Ksiądz Marek

Poema dramatyczne w trzech aktach

AKT I

Szopa wyporządzona jak na zebranie koła rycerskiego. Wchodzą: Starościc z Barku i Towarzysz pancerny. Słychać z daleka śpiew konfederacki.

TOWARZYSZ

Słyszysz pieśni, oto z pola

Rycerze nasi wracają.

STAROŚCIC

Mam taką harfę Eola1

W Anielinkach nad strumykiem;

Lecz jej struny tak nie grają

Z szumem liści, ze słowikiem,

Tęskno, dziko i żałośnie,

Jak ta pieśń, co w hymny rośnie.

TOWARZYSZ

Wracają pełni zapału,

A ksiądz Marek, karmelita2,

Ludziom błogosławi z wału.

STAROŚCIC

Jak miło, gdy młodość rozkwita!

Gdy krwią biją wszystkie żyły,

Rzucić się pod sztandar boży,

Co w stepach z dawnej mogiły

Jak tęcza, którą na chmurach

Słońce gdzieś ojczyste tworzy,

Błyska i na złotych piórach

Dusze rycerskie unosi.

A ta pieśń, co Boga prosi

O łaskę, politowanie,

Taka miła — jak pieśń dziecka,

Rubaszna — jak pieśń szlachecka,

Święta — jak organów granie,

A świeża — jako zaranie

Przyszłych nadziei narodu;

Tak trzęsie całą mieściną,

Że bez żadnego powodu,

Kiedy słucham, łzy mi płyną.

PIEŚŃ KONFEDERATÓW

za sceną

Nigdy z królami nie będziem w aliansach3,

Nigdy przed mocą nie ugniemy szyi,

Bo u Chrystusa my na ordynansach,

Słudzy Maryi.

Więc choć cię spęka świat i zadrży słońce,

Chociaż się chmury i morza nasrożą,

Choćby na smokach wojska latające

Nas nie zatrwożą.

Bóg naszych ojców i dziś jest nad nami,

Więc nie dopuści upaść żadnej klęsce.

Wszak, póki on był z naszymi ojcami,

Byli zwycięzce4!

Więc nie wpadniemy w żadną wilczą jamę,

Nie uklękniemy przed mocarzy władzą,

Wiedząc, że nawet grobowce nas same

Bogu oddadzą.

Ze skowronkami wstaliśmy do pracy

I spać pójdziemy o wieczornej zorzy,

Ale w grobowcach my jeszcze żołdacy

I hufiec boży.

Bo kto zaufał Chrystusowi Panu

I szedł na święte kraju werbowanie,

Ten de profundis5 z ciemnego kurhanu

Na trąbę wstanie.

Bóg jest ucieczką i obroną naszą!

Póki on z nami, całe piekła pękną!

Ani ogniste smoki nas ustraszą,

Ani ulękną.

Nie złamie nas głód, ni żaden frasunek,

Ani zhołdują żadne świata hołdy,

Bo na Chrystusa my poszli werbunek,

Na jego żołdy.

STAROŚCIC

Ponieśli dalej sztandary,

Poszli dalej z bronią w ręku,

A ta pieśń na fundum wiary,

Anielskiego pełna jęku,

Ściąga nam cudy, zjawienia,

Przelotne niebios humory,

Gwiazdy z grzywą, meteory,

Nocne słońca, łby z płomienia,

Szwadrony w zbrojach nieznanych,

Po obłokach malowanych

Idące truchtem i cwałem;

A jak wczora sam widziałem,

Będąc na straży w mieścinie,

Pana, naszego obrońcę,

Co siedmiomieczowe słońce

Na serca jasnym rubinie

Zapaliwszy, stał na chmurach.

I nie sam świadczę o cudzie,

Ale wszyscy moi ludzie,

Wszyscy szyldwasi na murach

Widzieli ten wizerunek

Doloris6, jak brał kierunek

Ku wschodowi, świecąc miastu.

Widać, że nasz okręt tonie,

Że potrzeba mu balastu,

Więcej szabel, więcej ducha,

Więcej serca w naszem łonie,

Bo ta wielka zawierucha

Niebios wszystkich nas pochłonie.

TOWARZYSZ

Ksiądz Marek wczoraj to z ducha

Wytłómaczył7 na ambonie,

Mówiąc o różnej pokusie.

Miecze te, powiada, bolu,

Bolące w Panu Jezusie,

To są, gorsze od kąkolu8,

Wady na ojczystem9 polu,

Z których boleść ma ojczyzna.

Pierwszy miecz, co w niej usterka,

Mówił, jest to francuzczyzna10,

A drugi miecz — to szulerka,

A trzeci — to kieszeń stratna11,

A czwarty — kobiece rządy;

Piąty — to sprzedajne sądy,

A szósty — zawiść prywatna,

A siódmy — zgniłe sumienie.

Te wszystkie, mówił, ościenie

W jednem sercu, co je mieści,

Zatknięte ręką morderczą,

Jako błyskawice sterczą;

Jak słońce srebrne boleści,

Słonecznik siedmio-mieczowy,

Co ma w środku serce Boże

A na rękojeściach głowy

Do panów naszych podobne.

I znów o każdym upiorze,

O każdym mieczu, magnacie,

Mówił powieści osobne,

Jak sędzia na majestacie,

Sądzący zbrodnie czerwone...

Potem kazał przed ambonę

Przynieść trumnicę z kościarza12,

I sam z ognistą powieką,

Nogą odrzuciwszy wieko,

Kiedy się pył ruszył z kości,

Krzyknął: oto proch cmentarza,

Który w żywych obecności

Będzie sądzon, jak wy sami

Kiedyś, nakryci trumnami,

Przez lud będziecie sądzeni...

Oto jest proch z trupa rdzeni!

Oto jest jedna z piszczeli,

Co może na karabeli

Spoczywała do starości.

Jeśli ty, mówił do kości,

Z pod13 twojej rysiowej delii14,

Przy czytaniu ewangelii,

Szabli dobyłaś na światy,

Ręko, bądź błogosławiona!

Lecz jeśli wy, stare gnaty!

Wy, spróchniałe dziś ramiona!

Wy, drżące palców kosteczki!

Dla jakiej prywatnej sprzeczki

Dobyłyście z pochew miecza,

Chłopską porąbały chatę!

Jeśli ty, ręko człowiecza,

W sygnetach a krwią ociekła,

Podpisywałaś utratę

Naszych pogranicznych grodów,

Jeśliś cały naród wlekła

Za włosy w trumnę narodów

I poiłaś go piołunem,

Ręko hańby, idź do piekła!

Rzekł i kością jak piorunem

Uderzył z czarnej ambony

Pomiędzy lud przerażony,

W sam środek czerni, szepcącej

O tej kości latającej,

O tym poruszonym prochu,

O tym niespokojnym grobie.

Aż ksiądz znowu ręce obie

Zanurzywszy w trumny łonie,

Czerepem się na ambonie

I głową trupa oświecił.

Czerep pacierzom polecił

I czcił pogrzebową rzeczą:

To go malował w przyłbicy,

To w karbunkułach15 korony,

To w cierniach, co kość kaleczą;

Aż ten czerep uśmiechniony16,

Wziąwszy prawie twarz człowieczą,

Co się uśmiecha, nie sroży,

Jak drugi spowiednik boży

Zaczął naliczać z ambony...

STAROŚCIC

A tym czasem17 obrażony

Pan marszałek, szlachta cała,

Tem ruszeniem z grobu ciała,

Tem urąganiem z magnatów,

Tą obelgą antenatów,

Zamyśla porzucić sprawę.

TOWARZYSZ

Co mówisz?

STAROŚCIC

Będą ciekawe

Dzisiejsze panów narady.

Patrzaj, regimentarz blady

Z manifestem o głos prosi;

Ale oczu nie podnosi

Na czoło marszałka dzielne.

Wchodzą i zasiadają na ławach: Pan Marszałek Konfederacyi Krasiński, Pan Regimentarz Pułaski, Ksiądz przełożony karmelitów i wielu ze szlachty.

REGIMENTARZ

z manifestem w ręku

W imię Boga nieśmiertelne!

I w imię Bożego Syna!

I w imię Bożego Ducha!

Przed tym światem, co patrzy i słucha,

Jak się nasza krew tu lać zaczyna

I wulkanem pomsty z nas wybucha,

I wulkanem jęków świat przeraża;

Przed ziemią, co nas spotwarza,

Że już ojczyzny nie mamy

I o nią się dobijamy

Z mieczem w ręku; przed tronami,

Któreśmy kiedyś zakryli

Od Turka naszymi szablami;

I przed dzieciątkiem, co kwili,

I przed starcem, co grób kopie,

I przed chłopkiem, który siada

Jak Ceres na złotym snopie

I płacze, gdy o nędzy gada;

Przed magnatem, co krew żłopie,

Ludu wnętrzności wyjada

I złoto skrwawione chowa;

I przed tą, która jest wdowa

Po mężu za kraj poległym;

I przed wiekiem już ubiegłym,

I przed tym, co w czasów prądzie

Na sąd trupów naszych idzie...

Wydarci przeszłej ohydzie,

Stajemy z tem pismem na sądzie;

Sądem krwi nie przerażeni,

Ani dumni, ani bladzi

W środku rzezi i płomieni,

Przy biciu gwałtownych dzwonów;

Pany na czele czeladzi,

Wodze na czele szwadronów,

Księża tłum prowadząc niemy

W blasku krzyków i kagańców,

Dawnych świętych zmartwychwstańców;

Na sądzie wszyscy stajemy!

I podnosząc ręce blade

I wskazując rany święte,

Tę wszystkich narodów zdradę

I to morderstwo nie święte,

Na naszych spełniane ciałach

Rzucamy w czasu koryto.

Bogdajby kiedyś odkryto,

Że na tych przekleństwa skałach

Zatrzymane ludów wody

Pierś swoję o nas rozbiją,

Staną i w kałużach zgniją,

Nie mogąc wejść na te wschody,

Któreśmy sypali sami

Wiekom, kładąc się trupami.

Bogdajby kiedyś odkryto,

Że tu, gdzie nas zabijano,

Ludów patronkę zabito;

Że tu, gdzie Polski kolano

Pierwszy raz przed nędzą klękło,

Nowa jest ludów kalwarya18;

A tam, gdzie jej serce pękło,

Gdzie zapłakała jak Marya19,

Jest miejsce lamentowania;

A tam, gdzie ją kat pogania

Knutem, cierniami i spiżem,

A ona padła pod krzyżem,

W koronie z blasków słonecznych,

Jest miejsce upadków wiecznych

I śmierci okropna przystań.

A tam, gdzie matka rycerzy,

Choć w grobie, w grób nie uwierzy,

Jest miejsce wieczne zmartwychwstań,

Jest duch, co z grobu wyrywa

I kos żadnych się nie boi.

Panowie! to miejsce stoi!

To miejsce — Bar się nazywa!

Tu my, rycerze bez plamy,

Z odkrytą przed Bogiem głową,

Pod chorągwią Jezusową

Za kraj nasz poumieramy,

Zatknąwszy wieczne sztandary

Dla miłości i prawdy i wiary.

MARSZAŁEK

Szanowny regimentarzu,

Mówisz tak jak na Golgocie,

Mówisz tak jak na cmentarzu.

I tak by się nam w istocie

Należało dziś zachować:

Krzyże nosić i całować,

Samym je zatykać w ziemię,

Nauczając przyszłe plemię,

Jak los przeciwny pokona,

Za prawą rękę i lewą

Dać się przybijać na drzewo,

Aby widział nasz morderca,

Że otworzywszy ramiona,

Pokazujemy i serca.