Hordubal
Uwaga tłumacza
Jak wszyscy emigranci europejscy w Ameryce, tak i Hordubal mówi żargonem, obficie używając słów angielskich. Autor czeski dla zachowania kolorytu charakterystycznego odtwarza ten żargon. Ponieważ i nasi wychodźcy amerykańscy używają takiego żargonu polsko-amerykańskiego, zachowałem w tłumaczeniu amerykanizmy Hordubala. Dla osób nieznających języka angielskiego podaję szereg objaśnień.
waiter — kelner; ice-cream — lody; boy — chłopiec; damn — klątwa bardzo ogólnikowa, jak np. niemieckie verflucht; dziob (job) — zajęcie, robota, przydział; majner (miner) — górnik; seven — siedem; yessr (yes, sir), tak, panie; formen — przodownik w robocie; advance — zaliczka; okey — wszystko w porządku; lojer (lawyer) — prawnik, adwokat; you’re a swine — świnia pan jest; pit — szyb kopalniany; trejn (train) — pociąg; leave — zwolnienie, np. z pracy; factory — fabryka; can’t write, sir — nie umiem pisać, panie; shut up, sir — daj pan spokój, przestań gadać; lower-deck — miejsce na okręcie pod pokładem; teddy-bear — niedźwiadek z pluszu; handbag — torebka ręczna; flash-light — latarka kieszonkowa; advertissement — ogłoszenie; propeller — śruba okrętowa; business — interes itd.
Kto rozmawiał z reemigrantami z Ameryki bezpośrednio po ich powrocie, ten w języku Hordubala bardzo łatwo pozna ów żargon polsko-amerykański, jakim rozmawiają wszyscy reemigranci, zanim po dłuższym pobycie w kraju przyswoją sobie na nowo poprawny język ojczysty.
P. H.-L.
Księga pierwsza
I
Niby ten drugi od okna, ten w wygniecionym ubraniu? Nikt nie powiedziałby o nim, że to Amerykanin. Nie gadajcie: Amerykanie nie jeżdżą przecie pociągami osobowymi, ale rozbijają się kurierami, a i tego im jeszcze mało, bo w Ameryce są pociągi nie takie, jak u nas, mają daleko dłuższe wagony, a w nich taki biały waiter1 podaje wodę z lodem i ice-creamy2, wiadomo. Hallo, boy3, wrzeszczy taki Amerykanin, dawaj no tu piwa, rundę piwa, wszystkim w wagonie po szklance, niech to sobie kosztuje pięć dolarów, damn4! Tak to, tak, moiściewy5, w Ameryce, tam się dopiero żyje. Co tu dużo gadać!
Ten drugi od okna kiwa się, drzemiąc z otwartymi ustami, spocony i zmęczony, a głowa trzęsie mu się jak nieżywa. Ach, Boże, Boże miły, już przecie jedenaście, trzynaście, czternaście, piętnaście dni! Piętnaście dni i nocy przesiedzieć na kufrze, spać na podłodze lub na ławie, lepić się od potu i drętwieć w ogłuszającym łoskocie maszyn! Dziś już piętnasty dzień. Gdybyż przynajmniej można było wyciągnąć nogi, podesłać sobie pod głowę siana i spać, spać, spać...
Tłusta Żydówka przy oknie z obrzydzeniem wtula się w kąt. Jeszcze toto uśnie i zwali się na nią jak wór. Któż tam wie, co mu jest? Wygląda tak, jakby się w ubraniu tarzał po ziemi czy Bóg wie gdzie. Nie podobasz mi się, człowieku, zaraz przesiadłabym się gdzie indziej. Ach, Boże, żeby to już był koniec jazdy! Zaś ów drugi od okna przechyla się raptownie naprzód i budzi się od nagłego szarpnięcia.
— Co za upał! — ostrożnie nawiązuje rozmowę staruszek o twarzy sklepikarza. — Dokąd pan jedzie?
— Do Kryvej — z wydechem odpowiada zapytany.
— Do Kryvej — powtarza sklepikarz z miną życzliwego znawcy. — A z daleka? Z daleka?
Tamten nie odpowiada, ociera sobie brudną łapą zwilgłe czoło i jest mu aż mdło od osłabienia, a w głowie mu się kręci. Sklepikarz sapie obrażony i odwraca się ku oknu. Tamten nie odważa się wyjrzeć oknem, spuszcza oczy ku zaplutej podłodze i czeka, że zapytają go jeszcze raz. Potem im powie. Z daleka. Aż z Ameryki, proszę państwa. Dajże pan spokój: z Ameryki?! I cóż, jedzie pan z tak daleka w odwiedziny? Nie, wracam do domu. Do Kryvej. Mam tam żonę i córeczkę, Hafia jej na imię. Hafia. Trzy lata miała, kiedym odjechał6. No patrzajcież państwo, aż z Ameryki! A jak długo pan tam mieszkał? Osiem lat. Już osiem lat temu będzie. I przez cały ten czas miałem dziob7 w tym samym miejscu. Jako majner8. W Johnstown9. Miałem tam przyjaciela rodaka, Michał Bobok mu było. Michał Bobok z Talamaszu. Zabiło go, będzie chyba pięć lat temu. Od tego czasu nie miałem z kim porozmawiać, bo jakże, proszę państwa, dogadać się z nimi? Ba, ten Bobok nauczył się po tamtejszemu, ale gdy się ma żonę, to się myśli tylko o tym, żeby jej wszystko jak się należy opowiedzieć, a tego w obcej mowie nie można. Na imię jej Polana.
A jakże pan tam pracował, kiedy nie mógł się pan dogadać? No jak? Powiedzieli po prostu: Ellou, Hordubal, i pokazali mi mój dziob. Aż siedem dolarów dziennie pobierałem, proszę państwa. Seven10. Ale w Ameryce jest drogo, moi państwo. Na samo życie dwa dolary za mało. Pięć dolarów tygodniowo za nocleg. I wtedy ten pan z przeciwka powiada: W takim razie, panie Hordubal, musiał pan naciułać ładnego grosza11. Juścić12, naciułać by się dało. Ale ja posyłałem pieniądze do domu, żonie. Czy powiedziałem już, że na imię jej Polana? Co miesiąc, moi państwo, pięćdziesiąt, sześćdziesiąt albo i dziewięćdziesiąt dolarów. Ale mogłem jej posyłać tylko dopóki żył Bobok, ponieważ Bobok umiał pisać. Zręczny był człowiek ten Bobok, ale zabiło go przed pięciu laty, belki spadły na niego. Potem już nie mogłem posyłać pieniędzy żonie, ale składałem je w banku. Naskładałem przeszło trzy tysiące dolarów, proszę państwa, ale mi je ukradziono. Ależ to niemożliwe, panie Hordubal! Co też pan mówi! Yessr13, przeszło trzy tysiące dolarów! I nie zaskarżył pan ich do sądu? Jakże tu skarżyć do sądu, moi państwo? Nasz formen14 zaprowadził mnie do jakiegoś lojera15, a ten poklepywał mnie po ramieniu: Okey, okey, ale musisz wpłacić adwans16. Formen powiedział mu na to: You’re a swine17, i sprowadził mnie po schodach na dół. Tak już jest w tej Ameryce, proszę państwa, co tu dużo gadać. Jezu, Jezu, panie Hordubal, trzy tysiące dolarów? Przecie to wielkie pieniądze! To cały majątek, Boże drogi, takie nieszczęście! Trzy tysiące dolarów, ile to będzie na nasze pieniądze?
Juraj Hordubal odczuwa wielkie zadowolenie. Dopieroż byście wytrzeszczali oczy, wy wszyscy tutaj, gdybym zaczął mówić, co i jak. Z całego trejnu18 zbiegaliby się ludzie, żeby popatrzeć na człowieka, któremu w Ameryce ukradziono trzy tysiące dolarów. Yessr, to właśnie ja. Juraj Hordubal podnosi oczy i rozgląda się po ludziach. Tłusta Żydówka wtula się w kącik, sklepikarz z miną obrażoną wygląda oknem i bezzębnymi ustami coś przeżuwa, kuma19 z koszem na kolanach spogląda na Hordubala, jakby się na coś w żaden sposób nie zgadzała.
Juraj Hordubal znowu zamyka się w sobie. Można i tak, bez łaski; pięć lat z nikim nie rozmawiałem i dałem sobie radę. No i teraz, panie Hordubal, wraca pan z tej Ameryki bez grosza? Cóż znowu, miałem dobry dziob, ale pieniędzy już do banku nie zanosiłem, you bet20. Do kuferka i kwita, a kluczyk na szyję pod koszulę. Siedemset dolarów wiozę sobie do domu. Well, sir21, byłbym tam jeszcze siedział, ale straciłem employment22. Po ośmiu latach, proszę państwa. Lock out, sir23. Za dużo już mieli węgla czy co. Z naszego pitu24 sześciuset chłopa dostało leave25, moi państwo. I wszędzie, wszędzie odprawiali ludzi. Nigdzie nie było roboty dla człeka. Dlatego jadę z powrotem. Do domu, juścić. Do Kryvej. Mam tam żonę i trochę gruntu. I Hafię. Trzy lata miała wtedy. Siedemset dolarów wiozę pod koszulą i zacznę znowu gazdować26 albo też pójdę do jakiej factory27. Albo na wyrąb lasu.
A cóż, panie Hordubal, za żoną i dzieckiem nie tęsknił pan? Ej, miły Boże, tęskniłem, ale ja im posyłałem pieniądze i myślałem, że to będzie na krowę, to na morgę28 pola, a to znowu Polanie na coś tam, już ona będzie wiedziała. Każdy dolar był na coś przeznaczony. A gdy składałem pieniądze w banku, to za te pieniądze mogłoby być całe stado krów. Yessr, i to mi skradli. A żona pisywała do pana? Nie pisywała. Nie umie pisać. Ale pan do niej pisywał? No, sir. Can’t write, sir29. Od czasu gdy zmarł Michał Bobok, nie posyłałem jej nic, tylko składałem pieniądze. Ale zatelegrafował pan do niej chyba, że pan przyjedzie? Co znowu, co znowu, na to szkoda pieniędzy. Przestraszyłaby się, gdyby przyszedł ktoś z telegramem, ale mnie się nie przestraszy. Ha, ha, cóż znowu! No, może myśli, że pan nie żyje, panie Hordubal, skoro przez tyle lat nie dostała od pana żadnej wiadomości. Nie żyje? Taki chłop jak ja i miałby nie żyć? Juraj Hordubal spogląda na swoje kościste pięści. Taki chłop, co też pan gada! Polana jest mądra, Polana wie, że wrócę. No tak, ale wszyscy jesteśmy śmiertelni. A cóż, gdyby Polana umarła? Shut up, sir30. Miała dwadzieścia trzy lata, kiedym wyjeżdżał, i krzepka była, krzepka jak rzemień. Nie znacie mojej Polany. Przy tych pieniądzach, przy tych dolarach, com jej posyłał31, miałaby nie żyć? No, thank you32.
Nadąsany sklepikarz przy oknie ociera pot niebieską chustką. Może znowu powie: Co za upał! Upał, proszę pana? Pan to nazywa upałem? Niechby pan posiedział w lower-decku33 albo w głębi szybu, gdzie się kopie antracyt34... Tam posyłają tylko niggerów35, ale ja to wytrzymałem, yessr. Za siedem dolarów dziennie. Hallo, Hordubal! Hallo, you niggash! Tak, panie, człowiek dużo wytrzyma. Koń już mniej. Tam w głębi nie mogli już trzymać koni do przesuwania wozów. Tam jest za gorąco, panie. Albo taki lower-deck na okręcie... Człowiek dużo wytrzyma, tyle tylko, że nie zawsze się dogada. Czegoś od ciebie chcą, a ty nie wiesz, o co tam chodzi. Krzyczą, wściekają się, wzruszają ramionami. Bardzo proszę, jak się mam w Hamburgu36 dopytać, którędy jedzie się do Kryvej? Oni mogą krzyczeć, a mnie nie wolno. Ale do Ameryki jedzie się jakby nigdy nic. Jeden wprowadzi cię na statek, drugi już na ciebie czeka z tamtej strony, ale gdy jedziesz nazad37, nazad, mój panie, nikt ci już nie pomoże. No, sir. Ciężka jest droga powrotna do domu.
Juraj Hordubal kiwa głową, później głowa kiwa się sama, trzęsie się ciężko jakby nieżywa i Juraj zasypia. Tłusta Żydówka koło okna zacisnęła usta z wyrazem oburzenia. Kuma z koszem na kolanach i obrażony sklepikarz spojrzeli po sobie wymownie. Tak, tak, tacy to dzisiaj ludzie. Jak bydło.
II
Co to za jeden, ten tam, co idzie po przeciwnym zboczu doliny? Patrzajcie no, co za jaśnie pan w butach! Może monter czy ktoś taki, niesie czarną walizkę i idzie pod górę. Gdyby to było trochę bliżej, przyłożyłbym ręce do ust i huknąłbym na niego: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Która też godzina, proszę pana? Druga po południu, pastuszku. Żebyś nie był tak daleko, krzyknąłbym na ciebie, czyje krowy pasiesz, a ty byś może pokazał, co i jak, że ta łaciata, ta łyska, ta z gwiazdką, ta czerwonka i ta jałówka to krowy Polany Hordubalowej. Tak, tak, chłopcze, ładne krowy, miło popatrzeć. Tylko nie puszczaj ich w dół ku Czarnemu Potokowi, bo trawa tam jest kwaśna, a woda gorzka. No, patrzcież, pani Hordubalowej, a dawniej miewała tylko dwie krowy. A cóż, chłopcze, czy nie ma ona także paru wołów? Ach, mój Boże, i jakie woły, podolskie, z rogami jak rozwarte ramiona! Dwa woły, panie. A owce? I barany, i owce, panie, ale pasą się one na Durnej Połoninie, na górze. Mądra jest Polana i bogata. A męża nie ma? Czemu machasz ręką? Czy nie ma Polana gospodarza? Ach, jaki głuptasek, nie pozna człowieka. Zasłania oczy dłonią i patrzy, patrzy jak pień.
Juraj Hordubal czuje bicie serca aż w gardle. Musi się zatrzymać i odetchnąć z głębi: Aach, achaach! Tyle tego naraz, takie to wszystko niespodziewane, że człowiek zachłystuje się tym, jakby wpadł do wody. Od razu, od razu jest w domu. Jeszcze tylko parę kroków przez kamienisty zalew i ze wszystkich stron otoczy go to, co jest swoje i bliskie. Tak, ten zalew był tu zawsze, były tu także krzewy tarniny, a i wtedy już były opalone od ogni pastuszych. I znowu na piaskach kwitną dziewanny, droga gubi się w suchej trawie i w suchej macierzance, tu jest wielki kamień obrośnięty zielem, kwitnie goryczka, zieleni się jałowiec na skraju lasu, leży suchy krowieniec38 i widać opuszczony szałas. Już nie ma Ameryki i nie ma ośmiu lat; wszystko jest, jak było, błyszczący robak w główce ostu, śliska trawa, z dali słychać dzwonki krów, widać przełęcz nad Kryvą, kępy ostrej trawy i droga do domu...
...droga dla miękkich kroków górala noszącego kierpce i nieznającego Ameryki, droga pachnąca krowami i lasem, ciepła jak piec do wypiekania chleba, droga wiodąca w dolinę, kamienista i wydeptana nogami stad, zbagniona strużkami źródeł zeskakujących po kamieniach, ach Boże, jaka cudowna ścieżka, bystra jak potok, miękka trawą, krusząca się żwirem, mlaszcząca w mokradle, schylająca się pod koronami lasu. No, sir, to nie żużlowy chodnik skrzypiący pod butem jak w Johnstown, nie nasyp, po którym tłumy ludzi drepcą, śpiesząc ku majnie39. Ani żywego ducha dokoła, ani jedynego, tylko droga wiodąca w dół, potok i dzwonienie stad, droga ku domowi, padanie ku domowi, dzwonki cieląt i koło potoku fioletowy tojad...
Juraj Hordubal schodzi w dół długimi krokami. Cóż tam znaczy cała ta walizka i te osiem lat! Oto jest droga do domu i po tej drodze idzie człek, jakby go niosło, jak o zmierzchu powraca stado z pełnymi wymionami, z wielkimi dzwonkami krów i małymi dzwoneczkami cieląt. A może by tak usiąść tutaj i poczekać aż do zmierzchu, przybyć do wsi z dzwonieniem stad, o godzinie, gdy baby wychodzą na zaproża40, a chłopy opierają się o płoty? Patrzcie, patrzcie, kto tu idzie? A ja, jak stado z pastwiska, prosto w otwarte wrota. Dobry wieczór, Polano. I ja także nie wracam z pustymi rękoma.
Albo nie: poczekać aż do nocy, gdy już przejdą wszystkie boże bydlątka i wszystko pozasypia. I zapukać w okno: Polano! Polano! Jezu Chryste, któż to puka? Ja, Polano, żebyś ty pierwsza mnie ujrzała. Chwałaż ci, Boże! A gdzie jest Hafia? Hafia śpi, czy mam ją zbudzić? Nie, niech sobie śpi. Bogu niech będzie chwała!
I Hordubal idzie żywiej. Miły Boże, dopieroż się ładnie idzie człowiekowi, gdy myśli jego tak się rozigrają! Nawet nie nadążysz za nimi, daremnie wyciągasz nogi. Własna głowa cię wyprzedza i jest już koło jarzębin, a sio, gęsi, a sio, i już jesteś w domu. Należałoby huknąć czy zatrąbić: Patrzcie wszyscy i uważajcie, kto tu idzie, jaki to Amerykanin, tratata! Dopieroż się gapicie, boys, hallo!41 A teraz cicho, tu już jesteśmy w domu. Polana na podwórku międli len. Ej, zakraść się ku niej od tyłu i zakryć jej oczy! Juraj! Jakże ty mnie poznałaś, Polano? Nie daj Boże, żebym miała nie poznać twoich rąk!
Hordubal idzie doliną, walizki w ręku nie czuje, a w niej jest złożona cała ta jego Ameryka, niebieskie koszule, ubranie manczestrowe42 i teddy-bear43 dla Hafii. A to, Polano, dla ciebie materiał na suknię, jaki się nosi w Ameryce, handbag44 z łańcuszkiem, a to Hafio, jest flashlight45, naciśniesz ten guziczek i lampka świeci, a tu wiozę ci obrazki powycinane z gazet. Ej, dziewczynko, co ja ich miałem! Przez osiem lat zbierałem wszystko, co tylko znalazłem. Musiałem dużo rzucić, bo już mi się nie mieściły w sjutkejsie46. Ale nie bój się, w walizce jest jeszcze dużo rzeczy.
A tutaj, chwała Bogu, droga prowadzi już przez potok. Nie ma tu żelaznej kładki, tylko kamienie wystają z wody i trzeba skakać z kamienia na kamień i machać rękami. Ej, chłopcy, tam spod korzeni olch wyciągaliśmy raki; spodnie podwijaliśmy do kolan, a zmoczeni byliśmy aż po uszy. Czy też tu na skręcie jest jeszcze dawny krzyż? Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, jest, stoi pochylony nad drogą wozową, miękką od ciepłego piasku i pachnącą stadem, słomą i żytem. Powinien tu już być płot ogrodu Michalczuka. Jest! Zarośnięty bzem i leszczyną i przewalony, jak był. Chwałaż ci, Boże, więc już jesteśmy we wsi. Witajcież nam, Juraju Hordubalu. I Juraj Hordubal zatrzymuje się diabli wiedzą czemu, ta walizeczka staje się raptem taka ciężka! Trzeba otrzeć pot z czoła. Jezus Maria, czemuż nie umyłem się nad potokiem, czemu nie wyjąłem z walizki brzytwy i zwierciadełka, aby się ogolić! Wyglądam pewno jak Cygan i włóczęga, jak zbójnik. Zawrócić by chyba nad potok i umyć się, zanim pokażę się Polanie. Ale tego już zrobić nie można, Hordubalu, patrzaj, przyglądają ci się. Zza płotu Michalczuka, zza rowu pełnego łopuchu; stoi tam dziecko nieruchomo i patrzy wytrzeszczonymi oczami. Odezwiesz się do niego, Hordubalu? Powiesz mu: Ej ty, Michalczuków będziesz? A dziecko, klaskając bosymi łapkami, w nogi.
Albo obejść wieś i dostać się do domu od tyłu? Jeszcze czego, żeby na mnie wypadli: Ty taki owaki, gdzie się tu pchasz? Marsz na drogę, bo dostaniesz batem! Cóż robić? Trzeba iść środkiem wsi, tylko, dobry Boże, żeby ta walizeczka nie była taka ciężka! W oknie widać twarz kumy za doniczką pelargonii, wytrzeszczone spojrzenia słoneczników, babka na podwórku coś tam wylewa. Pochylona, jakby się rozglądała zadkiem po świecie, dzieci przystają i gapią się, o, o, ktoś tam idzie obcy, dziadek Cyryl miele pustymi ustami i nawet oczu nie podniesie. Jeszcze jedno ukłucie w sercu i wejdź z pochyloną głową w bramkę swego domostwa.
Ej, ty głupcze, jak też mogłeś się tak mylić! To przecie nie jest drewniana chałupa Hordubala, drewniana obora i stodoła ze słupków. Tu jest prawdziwy dwór, budynek murowany, a strzecha z dachówek, na podwórku żelazna pompa i żelazny pług z żelaznymi bronami, jednym słowem jakiś dwór. Prędzej, Hordubalu, prędzej, uciekaj razem ze swoim czarnym kufereczkiem, zanim przyjdzie gazda i powie: Czego ci trzeba? Co się tu szwendasz? Dzień dobry, gospodarzu, czy nie mieszkała tu dawniej Polana Hordubalowa? Przepraszam grzecznie, nie wiem, gdzie mi się oczy podziały.
Na zaproże wychodzi Polana i staje jak skamieniała. Wytrzeszczyła oczy, ręce mocno przyciska do piersi i oddycha szybko z postękiwaniem.
III
I teraz Juraj Hordubal nie wie, co ma powiedzieć. Tyle początków sobie wymyślił i cóż się stało, że mu żaden nie pasuje? Nie zakryje oczu Polanie, nie zapuka nocą w okno, nie powróci razem z dzwonieniem stad i ze słowami błogosławieństwa. Ale włazi do domu skudłany i nieumyty, więc nie dziw, że się kobieta wystraszy. I głos wyszedłby ze mnie dziwny i zduszony — poradź Panie Boże, co tu powiedzieć takim zduszonym, do niczego niepodobnym głosem!
Polana ustępuje z zaproża, aż nazbyt daleko ustępuje. Ech, Polano, byłbym się przecież prześlizgnął i tak. I odzywa się do niego głosem, który już jakby nie był jej głosem i wcale nie jest głosem:
— No, wejdźże, ja zawołam... Hafię.
Dobrze, zawołaj, ale naprzód tobie chciałbym położyć ręce na ramiona i rzec: No, Polano, nie chciałem cię przestraszyć. Chwała Bogu, że już jestem w domu. I patrzajcież, jak się zagospodarowałaś: nowe łóżko, wysoko zasłane, stół nowy i ciężki, na ścianie święte obrazy. Ejże, nawet w Ameryce nie mają lepszych. Podłoga z desek, a w oknie pelargonia. Dobrze, Polano, gazdowałaś!
Juraj Hordubal cichutko siada na swej walizce. Mądra jest ta Polana i umie sobie radzić. Jak tu wszystko ładnie wygląda! Zgaduję, że ma dwanaście krów, dwanaście, a może więcej. Chwała Bogu, nie na próżno harowałem. Ale ten gorąc tam w szybie, duszko, gdybyś wiedziała, co za piekło!
Polana nie wraca. Jurajowi Hordubalowi jest jakoś smutno i nieswojo, jak takiemu, co sam został w cudzej izbie. Poczekam na podwórku, może by się umyć tymczasem. Ech, zrzucić koszulę i napompować sobie zimnej wody na ramiona, na głowę i włosy, rozrzutnie pryskać wodą dookoła i ryknąć z uciechy, hej! Ale to by nie pasowało chyba, jeszcze nie, jeszcze nie. Tylko trochę wody z żelaznej pompy. (Stała tu studnia drewniana z żurawiem i ten zimny mrok w głębi, który oddychał taką wilgocią, gdy się człek pochylił nad studnią. A to jest tak, jak w Ameryce, tam miewają takie pompy farmerzy. Nosić pełne kubły do obory, poić krowy, aż im się zalśnią nozdrza od wilgoci i zaczną głośno pochrapywać). Juraj zwilża brudną chusteczkę do nosa i ociera sobie czoło, ręce, kark, ach, jaki przyjemny chłodek! Wyżyma chusteczkę i rozgląda się, gdzie by ją tu powiesić, ale jeszcze tego nie zrobi, jeszcze nie czuje się tu w domu u siebie, więc mokrą chusteczkę pcha do kieszeni.
— Masz tu, Hafio, swego tatę — słyszy Hordubal i Polana popycha ku niemu jedenastoletnią dziewczynkę o płochliwych, bladoniebieskich oczach.
— Więc to ty jesteś Hafia — mruczy Hordubal w zakłopotaniu (na miły Bóg, dla tak dużej dziewczynki teddy-bear!) i chce dotknąć jej włosów, choć tylko jednym palcem. Ale dziewczynka cofa się, przytulona do matki i nie spuszcza oczu z tego obcego człowieka.
— No, przywitajże się, Hafio — mówi Polana twardo i kuksa47 dziewczynkę w plecy.
Ech, Polano, daj jej spokój, cóż w tym dziwnego, że dziecko jest przestraszone?
— Dzień dobry — szepcze Hafia i odwraca się.
Jurajowi robi się nagle jakoś dziwnie, oczy mu się zalewają, twarz dziecka trzęsie się przed nim i rozpływa. No, no, cóż to znowu? Nic, nic, tylko że przez tyle lat nie słyszałem tego słowa: Dzień dobry!
— Pójdź i popatrz, Hafio — mówi szybko — czegom ja ci naprzywoził.
— Idźże, głupia! — popycha ją Polana.
Hordubal klęczy nad walizką — Matko Boska, jak się to wszystko przez drogę pomiętosiło — i szuka elektrycznej lampki. Dopieroż będzie Hafia patrzeć!
— Widzisz, Hafio, tutaj oto naciśniesz ten guziczek i zaraz świeci.
Co to, co to, że lampka nie chce świecić? Hordubal naciska guziczek, obraca lampkę na wszystkie strony i smutnieje.
— Cóż to się zrobiło? Aha, niezawodnie48 wyschło coś tam w środku, gdzie jest ta elektryka. Widzisz, na lower-decku było tak gorąco. Ale świeciła bardzo jasno, Hafio, jak słoneczko. No, poczekaj, przywiozłem ci obrazki, zaraz je zobaczysz! — Hordubal wyławia z walizki karty powycinane z magazynów i gazet, którymi poprzekładał swoją odzież. — Pójdź, Hafio, i popatrz, żebyś wiedziała, jak wygląda Ameryka.
Dziewczynka wierci się z wielkim zakłopotaniem i ogląda się za matką. Polana sucho i surowo wskazuje głową: Idź! Dziecko nieśmiało i niechętnie szura się ku temu wysokiemu obcemu człowiekowi. Ach, wyrwać się z izby, wybiec na dwór i polecieć do Mariki, do Zofki, do dziewczynek, które tam za stodołą zawijają w poduszkę takie pocieszne, małe szczenię.
— Patrz, Hafio, na te ładne damy. A tu, spójrz, jak ci się biją, co? To się nazywa football, wiesz? Taka gra amerykańska. A tu znowu te wysokie domy...
Hafia dotyka już jego ramienia i nieśmiało pyta:
— A co to jest?
Juraja Hordubala zalewa radość i wzruszenie: więc dziecko już się przyzwyczaja.
— To? To jest, wiesz... Felix the Cat49.
— Ale przecież to jest kizia50! — protestuje Hafia.
— Ha, ha, ma się wiedzieć, że to jest kizia! Jesteś bardzo mądra, Hafio! Tak, to jest taki amerykański kocur, all right51!
— A co on robi?
— Wylizuje taki tin52, rozumiesz? Takie blaszane pudełko od konserw. To jest advertisment53 od konserw, wiesz?
— A co tu jest napisane?
— To jest... to pewno coś po amerykańsku, Hafio, ty tego nie zrozumiesz. Ale tutaj, te statki — Hordubal szybko zmienia temat rozmowy. — Takim okrętem jechałem.
— A co to jest?
— To są kominy, wiesz? Te okręty mają w środku parową maszynę, a w tyle taki... taki propeller54...
— A co tu napisali?
— Przeczytasz sobie kiedy indziej. Umiesz przecież czytać, czy nie? — odpowiada Hordubal wymijająco. — A tutaj, widzisz, zderzyły się dwa wagony...
Polana stoi na zaprożu, z rękoma założonymi na piersi i suchymi, upartymi oczami rozgląda się po podwórku. Tam w izbie, za nią, pochylają się ku sobie dwie głowy i męski głos wolnymi słowami stara się wytłumaczyć, co jest to i co tamto.
— Takie rzeczy robią w Ameryce, Hafio, a to, patrz, to ja sam kiedyś widziałem — A potem ten głos utyka jakoś, waha się i mruczy: — Idź, Hafio, idź zobaczyć, gdzie jest mamusia.
Hafia rzuca się ku zaprożu, jakby się wyrywała z więzów.
— Czekaj — zatrzymuje ją Polana — zapytaj się go, czy chce co zjeść albo wypić.
— Nie trzeba, duszko, nie trzeba — mówi wesoło Hordubal i idzie ku zaprożu. — Dobra jesteś, że o tym pomyślałaś, bardzo ci dziękuję, ale nic pilnego. Może robisz akurat co innego...
— Robotę ma się zawsze — odpowiada Polana, jakby mówiła do siebie.
— Więc widzisz, Polano, więc widzisz, nie będę ci przeszkadzał, a tymczasem ja, może ja tymczasem...
Polana zwraca się ku niemu, jakby mu chciała coś powiedzieć, jakby chciała powiedzieć zbyt wiele naraz, aż jej usta drgają. Ale połyka słowa niewymówione i idzie sobie, bo robotę ma się zawsze.
Hordubal stoi w drzwiach i spogląda za Polaną. A może pójść za nią do obórki? Jeszcze nie, tymczasem jeszcze nie. W obórce jest ciemno, nie pasuje jakoś. Osiem lat, bratku, to osiem lat. Polana to kobieta rozsądna, nie rzuci ci się na szyję jak jaka młódka. Trzeba się przepytać o to i o owo, o pole, o bydło, ale niechże sobie idzie z Bogiem, kiedy ma robotę. Polana zawsze była taka. Pracowita, żwawa, mądra.
W zamyśleniu rozgląda się Hordubal po podwórku. Czyste podwórko, zarośnięte trawą i kwitnącym rumiankiem, nigdzie ani śladu gnojówki. No dobrze, rozejrzałby się po gospodarstwie, ale jeszcze nie, jeszcze nie. Polana powie przecie sama: Pójdź, spójrz, Juraju, jakom gazdowała. Wszystko murowane i żelazne, wszystko nowe, tyle a tyle kosztowało. A ja powiem: Dobrze, Polano. I ja przynoszę z sobą coś niecoś do gospodarstwa.
Polana dobrze robi. A smukła jest, smukła jak młódka. Panie Boże, jakie równiutkie ma plecy! Zawsze tak prosto trzymała głowę, jeszcze jako dziewczyna... Hordubal westchnął i podrapał się po potylicy. No więc, Polano, niech będzie tak, jak ty chcesz. Przez osiem lat byłaś sobie sama panią, tego nie można odmienić na poczekaniu. Sama powiesz, że dobrze jest mieć chłopa w domu.
W zamyśleniu rozgląda się Hordubal po podwórku. Wszystko jest inne i nowe, dobrze się Polana rządziła. Ale ten nawóz, ten nawóz mi się jakoś nie podoba. To nie jest gnój z obory, to gnój stajenny. Na ścianie wiszą dwa chomąta55, na podwórku końskie łajno. Ani słowem się Polana nie zdradziła, że trzyma konie. Ale konie to przecież sprawa nie dla kobiety. Do stajni trzeba chłopa. Tak! Hordubal marszczy zatroskane czoło. Teraz słyszał uderzenie końskiego kopyta o drewniane przepierzenie. Koń grzebie kopytem, pewno chce mu się pić. Zaniósłbym mu wody w żaglowym wiaderku, ale poczekam, aż mi Polana powie: Pójdź, Juraju, rozejrzeć się po naszym gospodarstwie. W Johnstown mieli także konie, tam, w tych szybach. Chodziłem do nich, żeby je pogłaskać po pysku, Polano, krów tam nie było. Złapać taką krowę za róg i potrząsnąć jej głową, na-na-na, stara, cicho, cicho! Ale koń — no, chwała Bogu, będziesz tu teraz miała chłopa.
Nagle zapachniało coś znajomego i starego, coś, co tu pachniało od dzieciństwa. Hordubal długo i z wdzięcznością wdycha ten zapach: drzewo, smolisty zapach drzewa, pachnące w słońcu polana świerkowe. Juraja pociąga coś ku tej kupie polan. Ma się przecie ręce krzepkie jak ta gruba kora, jest tu i pieniek z zadziabniętą w nim siekierą, drewniany koziołek i piła, jego własna stara piła, wypolerowana jego własnymi łapami. Juraj Hordubal odetchnął z głębi. No, dziękować Bogu, wrócił zdrowy w domowe pielesze, więc zrzuca kapotę i układa polano w mocnych ramionach koziołka.
Spocony i szczęśliwy rżnie Juraj drzewo na zimę.
IV
Juraj się prostuje i ociera pot. Co tu dużo gadać, to jest całkiem inna robota i inny zapach niźli tam, w głębi kopalni. Kwaczą kaczki, z krzykiem pędzą gęsi, turkocze jakiś wóz w rozpędzie i z paradą wjeżdża w uliczkę. Polana wybiega z obórki, pędzi, pędzi (ej, Polano, przecież ty biegniesz jak dziewczynka!) i na oścież otwiera wrota. Któż to będzie? Któż do nas zajeżdża? Trzaskanie z bicza, wysoko wzbija się złoty i ciepły kurz, na podwórko wpada zaprzęg, stukają koła drabiniastego wozu, a na nim ładnie, po węgiersku, stoi chłopak, wysoko trzyma lejce, wysoko śpiewa prrr, zeskakuje z wozu i płaską dłonią uderza konia w mokry kark.
Od wrót zbliża się Polana, blada i jakaś zdecydowana.
— To jest Szczepan, Juraju. Szczepan Manya.
Człowiek pochylony nad postronkami zaprzęgu prostuje się żywo i staje czołem do Juraja. Jesteś, bratku, jakiś czarniawy, dziwi się Hordubal. Boże święty, co to za kruk!
— Był tu parobkiem — dodaje Polana twardo i wyraźnie.
Obcy człowiek mruknął coś, pochylił się ku uprzęży, odpina co trzeba i prowadzi konie, trzymając oba jedną ręką przy pysku, a drugą, jakby nigdy nic, podaje Hordubalowi.
— Witam was, panie gospodarzu!
Hordubal śpiesznie ociera rękę o nogawicę i podaje ją Szczepanowi. Jest trochę zmieszany i bardzo pochlebiony, popada w zakłopotanie, mruczy coś i jeszcze raz potrząsa Szczepanowi rękę po amerykańsku. Niewielki jest ten Szczepan, ale krzepki. Podchodzi Jurajowi tylko do ramion, ale spogląda mu w oczy zuchwale i twardo.
— Ładne konie — mruczy Hordubal i chce je pogłaskać po nozdrzach, ale konie stają na zadnich nogach i zaczynają tańczyć.
— Baczność, gospodarzu — przestrzega Manya, a w oczach zapala mu się drwiący uśmieszek. — Węgierskie konie.
Ej ty, czarny, myślisz, że ja się nie znam na koniach? No tak, nie znam się na nich, ale konie przywykną do gazdy.
Konie podrywają łby, jakby chciały rzucić się wskok. Włóż ręce w kieszenie, Hordubalu, i nie uchylaj się, żeby sobie ten Murzyn nie myślał, że się boisz.
— Ten tu ma trzy lata — mówi Manya — z wojskowej stadniny. Hej, ty! — szarpie konia za pysk. — C-c-c! Stójże diable, cicho!
Koń podrywa go, ale Szczepan śmieje się tylko, a Polana podchodzi do konia i podaje mu kawał chleba. Szczepan błysnął na nią zębami i oczami i przytrzymuje konia za łańcuszek u wędzidła56.
— Ej, ty! S-s-s!
Wygląda to tak, jakby wtłaczał konia w ziemię, a między zębami świszcze mu wysiłek. Koń stoi z pięknie wygiętym karkiem i wargami zbliża się do dłoni Polany.
— Hej! — woła Manya i w kłusa, zawieszony u pysków końskich, prowadzi konie do stajni.
Polana spogląda za końmi.
— Cztery tysiączki dają za niego — mówi z ożywieniem — ale nie dam go. Szczepan mówi, że wart osiem. Tę klaczkę będziemy na jesieni pokrywać.
Diabli ją wiedzą, czemu się nagle zacięła, jakby się w język ugryzła.
— Muszę im przyszykować obrok57 — mówi, waha się i nie wie, jak się oddalić.
— Tak, tak, obrok — zgadza się Juraj. — Ładny konik, Polano. A cóż, do roboty dobry on jest?
— Takiego do wozu szkoda — odpowiada Polana podrażniona. — To przecież nie wiejska chabeta58.
— No przecież — wymusza z siebie Hordubal. — Prawda, byłoby szkoda takiego junaka59. Ładne masz konie, duszko, aż miło popatrzeć.
W tej chwili Manya wychodzi ze stajni i niesie dwa wiaderka z żaglowego płótna, żeby napompować wody.
— Osiem tysięcy za niego dostanie, gospodarzu — mówi z wielką pewnością. — A tę klaczkę należałoby na jesieni pokryć. Obiecano mi dla niej ogierka, ej, takiego jak szatan!
— Brutus czy Hegüs? — zwraca się ku niemu Polana.
— Hegüs. Brutus za ciężki. — Manya wyszczerzył zęby spod czarnych wiech wąsów. — Nie wiem jak wy, gospodarzu, ale ja nie przepadam za ciężkimi końmi. Mocne są, prawda, ale brak im gorącej krwi. Nie mają żadnej gorącości.
— A tak — mówi Hordubal niepewnie. — Tak jest z tą końską krwią. A cóż tam krówki, Szczepanie?
— Krowy? — dziwi się Szczepan. — Aha, mówicie o krowach. Taaak, gospodyni ma dwie krowy, dla mleka niby. Jeszczeście nie byli w stajni, gospodarzu?
— Nie, jeszcze nie, widzisz, ja właśnie przed chwilą wróciłem — odpowiada Hordubal i popada w zakłopotanie. Oczywiście, ta kupa tartego drzewa mówi swoje, ale jednocześnie Juraj cieszy się, że tak szczęśliwie zaczął Szczepanowi tykać60 jak gazda parobkowi. — Właśnie — dodaje — chciałem tam zajrzeć.
Szczepan prowadzi go usłużnie, niosąc wiaderka z wodą.
— Mamy tam... gospodyni ma tam małe źrebiątko, trzytygodniowe, i klacz pokrytą przed dwoma miesiącami. Tędy, panie gospodarzu. Ten wałach61 tutaj jest już jakby sprzedany. Półtrzecia62 tysiąca będzie za niego. Dobry koń, ale ja muszę zaprzęgać tego trzylatka, żeby się nabiegał do woli. Nie chce stać spokojnie. — Manya znów szczerzy zęby. — Wałach pójdzie do wojska. Wszystkie konie od nas zabierają do wojska.
— Tak, tak — mówi Juraj. — No, jest tu czysto w tej stajni. A ty, Szczepanie, służyłeś już w wojsku?
— W konnicy, panie gospodarzu — pyszni się Manya i poi trzylatka. — Spójrzcie, gospodarzu, jaka sucha głowa, jaki zad. Ej, ty tam! No już, c-c-c! Baczność, gospodarzu! Co za zbójnik! — mówi i uderza konia pięścią w kark. — Co to za koń, panie gospodarzu, co za koń!
Hordubal nie czuje się dobrze w ostrych wyziewach stajni. Inaczej, bratku, jest w oborze, gdzie pachnie nawozem i mlekiem, pastwiskiem i domem.
— A gdzie masz to źrebię? — pyta.
Źrebię jest jeszcze kudłate i akurat ssie. Wygląda, jakby to były same nogi. Klacz odwraca głowę i mądrymi oczami spogląda na Hordubala, jakby pytała: Coś ty za jeden? Juraj staje się tkliwy i głaszcze klacz po zadzie. Jest ciepła i gładka jak aksamit.
— Dobra klacz — mówi Szczepan — ale ciężka. Gospodyni chce ją sprzedać. Sami wiecie, gospodarzu, chłop nie zapłaci za konia jak się należy, a w wojsku chcą koni gorących. Zimne konie nie zdały się na nic. Najlepsza jest stajnia jednego gatunku — wywodzi Szczepan. — Ale nie wiem, co wy myślicie o tym, panie gospodarzu...
— No, Polana zna się na tym — mruczy Hordubal z ociąganiem. — A woły ma Polana?
— Na co woły, gospodarzu? — uśmiecha się Manya. — Do roboty w polu wystarczy klacz i wałach. Bydło jest tanie, gospodarzu. Co innego jeszcze hodowla wieprzów. Widzieliście, gospodarzu, jakiego ma gospodyni knura? Sześć macior, gospodarzu, i czterdzieści prosiąt. Za prosięta płacą dobrze, kupcy przychodzą po nie z daleka. Świnie mamy jak słonie, czarne ryje, kopyta czarne...
Hordubal kiwa głową z zastanowieniem.
— No a mleko, skąd bierzecie dla nich mleko?
— Od chłopów, panie gospodarzu — śmieje się Manya. — Ej ty, taki owaki, że ci się zachciewa naszego knurka do swojej brudnej świni! Takiego pewnego knurka nie ma w całej okolicy. Ile konwi63 mleka, ile worków kartofli za to dasz? Tak, panie gospodarzu, nie warto harować, gdy się nie opłaca. Do miasta daleko, sprzedaje się kiepsko. Głupi naród, gospodarzu. Uprawia tylko to, co można zjeść. Niech więc daje, gdy nie umie sprzedać.
Hordubal przyświadcza bez przekonania. Prawda, prawda, tutaj sprzedawało się niewiele, najwyżej gęsi i kury. Juści, dużo się na świecie zmieniło, ale Polana umie sobie radzić, już to jej trzeba przyznać.
— Jak sprzedawać, to sprzedawać — rozumuje Szczepan — ale takie rzeczy, co się opłacają. Któż by tam latał na targ z osełką masła? Po oczach ci widać, że jesteś goły, więc opuść albo idź do diabła!
— A ty skąd będziesz? — zaciekawia się Juraj.
— Z Rybar, z doliny, wiecie, gospodarzu?
Hordubal nie wie, gdzie to jest, ale kiwa głową. Tak, tak, z Rybar. Gazda musi wiedzieć o wszystkim.
— Inna kraina, gospodarzu, a jaka równina! Na przykład rybarski moczar — cała tutejsza okolica zmieściłaby się w nim, jak składany nóż w kieszeni. A trawa, gospodarzu, trawa aż po piersi. — Manya machnął ręką. — E, tutaj marna okolica, gdy się orze, to pług obraca tylko kamienie. U nas, gdy się kopie studnię, to ziemia jest czarna aż do głębi.
Hordubal spochmurniał. Co ty mi będziesz gadał, tatarska twoja mać, ja, ja tutaj orałem i obracałem kamienie, ale za to te lasy i te pastwiska, miły Boże! Nadąsany wychodzi Juraj ze stajni. Marna, powiada, okolica. No to po co się tu pchasz, diable czubaty? Czy stadom źle się tu powodzi? No, chwała Bogu, oto jest godzina stad; już podzwaniają w dolinie i brzęczą na skraju wsi. Dzwonki zachrypłe, głębokie i powolne jak kroki krowy. Tylko wysokie dzwoneczki cielątek biegną na wyścigi. No, no, i ty będziesz krową i będziesz chodzić poważnie i statecznie jak całe stado i jak my wszyscy. Dzwonienie stada się przybliża i Jurajowi chce się zdjąć kapelusz jak na Anioł Pański64, aby zmówić „Ojcze nasz, któryś jest w niebie”. Dzwonienie przybliża się jak rzeka, rozdziela się na ciężkie krople, rozlewa się po całej wsi, krowa za krową odłącza się od swego stada i bim-bam, bim-bam, zmierza do swej obory. Zalatuje zapach kurzu i mleka, bim-bam odzywa się we wrotach i kiwając głowami, dwie krówki wchodzą na podwórko Hardubalów. To są zwierzęta mądre i łagodne, idą prosto ku drzwiom obory. Hordubal westchnął głęboko: No, i ja już jestem w domu, chwałaż ci, Boże. Taki to jest powrót do domu. Anioł Pański stad rozprasza się po wsi i zamiera, nietoperz zygzakowatym lotem śmiga za muchami śladem stada, dobry wieczór, gazdo. Z obory przeciągłym buczeniem odzywa się krówka. No, no, już idę. Po ciemku wchodzi Juraj do obory, obmacuje rogi, twarde i kudłate czoło, mokry pysk i nozdrza, gładzi kędzierzawą sierść na karku. Znalazł blaszany kubełek i stołek na trzech nogach, przysiadł się do pełnego wymienia i doi raz-dwa, raz-dwa, aż mleko ciepłą strugą uderza o blachę wiadra. I cienko, półgłosem zaczyna Juraj śpiewać.
We drzwiach obory zarysowała się sylweta ciemnej postaci. Hordubal nie dokończył śpiewania.
— To ja, Polano — mruczy, tłumacząc się. — Żeby się bydełko do mnie przyzwyczaiło...
— Na kolację nie pójdziesz? — pyta Polana.
— Gdy skończę dojenie — odpowiada Hordubal z ciemności. — Szczepan będzie jadł z nami.
V
Juraj Hordubal siada na czele stołu, składa ręce i zmawia modlitwę. Tak trzeba teraz robić, skoro się jest gazdą. Polana zacina usta i składa ręce. Hafia wytrzeszcza oczy i nie wie, co ma robić, Szczepan ponuro i z uporem patrzy w ziemię. Ech wy, cóż to, nie zmawialiście pacierzy, Polano? Pewno Szczepan jest człowiekiem innej wiary, ale przy stole powinno się zmawiać pacierz. Patrzcie ich, nadąsali się, jedzą szybko, w milczeniu, Hafia nie je porządnie, ale dłubie w talerzu.
— Jedz, Hafio — sucho rozkazuje Polana, ale sama też prawie nic nie je. Tylko Szczepan głośno siorpie, pochylony nad talerzem.
Po jedzeniu Manya śpieszy, żeby się co rychlej dostać na dwór.
— Poczekaj chwilę, Szczepanie — zatrzymuje go Hordubal. — Cóż to ja chciałem powiedzieć... Aha, jaki jest tego roku urodzaj?
— Sianokos65 będzie dobry — uchyla się Manya.
— A żyto?
Polana rzuca na Szczepana szybkie spojrzenie.
— Żyto? — mówi Szczepan, jakby żuł to słowo. — To jest, gospodyni sprzedała ten grunt, co był na górze. Nie warto było mordować się tam. Szkoda roboty. Same kamienie, gospodarzu.
Hordubala kolnęło.
— Same kamienie — mruczy — prawda, same kamienie, ale ziemia, Polano, to fundament...
Szczepan z wielką pewnością siebie wyszczerza zęby.
— Ta ziemia nic nie dawała, gospodarzu — tłumaczy Manya. — Lepsze są łąki nad rzeką. Kukurydza zrodzi się tam wysoka na chłopa.
— Nad rzeką? — dziwi się Hordubal. — Tyś kupiła, Polano, ziemię na równinie?
Polana chce coś rzec, ale woli milczeć.
— To pańkie łąki, gospodarzu — tłumaczy Manya. — Grunt jak boisko, głęboki, buraczany... Tylko że buraki spadły w cenie. Lepiej już trzymać konie: gdy się uda jeden koń, to dostanie się za niego więcej, niż przez cały rok zarobi gospodarz pracą w polu. Żeby tak mieć jeszcze kawał równiny i zbudować stajnię tam, w dolinie... — Oczy Szczepana błyszczą. — Koniowi potrzebna jest równina, gospodarzu. Koń to nie koza.
— Dziedzic sprzedałby tamte łąki — dodaje Polana w zamyśleniu i na głos liczy, ile mogłyby kosztować.
Ale Hordubal nie słucha, Hordubal myśli o gruntach żytnich i kartoflanych, które Polana sprzedała. Prawda, że to prawie same kamienie, ale czyliż kamienie nie były tam zawsze? To już należy do tej roboty. Na dwa lata przed odjazdem do Ameryki przemieniłem kawał ugoru w pole... E, cóż ty wiesz o wiejskiej robocie!
Hafia przyszurała się do Szczepana i wsparła się łokciem o jego ramię.
— Wujku Szczepanie... — szepcze.
— Czego chcesz? — śmieje się Manya.
Mała wierci się zakłopotana.
— Nic, ja tylko tak...
Szczepan sadza ją na kolana i kołysze.
— No więc cóż mi chciałaś powiedzieć?
Hafia szepcze mu do ucha:
— Wujku Szczepanie, widziałam dzisiaj takie ładne szczenię!
— Nie może być — mówi z wielką powagę Manya. — A ja widziałem zajęczycę z trzema młodymi zajączkami.
— Ojej! — zdumiewa się Hafia. — A gdzie?
— W koniczynie.
— I będziesz je na jesieni strzelał?
Szczepan z ukosa patrzy na Hordubala.
— Jeszcze nie wiem.
Dobry człowiek, myśli Juraj z zadowoleniem, dziecko go lubi. Do mnie nie podeszłaby tak, jak do niego. No nic, przyzwyczai się dzieciak, tylko tyle, że ani słowem nie wspomniała o tych obrazkach, co jej przywiozłem z Ameryki. Należałoby dać coś Szczepanowi, uważa Hordubal, i szuka oczami swej drewnianej walizki.
— Masz swoje rzeczy poukładane na ławie — mówi Polana.
Zawsze była taka troskliwa, myśli Juraj, i poważnie podchodzi do tej kupki amerykańskiej.
— Więc tak, to jest dla ciebie, Hafio, te obrazki i ten teddy-bear...
— Co to jest, wujaszku? — pyta Hafia z głębokim westchnieniem.
— To niedźwiedź — tłumaczy jej Manya. — Czy już widziałaś kiedy żywego niedźwiedzia? Tam daleko, w górach, są niedźwiedzie.
— A tyś je widział? — nastaje Hafia.
— Owszem, widziałem. Mruczą tak: mru-mru.
— To jest, Polano, dla ciebie — nieśmiało szepcze Hordubal. — To głupstwa takie, ale cóż robić, nie wiedziałem, co by ci... — Juraj odwraca się i szuka czegoś, co by tak można ofiarować Manyi. — A to, Szczepanie — mówi zakłopotany — byłoby może w sam raz dla ciebie: amerykański nóż i amerykańska fajeczka...
— Ach, ty! — zduszonym głosem zawołała Polana, oczy zalały się jej łzami, wybiegła na dwór. No, Polano, cóż ci się stało?
— Grzecznie dziękuję, gospodarzu — kłania się Manya, pokazując w uśmiechu wszystkie zęby i podaje Jurajowi rękę. Ej ty, jaką ty masz siłę w ręku! Z tobą byłoby warto wziąć się za bary. No chwała Bogu, odetchnął Hordubal, to wszystko byłoby już załatwione.
— Pokaż mi, wujaszku, ten nóż — prosi Hafia.
— Widzisz, to jest nóż aż z Ameryki — pyszni się Szczepan. — Wystrugam ci nim amerykańską lalkę. Czy chcesz?
— Ojej, wujaszku — piszczy Hafia z uciechy — ale na pewno!
Juraj uśmiecha się szerokim, szczęśliwym uśmiechem.
VI
Ale nie wszystko jeszcze załatwione, Juraj wie, co i jak trzeba zrobić. Kiedy człowiek wraca z Ameryki, powinien pokazać się w karczmie, przywitać się z sąsiadami i zafundować im gorzałki. Niech wszyscy wiedzą, że wraca nie ze wstydem i z pustymi rękoma. Hej, karczmarzu! Każdemu szklankę, ale żwawo! Czy nie znasz Hordubala i czy nie jestem majner z Ameryki? Niechże się rozejdzie wieść po całej wsi o tym, co powrócił, i niech wszyscy przyjdą popatrzeć na Hordubala. Dawaj, żono, gunię66 i kapelusz...
— Wrócę, Polano, niedługo, ale idź spać i nie czekaj na mnie — wywodzi Juraj obszernie, a potem okazale idzie przez ciemną wieś do karczmy.
Ech, jak swojsko i rozmaicie pachnie wieś: drzewem i krowami, słomą i sianem, tu znowu czuć gęsi, a tam zalatuje rumiankiem i pokrzywami. Nie ma już w karczmie starego Sali Berkowicza. Jakiś rudy Żyd wstaje od stołu i pyta nieufnie:
— Pan sobie życzy?
W kącie siedzi jeden, ale kto? Chyba to będzie Pjosa, nieprawdaż, Andrej Pjosa, zwany Huzarem? Patrzy na Juraja, jakby chciał krzyknąć: Tyśże to, Juraju? Tak, to ja, Andreju Huzarze, jak mnie widzisz. Ale nic takiego. Nie zerwał się Pjosa, nie krzyknął, tylko patrzy, a Hordubal, aby pokazać, że jest z tutejszych, pyta:
— Czy żyje stary Berkowicz, karczmarzu?
Piegowaty Żyd stawia na stole szklankę gorzałki.
— Sześć lat temu, jako go pochowano.
Sześć lat, ej, Pjoso, duży to kawał czasu. Ile zostanie z człowieka po sześciu latach, ile po ośmiu? Osiem lat, karczmarzu, nie piłem gorzałki. Wie Bóg, że czasem byłbym się jej napił — smutno bywało, chciało się splunąć na tę obczyznę, wiesz? Ale zakazali gorzałki w Ameryce67. Przynajmniej mogłem więcej dolarów posyłać Polanie. I widzisz, kupiła parę koni, a pole sprzedała. Że niby tam są tylko kamienie. Zaraz widać, że nie byłeś, bracie, w Ameryce.
Żyd stoi przy szynkwasie68 i spogląda na Juraja. Wdać się z nim w rozmowę? — myśli Żyd. Rozmowny widać nie jest, patrzy tak jakoś dziwnie, lepiej dać mu spokój. Ale który też z tutejszych mógłby to być? Maciej Pagurko ma syna gdzieś w świecie, więc może to syn Macieja. Czy miałby to być ten Hordubal, mąż Polany Hordubalowej, co jest w Ameryce?
Juraj mruga oczami. Żyd odwraca się od niego, bo musi ustawić szklanki na szynkwasie. A ty, Pjoso, czemu chowasz oczy pod brwiami? Mamże krzyknąć na ciebie po imieniu? Widzisz, jest tak, Andreju Pjoso. Człowiek odzwyczai się od gadania, gęba mu zdrętwieje, ale juści, nawet koń i krowa chcą usłyszeć ludzkie słowo. Prawda, Polana była zawsze milkliwa, a osiem lat nie zrobi z milczka gaduły. Sam nie wiem, jak zacząć, samotność gadać nie nauczy. Ona nie pyta — ja nie odpowiadam; ona nic nie mówi, mnie się pytać nie chce. Ech, co tu gadać, Szczepan jest dobry parobek i nawet gadanie załatwi za gospodynię. A gospodyni ziemię sprzedała, kupiła łąkę na równinie i masz tobie!
Hordubal popija i kiwa głową. Pali ta pieska gorzałka, ale się człek przyzwyczai. Szczepan dobry chłop, zdaje się. Zna się na koniach i lubi Hafię. A co do Polany, przyzwyczai się kobieta i samo przyjdzie, co ma przyjść. Ech, Pjoso, a twoja żona bywa czasem dziwna? No, spierzesz ją kiedy trzeba, ale Polana jest jak szlachcianka, Andreju. Takie są te sprawy. Mądra jest, pracowita i czysta, chwałaż ci Boże. Prawda, że dziwna. I chodzi, bracie, tak jakoś, jak żadna inna baba we wsi. Nie umiem z nią postępować, Huzarze. Powinienem był wtargnąć do domu jak wicher, porwać ją i przycisnąć, ażby jej tchu zabrakło. Tak się to robi, Andreju. Ale ba, widzisz, nie udało się. Przestraszyła się, jakbym był upiorem. I Hafia przestraszyła się jakoś. I ty też, Pjoso. No, już wróciłem. Cóż robić, gdy lody nie pękają od razu, to znikają po trochu. Na zdrowie, Andreju!
Andrej Pjosa, zwany Huzarem, wstaje i idzie ku drzwiom, jakby go nie widział. We drzwiach się odwraca i wyrywa się raptem:
— Witam was, Juraju! Rad jestem, żeś wrócił zdrów!
Dziwak z ciebie, Huzarze! Jakbyś się nie mógł przysiąść! Nie myśl sobie, że wróciłem jak żebrak: mam ładnych parę setek dolarów, o których nawet Polana jeszcze nie wie. Patrzcie, poznał mnie Pjosa. A więc to przyszło samo i reszta też przyjdzie sama, ucieszył się Hordubal. Nalej jeszcze jedną, Żydzie!
Drzwi się otwierają i wpada do karczmy chłopisko znajome, wali się jak fala powodzi i widać od razu, że to Wasyl Gerycz Wasylów, przyjaciel najlepszy. Tylko spojrzy i już jest przy stole:
— Wasylu!
—Juraju!
Drapie takie chłopskie pocałowanie i śmierdzi tytoniem, ale dobre jest, ej ty, Wasylu!
— Witam cię, Juraju! — mówi z jakąś wielką troskliwością. — I co się stało, żeś przyjechał?
— A cóż chcesz, ty koniu boży, chciałeś może, żebym tam był umarł? — śmieje się Hordubal.
— Ano — mówi Gerycz wymijająco — chłopom się teraz dzieje niedobrze. Zdrów, co? Chwała Bogu przynajmniej za to.
Dziwny jesteś, Wasylu, siadasz tylko na pół zadu, a szklankę wywracasz od razu do góry dnem.
— Co nowego? No, stary Kekerczuk umarł w tydzień po Wielkanocy, Panie świeć nad jego duszą, a w niedzielę miał wesele młody Horolenko z dziewczyną Michalczuka. Zeszłego roku diabli nam nadali zarazę pyska i racic... No i tego, Juraju, zrobili mnie tu wójtem, jestem władza, ale mam z tego, juścić, tylko zgryzoty...
Rozmowa się urywa, Wasyl Wasylów nie wie, co by jeszcze powiedzieć. Wstaje i podaje łapę Jurajowi.
— Pan Bóg z tobą, Juraju. Muszę już iść.
Juraj uśmiecha się i obraca szklankę w ociężałych palcach. Już nie jest Wasyl taki, jak bywał dawniej. Boże kochany, jak ten potrafił pić, aż okna brzęczały. Ale przynajmniej podszedł i pocałował, przyjaciel. Pan Bóg z tobą, Juraju! Cóż ty tak od razu? Czy mam wypisane na nosie, że mi się powrót nie udał? Oj, nie udał się, bo nie udał, ale wszystko jeszcze będzie. Powoli, powoli, będę powracał, co dzień o kawałeczek bliżej i nagle będę w domu. Mam pieniądze, Wasylu. I ziemi mogę dokupić i krów, ze dwanaście krów, jeśli zechcę. Sam wyprowadzę je na pastwisko, choćby i na Wołowy Chrbat, dwunastu dzwonkami będą dzwoniły, a Polana chyżo, jak dziewczyna pobiegnie otwierać wrota...
W karczmie jest cicho, Żyd podrzemuje za szynkwasem. No, cóż robić? Dobra jest czasem taka samotność. W głowie się kręci, porządnie się kręci, przyjacielu, ale myśli się ułożą. Wraca się krokiem wolnym i pomalutku, jak powraca stado. A cóż by to było, gdyby tak wpaść jak zaprzęg, szturmem wtargnąć na podwórze, żeby się iskry posypały — wysoko stać, wysoko trzymać lejce i zeskoczyć? Oto jestem, Polano, i już cię nie puszczę. Wysoko na rękach zaniosę cię do domu i przycisnę cię do serca, aż ci tchu zabraknie. Gładka jesteś, Polano. Osiem lat, osiem lat myślałem o tobie. Ale teraz dopiero pójdę do ciebie. Hordubal zacina zęby, aż mu mięśnie na twarzy obrzmiewają. Hej, dzikie konie, hej! Niech Polana widzi. Kolana ugną się pod nią ze strachu i radości. Niech widzi: mąż powraca!
VII
Pijany idzie Hordubal miesięczną69 nocą; pijany, bo odwykł od gorzałki, bo odzwyczaił się od takich myśli, bo idzie do żony. Czemu ziębisz, miesiączku, czy nie idę dość cicho i tak lekko, lekko, że nawet rosy nie strąciłbym z trawy? Ej, wy psiska całej wsi, to idzie Juraj Hordubal, po ośmiu latach wraca chłop, a ręce wyciągnął przed siebie, aby w nie porwać żonę. Tak, teraz mam ciebie pełne objęcia, ale mi jeszcze nie dość, chciałbym cię chwytać ustami i ściskać kolanami, między palcami chciałbym czuć ciebie, Polano, Polano! Ej, czemu ziębisz, ty tam, wysoko? Prawda, że jestem pijany, bo piłem na odwagę, bo chcę prosto na łeb rzucić się do swego domu. Oto mnie masz, Polano, jestem tu, i tu, i tu, wszędzie, gdzie są twoje ręce, twoje nogi i usta. Ech, duża jesteś, duża, ile cię jest od stóp do głów, kiedy ja zabiorę cię całą?!
Hordubal idzie miesięczną nocą i drży na całym ciele. Nie krzyknąłbyś, nie odezwałbyś się w taką noc miesięczną, nie zamąciłbyś tej gładkiej ciszy. Cicho, cicho, ten jasny cień to ty jesteś, nie nazywaj mnie po imieniu, to jestem ja. Tak delikatnie cię trzymam, jakbyś z objęć moich wyrastała drzewem, i nie zmącę tej ciszy gładkiej, nie odezwę się, nie odetchnę. Ach, Polano, usłyszałbym spadającą gwiazdę.
Ale nie, na drodze ku nam miesiąc nie świeci, u nas księżyc studzi, świeci nad czarnym borem, a u nas jest ciemno, tak ciemno, że ta ciemność aż dyszy. Musisz po ciemku macać rękoma i znajdziesz żonę. Śpi — nie śpi, nie widzisz jej, ale pełno jej tu, cicho się śmieje i robi ci miejsce obok siebie. Jak tu zrobić miejsce dla takiego drągala, nie zmieścisz się, musisz się wcisnąć w jej objęcia. Zaś ona szepcze ci do ucha, sam nie wiesz co — słowa są chłodne, ale szept jest ciepły i ciemny. I zaraz ciemność robi się gęstsza, taka gęsta i ciężka, że możesz ją zmacać, dotykasz jej, a to jest żona, tu włosy, tu ramiona, i dyszy, dyszy z sykiem między zębami, dyszy ci ciemno w twarz...
— Ech, Polano! — wyrwało się Hordubalowi. — Ach, ty!
Cicho otwiera Juraj furtkę wiodącą na podwórko. Na zaprożu siedzi Polana w miesięcznym świetle i czeka.
— Ty, Polano — mruczy Hordubal i serce mu zamiera. — Czemu nie śpisz?
Polana zadygotała od chłodu.
— Czekam na ciebie. Chciałam cię zapytać... Zeszłego roku dostaliśmy za parę koni siedem tysięcy, więc co ty, co ty myślisz?
— Taaak — mówi Hordubal, wahając się. — To dobrze, jutro o tym porozmawiamy.
— Ja chcę teraz — odpowiada Polana twardo. — Dlatego czekam. Już nie chcę być krowiarką... Harować w polu... No... nie chcę!
— Nie będziesz — mówi Hordubal i patrzy na jej ręce, białe w miesięcznym świetle. — Ja tu jestem teraz, ja będę robił.
— A Szczepan?
Juraj milczy, wzdycha, na co akurat teraz gadać o tym?
— No — mruczy pod nosem — dla dwóch nie będzie tu dość roboty.
— A konie? — wtrąca nagle Polana. — Ktoś musi mieć staranie o konie, a ty się na nich nie znasz...
— Prawda — przyznaje Hordubal. — No więc jakoś to będzie.
— Ale ja chcę wiedzieć — nastaje Polana i zaciska pięści. Ej ty, jaka ty jesteś prędka!
— Jak chcesz, Polano, jak chcesz — słyszy Juraj swój własny głos. — Zostanie Szczepan, duszko... Żebyś wiedziała, przynoszę pieniądze... Wszystko zrobię dla ciebie.
— Szczepan zna się na koniach — słyszy Hordubal — takiego drugiego nie znajdziesz. Pięć lat tu służył... — Polana wstaje dziwna i blada w miesięcznym świetle. — Dobranoc. Stąpaj cicho, Hafia śpi.
— Co... co ty — dokąd idziesz? — zdziwił się Hordubal.
— Spać, na strych. Ty śpisz w izbie, ty jesteś... gazda. — Coś twardego i złego jest w twarzy Polany. — Szczepan śpi w stajni.
Bez ruchu siedzi Hordubal na zaprożu i patrzy w miesięczną noc. Tak, tak. Głowa nie chce myśleć, zdrętwiała. I co mi tak utknęło w gardle, że tego połknąć nie mogę? Ty śpisz w izbie, ty jesteś gazda. A więc tak.
Gdzieś w dali poszczekuje psisko, w oborze szczęknął łańcuch krowy. Ty śpisz w izbie. Ech, taka głupia głowa! Możesz nią kręcić i tak, i tak, nic — tylko drętwieje. Że niby gazda. To wszystko jest twoje, gazdo, te białe ściany, podwórko, wszystko. Coś ty za pan! Całą izbę masz dla siebie, sam rozwalisz się na łóżku. Jak gazda, to gazda! I co się stało, że nie mogę wstać, że głowę mam taką tępą? Ach to pewnie gorzałka, nalał mi drzewnego spirytusu ten rudy Żyd. Ale z karczmy wracałem przecie, jakbym tańczył! No więc w izbie. Tak chce Polana uczcić gazdę. Jak gość będzie spał...
Niezmierne zmęczenie spadło na Hordubala. No tak, chce zapewne, abym sobie odpoczął, abym się wywczasował po podróży. Ba, przecież nie mogę nawet wstać. Jakie to głupie, mieć nogi takie sflaczałe! A miesiąc schował się już za strzechą.
— Bije godzina je-de-na-sta, chwal Boga, duszo chrześcijańska...
To stróż nocny śpiewa. W Ameryce nie wywołują godzin nocni stróże. Dziwna jest ta Ameryka. Lepiej, żeby mnie nie widział. Byłby wstyd. Hordubal zląkł się i cicho jak złodziej skrada się do izby. Zdejmuje kapotę i słyszy cichy oddech... Chwałaż ci, Boże, Polana tylko żartowała i śpi tutaj. A ja, głupi, jak ten pieniek siedziałem tymczasem na dworze! Juraj stąpa cicho, skrada się ku łóżku i szuka omackiem: to są włoski, to ramionka cieniutkie i chude — Hafia. Dziecko mruczy i wtula się w poduszkę. Tak, to Hafia. Juraj delikatnie usiadł na krawędzi łóżka. Przykryję nóżki dziewczynce. E, Boże drogi, jak się tu położyć? Jeszcze bym dziecko zbudził. Chciała widać Polana, żeby się dziecko przyzwyczajało do ojca. Więc tak: tatuś z córeczką w izbie, a ona na strychu.
Coś rozbłysnęło w Juraju i nie daje mu spokoju. Powiedziała: Idę spać na strych. Mogła to przecie powiedzieć rozmyślnie. Ty głupi, możesz przyjść za mną. Wiesz, gdzie jestem. Idę spać na strych. Na strychu nie ma Hafii. Hordubal stoi w ciemnościach jak słup i serce w nim drży. Polana jest harda, nie powie: Masz mnie, bierz! Sam musisz za nią pójść, jak za dziewczyną, po ciemku będziesz macać drogę rękoma, a ona się po cichu zaśmieje: Ach, Juro, ty głupi, osiem lat myślę o tobie!
Cichutko, cichutko, wchodzi Juraj na strych. O, jak tu ciemno! Polano, gdzie jesteś? Słyszę, jak bije twoje serce.
— Polano, Polano — szepcze Hordubal i maca ciemności.
— Idź, idź precz! — stęknęła, zadygotała ciemność. — Ja cię nie chcę! Proszę cię, proszę cię, Juraju, proszę...
— Nic, nic, Polano — mruczy Hordubal, straszliwie zmieszany. — Tylko tak, żeby zobaczyć, czy ci się dobrze śpi...
— Proszę cię, idź precz, idź — dygocze przestraszona ciemność.
— Chciałem ci tylko powiedzieć — jąka się Hordubal. — Wszystko będzie, duszko, jak zechcesz. I łąki możesz dokupić...
— Idź, idź precz! — krzyczy Polana jak oszalała.
I Juraj nawet nie wie, jak się dostał na dół, tak jakoś, jakby prosto na łeb spadał w przepaść. Nie, skądże znowu, nie spadł, lecz siedzi na ostatnim stopniu i spada w przepaść. Tak głęboko, Jezu Chryste, tak głęboko się pada! I kto to stęka tutaj? To ty, to ty! Nie, nie stękam, tylko próbuję oddychać i nie moja to wina, że za każdym razem tak jęknie we mnie. Jeszcze i jeszcze! No, stękaj sobie! Jesteś w domu, jesteś gazda...
Hordubal przestał spadać, siedzi na ostatnim schodku i wżera się oczami w ciemność. Ty śpisz w izbie, ty jesteś gazda... Tak powiedziała. A więc to taka sprawa, Polano. Przez osiem lat byłaś sama sobie panią, a teraz się gniewasz, że będziesz miała gazdę nad sobą. Ech, duszko, popatrz dobrze, jaki on tam gazda! Siedzi na schodku i chlipie, mogłabyś mu fartuchem nos utrzeć. Taki on gospodarz! Hordubal czuje coś na twarzy, dotyka tego ręką i — mój ty Boże, przecie to jest uśmiech! Hordubal uśmiecha się w ciemność: co za gazda, parobek! Przyszedł parobek do krów, a ty, Polano, będziesz jak dziedziczka. No widzisz, wszystko da się ułożyć i pogodzić: konie i krowy, Szczepan i Juraj. Krowy ci wyhoduję takie, Polano, że miło będzie na nie patrzeć. I owce. Wszystkiego będziesz miała dość, nad wszystkim będziesz gazdowała.
No więc już można oddychać swobodnie i bez postękiwania. Możesz nabrać w siebie powietrza jak kowalski miech. Gdzie zaś, pani gospodyni, izba nie dla parobka! Pójdzie spać do krów, tam jest jego miejsce. Przynajmniej człek nie jest taki samotny, słyszy czyjś oddech. Zdarzy się czasem, że raptem przemówi na głos i sam przestraszy się swoich słów, ale do krowy odezwać się można: odwróci głowę i słucha. Dobrze się śpi w oborze.
Cicho, cicho idzie Juraj do obory. Owionął go ciepły zapach krów, poruszył się łańcuch nad drabiną. Het, het, krówki, to jestem ja. Chwała Bogu, dość tu słomy dla człowieka.
— Już bije godzina dwu-na-sta, chwal Boga, duszo chrześcijańska, i Jezusa, syna jego...
Nie, tego w Ameryce nie było.
— Strzeżcie światła, strzeżcie ognia, by nie spadła na was szkoda...
— Huu-huu-huu — trąbi stróż, jakby ryczała krowa.
VIII
Szczepan zaprzęga konie do wozu.
— Dzień dobry, gospodarzu! — woła. — Nie pojedziecie popatrzeć na łąki?
Juraj się trochę krzywi. Cóż to ja jestem, dworski rządca, żebym miał jeździć wozem na oglądanie pola? Ale cóż? Nie ma się nic do roboty, nie można pójść z kosą, aby kosić żyto. Czemuż nie popatrzeć na gazdostwo Polany?
Szerokie portki płócienne ma Szczepan i niebieską zapaskę. Zaraz widać: człowiek z równiny, a czarny jak ten Cygan.
— C-c — mlaska na konie i wnet wóz pędzi z łoskotem i turkotaniem, a Juraj musi się trzymać drabiny. Ale Szczepan stoi, kapelusz zsunął na tył głowy, lejce trzyma wysoko i biczem igra sobie nad karkami koni.
No, no, wolnego, nie ma się czego tak śpieszyć!
— Ech, ty — mówi Juraj niezadowolony — czemu tak mocno ściągasz konie przy pysku? Widzisz, jak mielą wargami, to przecie boli!
Szczepan odwraca się i szczerzy zęby.
— Tak trzeba, gospodarzu — odpowiada. — Żeby zadzierały łby do góry.
— Po co? — pyta Hordubal. — Niech trzymają łby, jak im wygodniej.
— To się dobrze opłaca, gospodarzu — objaśnia Szczepan. — Każdy kupiec patrzy, czy koń zadziera łeb do góry. Patrzcie, gospodarzu, patrzcie, teraz biegną dobrze: na zadnich nogach, a przednimi tylko przebierają bardzo lekko. C-c!
— I nie pędź ich tak! — woła Hordubal.
— Uczą się biegać — odpowiada Manya obojętnie. — Niech się uczą. Cóż po koniu ociężałym, gospodarzu?
Czy Szczepan tak samo wozi Polanę? — myśli Hordubal. Cała wieś ogląda się za nią pewno. Że to jedzie żona Hordubala jakby jaka dziedziczka. Ręce założy i jedzie sobie. Może sobie pozwolić, myśli Juraj. Chwała Bogu, inna jest niż tamte wszystkie kobiety, twarda i prosta jak słup. Gospodarstwo rozbudowała jak dwór, siedem tysięcy utargowała za parę koni, więc może głowę zadzierać do góry. To się, bratku, dobrze opłaca.
— A więc tutaj jest ta równina — wskazuje Szczepan biczem. — Aż po te akacje należy ona do gospodyni.
Hordubal złazi z wozu jak połamany. Roztrząsłeś mnie, diable. A więc to jest ta równina. Prawda, trawa tu jest aż po pas, ale sucha i twarda. I nie gadaj, że to jest grunt buraczany, to jest step.
Manya drapie się po karku.
— Dokupić tej łąki aż po skraj, gospodarzu, można by tu paść i trzydzieści koni.
— Nooo — zastrzega się Hordubal. — Tłuste to, bratku, nie jest.
— Jakie tłuste? — uśmiecha się Manya. — Koń, gospodarzu, powinien być suchy. Czy może chcecie, gospodarzu, karmić konia dla rzeźnika?
Hordubal nie odpowiada i podchodzi do koni, aby je pogłaskać po łysinie.
— No, no, no, malutki, nie bój się, jesteś zuch. Czemu strzyżesz uszami? A ty, co znowu? Taka mądra jesteś. Czemu grzebiesz nogą? Czego ci?
Szczepan wyprzęga konie, prostuje się i mówi jakoś twardo:
— Nie odzywajcie się, gospodarzu, do koni. Zmiękną!
Hordubal odwraca się ku niemu ostro. Jak ty się odzywasz do gazdy! A może on tylko tak sobie, żeby się konie do mnie nie przyzwyczaiły. No, już ja ci się do twoich koni wtrącać nie będę, ty drabie70. No, no, nie trzeba zaraz tak się boczyć na mnie!
Szczepan pozwala koniom paść się swobodnie, a sam bierze kosę i będzie kosić trawę. Co za głupiec, że nie wziął drugiej kosy! Juraj wzdycha i ponad równiną spogląda ku górom nad Kryvą. Tam są przynajmniej porządne pola. Prawda, dużo kamieni, ale co pole, to pole: kartofle, owies, żyto. Gdzieniegdzie żyto jeszcze stoi, indziej wiążą je już w snopki.
— A któż to, Szczepanie, kupił nasze pole na górze?
— Niejaki Pjosa — mówi Manya.
Ach Pjosa, Andrej Pjosa, Huzar. I dlatego w karczmie trzymał się z dala. Było mu wstyd, że kobietę pozbawił ziemi. Juraj spogląda ku górom i jest mu tak dziwno, jakby jego pole zbiegło z góry i siadło na równinie.
— A Rybary są też w dolinie? — pyta Juraj.
— Tutaj w dolinie — rzecze Szczepan. — W tę stronę. Trzy mile drogi.
Trzy mile drogi, no to daleko jeszcze do Rybar. Hordubal nudzi się, więc urywa źdźbło trawy i żuje je. Trawa ma smak kwaskowy i jest jakaś twarda. Tam na górze, na połoninach71, trawa smakuje zgoła inaczej, korzennie jakoś, macierzankowo. Juraj włóczy się po łące i brnie coraz dalej. Jaka tu równina! Nic nie widać, tylko niebo nad głową, ale to niebo nie jest takie jak tam, na górze: takie jakieś zakurzone czy co.
A tutaj łan kukurydzy. Prawda, wysoka na chłopa i chrzęści. Ej, miły Boże, że też kukurydza wygląda tak nieporządnie! Puścić tu świnie, dopieroż byłoby chrząkania! A znowu pole żytnie jak kożuszek! Akacje! Juraj nie lubi akacji. Tam na górze jest tarnina i trzmielina, jarzębina i jałowiec, a nie ma tam takiej paskudnej akacji. Nie widać już i Manyi w tej zapasce72 i w butach z cholewami. Jakże to, nie odzywać się do konia! I koń jest zwierzę mądre, takie samo jak krowa. Przez rozmowę z człowiekiem staje się łagodniejszy.
Przed Jurajem rozkłada się równina, a z niej wali się na niego smutek. Jakby stał nad morzem. Tam jest inaczej. Odwraca się ku górom. Ej, wy, i was równina pożera, robi was małymi i głupimi. Iść pod górę, przyjacielu, to się przynajmniej rozumie, co to jest ziemia! Nie, Juraj już tu nie może wytrzymać, więc zawraca ku wsi i pozostawia Szczepana samego z całym jego zaprzęgiem. Popatrzę na żyto, myśli, ale idzie już z godzinę, a góry są jeszcze ciągle gdzieś daleko. I gorąco tu porządnie. Ani wietrzyk nie powieje. Taka to i równina twoja. Kto by to był powiedział, że Szczepan zapuścił się tak daleko? Cmoknął tylko raz i drugi i już się było na końcu świata. Szybkie konie ma Polana. Na co zdał się koń ociężały?
Hordubal idzie już dobre dwie godziny i nareszcie widzi skraj wsi. Cyganie, hołota brzydka, wyleguje się to między krzakami bielunia i szaleju, a tutaj oto jest już kuźnia przy szosie. Hordubal przystaje. Coś przychodzi mu do głowy. Ej, Polano, ja ci pokażę! I idzie do kuźni.
— Halo, mistrzu, zróbcie mi hak.
— Co za hak?
— Taki jak zaworę73 do drzwi. Poczekam sobie na niego.
Kowal nie poznaje Hordubala, w kuźni ciemno, blask ognia oślepia. Jak ma być hak, niech będzie hak. I kuje, jakby walił piorunem.
— I co, panie kowalu, dobre konie ma Hordubalowa?
— No tak, konie ładne, ale pańskie. To nie konie robocze, kumie. Ale podkuwać taką bestię... dwa chłopy nie strzymają.