Zosia Samosia i inne wiersze dla dzieci
Zosia Samosia i inne wiersze dla dzieci
Bambo
Murzynek1 Bambo w Afryce mieszka,
Czarną ma skórę ten nasz koleżka.
Uczy się pilnie przez całe ranki
Ze swej murzyńskiej «Pierwszej czytanki»2.
A gdy do domu ze szkoły wraca,
Psoci, figluje — to jego praca.
Aż mama krzyczy: «Bambo, łobuzie!»
A Bambo czarną nadyma buzię.
Mama powiada: «Chodź do kąpieli»,
A on się boi, że się wybieli.
Lecz mama kocha swojego synka,
Bo dobry chłopak z tego Murzynka.
Szkoda, że Bambo czarny, wesoły,
Nie chodzi razem z nami do szkoły.
Cuda i dziwy
Spadł kiedyś w lipcu
Śnieżek niebieski,
Szczekały ptaszki,
Ćwierkały pieski.
Fruwały krówki
Nad modrą3 łąką,
Śpiewało z nieba
Zielone słonko.
Gniazdka na kwiatach
Wiły motylki,
Trwało to wszystko
Może dwie chwilki.
A zobaczyłem
Ten świat uroczy,
Gdy miałem właśnie
Przymknięte oczy.
Gdym je otworzył,
Wszystko się skryło
I znów na świecie
Jak przedtem było.
Wszystko się pięknie
Dzieje i toczy...
Lecz odtąd — często
Przymykam oczy.
Dwa wiatry
Jeden wiatr — w polu wiał,
Drugi wiatr — w sadzie grał:
Cichuteńko, leciuteńko,
Liście pieścił i szeleścił4,
Mdlał...
Jeden wiatr — pędziwiatr!
Fiknął kozła5, plackiem spadł6,
Skoczył, zawiał, zaszybował,
Świdrem w górę zakołował7
I przewrócił się, i wpadł
Na szumiący senny sad,
Gdzie cichutko i leciutko
Liście pieścił i szeleścił
Drugi wiatr...
Sfrunął śniegiem z wiśni kwiat,
Parsknął śmiechem cały sad,
Wziął wiatr brata za kamrata8,
Teraz z nim po polu lata,
Gonią obaj chmury, ptaki,
Mkną, wplątują się w wiatraki,
Głupkowate mylą śmigi,
W prawo, w lewo, świst, podrygi,
Dmą płucami ile sił,
Łobuzują, pal je licho!...
A w sadzie cicho, cicho...
Figielek9
Raz się komar z komarem przekomarzać10 zaczął,
Mówiąc, że widział raki, co się winkiem raczą11.
Cietrzew się zacietrzewił12, słysząc takie słowa,
Sęp zasępił13 się strasznie, osowiała14 sowa,
Kura dała drapaka15, że aż się kurzyło,
Zając zajęczał smętnie, kurczę się skurczyło.
Kozioł fiknął koziołka16, słoń się cały słaniał17,
Baran się rozindyczył18, a indyk zbaraniał19.
Gabryś
Był raz głupi Gabryś. A wiecie, co robił?
Kiedy konie żarły, on im owies drobił.
Sitem wodę czerpał20, ptaki uczył fruwać,
Poszedł do kowala21, kozy chciał podkuwać22.
Czapką kwiat nakrywał, kiedy deszczyk rosił23,
Liczył dziury w płocie, drwa24 do lasu nosił.
Zimą domek z lodu zbudował przed chatą,
«Będę miał, powiada25, mieszkanie na lato.»
Gdy go słonko piekło, to na słońce dmuchał,
A za topór chwytał, gdy go gryzła mucha.
A tatusia pytał, czy mu księżyc kupi...
Taki był ten Gabryś. A jaki? No, głupi.
Idzie Grześ
Idzie Grześ
Przez wieś,
Worek piasku niesie,
A przez dziurkę
Piasek ciurkiem26
Sypie się za Grzesiem.
«Piasku mniej —
Nosić lżej!»
Cieszy się głuptasek.
Do dom wrócił27,
Worek zrzucił,
Ale gdzie ten piasek?
Wraca Grześ
Przez wieś,
Zbiera piasku ziarnka.
Pomaluśku,
Powoluśku
Zebrała się miarka28.
Idzie Grześ
Przez wieś,
Worek piasku niesie,
A przez dziurkę
Piasek ciurkiem
Sypie się za Grzesiem...
itd29.
Kapuśniaczek
Jak wesoły milion drobnych, wilgnych30 muszek,
Jakby z worków szarych mokry, mżący31 maczek,
Sypie się i skacze dżdżu32 wodnisty puszek,
Rośny33 pył jesienny, siwy kapuśniaczek34.
Słabe to, maleńkie, ledwo samo kropi,
Nawet w blachy bębnić nie potrafi jeszcze,
Ot, młodziutki deszczyk, fruwające kropki,
Co by strasznie chciały być dorosłym deszczem.
Chciałyby ulewą lunąć w gromkiej burzy,
Miasto siec na ukos chlustającą chłostą3536,
W rynnach się rozpluskać, rozlać się w kałuży,
Szyby dziobać łzawą i zawiłą ospą37...
Tak to sobie marzy kapanina38 biedna,
Sił ostatkiem pusząc się w ostatnim dreszczu...
Lecz cóż? Spójrz: na drucie jeździ kropla jedna.
Już ją wróbel strząsnął. Już po całym deszczu.
Kotek
Miauczy kotek: miau!
— Coś ty, kotku, miał?
— Miałem ja miseczkę mleczka,
Teraz pusta już miseczka,
A jeszcze bym chciał.
Wzdycha kotek: o!
— Co ci, kotku, co?
— Śniła mi się wielka rzeka,
Wielka rzeka, pełna mleka
Aż po samo dno.
Pisnął kotek: piii...
— Pij, koteczku, pij!
...Skulił ogon, zmrużył ślipie39,
Śpi — i we śnie mleczko chlipie,
Bo znów mu się śni.
List do wszystkich dzieci w pewnej bardzo ważnej sprawie
Drogie dzieci! W tym liściku
O jedno was proszę:
Żebyście się co dzień myły,
Bo brudnych nie znoszę.
Czy pod studnią40, czy na misce,
W rzece czy w sadzawce41,
Ale myć się! Bo przyjadę
I sam wszystko sprawdzę!
Myć się, dzieci, myć do czysta,
Chłopcy i dziewczynki,
Bo inaczej powiem, żeście
Nie dzieci, lecz świnki!
Trzeć się mydłem, gąbką, szczotką,
W misce, w nurtach42 rzeczki!
Bądźcie czyste!
Z poważaniem,
Autor tej książeczki.
Mróz
W ostry mróz chłopek wiózł
Z lasu chrust43 na wozie,
Skrzypi coś, oś nie oś44,
Trzaska chrust na mrozie.
Tężał45 mróz, wicher rósł,
Pędząc jak w sto koni46,
Trzeszczy wóz, trzeszczy mróz,
Chłop zębami dzwoni.
Szkapa: brr, chłop jej: prr —
A podwozie zgrzyta,
Gwiżdże wiatr, śwista bat,
Stukają kopyta.
Chrzęst i brzęk, zgrzyt i stęk,
Hałas jak w fabryce!
Mniejszy mróz, lżejszy wóz
Przy takiej muzyce.
O Grzesiu kłamczuchu i jego cioci
— Wrzuciłeś, Grzesiu, list do skrzynki, jak prosiłam?
— List, proszę cioci? List? Wrzuciłem, ciociu miła!
— Nie kłamiesz, Grzesiu? Lepiej przyznaj się, kochanie!
— Jak ciocię kocham, proszę cioci, że nie kłamię!
— Oj, Grzesiu, kłamiesz! Lepiej powiedz po dobroci47!
— Ja miałbym kłamać? Niemożliwe, proszę cioci!
— Wuj Leon czeka na ten list, więc daj mi słowo.
— No, słowo daję! I pamiętam szczegółowo:
List był do wuja Leona,
A skrzynka była czerwona,
A koperta... no, taka... tego...
Nic takiego nadzwyczajnego,
A na kopercie — nazwisko
I Łódź... i ta ulica z numerem,
I pamiętam wszystko:
Że znaczek był z Belwederem48,
A jak wrzucałem list do skrzynki,
To przechodził tatuś Halinki.
I jeden oficer też wrzucał,
Wysoki — wysoki,
Taki wysoki, że jak wrzucał, to kucał,
I jechała taksówka... i powóz49...
I krowę prowadzili... i trąbił autobus,
I szły jakieś trzy dziewczynki,
Jak wrzucałem ten list do skrzynki...
Ciocia głową pokiwała,
Otworzyła szeroko oczy ze zdumienia:
— Oj, Grzesiu, Grzesiu!
Przecież ja ci wcale nie dałam
Żadnego listu do wrzucenia!...
O panu Tralalińskim
W Śpiewowicach, pięknym mieście,
Na ulicy Wesolińskiej
Mieszka sobie słynny śpiewak,
Pan Tralisław Tralaliński.
Jego żona — Tralalona,
Jego córka — Tralalurka,
Jego synek — Tralalinek,
Jego piesek — Tralalesek.
No a kotek? Jest i kotek,
Kotek zwie się Tralalotek,
Oprócz tego jest papużka,
Bardzo śmieszna Tralalużka.
Co dzień rano, po śniadaniu,
Zbiera się to zacne grono50,
By powtórzyć na cześć mistrza
Jego piosnkę ulubioną.
Gdy podniesie pan Tralisław
Swą pałeczkę — tralaleczkę,
Wszyscy milkną, a po chwili
Śpiewa cały chór piosneczkę:
«Trala trala tralalala
Tralalala trala trala!»
Tak to pana Tralislawa
Jego świetny chór wychwala.
Wyśpiewują, tralalują,
A sam mistrz batutę51 ujął
I sam w śpiewie się rozpala:
«Trala trala tralalala!»
I już z kuchni i z garażu
Słychać pieśń o gospodarzu,
Już śpiewają domownicy
I przechodnie na ulicy:
Jego szofer52 — Tralalofer
I kucharka — Tralalarka,
Pokojówka53 — Tralalówka
I gazeciarz54 — Tralaleciarz,
I sklepikarz — Tralalikarz,
I policjant — Tralalicjant,
I adwokat — Tralalokat,
I pan doktor — Tralaloktor,
Nawet mała myszka,
Szara Tralaliszka,
Choć się boi kotka,
Kotka Tralalotka,
Siadła sobie w kątku,
W ciemnym tralalątku
I też piszczy cichuteńko:
«Trala — trala — tralaleńko...»
Pan Maluśkiewicz i wieloryb
Był sobie pan Maluśkiewicz
Najmniejszy na świecie chyba.
Wszystko już poznał i widział
Z wyjątkiem wieloryba.
Pan Maluśkiewicz był — tyci55,
Tyciuśki jak ziarnko kawy,
A oprócz tego podróżnik,
A oprócz tego ciekawy.
Więc nie można się dziwić,
Że ujrzeć chciał wieloryba,
Bo wieloryb jest przeogromny,
Największy w świecie chyba.
Pan Maluśkiewicz wesoły,
Że mu się podróż uśmiecha56,
Zrobił sobie z początku
Łódkę z łupinki orzecha.
A żeby miękko mu było,
Dno łódki watą posłał,
Potem z jednej zapałki
Wystrugał cztery wiosła.
Zabrał worek z jedzeniem,
Namiot i wina beczkę,
Rower i różne narzędzia —
Wszystko na tę łódeczkę.
Gramofon57, radio, armatę,
Strzelbę, nabojów skrzynkę,
Futro, ubrania, bieliznę —
Wszystko na tę łupinkę.
Bo wszystko było malusie,
Tyciuchne, tyciutynieczkie,
Bo przecież sam Maluśkiewicz
Był tyciuteńkim człowieczkiem.
Wziął łódeczkę pod pachę,
Wsiadł w samolot motyli
I powiedział: — Do Gdyni! —