Pour passer le temps1

Oktawą

Nigdy mu ramion pierwsza nie otwarła,

choć się łaskawie obejmować dała;

nigdy, gdy szepnął z ściśniętego gardła

„kocham” — nie rzekła nic, tylko słuchała.

Jemu się z bólu dusza w sztuki darła,

bo nic w niej znaleźć nie mógł oprócz ciała,

i to, co pomnieć2 musiał nieustannie,

o ile szukać wypadało w pannie.

Albowiem panną była, a za wiano3,

prócz dwóch wsi, miała urodę Dyjanny4.

Młodzież w niej cała była zakochaną,

wszystkie jej również nie cierpiały panny.

Rodziców dawno w grobie pochowano,

w klasztorze wiek swój przeżyła poranny,

gdzie się, w sekrecie przed swą przełożoną,

najczęściej w żonę i męża bawiono.

Potem, gdy suknię już zrzuciła krótką,

gdy się jej wiosna zaczęła siedmnasta,

w Warszawie z ciotką mieszkała rozwódką

i poznawała obyczaje miasta.

Była „naiwną” i trochę „filutką5”,

lubiła jeszcze bardzo szczerze ciasta — —

tymczasem, jak jest powszechnie przyjętem,

posag jej gdzieś się zapodział ze szczętem.

Mówią, że jej opiekun kamienicę

i wioskę kupił gdzieś około Bałty...

Zwyczajna potwarz. Śliczną siostrzenicę

mając u siebie, ciotka jęła6 rauty7

i bale dawać, różne tajemnice

toaletowe kłaść na różne kształty,

myśląc, i słusznie, że z jednego rożna

często pieczenie dwie zdjąć naraz można.

Miała trzydzieści pięć lat i Wilhelma

Kufkego — był to z zawodu piwowar —

na oku; wprawdzie „jak but była szelma”,

lecz sto tysięcy czysto niósł mu browar.

Eheu! Jak często człowiek próżny cel ma!

Kufke był kupcem i wiedział, co towar,

a co tandeta — — oświadczył się wkrótce,

lecz siostrzenicy, nie ciotce-rozwódce.

Przyjęła... Próżno do nóg jej się ciskał

kochanek — — miał wieś, ale tylko jedną...

Prócz plam na spodniach, nic więcej nie zyskał;

widział, że nawet lica jej nie bledną,

gdy jemu w sztuki mózg pod czaszką pryskał

i gdy rękami cisnął głowę biedną...

Więc zrozpaczony poszedł precz, a ona

dostała swą rubrykę: Kufke-żona.

Po tym wypadku on zerwał ze światem

i cały chłopom oddał się u siebie.

Był im i ojcem zarazem, i bratem,

bronił ich, karmił na swym własnym chlebie —

za to psu jego chłopi oczy batem

wybili, potem ukradli mu źrebię —

(psu, bo szedł drogą; źrebię, bo się dało) —

wreszcie spalili mu krescencję8 całą.

To zniechęciło go i osiadł w mieście,

gdzie z artystami żył, bo lubił sztukę.

Jednego, rubli mu na miesiąc dwieście

dając, wyprawił do Włoch na naukę.

Lecz nagle z banku pewnego w Trieście

dano mu słodką do wypłat prynukę9,

każąc zapłacić przez pozwy naglące

na sfałszowany podpis dwa tysiące.

To go zmieszało tak, że horoskopów

już nie pytając żadnych, co mu radzą,

wyrzekł się swojskich panien, sztuk i chłopów,

okno idei zasmarował sadzą,

jeszcze raz złotu przypatrzył się snopów,

jeszcze raz spojrzał, jak kartofle sadzą,

i z swym ojczystym rozstawszy się polem,

zakupił willę gdzieś pod Neapolem.

Tę willę wielkim otoczył parkanem,

parkan zaś cały oplótł żywopłotem;

wewnątrz park kwieciem ustroił różanem,

pąsem kaktusów i pomarańcz złotem;

postawił namiot pod chłodnym platanem,

zawiesił miękki hamak pod namiotem,

i wodzie w lilie ubrawszy krawędzie,

flamingi na nią puścił i łabędzie.

W alejach parku, w cyprysowych cieniach,

rozstawił białe boginie kamienne;

na okwieconych stały podniesieniach

prześliczne, nagie, nieruchome, senne...

Srebrzyste w srebrnych księżyca promieniach,

w promiennej słońca jasności promienne,

na tle drzew ciemnych bieliły się cudnie,

blade wśród nocy, świetlane w południe.

Z parku miał widok na morza błękity,

na ściany Capri, co się lśnią i bielą,

na Wezuwiusza płomieniste kity,

na w mgłach różanych widny10 Sant’Angelo — —

widok miał bardzo piękny i odkryty,

i nieraz, siedząc nad morską topielą,

cieszył się, patrząc na przejrzysty lazur,

że żaden w parku tym nie bywa Mazur.

Miał także własną łódkę, którą czasem

płynął na morze, kiedy woda gładka

była tęczami świecącym atłasem.

Zawsze mew za nim leciała gromadka,

którym jeść rzucał, i nad łodzią pasem

krążyły śnieżnym, że łódź jako chatka

zdała się polska pod gołębi sznurem,

jak łąk zielenią, oblana lazurem.

Tam, na wznak leżąc ku niebu oczyma,

nieraz dni całe przepędzał samotnie,

myśląc, że przeszło lato, przyjdzie zima,

albo też myśląc to samo odwrotnie.

Myślał, że czego braknie, tego nie ma,

że tysiąc razy znaczy tysiąckrotnie,

że fasolowy sos robi się z fasol

i że od deszczu ochrania parasol.

Czasem też bawił się wspomnień zabawą,

niejedną złoto- znał i czarno-brewą —

z tych jedna miała pierś lewą i prawą,

a druga miała pierś prawą i lewą...

Tą przeżuwaną znudziwszy się strawą,

patrzał bezmyślnie za skrzydlatą mewą,

albo na nieba patrzał błękit czysty,

albo na spinek swoich ametysty.

A czasem leżąc w łodzi, mimowoli

wracał pamięcią w swoje dawne strony,

do swoich łanów i do swych topoli,

do swoich wiklin — i do Kufke-żony,

która tymczasem Kufkemu kark woli

obejmowała białymi ramiony...

Tak sądził, chwiejną kołysany łódką,

nie wiedząc, że to trwało bardzo krótko...

I wyciągały mu się ku niej ręce

i pierś pękała z żalu i tęsknoty...

Widział jej usta krasne i dziewczęce

i szafir oczu raz srebrny, raz złoty...

Widział jej blade, przejrzyste rumieńce,

półciemnych włosów miękkie, bujne sploty,

i urokami czarujące łono — —

i wkoło wodę pustą, nieskończoną...

Ogromną wodę, po której okręty

szły, białym żaglem świecąc się pod słońce;

przestwór niezmierny i nieogarnięty,

gdzie dusze smutne, błędne i tęskniące,

jako mar11 poczet włóczą się zaklęty

i bóle swoje i skargi palące

topią w bezdennej głuszy i otchłani,

idąc, jak ludzie z ojczyzny wygnani...

Pani Kufkowa wiedziała najpewniej,

że jest kochana wciąż i bez pamięci

z wszystkim, co dobre, i wszystkim, co złe w niej,

nawet myślała o tym nie bez chęci;

sądząc, że wielce się przez to „królewni”,

„anielkowuje”, podnosi i święci,

i że z Henrykiem, co gdzieś dla niej kona,

jest ponad wiele kobiet — wyróżniona.

W jej biurku leżał list. Miał z Bazylei

pieczęć, pisany być musiał w wagonie.

List ten brzmiał: „Pani! Więc reszta nadziei

jak kamień w wodzie niezgłębionej tonie?!

Więc tak?! Huczące wśród śnieżnej zawiei

Alpy mi zdają się walić na skronie — —

Więc tak?!... Napróżnom serce wydarł z piersi

i do nóg cisnął ci... Lecz czyż my pierwsi?...

I tylko nie wiem, czemu w mojej duszy

jest ból, jak gdyby pierwszy ból na ziemi?

Czemu to serce tak się rwie i kruszy,

jakby wszystkiemi mękami ludzkiemi

cierpiało we mnie... Czemu tej katuszy

we mnie zwyczajna ta myśl nie oniemi,

że serca mrą z boleści, lecz powoli,

zapominają o tym, co je boli?

Tylko w nich smutek pozostaje cichy

i dziwna smętność marzeń — — bo ja to wiem,

lecz dziś jest we mnie bunt i piekło pychy,

i żal, serdeczny żal... Ach! nie wypowiem

ile jest we mnie żalu... Ot, jak lichy

robak ci do nóg pełzłem — — życiem, zdrowiem,

krwią, mózgiem, sercem byłbym o twe szczęście

walczył... wolałaś z bogatszym zamęście...

Ja sam już nawet nie wiem dobrze, kto to

bezmiłosiernie z mych rąk cię wyrywa?

Nic nie wiem, czuję tylko, że mię gniotą,

że jakaś krzywda mię łamie straszliwa,

że mi się serce bólem i tęsknotą

rwie, że z mych piersi krew ucieka żywa,

że... sam już nie wiem, co piszę... pod czołem

wszystko mi nagle stało się popiołem.

Zrobiłaś duszę mą jedną ruiną,

pełną strzaskanych kolumn, gruzu, łomu,

najświętszy ołtarz mój oplwałaś śliną,

z kraju wygnałaś mnie i z mego domu — —

wszystkie me czucia, wiedz, przez ciebie giną,

nie znam już prawdy, nie znam wstydu, sromu12,

nie wiem, co żadne święte słowo znaczy,

nie znam na świecie nic — oprócz rozpaczy...

Jak pies u nóg twych chciałem leżeć, stopy

całować twoje i jeszcze to sobie

mieć za raj szczęścia... Dziś — pół Europy

dzieli nas... O ty!... Wszakżem twoje obie

ręce na szyi miał... Jak światła snopy

na łąkę lecą o porannej dobie:

tak mi z twych oczu szedł blask w głębię ducha...

Dziś co?... Ta pustka Alp dokoła głucha...

Pamiętasz? Nie raz to i nie dwa razy

mdlałaś w ramionach moich, o Irenko,

niezrozumiałe mi szepcąc wyrazy

i włosy moje plącząc drżącą ręką...

Chciałażeś tylko zmysłowej ekstazy?

Upojeń? Szału? Tak?... Ach! Jeszcze miękką

twą kibić czuję tu, na moim ręku,

przegiętą, w włosów rozsypanych pęku...

I czuję ciepło twego ciała jeszcze,

ciepło twych westchnień i spojrzeń, o droga!

Jeszcze na rękach cię tu mam i pieszczę,

pieszczę, całuję... Na żywego Boga!

Jak ból to serce w rozpalone kleszcze

chwyta, jak burza grzmi po Alpach sroga,

jak się te góry po jeziorach dwoją:

tak ci przysięgam dziś, że będziesz moją!...”

Ten list rok leżał u pani Kufkowej

w biurku; przez ten czas Henryk na wsi bawił13,

potem wyjechał, zaś ona miodowy

czas przepędzała w Nizzy, gdzie się pławił

pan Kufke w morzu i kwiatach. W okowy

Amor go srogie wziął i srodze dławił,

bo wśród akacyj chodząc i wśród bluszczu,

pan Kufke stracił dziesięć funtów tłuszczu.

A żona nie utyła... Rok upływa,

pani Irena jest zawsze powiewna.

Mówią, że trochę ma wstrętu do — — piwa...

Mówią — — lecz rzecz to nie jest wcale pewna...

Ludzka złośliwość jest taka złośliwa...

Dość, że po świecie chodzi jak królewna,

a przy niej, kufa14 z piwem przy kolumnie,

jej mąż, pan Kufke, poważnie i dumnie.

(Miał sto tysięcy rocznie.) Nieczytany

list leżał w biurku; lecz raz, gdy na balet

mąż poszedł, ona swej garderobianej

chcąc wybrać jedną ze starych toalet15,

w swym buduarze16, w którym wszystkie ściany

świecą tęczami wachlarzów i palet,

otwarła biurko, gdzie kluczyki kładzie,

i list przypadkiem spostrzegła w szufladzie.

Wzięła i zbladła trochę i z powrotem

chciała położyć — wyjęła z koperty

i jęła czytać te słowa, z łoskotem

wielkim pisane, bez logiki, per ty.

Zarumieniła się, znów zbladła, potem

zgarnąwszy nowych „Mód paryskich” sterty,

usiadła na fotelu z listem w ręku,

przegięta, w włosów rozsypanych pęku.

Siedziała długo, w tył schyliła głowę,

list na kolana padł, ręce jej zwisły;

przez twarz jej bladą szły ognie pąsowe,

i pierś wznosiła się w sukni obcisłej.

Dreszcze ją jakieś wstrząsały nerwowe

i w oczach jakby dwie wielkie łzy błysły — —

przycięła usta i nogę na nogę

kładąc, westchnęła... List spadł na podłogę.

Siedziała długo. Wtem ozwał się dzwonek — —

drgnęła, wydęła usta, marszcząc czoło,

i list włożyła między stos koronek.

Mąż wrócił. Wyszła z twarzą niewesołą,

siadła do stołu i, biorąc za trzonek

widelca, naprzód przyjrzała się wkoło

ścianom, obrazom, zwierciadłu, papudze,

a potem rzekła z wolna: „Ja się nudzę”.

„Nudzisz się, żonko?! Mieć takie pokoje!

Nikt nie ma mebli ładniejszych w Warszawie!

Nudzisz się?!” — „Nudzę.” — „Chcesz, to, serce moje,

nowe obicie do salonu sprawię?”

„Nie.” — No to może pojedziem oboje

na przykład do Berlina? Nie? To wstawię

w twoją rubrykę — — nie? To nie mam — słów już!

Cóż chcesz?” — „Chcę widzieć Baje i Wezuwiusz”.

„Baje? Lecz baja17 jest dawno niemodną,

nikt już nie nosi bai i — —” Spod oka

patrząc, Irena rzekła na to chłodno:

„Baje — to, mężu, jest morska zatoka,

nie sukno; chcę tam brać kurację wodną.

A zaś Wezuwiusz — to góra wysoka,

wulkan, nad Neapolem. Pojedziemy?”

Mąż skinął głową czerwony i niemy.

Tymczasem Henryk znudził się w swej willi

i na operę poszedł: grano Mignon18.

Wtem, gdy w antrakcie19 widze brawo bili,

łaskawą darząc artystów opinią,

spojrzał do góry — i w tejże go chwili

dreszcz przebiegł: ujrzał za jakąś Wirginią

rzymską, cud — — chyba poszła na paradyz20

Eunice — (czytał był właśnie Quo vadis).

Jak się zapoznał z nimi, mniejsza o to;

dość, że niedługo cudny skarb dziewczęcy

nabył od matki gotówką za złoto,

dając w ludwikach franków pięć tysięcy.

Dziewczyna poszła do willi z ochotą,

był to zaiste dla niej los książęcy,

a nadto matka ze stryjem Briganti

chcieli ją sprzedać w „Casa Fioravanti”.

Viola poszła z domu z obcym panem

w brudnej sukience, w podartej koszuli;