Bal u Salomona
szkic
Słonecznej pamięci
Jana Piotra Morela1 z Neuchâtel
To dopiero piszczałki się skarżą, to dopiero mruczą bębenki
szurum-burum zalotne, to dopiero cienie na cieniach,
barwy niewygotowane,
i kształty niepoprzebierane,
jeszcze nie!...
jeszcze nic —
świat jak puste skrysztalenie zieleni,
jak łąka przed przelotem jeleni,
jak trumna albo gramofon za szybą.
O, jakim mikro- czy teleskopem
utrafić mi w tę salę złocistą,
w ten dom, do którego ciągnie tłum jak do kościoła,
w ten wysoki dom w ciemnej ulicy,
pełen drżenia i tajemnicy...
jaką harmonię wziąć i jakim być harmonistą,
ażeby dalekość sali
tak się paliła, jak pali,
żeby dźwiękami te kandelabry poprzepaczać2,
łuki okien poprzeinaczać,
ażebym wiedział, umarły przyjacielu,
że to był właśnie ten dom?
Jeśli ten dom ma być predyluwialnym3 grzybem,
grzybem grozy, co rośnie z godziny na godzinę,
to po co pośpiech ten, niech w wilgoci dojrzewa nasienie —
wolno wolno
nasienie drżenie.
Świat to drżenie.
Potem — mógłbym powiedzieć, że kręciły się globusy muzyk
i ludzie wchodzili do domu, ale jeszcze myśli nie mieli jak meduzy.
Klimat? mróz wtedy był trzaskający,
jedna z tych chwil przelotnych, gdy Bóg jest siny od chłodu,
a czasem w paszczę kominków przemienia swe niezmierzone ciało —
i przed paszczami kominków
siedziały żony, ojcowie, dzieci,
tuż przed paszczami.
Może i księgi wtedy czytali spokojni studenci,
stojąc, pełne spokojnych kart w złotej cytrynie światła
i światło — miłość przedmiotów — płynęło sokiem zachwytu,
napływającym do głowy.
Ach błękit, ach mszalne dociekania, ach to, co się czepia brzóz...
Świat jak pokój dziecinny pełen był wtedy zabawek
(strasznych nianiek jeszcze nie zdemaskowano),
jak równia pochyła z infuzorii4;
drzewa jeszcze szumiały,
i niejedno miało serce z prawej strony.
Na peryferii zdarzeń
ważyły się wtedy miraże,
każdy motyl miał swoje miejsce,
każdy żuk swego patrona,
każda woda swój zachwyt należny,
błękit jeszcze nie był taki okrutny,
a śnieg jeszcze nie był taki śnieżny
i ja nie byłem jeszcze taki smutny —
daleko od balu u Salomona5...
Jeśli opóźniam jądro tematu,
nie gniewaj się.
Pozwól mi jeszcze włosy trochę w dzikim winie zawikłać,
moje bezradne ręce
pozwól w przeszłości zanurzyć jak w piosence
z małym refrenem „nie gniewaj się,
weź mnie na piersi swoje i nie wydaj światu”.
Jeszcze przez chwilę bądźmy drzewem pochylonym,
wodą, słońcem, bezbolesnym początkiem tematu.
Jeśli to wszystko piszę, moja maleńka żono,
złoty, maleńki boże mój,
to przecież wiesz, że są nam potrzebne pieniądze
i że mąż musi krzyczeć, ażeby był szczęśliwy,
i że chciałby pomóc milionom,
i że chciałby się nad innych wywyższyć,
i że jeszcze ma takie sprawy na sercu,
które muszą być wypowiedziane,
wydarte i skonstruowane,
i szumiące jak drzewo,
jak podróż do Taorminy6.
A jeśli to nie ta noc, o której marzę od lat
(te słowa zwracam do ciebie, Książę Nonsensu),
to powiedz od razu, po prostu,
nie będziemy oceanów owijać w bawełnę.
Wsparty na Watermanie7,
jak pielgrzym odejdę w otchłanie
absolutnego zwątpienia,
gdzie nie rośnie nic
i nic się nigdy nie zmienia...
Ale ja zawsze wierzyłem, że człowiek
choć raz może się zakręcić jak niebo
i dłużej niż na sekundę.
Jeśli rymów w tym, co piszę, jest mało,
to dlatego, że mało słodyczy w życiu.
Nad lustrem się kręcę
na małych skrzydełkach
jak kapłan-karzełek u swego ołtarza;
ołtarz mnie przeraża,
wzrok mój mnie przeraża —
muszę być po prostu chory,
bo mam dużo wódki w sercu.
Na zielone wianki
przyjdzie jeszcze czas:
dom kochanka, kochanki:
obłok, niebo, las.
Napełnimy szklanki
w przedwieczorny czas
i spokojne usta w wino
pochyli chwila,
świat na chwilę zasuszy nas
jak Biblia motyla.
Pisałem już, pisałem,
się oddawałem różnym pomysłom —
i komedię napisać chciałem8,
ale nic z tego nie wyszło.
Zostało rękopisów miasto,
ciasny pokój i mała żona,
i ten pies, co chodzi za mną od lat trzynastu,
ten bal u Salomona.
Co do komedii — trochę żal:
cienista loża, jasna kasa,
a potem raut i frak, i bal...
toby dopiero człowiek hasał!
Świat bym nazywał miłą zmorą
przez kryształ auta pełen blasku...
Lecz trudno — może jestem tylko quasi-prorok9
nie do komedii, lecz do osamotnienia, do wrzasku.
Jak pająk, co pajęczynę wysnuwa,
owijam się w nieprzeniknioną syntaxis10 —
co za rozkosz, co za rozkosz: świat ginie...
może już jestem w Taorminie,
kropla rosy na różanych pączkach;
boję się, że za chwilę żona znajdzie w kominie
tylko pajęczynę i pajączka.
Oczywiście, że nie mamy do czynienia z hołotą —
napływającą ciżbę zabawiał majordomo11.
Kto miał złoto, dostawał poduszkę złotą,
a wszyscy pytali, gdzie Salomon.
Majordomo był pijany potem,
stał przed bramą — już przy wyjściu pod gwiazdami —
i przemawiał do wchodzących z innego świata słowami,
coś jak ja — takim muzycznym bełkotem.
Ha, bo może go muzyka upiła,
te tony od orkiestry, od wielkiej sali,
orkiestry, która się pali i doskonali,
z każdą chwilą rośnie orkiestry siła.
Ale to jeszcze nie jest środek koncertu...
Dyrygował orkiestrą Sztok12, były marynarz.
W programie była dobra nowina,
że to wszystko, co stoi13 w programie,
wykona się, albowiem muzyka nie kłamie.
Mówiłaś, że tam były pajace,
froterujące posadzki,
i okna jak kryształowe pałace,
i ciemnozłote galerie dla przechadzki.
Ha, wszystko, widać, było, co musiało,
a to, co piszę, to tylko to, co zostało.
Strawinskij14 (wybacz, że tak bez „Mistrzu”, cynicznie),
ty byś lepiej te bębenki oddał przedwstępne,
te pierwsze chwile dziecinne, bezzębne,
te zarysy preludyjne15,
te profile, jak mówi dziennikarz, elegijne16...
pierwsze muzyki jak świętojanki17 wylatują zza stor —
bo ty mówisz nie chór, tylko chor,
a to — oceaniczniej.
Ty byś wiedział,
jak podciąć gwiezdnołapego niedźwiedzia
i jak tknąć końcem fajki
w niezapominajki, w bajki,
w takie tony, które jeszcze nic nie znaczą,
ale piękne są i już jak dorośli płaczą.
Ja nie wiem, czy na posadzce były ornamenty,
czy alegorie w powale —
ktoś może zdzielił mnie przez łeb jak chama,
a może byłem po prostu czym innym zajęty,
nie wiem — może znów chciałem pisać dramat...
Dziś tylko jak fale ciepłego złota
widzę tę salę,
jak bibliotekę ciepła
odnalezioną po długim marszu rudymentów18
w chaszczach, w polu poleskim19, kiedy się umierało od mrozu.
Książęta, pamiętam, się izolowali,
ale niejeden przystanął,
gdy saksofon trzasnął ton, od którego się rodzona matka przypomni,
a potem znów chodzili, każdy po swojej sali,
złociści i ogromni,
w swych przezroczystych pelerynach,
jakby w astralnych20 mandolinach,
jak gdyby saksofon nie był godzien
opiewać śmierci pajączka (?).
Niebo jest mroźne i sine;
jeszcze przed chwilą szkła w szybach były mleczne,
a teraz — popatrz — niebieskie.
Niebo przepływa wzdłuż szyb,
— Proszę państwa, komu się nie podoba,
może wyjść przez okno, prosto w niebo.
Każdy za swoją potrzebą.
Jeszcze chwilę zatrzymajmy się nad oknami,
nad oknami, które otwarto —
jak dziwne, że w taki mróz otwarto okna!
Widać, konstelacje odboleśniono,
odboleśniono pejzaże
i te sosny pełne prawie sztucznego śniegu,
co chciałyby wejść do sali.
Jeszcze wytłumaczę, jeszcze wytłumaczę
ten prosty sekret:
cienie na śniegu są tylko spostrzeżone,
sosny na śniegu zostały odboleśnione,
a wszystko stanowi ciepły mróz wspomnienia.
Master of Revels21 ciągle siedział przy telefonie.
— Instrukcje — mówiono w kole.
Głos musiał dziwny być po tamtej stronie,
bo słyszałem go aż przy mym stole.
— Niczego — mówił głos — nie żałuj,
nawet piccolo-fletu, nawet cierpienia,
a rozpyl wzdłuż szyb zapachy winne,
niech ściany sal będą co chwila inne,
aż do znużenia,
jak zapach róż nad Sodomą22.
A wtedy przyjdę i zniknę w innych cieniach...
— Kto mówi?
— Hallo!
— Salomon.
Pewien lord, który nie mógł trafić do wejścia
(majordomo był coraz pijańszy),
nagle krzyku narobił w ogrodzie.
Miał ze sobą tomik giełdowych sonetów
i laskę ze starożytną gałką.
Tedy23 damy lały go „Apollinaris”24,
a on ciągle bełkotał bez sensu,
że się boi strasznego sensu.
Jakiego strasznego sensu?
I wskazywał na gałąź jedliny, co się chwiała.
Bo to noc takie znaki dawała.
Dużo śmiechu było nad tym lordem.
Master of Revels wpadł na pomysł plagiacki:
kazał złotem przesypać posadzki
i wiśniami przystroić zwierciadła,
potem chłopcom kazał tańczyć bezruchami
na tym złocie, między tymi zwierciadłami.
I tańczyli jak zwierciadła, jak widziadła
owi chłopcy, nieśmiertelne kolana.
Muzyka wisiała nad tańcem lekko kolorowana.
A wiśnie tak pachniały, tak pachniały,
że się panny niektóre poprzestraszały,
żeby z wisien nie wyszedł Proteusz25.
Pewien generał bardzo się żalił:
— Pederaści, panie, na sali.
Kiedy chłopcy swoje odtańczyli,
roznoszono ciasta w konchach26;
każdy szczypał swój fragmencik idealnie,
a najwięcej żarł dyrektor rzeźni rytualnej27 —
cały w koronkach.
— Gulistan28 — mówi — to ogród róż,
w ogrodzie — mówi — strumienie.
Róże? na skronie — mówi — róże włóż,
strumienie — mówi — to cienie.
Kto mówi? — mówi. — To kilka chwil.
Świat — mówi — jak lalka znika.
Ach, to nic — mówi — to tylko tryl29.
Kto mówi? Mówi muzyka.
Jeszcze się podnieś, jeszcze się schyl,
przebiegnij po klawiaturze.
To nic nie znaczy, to tylko tryl,
to tylko z trylów róże.
To są te gaje prawdziwych snów,
te dłonie i te dotyki,
i to, co wznosi się, i znów, i znów
plastyczniejące muzyki.
Nie krzycz, nie trzeba — już tyle lat...
to wszystko nic nie znaczy...
Widzisz te mgły? te mgły to świat,
to jest krew twej rozpaczy.
I znowu w górę, i znów, i znów
wyrastającym trylem;
a może dosyć trylów i słów?
poczekaj, jeszcze chwilę.
Jeszcze chwileczkę małą jak tryl,
świt także będzie wkrótce.
Słabnij czy mężniej, wątp czy się sil —
śmierć zagra ci na dudce30.
Gulistan — mówi — to ogród róż,
w ogrodzie — mówi — strumienie.
Potem zarządzono małą przerwę, takie chwilki,
kiedy bezrobotni sprzedawali motylki.
I motylków było tak dużo!
Nie wiedzieć już, czy nie z muzyki wyleciały
te motylki, te 89, te madrygały31,
100 000, very much32, bardzo dużo.
Dzieci, które na bal wpuszczono,
niosły w palcach swoją duszę zachwyconą
i śpiewały, i klaskały, i wołały,
że te motyle latały.
Master of Revels skarżył się, że za mało roślinności,
że bardzo dekoracyjne są pnącze33,
a co do woni, że babka wielkanocna
więcej w sobie mieści zapachu,
że za mało przyszło znakomitości
i że mało ogniste poncze.
Mówiłem: — Niech pan tylko w siebie wierzy!
muzyka lub wino wszystko rozszerzy.
I miałem rację jak zwykle: