Za morze!
Szkice z wycieczki do Brazylii
Rozdział I
Cel wyprawy. Odjazd z Europy. Lizbona. Czarny królik Dakaru. Murzyńskie miasto. Nieudane próby fotografii. Typy uliczne.
Trzeci rok mija od czasu, gdy opinia publiczna, zaledwie odetchnąwszy po procesie wadowickim1, który wykazał straszliwe nadużycia i zdzierstwa, jakich lud nasz pada ofiarą ze strony werbowników zamorskiej emigracji, została ponownie wstrząśnięta do głębi nagłym, gorączkowym ruchem wychodźczym włościan2 naszych do Brazylii. Żadne perswazje, nawet kordony wojskowe wystawione na granicy i utrudnienia paszportowe, czynione przez rząd niemiecki, nie były w stanie powstrzymać tego tłumnego wychodźstwa, grożącego wyludnieniem kilku nadgranicznych powiatów Królestwa Polskiego3. Na domiar złego nie wiedzieliśmy nic zgoła ani o Brazylii samej, ani o tajnych sprężynach tego ruchu. Trudno było przeto zapobiegać złemu, którego źródłaśmy nie znali, a w części umyślnie wiedzieć nie chcieli, a jeszcze trudniej pouczać prostaczków o kraju, który nam, inteligencji, był znany ze szkolnych podręczników geografii, kraju wielkim jak cała Europa, który, w określeniach dziennikarskich zwłaszcza, pragnięto wcisnąć w ramki następujące: Amazonka, Rio Janeiro, niewolnictwo, kawa i żółta febra4. Poza tym istotnie nie wiedzieliśmy nic zgoła.
Tymczasem zaś przeróżnymi drogami, pomimo ścisłej kontroli rządowej, nadchodziły odezwy pełne szumnych obietnic raju na ziemi, w których najbezczelniejsze kłamstwa pomieszane były zręcznie z prawdą, a wszystko przybrane w szatę ponętną i zręczną, dowodzącą, iż ci, co na czele tej agitacji stali, musieli znać wybornie słabe strony ludu naszego i grali też na nich — rozdmuchując przede wszystkim nienawiść do dworów i szlachty, uderzając w czułe struny katolicyzmu i jeszcze czulsze — nędzy materialnej, która za morzem jednym zamachem skończyć się miała. I jakże miał wierzyć włościanin dziedzicowi lub księdzu, gdy mu dowodzili na przykład, że przysyłane im z Hamburga bezpłatnie i rozdawane przez agentów, krążących po wsiach, „szyfkarty”5 były świstkami bez wartości — gdy za takim świstkiem Bartek lub Wojtek z tej samej wsi już wyjechał; jak mogli wierzyć inteligencji, która, sama zresztą w to wierząc, tłumaczyła im, że pójdą w niewolę zamiast Murzynów, gdy znowuż tenże Bartek lub Wojtek przysłał tajemną drogą list, opisujący jako na „kolonii” otrzymanej zebrał dwa kopce kartofli i kopiec pieprzu! — ten pieprz zwłaszcza imponował. Agent wmawiał w chłopa, iż dziedzic dlatego jedynie w zmowie z księżmi im wyjazd odradza, aby mu robotnik nie podrożał — co też, niestety, w wielu wypadkach było rzetelną prawdą.
Nie wiedzieliśmy sami podówczas, że większość listów przychodzących z Brazylii od wychodźców była sfałszowana; nie wiedzieliśmy, że poza firmą6 Jose dos Santos w Lizbonie, podpisującego korespondencje i „szyfkarty”, ukrywał się Polak Bendaszewski i, niestety, ksiądz polski Gurowski, związani w spółkę handlarzy żywym towarem w Hamburgu.
Nie wiedząc nic sami, radzić też skutecznie nie umieliśmy; lud zerwał wszystkie więzy, utracił resztę zaufania do surdutowej inteligencji, widział w obdzierającym go do nitki Żydku-agencie swego jedynego zbawcę — i poszedł „na złamanie karku”, jak nazwał to Dygasiński7, po złote runo, mamiące go z oddali złudnym blaskiem, otumaniony i olśniony przez obietnice zamorskiej szczęśliwości. O ujemnych stronach agent mu nie wspominał, inteligencja zaś, zaprzeczając wielu rzeczom, które dlań były już, a dla nas stały się dopiero później niezbitym pewnikiem, utraciła w jego oczach prawo do zaufania. Nieufność wrodzoną rozdmuchiwał jeszcze agent. Gorączka brazylijska wybuchła, opanowawszy nadgraniczne powiaty, sięgając wszędzie, gdzie ruch wychodźczy istniał poprzednio — nad Wisłę, Wartę, Niemen i Narew, na Podole nawet. Potok wychodźstwa, tak spokojny zazwyczaj, iż nie dostrzegliśmy go w przeciągu8 lat dwudziestu, choć corocznie 40–60 tysięcy ludzi nam zabiera do wszystkich części świata, nie wyłączając Afryki i Australii, wezbrał nagle jak potok górski, opuszczając szerokie łożysko Stanów Zjednoczonych i z gwałtowną siłą żłobiąc sobie nowe koryto, brazylijskie.
Jak powiedziałem wyżej, wśród panującego zamętu nikt nie wiedział, ile jest oszustwa, a ile istotnej prawdy w kłamliwych obietnicach agentów, a o zaradzeniu złemu myśleć było niepodobna, nie znając przyczyn, rozmiarów, symptomatów i skutków nowej gorączki. Należało koniecznie zbadać rzecz na miejscu, zwłaszcza, że dziennikarskie artykuły nadały klęsce, groźnej samej przez się, większe jeszcze rozmiary, aniżeli miała w istocie.
Pierwszą inicjatywę w tej mierze dał „Kurier Warszawski”, wysyłając specjalnego korespondenta do Brazylii, zaopatrzywszy go atoli w tak skromne środki, iż Dygasiński, całkowicie zresztą nieprzygotowany do poważnego i wszechstronnego zbadania brazylijskich stosunków, powrócił po kilkotygodniowym pobycie z bardzo szczupłym i jednostronnym zasobem wiadomości. Jeszcze mniej przyczyniła się do wyświetlenia sprawy chybiona i bezowocna wyprawa p. Glinki i ks. Chełmickiego9, wyrządziwszy tylko mimo woli wychodźcom wiele złego, o czym poniżej mówić jeszcze będę.
Wiosną 1891 roku jeszcześmy nic naprawdę nie wiedzieli, choć ruch trwał już od pół roku przeszło. Wówczas komisja, wyznaczona przez lwowski zjazd ekonomistów i prawników w celu wszechstronnego zbadania sprawy wychodźstwa naszego ludu za granicę, zwróciła się do mnie z prośbą zorganizowania wyprawy do Brazylii i Argentyny, a jeśli można, i do innych krajów Południowej Ameryki, w celu wyświetlenia tamecznych stosunków imigracji europejskiej i porozumienia się z rządem argentyńskim o ewentualne przesiedlenie brazylijskich emigrantów polskich, jak to miało przed laty miejsce z emigrantami niemieckimi znad Wołgi do obdarzonej, jak mniemaliśmy, lepszymi warunkami klimatycznymi i ekonomicznymi Argentyny. Gdyby zaś okazało się to niewykonalne, miałem zbadać, czy przy pomocy konsulatów europejskich i Towarzystwa św. Rafała10 nie dałoby się rozciągnąć pewnej kontroli nad nadużyciami i wyzyskiem, których się rząd brazylijski na emigrantach dopuszczał, i zapewnić im możność znalezienia pracy i zarobku.
Plan ten, wobec braku jakiegokolwiek poparcia materialnego ze strony rzeczonej komisji i bardzo niechętnej postawy opinii publicznej w kraju, uległ pewnym zmianom, a podróż moja podzieliła się na dwie części: kilka miesięcy miałem poświęcić dokładnemu zbadaniu stanu istniejących już i nowo zakładanych kolonii polskich w południowej Brazylii, później zaś przedsięwziąć geograficzno-przyrodniczą wyprawę przez nieznane stepy i góry północnej Patagonii i Araukanii11. Zawód ze strony dwóch innych panów był tym przykrzejszy, że do ostatniej chwili zamiar swój towarzyszenia mi objawiali, a zwłaszcza jeden z nich, fachowy geograf i podróżnik amerykański, obznajomiony już z krajem i językiem hiszpańskim bardzo mi mógł być pomocny.
Po przezwyciężeniu wielu przeszkód, które jakby naumyślnie od chwili zamierzonego w pierwszych dniach maja wyjazdu ze Lwowa gromadzić się zaczęły, wyruszyłem nareszcie w początkach lipca do Paryża, stąd zaś, po załatwieniu niezbędnych do długiej i uciążliwej ekspedycji przez stepy i lasy sprawunków i zaopatrzeniu się w kilka listów polecających do władz brazylijskich i argentyńskich, udałem się do Bordeaux. 20 lipca byłem już na pokładzie statku „Congo”, udającego się do Rio Janeiro. Z towarzyszy podróży stawił się w terminie oprócz p. Antoniego Hempla, bawiącego już od kilku tygodni w Brazylii, tylko przyjaciel mój i kolega z uniwersyteckiej ławy, p. Witold Łaźniewski.
Kwestia brazylijskiej emigracji polskiej, której zbadanie było jednym z głównych motorów pierwotnych mojej wyprawy, utraciła już podówczas ostry swój charakter, a wiadomości zebrane przez ks. Chełmickiego w Rio Janeiro i St. Paulo ograniczyły pole działalności mojej w tej mierze do minimum.
Podczas pobytu w Paryżu starałem się zasięgnąć wiadomości o obecnym stanie kwestii z urzędowych źródeł brazylijskich. Okazało się, iż jakkolwiek bardzo wielu emigrantów polskich wciąż jeszcze do Brazylii dostać się usiłowało, bywali oni przez władze pruskie bezwzględnie zwracani na miejsce pobytu, rząd zaś brazylijski pod żadnym pozorem nikomu z wychodźców polskich nie udzielał biletów wolnej jazdy, a od przybywających dobrowolnie nawet własnym kosztem żądał formalnych legitymacji, paszportów emigracyjnych i świadectwa moralności. Przyczyną tak nagłego zwrotu w opinii rządu młodej rzeczypospolitej12, jak mnie zapewniał p. Antonio da Silva Prado (były minister rolnictwa i pierwszy inicjator agitacji imigracyjnej w Brazylii), była dwojaka: najsamprzód nieprzewidziane rozmiary napływu emigrantów, który z 3000 wzrósł do 18 000 miesięcznie, co przewyższa środki rozporządzalne rządu brazylijskiego i nie dozwala wydążyć szczupłej liczbie urzędników z rozmieszczeniem coraz większej ilości wychodźców po plantacjach lub koloniach rolniczych; z drugiej strony — bardzo niekorzystne wrażenie, jakie wywołali specjalnie wychodźcy polscy, pomiędzy którymi 5000–6000, tj. około 10% należało do szumowin społeczeństwa polskiego i nie chęcią znalezienia korzystnej pracy, lecz gorączką złota jedynie do Brazylii zagnani zostali. P. Prado twierdził, że wszyscy wychodźcy chcący pracować znaleźli mniej lub więcej korzystne pomieszczenie, istnieje wszakże pewna paczka, czyniąca najwięcej wrzawy, która pomimo znacznego popytu na robotnika w plantacjach kawowych uporczywie odmawia wszelkiej roboty i siedzi w największej nędzy w hotelu emigranckim w St. Paulo. Prawdopodobnie skończy się na tym, że ich na okręt spakują i do Europy jako balast nieużyteczny odeślą, nie wiem tylko, czy na ich powrocie wiele zyskamy. Przekonałem się później naocznie, że w słowach p. Prado bardzo wiele, niestety, było prawdy. Od jednego z członków ambasady brazylijskiej słyszałem nadto, iż rząd rzeczypospolitej zamierza powrócić do pierwotnego systemu tworzenia kolonii złożonych z wychodźców jednej narodowości oraz popierać tworzenie się towarzystw i spółek kolonialnych, które by dozwoliły znieść obecne ograniczenie ruchu imigracyjnego, będącego dla kraju obficie uposażonego w olbrzymie niezaludnione obszary bądź co bądź zjawiskiem pożądanym. Z wielu względów najmilej tam widziani są Włosi, najmniej lubiani natomiast Niemcy i Polacy.
20 lipca po południu „Congo” podnosi kotwicę, odpływając na zielone wody Gaskońskiej Zatoki13. Czas w drodze mamy wyjątkowo piękny. Morze aż do znudzenia spokojne i jednostajne. Pasażerów obfitość wielka najrozmaitszego gatunku. Nie brak i nadobnych przedstawicielek gorącej Brazylii i dumnych portennas14 argentyńskich, Murzynów z Senegalu, a nawet podkasana muza francuska w postaci całej trupy operetkowej, udającej się do Rio Janeiro, jest reprezentowana. Mamy starego Holendra, jakby żywcem wykrojonego z obrazu Teniersa15, Szwajcara w przejeździe z Bombaju do Rio Janeiro i przystojnego Anglika z młodziutką i milutką żoną, bardzo ładnie grającą na rozstrojonym fortepianie okrętowym etiudy i nokturny Chopina.
Na nudy nie ma jakoś czasu, a trudno go znaleźć nawet na niezbędną naukę języka portugalskiego. Stanowczo za często rozlega się dzwonek kelnera wzywający do stołu. Zdaje mi się, że na lądzie nikt nie byłby w stanie tyle artykułów spożywczych zniszczyć, co na morzu... Wieczorem dwudziestego pierwszego ukazuje się ląd — niewyraźna smuga wśród mgły — to skaliste wybrzeża Asturii. Przed samym zachodem słońca mijamy bardzo blisko przylądek Finisterre16: ozłocone promieniami zachodzącego słońca, wznoszą się pokaźne góry wprost z lazurowej toni oceanu; bałwany z hukiem, do wystrzałów armatnich podobnym, rozbijają się o granitowe urwiska; na szczytach widnieją obok płatów nagiej, czerwonawej skały — żółtawo-zielone plamy spalonych przez słońce pastwisk górskich. W oddali bieleją śnieżne mury rozrzuconej w malowniczym nieładzie na stoku góry wioski hiszpańskiej z panującą nad nimi dzwonnicą kościółka; zielenią się nieregularne czworoboki pól uprawnych...
Złocista tarcza słoneczna zachodzi i szybko w morzu tonie, rzucając ostatnie skośne promienie na góry i wioski; statek nasz oddala się od brzegu, a uroczy krajobraz mgła sinawa i zmrok zapadający kryją przed oczami naszymi.
Dnia dwudziestego drugiego wieczorem znowu dostrzegamy w oddali wybrzeże. Barwa morza przybiera odcień rozpuszczonej farbki. Mnóstwo statków nas mija; delfiny igrają w pobliżu, połyskując w słońcu mokrymi grzbietami, mewy i petrele szybują za okrętem. Przez mgłę słoneczną widzimy wciąż na wschodzie białawą smugę skalistego wybrzeża Portugalii, na którym przez lunetę rozpoznać można liczne wioski, zielone winnice i sady owocowe.
Ciemno już było, gdyśmy do ujścia Tagu wpłynęli. Po lewej stronie czernieją na skalistej wysepce zębate baszty starożytnej wieży Alcantara, dalej — wzdłuż prawego brzegu rzeki, jak okiem sięgnąć, nieskończony szereg światełek, grupujących się w misterne desenie — to Lizbona.
Ponieważ krótko tylko w porcie zatrzymać się mamy, wstajemy bardzo wcześnie, aby miasto chociaż pobieżnie móc obejrzeć. Widok, jaki się z pokładu okrętu przedstawia, jest istotnie imponujący, a sława piękności Lizbony najzupełniej zasłużona.
Ktoś kiedyś nazwał nie bez racji stolicę Portugalii — Bizancjum zachodu. Rozrzucone w malowniczym nieładzie na kilku wysokich wzgórzach na prawym brzegu Tagu, miasto, liczące około 400 000 mieszkańców, tworzy smugę nie szerszą nad pół kilometra, tj. tyle, co oko widza objąć zdoła, lecz za to blisko dwie mile17 długą, piętrzącą się na kształt amfiteatru na stromych urwiskach wybrzeża. Ponad białe domki o płaskich dachach i niezliczonej ilości oplecionych bluszczem balkonów wystają wysmukłe minarety i koronkowe gzymsy prześlicznych gmachów publicznych, budowanych przeważnie w stylu mauretańskim, gdzieniegdzie grupę domów przerywa biała ściana nagiej wapiennej skały lub wiszące ogrody, upięte festonami18 bluszczu i wina, uwieńczone bujnymi koronami cienistych palm.
Na żółtych i mętnych, jak fale wiślane, wodach potężnego Tagu, ginących w nieskończonej oddali, kołyszą się okręty wszelkich narodowości i przebiegają we wszystkich kierunkach lotne barki rybackie. Jest w tym krajobrazie coś z Wenecji i Neapolu zarazem. Łodzie ozdobne, o wysokim przodzie w kształcie gondoli, maszty mocno w tył pochylone, olbrzymie trójkątne żagle (brygantyny), daleko większe od masztów samych; ogorzałe postacie marynarzy i rybaków w zwieszonych na ramię długich neapolitańskich kołpakach — tylko że barwa czarna przeważa — kołpaki i szerokie pasy rybaków są zawsze tego koloru; nadto wszyscy noszą faworyty19, nadające Portugalczykom pewien typ odrębny.
Lewy brzeg Tagu, dość wysoki, zajmuje kilka wiosek oraz koszary i fortyfikacje, wszystkie oślepiająco białe w promieniach południowego słońca.
W mieście ruch ożywiony panuje. Mnóstwo tramwajów, zaprzężonych w trzy lub cztery muły, przebiega górzyste ulice we wszystkich kierunkach; najbardziej spadziste skały zdobywa się na trybowych tramwajach elektrycznych; inne linie tramwajów elektrycznych utrzymują komunikację z przedmieściem i klasztorem Belem, ulubionym miejscem wycieczek mieszkańców stolicy.
Amator koni może tutaj wiele ciekawego spotkać: brak zupełny ciężkich perszeronów i ardenów, napotykanych na każdym kroku we Francji: zastępują je z lepszym skutkiem wyborne muły; natomiast w powozach prywatnych i dorożkach spotyka się nieustannie piękne typy krwi wschodniej. Karą czwórkę arabską królewskiego powozu długo w pamięci mieć będę.
Najpiękniejszą częścią miasta jest niezaprzeczenie nowa ulica Avenida da Libertade: wspaniały bulwar, ozdobiony szeregami palm oraz dużymi kępami kwitnących oleandrów i rododendronów, ocieniających liczne wodotryski i strugę kryształową górskiego potoku, płynącego w cementowym łożysku środkiem ulicy. Na początku wznoszącego się stromo ku górze bulwaru, obok prześlicznego, wyglądającego jak biała koronka brabancka dworca centralnego, utrzymanego w pięknym stylu mauretańskim, stoi wysoki obelisk wolności, nadający nazwę całej ulicy.
Z Avenida da Libertade dostajemy się tramwajem elektrycznym na szczyt stromej skały, skąd z prześlicznego tarasu, pokrytego kępami osypanych kwieciem oleandrów, zwojami bluszczu i wina oraz grupami palm cienistych, roztacza się w całej okazałości panorama miasta i obszernego portu.
Wieczorem podnosimy kotwicę, lecz z powodu silnego wiatru od strony morza olbrzym nasz, gwiżdżąc i sapiąc w bezsilnej złości, usiłuje bezskutecznie obrócić się dziobem do ujścia Tagu. O dziewiątej wreszcie zdołaliśmy się wydostać na morze, a w godzinę później latarnie morskie pięknej Portugalii znikły nam z oczu.
Morze wciąż spokojne zupełnie i do znudzenia lazurowe; temperatura powietrza nie przewyższa 23° C, tylko ukazujące się coraz częściej ryby latające i fosforyzujące zielonawym światłem w białym szlaku za śrubą parowca iskry i kule świetlane przypominają bliskość zwrotnika. Uderza mnie okoliczność, iż nie napotykamy nigdzie pływających wodorostów (sargasse), tak obfitych na linii pomiędzy Europą i Zatoką Meksykańską. Brzegu nigdzie nie widać, pomimo to na pokładzie znajduję latającego motyla, widocznie przez wiatr zaniesionego na otwarte morze. Nie widzimy ani jednego statku na widnokręgu; rzadko tylko biała mewa skrzydłem w słońcu błyśnie, a kilka burzyków chwyta z piskiem drobiazg wodny w poruszonej przez śrubę okrętową białawej smudze piany. Brzegów nie widać. Dziennie przebywamy przestrzeń 320 mil morskich20.
28 lipca po pięciodniowej żegludze dostrzegamy ku wieczorowi na widnokręgu kopułowaty cypel na wybrzeżach Senegalu21. Wszystko, co żyje, wylega na pokład. Wieczór przecudny, słońce jaskrawo oświetla strugami złotawych promieni nagie czarne urwiska bazaltowe, połupane jakby w drzazgi na prawidłowe22 snopy słupów kamiennych, które raz wystrzelają pionowo w górę, tworząc zębatą bronę, to znów rozchodzą się w kształcie olbrzymiego wachlarza, rozszczepionego u szczytu skały w tysiące pojedynczych iglic; to wreszcie leżą poziomo, tworząc niebezpieczną rafę, o którą z hukiem się rozbijają lazurowe bałwany. Z daleka już widać, iż strona zachodnia skał wszystkich jest białej barwy od nagromadzonych mas ptasiego guana, a na każdej literalnie iglicy bazaltowej świecą białe punkciki, zrywające się ciężko do lotu za nadejściem statku: to głuptaki (Sula), milionami zaludniające puste wysepki przy wejściu do zatoki Dakaru. Mnóstwo niezliczone czarnych burzyków (Procellaria glacialis)23, z lotu i ruchów do jaskółek podobnych, ugania się za okrętem, polując na wyrzucane z kuchni odpadki.
Mijamy skalisty cypel i na prawo przed nami bieleje w słońcu mała bazaltowa wysepka Gorée, zabudowana gęsto przez wille zamożnych mieszkańców europejskiej dzielnicy, z małym fortem na szczycie najwyższej skały. Na lewo, w głębi obszernej zatoki, na brzegu wznoszącym się na kształt amfiteatru, rozrzucone w malowniczym nieładzie miasteczko Dakar, główny port francuskiego Senegalu.
Koszary, hotele, szpital, kasyno, magazyny, dworzec kolei do St. Louis24, kilkanaście domów prywatnych, rozrzuconych na znacznej przestrzeni, otoczonych skąpą zielenią mozolnie wyhodowanych na jałowym i spieczonym gruncie palm, baobabów i akacji — oto cała dzielnica europejska. Wschodnią połowę Dakaru, przedzieloną od europejskiego miasta szeroką aleją, tworzy wioska murzyńska: nagromadzenie walcowatych szałasów z stożkowym dachem słomianym, podobnych do ulów, ogrodzonych parkanem z trzciny, mat lub starych klepek. Z rzadka samotny baobab, świecący z dala białymi kielichami swoich długich, lejkowatych kwiatów, suchotnicza palma daktylowa lub smutnie potrząsający poszarpanymi na strzępki liśćmi banan. Roślinność tutaj bardzo uboga, z wielkim mozołem wyprodukowana przez Francuzów na niewdzięcznej, piaszczystej glebie.
Dzielnica murzyńska liczy około 6000 mieszkańców, utrzymujących się przeważnie z żebraniny. Europejczyków mieszka w Dakarze 500.
Przy jednej z szerokich alei przecinających miasto murzyńskie widnieje szałas nieco porządniejszy od innych, sklecony z desek i kryty dachówką — to pałac Dial-Diop, króla Dakaru, pokazującego się ciekawym za opłatą jednego franka25 od osoby, co łącznie z 600 frankami pensji wypłacanej przez rząd francuski idzie na utrzymanie haremu i dworu. Nie zastaliśmy jego królewskiej mości w domu — wzorem bowiem królów biblijnych doszedł osobiście wydoić swoje krowy, z obawy, aby mu który z ministrów mleka nie ukradł. Honory domu robią nam dwie żony królewskie, zalotnie udrapowane w błękitne burnusy26 i białe zawoje, z włosami zaplecionymi w niezliczoną ilość cienkich warkoczyków, bransoletami na rękach i nogach, obutych w żółte marokańskie pantofle, i wcale przystojna jak na Murzynkę córka. Fotografię królewny udało mi się nieznacznie podczas rozmowy pochwycić.
Wnętrze pałacu, mającego kilka metrów kwadratowych powierzchni i dwoje drzwi matami przysłoniętych, lecz pozbawionego okien, zajmują dwa tapczany, kilimkami przykryte; na ścianach trochę naczyń z tykwy, nożów i stara strzelba stanowią całkowite umeblowanie pałacu. W szałasach zwykłych czarnych śmiertelników, ciaśniejszych nieco, toż samo umeblowanie bez kilimków i strzelby, dwa tapczany matami trzcinowymi pokryte, garnki na ścianie i amulet z zęba rekina lub innego skutecznego na czary środka nad wejściem.
W dzielnicy europejskiej czarni podlegają pewnemu rygorowi zewnętrznemu. Na ulicach panuje wyłącznie język francuski; snują się obok udrapowanych w niebieskie lub białe burnusy Murzynów, płócienne kaski urzędników białych i czerwone kurtki spahisów27. Na rynku, ocienionym kilkunastu drzewami, panuje wrzawa niesłychana, a malownicze gromadki czarnych przekupniów, żebraków i włóczęgów przedstawiają wielką pokusę dla amatorów-fotografów, jakich posiadamy kilku na pokładzie „Congo”. Sam kapitan w asystencji ober-stewarda28 dźwigającego olbrzymią torbę z aparatem fotograficznym daje przykład; obok ustawił się jakiś inżynier belgijski z wielkim trójnogiem, dalej Łaźniewski ze swoim aparatem. Pomimo jednak próśb, gróźb, obietnic pieniężnych i kijów, hojnie rozdzielanych przez murzyńskich przewodników na wszystkie strony, nie otrzymano rezultatów żadnych. Instynktowna obawa przed portretowaniem, wspólna wszystkim ludom pierwotnym, sprawiała, iż najpiękniej ugrupowane przekupki zmykały w popłochu, skoro tylko ujrzały wymierzoną ku sobie lufę aparatu, a gdy się jakie zdjęcie momentalne nawet udało wykonać, niewątpliwie w chwili stanowczej przed samą soczewką znalazła się kędzierzawa czupryna lub ciekawy nos o pięknie hebanowym połysku, zakrywający cały widok. Ja tylko jeden, zaopatrzony w niezwracającą uwagi małą kamerę ręczną Stirna, którą najgoręcej wszystkim podróżnikom zalecić mogę, zdołałem uchwycić kilka typów ciekawszych.
Jeżeli część miasta europejska ma już wygląd wysoce egzotyczny, to dzielnica murzyńska przenosi nas od razu w głąb Czarnego Lądu. Przed drzwiami szałasów Murzynki, zupełnie nagie, nawet bez klasycznej przepaski na biodrach, nakładanej, jak się zdaje, tylko przy wyjściu na ulicę, lecz natomiast ze srebrnymi bransoletami na rękach i nogach, mielą w pierwotnej konstrukcji żarnach kształtu wielkiego moździerza mais29 lub proso; po ulicach snują się udrapowane w barwne burnusy arabskie postacie mężczyzn, włóczących się bez zajęcia i wyciągających co chwila rękę do przechodnia europejskiego z nieodmiennym „Monsieur, donnez moi quelque chose!”30 — zupełnie jak neapolitańskie „Date mi un soldo!”31. Miejscowi Francuzi pozbywają się natrętów bez ceremonii kijem, chociaż to przyzwyczajonych do bata Murzynów bynajmniej nie zraża, częstokroć obici natrętniejszymi się jeszcze stają.
Kobiety snują się po ulicy z dziećmi na plecach, wyglądającymi z zarzuconej chusty jak małe małpiątka; głowę trefią na sposób abisyński32 w mnóstwo drobnych warkoczyków, przypominających uczesanie głowy na hieroglifach egipskich.
Gdzieniegdzie, lecz tylko u mężczyzn, ślad cywilizacji europejskiej: stary tużurek33 włożony na gołe ciało, lub kurtka czerwona spahisa na arabskim burnusie; cylinder dziurawy zamiast fezu34 lub kamasze zamiast żółtych pantofli arabskich. Pominąwszy ten nieunikniony w portowym mieście wpływ Europy, objawiający się w dziwacznej kombinacji nagiego ciała z cylindrem lub zawoju z watowanym paltotem35 włożonym na gołe ciało, przeważa wszędzie błękitny lub biały burnus arabski. Wszyscy uwieszani amuletami przeróżnego rodzaju, ze skóry, kości lub drzewa. Mimo wielkiej wiary w skuteczność swoich gri-gri sprzedają je chętnie cudzoziemcom, stawiąc jednak zwykle dość wygórowane żądania. Lud w ogóle krzepki i rosły, niebrzydki, o ile typ Murzyna w oczach naszych piękny być może. Cywilizacja zachodu dostaje się do nich dość podejrzaną drogą, bo przeważnie za pośrednictwem żołnierzy załogi, odgrywającej w armii francuskiej rolę batalionów poprawczych.
Rozdział II
Przez równik. Pernambuco. Tratwy rybackie. Bahia. Przybycie do Rio de Janeiro.
29 lipca w południe podnosimy kotwicę wśród wiwatów rozochoconych oficerów załogi fortecznej, którzy noc z nadobnymi kapłankami wesołej muzy przy szampanie spędzili. Damy owe uraczyły się tak sowicie, że kapitan, zresztą wcale wyrozumiały na ludzkie słabostki, zagroził im zamknięciem na dno okrętu na chleb i wodę, jeżeli się nie będą zachowywały spokojnie. Groźba poskutkowała, damy znikły w kajutach, rozmarzona oficeria, śpiewając ochrypłym głosem En revenant de la revue36, odpłynęła do domu. Zgrzytnęła kotwica, czarny kadłub okrętu drgnął życiem, woda zapieniła się pod uderzeniem śruby i „Congo” znowu wypłynął na lazurowe fale oceanu.
Bliskość równika dają nam poznać coraz liczniejsze ryby latające, których istnieje w tych wodach dwa gatunki: większe, czarne, wielkości sandacza, trzymają się zwykle pojedynczo i lot posiadają bardzo długi. Zauważyłem, iż zdolne są lecieć przeciw wiatru i kilkakrotnie zmieniać dowolnie kierunek swego lotu na przestrzeni dochodzącej do 300 kroków. Mniejsze, wielkości śledzia, białe, trzymają się licznymi stadami i pluskają na prawo i lewo obok statku. Lot ich jest w ogóle znacznie krótszy.
Wieczorami za śrubą parowca świeci smuga iskier i kul świetlanych — są to żyjątka fosforyzujące, wymoczki, meduzy... fale rozbijające się o przód i boki statku częstokroć rozpryskują się jak świece rzymskie37 w deszcz świecących iskierek.
Morze wciąż jednostajne lazurowe i spokojne bardzo. Dnia 1 sierpnia w nocy mijamy równik, co daje powód do powszechnej zabawy na pokładzie i w salonach parowca. Celem jej — sprawienie tradycyjnego śmigusa nowicjuszom, pierwszy raz wkraczającym na południową półkulę. Panie zwłaszcza są gorliwe w oblewaniu bliźnich wodą kolońską, sodową i zwykłą morską nareszcie, a usłużny maître d’hôtel38 okrętowy stawia za skromnym wynagrodzeniem do ich dyspozycji cały arsenał misternie obmyślanych szprycek w postaci cukierków, kwiatów etc. oraz poważny zastęp syfonów wody sodowej.
Nie brak i szlachetniejszych rozrywek. W salonie żona brazylijskiego posła w Petersburgu, pani Macedo, gra bardzo poprawnie kilka mazurków Chopina i dziarskiego mazura Glinki, a na pokładzie przy dźwiękach gitary hiszpańska baletnica każe nam podziwiać piękność bolera i fandanga39. Gdy noc zapadła, a towarzystwo, w znacznej części z Francuzów złożone, rozbawiło się na dobre, nie obeszło się gdzieniegdzie i bez narodowego kankana. O jedenastej pogaszono światła i wszystko wróciło do zwykłego trybu.
Nudy morskiej podróży, po wyczerpaniu zasobu książek zabranych w tym celu, zabijamy grą w domino wieczorem, a we dnie w „palet”. Zabawa ta, jak się zdaje, wynaleziona specjalnie dla nudzących się pasażerów okrętowych, polega na rzucaniu płaskich krążków kauczukowych na tablicę położoną na ziemi i podzieloną na numerowane kwadraty. Należy rzucać krążek w taki sposób, aby spadając, nakrył jeden z numerów tablicy, przy czym, jak w krokiecie, należy rozmaite, coraz wyższe numery kolejno w pewnym oznaczonym porządku nakrywać. Grający, jak w krokiecie, dzielą się na dwie partie — wygrywa ta, która pierwsza zrobi przepisaną ilość punktów. Pasażerowie całymi dniami w tym sporcie się ćwiczą. Zwłaszcza niezmordowani są: brazylijski ambasador, jedna z szansonistek40 i Anglik, właściciel kilkudziesięciu tysięcy owiec w Patagonii.
Dnia 4 sierpnia o godzinie drugiej w nocy dostrzegamy światła na brzegu: to pierwsza stacja na lądzie brazylijskim — Pernambuco. O świcie zbliżamy się bardziej do przystani i zarzucamy kotwicę wprost stacji kolejowej w Recife. Mamy przed sobą niewielkie, porządnie, po europejsku zabudowane miasto. Na lewo — nieskończony las palm kokosowych pokrywa wybrzeże; na prawo — starożytna twierdza holenderska w gruzach już prawie; dalej szereg ginących wśród zieleni gajów palmowych, domków i willi. Widnokrąg zakrywa gęsto zabudowane i zielonością okryte wzgórze Olinda, na paręset stóp ponad poziom wzniesione. W głębi panoramy, jak okiem sięgnąć — falista okolica, lasem dziewiczym pokryta.
Wejścia do przystani strzeże długa rafa skalista, której miasto nazwę swoją zawdzięcza (Recife), jedyna może na świecie w swoim rodzaju.
Oto co o tej rafie pisze Darwin w swojej podróży:
Nie ma chyba naturalnego utworu mającego wygląd tak dalece sztuczny, jak rafa w Pernambuco. Tworzy ona ławicę kilka kilometrów długą, matematycznie prostą, w niewielkiej odległości od wybrzeża. Szerokość jej wynosi 30–60 metrów, szczyt płaski i równy. Skałą ją tworzącą jest piaskowiec bardzo twardy, w którym zaledwie rozpoznać można warstwowanie. Podczas przypływu bałwany morskie rozbijają się na tej ławicy; w czasie odpływa szczyt jej wystaje z wody i wygląda na groblę zbudowaną przez cyklopów. Na wybrzeżu tym prądy morskie odrzucają piaski ku lądowi — i na takim to piaszczystym namulisku stoi miasto Pernambuco. Jakkolwiek fale Atlantyku dniem i nocą biją o ten mur naturalny, najstarsi piloci nie pamiętają najmniejszej zmiany w jego wyglądzie. Trwałość tę zadziwiającą zawdzięcza rafa powłoce wapiennej zaledwie kilka cali grubej, odnawianej nieustannie przez drobne żyjątka — serpule, anatify i nullipory. Bez pomocy tych organizmów dawno już rafa Pernambuco uległaby pod ciosami bałwanów, a bez rafy miasto nie posiadałoby wygodnej przystani, jaką się dzisiaj cieszy.
Na mapach spotykamy stale nazwę Pernambuco, w samej rzeczy natomiast składa się ono z trzech miast oddzielnych, przedzielonych rzekami Capiberibe i Beberibe: Recife — wprost rafy kamiennej na płaskim wybrzeżu, Olinda na północy, Pernambuco na zachodzie, w głębi. Łączą je pomiędzy sobą długie mosty na palach. Brzegi rzek pokrywają bagna ryzoforowe41.
Miasto, założone niegdyś przez Holendrów, należy do najstarszych w Brazylii i jest ogniskiem ożywionego handlu cukrem, wódką i bawełną. W ostatnich czasach osiedla się w górach okolicznych wielu kolonistów, zwłaszcza Włochów i Portugalczyków, uprawiających bawełnę i trzcinę cukrową.
Toteż spośród leśnej zieleni wznoszą się w wielu miejscach słupy dymu z palonych pod zakładające się nowe osady lasów. Zaznaczyć należy szczegół ciekawy, iż pszenicę w ilości około 140 000 beczek otrzymuje Pernambuco z Węgier, a masło z Francji...
Mieszkańcy Pernambuco są odważnymi żeglarzami. Do osobliwości miejscowych należą lekkie tratwy rybaków, na których daleko na morze się zapuszczają. Tratwy te, zaledwie 4–8 metrów kwadratowych powierzchni mające, budują się42 z bardzo lekkiego drzewa (Ochroma piscatoria43), posiadają ławeczkę do siedzenia w tyle, maszt na przodzie i wielki żagiel trójkątny.
Tratwa jest całkowicie niemal w wodzie zanurzona, gdy paru ludzi na niej się pomieści — z daleka też robi wrażenie pływającego stołka. Na tak kruchych statkach rybacy miejscowi po dni kilka nieraz pozostają na oceanie, tracąc zupełnie ląd z oczu, a nawet do Rio Janeiro na kruchych tych łupinach się zapuszczają. Kilku Murzynów przynosi nam na sprzedaż małe modele tych tratew, znajdujące chętnych nabywców, oraz owoce krajowe: banany, ananasy, sapotilhas44, anony45, pomarańcze; inna łódź przybija z ładunkiem papug — ponieważ jednak płyniemy do ich ojczyzny, towar ten nie znajduje amatorów, choć sprzedający je Murzyni, spychani co chwila do wody przez majtków, z kocią zręcznością wdrapują się zewsząd na pokład, natrętnym szturmem pragnąc zdobyć kieszenie pasażerów.
Z rana podnosimy kotwicę, trzymając się odtąd ciągle w pobliżu wybrzeży. Są to nieskończone szeregi jałowych, pustych wydm piaszczystych, oślepiającej białości, jakby dla kontrastu upstrzonych ciemną zielenią jakichś krzewów karłowatych. Poza linią wydm widać w oddali żyzną okolicę pokrytą lasami, z których wznoszą się słupy dymu, wskazujące miejsca nowo powstających osad.
Woda w pewnej odległości od brzegów jest stale barwy zielonej, dopiero dalej przechodzi w zwykły ciemny szafir oceanu. Niebo nieco zachmurzone i słońce, przedzierające się przez chmury, wywołują na zielonej tafli wody bardzo ładne efekta kolorystyczne, zmieniające barwę morza z szarawej w szmaragdowozieloną.
Wielce oryginalną okoliczność zaznaczyć mi wypada, iż pomimo bliskości wybrzeża, które nieustannie mamy przed oczyma, w przeciągu 36 godzin, tj. całej podróży z Pernambuco do Bahia46, nie spotkaliśmy ani jednego ptaka. Mewy i burzyki znikły zupełnie.
Wielką rozrywką dla pasażerów są liczne wieloryby, igrające w pobliżu statku i wyrzucające wysoko fontanny wody, które zdradzają z wielkiej nawet odległości ich obecność. Panie zwłaszcza nie odejmują lornetek od oczu, oczekując ponownego ukazania się sygnalizowanych w pewnym kierunku przez wprawniejsze oczy marynarskie wielorybów.
5 sierpnia na wieczór stajemy w Bahia. Wybrzeże przedstawia krajobrazy przecudne: wysoka na 300 stóp równina granitowa, przecięta głębokimi parowami, spada w postaci stromych urwisk do morza, okryta bujną zielenią gajów palmowych i lian, spośród których z rzadka tylko krwawoczerwone płaty nagiej skały widnieją. Spośród gajów kokosowych migają białe zabudowania plantacji trzciny cukrowej i ogrody słynnych na cały świat zielonych pomarańcz; gdzieniegdzie wystrzela dzwonnica kościółka wiejskiego lub mury starego klasztoru.
Wpływamy do olbrzymiej zatoki, której skaliste brzegi nikną gdzieś w oddali. Po prawej stronie na szczycie skały wznosi się biała latarnia morska, dalej zaś opleciony zielenią, wysoki na 100 metrów mur granitowy, na którego szczycie bieleją domki i zarysowują się sylwetki drzew mangowych i palm. Wprost przystani miasto schodzi aż do wybrzeża, jakkolwiek nie ma ani jednej ulicy dostępnej dla wozów, a domy są jak gniazda jaskółcze przylepione do prostopadłej ściany granitu, przeplatane drzewami.
Sprawiedliwość każe przyznać, iż pomimo dzikiej piękności okolicy Brazylianie nie przyczynili się w niczym do podniesienia jej uroku: architektura domów jest zaprzeczeniem krzyczącym wszelkich zasad estetycznych; są to wysokie, wąskie, białe lub na jaskrawe barwy zwyczajem portugalskim pomalowane pudełka, czerwoną dachówką kryte. O estetykę dba tylko matka przyroda, potężnym tchnieniem swoim szybko niszcząc niedołężne dzieła ludzkie, aby na gruzach murów malownicze kępy bujnej zieleni zaszczepić.
Komunikacja pomiędzy miastem i przystanią odbywa się za pomocą windy, która mi żywo przypomniała wjazd do salin47 wielickich, lub też przy pomocy elektrycznych tramwajów linowych.
Wydostawszy się na górę, znajdujemy się naprzeciw nowego, wcale ładnego ratusza i jesteśmy za brudy i zaduch portowy sowicie wynagrodzeni przez przecudną panoramę, jaka się z tego miejsca na całą zatokę odkrywa. Zmrok szybko zapada i w kilka minut po zachodzie słońca mamy już zupełną zmianę dekoracji: niebo różowe i fioletowe jak na obrazach impresjonistów; zatoka odbija wiernie jak lustro kolory nieba, ląd zaś zlewa się w jednolitą, czarną masę, a patrząc ku zatoce, oko spotyka ostre kontury domów, sylwetki palm i drzew mangowych, jakby atramentem na różowo-fiołkowym tle odrysowane. Jeszcze chwila i pozostało już tylko czarne niebo, czarna woda i czarne miasto, usiane miriadami48 gwiazd, światełek okrętowych i ogni w domostwach.
Bahia dos Todos os Santos (Zatoka Wszystkich Świętych), zwana inaczej San Salvador, liczy obecnie do 300 000 mieszkańców, zajmuje przeto drugie miejsce w Brazylii; posiada stały teatr i akademię medyczną. Nazwać by je można miastem Murzynów i kościołów, pierwsi bowiem stanowią 4/5 ludności całkowitej, kościołów zaś i klasztorów miasto i okolica liczy przeszło 70.
Większość klasztorów stoi co prawda dzisiaj pustkami, licząc zaledwie po kilku zakonników. Bahia jest siedliskiem arcybiskupa i religijną stolicą rzeczypospolitej. Jest to jeden z najważniejszych portów handlowych Brazylii, a dochody celne tutejszej komory dochodzą do pokaźnej cyfry49 25 milionów franków rocznie.
Produktem wywozu był dawniej wyłącznie cukier trzcinowy, z powodu jednak przesilenia w cukrownictwie plantatorowie przerzucają się coraz bardziej na inne pola produkcji, mianowicie kawę, kakao, wreszcie tytoń, mający ustaloną już dzisiaj sławę, którego się wywozi w postaci liści i gotowych cygar za sumę 17 milionów franków.
Prowincja Bahia, należąca pomimo gorącego i niezdrowego swego klimatu do najludniejszych i najdawniej zamieszkałych w Brazylii, rozpada się na trzy odrębne regiony: wybrzeże (Reconcavo), zajmujące się uprawą cukru i kawy już od trzech wieków, wnętrze kraju (Sertao), obfitujące w łąki i wodę, gdzie się mieszkańcy oddają przeważnie hodowli bydła, oraz lesiste południe, graniczące z dziką prowincją Espiritu Santo50, gdzie powstają wśród puszczy, przeważnie włoskie, kolonie rolnicze, uprawiające kakao, mais, maniok51 i owoce południowe. Koloniści europejscy niechętnie ściągają się w te strony, nie tyle ze względów klimatycznych — dla Włochów bowiem i Hiszpanów upały tutejsze nie są przykre, a febry żółtej poza strefą nadmorską nie ma — lecz głównie z powodu smutnej tradycji niewolnictwa, zbyt świeżej jeszcze tutaj, w jednym z najdawniejszych ognisk plantatorskiego kańczuga, aby brazylijscy fazendeiros52 nie zapominali od czasu do czasu, iż prawo z dnia 13 marca 1888 r. odebrało im na zawsze władzę batoga nad robotnikami. Stąd liczne nadużycia, często zajścia krwawe pomiędzy chlebodawcami a pracownikami, coraz większy ubytek rąk i coraz większy upadek wielkiej własności ziemskiej, ratującej zagrożone swoje istnienie sztucznym podtrzymywaniem imigracji europejskiej i wyzyskiwaniem pracy nowo przybyłych, nieobeznanych z warunkami miejscowymi wychodźców. Ponieważ jednak Włosi coraz trudniej oszukiwać się dają, w roku zeszłym rząd związkowy53 postanowił sprowadzić do Bahia i Pernambuco „kolonistów” chińskich. Jest to usiłowanie przywrócenia niewolnictwa w nowej postaci, tak samo, jak to uczyniło Peru przed kilkunastu laty dla dogodzenia wielkim plantacjom cukrowym. Zresztą w podobnych warunkach „liberalni” Francuzi ściągają do zabójczego klimatu swoich podzwrotnikowych kolonii kulisów54 indyjskich, a australscy55 plantatorowie kanaków56...
Samo miasto Bahia, w którym 77 000 niewolników murzyńskich po uwolnieniu osiadło, jest niemożliwie brudne. Oprócz ratusza i nowo wybudowanej szkoły normalnej57 nie ma ani jednego gmachu, który by odpowiadał skromnym nawet wymaganiom estetycznym. Wynagradza to sowicie urocze położenie miasta i bogactwo podzwrotnikowej roślinności.
Drożyzna jest równie wielka jak w Rio Janeiro, np. za przewiezienie na ląd kilku osób, tj. za 10 minut wiosłowania musimy po długim targu zapłacić dwóm brudnym Murzynom 10 milreisów58, tj. prawie 20 franków podług ówczesnego kursu, a za bardzo skromny obiad w hotelu — po 3 milreisy od osoby.
O północy, opłaciwszy uśpienie argusowej59 czujności stróża bezpieczeństwa publicznego, mającego surowy nakaz niewypuszczania nikogo z miasta po dziewiątej wieczorem, powracamy na pokład „Congo” i zaraz potem podnosimy kotwicę, pozostawiając na gładkich jak lustro wodach zacisznej zatoki ognistą smugę iskier fosforycznych.
6 sierpnia straciliśmy od rana wybrzeże z oczu. Ostry i silny wiatr południowy utrudnia nam żeglugę: zamiast 330, przebyliśmy tylko 250 mil morskich w przeciągu doby. Przecie po raz pierwszy od chwili wyjazdu z Europy morze przestaje być podobne do wielkiej balii z rozpuszczoną farbką i majestat swój nam okazywać raczy, wstrząsając groźnie pienistą grzywą bałwanów. Fale 3–4 metrów wysokie biją o boki parowca, rozpylając się w słoną mgłę wodną, połyskującą w słońcu jak deszcz brylantowy. Przezorniejsi, a bardziej zajęczego serca podróżni rozpytują uśmiechających się złośliwie majtków o środki ratunkowe na wypadek rozbicia okrętu; słabsze niewiasty jęczą po kajutach. Nie cierpią one bynajmniej na chorobę morską, o nie! „on est trop vieux marin pour ça”60, to tylko kucharz coś niestrawnego dał na śniadanie, a upał w tych szerokościach dusi... choć termometr wskazuje tylko +16° C.
8 sierpnia przy pogodzie przecudnej przechodzimy w odległości zaledwie paruset metrów od starannie omijanego przez statki skalistego cypla Cabo Frio. Wysoka na paręset metrów skała granitowa o stożkowatym szczycie spada pionowo do morza, aż do szczytu prawie wygładzona przez bijące o nią bałwany; od strony lądu pokrywa ją rzadka, żółtawa roślinność.
Parowiec zmienia kierunek na zachodni i odtąd mamy wciąż przed oczami szereg dzikich, skalistych wysepek, zakrywających górzyste i leśne wybrzeża.
O drugiej po południu wchodzimy do wąskiego kanału prowadzącego do zatoki Rio de Janeiro. Wejście zamyka kilka granitowych wysepek stożkowatego kształtu, gładko wypolerowanych przez bałwany i ozdobionych gdzieniegdzie kępami palm kokosowych i bombaksów61. Brzegi kanału dzikie i skaliste.
Szczegół godny uwagi, iż z powodu braku mrozów granity i w ogóle skały w krajach równikowych wietrzeją z wolna, nie krusząc się na odłamy skalne, tak charakterystyczne dla krajobrazów górskich w Europie. Stąpając wszędzie bezpośrednio po powierzchni zwietrzałego granitu, nie widzimy nigdzie twardych brył kamiennych, których dopiero w parowach i sztucznych odkrywkach szukać trzeba. Stąpamy wszędzie po krwawoczerwonej glebie, zwanej terra roxa, stanowiącej największe bogactwo Brazylii, na niej bowiem najlepiej kawa się udaje. Stąd owe dziwne, nieznane gdzie indziej ostrokręgowe62 kształty granitowych gór brazylijskich, powtarzające się z matematyczną ścisłością na każdym kroku; z drugiej strony widzieć można częstokroć urwiska na pozór złożone z granitu lub gnejsu o charakterystycznym złożeniu kryształów, które za dotknięciem rozsypują się w tłustą glinę.
Wpływamy wreszcie do zatoki. Na lewo znany czarny stożek Pao de Azucar63; za nim w głębi, mgłą lekką przysłonięte, zielone szczyty Corcovado i Tijuca. Na prawo — drugi stożek granitowy, rodzony brat Pao de Azucar, u stóp którego rozsiadła się wykuta w skale cytadela. Przed nami dość wąska i długa, zaciszna zatoka o wodach szmaragdowych, zewsząd okolona wysokimi górami, a na jej brzegach i wzgórzach pobliskich, jak Morro de Sao Francisco, de Sta Theresa64 etc. rozsiadło się na kilkomilowej przestrzeni przeplatane zielenią pięknych ogrodów miasto, liczące dzisiaj już do 800 000 mieszkańców.
Gdyby nie pióropusze palm kokosowych, wystrzelające zewsząd, i nie czarne, małpie twarze uwijających się wokoło marynarzy, można by mniemać, że się znajdujemy na jednym ze szmaragdowych jezior tyrolskich, dotknięciem czarodziejskiej różdżki przeobrażonym w przystań morską, tak dalece położenie zamkniętej zewsząd zatoki jest do okolic Gmunden65 np. podobne. Też same wody spokojne, pięknie szmaragdowej barwy, też same dzikie skały wokoło, też same wille i sady, rozrzucone na stokach górskich.
Owo piękne położenie posiada wszakże bardzo ważną stronę ujemną, a tą jest brak wentylacji, skutkiem czego żółta febra i inne choroby epidemiczne stale grasują w mieście, zwłaszcza pomiędzy ludnością ubogą, źle się odżywiającą i zmuszoną dla zarobku przebywać stale w cuchnących dzielnicach portowych.
Na zielonych wodach zatoki kołyszą się olbrzymie pancerniki brazylijskiej eskadry, z których dolatuje głos trąbek sygnałowych; mnóstwo statków angielskich, norweskich, niemieckich, włoskich i francuskich stoi na kotwicy.
W chwili gdy zawijamy do portu, mijają nas dwa parowce włoskie z emigrantami, udając się do Santos.
Rozdział III
Rio Janeiro. Kłopoty kwaterunkowe. Intronizacja arcybiskupa. Życie uliczne. Doktor uliczny. Spera um poco i Paciença. Ogrody publiczne. Muzeum. Okolice miasta. Ruch handlowy. Nieco historii.
Na potężny ryk „Congo” po niejakim czasie podąża ku nam cała flotylla małych parowców pod żółto-zieloną banderą brazylijską, szalup i łodzi przewoźniczych, odbywają się przepisane prawem wizyty lekarza i policji portowej, gdy tymczasem z wnętrza łodzi i szalup odzywają się wesołe głosy przyjaciół i krewnych pasażerów, oczekujących ukończenia urzędowych formalności, aby na pokład podążyć.
Gwar rozmów z góry i z dołu — włoskich, portugalskich, francuskich, niemieckich; pokład roi się od ludzi — wszyscy odświętnie przybrani, każdemu pilno na ląd stały nogą stąpić. Jednych czekają swoi, dom, rodzina; inni z gorączkową niepewnością patrzą na tę kąpiącą się w słońcu, przecudną panoramę nowego świata, niepewni czy jutro im majątek i powodzenie, czy zawód gorzki, ruinę i śmierć przyniesie.
Po chwili zaroiło się na okrętowej drabinie i barczysta, ogorzała postać p. Hempla ukazała się wśród tłumu.
Przewoźnicy tymczasem czarni i biali oblegają statek, bombardując pasażerów owiniętymi na kształt piłki blaszanymi numerami swoich łódek. Zgodziwszy jakiegoś poważnie wyglądającego Portugalczyka, znosimy ręczne pakunki i uścisnąwszy serdecznie dłoń zacnego komendanta „Congo”, odpłynęliśmy do miasta.
Mamy od statku około pół godziny drogi, którą odbywamy z niejaką obawą, przypływ bowiem się zaczyna, fala jest silna, śmigające koło nas parowce wzmagają jeszcze kołysanie, a łódka jest niewielka, mocno obciążona i co chwila nabiera wody do środka, wywołując popłoch między damami. Nie na próżno wszakże Portugalczycy mają sławę dobrych marynarzy — przybywamy bez szwanku, choć pewne części naszej garderoby są dobrze słoną wodą przemoczone. Przystań w śródmieściu, gdzie łódź nasza do brzegu przybija, jest przedmiotem słusznej dumy Brazylianów: wykuto ją bowiem całkowicie w granitowej skale.
Posiadamy na szczęście w naszym gronie młodego Brazylianina, p. Vergueiro, znającego dobrze miasto i zwyczaje, na samym wstępie bowiem spotkaliśmy nieprzewidzianą trudność — brak hoteli w Rio Janeiro. Wprawdzie sążniste napisy złotymi literami na kilku domach głoszą wyraźnie: „Hotel”, z wyjątkiem wszakże dwóch czy trzech hoteli drugorzędnych, przepełnionych po brzegi z powodu sezonu operowego i sesji parlamentu, pozostałe są hotelami z nazwiska tylko i bardzo często nie posiadają wcale pokojów do wynajęcia: zupełnie inne, a niezbyt moralne miewają przeznaczenie. Obszedłszy sumiennie wszystkie przybytki tego rodzaju w śródmieściu, dochodzimy do wniosku, iż wypadnie nam albo na „Congo” powrócić, albo spędzić noc pod gołym niebem wraz z bagażami. Nasz brazylijski przyjaciel obiecuje jeszcze w dalszych regionach poszukać i naznaczywszy nam na wieczór rendez-vous66 w „Cafe do Globo”, wsiada w przechodzący tramwaj i znika nam sprzed oczu. Rzeczy zdajemy jakiemuś posłańcowi z wózkiem ręcznym, który z flegmatyczną miną, zapaliwszy cygaro, snadź67 przyzwyczajony do podobnych wypadków, oświadczył, iż czekać będzie na placu choćby do jutra; sami zaś, w oczekiwaniu na rezultat poszukiwań naszego przyjaciela, puszczamy się na włóczęgę po mieście.
Zaraz na wstępie obok katedralnego kościoła uderzył nas zgiełk i zbiegowisko wielkie: zgraja łobuzów ciskała pomiędzy zwartą ciżbę ciekawych zapalone szmermele68, oddział wojska w paradzie stał pod bronią, gdzieś grała muzyka wojskowa, a dzwony farnego69 kościoła wydzwaniały rytmicznie rzewną jakąś melodię. Przyzwyczajony już dawniej do tego rodzaju hałaśliwych objawów południowoamerykańskiej wesołości, uspakajam strwożone damy, uciekające do sieni jakiegoś domu. Zwłaszcza mała M-lle70 Zézé, „artystka” od baletu z teatru „Eldorado”, uprawiająca specjalnie pewien modny w Paryżu taniec arabski, jest przekonana najświęciej, iż w chwili naszego wylądowania wybuchła w Rio rewolucja. Tymczasem była to tylko intronizacja nowego arcybiskupa stolicy.
Nie zdarzyło mi się podczas włóczęg moich po świecie nigdzie widzieć min tak napuszystych i pewnych siebie, jak u obywateli Rio Janeiro, chociaż zaprawdę nie wiem, z czego tak bardzo dumnymi być mogą. Ubrani w nieposzlakowanego kroju czarne tużurki i cylindry, z mnóstwem kosztownych pierścionków na palcach, które nawet małe dzieci noszą, brylantami w krawatach i gorsach, na brelokach, spinkach i w ogóle wszędzie, gdzie je przyczepić można, mają miny panów świata, a buta ich nie zna granic. Pewien porucznik od artylerii z miną zupełnie poważną wmawiał we mnie, iż Rio Janeiro jest stolicą świata... coś podobnego do mniemania Chińczyków o sobie.
Kobiety, o których „kreolskiej”71 piękności przesadne mamy w Europie wyobrażenie, nie są ładne, znać w nich zbyt wybitnie silną domieszkę krwi afrykańskiej. Sprawiedliwość nakazuje mi przyznać, iż posiadają wiele wdzięku, piękne, czarne, wilgotne oczy i zalotność niekiedy przekraczającą granice dozwolone w Europie, Węgier nie wyłączając.
Ale otóż nowy tumult: na wielkim, czerwonym wozie, oblepionym reklamami, ciągnionym przez ukrytego prawie zupełnie wśród reklam muła, siedzi jegomość czarno ubrany, przystając na rogach ulic, przy czym pomocnik jego rozrzuca reklamy drukowane wśród publiczności. To „doktor” amerykański, wyrywacz zębów na poczekaniu i handlarz cudownych środków. Szarlatanów tych jest w Rio bez liku, a widać nie brak też łatwowiernych pacjentów, dających się na lep reklamy złapać.
Z placu katedralnego wchodzimy na główną ulicę stolicy, Rua do Ouvidor (ul. Złotnicza). Domy budowane na sposób europejski, wspaniałe wystawy sklepowe, parę małych kawiarń w rodzaju francuskim, nieskończona ilość różnobarwnych chorągwi z anonsami, łuki gazowe72, rzucone przez ulicę, w nocy również reklamami świecące, uliczka nadzwyczaj wąska, pełna niewysychających nigdy kałuż i błota, którym przebiegające co chwila tramwaje obrzucają jasne ineksprymable73 przechodniów, a wśród niej snujące się czarne i żółtawe twarze o afrykańskie rysach, obciśnięte w europejskie garnitury — oto obraz kompletny ulicy Ouvidor.
Co godzina zaglądamy do „Cafe do Globo” w nadziei spotkania naszego Brazylianina — lecz mija godzina po godzinie, złocisty wóz Feba74 schronił się za góry, nawet posłaniec przy rzeczach pozostawiony niecierpliwić się zaczyna, choć Brazylianie cierpliwość mają anielską — a naszego towarzysza ani śladu. Nareszcie około północy zjawia się ledwie żywy ze znużenia, z pomyślną wiadomością, iż na jednym z odleglejszych przedmieść znalazł w pewnym hotelu apartament z trzech pokoi, w którym się wszyscy pomieścić możemy, ponieważ obyczajem amerykańskim nie wynajmują w hotelach pokoi, lecz łóżka i całodzienne utrzymanie. Wdzięczność nasza nie ma granic, każemy się zawieść do hotelu „Des Etrangers”. Mieszkanie okazuje się wcale znośne, w pobliżu morza, z balkonem i widokiem na zatokę i Pao de Azucar. Cena skromna: 7000 reis dziennie od osoby. Razem z damami jest nas sześć osób, mieścimy się tedy w trzech pokojach wygodnie, M-lle Zézé przyjmuje obowiązki gospodyni. Mniej szczęśliwa była młoda para angielska, która poszła szukać mieszkania na własną rękę. Aby nie nocować na dworze, za drogie pieniądze odnajęli na noc pokój jednej z aktorek w „Eldorado”, i to dzięki protekcji towarzyszy podróży z pokładu „Congo” i francuskiej uprzejmości. Mieszkania są tu bajecznie drogie: pokój przyzwoicie umeblowany kosztuje 100 milreisów miesięcznie, a najuboższy wyrobnik niżej 12 milreisów miesięcznie kąta znaleźć nie może. Życie natomiast jest w ogóle tańsze aniżeli w niejednym z pomniejszych miast europejskich.
Nazajutrz wyruszamy na komorę celną po nasze bagaże. Ponieważ dzień był świąteczny i jedynymi interesantami było kilkunastu pasażerów „Congo”, sądziliśmy, iż sprawa niedługo potrwa. Smutne złudzenie! Wśród stosów pak i kufrów przechadzało się flegmatycznie kilkunastu dygnitarzy, na wszelkie prośby nasze odpowiadających stereotypowo: „spera um poco”, „logo”, „paciença” lub „teń tempo” (zaczekaj pan trochę, zaraz, cierpliwości, mamy czas...). I ludzie uważają Anglików za flegmatyczny naród! Niechby zobaczyli, jak daleko sięgać może flegma brazylijskiego urzędnika... Wytrzymano nas w ten sposób sześć godzin, w końcu kazano zapłacić kilkadziesiąt tysięcy reisów cła bez wyszczególnienia oclonych artykułów — por toudo, tj. wprost do kieszeni panów celników. Na dobitek żaden z nich nie mówi inaczej, jak po portugalsku, tak iż z wielką trudnością porozumieć się z nimi przy pomocy znajomości hiszpańskiego języka mogę. Przy opłacie cła zdarzył się zabawny i charakteryzujący stosunki finansowe kraju epizod. Otrzymałem był przy wymianie pieniędzy w Lizbonie dużą złotą monetę brazylijską z portretem Dom Pedra75, lecz bez wyszczególnienia jej nominalnej wartości. W kasie komory Rio Janeiro przyjąć mi jej nie chciano, jako monety zagranicznej. Moneta ta, wartości nominalnej 20 tysięcy reis, rzeczywistej zaś prawie podwójnej, w Brazylii tak jest rzadka, iż znają ją jako curiosum76 tylko wekslarze — w obiegu są wyłącznie papiery, miedź i nikiel. Srebrne talary (2000 reis) równie w świat powędrowały.
Rio Janeiro nie posiada wybitnych gmachów, a piękność jego wewnętrzną stanowią liczne i obszerne ogrody publiczne i prywatne, które przyroda podzwrotnikowa przy pomocy ludzkiej wspaniale przybrała.
Najpiękniejszym z nich jest niewątpliwie słynny ogród botaniczny, położony o 12 kilometrów od środka miasta, u stóp Corcovado, w prześlicznej miejscowości. Całą długość ogrodu przecina wspaniała aleja olbrzymich palm królewskich (Oreodoxa oleracea77). Kępy drzew i bambusów są zapuszczone nieco, co jednak dodaje im jeszcze więcej dzikiego uroku, dając w miniaturze obraz dziewiczych puszcz wnętrza kraju.
Ciekawy zbiór drzew pożytecznych, w całej Brazylii dziko rosnących, posiada ten ogród. Wymienię kilka ważniejszych: palisander zwany jacaranda, parkuri (Platonia insignis) i sukopiraassu (Bowdichia major), o drzewie szarym, pięknie żyłkowanym, drzewo łukowe (Tecoma chrysanta78), z którego twardego jak żelazo i sprężystego rdzenia Indianie leśni wyrabiają swoje łuki; piqui (Caryocar brasiliensis), o rdzeniu jaskrawo żółtym; massaranduba, koloru ciemnoczerwonego, genipapo barwy perłowoszarej, muiracotiara (Centrolabium sp.79), żółte w czarne pręgi, muirapiranga (Mimusops balata), barwy purpurowej, drzewo szyldkretowe, jedwabiste, fiołkowe, żelazne. Dalej cały szereg drzew kauczukowych, wreszcie sagowiec tagua (Phytelephas macrocarpa) znad Amazonki, którego owoce całymi okrętami odchodzą do Europy pod nazwą roślinnej kości słoniowej.
Drugi ogród publiczny, jardim d’Acclamaçao, leży w śródmieściu. Starannie utrzymany, wielkości naszego Ogrodu Saskiego80, posiada w środku artystycznie wykonany konny posąg spiżowy cesarza Dom Pedra I81, twórcy brazylijskiej konstytucji. W jednym z zacisznych ustroni mieści się dalej prześliczna grota stalaktytowa, a wszystkie mostki i bariery w ogrodzie wyrobiono z cementu na wzór całkowitych pni drzew skamieniałych. W zaroślach migają oswojone aguti82 (Dasyprocta americana).
Obok ogrodu mieści się w starej ruderze narodowe muzeum, pozostające pod zarządem dra Władysława Netto83. Muzeum to posiada bogaty zbiór etnograficzny krajowy, dobrze wypchane brazylijskie jaszczurki i węże oraz ładny zbiorek karpologiczny84 — inne działy bądź wcale nie istnieją, bądź też są śmiesznie ubogie. Dyrektor Netto człek gładki i uprzejmy, lecz niemogący mieć pretensji do stanowiska poważnego uczonego, skarży się na brak ludzi, jest wszakże naprawdę bardziej zajęty sprawami tzw. „polityki” aniżeli zarządem powierzonego sobie muzeum.
Najmniejszym, lecz najstaranniej utrzymanym ogrodem miejskim jest Lapa, z tarasem wychodzącym na morze: istne pieścidełko, z palm, mangowców, bambusów i pnących się roślin złożone. W ogródku tym, ulubionym miejscu spacerowym, mieści się restauracja i grywa niekiedy czeska orkiestra wędrowna.
Bardzo uczęszczanym miejscem wycieczek jest góra Corcovado, panująca nad miastem od południa. Jedzie się do podnóża góry tramwajem przez Laranjeiras i przedmieście Cosme Velho. Góra Corcovado (garbus) jest całkowicie porosłą lasem dziewiczym, wysoka około 700 metrów. Sylwetka jej z daleka przypomina skurczoną postać ludzką — skąd nazwa.
Na szczyt góry prowadzi obfitująca w malownicze widoki kolej trybowa. Na szczycie mieści się restauracja i hotel, skąd widok wspaniały na całą zatokę i miasto się odsłania. Piękniejszego krajobrazu i bardziej karkołomnej drogi wyobrazić sobie trudno.
Na północ od stolicy, połączone z nią koleją, mieści się w malowniczej okolicy wśród gór lesistych miasto Petropolis, dawna rezydencja cesarska, dzisiaj służąca już tylko jako miejsce wycieczek i wilegiatury85 podczas letnich upałów.
Okolice Rio Janeiro, dzikie i niedostępne, są bardzo mało zaludnione: tylko na wybrzeżu, w kierunku Cabo Frio, spotyka się kilka osad i liczne fazendy86 kawowe. Kolej łączy stolicę z jednej strony z głównym targowiskiem kawy w Sao Paulo, z drugiej z upadającym coraz bardziej okręgiem górniczym Ouro Preto w prowincji Minas Geraes87, z jej kopalniami złota i diamentów.
Jakkolwiek Rio Janeiro nie jest, jak mniemał wspomniany wyżej Brazylianin, stolicą świata, niemniej jednak należy do najbardziej ożywionych portów handlowych na kuli ziemskiej, a byłby nim niewątpliwie więcej, gdyby nie żółta febra, która podczas skwarnych miesięcy letnich dziesiątkuje pracującą w cuchnących dzielnicach portowych ludność. Obrót handlowy brazylijskiej stolicy dochodzi do miliarda franków rocznie, komora celna pobiera przeciętnie 130 milionów franków na rok, liczba okrętów corocznie zawijających do portu dochodzi do 5000, a samej kawy wychodzi stąd dwa i pół miliona cetnarów metrycznych88.
Na zakończenie rozdziału niniejszego trochę historii. Uroczą zatokę Rio, w języku krajowców zwaną Niterohy (woda ukryta) lub Guanabara (łono morza), odkrył w roku 1501 Gonçalo Coelho89, a uważając ją za ujście rzeki, nadał jej nazwę od daty odkrycia — rzeką styczniową (Rio de Janeiro).
We trzy lata potem dotarł tu również żeglarz francuski Paulmier de Gonneville, a wkrótce prześladowani we Francji hugenoci90 chronić się w te dzikie okolice zaczęli. Duszą tej emigracji był admirał Coligny, znana ofiara nocy św. Bartłomieja91, wykonawcą zaś ówczesny dyplomata francuski, Mikołaj Durand de Villegaignon, jeden z zaufanych dworzan Marii Stuart92. Jesienią 1555 r. Durand założył na jednej z wysepek zatoki fort, który nazwał fortem Coligny, i nosił się z myślą założenia miasta Henriville. Naiwna opowieść niejakiego Hansa Stadena93 z owych czasów jest wymownym dowodem, jak umiejętnie postępował Durand z bitnymi Indianami Tupinambas, zyskawszy ich sympatie, gdy Portugalczycy okrucieństwami swoimi ich śmiertelnie zrazili. Ów Niemiec, złapany przez kacyka Koniam Bebe, dzięki swej jasnej czuprynie uszedł niechybnej śmierci, wydając się Indianom za Francuza. „No proszę — miał powiedzieć wódz czerwonoskórców — niepodobna już dzisiaj zjeść białego! Nikt nie chce być Portugalczykiem. Niedawno temu zjadłem pięciu — wszyscy zaklinali się, że są Francuzami”.
Durand niedługo wszakże tutaj pozostał. Portugalczycy i Holendrzy, którymi dowodził Polak, Krzysztof Arciszewski94, za Jana Kazimierza „przełożony nad armatą koronną”, wyrywali sobie kolejno obiecującą kolonię.
Za Ludwika XIV95 Francuzi ponownie usiłowali zawładnąć Rio Janeiro, zostali wszakże pobici, a dowodzący nimi kapitan Du Clerc zamordowany w więzieniu. Nowa wyprawa pod dowództwem Duguay-Trouina przybyła pomścić śmierć towarzyszy. Francuzi splądrowali miasto i ściągnęli nadto wysoką kontrybucję. Pamiątką z tej wyprawy jest dzwon alarmowy, zawieszony dzisiaj w kościele miasteczka St. Malo we Francji.
Wielka rewolucja francuska znalazła oddźwięk również i w Brazylii, pod postacią sprzysiężenia Tomasza Gonzagi w Minas Geraes, straconego w r. 1792 w Rio Janeiro wraz z jedenastu towarzyszami.
Wśród ogólnej zawieruchy wojen napoleońskich wygnana z Portugalii dynastia orleańska96 schroniła się do Brazylii97, a w 1822 powstało niezależne od Portugalii nowe Cesarstwo Brazylijskie.
Po spokojnych i liberalnych rządach dwóch cesarzów, którym Brazylia cały swój postęp i rozkwit do zawdzięczenia miała, rewolucja wojskowa dnia 15 listopada 1889 proklamowała republikańską federację stanów. We dwa lata później twórca rewolucji, marszałek Deodoro da Fonseca, z kolei przed rewolucją wojskową ustąpić musiał i odtąd zaczyna się zamęt w stosunkach państwowych, który ostatecznie do rozbicia się zbyt rozległej, lecz mało zaludnionej i militarnie słabej federacji na mniejsze republiki doprowadzić kiedyś musi.
Każdy numer gazet otrzymywanych z Brazylii zawiera wiadomości o coraz innej „rewolucji” prowincjonalnej, kończącej się, jak dotychczas, na pertraktacjach jedynie. Z chwilą atoli, gdy żywioł europejski, pragnący ładu i spokoju, górę w tym kraju weźmie, spodziewać się należy poważniejszych objawów niezadowolenia z panującej w młodej republice anarchii i samowoli urzędniczej.
Brazylianów w ich własnym kraju czeka los hiszpańskich hidalgos98 w Kalifornii — znikną pod naciskiem świeżych, zdrowych sił obcych przybyszów99.
Rozdział IV
Polacy w Rio Janeiro. Echa bytności ks. Chełmickiego. Wrogie usposobienie prasy. P. Accioli da Vasconcelos. Odjazd z Rio Janeiro. Santos. Kolonia polska koło Sao Bernardo.
Od lat paru stolica Brazylii posiada Towarzystwo Polskie, mieszczące się w skromnym lokalu na Rua dos Invalidos i mające bardzo ubożuchną czytelnię. Towarzystwo to, pozostające pod zarządem pp. inż. Kwakowskiego i Jana Rybkowskiego, oddało wychodźcom naszym podczas tłumnej emigracji ostatniej nieocenione usługi, opiekując się nimi czynnie zawsze i wszędzie, wynajdując fachowe zajęcie dla rzemieślników, zatrudniając w miarę sił i możności wyrobników przy budowlach i przedsiębiorstwach rządowych, wreszcie odnajmując im po bardzo niskiej cenie mieszkania w specjalnie na cel ten wystawionych barakach. Zasługi p. Rybkowskiego były powodem, iż znane ze swej filantropijnej działalności towarzystwo katolickie św. Rafała mianowało go swoim przedstawicielem w Rio Janeiro.
Wobec faktów powyższych żałować należy, iż pp. Chełmicki i Glinka, wiedzący dobrze o istnieniu już jeżeli nie polskiego towarzystwa, to przynajmniej pp. Rybkowskiego i Kwakowskiego, jak ze wzmianki w książce ks. Chełmickiego (tom I, str. 120) przekonać się można, nie tylko się z nimi nie poznali, lecz najstaranniej unikali z nimi zetknięcia. Gdyby się ks. Ch. pozbył niezrozumiałego w tym razie wstrętu, ochroniłoby to niezawodnie filantropijną misję jego od wielu niepowodzeń, a zwłaszcza od rzeczy smutnej, o której z przykrością wielką wspomnieć tutaj muszę, gdyż wywarła ona bardzo opłakane dla wychodźców skutki i przyczyniła się do tego, że zamiast wdzięczności, głęboką nienawiść do ks. Chełmickiego żywią. Chcę mówić o sposobie, w jaki wybrani zostali kandydaci na powrót bezpłatny do kraju. Że wyboru tego w przeciągu dni paru, w obcym zupełnie mieście, bez stosunków dokonać niepodobna, łatwo to zrozumieć i w tej mierze właśnie zarząd Towarzystwa Polskiego „Zgoda”, znający stosunki osobiste i rodzinne większości emigrantów, zgromadzonych podówczas w Rio, mógł być najbardziej pomocny. Tymczasem stało się to, co się stać było nie powinno, a o czym jestem przekonany, iż sami pp. Glinka i Chełmicki nie wiedzą — a to, że osoba wybrana przez nich na pełnomocnika w celu wyboru najbardziej potrzebujących powrotu emigrantów zawiodła ich zaufanie: po wyjeździe obu podróżników okazało się, iż osoba ta była zwykłym oszustem, który pod firmą ks. Chełmickiego od paru tysięcy emigrantów zaliczki na mające być darmo rozdanymi bilety jazdy wyłudził, a że biletów tych było tylko dwieście kilkadziesiąt — łatwo przewidzieć, co potem wynikło. Oszust zbiegł do Sao Paulo, skąd znikł bez śladu, a setki oszukanych oblegały z groźbami konsulat rosyjski, domagając się odesłania do kraju, skoro za przejazd zaliczki od nich pobrano. Daremnie tłumaczył im zacny p. Alvarez, że są ofiarą oszustwa.
Skończyło się na krwawej interwencji wojska i przymusowym rozproszeniu „buntowników” w zabójczych dla nich prowincjach Minas Geraes, Bahia, Pará etc.
Wieść o „szyfie”100, co ma zabierać do Polski, rozniosła się szybko po kraju, tysiące ludzi rzucało mozolnie zdobytą pracę, która im możność egzystencji, a po kilku miesiącach uzbierania drobnej sumy 90 franków, potrzebnej na powrót do kraju, zapewniała, opuszczając kolonie, plantacje, fabryki.
Nie dość na tym — ci, co oszustowi choć drobnym datkiem opłacić się nie mogli, więc najubożsi, najbardziej powrotu potrzebujący, przede wszystkim wdowy i sieroty po zmarłych na żółtą febrę emigrantach, nie otrzymali biletów powrotnych: jacy ludzie natomiast odjechali, poznamy z faktu, iż zarówno ja sam, jak brat mój, który po odjeździe moim rok cały jeszcze w koloniach Parany przebył, wreszcie p. Stefan Barszczewski, po nas obu zwiedzający Brazylię — spotkaliśmy wielu takich, co ponownie już do Brazylii powrócić zdołali, przywożąc ze sobą rodziny w kraju pozostawione; mieliśmy nadto w ręku listy tejże kategorii wychodźców, proszące znajomych o przysłanie im „szyfkarty” na powrót do Rio Janeiro.
Są wypadki, a do takich należała misja pp. Glinki i Chełmickiego, gdzie lekkomyślność może ciężką krzywdę wyrządzić setkom ludzi, a całą akcję, przedsięwziętą w imię interesów społeczeństwa i za grosz publiczny, całkowicie sparaliżować. Misja p. Dygasińskiego rozbiła się o brak funduszów, a misja ks. Chełmickiego o lekkomyślne i powierzchowne traktowanie sprawy sobie powierzonej.
Nietrudno byłoby p. Chełmickiemu się przekonać, iż artykuł dekretu z dnia 28 czerwca 1890 r., zapewniający powrót na koszt rządowy do Europy wdowom i sierotom po zmarłych w Brazylii emigrantach, istnieje tylko na papierze. W rzeczywistości zaś kobiety i dziewczęta wpadają w ręce Żydków-handlarzy żywym towarem, których tu jest sporo, małoletnie zaś dzieci, nie wyłączając 4-, 5-letniego maleństwa, zostały przez urząd kolonizacyjny oddane do przędzalni bawełny w Rio Grande obok Rio Janeiro, gdzie pracują za strawę i przyodziewek po 11 godzin dziennie.
Niepodobna z dokumentów urzędowych sprawdzić, ilu wychodźców polskich w czasie brazylijskiej gorączki tutaj przybyło. W każdym razie cyfry podawane przez dzienniki nasze były wielce przesadzone. Liczba emigrantów polskich z okresu gorączki brazylijskiej nie przewyższa 80 000, z których wymarło około 15%. 8000–10 000 poszło na plantacje i rozproszyło się po miastach niezdrowego pomorza, będąc prędzej czy później skazanymi na zagładę, o ile im się nie uda powrócić do kraju lub ściągnąć na południe; reszta, około 40 000, osiadła na koloniach w Parana, Sta Catharina i Rio Grande do Sul, skupiając się później coraz bardziej około dawnych kolonii szląskich i galicyjskich w stanie Parana. Wysoka cyfra 80 000, którą podaję jako maksimum, nie wyda się czytelnikowi tak straszna wobec stwierdzonego urzędownie faktu, iż ze wszystkich krajów zamieszkałych przez ludność polską corocznie emigruje za ocean już od lat dwudziestu 40–60 000 ludzi, a wśród ostatniej ruchawki brazylijskiej znajdowali się nie tylko włościanie z Płockiego i Kujaw, ale i Kaszubi, Poznańczycy, Mazurzy pruscy, Szlązacy, Galicjanie, Rusini101, Słowacy, Litwini, wreszcie rzemieślnicy polscy z głębi Rosji i ze Stanów Zjednoczonych. Rozmiary klęski przeto, wobec zmniejszonego jednocześnie ruchu emigracyjnego do Ameryki Północnej i Australii, są znacznie mniejsze, niż zrazu sądzono.
Rozpuszczanym przez „Kurierki” wieściom o gromadnym jakoby wysprzedawaniu się włościan naszych z ziemi odpowiem cyframi sprawozdania urzędowego Komitetu Statystycznego w Warszawie dla guberni łomżyńskiej, iż między emigrantami do Brazylii było:
włościan bezrolnych — 45,9%,
wyrobników (mieszczan) — 39%,
parobków dworskich — 5%,
włościan małorolnych — 10%.
Dlatego też zamiast sentymentalnie lamentować i biadać bezskutecznie nad nieszczęściem wychodźców należałoby raczej przy pomocy konsulatów, Towarzystwa św. Rafała i duchowieństwa roztoczyć nad nimi opiekę w tych ogniskach, dokąd się udają po zarobek, chroniąc ich od wyzysku i oszustwa. Opieki takiej rządy austriacki i niemiecki udzielają stale swoim poddanym, pomimo obowiązkowej ich naturalizacji w Brazylii, a również i p. Piotr Bogdanow, rosyjski charge d’affaires102 dla Brazylii i Argentyny, podczas kilkomiesięcznego pobytu swego w Curitibie103 i nowych koloniach polskich, wiele nadużyć i wyzysku urzędową powagą swoją usunął, wdzięczną po sobie u wychodźców naszych pozostawiwszy pamięć.
Jak dalece przybywający do Rio Janeiro wychodźcy przyjaznej rady potrzebowali i jak łatwo byłoby udzieleniem im takowej przez osobę, do której czuliby zaufanie, np. księdza (konsulatu się boją ze względów paszportowych), ochronić od ciężkiego losu, jaki sobie dobrowolnie przez nieświadomość stosunków i praw sobie przysługujących zgotowali, dowodzi fakt, iż mając sobie pozostawiony do woli wybór miejscowości do osiedlenia, zapisywali się na oślep, tylko podług brzmienia nazwy prowincji lub miasta, najwięcej mając predylekcji104 do nazw noszących imię świętego, zwłaszcza jeżeli święty cieszył się ich poważaniem. Stąd fakt dziwny na pozór, że w pierwszych miesiącach po przybyciu zapisywali się uparcie do Santos i Sta Catharina, uważanych w Brazylii na równi z Syberią u nas, nie tylko nienamawiani przez nikogo, lecz przeciwnie, wbrew wszelkim perswazjom urzędników komisji emigracyjnej i inteligentnych rodaków. Trzeba było dopiero kilku tysięcy ofiar, pochłoniętych przez zabójczy klimat pomorza wśród niebywałych przy tym upałów letnich, aby prąd, owczym pędem się kierujący, odwrócić od złudnych zysków na plantacjach i w miastach portowych ku rolniczym osadom na południu, gdzie warunki bytu i klimat zdrowy od dawna już kolonistów niemieckich zwabiły. Trzeba było morza krwi i łez wylanych na to, aby przybywający z kraju nowi wychodźcy zastawali na ścianach domów emigranckich i statków transportowych, wszędzie, gdziekolwiek pisać się dało, jeden tylko napis niewprawnymi rękami poprzedników swoich wypisany: „do Parana!”. Lakoniczne te napisy zdziałały więcej niż najpiękniejsze obietnice plantatorów kawy i bawełny. Pochodził od swoich, siermiężnych, współcierpiących braci, jemu więc tylko wierzono. Na próżno brazylijscy urzędnicy go wyskrobywali i zamalowywali — jak feniks105 z popiołów, niewiadomą ręką kreślony, pojawiał się napis znowu, jako jedyny drogowskaz. Chłop, którego marzeniem było posiąść kawał ziemi własnej, który dla tej nadziei, nie mogąc jej w kraju ziścić, ocean przepłynął, nie dał się zwieść obietnicom fazendeirów. Krążące wieści hiobowe106 o nieludzkim obchodzeniu się dozorców, o oszustwach przy wypłacie, a zwłaszcza o tym, że tam ziemi nie dają, paraliżowały najświetniejsze obietnice. W diamenty i perły brazylijskie wierzyli tylko naiwni lub próżniacy, łatwych zysków pragnący. Chłop bezrolny, a takich była większość znaczna pomiędzy wychodźcami, tylko ziemi pragnął, wszystko znieść był gotów, lata całe czekać, aby do niej się nareszcie dostać. Wieści też krążyły nieuchwytne, że tam, w tej obiecanej Paranie, są już Polacy, są kościoły i księża polscy.
Jak przedtem nikt do Parany iść nie chciał, tak teraz znowu nawet ci, co tam nic do czynienia nie mieli — rzemieślnicy, wyrobnicy i robotnicy fabryczni — żądali gwałtem odesłania ich do Curitiby, czemu zarząd kolonizacyjny sprzeciwiać się według wyraźnego brzmienia ustawy nie mógł. Każdy statek Lloyda107 odchodzący na południe zabierał więc setki emigrantów polskich do Curitiby. Tymczasem zaś uboga, bezludna niemal prowincja, nierozporządzająca ani dostateczną ilością środków przewozowych, ani pomieszczeniem, ani funduszem odpowiednim do osadzenia w przeciągu kilkumiesięcznego terminu kilkudziesięciu tysięcy ludzi, nieprzygotowana wcale na ten najazd polskich emigrantów, znalazła się w położeniu bez wyjścia. Codziennie niemal przybywały nowe partie, a w przepełnionych po brzegi przytułkach emigranckich wybuchły choroby epidemiczne, z którymi walczyć było niepodobieństwem, zważywszy, iż prowincja, obszarem wyrównywająca Francji, posiada wyraźnie dwóch lekarzy i kilkunastu praktykujących farmaceutów.
Mimo to jednak, choć bieda doskwierała, a stosunki administracyjne nie były lepsze niż w innych stanach brazylijskich, Parana stała się ostatnią stacją w tej tułaczce za chlebem i ziemią, do której powoli ściągają maruderzy, lecz skąd uciekają już tylko rzemieślnicy i wyrobnicy. Chłop został na roli, mozolnie zdobytej, a głównym czynnikiem, który wśród nich z wolna ład i porządek zaprowadza, nie było nic innego, jeno obecność księży polskich i kościołów. Jak potężny jest wpływ księży na lud nasz za oceanem, przekonać się było można, gdy ksiądz Możajewski z Detroit w przejeździe przez Buenos Aires przemówił od ołtarza kilka słów do zgromadzonej garstki brazylijskich rozbitków naszych — taki płacz głośny wybuchł w kościele, że najzawziętszy sceptyk rozczuliłby się do głębi. Świadek tej sceny, p. S. B., opowiada, iż Hiszpanie i Hiszpanki ze zdumieniem spoglądali na to nigdy niewidziane widowisko, a gdy po mszy ksiądz nasz wszedł do zakrystii, przełożony zakonu redemptorystów, w których kościele msza się odbyła, rzekł do niego: „Toć chyba świętym jest ten lud wasz polski! Takiego bowiem przywiązania do wiary nigdyśmy nie widzieli”.
Dokąd zaprowadziła niektórych wychodźców naszych nieświadomość stosunków miejscowych, wymowny przykład pouczy: oto partia złożona z kilkudziesięciu rodzin, pomiędzy którymi znajdował się były urzędnik policyjny, lokaj, stangret, kelner itp., nieco oczytani ludzie, uparła się pomimo rad życzliwych jechać do Manaos nad Amazonkę, gdzie, jak im ktoś mówił, miały być wyborne pastwiska i „bydła, ile kto zechce”. Po roku brat mój spotkał w Rio Janeiro pięciu wynędzniałych biedaków: byli to jedyni pozostali z tej partii przy życiu ludzie. Resztę żółta febra zabrała.
Inne znów partie, pod przywództwem jakiegoś mędrca, który dwie klasy ukończył, postanowiła się udać do Matto Grosso, dokąd z Rio Janeiro podróż parowcem trwa tylko miesiąc i jedynie stanowcze veto administracji brazylijskiej szaleństwa tego nie dopuściło.
Ale wracam do przerwanego wątka mojej opowieści.
Prasa stołeczna, rozdrażniona działalnością naszych poprzedników, a uprzedzona o celu naszego przybycia depeszą ambasady brazylijskiej w Paryżu, gorliwie się nami zajmuje, podejrzewając w każdym nowo przybyłym inteligentnym Polaku nowego emisariusza, wnoszącego bunt i nieład wśród mniej spokojnych elementów emigracji polskiej. Gazety nie szczędzą Polakom obelżywych epitetów, z których „vagabundos e revolucioneiros”108 są jeszcze najbardziej parlamentarne.
Jeśli wierzyć ich elukubracjom109, to emigracja polska była dziełem niemądrych agentów, którzy zamiast Niemców na polskiego chłopa wędkę zarzucili. Najczulszą ich struną jest wszakże p. Adolf Dygasiński, którego nazwisko pokutuje codziennie w szpaltach dziennikarskich z dodatkiem najbardziej w ich mniemaniu obelżywego epitetu „judeo” i, o dziwo, zupełnie poprawnie wypisane. Księdza Chełmickiego traktują względniej nieco, choć z równą nienawiścią. Hempel żali się, iż za nim agent komisji emigracyjnej i policjant chodzą od dnia jego przybycia jak cienie nieodstępne, utrudniając mu ile możności swobodną rozmowę z emigrantami i towarzysząc mu nawet stale w wycieczkach na prowincję. Gdyby nie herkulesowa postawa mego przyjaciela, wzbudzająca poszanowanie w tchórzliwych Brazylianach, byliby go niezawodnie sprzątnęli gdzieś cichaczem.
Pragnąc położyć kres temu nieznośnemu szpiegowaniu i szykanom, udałem się do dyrektora departamentu kolonii (das terras e colonisaçao), p. Accioli da Vasconcelos, do którego miałem polecenia urzędowe.
Wysoki, gruby Mulat z czarnym zarostem i pierścionkami na wszystkich palcach przyjął mnie bardzo kwaśno i rozwodzić się począł o krzywdach wyrządzonych rządowi brazylijskiemu przez tendencyjne korespondencje Dygasińskiego i Chełmickiego; wychwalał zacne intencje swego rządu, wreszcie radził mi zaniechać projektowanej podróży do stanu Parana, przedstawiając niebezpieczeństwa i trudy takiej wycieczki oraz ubóstwo tego kraju, w którym jego zdaniem nic do zrobienia nie ma i ludzie z głodu ginąć muszą, bo tam kawa nie rośnie. Kadził mi natomiast udać się do Sao Paulo na fazendy kawowe, o których nawet sceptyczny ksiądz Chełmicki miał przychylną wyrazić opinię.
Wysłuchawszy cierpliwie długiego popisu krasomówczego p. dyrektora, w odpowiedzi zażądałem uwolnienia moich towarzyszy od policyjnej kontroli i upoważnienia do urzędowej rewizji domów emigranckich na prowincji oraz kolonii nowo założonych w stanie Parana, dokąd się od niejakiego czasu, wbrew życzeniu potrzebujących robotnika fazendeirów, wszyscy Polacy tłumnie zapisywali.
Nazajutrz urzędnik z biura p. Vasconcelos przyniósł mi do hotelu list polecający do delegata „das terras e colonisaçao”, p. Carvalho w Curitibie, oraz trzy bilety wolnej jazdy na statku „Desterro”, odpływającym następnego dnia do Paranagua.
Tegoż samego dnia jedno z pism najpoczytniejszych w stolicy, „Gazeta de noticias”, umieściła długi artykuł pod tytułem „Um polaco mais”110, z lekka, choć w grzecznej formie przeciwko wyprawie mojej wymierzony, a nieszczędzący ostrych docinków pod adresem korespondentów polskich, zwłaszcza Dygasińskiego, który stał się w Brazylii postacią legendarną i zmorą urzędu kolonizacyjnego.
14 sierpnia jesteśmy na pokładzie wraz z partią 500 emigrantów włoskich i hiszpańskich, wysyłanych do Santos. Przechadzając się po pomoście dostrzegłem naraz kilkanaście postaci, których obecność mnie zdziwiła, w liście bowiem pasażerskiej Polaków nie było — tymczasem zuchowato nasadzone na ucho maciejówki111, konopiaste czupryny dzieci i czerwone chusty dziewcząt nie pozostawiały najmniejszej wątpliwości, iż mam przed sobą „Bryzolianów” znad Wisły. Zaczepiam jakiegoś starca — ten podejrzliwym mierzy mnie okiem i nic nie odpowiada. Zwracam się do jakiejś dziewuchy — ta znów z czysto słowiańskim gestem zakłopotania głowę odwraca. Natrafiam wreszcie na gromadkę Żydów z Warszawy, Kijowa i Odessy, którzy są rozmowniejsi i niezadługo mam rozwiązanie zagadki. Dzwon okrętowy obwieścił godzinę obiadową: emigranci, skupieni gromadkami po pięć osób, wysyłają jednego spomiędzy siebie z blaszaną misą do kuchni. Agent emigracyjny i oficer służbowy pilnują porządku. Narodowości idą po sobie kolejno, a jednocześnie obok oficera służbowego staje odpowiedni tłumacz. Wywołują naprzód Włochów, Hiszpanów, Niemców, wreszcie słyszę wołanie: „Os Ingleses!”112. Żydek jeden mrugnął na naszych i do uszu moich doleciało słów kilka po polsku wypowiedzianych: „Kaśka, a dyć spiesz się, bo na nas wołają!”. Żydek jest tuż przy Kaśce i odpowiada za nią łamaną angielszczyzną rudemu Irlandczykowi pełniącemu obowiązki tłumacza; oficer uśmiecha się dobrodusznie, udając, iż wierzy w angielską narodowość tej hożej miss spod Włocławka. Wywołują nazwiska: John Ludlow! James Brown! Katty Price! — „ja” odpowiada ktoś za każdym razem.
Okazało się, iż była to gromadka wychodźców kujawskich, która przybyła do Bremy113 w chwili, gdy na żądanie pp. Chełmickiego i Glinki Lloyd114 przestał Polakom udzielać bezpłatnych biletów jazdy do Brazylii. Żydek impresario wywiedział się zaraz, iż zakaz ten wyłącznie do Polaków i do Lloyda się stosuje — poradził przeto pojechać najprzód do Anglii, a z Liverpoolu, jako Anglików, bez przeszkody do Rio Janeiro ich odstawiono. Z obawy, aby, gdyby się wykryła ich narodowość, nie kazano im za przebytą podróż zapłacić, milczeli uporczywie w naszej obecności i dopiero później, już po wylądowaniu, udało nam się ich zaufanie pozyskać i języki rozwiązać.
Płyniemy w pobliżu brzegów, mając wciąż przed oczami niezmienny krajobraz wysokich, stożkowatych gór granitowych, porosłych gęsto ciernistymi krzakami, z których wynurza się gdzieniegdzie przybrany w girlandy lian bombax lub palma królewska. Z rzadka tylko widnieje wśród zieleni pojedyncza fazenda lub mała wioska rybacka.
Nazajutrz o południu „Desterro” wpływa do głęboko werzniętej pomiędzy kilka cyplów granitowych wąskiej zatoki Santos, mającej wiele podobieństwa z zatoką Rio de Janeiro. Ograniczają ją z obu stron dwa równoległe do siebie pasma górskie, gęstym porosłe lasem, a płaskie, bagniste brzegi pokrywają zarośla ryzoforowe. U wejścia zatoki mijamy bardzo malowniczą, omszoną wiekiem i na wpół rozwaloną forteczkę, zdradzającą architekturą swoją pochodzenie z czasów panowania holenderskiego.
Nigdzie nie widziałem tak wielkiej ilości meduz, co w Santos. Osobliwsze te zwierzątka, mające kształt jarmułek115 z pękiem czułków u spodu, barwy szarej lub różowej, mijają co chwila nasz statek.
Santos jest przystanią stanu Sao Paulo, należącego do najruchliwszych i najbogatszych w Brazylii, posiadającego sieć kolejową 2000 kilometrów długą i wywożącego kawy 116 milionów kilogramów rocznie, tj. blisko 1/3 całej produkcji brazylijskiej. Szkoda tylko, że warunki zdrowotne Santosu są tak opłakane, iż podczas upalnego lata nawet rodowici Brazylianie wytrzymać tu z powodu żółtej febry nie mogą.
Dla osób nieobeznanych z zakulisowymi tajemnicami zamorskiego handlu niezrozumiały będzie szczegół, o którym pisze w podróży swojej po Ameryce Jonin, były poseł rosyjski w Rio Janeiro. Zastał on w porcie Santosu statek finlandzki116 naładowany — deskami sosnowymi! — a jednak rzeczą jest oczywistą, że się z palisandru ani mahoniu nie da zrobić podłogi w domu mieszkalnym, wyrobienie zaś desek z araukarii117, rosnących w głębi kraju, i przewiezienie takowych koleją na pomorze wypada o wiele drożej aniżeli przywiezienie takowych na żaglowcu z Finlandii lub Stanów Zjednoczonych. Dzisiaj, od czasu założenia w górach kilku tartaków przez kolonistów polskich, stosunki się zmieniły w samym Santos, lecz pozostały niezmienne dla wielu innych miast gorącego pomorza brazylijskiego, jak i bezleśnej Argentyny. Przy budowie np. kolei z Paranagua do Curitiby — podkłady sprowadzone aż z Chile — o 20 dni drogi parowcem!
Dalej przywożą tutaj w znacznej ilości mąkę pszenną z Nowego Jorku, jakkolwiek w głębi kraju wielu osadników sieje pszenicę, dającą 30–40 ziarn — lecz brak całkowity młynów i środków transportowych uniemożliwia konkurencję z Europą. Nawet kukurydzę, dającą tutaj 200 ziarn bez żadnej uprawy, miasta portowe sprowadzają z Europy.
Kartofle dowożą się118 tutaj z Hiszpanii, Portugalii i Anglii nawet, a hamburskie cygara tutaj, w ojczyźnie tytoniu wyborowego, olbrzymi mają odbyt119. Wiele przywożą tutaj również z Europy wina, jabłek, gruszek itd.
Ale oto jeszcze jeden fakt dziwaczny, podany przez tegoż p. Jonina: w prowincji Sao Paulo istnieje w miasteczku Ipanema kopalnia bardzo czystej rudy żelaznej oraz jedyny w Brazylii wielki piec do wytapiania surowca, urządzony wzorowo przez rząd brazylijski. Otóż połowę potrzebnej dla pieca rudy sprowadzają z Europy! Bo taniej im wypada.
Jak olbrzymim rynkiem zbytu dla produktów europejskich jest Brazylia, uwydatni dostatecznie okoliczność, iż w r. 1889 np. Francja wywiozła towarów do Rosji zaledwie za 18 000 000 franków, do Brazylii zaś, zaledwie nieco więcej ponad 10 milionów ludności liczącej, za całe 63 000 000 franków. Komentarze są tutaj zbyteczne.
Miasto nie jest wielkie, lecz nadzwyczaj szeroko rozrzucone, a ponieważ oprócz agentów handlowych nikt tutaj stale nie mieszka, nie odznacza się niczym wybitnym. Ulice stosownie do pogody pełne kurzu lub błota, w szachownicę pocięte; niskie domki, żadnego okazalszego gmachu.
W porcie spotykamy kilkunastu emigrantów polskich w bardzo smutnym stanie. Należą oni do kategorii dezerterów z kolonii rolniczych, wyczekujących sposobności powrotu do kraju. Pracują jako tragarze lub pomocnicy murarscy, zarabiając z trudnością na życie, a częste choroby mozolnie zgromadzone oszczędności pochłaniają. Jak we wszystkich miastach portowych jest też tutaj kilkudziesięciu rzemieślników naszych, a zapewne i ktoś z inteligencji, jak mnie zasłyszana z ulicy rzewna nuta polskiej piosenki, przy akompaniamencie fortepianu dźwięcznym sopranem śpiewanej, przekonała. Podczas gorących miesięcy Santos się wyludnia, a kto tylko może przejeżdża do sąsiedniego S. Paulo lub S. Bernardo, położonych w zdrowym górskim klimacie.
Mając parę godzin czasu do rozporządzenia, idziemy zwiedzić schronisko dla emigrantów, umieszczonych w sali miejskiego teatru. Dozorca brutalnie nas odpycha, lecz na widok koperty z pieczęcią ministerialną pokornieje w jednej chwili, zgięty w pałąk zaczyna nas tytułować „Excellenza” i „Vossignoria”, wreszcie sprowadza komisarza, który nas po wszystkich oprowadza zakątkach. W wielkiej sali, nieposiadającej innego umeblowania oprócz mat słomianych rozesłanych na kamiennej posadzce, leży pokotem ze trzystu Włochów, oczekujących wysłania do Sao Paulo. Loże przy pomocy ażurowych przepierzeń przerobiono na małe kajuty dla kobiet i honoratiorów120 przeznaczone. Obok teatru w szopie odkrytej gotują strawę, złożoną jak na okręcie ze świeżego mięsa, ryżu, czarnej fasoli, kawy i pszennego chleba. Zbytnią czystością to nie grzeszy, ale dawane dwa razy dziennie wystarcza w zupełności. Zresztą Włosi nie są tak potulni jak emigranci nasi i o prawa swoje głośno upominać się zwykli. W ogóle zaznaczyć muszę, że nie słyszałem nigdy, aby się emigranci na jadło podczas pobytu na okręcie i w miejskich barakach emigranckich uskarżali — pożywienie dają zdrowe i posilne. Bieda zaczyna się dopiero na dalszej prowincji, gdzie i o nadzór trudniej, i artykuły żywności w niedostatecznej ilości i lichym gatunku przychodzą. Włościanom naszym brakuje wszakże razowego chleba i kartofli, których im ani kawa, ani wino, ani ryż nie zastąpią, a które uchodzą tutaj za artykuły zbytku.
W stolicy stanu Sao Paulo, oddalonej od Santos o kilka godzin jazdy koleją, jest kilkuset rzemieślników i wyrobników polskich, równie jak w Rio Janeiro w przeważnej121 części czasowo dla zarobku przybyłych. Ogniskiem ich jest istniejące od kilku lat towarzystwo dobroczynności (Sociedade Beneficencia Polaca) pod kierunkiem pp. Jabłońskiego i Blocha.
W środku pomiędzy S. Paulo i Santos, w pobliżu stacji Sao Bernardo, leżą dwie osady polskie: Rio Pequeno i Capivari. Oto co pisze o nich p. S. Barszczewski122 w korespondencji swojej do jednego z dzienników galicyjskich:
W Rio Janeiro nikt z naszych nie wiedział o istnieniu tych dwóch placówek polskich, toteż zdziwiłem się bardzo, przybywszy do Sao Paulo, gdym o nich usłyszał. Ma się rozumieć, że postanowiłem je zwiedzić.
Wyjechałem więc z p. Adolfem Blochem, przewodniczącym tutejszego Towarzystwa Polskiego, koleją prowadzącą do Santos. Po półgodzinnej jeździe stanęliśmy na stacji San Bernardo. Ze stacji ruszyliśmy powozem do miasteczka, stamtąd zaś konno do kolonii.
Odległość stacji Sao Bernardo od Sao Paulo wynosi 20 kilometrów, od stacji do miasteczka 6 kilometrów, stamtąd zaś do kolonii 14 km. Obydwie kolonie stykają się ze sobą, od środka jednak Rio Pequenso do środka Capivari liczą przeszło 5 km.
Położenie ich jest piękne. Leżą one wśród gór i lasów dziewiczych na wysokości 750 metrów nad powierzchnią morza. Przeciętna temperatura wynosi +18,80° C.
Powietrze jest zdrowe. Komunikacje znośne. Niewielka stosunkowo odległość od miasta ułatwia zbyt produktów pracy i nabycie artykułów niezbędnych do użytku domowego. Od niedawnego czasu istnieje na kolonii sklep spożywczy, założony przez p. Blocha, przez co koloniści nie są narażeni na stratę czasu i brnięcie, często po kolana w błocie, dla nabycia byle jakiej drobnostki u kupców w Sao Bernardo. Sklep ten i pod tym względem ma wielkie znaczenie, że wyrywa kolonistów z rąk wendzisty (kupca brazylijskiego), dającego na vale (kwitki rządowe za robociznę), zdzierającego niemiłosiernie i będącego zwykle w spółce z dyrektorem kolonii.
Na obu koloniach jest przeszło 120 rodzin polskich.
Główny dochód kolonistów stanowi drzewo budulcowe. Prawie wszyscy zajmują się traczką. Bliżsi drogi prowadzącej do miasta pracują na własny rachunek, dalsi zaś wynajmują się pierwszym dziennie lub pracują od tuzina zerżniętych desek.
Praca tu wre na każdym kroku.
Wśród wielkich wyrębów leśnych wznoszą się chaty z desek lub bali pobudowane, kryte liśćmi palmitów, zupełnie podobne do tych dalekich, naszych, polskich dworków szlachty zaściankowej. Na każdej chacie, na każdym kroku znać piętno ciężkiej, mozolnej pracy, długiej walki o ten kawałek wykarczowanego gruntu, jednocześnie jednak jak uśmiech lepszej doli błyszczą ścieżki starannie ubite i przyozdobione pękami kaktusów, maleńkie ogródki kwiatowe lub bielone ściany chat niektórych, wzorzysto malowane przez domorosłych artystów. Dobrze, gdzie były piła, dłuto i pomoc rąk innych; jak często jednak tylko rąk para i topór las trzebiły, belki rąbały i stawiały chatę od podwalin do szczytu dachu! Rezultat takiej wytrwałej pracy widziałem na kolonii Capivari u kolonisty Niedzielskiego.
Obok każdej chaty zielenią się mniej więcej liczne zagony kapusty, sałaty, buraków, grochu, marchwi, pietruszki i innych warzyw. Pośród pni wypalonych widnieje kukurydza, gdzieniegdzie zaś z ziarnek przypadkowo znalezionych wyrosły pęki jęczmienia lub żyta.
Jakże dziwnie wyglądają te wyniki pracy dwuletniej obok kilkudziesięcioletniej pracy rzadkich kolonistów brazylijskich. Tu chęć działalności, życia; tam ospałość i niedołęstwo. Tu domy mieszkalne z desek, starannie wykończone i ozdobione, tam po prostu chlewy z chrustu i gliny, pełne szpar i dziur, bez najmniejszej oznaki dbałości o jaką taką wygodę. Tu wozy lekkie, o kołach szprychowych, tam ciężkie arby123 z kołami cięższymi od wozu, wyciętymi z jednego kawałka drzewa. I tak bez końca.
Narzekają Brazylianie na naszych, przeklinają wychodźców, zwąc ich „vagabundos e revolucioneiros”, a jednak dzięki im tylko niedostępne przedtem nie tylko dla człowieka, ale nawet dla zwierzęcia miejsca stają się ogniskami życia. Dzięki im tylko nędzne osady, jak Sao Bernardo, Curitiba, Rio Negro i inne, stają się stopniowo miastami pełnymi widoków rozwoju.
Żałują oni sum wydanych na tę emigrację, widząc tysiące nicponiów i żebraków, okradających lub żebrzących po miastach, nie zważają jednak na to, iż ta mała część, która osiadła i pracuje szczerze, wytworzy więcej przez lat dziesiątek, niż dziesięciokrotna liczba Brazylian zdołałaby przez wiek wytworzyć.
Skończywszy z nędzą, zaczynają myśleć koloniści o potrzebach duchowych. Trzeba widzieć i słyszeć, by uwierzyć jak gorąco ich zaspokojenia pragną. Kawał starej gazety polskiej lub książka z powyrywanymi kartkami z rąk do rąk kursują; kilka słów polskich dobitnych, lecz serdecznych i prawdomównych do tego ludu przemówionych — łzy i uniesienie wywołują.
Podczas pobytu mego w Sao Paulo postanowiło tamtejsze Towarzystwo Polskie rozszerzyć swą działalność na kolonie Pio Pequeno i Capivari. Dla omówienia tej sprawy wybrano miasteczko Sao Bernardo. Rannym pociągiem przybyli ze sztandarami członkowie Towarzystwa z Sao Paulo, z kolonii piechotą i konno przywędrowało kilkudziesięciu kolonistów. Ruszono pochodem przez miasto. Wśród konnej eskorty powiewał przodem sztandar Towarzystwa. Trzeba było widzieć, z jaką dumą spoglądały nań te dziesiątki twarzy ogorzałych, z jaką gotowością zapisywali się w poczet członków Towarzystwa i składali pieniądze.
Rozdział V
Odjazd z Santos. Paranagua. Zajście z policją. Wychodźcy. Kolej do Curitiby. W stolicy stanu. Dawne kolonie polskie. Przyroda. Yerba mate.
Po kilkogodzinnym pobycie opuszczamy Santos wieczorem, podziwiając śliczne efekty kolorystyczne zachodu słońca, jakie tylko w tych szerokościach oglądać można: niebo pomarańczowej barwy odcina się jaskrawo od zębatych konturów czarnych, koronką lasów uwieńczonych, gór i zielonej powierzchni wody, mieniącej się fioletowymi blaskami.
16 sierpnia z rana przez cieśninę pomiędzy wyspami porosłymi lasem kokosów wpływamy do obszernej zatoki Bahia da Paranagua, zamkniętej przez wielką deltę pokrytą ryzoforami.
Te ostatnie, znajdując się na południowej granicy swego rozsiedlenia, posiadają wygląd znacznie skromniejszy niż w równikowych okolicach Ameryki. Nie ma tu wysokich pni ze zwisającymi girlandami korzeni powietrznych ani tych prawdziwych koszów z korzeni i konarów, pomiędzy którymi podczas odpływu jeździec z koniem się chowa: zarośla w Paranagua są szarozielonymi krzakami, z daleka przypominającymi naszą wiklinę.
Obszerna, dobrze zasłonięta górami zatoka rozdziela się na dwie odnogi, przy których leżą Paranagua i Antonina, dwa główne miasta portowe prowincji, połączone koleją z wnętrzem kraju.
Przed nami płaskie, lesiste wybrzeże, wśród którego bieleją z rzadka rozsiane schludne domki kolonistów włoskich, kryte czerwoną dachówką.
W oddaleniu paru mil od brzegu piętrzy się wysoki mur granitowy, do 1200 metrów ponad poziom morza wzniesiony: to Serra do Mar124, krawędź wielkiego płaskowyżu, obejmującego całe południe Brazylii aż do granic Paragwaju i Argentyny, gdzie wśród borów sosnowych rozsiadły się szeroko europejskie kolonie rolnicze, wydzierając każdą piędź ziemi dzikiej przyrodzie, Botokudom125 i półdzikim cabocos126 brazylijskim.
Panorama zatoki, okolonej wysokimi, lesistymi górami, bardzo malownicza.
Wsiadamy do łodzi powożonej przez dwóch tęgich Murzynów i po kwadransie jazdy, ominąwszy zakrywającą widok zieloną deltę, stajemy przy jedynym zajeździe, szumnie „Hotel do comercio” nazwanym, utrzymywanym przez Niemkę o portugalskim nazwisku, którą podejrzewam o pochodzenie z Berdyczowa lub Nalewek.
Miasteczko Paranagua, malutkie, opuszczone, składa się z dwóch tylko ulic, równoległych do wybrzeża. Znać na nim lepsze kiedyś czasy — wiele porządniejszych domów i stary kościół jezuicki stoją w gruzach. Wybrzeże, pięknie wybrukowane, zdobi kilka pięknych palm. Snują się po nim tragarze Murzyni i dwukołowe frachtowe wozy, również przez Murzynów powożone. Miasto posiada nadto kawiarnię, stację kolei, „hotel emigrancki”, urząd celny, komisarza policji, kilka domów komisowych, będących zarazem konsulatami Włoch, Francji, Niemiec, Austrii i Danii, oraz nieproporcjonalnie wielką ilość szynków. Prawie w każdym sklepie, bez względu na rodzaj sprzedawanego towaru, handlują także i wódką.
Hotel nasz jest piętrowym budynkiem, złożonym z sali jadalnej i saloniku z balkonem, skąd rozległy widok na zatokę i góry się roztacza. Naokoło salonu, lekkimi tylko przepierzeniami z bambusu oddzielone, mieszczą się małe ciemne, alkowy127 dla pasażerów.
Tuż obok miasta rozścieła się obszerna łąka, na której w przejeździe widzieliśmy roje ptactwa wodnego. Zaledwie tedy zdążyliśmy się umieścić w zajeździe i załatwić formalności celne, gnani żyłką myśliwską pobiegliśmy tam z dubeltówkami, w nadziei upolowania białej czapli, której piękne pióra są tak cenione na pióropusze do kołpaków128. Ptak to jednak nader ostrożny i pomimo iż było ich na łące mnóstwo, wszelkie strategie nasze pozostały bez skutku. Znaleźliśmy natomiast nieco bekasów129 podobnych do naszego dubelta (Gallinago paraguiae), a co znowu mnie specjalnie ucieszyło — pagórek złożony całkowicie z wybornie zachowanych muszel kopalnych z mioceńskiej130 epoki.
Na słonym gruncie ryzoforowego bagna zapadamy się co chwila w nory krabów, których tu są miriady. Zabawnie wyglądają te jaskrawo zabarwione zwierzątka, uciekające bokiem z wielką szybkością do nory za zbliżeniem się człowieka. Udaje mi się jednak sporą kolekcję tych ciekawych raczków, właściwych bagnom słonym, nazbierać.
Kujawscy „Anglicy” rozpuścili już snadź wieść o naszym przybyciu pomiędzy Polonię, gdyż za powrotem do miasta spotykamy gromadki włościan uchylające przed nami czapek z tradycyjnym naszym „Niech będzie pochwalony”. Kilkunastu wyrostków, stojąc po kolana w wodzie, łapie ryby na wędki, a przed zajazdem snują się gromadki ciekawych, spoglądając na balkon naszego mieszkania.
Po obiedzie idziemy do emigrantów. Za schronienie służy im położony obok dworca kolei na wpół rozwalony budynek, wyglądający na dawny klasztor. Na łóżkach z bambusu naprędce skleconych, zasłanych słomianymi matami, w kilku celkach mieści się w ciasnocie straszliwej około czterdziestu rodzin, przeważnie z Płockiego i Kujaw. Wraz z nimi kilkunastu Rusinów galicyjskich. Opodal gromada dziatwy bawi się hałaśliwie pod dozorem grubego Mulata. Dzień był świąteczny, wieczór cichy i pogodny, większość przeto emigrantów odpoczywała na murawie lub zebrani w małe gromadki śpiewali godzinki i litanie.
Lody nieufności prysły łatwo, wielu Płocczan znało Hempla z kraju, inni widzieli go w barakach Pinheiro, gdzie ich odwiedzał. Otoczyli nas wieńcem, rozpytując gdzie i kiedy ziemię dostaną. Żalą się przy tym, że przetrzymawszy ich po kilka miesięcy w Pinheiro, i tutaj każą im jeszcze czekać z nieustannym brazylijskim „paciença”131, namawiając do osiedlenia się w pobliżu Paranaguy, mimo iż wszyscy, gnani instynktem samozachowawczym, żądają uporczywie odesłania do Curitiby, do swoich. Już razu jednego i furmanki zajechały, i wsiadać im kazano, ale ponieważ mówiono im w Pinheiro, że do Curitiby koleją jechać trzeba, poznali zasadzkę i opór stawili, za co „pan »komisarz« okrutecznie się gniewał i cosik po brazylijsku do tłumacza wymyślał”.
Ściemniło się tymczasem i aniśmy się spostrzegli, jak ów tłumacz, zezowaty rudy Szlązak, w asystencji132 dwóch policjantów znalazł się przy nas, w sposób niekoniecznie grzeczny oświadczając nam, iż z emigrantami rozmawiać nie wolno, po czym z tryumfalną miną policjanci poprowadzili nas wszystkich przed oblicze samego komisarza. Nie zastawszy go w domu, odnajdujemy wielkiego dygnitarza w miejscowej kawiarni. Tłumacz coś mu szepnął do ucha i wyniósł się, czekając rezultatu za drzwiami. Policjanci z zadowoloną miną stanęli we drzwiach z bronią u nogi. Zanim wszakże komisarz usta zdążył otworzyć, nic nie mówiąc, położyłem przed nim ministerialną kopertę, której widok od razu wywarł wpływ magiczny. Zamiast zamknąć nas do kozy133 urzędnik z miłym uśmiechem zaproponował nam filiżankę kawy i nieproszony zaczął usprawiedliwiać się z zarzutów, których treść już mu tłumacz był doniósł. „Pragnął tylko dobra tych ludzi: w Curitibie baraki przepełnione, choroby panują, a tutaj w pobliżu jest do rozdania kilkadziesiąt wybornych »lotów«134 w górach, w zdrowej okolicy, gdzie Polakom będzie jak w raju — nawet są już tam niektórzy”. Wreszcie prosił nas, abyśmy namówili emigrantów upartych do wybrania delegatów celem obejrzenia chociażby owych cudów. Oświadczyłem gotowość pośrednictwa, atoli z warunkiem, iż kolonie owe sam najsamprzód obejrzę i sprawdzę dokładność informacji p. komisarza. Na pozór zachwycony, oświadczył, że jutro o świcie stawi się z wierzchowymi końmi dla nas.
Czekaliśmy na próżno dzień cały, wreszcie przed odejściem pociągu do Curitiby dnia następnego wysłałem do komisarza kartkę pożegnalną w dość ostrej formie, której skutek był taki, że w pół godziny potem zjawił się z przeprosinami, wymawiając jakimś błahym powodem. Okazało się później, iż komisarz, nadużywając swojej władzy, chciał koniecznie wepchnąć Polakom kilkanaście „lotów” w okolicy Morretes, będących jego osobistą własnością, a z których dawniej osiedleni koloniści włoscy i hiszpańscy uciekli.
Dekonfitura135 komisarza, tłumacza i policjantów ogromnie nas wywyższa w oczach emigrantów, którzy już teraz otwarcie zwracają się do nas ze skargami na nadużycia administracji i żądaniami swoimi, czując w nas jakichś „starszych” — choć ani tu ani później na koloniach nie mogli w żaden sposób zrozumieć, cośmy za jedni i w jakim pozostawaliśmy stosunku do czapkujących przed nami brazylijskich urzędników. Humory i fantazja poprawiły się, nadeszła bowiem depesza z Curitiby, aby całą partię wysłać dalej, i właśnie specjalny pociąg na dworcu ich oczekiwał. Z górami, których się mieszkańcy mazowieckich nizin z początku okrutnie boją, oswoili się już w przejazdach koleją do Pinheiro i Sao Paulo, a otucha w nich wstępuje na wiadomość, iż w Curitibie zastaną kościół i księdza Polaka.
Z pewnym zadowoleniem uważamy, iż w tej właśnie partii nie ma łotrzyków, szukających pereł i diamentów w obiecanym kraju, lecz wyłącznie bezrolni włościanie, których upragnionym marzeniem jest otrzymanie własnego gruntu. Ci też zawodu nie doznają, sarkają tylko nazbyt długie czekanie bezczynne po barakach emigranckich. Stan zdrowotny w ogóle dobry — tylko jedno dziecko ze złamaną nóżką, najniedorzeczniej przez rodziców leczone, ma febrę. Policjanci odprowadzają zalewającą się łzami matkę chorego dziecka z powrotem do baraku, choć im się przemocą wyrywa. Z trudnością wielką udaje nam się jej wytłumaczyć, że za kilka dni dogoni swoich i że tylko ze względu na dziecko, które by w przepełnionym chorymi szpitalu Curitiby opieki mieć nie mogło, tutaj pozostaje. Szlochając, zgadza się babina z koniecznością, mąż ukradkiem łzy ociera, szturchając ją z lekka w bok: „Cichaj, Magda!”, choć z oczu obojga widać, że uważają się za nieodwołalnie skazanych na śmierć i wieczne rozłączenie z towarzyszami niedoli. Tamci odjeżdżają już do upragnionych gruntów, a oni tu pozostać muszą, kto wie na jak długo... Uspakajamy ich nadzieją, że nazajutrz nowa partia Polaków z Pinheiro przybędzie, gdzie odnajdą znajomych ludzi, i ostrzegamy, aby się od zamiaru nierozdzielania z towarzyszami nie dali żadnymi obietnicami odwieść. Jak tam będzie, nie wiadomo, a w kupie człek zawsze bezpieczniejszy.
Pociąg emigrancki odjeżdża, Maćki czapkami machają — do widzenia w Curitibie!
O jedenastej rano i zwykły pociąg pasażerski do Curitiby jest gotów do drogi.
Lecimy zrazu wśród zupełnie płaskiej, napływowej równiny; bagna naokół, bambusem, mimozą i palmami porosłe; gdzieniegdzie nędzna lepianka brazylijskiego osadnika, sklecona z pni palmity (Euterpe) pionowo ustawionych, a wyglądająca raczej na psią budę niż mieszkanie ludzkie. Gdzie indziej świeci wśród bujnej zieleni czerwony dach włoskiego kolonisty, okolony uprawnymi łanami trzciny cukrowej, bananów, kawy, manioku, ryżu, tytoniu, kukurydzy i warzyw. Są to szczątki nieudanej próby kolonizacyjnej, przed kilku laty przez Compania Metropolitana de Paraná rozpoczętej, która, pochłonąwszy przeszło 6 milionów milreisów, zrobiła kompletne fiasco136.
Mijamy pomorskie miasteczka Antonina i Morretes i naraz pociąg, ciężko sapiąc, zaczyna się szybko wspinać po prostopadłej ścianie do góry, wijąc zygzakiem ponad przepaściami, zakreślając na szalenie pomyślanych wiaduktach i mostach śmiałe łuki i ósemki, ginąc co chwila w tunelach. Prześliczny krajobraz pomorza i zatoki, u stóp naszych się rozścielającej, co chwila ukazuje się oczom naszym i znika zaraz na gwałtownym skręcie lub u wejścia do tunelu, aby znów niezadługo ukazać się na krótką chwilkę.
Roślinność bujna, podzwrotnikowa, pokrywa skały granitowe do szczytów: olbrzymie pnie canela137, imbuya138, fikusów, bombaksów, algarrobów, omszone długimi kosmykami „brody Absalona” (Tillandsia usnoides139), spowite od stóp do szczytów delikatnym, blado zielonym płaszczem pnącego się bambusu (Chuskea140), usiane kępami tillandsji o czerwonym kwieciu i girlandami lian przybrane; na wilgotniejszych miejscach wznoszą się wysokie pnie palmy królewskiej (Oreodoxa), wśród gęstwiny leśnej — cienkie i wysmukłe pnie palmity141. Fantastyczne skały granitowe, gęsto lasem odwiecznym porosłe, szumiące kaskady na dnie parowów, lekka mgła na szczytach górskich.
Wśród uroczego tego krajobrazu pociąg wznosi się coraz wyżej, na przestrzeni 26 kilometrów dosięgając wysokości 680 metrów nad poziomem morza, i znika w wąwozie przecinającym wysoki na 1200 metrów grzbiet Serra do Mar.
Minąwszy to pasmo, spostrzegamy naraz całkowicie odmienny krajobraz: las staje się coraz rzadszym, ukazują się wielkie płaty łąk torfowych ze sterczącymi gdzieniegdzie wśród kęp wysokiej, ostrej trawy (herva cortadera142) palmami, a gaje okoliczne tworzy niemal wyłącznie sosna brazylijska (Araucaria brasiliensis)143 i paprocie drzewiaste. Zamiast wijącej się trzciny pojawia się coraz obficiej zwykły bambus brazylijski (tacuara).
Pociąg leci wśród płasko-falistej okolicy, około 900 metrów nad poziom morza wzniesionej, przypominającej bardzo krajobrazy nasze: sosnowe lasy, rozległe łąki torfowe, gdzieniegdzie pole świeżo zaorane lub zielona ruń młodego żyta, stada bydła pasące się w oddali, białe, drewniane domki kolonistów ze słomianą strzechą, okolone płotem z kolczastego drutu, na sposób argentyński, lub z żerdzi sosnowych — zdradzają że jesteśmy na swojskim gruncie. Osadnikami są istotnie Szlązacy i pruscy Mazurzy, najdawniejsi w tych stronach koloniści.
W cztery i pół godziny po wyjeździe z Paranagua jesteśmy w stolicy stanu — Curitibie, położonej w kotlinie na wysokości około 1000 metrów nad poziomem morza.
Miasto, szeroko rozrzucone, wydaje się znacznie większe, aniżeli jest w istocie, liczy bowiem tylko 15 000 mieszkańców. Posiada wspaniały ratusz, gubernatora, trochę lichego bruku, sejm prowincjonalny, dość ładny kościół, oświetlenie elektryczne, cztery dzienniki i całą siłę zbrojną stanu Paraná, liczącą około 600 ludzi różnej broni, przeważnie Murzynów, rekrutowanych spomiędzy włóczęgów i złodziei najgorszego gatunku; toż samo da się powiedzieć o policji — jedynymi rabusiami, przed którymi w Brazylii całej częstokroć z rewolwerem w ręku bronić się przychodzi, są żołnierze policyjni. W Curitibie pewnego razu obrali oni z gotówki na ulicy własnego policmajstra...
Garstka ta obszarpańców, szumnie zwana „trzema korpusami naszego walecznego wojska” (treis corpos do nosso bravo esercito) odznacza się stosunkami wielce patriarchalnymi i zaiste budującą dyscypliną, której wzorki miałem sposobność oglądać kilkakrotnie. Oto przykład: przed koszarami stolicy w południe przechadza się dwóch Murzynów na warcie, z ciężkimi szabliskami brzęczącymi po bruku, w uniformach angielskiego kroju i żółtych pantoflach. Na krześle usiadł służbowy porucznik z cygarem w ustach. Naraz jeden z wartowników zbliża się do oficera i klepiąc go poufale po ramieniu, prosi o ogień do cygara, drugi tymczasem, chodzący za węgłem, odstawia karabin przy ścianie i leci do szynku naprzeciwko na kieliszeczek „kaszasu”. A cóż dopiero artyleria! Armaty nowiutkie, jak z igły, bez zaprzęgu, ciągnione przez ludzi; dla oszczędności strzela się z nich tylko we święta ślepymi nabojami na wiwat... Wobec równie pokojowego usposobienia „nosso bravo esercito brasileiro”, podczas licznych rewolucji, o jakich telegramy do Europy donoszą, używa jako broni wyłącznie języka, a broń to snadź skuteczna, skoro bez wystrzału usunęli Dom Pedra i z równą łatwością wyprawili niedługo potem twórcę republiki, marszałka Deodoro da Fonseca144. Nie dziwię się teraz, dlaczego Lopezowscy145 Paragwajczycy, zbrojni w liche strzelby, lance, łuki i noże, lecz dzielni i odważni, przez 7 lat skórę „o bravo esercito” trzepali, zanim pod ciężarem dziesięciokrotnie ich siły przewyższającej koalicji polegli na polu chwały. Zdaje mi się, iż łatwiej jest wojować z nimi, aniżeli taką hołotę utrzymać w karbach wojskowej karności.
Przed kilkunastu laty Curitiba była malutką osadą, utrzymującą się z handlu herva mate146. Wzrost swój obecny zawdzięcza pomyślnemu rozwojowi kolonii włoskich i polskich, które się w promieniu sześciomilowym wokoło miasta rozsiadły. Pierwszych osadników narodowości polskiej sprowadził w te strony geometra p. Edmund Zaporski, Szlązak rodem, namówiwszy kilkanaście rodzin Kaszubów i Poznańczyków, osiedlonych w bardzo niedogodnych dla siebie warunkach w niemieckiej kolonii Brusque w stanie Sta Catharina, do przesiedlenia się w zdrowe i odpowiedniejsze dla Polaków pod względem rolniczym okolice sąsiedniego stanu. Pomimo oporu władz niemieckich i brazylijskich udało mu się zamiar przeprowadzić: włościanie, pozostawiwszy żony i dzieci na przeprawie przez Rio Negro, sami pomimo kul za nim i puszczanych wpław uciekli, rozumując iż „baba je zawsze rozumniejsza i da sobie rady”. Baby dały tego dowód i niezadługo dogoniły ich istotnie, a magistrat Curitiby wydzielił każdej rodzinie po 5 morgów147 lasu w pobliżu miasta. Dzisiaj liczba kolonistów polskich, pochodzących wyłącznie z Prus, Szlązka i Galicji, wzrosła stopniowo do 12 000, kolonie pojedyncze liczą 12–15 hektarów, a ceny sprzedażne ziemi urosły w trójnasób.
W dzień targowy Curitiba przedstawia widok swojski: mnóstwo wózków polskich, tzw. u nas wasągów148, konie w krakowskich chomątach, baby w strojach ludowych mazurskich i poznańskich, na targu roi się od granatowych kapot, czerwonych chustek i białych czepców; na ulicach słychać wszędzie mowę polską z akcentem niemieckim — koloniści bowiem tutejsi pochodzą w przeważnej części z Prus Wschodnich i Kaszubów, w mniejszej z Galicji, zwłaszcza z okolic Tarnowa, Jasła i Gorlic. Mają sześciu księży polskich, tyleż zamożnych kościołów, szkółki, bractwa religijne, a w Curitibie Towarzystwo Polskie imienia Kościuszki pod przewodnictwem księdza Andrzeja Dziatkowca i „Gazetę polską w Brazylii”, wydawaną tygodniowo przez p. Karola Szulca, utrzymującego zarazem sklep galanteryjny. Zaprawieni w ciężkiej szkole niemieckiej, wytrwali, pracowici i cierpliwi, koloniści trzymają się twardo, wykupują powoli ziemię od sąsiadów innych narodowości, rugując systematycznie spomiędzy siebie Brazylianów, Włochów i Niemców, przenoszących się dalej w głąb lasów, na nowe poręby.
Do kompletu obrazu brakuje tylko Żydów, których tutaj nie ma zupełnie, a nieliczni „Słowianie mojżeszowego wyznania”, którzy tutaj szczęścia próbowali, dali wkrótce za wygraną. Element kupiecki reprezentują Włosi lub Szlązacy i przeróżni „Wasserpolaki”149.
Trzecią część ludności Curitiby stanowią Niemcy — kupcy, przemysłowcy i rzemieślnicy, zorganizowani silnie w kilka stowarzyszeń i odgrywający już dzisiaj poważną rolę w politycznym życiu kraju, wysyłając pięciu deputowanych do sejmu prowincjonalnego. Zdobycie krzeseł poselskich dla cudzoziemców jest w Brazylii rzeczą arcytrudną wobec niechęci rządu i solidarnej postawy wyborców brazylijskich, głosujących ślepo za rozkazem przywódców partii rządowej, zwłaszcza iż przyzwyczajono się uważać mandat poselski za korzystną synekurę150, diety bowiem są bardzo wysokie, a czynność wielce problematyczna. Tak np. w stanie Sta Catharina diety poselskie wynoszą 15 milr., w Parana 20, w Minas Geraes i Sao Paulo 40, w Rio Janeiro 75 milr. dziennie, a dotychczas tylko w sejmie Parana, dzięki inicjatywie posłów cudzoziemskich, przeszło zastrzeżenie, iż diety wypłacane być mają jedynie za dnie, w których poseł znajdował się na posiedzeniu. Ponieważ zaś kadencja sejmowa trwa około dwóch miesięcy, zrozumiemy łatwo, jak gorąca bywa walka wyborcza. Przy liczebnej swej przewadze, rozporządzając już dzisiaj 2/3 głosów wyborczych, koloniści polscy mogliby zagarnąć rządy w swoje ręce — trzymają się jednak od polityki zupełnie na uboczu, głosując za wskazówkami swoich proboszczów. Przodujące stanowisko swoje w mieście zawdzięczają Niemcy poparciu włościan polskich, skąd fakt oryginalny, iż najgorliwszymi obrońcami interesów polskiej ludności w Paranie są przede wszystkim Niemcy deputowani, kupcy i dziennikarze.
Poczynając od ostatnich domów przedmiejskich, w którymkolwiek kierunku od Curitiby wyruszymy, napotkamy wszędzie rozrzucone bezładnie wśród wzgórz i dolin, łąk, gajów sosnowych i pól uprawnych — schludne domki kolonistów polskich, będących jedynymi dostawcami artykułów spożywczych na potrzeby miasta. Nieliczni koloniści włoscy sadzą wyłącznie wino, Niemcy zaś trudnią się bez wyjątku wszyscy furmaństwem; Brazylianie, znikający coraz bardziej, nic zupełnie nie robią.
Przyrost ludności pod Curitibą wynosi podług ksiąg kościelnych parafii polskiej Thomas Coelho około 5% rocznie, śmiertelność wśród kolonistów bardzo mała, nie przewyższa rocznej cyfry 10 na tysiąc.
Dawni osadnicy w okolicy Curitiby mieli minimalną wartość urzędową otrzymanej od magistratu ziemi spłacać ratami, czego wszakże nie uczynił nikt prawie, w nadziei uwłaszczenia w przyszłości, a suma pierwotnej wartości obciąża jako pożyczka bezprocentowa hipotekę osady, której wartość istotna przez wzrost miasta i pracę wyłożoną zwiększyła się niezmiernie. Przeciętne obdłużenie kolonii kilkunastumorgowej w okolicy Curitiby wynosi 250 milreisów, podczas gdy wartość sprzedażna jednego alquiera (2,5 hektara) ziemi ornej dochodzi do 400 milreisów.
Ze składek powstało stopniowo sześć kościołów, obszernych i obficie w przybory mszalne zaopatrzonych, plebanie porządnie zabudowane i szkółki. W czasie odpustu w której z kolonii bliższych Curitiby można myśleć, że się jest w jakiej podkarpackiej parafii: sukmany i wysokie buty, wózki góralskie i bryczki, zaprzężone w dobre konie w krakowskich chomątach, śpiew polski, nawet obrazy i chorągwie kościelne sprowadzone z kraju, architektura kościoła i plebanii, stawianych przez domorosłych budowniczych, wreszcie krajobraz okolicy, wielce do naszego podobny, sprawiają złudzenie zupełne.
Nazwy polskich kolonii w pobliżu miasta są: Abranchez (kościół), St. Candida (kościół), Gabriella, Lamenha, Pilarzinho, Thomas Coelho (2 kościoły), Orleans (kościół), Mauricio. Parafią Orleans zarządza od lat 20 ksiądz Ludwik Przetarski, w Thomas Coelho, liczącej 8 000 dusz, są dwie parafie rządzone przez ks. Soję i ks. Andrzejewskiego (obaj z Galicji), na kolonii Abranchez i Candida mieszka ks. Dziatkowiec. Szósty ksiądz, J. Peters, wyjechał do dalszej kolonii Rio Negro. Siódmym jest ks. Smołucha w St. Matheo.
Stan obecny kolonistów osiedlonych w okolicy Curitiby nie jest miarodajny dla stosunków emigracji najnowszej z Królestwa, odbywającej się w całkowicie odmiennych warunkach: kolonizację prowadzi teraz rząd, a pomimo bardzo rozumnego i uczciwego w teorii systemu i 100 milionów milreisów wydawanych na cel ten corocznie wołające o pomstę do nieba złodziejstwo i nadużycia brazylijskich urzędników paraliżują w praktyce całe przedsięwzięcie.
Ruch emigracyjny z Królestwa posiadał cechy epidemiczne i jako chorobliwy nie same zdrowe elementa porwał za sobą. Wielu, niestety, było takich, których tylko gorączka złota, podsycana kłamliwymi bajkami agentów, z domu wyciągnęła; wielu ludzi bez żadnego fachu, bez określonego zajęcia: stróżów, gajowych, lokai itp.; blisko połowa wyrobników i robotników fabrycznych. Ciężkie było ich rozczarowanie, gdy zamiast obiecywanych przez agencję Bendaszewskiego i Santosa diamentów i pereł kazano im wybierać pomiędzy karczunkiem dziewiczego lasu lub pracą w plantacjach kawowych pod batem przyzwyczajonych do obchodzenia się z Murzynami dozorców. Blisko 1/6 część wychodźców wymarła w drodze w barakach emigranckich w przeciągu pierwszego półrocza — nie pierwsze to i nie ostatnie z pewnością ofiary molocha151 zwącego się walką o chleb powszedni.
Curitiba w języku guarani152 oznacza „wiele szyszek” — leżała też niegdyś wśród lasów araukariowych, dzisiaj w znacznej części wytrzebionych, a z torfowiska, na którym niedawno temu tonęły konie i woły, a dzisiaj stacja kolei się wznosi, wypływa rzeka Y-guassu153 (wielka woda), jeden z ważniejszych dopływów Parany, stanowiąca w dolnej części swego biegu granicę Brazylii i Argentyny (Missiones)154.
Grunt Curitiby bardzo żyzny: glebę tworzy czerwona ciężka glina, ze zwietrzałego granitu powstała (terra roxa). Kolonie, na porębach leśnych założone, posiadają warstwę czarnoziemu na metr grubą, na stepowych natomiast kawałkach humusu braknie, gleba wymaga starannej uprawy i nawozu, aby dać rezultaty dodatnie. Udaje się dobrze żyto, kartofle, jęczmień i kukurydza, groch, fasola, kapusta; próby siania pszenicy dotychczas nie dały pożądanych rezultatów. Urodzaj przeciętny kukurydzy wynosi 25–40 ziaren, w wyjątkowych latach przewyższa 100; żyto jare krzewi się na świeżych porębach tak silnie, jak ozima pszenica w Sandomierskiem, a wydajność przewyższa znacznie urodzaje podolskie. Wielu kolonistów straciło pierwszy plon wskutek zbyt gęstego siewu — ziarno rozkrzewiło się bujnie, lecz nie wydało kłosu155.
Wybornie udają się również: wino, pomarańcze i inne owoce południowe, a zwłaszcza brzoskwinie, które tutaj zdziczały i rozkrzewiły się tak dalece, iż Brazylianie owocami ich wieprze tuczą. Gałąź ta gospodarstwa, nader korzystna, prawie wcale nie jest dotąd wyzyskana.
Największym przemysłem Curitiby jest przygotowanie na eksport herbaty paragwajskiej (Jlex paraguayensis156), w wielkiej obfitości rosnącej dziko w lasach prowincji.
Gdziekolwiek drzewo to rośnie w większej ilości, Brazylianie zakładają herval, tj. wycinają inne gatunki drzew, dozwalając krzewić się swobodnie pożytecznej roślinie, z której ciągną zyski.
Drzewo niewielkie, o białej korze, posiada liście lancetowate, żółtawozielonej barwy, tworzące bujną koronę u szczytu gładkiego pnia.
Zbiór najlepszy ma miejsce od lutego do sierpnia; najgorszy gatunek daje zbiór wiosenny z października i listopada. Do zbierania liści używają się wyłącznie tzw. cabocos, czyli Metysi półkrwi indyjskiej157. Robotnik, uzbrojony w wielki, krzywy kordelas (facon) włazi na drzewo, obcinając wszystkie mniejsze gałęzie; inni zbierają je w pęki i ciągną do suszarni (sapecaje). Długi, niski mur kamienny odgranicza robotników od szeregu roznieconych ognisk. Półnadzy robotnicy spoza muru przeciągają ponad płomieniem gałęzie mate. Wymaga to wielkiej zręczności, aby liści nie spalić, lecz ususzyć tylko, nadając im odcień żółtawy. Jedno umiejętne pociągnięcie ręki w tym celu wystarcza, a zręczny robotnik w ten sposób wysuszyć jest w stanie 300 kilogramów towaru dziennie.
Podsuszone w sapecaje gałęzie znoszą się potem do otwartej szopy służącej za wędzarnię, gdzie pękami zawiesza się takowe na żerdziach pułapu. Na podłodze pali się ognisko ze smolistych aromatycznych krzewów i drzewa cynamonowego (canela): proces ten nazywa się carrijage.
Gałęzie małe podkrzesują się co lat 5, we trzy dni po ucięciu przechodzą przez sapecaje, a we dwa dni potem wieszają się na 24 godzin w wędzarni carrijage, dbając o to, aby drzewo użyte do wędzenia nie psuło aromatu liści mate.
Po skończonej operacji wędzenia pęki gałęzi układają się na ubitym twardo toku i ubijają cepami, wreszcie pakują do koszów z bambusu, przykrywają liśćmi paproci lub też zaszywają w worki z surowej skóry, włosem na zewnątrz. W tej postaci mate, opakowane w juki po 50 kilogramów wagi, jest gotowe do dalszej ekspedycji. Przewożą je bądź na mułach po 100 kilogramów na zwierzę, bądź wozami frachtowymi, zaprzężonymi w kilkanaście koni lub wołów.
Codziennie liczne bryki krakowskie, powożone przez Niemców rosyjskich znad Wołgi, i karawany mułów jucznych przywożą transporty mate do młynów w Curitibie i okolicy. Tutaj sortują surowy materiał podług barwy na trzy gatunki i każdy z nich oddzielnie przechodzi ponownie przez suszarnię, potem zaś pod szereg pionowych tłoków z bardzo twardego drzewa lub stali, mielących je na delikatną mączkę koloru tabaki i zapachu świeżego siana. Mączka przesiewa się przez przetak, przy czym oddzielają się kawałki drobnych gałązek, zbierane osobno. Do mączki pierwszego gatunku dosypuje się tych gałązek trochę tylko, i to najdrobniejszych, do trzeciego — co najgrubsze okruchy w wielkiej ilości.
Herva (po hiszpańsku yerba) mate pakuje się teraz w beczki lub zaszywa w skórzane juki i wysyła do Montevideo lub Buenos Aires. Yerba z Curitiby przez amatorów tego specjału, o którym pomówimy jeszcze obszerniej w Argentynie, jest wielce ceniona. Wyrób beczek do yerby po półtora milreisa od sztuki jest specjalnością polskich kolonistów z okolicy. Cała beczka mieści w sobie 8 arrobas (120 kilogramów), pół beczki — 4 arroby; 1/4 beczki — 3 arroby158.
Cena produktu surowego na targu w Curitibie wynosi 2 milreisy za arrobę (15 kilo); po przejściu przez engenho, czyli młyn, najlepszy gatunek sprzedają po 5 milreisów za arrobę.
Parana eksportuje hervy najwięcej, bo około 25 000 000 kilogramów rocznie wartości 7–8 000 000 franków. Użytek jej wewnątrz kraju bardzo mały, zmniejsza się z dniem każdym, ustępując krajowej herbacie z Sao Paulo i kawie: jedynym odbiorcą są kraje La Platy159.
Rozdział VI
Emigranci. Niemcy w Curitibie. Zajście w klubie i serenada. Brazylianie i tzw. „polityka”. Liga Ordem e Progresso. P. Carvalho. Odjazd do Palmeiras. Dyliżans brazylijski. Campo Largo. Step brazylijski. San Luis. Palmeiras.
W trzech przytułkach emigranckich Curitiby mieści się w chwili bytności naszej około 2000 wychodźców, prawie wyłącznie Polaków, razem z garstką Włochów, Irlandczyków i Niemców. Ciasnota pomieszczeń przechodzi wszelkie granice, zwłaszcza w „hotelu” nr 3, przeniesionym tutaj z kolonii Thomas Coelho po zalaniu znajdującego się tamże baraku przez powódź. Mamy nerwy już dość zahartowane widokiem ludzkiej biedy, ale czegoś podobnego dotychczas widzieć się nam nie zdarzyło. W zaledwie zbudowanym, niewykończonym budynku, bez drzwi i okien, mogącym pomieścić co najwyżej 250 osób, wtłoczono ich blisko tysiąc, podzieliwszy wnętrze rusztowaniem drewnianym na dwa piętra, gdzie każdej rodzinie wyznaczono cuchnący barłóg, kilka metrów kwadratowych powierzchni mający. Natłoczone to wszystko gorzej aniżeli pod pokładem emigranckiego statku, choć w podobny mniej więcej sposób. W zaduchu i ścisku wybuchł tyfus plamisty160, a umarli, umierający i zdrowi leżą na tym samym barłogu, bez żadnej pomocy znikąd — jedyny bowiem lekarz, Niemiec Meyer, mający powierzony sobie dozór szpitala miejskiego i emigranckich baraków, nie jest w stanie spełniać sumiennie swoich obowiązków, w administracji lekarstw zabrakło, a przeznaczone dla chorych na rosół kury i wino spożywa smacznie z pomocnikami swymi Mulat dozorca Gabriel — szubienicznik, który pomimo ciągłych zażaleń na krzyczące bezprawia przezeń popełniane został usunięty z zajmowanej posady zaledwie w rok po mojej bytności, gdy chwilowo zarząd imigracji dostał się w ręce p. Zaporskiego. Z zapowietrzonego „hotelu” Gabriela codziennie kilka trumien wynoszono... Sprawiedliwość każe przyznać, iż w dwóch innych przytułkach zrobiono co było można, aby złemu zaradzić i wynajęto wreszcie dom prywatny dla pomieszczenia chorych, których procent był znaczny. Grasują najbardziej tyfus brzuszny161, dyzenteria162, szkorbut163 i influenza164, a to bynajmniej nie z winy klimatu, który jest zdrowy, jak dowodzi nadzwyczaj mała śmiertelność i szybki przyrost ludności polskiej w okolicy miasta.
Parę razy na tydzień odjeżdżają wozami partie w głąb lasów, do kolonii w Rio Negro, S. Barbara i S. Matheo, luki jednak pozostałe zapełniają natychmiast nowi przybysze z Pinheiro, gdzie jeszcze około 2000 wychodźców polskich na wysłanie do Curitiby oczekiwało. Dopiero w końcu września ruch ten ustał, gdy ostatnią partię stamtąd wysłano.
Owe Pinheiro, o którym opowiadają wszyscy wychodźcy, jest pierwszą ich stacją na lądzie stałym, położoną w odległości paru godzin koleją od Rio Janeiro w dawnej rezydencji cesarskiej, przerobionej na obszerne i wzorowo urządzone baraki, dokąd emigrantów z północnych krajów, przeznaczonych na kolonie, wprost ze statków przewożą. Włosi natomiast i Hiszpanie, mniej na upały wrażliwi, wylądowują na smutnej pamięci Wyspie Kwiatowej (Ilha das Flores)165, gdzie dawne więzienie przywożonych na targ do Rio niewolników przebudowano na „hotel emigrancki” pierwszorzędny i, jako będący na oku władz wyższych i konsulatów, równie jak Pinheiro wzorowo urządzony. Wielu emigrantów oczekiwało w Pinheiro od 6–8 miesięcy bezczynnie, utrzymywani kosztem rządowym, a w razie choroby leczeni bezpłatnie w szpitalu „Misericordia” w Rio Janeiro.
Długi ten pobyt w hotelach emigranckich, dobry wikt, próżniactwo i wspólne pomieszczenie obu płci pod jednym dachem jest najujemniejszą stroną całej gospodarki kolonizacyjnej, demoralizując, rozpróżniaczając i rozpajając emigranta, który też zwykle w okresie tym pozbywa się całej gotówki, jaką z kraju przywiózł, i pozostaje odtąd na zupełnej łasce administracji, w miarę oddalenia się od stolicy coraz więcej popełniającej nadużyć, pewną będąc zupełnej bezkarności.
Polaków w samym mieście osiadłych jest tutaj mała tylko garstka; gdzieniegdzie widnieją szyldy polskie: „Bazar hamburski”, „Karczma polska”, „Skład kiełbas” itp. Towarzystwo imienia Kościuszki mieści się w jednym pokoiku obok sklepu wiktuałów p. Fliżykowskiego.
Lokal, przybrany w chorągiewki narodowe, kilka oleodruków i sztychów ze znanych obrazów naszych, mieści biblioteczkę nadzwyczaj ubogą — dar p. Zaporskiego — i jeszcze uboższą czytelnię, służąc za miejsce dwutygodniowych zebrań na pogawędkę przy kuflu piwa.
Prezesem był podówczas p. Karol Szulc, sekretarzem p. Ignacy Waberski, dyrektor małego browaru pod miastem. Usiłowaliśmy wpływem naszym i gorącym słowem wlać trochę życia w to anemiczne towarzystwo i udało nam się to o tyle, żeśmy zdołali pozyskać udział w takowym paru młodszych księży z okolicznych parafii, mogących mu nadać odmienny nieco i poważniejszy kierunek. Dzisiaj przewodniczącym towarzystwa jest ks. Andrzej Dziatkowiec z parafii Abranchez, a liczba członków zwiększyła się podobno znacznie.
Z inteligencji wymienić mogę jeszcze p. Aleksego Waberskiego z Poznania, majstra rzeźniczego, p. Adama Stachowskiego z Kijowa, utrzymującego zajazd dla furmanów, p. Bodziaka, kupca, i kilku inteligentnych rzemieślników warszawskich.
Wspomniałem już, iż przodujące stanowisko w mieście zajmują Niemcy. Pomiędzy innymi odznaczają się dwaj ludzie, będący szczerymi przyjaciółmi i opiekunami naszego ludu. Są to pp. Antoni Schneider, redaktor pisma „Der Beobachter”, i Bertold Adam, deputowany do sejmu prowincjonalnego, prezes międzynarodowej ligi Ordem e Progresso, Poznańczyk, z Polką ożeniony i dobrze władający językiem naszym.
Niemcy, jak zwykle skorzy do zakładania stowarzyszeń, mają ich tutaj bezliku, najważniejszymi są „Sängerbund” i „Thalia”, do których zostajemy wprowadzeni przez uprzejmego Schneidra, doznawszy nader serdecznego przyjęcia. Widać jednak, że są wszędzie Niemcy a Niemcy i że „jak świat światem”166 etc., gdyż zaraz na wstępie jakiś tęgo urżnięty jasnowłosy syn Germanii167, antagonista Schneidra i redaktor prusofilskiego, anemicznego zresztą, organu „Post”, zrobił nam burdę, po której, jakkolwiek go zaraz wyrzucono za drzwi, uważaliśmy za stosowne powrócić do hotelu.
Zaledwieśmy jednak zgasili światło, gdy pod balkonem naszym ozwały się surmy168 i piszczałki: to zarząd „Thalii”, chcąc powetować wyrządzoną nam obrazę, wysłał swoją orkiestrę, aby nam zagrała na dobranoc serenadę. Nazajutrz cały wydział klubu zjawił się osobiście u nas, przepraszając za zachowanie się swego członka, którego doraźną uchwałą na zawsze z klubu wykreślono... Zapiliśmy sprawę kuflem wybornego piwa monachijskiego i nadal pozostaliśmy dobrymi przyjaciółmi, co tym łatwiej nam przyszło, iż Prusaków, do których wstręt czuję wrodzony, nie ma tutaj prawie wcale, są natomiast „gemüthliche”169 Bawarzy, Austriacy i Czesi.
Wbrew temu, co by z daleka sądzić było można, Brazylianie w Curitibie znajdują się w ogromnej mniejszości. Z wyjątkiem kilkudziesięciu kupców są to wyłącznie urzędnicy i wojskowi. Zabawnie miał wyglądać uroczysty pochód z powodu otwarcia pierwszego sejmu prowincjonalnego w Curitibie, w którym Brazylianów wcale nie było, a republikę reprezentowało dziewczę w krakowskim stroju z brazylijską chorągwią, w asystencji konnej banderii Krakusów z kolonii Orleans i Abranchez, a wyborców — przeróżne stowarzyszenia niemieckie, francuskie, włoskie, a nawet szwedzkie i angielskie; tylko Brazylianie w tym uroczystym akcie świecili nieobecnością, wszyscy bowiem należą do sfer urzędowych, otaczających gubernatora.
Ustrój federacyjny nowej republiki pozostawia pojedynczym prowincjom w zasadzie zupełną autonomię, z której wszakże dotychczas Parana nie robi żadnego użytku, pozwalając się obdzierać bez kontroli przez gromadę przysłanych z Rio Janeiro urzędników, zgodnych zupełnie w chwilach wystąpienia przeciwko naturalizowanym cudzoziemcom, lecz walczących zawzięcie pomiędzy sobą o władzę i kokietujących z osobna z wyborcami. Za mojej bytności gubernatorem był niejaki Generoso, należący do stronnictwa liberalnego, czyli monarchicznego, a wspierał go pomiędzy innymi wpływem swoim najstarszy kapłan polski z parafii Orleans, ks. Ludwik Przetarski, Kaszuba z pochodzenia. W kilka miesięcy później partia republikańska, czyli konserwatywna przyszła do władzy. W samej rzeczy natomiast walka najpoważniejsza toczy się pomiędzy Brazylianami obu odcieni z jednej strony, a wzrastającą coraz bardziej w siłę i znaczenie ligą cudzoziemców Ordem e Progresso z drugiej, hasłem zaś tej ostatniej jest zagarnąć władzę całkowicie w swoje ręce i przestrzegać ściśle autonomii prowincjonalnej. Wielu Brazylianów z wnętrza kraju popiera również usiłowania cudzoziemskiej ligi. Polacy, nieposiadający pośród siebie prawie wcale inteligencji, popierają ligę głosami swymi, sami wszakże bardzo podrzędną w niej odgrywają rolę, pierwsze skrzypce odstępując Niemcom — stąd czułość dla nich tych ostatnich.
Przed odjazdem w głąb kraju złożyłem wizytę dyrektorowi kolonizacji, p. Carvalho. Człowiek to młody, gładki i cieszący się powszechną sympatią w mieście. Uprzedzony już przez swoich przełożonych w Rio Janeiro o bytności mojej, udzielił mi wszelkich żądanych informacji i zaopatrzył w urzędowe polecenie do podwładnych sobie szefów kolonii, upoważniające mnie do zajrzenia nawet do ksiąg i rachunków komisji kolonizacyjnej, gdybym sobie tego życzył.
27 sierpnia opuszczamy Curitibę, udając się o kilka dni drogi w głąb kraju celem zwiedzenia nowo powstających kolonii polskich nad rzeką Y-guassu, którymi zarządzał podówczas p. Edmund Zaporski.
Wehikuł, którym jechać mamy, zwany pompatycznie dyliżansem, nie wzbudza zaufania: niskie pudło na resorach, niemiłosiernie podrzucających do góry, przykryte na kształt karawanu ceratowym baldachimem na żelaznych słupkach. Pół pudła zajmują pakunki i poczta, druga połowa z trudnością może pomieścić nas trzech, Niemca aptekarza, jadącego do Sao Matheo, i milczącego Brazylianina, zdaje się, sędziego śledczego czy prokuratora z Palmeiras. Sześć niemiłosiernie wychudzonych szkapiąt pocztowych, zaprzężonych we dwie trójki, i woźnica Niemiec owinięty w wielki błękitny szal włóczkowy, w żółtych pantoflach na bosych nogach, dopełniają obrazu.
Przechylając się raz na jedną, raz na drugą stronę i gubiąc co parę mil pakiety pocztowe, w nadziei zapewne, że je uczciwy znalazca do najbliższej stacji odwiezie, wyjeżdżamy po szosie na zachód, wśród pól uprawnych i winnic kolonistów. Okolica falista, bardzo wolno ku zachodowi się zniża. Flora mało urozmaicona: oprócz gajów araukariowych liczne aroery (Erythrina sp.) i draceny, trochę kaktusów i agawy, oraz kępy twardej, krającej herva cortadera.
Fauna okolic Curitiby również bardzo uboga. Ptastwo leśne od gwaru ludzkiego uciekło dalej, a oprócz amerykańskiego czubatego wróbla (Zonotrichia pileata)170 i czarnych, wielkich jak indyki sępów urubu (Cathartes atratus)171, które setkami obsiadły jatki miejskie i czujnie wietrzą każdą padlinę, bardzo mało się spotyka braci skrzydlatej. Zaledwie z rzadka mignie w gąszczu bambusów rudobrzuchy drozd (Turdus rufiventris) lub dzięcioł czy pełzacz172 w suchą sosnę zapuka. W nocy i we dnie hałaśliwą muzykę wyprawiają piewiki173 (cicada) i żaby, naśladujące do złudzenia głos płaczącego dziecka. Owadów również bardzo mało: zresztą nic dziwnego, bo tu jeszcze zima. Czasem pofrunie motyl barwisty, a w kurzu przydrożnym jak drogie kamienie świecą wspaniałe nosorożce (Phanaeus)174.
Na obiad stajemy w miasteczku Campo Largo, położonym na bezleśnym kawałku stepu, 850 metrów nad poziomem morza. Miasto, złożone z wielkiego czworokątnego placu i dwóch ulic, liczy kilkuset mieszkańców i prowadzi handel mate. Ludność mieszana. Włoch jakiś utrzymuje tu wcale porządną oberżę dla przejezdnych, w której — tak jak u nas widoki z palmami i piramidami — wiszą na ścianie same zimowe krajobrazy dalekiej północy: nie brak nawet odwrotu Napoleona z Rosji i „trójki” napadniętej przez wilki. Kilka godzin czekać musimy tutaj na reperację złamanej osi dyliżansu, przy czym wysłuchujemy przeróżnych uwag o sobie, jakie z rozmowy oberżysty i milczącego Brazylianina nas dolatują. Ponieważ mówimy ze sobą po polsku, a z aptekarzem po niemiecku, z kombinacji tych dźwięków towarzysz nasz doszedł do wniosku, iż jesteśmy Szwedami. Nie wyprowadzamy go w tej mierze z błędu.
Oś wreszcie naprawiona, jakiś poczciwy caboco przywiózł pogubioną po drodze pocztę i ruszamy dalej. Milę jeszcze ciągną się kolonie włoskie, w znacznej części opuszczone, otoczone ogródkami pomarańcz i ameizas175 (rodzaj żółtych śliwek z kilkoma pestkami wewnątrz). Co trzeci przynajmniej domek włoski jest karczmą lub sklepikiem.
Przebywamy po lichym mostku jakiś strumień na wysokości 780 metrów nad p.m. i przejechawszy herval, ze smutnie wyglądającymi, ogołoconymi całkowicie z gałęzi pniami mate, zaczynamy nagle piąć się pod górę, wchodząc w głęboki, leśny wąwóz, dobrze zasłonięty od wiatrów i porosły bujną podzwrotnikową roślinnością, wśród której araukarie prawie znikły, natomiast najwięcej widać pni cedrowych (Cedrela sp.), dających drzewo podobne do mahoniu, oraz paprocie drzewiaste i gąszcze bambusowe.
Zielone papużki (Conurus brasiliensis176) przelatują z wrzaskiem nad naszymi głowami; gdzieś w głębi parowu, spłoszone zapewne przez jakiegoś drapieżnika, stado wyjców podniosło naraz piekielną wrzawę. Po kwadransie hałasu wszystko ucichło. Tylko słychać monotonny klekot blaszanych dzwonków naszych koni, z trudnością wlokących ciężki wehikuł pod stromą górę. Droga okrąża parów, powoli dosięgając jego szczytu. Wszędzie widnieje czerwony, zwietrzały zupełnie gnejs177 z warstwami białej glinki porcelanowej.
W górze naraz zupełna zmiana dekoracji: na pogiętych falisto pokładach gnejsu leży pozioma warstwa płytowego piaskowca czerwonawej lub białawej barwy, tworzącego odtąd stale podglebie całej okolicy.
U szczytu parowu barometr wskazuje wysokość 1240 metrów nad poziomem morza. Odtąd wkraczamy w region stepu brazylijskiego, czyli campu, którego grunt jałowy nadaje się jedynie do hodowli bydła, a i tego zbyt wiele nie widać.
Przez rozpadlinę w skale widnieje u stóp naszych o 500 metrów niżej położona równina Campo Largo, wznosząca się z wolna ku Curitibie, usiana kępami gajów sosnowych, kwadratami pól uprawnych i mnóstwem rozrzuconych bezładnie wśród zieleni domków kolonistów. Na widnokręgu piętrzą się ostre kontury Serra do Mar. Ku zachodowi druga równina wysoka, lekko falista, skąpą, wyschłą, pożółkłą trawą porosła. W dołkach gdzieniegdzie ciemne punkciki gajów araukariowych; co krok czarne smugi świeżo wypalonego stepu; atmosfera duszna od wznoszących się zewsząd pożarów stepowych. Przed nami, za nami, na prawo i lewo wznoszą się pod obłoki słupy czarnego dymu i suną szybko po suchym stepie ogniste smugi pożaru. Jest to tutejszy system użyźniania stepu. Istotnie też po pierwszym deszczu na czarnych, zwęglonych smugach szybko soczysta, zielona trawa porasta, a ślady węgla i popiołu znikają nadzwyczaj prędko. Tylko liczne stożkowate mrowiska wypalone na czerwono i nagie skały okopcone dymem świadczą wówczas o niedawnych pożarach stepu.
Gdzieniegdzie czysty jak kryształ strumyk górski spada w szumiących kaskadach po skalistych progach; od czasu do czasu samotna karczma (venda) na nagim stepie. Na drodze ruch ożywiony: mijają nas karawany ładownych mułów i wielkie bryki frachtowe w 8–12 koni zaprzężone, wyładowane hervą mate. Z rzadka minie nas spode łba patrzący półdziki caboco, brazylijski skwater178, na tęgim mule, z ponchem179 zwieszonym z ramienia, arkanem180 u siodła bogato srebrem przyozdobionego i bosymi nogami w srebrnych, masywnych strzemionach, tak małych, że tylko jeden palec wsadzić w nie można. Nieodstępnie mu towarzyszy kilka psów doskonale wytresowanych do zaganiania bydła. Pomimo dzikiej powierzchowności, olbrzymiego noża i pistoletów dwururnych za pasem są to ludzie w ogóle łagodni i uprzejmi, posiadający tylko jedną kardynalną wadę, wspólną wszystkim Brazylianom, to jest nieprzezwyciężony wstręt do wszelkiej pracy obok nałogu do gry i namiętnego zamiłowania do picia mate. Ludzie ci na „kampie” są jeszcze u siebie, lecz w lasach graniczących z koloniami rolniczymi zmuszeni są ustępować miejsca europejskim przybyszom, jak dzicy przed cywilizacją; na koloniach im za ciasno: mniejszej posiadłości nad kilka mil kwadratowych nie rozumieją, a rolnictwo jest dla nich czymś zupełnie niepojętym. Czystych typów europejskich mało się pośród nich spotyka, są to przeważnie Metysi rasy białej, czarnej i czerwonej w przeróżnym stopniu.
Fauna kampu dość bogata. Uderza przede wszystkim wielka liczba drapieżników skrzydlatych. Nadzwyczaj pospolitą jest pustułka (Tinnunculus sparverius), dalej dwa gatunki długonogich sępów (Polyborus brasiliensis i P. tharus)181, spacerujących po drogach o trzy kroki od dyliżansu. Mała sówka (Athene cunicularia) równie jest pospolita. Wszystkie te ptaki żywią się myszami, żabami itp. Na nagich skałach czerwonego piaskowca nierzadko widzieć można sylwetkę siwego ibisa (Theristicus melanops182), którego głos donośny ciągle słyszeć się daje, a niepodobna ocenić odległości, skąd pochodzi. Na wysokich trawach spotkać można niekiedy oryginalnego dzięcioła z czarną głową, czerwonym czubem, żółtym spodem i żółtawym, czarno nakrapianym grzbietem (Colaptes agricola183), niesiadającego na drzewach, lecz na krzakach stepowych i nigdy nienapotykanego w lesie; kilka muchołówek, jakiś Mimus184, dwa gatunki kuropatw (Crypturus)185, skowronek (Anthus platensis)186, jaskółki i jerzyki; w gaikach hałaśliwe gromady czarnych „chopi” (Aphobus chopi) i czarno-żółtych kacyków (Icterus sp.), odbywających gwarne wiece na czubkach drzew. Czasem czubaty koliberek (Lophornis) z pobliskich lasów się zabłąka. Natomiast zwierząt ssących nie widać wcale. Zdarza się lis stepowy (Canis azarae)187, z rzadka puma (Felis concolor) i małe pancerniki. Na nocleg stajemy w San Luis, malutkiej osadzie, położonej w dolinie, na wysokości 950 metrów. Oberża wcale porządna, utrzymywana przez Niemca rosyjskiego, jest okolona sporym gajem, złożonym z algarrobów188, araukarii i paproci drzewiastych.
Nieco ponad osadą, o 30 metrów wyżej, step gładki kończy się wałem kamiennym, ciągnącym się z północy na południe, którego powstanie, przypisywane przez niektórych badaczy lodowcom (nb. żadnych śladów lodowca nie znalazłem), mogę sobie wytłumaczyć jedynie jako wielki przełom pokładów piaskowcowych połączony z zapadliskiem strefowym (Grabenversenkung). Zapadlisk takich jest tutaj kilka. Pierwszym i największym z nich jest równina Curitiby, położona pomiędzy szczytami Serra do Mar i płaskowyżem Campos Geraes, zapadła co najmniej o 400 metrów na krańcu zachodnim i o 200 na wschodnim. Trzy inne leżą pomiędzy San Luis i Palmeiras, wytwarzając tyleż zniżających się coraz bardziej ku zachodowi tarasów.
Linie przełomów wywołują piękne efekty w kształcie baszt i ruin pośród skał, zaledwie wystających ponad powierzchnię Campos Geraes, lecz bardzo urozmaiconych, skoro się na nie patrzy z doliny odpowiadającej przyległemu zapadlisku, tj. od zachodniej strony.
Nazajutrz, nie zmieniając koni, z których jednego, niezdatnego już do dalszej podróży, musimy pozostawić, odjeżdżamy dalej na zachód. Nie rozumiem, czym żyją te biedne zwierzęta, podobne do obciągniętych skórą szkieletów — obroku im bowiem nie dają, a ze spalonej słońcem suchej trawy stepowej mało pożytku. Natomiast woźnica nasz poi je przy każdej studni. W Argentynie trzymają się zasady wprost przeciwnej, zapewne z powodu rzadkości wody.
Droga zniża się coraz bardziej, coraz częściej przejeżdżamy przez lasy araukariowe, natomiast droga, coraz gorsza, prowadzi po nagiej powierzchni skały, pełnej dziur i wybojów.
Przebywamy drugi wał kamienny, na wysokości 860 metrów i stajemy na południe w lichej oberży wśród nagiego stepu, zwanej Restinga secca, skąd odchodzi boczna droga do przystani w Porto Amazonas, punktu wyjścia żeglugi na rzece Y-guassu.
Wysokość oberży nad poziomem morza wynosi 780 metrów. W malutkim ogródku, istniejącym zaledwie od lat pięciu, widzę spore drzewa pomarańczowe osypane owocem, brzoskwinie i ameizas — dowód oczywisty, iż nawet jałowy grunt kampu przy starannej uprawie dobre rezultaty dać może. Włoch oberżysta twierdzi, iż z kilku drzewek swoich zbiera około 2000 pomarańcz rocznie.
Przed wieczorem stajemy w miasteczku Palmeiras, liczącym 500 mieszkańców i zabudowanym zwykłym trybem amerykańskim w czworobok naokoło wielkiego placu, z kościołem w środku i dwiema alejami mizernych palm po bokach.
Tuż poza miastem przechodzi podobny do poprzedzających trzeci wał kamienny, na wysokości 780 metrów nad poziomem morza, za którym wchodzimy już wkrótce w region leśny, przecięty głębokimi parowami i posiadający grunt ilasty, ze zwietrzenia łupków paleozoicznych189 powstały.
Snujące się po ulicach postacie w wypłowiałych maciejówkach lub czerwonych kurtach kujawskich wskazują, że jesteśmy blisko nowszych kolonii polskich.
W nocy dziwne wrażenie na nieprzyzwyczajonym oku sprawiają bijące zewsząd łuny pożarów stepu, pożarów, których płomienne języki pod same mury miasta podchodzą, nie wzbudzając w apatycznych Brazylianach najmniejszej troski. Czasami spali się przy tym dom jaki, to się i odbuduje... Brazylianin zresztą wśród czterech ścian, przykrytych dziurawym najczęściej dachem, którego mu się naprawić nie chce, nie zna wcale wygód europejskich. Zamiast łóżka, u zamożnych nawet, stos niewyprawionych skór wołowych, zamiast stołków — kilka pni drzewnych lub czaszki wołowe. Mebli nie posiada żadnych, nie dziw zatem, że obawa pożaru straszną dla nich nie jest. Ociężałość i lenistwo, przy wrodzonej zresztą dobroduszności, przy tym wielka chęć zbogacenia się bez pracy, przepełniająca złodziejami wszystkie urzędy: to cechy charakterystyczne prawego syna kraju, niezarażonego jeszcze zgubnymi doktrynami Europy, wypisanymi, wbrew zapewne woli narodu, na sztandarze młodej rzeczypospolitej brazylijskiej: „Ordem e progresso”.
Palmeiras jest mieściną czysto brazylijską; z wyjątkiem paru Niemców, lekarza Włocha i przychodzących za interesami kolonistów polskich ludność składa się z Brazylianów, Mulatów i Murzynów. Skoro tylko się ściemni, miasto wydaje się umarłe. Na ulicach żywej duszy nie ma, okiennice wszystkich domów szczelnie pozamykane, nawet światła nigdzie nie widać, bo pokoje mieszkalne zwykle leżą w głębi domu, od frontu zaś tylko salon gościnny z nieodzowną kanapą i symetrycznie ustawioną aleją wiedeńskich krzeseł lub foteli od kanapy do drzwi wchodowych.
Rozdział VII
Dr Grillo. Nieco o Pawlaku i brazylijskiej Temidzie. Wyjazd na kolonię St. Barbara. Przyroda. Koloniści. Odjazd z Palmeiras. Porto Amazonas. Rzeka Y-guassu.
Dyrektor i zarazem lekarz okolicznych kolonii, dr Grillo, Włoch z rodu, okazuje się człowiekiem bardzo uprzejmym i miłym. Na pogawędce z nim parę wieczorów przyjemnie nam upłynęło, przy czym dowiedziałem się najniespodzianiej, iż służąca dra Grillo, młoda, przystojna Kujawianka, jest rodzoną siostrą osławionego Pawlaka, oraz iż cała ta przyjemna kompania, razem z Wyrostkiewiczem, znajduje się na sąsiedniej kolonii St. Barbara, którą zwiedzać mamy. Mordercy nie uważali za stosowne nawet nazwiska zmieniać — tak dalece pewnymi się tutaj czują zupełnej bezkarności. Że nie mylili się w tym względzie, przekonaliśmy się niebawem, gdy, poznani przez nowo przybyłą partię włościan spod Nieszawy, zbiegli z kolonii i zostali na żądanie rosyjskiego konsulatu aresztowani w Santos, w chwili gdy chcieli wsiąść na statek, udając się do Ameryki Północnej. Sprawiedliwości stało się zadość, bo nazajutrz... wypuszczono obu z więzienia pod dozór policyjny!.. Od tej chwili wszelki ślad ich zaginął oczywiście; podobno są teraz w Corrientes190 na kresach argentyńskich.
Dr Grillo z najwyższym uznaniem wyraża się o pracowitości, cierpliwości i wytrwałości kolonistów polskich w podwładnych mu osadach, gdy natomiast Włosi i Hiszpanie okazali się zbyt słabi i nieudolni przy trzebieży odwiecznych lasów, a z wielkiej liczby sprowadzonych przez zarząd emigrantów tych narodowości zaledwie garstka szczupła pozostała na miejscu. Jedni Polacy wśród tej wieży Babel wszystkich narodowości okazali się istotnie rolnikami, umiejącymi się z ziemią obchodzić.
29 sierpnia zajeżdża z rana przed nasz hotelik porządna kareta, w pięć dzielnych koników zaprzężona, i w towarzystwie dra Grillo odjeżdżamy na obejrzenie pobliskiej kolonii Sta Barbara, od Palmeiras o półtorej mili odległej.
Wyborna nowa droga, rękami kolonistów pod kierunkiem dra Grillo wykonana, prowadzi nas o 100 metrów niżej, ku dolinie rzeki Y-guassu, w region lasów araukariowych i bambusu.
Na skraju lasu, o milę od miasteczka, widnieje pierwszy domek drewniany, sklecony z tarcic, wśród paru morgów oczyszczonego i pokrytego zieloną runią wschodzącego żyta gruntu. W ogrodzonym starannie sadzie rośnie kapusta, sałata, czarny szablak191 (feijao preto), groch; przy domie192 parę drzewek owocowych, świeżo zasadzonych. Właściciel kolonii, Piotr Wojniak z Zakroczymia, jest tutaj zaledwie od 8 miesięcy. Dwie kobiety, niejakie Adamskie z Kamienicy pod Dobrzyniem, pracują z nim razem. Kolonia liczy zaledwie kilka chałup i nosi nazwę: Nucleo colonial da comendador Araujo.
Jedziemy dalej, spotykając gromadki emigrantów pracujących przy drodze. O ćwierć mili na południe las się kończy przy rozstajnych drogach. Na lewo, w stronę rzeki Y-guassu, odchodzi szlak do Sta Barbara; na prawo — gościniec do osady Niemców rosyjskich z guberni Samarskiej: Sta Kytheria. Wioska niemiecka na sposób europejski zabudowana w jedną ulicę; w ogrodach, na tyłach domów, zieleni się trochę żyta posianego na użytek własny: koloniści niemieccy w Paranie rolnikami nie są, trudniąc się prawie wyłącznie furmaństwem. Przyjechawszy tutaj z żyznych stepów nadwołżańskich, wybrali kolonie stepowe, stroniąc od ciężkiej pracy leśnej. Jałowa gleba kampu brazylijskiego zawiodła jednak ich oczekiwania, wielu powróciło do Europy, wielu z nędzy pomarło; większość przesiedliła się do Argentyny. Pozostali wzięli się do furmaństwa lub drobnego handlu. Wszyscy niemal woźnice bryk frachtowych, prywatnych powozów i dyliżansów są Niemcami rosyjskimi, znanymi tutaj na równi z Polakami z Królestwa pod nazwą Russos. Konkurencję niejaką robią im tylko zniemczeni przeważnie Mazurzy pruscy i Kaszubi.
Dalej, również na stepie, czerwienią się i bielą schludne domki włoskiej kolonii Sta Caecilia, stanowiącej swojego rodzaju curiosum. Znany we Włoszech agitator i pisarz socjalistyczny Giovanni Rossi193 zapragnął tutaj w praktyce zastosować swoje zasady, zakładając włoski „phalanster”194 socjalistyczny. Pobudowano ładne domki, zasadzono winnice: okazało się wszakże, iż osadnicy zmienili przekonania, skoro przyszło zasadę „la proprieté c’est le vol”195 zastosować od siebie samych: na gminę pracować nie chcieli, wreszcie wymówili posłuszeństwo swemu przywódcy. Doszło do tego, iż Rossi zmuszonym się ujrzał wezwać opieki wojskowej przeciwko własnym towarzyszom. Kolonia upada coraz bardziej, a Włosi gdzie indziej się wynoszą.
Na lewo rozciąga się dalej las ku dolinie rzeki, w końcu spotykamy też pierwszych kolonistów polskich z S. Barbara, pomieszczonych w szałasach tymczasowych z liści bambusu i palmy, zanim rząd przyrzeczone domki prowizoryczne z tarcic podług przepisanej normy im wystawi.
Dalej nieco, na wzgórzu, domki kilku kolonistów hiszpańskich. Nawiasem wspomnę, iż we drzwiach jednego z nich powitało nas urocze zjawisko dziewczęcia, podlotka rzadkiej zaiste piękności, przypominającego madonny Murilla196.
Jeden z domków w S. Barbara zamieniono na kancelarię dyrektora Grillo. Zostawiamy tutaj powóz i pieszo puszczamy się po świeżo wyciętych drogach i ścieżkach w głąb lasu. Wkrótce tracimy z oczu rozległą panoramę, wchodząc w gąszcze, których przed kilku miesiącami jeszcze noga ludzka nie tknęła, ginące dzisiaj pod ciosami toporów polskiego pioniera. Łaźniewski, po raz pierwszy znajdujący się w podzwrotnikowym lesie dziewiczym, co chwila nastawia swój aparat fotograficzny, aby olśniewające ogromem i pięknością obrazy dzikiej przyrody zachować. Na nieszczęście, nie wszystkie klisze się udały, a nadto fotografia, nieoddająca gry barw i odcieni przeróżnej zieloności, nie jest w stanie odtworzyć potężnego wrażenia, jakie puszcza podobna wywiera na widza. Ołówek dobrego rysownika większe w tym razie oddać mógłby usługi.
Ktokolwiek widział u nas araukarie w cieplarniach, w naturze nigdy by ich nie poznał. Dziwne to drzewo, najstarsze z drzew szpilkowych na ziemi, posiada w starości wiele cech zbliżających je do palm. Za młodu ma kształt świerka lub jodły, igły płaskie i krótkie, trójkątne niemal, pokrywają całą długość gałęzi, odchodzących prawidłowymi pierścieniami od pnia głównego i posiadających wielką ilość gałązek bocznych. W późniejszym wieku gałęzie dolne opadają stopniowo, pozostawiając na pniu głęboki odcisk w kształcie obrączki, nieznikający nigdy, tak samo jak to ma miejsce u palm; gałęzie szczytowe tworzą kształt szerokiego grzyba, jak u sosny włoskiej (Pinus maritima), lecz pomimo znacznej swej długości nie posiadają wcale odnóg bocznych, są zupełnie nagie i tylko na końcu samym sterczy gruby pęk długich, ciemnozielonych, cienkich szpilek. W wieku jeszcze późniejszym gałęzie, tworzące koronę pojedynczą, zaginają się do góry, a szczyt drzewa staje się zupełnie płaski. Całość wówczas robi wrażenie olbrzymiej jakiejś łodygi kwitnącego kopru czy marchwi. Po uschnięciu drzewa opada ostatnia korona ze szczytu i pozostaje już tylko obrączkowany słup, z daleka nieróżniący się od takichże uschłych pni palmowych. Araukarie w S. Barbara dochodzą półtora metra średnicy i 40 metrów wysokości i stanowią najpospolitszy gatunek drzewa. Obok nich istnieje drzewo żelazne (imbuya), dalej canela, czyli drzewo cynamonowe, zwane tak od cynamonowej barwy swego rdzenia, ficus jakiś, drzewiaste paprocie i kępiasty bambus, tworzący gąszcze nieprzebyte. Palm niewiele i wszystkie zdają się należeć do jednego gatunku (Oreodoxa sp.). Ze wszystkich drzew starych, zwłaszcza canelas i imbuyas, zwieszają się długie szarawe festony brody Absalona (Tillandsia usnoides). Na araukariach tylko jej nie ma.
Wśród tej puszczy rozlega się wszędzie odgłos polskich siekier, dymią świeżo wypalone poręby, widnieją co paręset kroków schludne, z desek sklecone domki; na wyrobionych z mozołem kawałkach roli wśród olbrzymich pni zwęglonych zieleni się młode żyto i kartofle; gdzieniegdzie widać ogródek warzywny, a pozostawione wśród poręby białe drzewka hervy mate mają pozór sadzonego ogródka. Szerokie gościńce, nad którymi pracują emigranci, przecinają całe terytorium kolonii, przechodząc przez wszystkie działki. Grunt, spod lasu wyrobiony, nadzwyczaj żyzny, jest ciężką, czerwoną gliną. Kolonia liczy około 150 rodzin polskich, 40 włoskich i 6 hiszpańskich. Inwentarza żywego nikt jeszcze nie posiada, z wyjątkiem trochę kur, wieprzy i gdzieniegdzie krowy mlecznej — ale też należy pamiętać i o tym, że jeszcze w grudniu zeszłego roku na miejscu tym był jednolity, nieprzebyty bór dziewiczy.
Manipulacja kolonizacyjna, wspólna dla wszystkich kolonii nad Y-guassu jest następująca: kolonista otrzymuje 20–25 hektarów gruntu, położonego przy ścieżce, którą sami osadnicy mają w przeciągu kilku miesięcy na drogę kołową przerobić. Ścieżki te, czyli picadas, tworzą linie możliwie proste lub przecinające się pod prostymi kątami. Działka pojedyncza posiada zwykle od drogi 200 metrów frontu, w głąb zaś obok 1000 metrów. Droga przechodzi przez środek działki, czyli lote.
Wartość takiego „lotu”, obliczoną na 100–150 milrejsów, kolonista obowiązany jest spłacić w przeciągu trzech lat, z potrąceniem 1/3, jeśli się w terminie z długu uiści. W przeciwnym razie zapisuje się dług na hipotekę „lotu” na 6% rocznie. Wszelkie inne zapomogi, z których 3/4 zresztą rozkradają urzędnicy po drodze, są bezzwrotne. Kolonista otrzymuje od rządu domek z tarcic, gontami kryty, mający jedną izbę, długą na 6, szeroką na 4, wysoką 2,66 metra, o dwóch oknach bez szyb, zamykanych okiennicami, i przybudówką w tyle, przeznaczoną na kuchnię. Jeżeli kolonista sam sobie taki domek wystawi, ma prawo do zapłaty 120 milreisów — której, co prawda, nigdy nie widuje. Oprócz tego otrzymują emigranci najniezbędniejsze narzędzia i trochę ziarna do siewu, do ogólnej wartości 50 milreisów na rodzinę.
Istnieją jeszcze zapomogi w gotówce, a raczej w formie kredytu u kupców żywności, opłacane robocizną na drogach i robotach rządowych — zarobki te wszakże są największą klęską kolonistów, obdzierają ich bowiem przy wypłatach niemiłosiernie, kupcy są w zmowie z urzędnikami, a na zapłatę czekać miesiącami trzeba, tracąc drogi czas na chodzenie do odległej administracji po należne kwity robocizny, tzw. vales, przyjmowane przez kupców ze znacznym dyskontem. Zapomogę, zrazu wcale dostateczną, obliczoną podług ilości członków rodziny, która przeciętnie wynosiła 50 milrejsów na rodzinę, stopniowo zmniejszano do 30 milrejsów miesięcznie; kwota ta przy ogromnie wygórowanych cenach artykułów żywności nie wystarcza na przeżycie, zarobków zaś ubocznych nie ma żadnych. Najlepiej przeto mają się ci z kolonistów, którzy posiadając mały zapas gotówki na pierwsze potrzeby, nie są zmuszeni dawać się obdzierać przez vendzistów ani szukać wątpliwych zarobków rządowych, wkładając cały czas swój w pracę obok własnej roli, która już po kilku miesiącach utrzymanie im zapewnić może, zwłaszcza jeśli dodamy bardzo ważny, a mało emigrantom znany artykuł żywności, jakim są smaczne i pożywne ziarna araukarii.
Dla przykładu przytaczam ceny artykułów żywności z książeczki dłużnej Adama Jaroszewskiego, warszawianina, na kolonii Sta Barbara osiedlonego:
słonina 1 kilogram — 800 reis
cukier 1 kilogram — 400 reis
chleba bochenek — 400 reis
soli 1 litr — 160 reis
feijao (szablak czarny) 1 cuarta = 10 litr — 1200 reis
kawy 1 kilogram — 2000 reis
ryżu 1 litr — 400 reis