Tak wielkiego poświęcenia bez jakiéjkolwiek nadziei skutku nie godziło się przyjąć, ale niepodobna go téż było powstrzymać, bo zapał rósł z dniem każdym; a gdy ci poczciwi synowie kraju domagali się śmierci, wyrzucając tchórzostwo tym co się jéj obawiali, byłże środek ukazania im niebezpieczeństw i bezużyteczności ofiary?

Wśród najgorętszych domagań się organizacyi, broni, dowódzców, przebiegła te kupki gwarżące wieść o znajdujących się szpiegach i zaczęły narady o sposobie uwinienia się z niemi nimby nadeszła policya.

W jednéj chwili zorganizowano ten wymiar doraźnéj sprawiedliwości. Kilku młodszych rozstawiono na czatach, aby zawczasu znać dali o nadchodzącéj sile zbrojnéj, zręczniejszych zaś wysadzono na to aby poznaczonych kółkami rozdzielić, otoczyć i w kłótnią wprowadzić.

Gdy porucznik popijał spokojnie bawara, zbliżył się doń straszny drab, który usiadł przy tym samym stoliczku i począł z nim rozmowę. Z razu była ona nic nieznacząca, ale nieznajomy zaczął sobie pozwalać takich żartów, że Presler który w sobie szanował podporę tronu począł się już zżymać.

— Kochanie moje, mówił ów wysoki mężczyzna do porucznika, ja czuję, że ty musiałeś gdzieś służyć w wojsku.

— Może się waćpan nie mylisz, rzekł Presler, ale prosiłbym mnie nie tykać.

— Dla czego kochanie moje?

— Bo się tak blisko nie znamy.

— To jest że ty mnie nie znasz i to z twojéj strony bardzo jest wielkim grzechem, powinieneś znać wszystkich takich jak ja.

— Dla czego?

— A macnij no się po kieszeni, masz tam pewnie karteczkę?

— Co za karteczkę?

— Już ja ci tego nie powiem, bo wiem że się domyślisz. Ale słuchaj no, dziś ci to płazem nie pójdzie, żeś tu wlazł. Wybieraj więc, czy wolisz dwadzieścia kijów, czy żebym ci smołą na czole napisał coś za jeden. —

Porucznik zerwał się z krzesła i chciał ku drzwiom, ale uczuł że go z tyłu trzymano, wziął się do kija, ale rąk nie miał, dobył ile miał siły, wołając na pomoc, ale w tejże chwili ta sama operacya odbywała się z kilką jego towarzyszami i podwładnymi. Każdy myślał o sobie. Presler znalazł się w rękach kilku silnych czeladników którzy go straszliwie okładać poczęli. Z rozpaczą prawie, sądząc że już dlań ostatnia wybiła godzina, zasłaniał się rękami, kijem, padał, toczył po ziemi, usiłując o ile mu pamięć dozwalała zbliżyć ku drzwiom. Nie rychło jednak, mocno pobity schronił się do ciemnéj sieni, i nie śmiejąc wypaść na ulicę zatoczył wschodkami do lochu dokąd go już ktoś był uprzedził. Przesiedział tam w milczeniu nie śmiejąc tchu puścić dopóki się zupełnie nie uciszyło.

Po zbiciu szpiegów, wszystka czeladź rzemieślnicza rozpierzchła się tak szybko, że gdy nadbiegła siła zbrojna, którą wcześniéj zawezwał niemiec gospodarz, nikogo już nie było, oprócz dwóch najmocniéj potłuczonych w izbie, a Presler z nieznajomym towarzyszem w szyi lochu. Najzabawniejszem ze wszystkiego było to, że ajenci policyjni żadnego z winnych po nazwisku wymienić nie mogli, bo ich nie znali. Niemiec nawet gospodarz któryby był chętnie wskazał burzycieli pokoju zaprzysięgał, że żaden z dzisiejszych gości, nie należał do tych co zwykle tu uczęszczali. Byli to widocznie robotnicy z innych dzielnic miasta umyślnie na tę wyprawę przeznaczeni.

Gdy Presler dobrze się rozpatrzywszy wylazł nareszcie ze swojéj kryjówki i wszedł do opustoszałéj bawaryi, aby tam poszukać zgubionego kapelusza i czemkolwiek się pokrzepić, zastał już na pobojowisku samą policyą, rannych i gospodarza w szlafmycy narzekającego na te niespokojne Polaki. —

Presler podobniejszy był do widma niż do żywego człowieka, blady, potłuczony, przestraszony i gniewny. I on także nie umiał ani jednego wskazać nazwiska. Była to więc wyraźna policyi porażka. Zbici i cali pocieszali się wódką, któréj obficie dostarczył niemiec strwożony o los swego zakładu, naradzając się nad raportem, jaki złożyć mieli aby swe niepowodzenie utaić. Porucznik pożyczywszy czapki, bo kapelusz jego rozdarty na wpół, podobny był do zdechłego niedoperza, ruszył powoli do domu, wzdychając ciężko nad potłuczonemi kośćmi. Tą razą nawet obficie pochłonięta wódka na głowie jego żadnego nie uczyniła wrażenia.

Jakkolwiek w nieszczęśliwym swym stanie różne go spotykały koleje, po raz jednak pierwszy Presler był tak widocznie poszlakowanym i ukaranym boleśnie. Głęboko więc rozmyślał nad coraz czarniéj jakoś wyglądającą przyszłością, ale odebrane razy obudziły też w nim gniew i zajadłość. Pragnął się pomścić na sprawcach tego zamachu, którzy śmieli tak wysokiego urzędnika poturbować.

— Ja im dam, ja ich nauczę! pomrukiwał przez całą drogę, ja im tego nie daruję, odkryję, wyszukam, i będą dyndać, jakem Presler, jakem Presler, będą dyndać panicze. —

Ponotował był sobie kilka fizyonomii wyrazistszych, a szczególniéj tego wysokiego draba którego za pierwszą przyczynę całéj burdy uważał.

— Już chyba żyw nie będę, albo on się pod ziemię schowa, żebym go w Warszawie nie znalazł, a potem, jak tego szelmę powieszą, zkwituję już z rzemiosła. Byle tylko Julek wyszedł na doktora, niech ich djabli wezmą, służyć nie będę, zostanę uczciwym człowiekiem; bo to takie rzeczy niebezpieczne, że człek i życia niepewien nigdy.

W tych myślach, nieco wcześniéj niż zwykle i daleko pokorniejszy niż zwyczajnie, wszedł po cichu do izby. Żona poznała go po chodzie i żywo pobiegła ku niemu.

— Mów, zawołała, coś zrobił Julkowi, mów zbrodniarzu! Tyś gotów własnemu dziecku kamień uwiązać u szyi.

Rzuciła się nań z taką gwałtownością chwytając go za gardło, że porucznik i tak już osłabły zachwiał się i cofnął.

— Mów, coś zrobił Julkowi!