Nieopanowany

Spróbujmy sporządzić rysunek wiersza

jak na robótkach odręcznych w psychiatryku.

Czytało się układem krążenia i płakało zawsze

na tej stronie, która była niezmienna.

Wtedy świetlica zmieniała się w czeluść.

Po jednej stronie gwiezdny odwyk, po drugiej

apokalipsa i winylowe kwiatuszki na tapecie.

Nic nie było na dnie — żadnej pieśni pod pieśniami,

szukało się wszędzie, lecz nie znalazło. A wyobrażenie

koturnów płomienia niezmiennie przerażało. I te rzeki iskier,

które płynęły za nami, wypalając ślad jak grawerunek na śniegu.

Nie podpływały zbyt blisko, wystarczyło tupnąć,

a ich języki ustępowały jak liście spłoszonej mimozy.

Pełzały korzystając z faktu, że oczy nie otwierają się

z tyłu głowy. Pseudomim kręcił na świat te różne, smukłe ognie,

biegające po śladach wczorajszej komety — w poziomie, by uniknąć kolizji

z taflą jeziora albo nawet z hosanną przeszklonego nieba.

I żeby nie skonać w zenicie, bo kto by tak chciał?

Więc spadały gładko za serdeczny horyzont.

Wyszłam na ten boski pokaz w cienkiej sukience bez rękawów.

Drżałam trochę z zimnego strachu. Więc wymówiłam: dobranoc.

A pomyślałam:

to już koniuszek rewii, nie związanej z życiopisaniem.

Teraz czas na megahistorię i jej wysokie standardy.

Kupiłam czteropak tiktaków z różowym goździkiem diody.

Kasuje się telefony, których nie chce się zastosować,

ale ktoś zawsze podaje ci je do wiadomości w szkicu,

eseju albo szczerym dzienniku. Bo wiadomość to coś,

co ktoś wie i z czasem rozpowszechni.

Jakaś głupia ryba gapiła się na mnie, więc to z pewnością

nie był tuńczyk. One tak się nie zachowują. Ziewała przy mnie.

Tuńczyk jest nieopanowany.

Ja postępuję tak dalej — do wiosny, do jej pierwszego ceremoniału.

Potem będę budować śnieżne podstępy w ogrodzie różanym.

Różnie się mówi, że jest nieopanowany.