Kompost

J.C.

Te maleństwa, które jedzą ciała liści na podłodze lasu.

Rozcieram w palcach zimną grudkę ziemi,

proch wypełnia poziomice egzotycznej mapy.

W moich tętnicach koncert obcej muzyki,

szum krwi i życia, które mnie chwilowo gości jak rzeka

przypadkowy liść:

wyboista podróż w dół błyszczących wodospadów z widokiem na niebo.

Kładę się na mchu.

Ołów chmur pocięty żyłkami gałęzi,

białe słońce, wiatr i poruszenie skrzydeł,

bez znaczenia, oczy, pazury i pierze,

bez znaczenia iskra między ciemnościami.

Wdech i wydech. Wdech i wydech poza mną,

ponieważ jestem zgięciem wielkiej płachty czasu,

mieszkam w wygnaniu,

zmarszczka na powierzchni wody ciemnej jak milczenie.

Liść wpada do rzeki, a rzeka do morza.

Morze zakwita czerwienią ukwiałów.

Nad tą cudną łąką, pod sklepieniem fali

wolno pływają obojętne ryby.