II. Liryka lokalna

W górę rzeki

Kamieniem się staje dotykane próchno

Świeci we mgle wypalany trawnik

wydawało mi się że znam mowę ptaków

ale w tym lesie jakoś wszyscy zmilkli

odjęło im mowę dodało mi skrzydeł

wyszło z płomienia płomień wił się w dłoniach

bił skrzydłami o ściany wiersza

zamierał na ustach jak kwiat kasztanowca

poobłoczna piana na gałązkach słów

„już po mnie” mówiło się bo tak było modnie

przede mną góra do zdobycia

mgła do rozproszenia miłość do zabicia

wypełzały z tej czaszki jaszczurki przeznaczeń

po równo obdarowani odchodziliśmy

do swych kruchych zajęć

pamiętam chciałeś być księdzem

teraz się męczysz na odległej plebanii

chciałem być tym który ucieka

co to ma znaczyć pytałeś

właśnie chciałem znaczyć tyle co hieroglif

metafora gnoma być i nie być

znikać wymigiwać pysznić się istnieniem

a co Bóg na to pytałeś

Bóg wiele wybaczy i przepuści przez palce

takim jak ja

są to boskie eksperymenta eskapady ekstrema

musimy być na przekór płynąć w górę rzeki

należało pragnąć goręcej należało goręcej pragnąć

należało

Ludzie po drugiej stronie

Ludzie po drugiej stronie ulicy,

gdy mi przywożą węgiel

i podnosi się mgła,

z zapartym tchem śledzący

manewry multikara.

Wreszcie wpasowuje się

zmarzniętą dupką w secesyjną bramę,

by wysrać tonę lub dwie

na środku korytarza.

Taki jeden liczący na miał

czai się z workiem.

Niemowa kręcący głową,

przekonany, że gość urwie lusterko

na gzymsie, ale jednak nie.

Starsza pani w filcowych botkach

z opieki społecznej

metalicznym głosem dworcowej szczekaczki

coś mu tam oznajmia,

a mnie pyta, kiedy się to wszystko skończy.

Wszystko to się dawno skończyło,

teraz żyjemy w kawałkach wszystkiego,

w bryłach. Nie chce mi wierzyć.

Albo albo

Albo gonić skurwysyna, za

przeproszeniom, co uciekł

obronie, zrobić go na szaro

i dobrze wrzucić

chłopakom. Drzeć się jak opętany

po tym golu, a potem chodzić

po górach zachrypnięty

i po kolędzie (za kolesia,

który się oberwał) też.

Albo jeździć rowerem po dziurawych

mostach, pisać wiersze,

palić papiery po zmarłym

dziadku i zobaczyć to

niesamowite zdjęcie Chruszczowa,

a to wujek Edek. Nosić dzieciaka

i odwzajemniać jego przytulanie,

poklepywać żonę po następnym

brzuchu. Kochać się z tym brzuchem.

Wszystko.

Jesteśmy

Jeszcze lokówka ciepła, rozrzucona bielizna,

niewyłączone radio mówi,

że Okocim sześćdziesiąt. Stan wód

i uczuć, jak to w lutym.

Nadgryziona bułka, pomarszczony

dywan, okno mieni się nagłym

słońcem. Byłaś tu przed chwilą,

teraz jesteś w pracy.

Co uchyliłaś, zostanie uchylone.

We mnie mieni się przestrzeń,

wirują: śluz, ślina, sine

krople z sutków. To się chyba nazywa uśmiech losu.

Pojawił się wreszcie na twarzy, prysnął w okulary.

I zapach, smak tego, co się dzieje.

Jak młode zboże rozgryzane wolno.

Szum wokół nas; z gołębi, obłoków,

z płatków sadzy i skóry. Jesteśmy

jak niecierpliwe pukanie dzieci,

odwołane lekcje nieznośnej gramatyki.

Jak księżyc

Znów krew w misce. Kiedy minął miesiąc?

Rozpięta bielizna kołysze się, koi mnie

widok muru z wyjętą znów cegłą.

Biaława kość świtu, długo ją ssały

bezdomne kundle, tłucze się w zaułku —

co stąd, a co nie stąd,

jaki świat opiewać? Zerkać

na zegarek, patrzeć na termometr,

kpić z tutejszych chmur, ruin,

brzóz i kasztanów. Rzadko

skrzydło wzlatuje: wzgardliwe

wzruszenie ramion, rozgrzewa powietrze

regularne słońce; panika w oczach... jak-się-życ;

i znów krew, szybki oddech

paruje nad miastem, mgła z niedomówień,

ze wspólnych ust.

I aż do bólu. Ciemność

Poczekalnia pełna głosów

głosownia nastawnia języka

wyobraźnia sprawdza bilety słów a konduktor

jest wierszem Benna pt. „Składnia”

czytanym przedwczoraj Otarty o mur do krwi

stoję za chlebem drugorzędny poeta

rozstrzelany drukiem pszenny czy żytni Nie wiem

Polsko jesteś dziwna te głosy każą mi Ciebie

kochać ze wszystkich stron Wzgórza

w jaśminach zapach poranka Przeskakuję

z wiersza na wiersz tak się nie robi ja wiem

Ze swojego wiersza na wiersz kolegi i pytam

czy jestem zepsuty jak mówią do rdzenia

do szpiku zwątpienia do ostatniego słowa

które trąci w kręgosłup i runę

(o poczekalnio pełna głosów!) w szum wodospadu

w szelest węża na ścieżce A to tylko mój

syn nienarodzony wyplątuje się ze ścieżek

pościeli sunie przez poduszkę jak żuk

trącając bosą stopą strunę napiętego

czuwania i aż do bólu ciemność jego krzyk świeca

szukająca płomienia

Napełnili przydeptali

(z cyklu „Noworudzkie noce”)

Zatrzymana kropla

nim konieczność

zaklnie ją w mętne świecidło

bursztynu albo w wiersz

nim znajdzie się w muzeum

oprawiona w srebro

opatrzona komentarzem

wchodzę w tę kroplę

z całym dobytkiem inwentarzem

dzieci idą za mną żona

stoły krzesła tapczany

półki z książkami

niosę na ręku najmłodszego dzieciaka

jego krzykiem nabrzmiewa błona

zatrzymanej kropli

aż pęknie

a my wylejemy się na bruk

jak ropa i osocze

znowu bez mieszkania

i poczucia czasu

a on krzyczy

bo musi bo w poprzednim

pokoleniu zaliczył komorę

gazową i wkładali mu

do odbytu rozżarzone stopy

metali szlachetnych

szlachetni panowie

Schlapke Braun Wolff

kto mówi o zbrodni

chodziło o rozwój nauki

a potem siedmioletnią

wiecznie otwartą buzię

napełnili igliwiem i piaskiem

przydeptali

Podobna trasa

Było jak wtedy, gdy jechałem na pogrzeb wujka

Adama do Makowa i wieniec telepał się w bagażniku.

Październik rześki, wyrazisty.

Podobna trasa. Favoritka mruczała czule,

wpadając z wiatrem w głębokie doliny;

jechałem sam i czułem się potrzebnym

ogniwem w łańcuchu wieńców, ciał

i trumien suwanych do przodu.

(Chciałbym widzieć te trumny

z samego początku.

Właściwie nieraz je widzę.

Czemu, głupi, biegasz

w nocy po mieszkaniu —

pytają potem.

Tak jakoś się zrywam).

Liryka lokalna

Ścięty w polu stary sad,

czarne pieńki w ustach krajobrazu;

rumian zakwitł (jeszcze raz),

błędny ognik ciepłych listopadów.

W Wambierzycach cztery dzwony

złożone do grobu; głuche stoją

w szczerym... Uderzam kamieniem,

syn poprawia z drugiej;

zapomnianym imieniem,

chyłkiem, miedzą, wzgórzem

przeciska się jęk.

„Idźmy. Kogoś boli”.

Wstyd. Miasteczko górnicze czeka swego końca

W dniu, w którym otrzymałem zaproszenie

do wzięcia udziału w dyskusji o przemocy, razy

sypały się gęsto w wielu szkołach świata.

Ojciec Łukasza C., zajrzawszy do

podsuwanego przeze mnie dziennika,

dopisał się do długiego szeregu

wkurwionych ojców. Chłopak smarkał krwią.

Ja cię chyba zabiję. Dość mam tego wstydu.

Dwa lata temu matka Łukasza C. musiała

wzywać pogotowie. Czuję ból w całym

ciele, podskórne dzieciństwo.

Rozbieraj się. Ale za co. Rozbieraj się,

ty już wiesz za co.

Nie wiem do dziś. A kiedy na wuefie

Rafał D. kryje się po kątach

i nie chce wyjść z szatni, wiem, że dziś znowu

przyniósł wytatuowaną na skórze mapę

niedoszłego powiatu. Jego ojciec krzyczał

na zebraniu, jesteśmy prowincją,

będziemy jeszcze większą. W prowincjach

bólu mieszka strach. Ja cię chyba zabiję,

dość mam tego wstydu. A kopalnię i tak

zamknęli. „Przemoc jest tam, gdzie nie ma Sensu”.

Paweł A. nie chce się przyznać. Wreszcie

wybucha płaczem. Tak, robi to codziennie.

Matka musi klękać, a potem pełznie

po podłodze. Ojciec każe mu patrzeć,

jest ciągle pijany. Paweł moczy się w nocy,

ma kłopoty z nauką. Szkolny pedagog triumfuje,

teoria konweniuje mu z przypadkiem. Śnieg,

śnieg na te rany. W kwietniu? Cichy,

zalękniony śnieg. Pójdziemy go deptać,

chłopaki. A jutro w kosza z siódemką.

Dopierdolimy im. Jak nie tak, to inaczej.

Jacek F. wie, że ma faulować.

Marcin B. mówi coś o egzaltacji.

On jest nowy. Będzie uczył wosu.

Przez Słupiec płynie rzeka Dzik

Przez Słupiec płynie rzeka Dzik

przez moje serce jeszcze dziksza

bardziej brudna Osad lśni

w wierszach W ustach dym

z hałdy nad miastem

Daj mi znak może kaszlnij

zrozumiem że cię tu tytko

ta jabłoń trzyma Dziadek

ją sadził w kącie podwórza

szczaw (co porasta stromą stronę

wzgórza) znika w pyskach koni

pasących się z namysłem

i tną gzy Chodzi po opłotkach

cień chmury rozdartej jak ty

albo schizofrenik Następny człowiek umarł

pogoda się nie zmieni Weź gałąź

sosnową i połóż na ranę.

Kościół w Drogosławiu

widziany przed odlotem

Rozalii Linke, Marii Sztorch,

skłóconych sąsiadek,

które pogodził cios

niewidzialnej włóczni —

anioł się uwijał za dwóch,

las pod oknem niemiał i głuchł;

widziały czerwony, stromy dach,

z bliznami okien uniesionych jak brwi,

odlatywała od korpusu jak głowa

sygnaturka drżąca, nerwowa;

coś było z powietrzem nie tak,

dawany i powstrzymywany znak,

nie czuły w sobie plusku krwi,

nigdy nie były na takiej mszy.

Co chcesz powiedzieć,

wykrztuś teraz —

z księgi doliny robi się książeczka

szybko wkładana do kieszeni płaszcza;

i ten inicjał, pokrętna litera

z czerwonych cegieł. Kościół w Drogosławiu

widziany z wysoka.

Październik

Cóż, bez tej lipy niebo

byłoby bezradne jak syrena na skraju

złomowiska, na rozbieranym wiadukcie

śpiew lokomotywy.

Księżyc w serii znaczków na niebie —

ząbkowane Haiti,

rozwarty seks malwy; i głos:

„nie jesteś poetą krajobrazu, wypierdalaj”.

I coś się ze strumieniem oddala, oddala

sens i przybywa z daleka:

stanąłem u ujścia, rzeka

skojarzeń ma cofnięte źródła.

Wypłynąć jeszcze tej nocy

z tornistrem pełnym książek,

na zbutwiałej tratwie wić mały ból

języka, który chciałby lizać

szron na różach, pokrywach śmietnika.

Ciepły grudzień

Ani i Jurkowi

„jastrząb kwilił, co rozwścieczało psy.

krzesło w rzece. kry”.