O dwóch takich, co ukradli księżyc
Rozdział pierwszy, w którym ujrzymy miasto rodzinne Jacka i Placka
Pięć mil1 dalej, niźli2 kiedykolwiek doleciał najodważniejszy wróbel, wśród czterech drzew, nad bystrym potokiem, w którym nigdy nie było wody, stało bardzo stare miasto, sięgające odwiecznych czasów. Musiało ono być stare, bo na dachach domów wyrosły srebrnozielone brody mchów, a wieża kościoła była bardzo pochylona na lewą stronę; jedni mówili, że z tej strony wisiał większy dzwon i swoim ciężarem ją przechylił, inni natomiast przypisywali to sędziwej3 starości. Miasteczko to nazywało się Zapiecek. Jest to nazwa skromna, bo skromni w tym mieście mieszkali ludzie, dobrzy i poczciwi. Chwalili Pana Boga i wiedli pracowity żywot. Nikt o nich nigdy nie słyszał ani nikt się o nich nie troszczył, nikt z tego miasta nigdy nie wywędrował ani nikt do niego nie przyjeżdżał, bo nie było po co. Do słynnego Pacanowa, które jest na świecie sławne z tego, że w nim kują4 kozy, przyjeżdżali najwięksi panowie, a król, mieszkający daleko we wspaniałej stolicy, raz na rok zapytywał:
— A co tam słychać w Pacanowie?
Kiedy mu odpowiadano, że wszystko szczęśliwie i że burmistrz jest zdrów i dobrze wygląda, król się przyjemnie uśmiechał i dalej rządził.
A o biednym Zapiecku nikt nic nie słyszał ani nikt o nim nie wspominał. Ja też byłbym o tym mieście nic nie wiedział, ale sto trzy lata temu, kiedy wędrowałem po świecie, zajechałem przypadkiem do tego miasta, w którym mnie serdecznie powitano. Równie serdecznie i z wielką wrzawą powitano tam i mojego konia, bo ostatni koń zdechł tam przed dwustu laty z głodu i od tego czasu ludzie konia nie widzieli, tylko najstarsi opowiadali sobie, że takie wspaniałe zwierzę istnieje na świecie.
W tym to mieście dowiedziałem się najróżniejszych historii, które zapisałem i teraz ogłaszam je w książce.
W tym mieście ludzie byli bardzo biedni, choć ciężko pracowali; na polach jednakże więcej było kamieni niż zboża, a na czterech drzewach rodziło się jedenaście jabłek, jeśli rok był bardzo urodzajny, albo nic się nie rodziło. W strumieniu nigdy nie było wody, tak że nawet żaby, których jednego lata było aż siedem, wywędrowały bardzo zniechęcone, więc podczas letnich wieczorów było smutno i cicho. Bociany, obawiając się, że zginą z tego powodu śmiercią głodową, omijały Zapiecek i leciały wszystkie do stolicy, gdzie na placach i ulicach tyle było błota, że tam łatwo mogły znaleźć wiele smakowitego jedzenia, co skacze na długich nogach.
Zapiecek był bardzo smutnym miasteczkiem, tym smutniejszym, że burmistrzem był w nim stolarz, który robił trumny, więc się nigdy nie śmiał z tego powodu. Nie miał on jednak wiele pracy, bo ludzie tam rzadko umierali, raz na sto lat, bo żyli wstrzemięźliwie5, mało jedli i ciężko pracowali. Może dlatego byli bardzo chudzi, tak że kiedy wiał silny wiatr, brali w ręce wielkie kamienie i chodzili tak obciążeni, aby ich nie porwał, albo chodzili gromadą, trzymając się za ręce. Jednak bardzo kochali swoje miasto i byli z niego dumni, choć nie było w nim wesoło.
Z domowych stworzeń trzymały się tam tylko muchy, choć nikt nie wiedział, czym się karmią i jakim cudem żyją. Był tam też pies, baran i kogut. Pies był to kudłaty, poczciwy kundel imieniem Łapserdak6, wielki dziwak i oryginał. Nikt nigdy nie widział, żeby ten pies jadł cokolwiek, nikt też nie miał do niego pretensji, że nie szczekał, nie biegał i nie wywijał ogonem. Przez cały dzień spał i czasem tylko uśmiechał się przez sen.
— Śni mu się kiełbasa! — mówili wtedy dobrzy ludzie.
Było to jednak niemożliwe, Łapserdak bowiem w całym swoim życiu nie widział kiełbasy i nie wiedział, co to za cudo. Inni twierdzili, że biedny pies z wielkiego głodu zwariował i śmieje się bez sensu. Było to też nieprawdą, pies ten bowiem był zwierzęciem nadzwyczaj mądrym, trzeba bowiem być mędrcem, aby żyć, nie jedząc. Najprawdopodobniejsze jest, że powolnym ćwiczeniem odzwyczaił się od jedzenia albo też jadł trawę, wbrew swojej naturze. Widziano jednak, że pił wodę, kiedy po wiosennych roztopach płynęła w strumieniu; kiedy jej nie było, wtedy cierpliwie oczekiwał deszczu; w chwili zaś, gdy lunęła ulewa, Łapserdak zadzierał głowę do góry, otwierał szeroko pysk i w ten prosty sposób łapał wodę. W nocy patrzył smutno w niebo z taką miną, jak gdyby liczył gwiazdy, jednak miał tak mało sił, że nie wył nawet na widok księżyca w pełni, co jest obowiązkiem każdego uczciwego psa.
Ludzie go bardzo kochali i byli dumni z takiego psa filozofa, on zaś nawzajem kochał ludzi. Był to zresztą jeden z nielicznych psów na świecie, który nie miał pcheł, nie było bowiem pchły tak lekkomyślnej, która by się sama chciała skazać na śmierć głodową, obrawszy sobie mieszkanie w lesie kudeł poczciwego Łapserdaka. Wszyscy go znali, on również znał wszystkich, co nie było jednak sprawą trudną, gdyż w mieście tym niewiele było mieszkańców. Głodny jest zawsze bratem głodnego, więc miłość była obopólna. Ten dobry pies nie uległ nigdy namowom i naszczekiwaniom z dalekich stron, wołającym go do bogatych ludzi i do tłustego jadła. Był przyjacielem tych, z którymi pędził nędzne życie i smutne dni: nie jadł on, bo i ludzie byli głodni, ale ich nie opuścił. Tak wiernym w niedoli potrafi być tylko poczciwy pies i jeszcze jedno stworzenie: wróbel. Jest to najlepszy ptak na świecie; łobuz i urwis, kiedy jest wiele do jedzenia, ale i wierny przyjaciel w dniach klęski. Kiedy przepiórki, spasłszy się w zbożu, kiedy inne ptaki, objedzone i zażywne7, odlatują na zimę, wróbel, dobry patriota, ani nie pomyśli o tym, aby opuścić swoich dobrych przyjaciół ludzi, wśród których się urodził i wychował. Cierpi głód, na śmierć często zmarznie na mrozie, ale nie odleci, a na wiosnę kozły fika w kurzu ulicy, zadowolony i rad. Toteż kiedy w zimie wróble są w wielkiej nędzy, zawsze przełamuję mój chleb na połowę i sumiennie się z nimi dzielę.
Nie mogłem jednak poratować biednego Łapserdaka, bo miasteczko Zapiecek znajduje się na końcu świata i trzeba było do niego wędrować przez siedem miesięcy. Po stu latach od tego dnia, kiedy go widziałem po raz ostatni, już nie żył. Jeżeli byłby dotrwał jeszcze kilka lat, to byłby dożył lepszych czasów, bo już tam ludzie jeżdżą, aby ujrzeć to wspaniałe miasto, i przywożą ze sobą jedzenie: ser, chleb i jaja na twardo.
Z żywych stworzeń w tym mieście najdziwniejszy jednakże był stary kogut, bardzo piękny i dumny. Nie groziło mu nigdy żadne niebezpieczeństwo, trzeba było bowiem mieć stalowe zęby, aby go można było zjeść, a ugotować by go można chyba na ogniu piekielnym, tak był twardy i łykowaty z powodu sędziwego wieku. Był on powodem wielu nieporozumień i zamieszek w przyrodzie. Wiadomo, że słońce wtedy wschodzi, kiedy zaczynają piać koguty, dając tym znak, że czas już rozpocząć pracowity dzień. Kogutowi w Zapiecku musiało się jednakże z głodu albo też z nazbyt sędziwego wieku coś pomieszać w bystrym rozumie, bo czasem, z niewiadomego powodu, zaczynał przeraźliwie piać wśród ciemnej nocy. Słońce jednak nigdy wtedy nie wschodziło, bo wiedziało, że zaszła jakaś pomyłka; ludzie jednak wstawali, dziwiąc się bardzo, dlaczego nie jest jasno, bowiem bardzo wierzyli swemu zasłużonemu kogutowi. W całym mieście nie było zegara, byli więc przekonani, że kogut się nie pomylił, tylko że ze słońcem coś się popsuło.
Ten szlachetny ptak żywił się w tym głodnym mieście piaskiem i wapnem, które odłamywał ze ścian domów, tak że po wielu latach wszystkie domy, na wysokość wzrostu koguta, wyglądały tak, jakby odarte ze skóry. Był to ptak powszechnie bardzo szanowany, gdyż wobec zupełnej bezradności psa on pełnił rolę stróża i wszystkich wrogów miasta napawał srogim lękiem, zbrojny8 w wielką ostrogę9 i głos tak chrapliwy jak trąba jerychońska10. Wprawdzie to wygłodniałe miasteczko nie miało wrogów, ale wszystko się mogło zdarzyć w owych czasach, kiedy królowie wiedli ze sobą wielkie wojny. Wojna między miastem Wroniogon a miastem Zgniłaśliwka wybuchła o to, że król jednego miasta tak głośno kichnął, że przestraszył śmiertelnie kozę królewską w drugim mieście.
Miasteczko Zapiecek nie chciało jednak wywoływać żadnych wojen, bardzo spokojne i zgodliwe11. Jego dobrzy mieszkańcy prosili Boga jedynie o kawałek chleba i o odrobinę wody i jakoś żyli, nie krzywdząc się wzajemnie. Uprawiali oni rozmaite rzemiosła12, pracując pilnie i powoli, nie było bowiem zbytniego powodu do pośpiechu. Był wprawdzie w tym mieście szewc, ale w swoim życiu zrobił tylko jeden but dla pana burmistrza, bo na drugi zabrakło już skóry. Był wprawdzie kowal, ale ponieważ nie miał nic do roboty, więc w wolnych chwilach był listonoszem, ale że nikt nie wysyłał żadnych listów do tego miasta i nie było tam żadnej poczty, więc ten pracowity człowiek postanowił zająć się dojeniem krów i czekał już od wielu lat na to, aby ktoś sobie kupił krowę, na co jednak nie można było bardzo liczyć. Najwięcej do roboty miał krawiec, który jednak od wielu lat nie uszył nowego ubrania, tylko skracał i przerabiał stare, z ojca na syna. Każde ubranie przechodziło po wiele razy przez jego ręce, więc znał każde doskonale i mógł je przerobić z zamkniętymi oczyma.
Jednakże najsmutniejszym rzemieślnikiem w tym nieszczęśliwym mieście był Józef Salceson, rzeźnik. Od wielu, wielu lat czekał on na ten wielki dzień, w którym będzie mógł zarżnąć jedynego w Zapiecku barana, który się zwał Kapcan. Ponieważ jednak baran miał twarde życie i był zwierzęciem bardzo pożytecznym, więc ani sam nie chciał zakończyć życia, ani też jego pan nie chciał mu go odbierać. Rzeźnik więc od wielu lat ostrzył tylko nóż i smutnym wzrokiem patrzył na barana, baran zaś, pewny swojego, patrzył wesoło na rzeźnika i czasem figlarnie13 mrużył prawe oko. Rzecz oczywista, że rzeźnik ten, nie mając zajęcia, byłby zginął z głodu, gdyby nie to, że oczekując na baranią śmierć, postanowił zająć się łowieniem ryb, co również okazało się po pewnym czasie zajęciem mało korzystnym, gdyż w strumieniu nie było wody, a ryby tego bardzo nie lubią. Biedny rzeźnik porzucił przeto14 szybko i to zajęcie i żył, jak inni mieszkańcy Zapiecka, z małego kawałka ziemi, ciężko ją uprawiając.
Obok mieszkali dobrzy ludzie, którzy też chudo15 żyli z uprawy malutkiego pola. Mąż i żona, zacni16 i łagodni, uśmiechali się do siebie pomimo wielkiej nędzy. Byli sami na świecie, więc bardzo pragnęli mieć dzieci, aby im kiedyś na starość pomogły uprawiać maleńkie pole.
Rodziło się na nim mizerne zboże, a ten dobry człowiek i jego żona drżeli wciąż, aby się jakieś nie przygodziło17 nieszczęście, bo im kto biedniejszy, tym mniej mu się jakoś wiedzie. Chociaż wiecznie głodne wróble rzadko przylatywały w te okolice, wróbla jednak nigdy nie można być pewnym, więc kiedy zboże dojrzewało, człowiek ten stał wśród rzadkich kłosów i udawał stracha na wróble. Łatwo mu to przychodziło, gdyż był bardzo chudy i strój miał bardzo oberwany18. Gdyby przyleciał stary, mądry wróbel, i tak by to nie pomogło, bo wróbla tak łatwo oszukać nie można, ale jakoś się taki nie zjawił.
Żona tego człowieka, dobra i serdeczna kobieta, gorącymi modlitwami zawsze potrafiła to wymodlić, że ani grad, ani burza nie czyniły biedniutkiemu zbożu krzywdy. Tyle tego było, że burza zmięłaby19 to jedną ręką i pożarła jednym kłapnięciem srogiej paszczy. Kiedy się jednak zbliżyła do tych nieszczęśliwych pól, bardzo zła i napastliwa, a zaświeciwszy sobie błyskawicą jak latarnią, ujrzała twarz przerażonej kobiety, aż szarą z wielkiego lęku, wtedy nawet w burzy miękło serce i zamiast pożreć to zboże, litowała się serdecznie i płakała ciężkimi, wielkimi kroplami deszczu nad ludzką nędzą i trudem.
Tych dwoje ludzi żyło pomimo biedy szczęśliwie i w zgodzie ze wszystkimi, bowiem tylko bogaci skąpcy wiodą wojnę o swoje skarby, biedacy zaś mogliby się wadzić20 chyba o to, który z nich dłużej był głodny. Dlatego w miasteczku Zapiecek nikt z nikim nie był skłócony, a radością jednego cieszyli się wszyscy.
Toteż całe miasteczko przyjęło z wielką radością wieść, że się tym dobrym ludziom urodziły bliźnięta.
Rozdział drugi, w którym Jacek i Placek napełniają struchlały świat krzykiem i trwogą
Radość z powodu powiększenia rodziny poczciwego i starego rodu trwała jednakże krótko; spadła na miasteczko jak ulewny deszcz i równie szybko wyschła. Zawsze cieszono się w Zapiecku, ile razy na świat przyszedł nowy obywatel, gdyż Zapiecek zwiększał się i zyskiwał na potędze; dotąd jednak rodziły się tam dzieci grzeczne i ciche, o których nic nie było wiadomo aż do czasu, kiedy podrosły i zaczęły brać krzykliwy udział w życiu miasteczka. Teraz jednak stało się coś nadzwyczajnego: od razu urodzili się dwaj chłopcy i natychmiast po przyjściu na świat rozpoczęli taki wrzask, że całe miasteczko porwało się na nogi; wystraszeni ludzie wybiegali na jedyną ulicę, wypytując się nawzajem, czy się gdzie nie pali. Burmistrz w jednym bucie, zatroskany o los miasteczka, w którym zawsze było cicho i spokojnie, nie wiedział, co począć i jaką znaleźć radę, bo krzyk wzmagał się i stawał się przeraźliwy. Młodym obywatelom nie podobało się widać w Zapiecku, więc darli się wniebogłosy bez rozumnej przyczyny. Nikt w całym miasteczku nie mógł zmrużyć oka.
Uradzono więc naprędce, aby burmistrz, który u wszystkich zażywał21 wielkiej powagi, poszedł do domu szczęśliwych rodziców i — prośbą czy groźbą — zmusił nowo urodzonych mieszkańców do ciszy i spokoju. Rada jednakże była na nic, gdyż młodzi obywatele nie umieli jeszcze mówić ani nie rozumieli ludzkiej mowy. Dostojny burmistrz mógł więc jedynie narazić swoją godność, gdyby go nie usłuchali.
Tymczasem stały się rzeczy tak dziwne, że cały Zapiecek osłupiał, bowiem jak daleko sięga pamięć ludzka, nie wydarzyło się tam nic podobnego. Oto pies Łapserdak, najłagodniejszy z psów, który spał sobie smacznie i od tygodnia nie otwierał oczu, wiedząc, że nic ciekawego nie zobaczy, pies, który od wielu, wielu lat nie wydawał z siebie głosu, przebudził się nagle, słuchał przez chwilę przeraźliwego wrzasku nowych mieszkańców, po czym najeżył się i zaczął wyć tak głucho i takim głosem pełnym płaczu, że ludziom włosy stawały na głowach.
Na cały Zapiecek padł lęk i przerażenie. Niejedno już się zdarzyło w Zapiecku za życia Łapserdaka, ludzie rodzili się i umierali, wybuchł pożar, a raz nawet, podczas dżdżystej22 wiosny, wylał strumień. Były to sprawy wielkiej wagi i mrożące krew w żyłach, Łapserdak jednak, jak gdyby wiedział, że wszystko na świecie przemija, nie przerywał nawet swojego snu i trwał w spokojnej i mądrej zadumie. Teraz jednak, jak gdyby stało się największe z nieszczęść, zawył i mimo mądrych perswazji23 przelękłych ludzi nie chciał się uciszyć. Psy są to stworzenia rozumne i nigdy nie robią niczego bez należytego powodu. Łapserdak zaś był niemal filozofem, bo wiele długich lat przemyślał w wielkim milczeniu, nie dziw więc, że przerazili się wszyscy.
— Nic dobrego z tego nie wyniknie! — rzekł burmistrz ponuro. — To jest zły znak!
— Łapserdak wie, co robi — mówili ludzie.
Nie mieli jeszcze czasu, aby się zastanowić nad niepojętym wzruszeniem mądrego psa, gdy nagle ujrzeli jedynego w Zapiecku barana, który zdradzał wyraźne objawy obłąkania. Wyrwawszy się ze swej stajenki, cwałował przez całe miasto jak przerażony koń, przeraźliwym bekiem napełniając powietrze. Rzucili się ludzie, aby chwycić za rogi szaleńca i powstrzymać go w nierozumnym pędzie, baran jednak, choć bardzo stary i pozbawiony sił, roztrącił wszystkich, wywrócił samego burmistrza i pognał przed siebie. Byłby tak biegł do końca świata, z przerażeniem w wyłupiastych oczach, gdyby, nie widząc niczego w oślepłym zapamiętaniu, nie był wpadł24 na jedną szeroką kobiecinę. Wedle powszechnej mody w Zapiecku miała ona na sobie siedem kiecek, w które się dziki baran tak zaplątał, że legł w bezsile25. Wtedy rzuciło się na niego coś czterdziestu chudych mieszkańców i związali go z wielkim wysiłkiem.
Strasznych rzeczy dokazywał również kogut. Piał, choć to nie była pora na pianie, grzebał nogami ziemię, a nie umiejąc latać, kręcił się w kółko w jakimś opętanym tańcu. Ludzie patrzyli z przerażonym zdumieniem, wróżąc sobie z tego wszystkiego najgorsze rzeczy.
Ale to był dopiero początek. Narodziny dwóch bliźniaków stały się jakimś przeraźliwym zdarzeniem, gdyż nie tylko ludzie okazywali niepokój, nie tylko poczciwe zwierzęta postradały z niewytłumaczonego strachu swój wielki i sędziwy rozum, ale nawet i sama natura wzięła udział w ogólnym zamieszaniu. Ni stąd, ni zowąd wśród pogodnej nocy zerwał się wiatr i jak przed niedawnym czasem obłąkany baran, tak teraz wiatr, który spał w łożysku26 wyschniętego strumienia, porwał się z krzykiem ze snu i zaczął uganiać po Zapiecku. W nierozumnym szaleństwie chwycił za włosy cztery biedne drzewa i zaczął je nielitościwie tarmosić, aż zaczęły drżeć ze strachu i płakać rzewnie.
Wśród liści słychać było wyraźnie płacz i błaganie o litość. Wtedy wiatr, jakby nie wiedział, co czyni, wypuścił je z kosmatych rąk i zawodząc piskliwie, zaczął biegać wśród domów i niecierpliwie odrywał zamknięte okiennice, jakby chcąc zobaczyć, skąd pochodzi ten przeraźliwy krzyk dziecięcy, który go obudził. Zrobił się wrzask i koniec świata: ludzie krzyczeli, pies wył, skrępowany baran beczał, kogut szalał i tańczył, wiatr gwizdał, drzewa płakały, a na dobitek27, zwabione tym hałasem, przyleciały gdzieś z krańca widnokręgu chmury i myśląc zapewne, że w Zapiecku wybuchł pożar, puściły deszcz.
Ludzie pochowali się po domach i nie mogąc zmrużyć oka, rozważali, co by to wszystko znaczyło. Kiedy się narodzi królowi syn, wtedy strzelają z armat, ale nawet wtedy psy nie wyją i koguty nie tańczą, a barana mało to zdarzenie obchodzi. Nigdy się natomiast nie zdarzyło, aby z tego drobnego powodu, jak narodziny dwóch synów u biednego człowieka, srożyła28 się natura. Słusznie więc zatrwożyło się całe miasteczko, bo wszystkie te przeraźliwe zdarzenia oznaczały, że narodziny tych dwóch chłopców zapowiadają smutne rzeczy. Dobre kobiety w Zapiecku orzekły, że to będą dwa potwory albo wyrosną z nich straszliwi zbóje. Tymczasem nasi dwaj obywatele, zupełnie nie zwracając uwagi na to, co się zdarzyło z ich powodu, czynili w dalszym ciągu piekielny wrzask.
Toteż rano, kiedy w pogodny dzień ludzie się stają bardziej odważni, wszyscy mieszkańcy Zapiecka udali się w wielkiej pielgrzymce pod dom poczciwych ludzi, aby się dowiedzieć, co się tam właściwie dzieje. Pies już nie wył, ale czuwał z najeżoną sierścią, baran stał ogłupiały, nie tknąwszy jedzenia, co oznaczało u niego najwyższą rozpacz, a kogut po całonocnym tańcu leżał bez siły i łypał29 oczyma. Gromada ludzi, z burmistrzem na czele, zbliżała się ostrożnie do siedziby noworodków; pod pułapem30 tego mizernego domku gnieździły się jaskółki, ale okazało się, że tej nocy uciekły nie wiadomo dokąd.
Nikt się temu bynajmniej nie dziwił, bo baran jest większy od jaskółki, a także chciał uciec z miasteczka.
W domku było spokojnie.
— Pewnie śpią — rzekł szeptem burmistrz. — Zachowujcie się cicho, dobrzy ludzie, aby ich nie zbudzić.
Wszyscy mieszkańcy stąpali przeto cichutko, a jeden, bardzo odważny, leciutko poskrobał w drzwi, aby wywołać ojca głośnych dzieci. Po chwili zjawił się on na progu, bardzo blady i z zatroskaną twarzą.
— Co się u was dzieje, panie bracie? — zapytał cicho burmistrz.
— Źle się dzieje — rzekł ojciec. — Mam wprawdzie dwóch synów, ale nie wiem, co to z tego będzie. Mają bardzo donośne głosy...
— Tośmy słyszeli — rzekł burmistrz. — Ale dlaczego tak krzyczeli?
— Nikt nie uwierzy dlaczego. Ja sam nie mogłem uwierzyć. Tak są do siebie podobni, że własna matka nie może ich odróżnić, więc jednemu przywiązaliśmy do nogi czerwoną wstążeczkę, a drugiemu białą. Wtedy ten, co dostał białą, rozgniewał się i chciał zerwać bratu czerwoną, bo mu się widać bardziej podobała, a tamten nie chciał oddać. Powstał z tego powodu taki krzyk i rwetes31, że nie było innej rady, tylko zdjęliśmy im tasiemki, aby nie było awantury. Matka płacze, bo się boi, że w rodzinie będzie niezgoda.
— Dziwne rzeczy. A teraz śpią?
— Wcale nie śpią, tylko jeden patrzy nieustannie na drugiego i uważa32, czy ten drugi nie dostał czegoś, czego on nie ma.
— A czy ładne chłopaki?
— Pożal się Boże! Oczy mają bardzo mądre, ale bardzo przystojni nie są. Jeden i drugi ma na twarzy piegi, tak że wyglądają jak nakrapiane33 jaja.
Jeszcze nie skończył mówić, gdy znowu przeraźliwy krzyk rozległ się w domku.
Ojciec wbiegł szybko do izdebki, a po chwili wybiegł bardzo zatroskany.
— Co im się stało? — pytali ludzie dokoła.
— Biją się! — rzekł ojciec z rozpaczą.
— Biją się? To niemożliwe!
— Kto chce, niech zobaczy. Jeden chwycił drugiego za nos, a tamten, choć przecie34 nie ma jeszcze czym, usiłuje mu odgryźć ucho. O, nieszczęście! Co robić, panie burmistrzu?
— W imię Ojca i Syna! — zawołał burmistrz. — Nikt jeszcze nigdy nie pobił się w naszym sławnym i spokojnym mieście. O co im poszło?
— Nie wiem, ale matka mówi, że jeden się drugiemu wykrzywił, ale nie wiadomo który któremu, bo wszystko robią podobnie i równocześnie. O, o, jak krzyczą!
Burmistrz zamyślił się głęboko, potem rzekł smutno:
— A jednak baran miał rację, choć niby głupio wygląda. Marny będzie jego los, kiedy ci dwaj podrosną.
— Pies też wiedział, czemu smutno wył! — rzekli ludzie.
— Czy można ich zobaczyć? — zapytał burmistrz.
— Niech pan burmistrz wejdzie — odpowiedział poczciwy człowiek — ale tylko ostrożnie...
Burmistrz, który już stawiał nogę w bucie na progu, zatrzymał się.
— Dlaczego ostrożnie?
— Czy ja wiem? Na oko są to niemowlęta, ale ponieważ znam ich od wczoraj, więc się boję, czy im przypadkiem nie przyjdzie do głowy, aby obrazić dostojną osobę. Nigdy bym sobie tego nie darował, zacny panie burmistrzu!
— A cóż oni mogą takiego zrobić?
— Tego ja nie wiem — odrzekł nieszczęśliwy ojciec — ale to nie są zwyczajne dzieci.
— Zwyczajne czy niezwyczajne, ale ja jestem burmistrzem i urzędową osobą. Proszę im to powiedzieć.
— Jakże ja im powiem, kiedy nie rozumieją?
— Wszystko jedno! Jeżeli potrafią się czubić, to już oni zrozumieją!
Stało się w istocie coś niesłychanego. Setki ludzi było przy tym i mogą zaświadczyć. Ojciec zwrócił się tam, skąd słychać było nieustanny wrzask, i zawołał głośno:
— Hej, dzieci, uciszcie się, pan burmistrz idzie!
W tej chwili, jak na komendę, chłopaki przerwały krzyk i ucichły. Ludzie się zdumieli, pomyślawszy, że ich burmistrz jest tak wspaniałą i dostojną osobą, iż nawet nierozumne, choć złośliwe stworzenia potrafią uszanować jego godność. Wszedł on do izby bardzo chmurny, powitał biedną matkę obu zabijaków35, po czym skierował na nich groźny wzrok. Patrzył na nich długo, ujrzawszy dwóch maleńkich urwipołciów36 z jarzącymi oczyma, straszliwie piegowatych i okropnie brzydkich. Powoli jednak zaczął się mienić na dostojnej twarzy i czerwienić z wielkiego gniewu; dumny w pierwszej chwili, że jego osoba przeraziła tych nieznośnych chłopaków, ujrzał w tej chwili, że był to z ich strony niegodny podstęp. Leżąc na poduszkach, przekrzywili śmiesznie głowy, a jeden trącał drugiego, jakby mu chciał zwrócić na coś uwagę. Nagle najwyraźniej zaczęli się śmiać, skierowawszy spojrzenie na nogi burmistrza, z których jedna była odziana we wspaniały but, a druga owinięta w stary worek. Obaj podnieśli w górę nogi na znak wielkiej radości i trzęśli nimi z nadmiernej uciechy.
Burmistrz, ujrzawszy, że te straszne dzieci się z niego natrząsają, wybiegł czerwony z gniewu i wołał:
— To są małe diabły, a nie dzieci!
Kiedy opowiedział o wszystkim zebranym mieszkańcom Zapiecka, ludzie zaczęli załamywać ręce.
— Boże — mówili — co z tego wyrośnie?
— A co robi ich matka? — pytały zatrwożone kobiety.
— Płacze! — rzekł burmistrz smutno. — Matka zawsze płacze, kiedy ma takie dzieci. Oj, będzie ona miała z nimi ciężki los!
Wszyscy zaczęli bardzo wzdychać, pomyślawszy, ile utrapień mają matki, jeśli dzieci są złe i nieznośne. Na całe miasteczko padł z tego powodu wielki smutek, bo wszyscy ludzie byli tu dobrzy i łagodni, a dotąd jeszcze nikt nie śmiał się z tego ogromnego nieszczęścia, które spotkało burmistrza, gdyż nie mógł zdobyć buta na lewą nogę. Litując się przeto nad rodzicami tych dziwnych chłopaków, zwołano wielką radę i uradzono, aby ich ochrzcić jak najprędzej.
Cały tydzień minął, zanim się to mogło stać. Przez ten czas miasteczko jednak było w ciągłym niepokoju, gdyż wciąż się w nim rozlegał nieludzki wrzask. Wszyscy wiedzieli, że ci dwaj malcy wiedli z sobą srogie walki o byle co i o każdej porze. Powyrywali sobie tych niewiele włosów, które każde małe dziecko ma na głowie, bili się o miejsce na poduszce, czasem zaś, kiedy się im krzyk uprzykrzył37, zachowywali się wprawdzie cicho, ale patrzyli na siebie spode łba i jeden drugiego pilnował, aby go drugi z nagła nie uderzył w brzuch albo żeby palca nie wraził38 w oko. Biedna matka wciąż płakała, nie znajdując żadnej rady. Przemawiała do nich słodko, całowała i pieściła, ale wszystko to było na nic. Ojciec czasem krzyknął w gniewie, ale wtedy zaczynali wrzask jeszcze przeraźliwszy, jakby chcieli oznajmić całemu światu, że się im dzieje okropna krzywda.
Wreszcie zaniesiono ich do kościoła. Ludzie zauważyli, że kiedy ich po raz pierwszy wyniesiono na świat boży, ukrył się gdzieś poczciwy pies, schował się nieszczęśliwy kogut, a barana nikt nie mógł znaleźć. Za to wszyscy mieszkańcy miasteczka wylegli, aby zobaczyć na własne oczy tych straszliwych chłopaków. Byli oni w złych humorach, bo ich związano w powijaki39, i to bardzo mocno, tak że nie mogli ruszyć ani ręką, ani nogą, inaczej bowiem nie można było być pewnym, czy nie uciekną od drzwi kościoła. Wprawdzie dzieci w tym wieku nie umieją chodzić, ale to nie były zwyczajne dzieci.
Za to w samym kościele zaczęła się awantura. Zanim z plebanii przyszedł ksiądz, strasznie dobry i święty człowiek, zastanawiali się rodzice w zakrystii, jakie im nadać imiona. Widać było, że chłopcy przysłuchują się pilnie i wyciągają uszy.
Ojciec rzekł:
— Jeden niech będzie Antoni, a drugi Kalasanty.
Chłopcy w krzyk.
— Widać, że się im te śliczne imiona nie podobają — rzekła cicho matka, mocno zatroskana. — Więc może Bonawentura i Pantalemon?
Okropny wrzask rozległ się w cichej zakrystii.
— To się im także nie podoba — rzekł ojciec.
Wtedy wystąpił burmistrz i rzekł z powagą:
— Chociaż mnie obrazili, i to bardzo ciężko, przebaczam im jednak, bo jestem w kościele, i dam im dwa śliczne imiona, które w Zapiecku noszą najczcigodniejsi ludzie.
Chłopcy ucichli na moment i nastawili uszu.
— Jakież to imiona, panie burmistrzu? — zapytała matka.
— Gerwazy i Protazy! — rzekł głośno burmistrz.
— Śliczne imiona! — zawołała uszczęśliwiona matka. — Ale czy im się podobają? Robaczki moje, czy chcecie mieć tak na imię? Boże miły, teraz znowu się śmieją!
— I znowu ze mnie! — krzyknął burmistrz. — Ha! Ja się znowu obrażam! Nazywajcie ich sobie, jak chcecie, a najlepiej będzie: Gałgan i Urwis!
Wszyscy zaczęli uspokajać czcigodną osobę, a tymczasem piekarz, który miał dziwną zdolność mówienia wierszami, zapytał nieśmiało, czyby tych miłych chłopaczków nie nazwać wesoło, i ponieważ są tak podobni, czyby ich nie nazwać do rymu: Jacek i Placek?
Wszyscy spojrzeli na chłopaków, a oni porozumiewawczo spojrzeli na siebie, musiały im się podobać te śmieszne imiona, bo nie zaprotestowali swoim zwyczajem straszliwym wrzaskiem.
Chrzest odbył się nad podziw spokojnie, bo staruszek ksiądz miał głos pełen słodyczy i taką anielską dobroć w oczach, że te urwisy nie śmiały z wielkiego szacunku ani pisnąć. Ochrzcił ich, chociaż nigdy nie było świętego Placka, ale mógł być, jeśli był, święty Jacek.
Jednak ten dzień nie skończył się szczęśliwie, bo najdziwniejsza awantura wybuchła dopiero potem. Ponieważ nawet w Zapiecku chrzciny obchodzono zawsze uroczyście, więc i rodzice, choć biedni ludzie, przygotowali na tę uroczystość winną polewkę. Dymiła ona w wielkiej misie na stole, tuż obok łóżka, na którym leżeli Jacek i Placek, rodzice zaś oczekiwali dostojnych gości na progu domku.
Kiedy się już wszyscy zjawili, oczekując na wspaniały poczęstunek, matka nagle krzyknęła z rozpaczy. Polewkę ktoś wypił. Nikogo nie było w izbie, a jednak ktoś ją wypił.
— Ale kto? — zawołali wszyscy.
Nagle burmistrz uderzył się w czoło i wskazując na Jacka i Placka, smacznie śpiących, krzyknął:
— To oni!
Wtedy ludzie cofnęli się z przerażeniem, bo coś podobnego nie zdarzyło się chyba od początku świata.
A biedna matka takich strasznych synów usiadła w kącie i zaczęła gorzko płakać z rozpaczy i ze wstydu.
Rozdział trzeci, w którym dorastają nakrapiane ciała i czarne dusze Jacka i Placka
Po tych niemiłych przygodach wszyscy się spodziewali, że życie tych dwóch chłopców napełni ciche miasteczko zgiełkiem i wrzawą, ale rzeczywistość przeszła najśmielsze oczekiwania. Ilekroć przybył im rok życia, tylekroć miasteczku upływało sto lat spokoju. Byli oni nad podziw sprytni, ruchliwi jak małpiątka, a w Zapiecku i w okolicy na sto mil dookoła nie było dziury, w którą by nie wleźli, ani nie było kamienia, pod który by nie zajrzeli. Dwie wrony, które zapragnęły na starość spokoju i postanowiły się przenieść na mieszkanie w okolice Zapiecka, zaledwie zdołały ujść z życiem, ale bez ogonów, za sprawą tych dwóch chłopców, i dały o tym znać w najdalsze strony, aby żadne stworzenie, któremu życie jest miłe, nie zbliżało się do tych okolic. Krety chowały się głęboko w ziemi, a jeden jedyny zając, który od wielu lat mieszkał w parowie40 o dwie mile za Zapieckiem, miły i dobry zając nazwiskiem Michał Kapusta, szczuty i goniony przez Jacka i Placka jakby przez kąśliwe ogary41, porwał się z głębokiego snu i zaczął uciekać tak nieprzytomnie, że go jeszcze dwa lata potem widziano uciekającego, choć ubiegł już trzy tysiące mil. Był to mądry zwierzak i wiedział, że każdy zając jest podobny do innego, nigdy jednak nie widział tak podobnych do siebie chłopców i to go właśnie tak przeraziło, bo nie mógł zrozumieć, co się dzieje. Uciekał przed jednym chłopakiem w czerwonych porteczkach i z twarzą pełną piegów, a nagle u wyjścia z kotliny zastąpił mu drogę ten sam, który go gonił z tyłu, w takich samych spodenkach i z taką samą twarzą. Kiedy biedny zając zawrócił, znów takiego samego zobaczył, pomyślał więc, że są to straszliwe czary i że już nie ujdzie z życiem. Cudem tylko ocalał, ale mu się coś w rozumie pomieszało i dlatego ucieka do tej chwili.
Ciężkie życie miały jednak zwierzęta domowe, które swoje przyszłe nieszczęścia przeczuły w dzień urodzin Jacka i Placka. Nieszczęsny kogut miał wyrwany piękny ogon, ochrypł z żałości i stracił rachubę czasu z powodu ciągłych prześladowań, także słońce wschodziło nieporządnie, wedle swojego widzimisię, raz wcześniej, raz później, tym bardziej że zegar na kościelnej wieży od wielu lat był popsuty. Wskutek tych nieszczęść nikt nigdy nie wiedział w Zapiecku, która jest godzina. Ponieważ jednak pianie koguta potrzebne jest nieodzownie, aby dzieci wiedziały, czy już czas wstawać i zbierać się do szkoły, więc burmistrz nakazał, aby muzykant Zapiecka, Barnaba Baraniakiszka, codziennie udawał koguta; biedny człowiek czynił to bardzo pięknie, ale nikt nie wstawał, wszyscy bowiem wiedzieli, że to nie kogut pieje, lecz pan Barnaba, który miał czerwoną gębę, więc dlatego mianowano go Kogutem.
Nieszczęśliwy baran, który z przyrodzenia42 miał wyłupiaste oczy, bo wśród baranów takie oczy są warunkiem wielkiej urody, stracił ją niemal zupełnie, bo wszelka przesada niszczy przyrodzony wdzięk. Oczy barana, wskutek ustawicznego strachu i wypatrywania, czy spoza jakiegoś węgła43 nie zbliża się straszliwy wróg w dwóch egzemplarzach, tak wylazły na wierzch ozdobnej głowy, że jej poza nimi wcale nie było widać. Już prawie nie było na tym świecie barana, tylko te oczy wytrzeszczone i wypukłe, przerażone i pełne niepokoju. Baran ten, szczęśliwy dotąd, teraz tak czasem beknął żałośnie bez powodu, że się ludziom serce krajało. Widać, że mu obrzydło życie, więc się czasem rozpędzał i głową uderzał w ścianę domu, jakby się sam chciał tego miłego życia pozbawić.
Najsmutniejszy jednak stał się los psa Łapserdaka. Jacek i Placek najbardziej zawzięli się na niego i ciężkim czynili jego psie życie. Wrzucali go do studni albo przywiązywali mu do ogona, co się tylko dało. Straszyli go w nocy, budzili go we dnie; czasem rzucali przed niego tłustą kość, uwiązaną na sznurku; kiedy się do niej zbliżył, kość uciekała jak żywa, co przyprawiało biedne psisko o ogłupiałe zdumienie. Toteż ten cichy dotąd pies wył wciąż smutno, jak gdyby błagał kogoś o sprawiedliwość. Nie miał zębów, więc nie mógł nauczyć tych strasznych chłopców szacunku dla uczciwego psa, gdyby jednak nawet miał zęby, toby je sobie połamał na ich łydkach. Byli oni chudzi i wyglądali tak, jakby ich ciała składały się z samych żył. Głowy mieli tak twarde jak orzechy kokosowe, bowiem czasem jeden lub drugi zlatywał z dachu głową na dół i tylko dziurę wybił w ziemi, a jemu nic się nie stało. Zęby mieli ostre jak wiewiórki, bo jedli i gryźli wszystko, co tylko się dało. Tacy byli żarłoczni, że własnemu ojcu zjedli pasek skórzany od spodni, a nieszczęśliwej matce stary, wydeptany pantofel. Burmistrz dowiedziawszy się o tym strusim apetycie, ukrył w wielkiej skrzyni, zamkniętej na siedem zamków, która była skarbcem miasta, swój słynny but. Natomiast barana uratowały od pożarcia żywcem jego kręte rogi, dość trudne do przełknięcia nawet dla takich żarłoków. W domku ich rodziców nigdy nic nie było do zjedzenia, bo cokolwiek jako tako jadalnego pokazało się w komorze czy na stole, to znikało w tej chwili w ich nienasyconych żołądkach. Biedna matka odejmowała sobie od ust, aby nakarmić swoje straszne dzieci, jednak zawsze wszystkiego było za mało. Ojciec był coraz bardziej chudy i coraz bardziej zmartwiony; z trwogą myślał o przyszłości, bo jeżeli jego mili synowie taki okazywali apetyt w bardzo wczesnej młodości, cóż dopiero będzie, kiedy nieco podrosną?
Oni zaś rośli zdrowo, a tak byli do siebie podobni, że bez umyślnie poczynionych znaków na ubraniu żadne oko ludzkie nie mogło ich rozróżnić. Nikt nigdy nie wiedział, która to piegowata gęba należy do Jacka, a która do Placka. Nieomylnie i bez żadnych znaków poznawała ich jedynie matka, która się nigdy nie myliła. Taką to tajemniczą władzę dał Pan Bóg matczynemu sercu, że nawet ślepa matka pozna swoje dziecko wśród tysiąca, a głos jego, cichutki i nikły, usłyszy nawet wśród wycia wichru i straszliwych pokrzyków, i pogwizdów burzy. Serce matki usłyszy głos swojego dziecka z niezmiernej oddali, a oczy matczyne ujrzą dziecko ukochane nawet wśród czarnej ciemności. Bo człowiek może się pomylić, ale serce matki jest świętym sercem anioła.
Matka Jacka i Placka, malutka, zawiędła44 i zagłodzona bieduleńka, kochała swoich synów ponad wszystko. Cierpiała bardzo i płakała rzewnymi łzami, kiedy ludzie przychodzili zewsząd ze skargami; modliła się gorąco do Matki Boskiej, aby im odmieniła dusze i serca, ale ostatni kęs chleba chowała dla nich, a podczas wielkiej posuchy45, choć sama umierała z pragnienia, dla nich ukryła ostatnie krople wody, może dlatego pomieszanej z jej rzęsistymi łzami, aby jej było więcej.
Oni ani nie wiedzieli o tym, ani nie chcieli wiedzieć. Otwierali szeroko pyszczki jak młode wróble, a wszystkim wiadomo, że zawsze zachłannie otwarty pyszczek malutkiego wróbla sięga od głowy do ogona. Kiedy zaś wszystko zjedli, co było można zjeść, albo i to, co tylko oni zjeść potrafili, wtedy szli na pola i łąki i przepadali na długie godziny. Wyprawiali dzikie harce, straszyli spokojnych przechodniów, rzucali kamieniami do gwiazd, które mrużyły z lęku złote oczy, krzykiem i wrzawą napełniali błogi spokój miasteczka. Wszystkie swoje przykre psoty czynili na spółkę, a kiedy ich chciano ukarać, wtedy jeden z nich zawsze twierdził, że to zrobił drugi. Jacek twierdził, że szybę u piekarza stłukł Placek, a Placek twierdził, że to Jacek, a ponieważ nikt nie wiedział, który z nich jest Jacek, a który Placek, i kiedy chciano nabić46 wreszcie Jacka, ten darł się wniebogłosy, że on jest Placek, i tak w kółko, więc się zwykle kończyło na niczym.
Oni sami doskonale wiedzieli, który z nich jest który, ale utrzymywali to w głębokiej tajemnicy. Jeśliby jednak ktoś zawołał:
— Jacek, przyjdź, chłopaczku, dostaniesz jabłko! — Wtedy na wyścigi zjawiliby się obaj.
Nie mieli jednak nigdy sposobności do takiego zgodnego wystąpienia, bo nie było na świecie człowieka, który by ich chciał czymkolwiek nagrodzić, tacy to byli straszni chłopcy.
Kiedy zaczęli przemawiać ludzkim językiem, hałas w miasteczku stał się nie do wytrzymania. Spokojni ludzie zatykali sobie uszy woskiem albo papierem, w oknach drżały szyby, a pochylona wieża lekko się chwiała. Darli się tak bez rozumnego powodu, lecz z jakiejś uciechy, im tylko znanej. Ponieważ zawsze wszystko robili tak samo, więc Jacek nie miał zamiaru milczeć, kiedy Plackowi zachciało się krzyczeć, i krzyczeli obaj.
— Czego wyjesz? — pytał ni stąd, ni zowąd jeden drugiego.
— Bo ty wyjesz! — odpowiadał drugi.
— Rozumiem! — mówił pierwszy i czynili wrzask w dalszym ciągu.
Ponieważ w miasteczku mieszkali ludzie bardzo spokojni i nadzwyczaj łagodnego usposobienia, nikomu nie przyszło do głowy, aby ich uczciwie sprać47, bez względu na to, który z nich jest Jacek, a który Placek. Wprawdzie wszyscy tak myśleli, że którykolwiek zawinił, należało złoić skórę jednemu i drugiemu, aby w ten sposób natrafić na winnego, lecz że byli to ludzie miękkiego serca, nikt tego nie uczynił. Wszyscy mieli nadzieję w Bogu, że z czasem ci chłopaczkowie jednak dojdą do rozumu, ukorzą się, uspokoją i że będzie z nich wielka pociecha, bo byli sprytni. Nic jednak nie zapowiadało tej szczęśliwej zmiany. Zmieniły się tylko twarze Jacka i Placka, bo coraz więcej było na nich piegów, i zmieniły się ich głowy, bo nigdy nieczesane czupryny stawały się coraz to bujniejsze.
Nadszedł jednak wreszcie czas, że tych dzikich jegomościów trzeba było oddać do szkoły. Bronili się przed tym rękami i nogami, aż się zrobił w miasteczku koniec świata, bo ojciec wziął ich pod pachy i tak ich tam poniósł. Sto prosiąt niesionych na targ nie potrafi narobić takiego harmideru i wydawać takich przeraźliwych kwików, jakie wydawali oni, ale jednak postawiono ich przed obliczem nauczyciela. Był to człowiek niezmiernej dobroci, a tak cierpliwy jak święty. Miał różowe okulary, więc może dlatego do wszystkich się uśmiechał, bo wszystko wydawało mu się piękne. Nauczał przedziwnych rzeczy i wszystko na świecie umiał nazwać po imieniu; wołał na kwiatki i gwiazdy, gdyż wiedział, jak się nazywa każdy kwiat i każda gwiazda. Uśmiechał się nawet wtedy, kiedy padał smutny deszcz, bo mówił, że jeszcze nie zapomniał tego, jak ślicznie wczoraj świeciło słońce, a kiedy wszystkim dokuczał upał, on się też uśmiechał i mówił, że mu jeszcze zimno po deszczu. Był on tak mądry, że czytał nie tylko z grubej książki, ale i z małej głowiny dziecka, i wszystko widział, co się dzieje w jego serduszku. Żadne dziecko nie wiedziało, jak on to robi i którędy widzi, co się dzieje w czyimś sercu, a kiedy go dzieci o to zapytały, odpowiedział, że to przez oczy tak widać, co się dzieje w człowieku, jak przez szybki okna widać, co się dzieje wewnątrz domu. Musiało to być prawdą, bo zawsze każdemu dziecku powiedział wszystko prawdziwie. Dzieci kochały go bez pamięci i słuchały nabożnie48 tego, co im mówił i czego ich nauczał, a on, jak wielki czarodziej, wiedział o tym, co jest w środku ziemi i co jest na niebie, co się dzieje za górami i lasami i co się odbywa w ciemnym ulu. Wiedział on przeto od razu, co się dzieje w Jacku i Placku, którzy stali przed nim pochmurni i nastroszeni jak młode wilczki. Myśleli oni, że takimi minami okropnie nastraszą nauczyciela, który się jednak wcale nie bał, lecz się miło do nich uśmiechał. Nikt oprócz matki nigdy się do nich nie uśmiechnął, bo wszyscy patrzyli na nich z niechęcią, więc kiedy teraz ujrzeli uśmiech na dobrej twarzy staruszka, zaraz pomyśleli, że to jakiś podstęp, i trącili się łokciami porozumiewawczo.
Nauczyciel rzekł łagodnie:
— Chcę was, kochane chłopaki, nauczyć wielu dobrych i pożytecznych rzeczy. Chciałbym jednak wiedzieć, jak się który z was nazywa. Który z was jest Jacek, a który Placek?
Wtedy Jacek od razu pomyślał:
„Jeżeli ja mu powiem, że jestem Jacek, wtedy on pomyśli, że ja skłamałem, jak zawsze, i że ja jestem Placek. Więc ja mu powiem prawdę, że jestem Jacek, a Placek mu powie, że jest Placek, a on pomyśli wszystko na odwrót, a jutro znowu powiemy inaczej”.
Potem powiedział głośno:
— Ja jestem Jacek, a ten drugi to jest Placek!
Nauczyciel spojrzał mu w oczy, bardzo długo patrzył, potem się uśmiechnął i rzekł:
— Powiedziałeś prawdę. Tak, ty jesteś Jacek.
— Ja skłamałem! — zawołał Jacek, po raz pierwszy w życiu przyłapany na prawdzie.
— Wcale nie skłamałeś — odrzekł nauczyciel. — Chciałeś mnie wywieść w pole49 i dlatego nie skłamałeś.
— Skąd pan o tym wie? — zapytał zdumiony chłopiec.
— Patrzyłem w twoje oczy — odpowiedział, uśmiechając się, nauczyciel.
Jacek z rozpaczą zamknął nagle oczy, bardzo zły. Nauczyciel jednak, wciąż się uśmiechając, pogładził go po głowie, potem ujął jego rozmierzwiony łeb w swoje ręce i długo mu się przyglądał. Potem to samo uczynił z Plackiem.
— Teraz już wiem wszystko — rzekł.
Chłopcy byli bardzo niespokojni, nie wiedząc, co on takiego wie, ale nie mogli niczego zrozumieć. Od tego dnia wciąż chcieli wprowadzić go w błąd i ile razy wywoływał on z ławy Jacka, wtedy umyślnie podnosił się Placek albo czynili to odwrotnie, jednakże nauczyciel patrzył wtedy długo na ich głowy i mówił:
— Nie kłam, moje dziecko, bo ty jesteś Jacek.
Wszyscy bardzo się zdumiewali nad mądrością nauczyciela, bo jak już raz to mówiłem, nikt nie mógł ich od siebie odróżnić. Oni nadaremnie myśleli całymi dniami, jakim cudem on to czyni, i nie mogli tego zrozumieć w żaden sposób. Tak byli zamyśleni, że nawet nie czynili zwyczajnego wrzasku i na czas niejaki ludzie w mieście odetchnęli. Nauczyciel zaś znalazł bardzo prosty sposób odróżnienia tych dwóch urwipołciów: oto kiedy się pilnie przyglądał ich straszliwie uwłosionym głowom, szybko policzył, że Jacek ma na głowie trzysta tysięcy dziewięćset siedemdziesiąt cztery włosy, a Placek ma o sto sześć włosów mniej, bo mu tych sto sześć włosów Jacek wydarł niedawno ze łba, kiedy się pobili o zdechłego kreta. Ten nauczyciel był zaś tak mądry, że wystarczyło, aby tylko spojrzał i szybko policzył włosy, i od razu wiedział, który jest który. Oni zaś nigdy się nie dowiedzieli, jak się to działo, i byli bardzo przygnębieni z tego powodu. Patrzyli jednak na nauczyciela z podziwem, uważając go za wielkiego czarownika. Gdyby bowiem znali prawdę, wydzieraliby sobie codziennie włosy całymi garściami, aby mu pomylić rachunek.
Jednakże uczyć nie chcieli się za żadną cenę, wciąż myśląc podczas nauki tylko o tym, co by gdzie można zdobyć do jedzenia. Dziwnym wzrokiem patrzyli ustawicznie na jednego ze szkolnych kolegów, syna organisty. Chłopiec ten był jedynym tłustym stworzeniem w całym miasteczku, toteż Jacek i Placek patrzyli na niego łakomie, bardzo z tego niezadowoleni, że w Zapiecku nie ma zwyczaju zjadania tłustych chłopców. Syn organisty przeczuwał zapewne, o czym to oni myślą, bo chudł z wielkiego strachu. Zamiast niego zjedli natomiast kredę, gąbkę i wypili atrament z wielkiego kałamarza50 nauczyciela. Chociaż pożarli przedmioty służące do szerzenia mądrości, nie stali się przez to mądrzejsi. Przez cztery lata uczęszczania do szkoły, mimo ciężkich wysiłków mądrego nauczyciela, nauczyli się odmawiać Ojcze nasz, ale w ten sposób, że Jacek umiał od „Ojcze nasz...” do „...jako w niebie, tak i na ziemi”, a Placek od: „Chleba naszego...” aż do... „naszym winowajcom”, za to jednak, kiedy się modlił o chleb powszedni, to tak krzyczał, jakby tysiąc lat nic w ustach nie miał i jakby się bardzo obawiał, że Pan Bóg go inaczej nie usłyszy.
Jeszcze gorzej było z rachunkami, gdyż po długich mozołach Jacek nauczył się liczyć do pięciu, i to na palcach lewej ręki, a Placek od pięciu do dziesięciu na palcach prawej. To jednak było dziwne, że mimo tak znikomych wiadomości rachunkowych obaj doskonale doliczyli do czternastu, kiedy cztery drzewa w Zapiecku urodziły czternaście jabłek, pożartych przez nich z pestkami i ogonkami zanim dojrzały.
Cierpliwy nauczyciel zużył przez cztery lata wiele trudu i męki, aby nauczyć ich sztuki pisania i czytania. Próbował tego na wszystkie sposoby i dokonał tylko tego, że Jacek nauczył się abecadła od „a” do „l”, a Placek od „ł” aż do końca. Wychodziły z tego straszne rzeczy, bo Jacek umiał napisać całe swoje imię, wszystkie bowiem litery, z których się składa to wesołe imię, znajdują się na początku abecadła, Placek natomiast był mniej szczęśliwy, gdyż ze swego imienia znał tylko pierwszą literę „P”, reszta zaś znajdowała się po stronie jego brata. Toteż kiedy się chciał podpisać, wtedy jeszcze śmieszniejsze imię Placek, wyobrażone51 tylko przez jedną literę, wyglądało tak, jakby z placka został rodzynek, a ciasto gdzieś znikło.
Nie było żadnego sposobu, aby rozszerzyć ich wykształcenie. Nauczyciel załamywał ręce z rozpaczy, która była tym większa, że Jacek pisał prawą ręką, a Placek lewą i na to też nie można było znaleźć rady. Byli oni z tego powodu pośmiewiskiem całej szkoły, bo inni chłopcy umieli doskonale wszystkie litery i znali rachunki, a jeden to był tak mądry, że liczył do stu, a potem na odwrót, co było wielką i niezwykłą sztuką. Jacek i Placek nie mieli jednak żadnej ambicji i nie wstydzili się tego, że ich powszechnie uważano za bęcwałów52.
Jednak nie to było ich wielkim nieszczęściem; największym było to, że byli chłopcami złymi i bez serca. Nigdy nikomu nie pomogli, a każdemu dokuczyli, nigdy żadnemu towarzyszowi szkolnemu nie powiedzieli dobrego słowa, lecz z każdym szukali zwady i powodu do bójki. Nie wiedzieli o tym, że nie ma w szkole większej hańby nad tę, jeśli się jest złym i nieuczynnym kolegą.
Nadszedł wreszcie taki nieszczęsny dzień, że mądry nauczyciel pomylił się i kiedy zamiast zawołanego Jacka stanął przed tablicą Placek, nie poznał się na tym, co się po raz pierwszy zdarzyło i co te urwipołcie od razu spostrzegły. Bowiem przez długi czas odrosły Plackowi włosy i nauczyciel nie mógł już użyć swojego sposobu, aby ich nieomylnie rozpoznać. Od tej chwili powstało wielkie zamieszanie i nauczyciel bardzo posmutniał, widząc, że chłopcy wciąż go oszukują, i choć mu było ich bardzo żal, odprowadził ich do domu i powiedział, aby już nigdy nie powracali do szkoły.
Ich radość była ogromna. Jeszcze większa była radość tłustego syna organisty, który odetchnął i znowu zaczął bardzo szybko nabierać ciała.
Rozdział czwarty, w którym opisane są sprawy tak smutne, że kropka po ostatnim słowie ze łzy jest zrobiona
Ponieważ mili synkowie zjedli ojcu pasek od spodni, zmartwiony starowina nie miał ich nawet czym ukarać, a samej ręki było mu szkoda, gdyż mógł sobie ją zwichnąć na ich twardych kościach. Zmartwił się jednak bardzo i chodził smutny, rozmyślając, dlaczego inni ludzie mają dzieci dobre i poczciwe, jemu zaś Pan Bóg dał takich urwisów, jakich ani boży świat, ani Zapiecek nigdy nie widział. Najbardziej bolało go to, że matka popłakiwała cicho po kątach, a czasem gorzko, choć cichutko płakała przez sen albo wstawała wśród nocy i kiedy wszyscy spali, przyklękała na twardej glinie izby i modliła się gorąco, pewnie o to, aby na Jacka i Placka przyszło opamiętanie. Oni zaś próżnowali53 bez końca i hasali gdzieś po całych dniach, nie wiadomo gdzie, choćby jednak oddaleni byli o dziesięć mil od domu, zawsze od razu poczuli, że u nich rozpalono na kominie i gotuje się jakąś smakowitą strawę. Wprawdzie łatwo było ją poczuć nawet z największej odległości, gdyż codziennie na wieczerzę ich poczciwa matka gotowała zupę z czosnku, który, jak wiadomo, odznacza się silnym zapachem. Oni jednak mieli węch nadzwyczajny i gdyby nawet gotowano czystą wodę, też by ją poczuli, choć niezbyt by się śpieszyli z powrotem do domu.
Wreszcie zabrakło nawet czosnku.
Zima była bardzo sroga, a u tych ludzi tym sroższa, że ciemna. Bowiem Jacek i Placek tuż przed świętami Bożego Narodzenia wypili wszystek54 olej przeznaczony do lampy, bowiem w owych czasach oświetlano izby za pomocą oleju. Zimno było tak wielkie, że ziemia zamarzła na kość i popękała z mroźnej rozpaczy. Świat całymi nocami jęczał pod śniegiem i lodem, a ludzie nie wychodzili z domów. Podczas długiej zimy zjedzono wszystko, co było do zjedzenia, tak że na wiosnę przyszedł do Zapiecka żarłoczny głód i zgrzytając zębami, chodził od domu do domu i szukał choćby jakiejś kości do ogryzienia, nigdzie jednak nie było nawet kości.
Nie przetrzymał tej srogiej zimy poczciwy pies Łapserdak. Odzwyczaił się on wprawdzie od jedzenia, czymś jednak żył: czasem udało mu się jednym kłapnięciem szczęki schwytać zabłąkaną muchę, czasem ktoś się z nim podzielił łupinami kartofli. Teraz jednak i tego zabrakło. Na muchy w zimie jest nieurodzaj, a łupy kartoflane zjedli ludzie, smakując je jak ananasy.
Na biednego psa przyszła z wiosną ostatnia godzina. Resztką sił powlókł się pomiędzy domy, spojrzał na każdy z rozczuleniem, przyjaźnie i z niemą55 wiernością patrzył na spotykanych po drodze ludzi, otarł się nosem o smutnego barana, wdzięcznie merdnął ogonem w stronę nieszczęsnego koguta, potem wyszedł chwiejnym krokiem poza miasto, przystanął na wzgórzu i długo, długo patrzył. Wielkie, ciepłe łzy napełniły mu poczciwe, mądre oczy. W tym miasteczku się urodził, tu spędził młodość wśród wesołych dzieci, a kiedy się stał psem statecznym, przysłuchiwał się z powagą rozmowom poważnych ludzi. Nie brał w nich udziału, bo tylko mówić nie umiał, rozumiał jednak wszystko. Martwił się w swoim poczciwym sercu, jeśli kogoś spotkało nieszczęście, radował się sercem, uszyma, ogonem i całym sobą, jeśli ktoś z ludzi się radował. Nikt jemu nie uczynił krzywdy ani on nie skrzywdził nikogo. Miał wielu przyjaciół i sam był przyjacielem wiernym. Gdyby trzeba było oddać życie w obronie jakiegoś dziecka, byłby je oddał bez wahania. Smutno mu się uczyniło w tej chwili, że tyle lat żył, a nie miał sposobności oddać tego swojego życia dobrym ludziom. Musiał umierać, więc płakało zacne psisko, smucąc się bardzo, bo mu się wydawało, że ciche miasteczko zostanie teraz bez obrony, a dobrzy ludzie, jego przyjaciele, zostaną bez opieki. Gdyby się umiał modlić, to modliłby się, przypadłszy do steranej56, znękanej zimą ziemi, aby nie spotkała ich znikąd żadna krzywda, aby na nikogo nie padło nieszczęście.
W tej chwili stanęli mu przed siwymi, dobrymi oczyma dwaj straszni chłopcy, Jacek i Placek. Zadrżał i poczuł gniew w dogorywającym sercu. Ale tylko przez jedną króciutką chwilę. Nacierpiał się strasznie z ich powodu, wył boleśnie za ich sprawą. Zatruli mu ostatnie lata spokojnego życia. Ale i im przebaczy i nawet ich wspomni z żałością w godzinie śmierci. Trzeba wszystkim przebaczyć, a im przede wszystkim, bo są to chłopcy nieszczęśliwi, zły człowiek bowiem jest najbardziej nieszczęśliwy. Przymknął więc na chwilę mglisto patrzące oczy, aby zapomnieć o wszystkim. Wtedy dopiero poczuł w sercu wielką ulgę i spojrzał jaśniej dookoła. Słońce było śliczne, wiosenne, wykąpane w porannych rosach, młode i rześkie; jechało po niebie złociste, a jego poczciwym oczom zdawało się, że to jedzie ogromny wóz, pełen złotego zboża. Od dalekich pól wiał miły, ciepły wiatr, który z radosnej pustoty57 zjadał resztki śniegu, co bielał jeszcze w bruzdach i chciał się ukryć przed wiosną. Ziemia pachniała przecudownie upajającym zapachem, mocnym i dziwnym; tylko świeżo upieczony chleb pachnie równie mocno, choć inaczej. Gdzieniegdzie wypełzły już kwiatki, smutne i jakby bardzo zatrwożone, nie wiedząc, czy ich błękitne i modre58 szczęście potrwa długo.
Stary pies patrzył na te wszystkie cudy rzewnym i mokrym wzrokiem. Odsłonił zęby, jakby w radosnym uśmiechu, kiedy jak doświadczony gospodarz powiódł wzrokiem po dalekich polach i poznał, że ozime59 żyta pięknie rosną. Raz jeszcze spojrzał w słońce, raz jeszcze na swoje ukochane miasteczko, potem, jakby nagle powziął postanowienie, skulił się w sobie, ogon pod siebie podebrał i z łbem nisko ku ziemi przychylonym poszedł gdzieś w pustkę, aby umrzeć. Tak już jest, że to stworzenie, wśród wszystkich stworzeń najpoczciwsze, nawet swoją śmiercią nie chce nikomu sprawiać kłopotu.
Rzewnie wspominano Łapserdaka, choć nikt w miasteczku nie wiedział, co się z nim stało. Jacek i Placek zawzięli się, aby go znaleźć, ale go nigdy nie znaleźli. Widać, że dobra ziemia go ukryła.
Kwitła ona coraz piękniej, była coraz piękniejsza i tak uwieńczona jak panna młoda na wesele, ale głodne to było wesele. Ze schowków wygrzebywano ostatnie ziarenka, a długo jeszcze trzeba było czekać, zanim się nowy chleb narodzi. Najsmutniej jednak było z tego powodu w domu Jacka i Placka. Głód tam był taki, że aż skwierczało, a znikąd nadziei. Stary ojciec, aż szary na twarzy, chmurny jak nieszczęśliwy dzień i smutny śmiertelnym smutkiem, chodził do dalekich lasów i wygrzebywał korzonki, z których jakimś cudem matka piekła coś podobnego do chleba, który w przeważnej części zjadali Jacek i Placek. Sami nigdy nie poszli na tę smutną wyprawę i nigdy nie pomogli ojcu. Toteż więcej niż głód i niż te czarne czasy martwili go oni. W oczach, wciąż wbitych w ziemię, rozpacz widniała jak czarne, głębokie jezioro. Został z niego już tylko cień i jednego dnia ten człowiek umarł tak cicho, jak żył.
Pochowano go w czarnej ziemi, która nigdy nikomu nie odmówiła schronienia, a im kto biedniejszy był za życia, tym go serdeczniej przytula. Jacek odmówił na jego grobie połowę pacierza, Placek drugą połowę i wrócili do domu nie bardzo rozumiejąc, że są sierotami. Wiedzieli, że ich matka nakarmi.
Kobiecina nie widziała świata przez łzy, ale nieszczęśliwi ludzie nie mają czasu nawet na wylewanie łez, toteż dlatego płaczą najczęściej pośród ciemnej nocy, kiedy inni odpoczywają, bo tylko wtedy mają chwilę dla siebie. Otarła więc swoje dobre oczy, aby jej łzy nie przeszkadzały, i rozejrzała się po swoim nieszczęsnym gospodarstwie. Dookoła była nędza, rozpacz i ruina. Złośliwe wiatry grudniowe, z głodu wyjące, nadgryzły słomę na strzesze60 i w gniewie, że się najeść nie mogą, pochyliły domek tak, że się omal nie zwalił. Jednak najstraszniejsze było to, że kawałek roli, która ich żywiła, był niezaorany. Ojciec nie miał na to czasu, zajęty szukaniem pożywienia, a czas był najwyższy, aby zasiać tę odrobinę ziarna przechowywaną jak największa świętość w skrzyni zamkniętej na kłódkę. Jakżeż ona uprawi teraz tę ziemię, twardą i kamienistą? Czy skropić ją łzami, aby zmiękła? Czy ma ją zaorać własnym sercem?
Uklękła przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej, która od wielkich trosk i zgryzot, i od serdecznej męki ma twarz sczerniałą, i tak się modliła:
— Ratuj mnie, Najświętsza Panienko! Cóż ja pocznę sama bez Twojej pomocy? Daj mi tak wielką siłę, abym mogła poruszyć twardą ziemię i abym mogła nakarmić moje dzieci. Nie dla siebie ja się modlę o chleb, bo stara jestem i wiele mi nie potrzeba, ale modlę się o chleb dla nich.
Zdawało jej się, że Matka Boska, usłyszawszy pierwsze słowa jej gorącej prośby, uśmiechnęła się do niej, ale kiedy zaczęła prosić o chleb dla swoich synów, przymknęła oczy. Toteż smutna matka podniosła się z ziemi i przeżegnawszy się, poszła na pole. Nie było ono wielkie, lecz twarde i kamieniste; rodziło zboże z wielkim trudem, jakby nie chciało karmić dwóch darmozjadów, Jacka i Placka. Matka rozejrzała się dookoła i zaczęła głośno wołać, ale nikt jej nie odpowiedział. Synowie hasali gdzieś daleko po polach i lasach. Ujęła więc w drżące ręce wyszczerbiony rydel61 i zaczęła odwalać ziemię. Złamana w krzyżu62, zwiędła, umęczona, szukając nadludzkich sił w radości, że swoją straszliwą pracą nakarmi dzieci, pracowała od rana do wieczora. Perlisty pot zalewał jej oczy i zlepiał jej na skroni siwe włosy. Wzdychała przy tym ciężko i boleśnie, aż zmiękło serce kamienistej ziemi, która zaczęła się poddawać, jakby chciała powiedzieć: „Obie jesteśmy matkami, nieszczęśliwymi matkami: ja rodzę osty i kamienie, a ty złe dzieci, co mają serca z kamienia. Ale Bóg jest ponad nami”.
Wiatr wiosenny, dobry i łagodny, ujrzawszy mękę starowiny, smutno westchnął, potem poleciał gdzieś daleko nad morze i stamtąd, wśród turkotu grzmotów, przyciągnął opasłą beczkę chmury, pełną wody. Chmura wylała ją na twardą ziemię i pomogła kobiecinie, a wiatr zatoczył się z radości i śmiał się, i tańczył po polach. Nikt inny nie mógł jej pomóc, bo wszyscy ciężko pracowali, nawet starzy i dzieci. Jednak robota nieszczęśliwej matki nie była skończona; poruszyła ona wprawdzie ziemię, ale nie można było zasiać ziarna wśród tych odwróconych ziemnych brył. Trzeba było albo porozbijać grudy, albo przewlec po nich zębiastą bronę63, co kruszy wszystko w swoich żelaznych zębach i zamienia w urodzajny miał. Była to jeszcze cięższa praca. Toteż biedna starowina spojrzała z głuchą rozpaczą na to pole żywiące, ale żywiące za cenę potu i łez, bo dziesięć kropel potu płaci tylko jednym ziarnem. Jednak potężne i bohaterskie serce miała ta kobieta: jak gdyby w uniesieniu i zapomnieniu wyciągnęła ciężką bronę i nałożywszy sobie na piersi parcianą64 uprząż, wygięła grzbiet w okropnym wysiłku i usiłowała powlec bronę po grudzie. Serce jęknęło od przeraźliwego trudu, zadrżały nogi pod nieszczęsną. Nie ma jednak dość ciężkiego trudu dla człowieka, który pragnie dokonać bohaterstwa. I oto ta starowina, pobita nędzą i głodem, idąca ostatkiem sił do schyłku swego życia, zaprzężona do brony jak koń, znalazła w swoim najcudowniejszym sercu tyle sił, że poruszyła ciężką bronę, zaczepiającą zębiskami o każdy kamień i o każdą wyrwę. A ona wlokła ją, stąpając miarowym, uporczywym krokiem człowieka, który przysiągł swojemu sercu, że dokona nawet niemożliwej rzeczy. Przewlokła ją raz i drugi, dysząc ciężko. W głowie jej huczało, a serce, śmiertelnie znużone, zamieniło się w ciężki młot, którym ktoś ciężko uderzał w jej pierś.
Od czasu do czasu szeptała:
— O Boże, pozwól, abym nie umarła, zanim dokończę... Daj mi jeszcze pożyć, choćby do wieczora, aby dzieciom moim nie zabrakło chleba...
Słowa te zjawiały się na jej spieczonych ustach jak rubinowe kropelki krwi.
Ludzie opodal, również orzący ziemię w wielkim trudzie, płakali na jej widok, bo choć każdy ciągnął pług lub rydlem wzruszał ziemię, jednak czynili to społem65 i każdy kogoś miał do pomocy. A ona była sama, matka sieroca, śmiertelnie sama. Tylko wiatr czasem chłodził litościwie jej zbladłe czoło, a czasem chmura, ulitowawszy się nad ludzkim nieszczęściem, zakrywała słońce, aby jej nie paliło.
Już się miało pod wieczór, bo w zachodniej stronie zaczęły na niebie kwitnąć lilie, a ona nie dokonała nawet dziesiątej części swojej pracy. Nagle rozpromieniły się jej oczy, których spojrzenie zmienione było w siwy popiół, gdyż ujrzała swoich synów powracających z włóczęgi. Serce w niej zabiło radośnie, bo już nie będzie sama i już nie sama będzie wlokła tę bronę straszliwą i tak ciężką, tak ciężką... Wyprostowała zgięty krzyż i z trudem chwytając oddech, aby skrzydła przypiąć swoim słowom, zawołała głosem serdecznym i tak gorącym jak najgorętsza łza:
— Pomóżcie mi, synkowie moi!
Nie słysząc odpowiedzi, pomyślała, że jej nie dosłyszeli, tak więc jakby sobie serce wyjęła z piersi i zamieniła je w wołanie, prosiła:
— Na rany Chrystusowe! Pomóżcie mi, synkowie moi!
Nagle zakręciła się z nią wszystka ziemia, a niebo upadło z trzaskiem na ziemię. Serce w niej struchlało i przestało bić. Dusza w niej zmartwiała i z jękiem głęboko oniemiała. Usłyszała głośny śmiech, a przez krwawe plamy na oczach ujrzała, jak jej synowie pokazują ją sobie rękoma jak dziwowisko66. Jakby z daleka, jakby gdzieś z końca świata dobiegł ją głos:
— Jacek, popatrz, nasza matka zamieniła się w konia!
— Ach, jak śmiesznie wygląda! Hej, matko, ciągnij dalej!
Śmiejąc się, pobiegli. Ona jednak już ich nie widziała ani nie słyszała. Jakby złamana, padła twarzą na ziemię, która poddała jej się miękko i pieszczotliwie. Kiedy zaś po długiej chwili poczuła jej palące łzy, sama zaczęła płakać wieczorną rosą.
Niebo zaczęło szarzeć i gasnąć.
Nagle spod jego firmamentu oderwała się szara kuleczka; jakby z gniazdka dalekiej gwiazdy, co niedługo zabłyśnie, wyleciał mały ptaszek. To mieszkający w niebiosach skowronek zjawił się w powietrzu o liliowej porze wiosennego zmierzchu i spłynąwszy ponad leżącą na grudzie ziemi kobietą, zawisnął, jakby uwieszony za skrzydła na srebrnym promyczku. I zaczął śpiewać tak rzewnie, tak serdecznie i tak cudownie, że wiatr ucichnął, a obłoki przystanęły w locie. Kwiaty zapachniały mocniej, mocniej zapachniała ziemia.
A skowronek tak śpiewał:
— Otrzyj łzy, mateńko, otrzyj łzy! Ukój swoje serce brylantowe! Otrzyj pot z czoła, co takie jest poorane jak twoje pole! Odpocznij, bidulko, odpocznij! Jutro, kiedy rozkwitną głogi67, przyniosę ci najpiękniejszą gałązkę. Wody ci w dziobku przyniosę, gdy na listkach zbiorę rosę. Skrzydełkami twarz ochłodzę, oczy twoje ucałuję. Pomógłbym ci, gdybym był wielki i mocny, lecz cóż ja poradzę, nieszczęsna ptaszyna? Śpiewaniem cię pocieszę, łzy twoje zbiorę i Panu Bogu pokażę. A sam Pan Bóg zapłacze, kiedy Mu powiem o twojej niezmiernej męce. Lilie na niebie dla ciebie dziś kwitną. Chmurki na niebie do ciebie się śmieją. Rosa niebieska nad twoją płacze niedolą. Gwiazdy dla ciebie się palą złociście. Dla ciebie jutro słońce powróci i ucałuje twoje oczy zapłakane, twoje ręce najukochańsze, twoje nogi poranione. Wszystkim powiem, wszystkim powiem, że ty jesteś cudowna matka, a twoje serce mało nie skonało z bólu. Odpocznij sobie, odpocznij! A ty, wietrze, uśpij ją. A skowronek, z nieba dzwonek, będzie śpiewał, będzie dzwonił, zanim znów zabłyśnie dzionek.
Serdeczny płacz wstrząsnął starowiną.
Noc płynęła cicho, na takich skrzydłach bezszelestnych, jakie mają sowy. Zapaliła na niebie sto tysięcy i siedem gwiazd, aby tej matce nie było straszno wśród nocy na smutnym polu. Nakazała szeptem nietoperzom, aby jej który nie tknął swoim zimnym skrzydłem. Nakryła ją miękkim, aksamitnym płaszczem ciemności, sama zaś usiadła opodal, na łące, z palcem na ustach na znak milczenia.
Wtedy od jednej złotej gwiazdy oderwał się świetlisty pająk, taki, co ze złotej przędzy przędzie sen. Zbiegł szybko po migotliwych i drżących promieniach i z nieba sprowadził cichy i kojący sen.
Śmiertelnie znużona, matka zasnęła. Czasem jej usypiające serce zrywało się jak spłoszony w gnieździe i zalękły ptak: zakwiliło cichutko i znowu zapadło w słodką niemoc.
Kiedy zaś na ziemi uczyniło się tak cicho, że słychać było jedynie szelest obłoków, co szukając zaginionego słońca, odlatywały jego złotymi śladami za morze, kiedy, oprócz gwiazd, nie było widać żadnych świateł, wtedy stała się rzecz najdziwniejsza z dziwnych: jak wielki, śnieżnobiały ptak spłynął od niebiosów wspaniały anioł, okrążył pólko szerokim lotem i zstąpił na ziemię. Podszedł cichutko do śpiącej, słuchał bacznie przez chwilę jej oddechu i uśmiechnął się dobrotliwie. Przymknął niebieskie oczy i wyglądał tak, jakby coś sobie przypomniał. Rozejrzał się potem ciekawie po ziemi i witał ją słodkim uśmiechem. I tak uśmiechnięty, leciutko, aby nie zbudzić śpiącej, zdjął z niej postronki68, założył je sobie na piersi i jak skrzydlaty, biały rumak począł wlec po grudzie bronę, mocny i potężny...
Noc patrzyła złotymi oczami gwiazd.
Przystanęły w locie obłoki.
Ucichł zdumiony wiatr...
Nagle śpiąca zawołała cichutko przez sen:
— Pomóżcie mi, synkowie moi!
Rozdział piąty, w którym Jacek i Placek rozpoczynają poszukiwania takiego kraju, w którym ludzie nie pracują
Kiedy świt złotym promyczkiem zadźwięczał nad staruszką, obudziła się, nie wiedząc, gdzie jest i co się z nią dzieje. Wnet jednak ostry ból w sercu wszystko jej przypomniał. I to jej też przypomniał, że czeka ją znowu ciężka praca: bronowanie kamieniami nabijanych grud. Spojrzała na pole i nie uwierzyła własnym oczom; przetarła je ręką, myśląc, że jeszcze zasnuła je resztka mętnego snu, i spojrzała po raz drugi: pole było gładkie, przepysznie uprawione, jakby uśmiechnięte ze szczęścia, że jest gotowe na przyjęcie ziarna. Stu pilnych i pracowitych oraczy nie mogłoby tak spulchnić ziemi: kamieniste pólko wyglądało tak, jakby je uprawiono w bogatym ogrodzie, aby zasadzić na nim kwiaty. Biedna kobieta poczuła wielkie, wielkie szczęście, nie dlatego, że nie będzie już łamać krzyża i ranić bosych nóg, lecz jej serce napełniło się gorącym rozrzewnieniem, kiedy pomyślała, że to jej dzieci, chcąc uczynić jej radosną niespodziankę, dokonały tej ciężkiej pracy pośród nocy. Uśmiechnęła się po raz pierwszy od wielu, wielu lat takim uśmiechem, od którego nawet w najbardziej chmurny dzień czyni się jasno na świecie. Potem, pochyliwszy steraną głowę, ucałowała ziemię, bo myślała, że zroszona jest potem jej synów.
— Nikt inny — mówiła sama do siebie — nie mógł tego uczynić, tylko oni, moje chłopaki najdroższe! Umyślnie udawali, że się naśmiewają ze mnie, bo nie chcieli, abym się zmęczyła zanadto, a kiedy usnęłam, dokonali w mig tak wielkiej i ciężkiej pracy. O, czy mi teraz Bóg przebaczy, że byłam złą matką, bo kiedy upadłam bez sił, źle pomyślałam o moich słodkich dzieciach? Jakże ja teraz spojrzę im w oczy? A muszę pójść do nich i ucałować ich, i podziękować za to, co uczynili.
Poszła w stronę domku, uśmiechnięta z wielkiego szczęścia. Chciałaby śpiewać z radości, lecz sił nie miała nawet na śpiewanie, głodna i umęczona ciężką nocą na gołej ziemi, ale nie czuła ani głodu, ani zmęczenia, tylko szczęście. Weszła do izby cichutko, aby ich nie zbudzić, przypuszczała bowiem, że spracowawszy się okrutnie, śpią teraz słodko. Istotnie, spali smacznie i Jacek trzymał Placka we śnie za nos, a Placek Jacka dzierżył za czuprynę, tak jakby zapadał w głęboki sen i chwycił się ręką byle czego.
Matka przystanęła nad nimi, patrząc tak tkliwie, że z jej spojrzenia uczynił się promień, co padł na ich piegowate gęby. Musieli poczuć ciepło tego najcudowniejszego na świecie spojrzenia, bo otwarli oczy równocześnie, gdyż wszystko czynili jak na komendę.
— Jeszcze wcześnie — krzyknął Jacek. — Dlaczego nas budzisz?
— Aby was ucałować! — rzekło matczysko takim słodkim głosem, jakiego nikt na świecie oprócz matki wydobyć z serca nie umie.
— A cóż to dziś za święto, że nas chcesz całować? — zapytał niechętnie Placek.
— O, tak, wielkie dzisiaj jest święto, bo w moich synaczkach zbudziły się serduszka. Niech wam Bóg zapłaci, dzieci najdroższe, za to, coście uczyniły dla waszej matki. Niech wam to stokrotnie nagrodzi! Oby wszyscy ludzie tacy byli dla was, jak wy jesteście dobrzy dla matki...
Zaczęła ich ściskać i całować, a gorące łzy padały na ich głowy.
Nie rozumiał niczego Jacek ani Placek niczego nie mógł pojąć. Widać coś się takiego stało, za co im przypisują zasługę. Jacek mrugnął prawym okiem na Placka, Placek lewym na Jacka i od razu wiedzieli, że trzeba przede wszystkim dowiedzieć się, dlaczego zostali bohaterami, a następnie zażądać za to słusznej nagrody.
— O, jak ciężko napracowaliście się dziś w nocy! — radowała się matka. — O, jak bardzo musicie być zmęczeni!
— Nie warto o tym mówić — rzekł chytrze Jacek.
— Troszkę tośmy się zmęczyli — dodał Placek — ale nie tak bardzo.
— Pan Bóg was dzisiaj zapisał w wielkiej księdze — mówiła matka. — W niebie was dzisiaj błogosławią za to, żeście pomogli biednej matce zaorać pole.
Jacek spojrzał ze zdziwieniem na Placka, a Placek z jeszcze większym na Jacka.
— To my zaoraliśmy pole? — zapytali równocześnie.
Matka roześmiała się szczęśliwie i rzekła:
— Ach, urwisy, znowu udajecie, że to nie wy! Cha! Cha! Wszystkim ludziom to opowiem, bo źle o was mówili, a teraz to radość będzie w całym Zapiecku. O, dzieci moje! Nikt na całym świecie nie ma takich synów jak ja.
— Co prawda, to prawda! — zaśmiał się Jacek. — Takich to chyba nikt nie ma.
A Placek na to:
— Kiedy to się nie dało ukryć, to już nie ma co, Jacku, trzeba się przyznać.
— Trudno! — zawołał Jacek. — Chcieliśmy ci, matko, zrobić niespodziankę, ale przed tobą nic się nie ukryje.
— Więc to wy?
— Przecie nie anioł z nieba — rzekł Jacek.
— Bardzo wam było ciężko? — spytała matka z niepokojem.
— Z początku tylko było ciężko — mówił Placek — ale potem coraz lżej. Ale sroga to była robota. Nie dziw się więc, matko, że jesteśmy trochę zmęczeni, a więcej jeszcze głodni. Czy masz co do jedzenia?
Matka zatroskała się bardzo.
— Mam — rzekła smutno — ostatni bochenek chleba. Musi nam wystarczyć na długo. Dzisiaj, ponieważ to uroczysty dzień, zjemy po kawałeczku, a od jutra będziemy go drobić69 na okruszyny. Nie chcę was trwożyć, moje słodkie dzieci, lecz czeka nas jeszcze wiele pracy. Ale już mi ona nie straszna, kiedy wy nauczyliście się pracować. Teraz pewnie naprawicie dach, a potem będziemy razem wydzierać kamienie, aby powiększyć rolę. Będziemy to robić z radością, a Pan Bóg się nad nami zmiłuje, że nie pomrzemy z głodu.
— Pewnie, pewnie... — bąknął Jacek.
— A gdzie ten chleb? — zapytał Placek.
— Chleb jest ukryty w komórce za belką. Napoczniemy go niedługo... Poczekajcie tu, moje drogie dzieci, a ja pójdę do tego źródła, co jest o milę stąd, aby wam przynieść świeżej, zimnej wody. Własną krwią bym was napoiła za to, że jesteście tacy dobrzy.
Wzięła dzbanki i uśmiechając się do nich, poszła powolnym krokiem przez pola.
Jeszcze im nie zniknęła z oczu, kiedy Jacek zaczął mówić szybko:
— Słuchaj no, Placek. Z tym polem to jest jakaś awantura70, ale to wszystko jedno. To jest gorsze, że nam każą teraz pracować, naprawiać głupi dach i wydzierać z ziemi jeszcze głupsze kamienie.
— Nikt nas nie zmusi! — wykrzyknął Placek.
— Zmusić, to nie zmusi, ale przez dziurawy dach będzie ciekło nam na głowy. Co to jest za urządzenie na tym świecie, abyśmy musieli pracować! Ja nie mam najmniejszej ochoty. A ty?
— Ja mam taką samą ochotę. Ale co robić?
— Musi być — mówił Jacek — taki kraj na świecie, gdzie nikt nie pracuje, bo wszystko samo rośnie. Ja słyszałem, że jest.
— Ale gdzie?
— Tego to ja nie wiem, ale wszystko można znaleźć, a w Zapiecku zawsze będzie bieda i nędza. To jest paskudne miasteczko: albo człowiekowi każą się tutaj uczyć, albo pracować. Wiesz co, Placek? Wiejmy stąd!
— Bardzo chętnie! Ale dokąd?
— Przed siebie! Gorzej niż tu to i w piekle być nie może.
— Doskonale, ale co będziemy jedli?
— Na początek zabierzemy matce ten bochenek chleba, a jak zajdziemy daleko, to coś znajdziemy. Nauczyciel mówił, że świat jest bardzo wielki i że są na nim miasta większe od Zapiecka.
— Czy to możliwe?
— Pewnie to prawda, bo on nigdy nie kłamał. Nie wiem dlaczego, ale nie kłamał, może dlatego, że nie umiał. Gdyby się u nas uczył, toby umiał, ale nie chciał.
— Więc uciekajmy! A matkę zostawimy?
— A cóż z nią zrobisz? Na plecach ją będziesz niósł? Zabierajmy chleb i w nogi!
— Zostawimy jej wodę. Nie martw się tym, bo tak będzie po nas płakała, że nawet nie zauważy, że zabraliśmy chleb. Tak nas kocha, że jej będzie tylko nas żal.
— Za co ona nas tak kocha?
— Czy ja wiem? Starzy ludzie tacy są dziwni, że nigdy nie wiadomo, co w nich siedzi. Może dlatego nas tak kocha, że jesteśmy bardzo piękni. Więc dajemy nogę, Placek?
— Jazda! Gdzie ten chleb?
— Zaraz będzie!
Wleźli do ciemnej komórki i nawet nie patrząc, od razu znaleźli chleb, samym węchem. Jacek ukrył go za koszulą; obejrzeli szybko izbę, szukając, co by się jeszcze dało zabrać, i wyjrzawszy przez drzwi, czy matka nie wraca, wybiegli na pole. Puścili się pędem przez łąki i nawet się nie obejrzeli. Umieli biec z wiatrem na wyścigi jak zające. Skakali przez rowy i rozpadliny, przedzierali się przez leszczyny i głogi. Uciekali z tym mizernym bochenkiem chleba, jakby unieśli skarb. Gnali, nie wiadomo po co i nie wiadomo dokąd.
Ubiegli tak wiele mil i znaleźli się w głuchym pustkowiu. Nagle Jacek zwolnił biegu i zatrzymał się zdumiony, obok natychmiast przystanął Placek.
— Co się stało? — zapytał. — Czemu stanąłeś?
— Nie wiem — odrzekł Jacek. — Sam dobrze nie wiem. Zdawało mi się, że ktoś nas woła...
— Zdaje ci się, to las szumi...
— Zdawało mi się, że ktoś płacze.
— Nie powiadaj głupstw. Kto by płakał w tym pustkowiu?... To wiatr tak zawodzi...
— O, nie! Posłuchaj!... Cicho!... Słyszysz?
— Coś słyszę... Słyszę głos podobny do głosu naszej matki!...
— Naszej matki?
— Ale to śmieszne... Żaden człowiek na świecie nie potrafi tak płakać, aby go było słychać na dziesięć mil. Zresztą nasza matka zawsze cicho płakała. Chodźmy dalej!
— Chodźmy! — rzekł twardo Jacek.
Szli znowu nieumęczenie, bo mieli doskonałą wprawę. Śpieszyli się tak, jakby czym prędzej pragnęli się znaleźć w tym błogosławionym kraju, w którym praca jest nieznana, gdzie zamiast kartofli rosną ananasy, a zamiast żywicy najsłodszy miód ciecze po pniach sosen. Jacek jednak szedł z większą trudnością niż Placek i kilka razy potknął się na nierównej ziemi, pełnej wyrw i rozpadlin.
Otarł pot z czoła i rzekł:
— Trudno mi iść, bo ten chleb zaczął mi od niejakiego czasu dziwnie ciążyć.
— Zjedzmy połowę, to ci będzie lżej.
— Pierwej nie był taki ciężki — mówił Jacek zamyślony.
— Zmęczyłeś się, więc ci się tak wydaje. Dobiegnijmy do tego wielkiego dębu, który stąd widać, tam odpoczniemy i tam przełamiemy chleb.
Znowu zaczęli iść i po godzinie doszli z wielkim trudem na szczyt wzgórza, nad którym jak olbrzymi, wspaniały parasol rozpostarł się odwieczny dąb. Legli na trawie, ciężko dysząc.
Kiedy cokolwiek71 odpoczęli, Placek nagle roześmiał się głośno.
— Co się stało? — zapytał Jacek. — Czego rżysz jak koń?
— Śmieję się, bo sobie pomyślałem, jaką minę miała nasza matka, kiedy nie znalazła ani nas, ani chleba... Cha! Cha! Cha!
— Może nas przeklina? — zapytał Jacek.
— O, głupi Jacku! Ona nie przeklęłaby nawet muchy. Zresztą jesteśmy już tak daleko, że żadne przekleństwo nie doleci. Dawaj chleb!
Jacek sięgnął za koszulę i zaczął z dziwnym trudem wydobywać bochenek.
— Czemu tak marudzisz? — wołał Placek zniecierpliwiony.
— Sam nie wiem — odrzekł Jacek bardzo zmieszany — ale ten chleb coś dziwnie uczynił się ciężki. Pomóż mi!
Placek sięgnął i z trudem wydobył obiema rękami chleb. Stał się on tak ciężki, że upadł na ziemię.
— Przełammy go — rzekł Jacek.
Podnieśli bochenek z ziemi i usiłowali go przełamać.
— Co to jest? — zawołał Placek. — Nie był on tak czerstwy, kiedyśmy go znaleźli. Spróbujmy zębami.
Rozwarł szeroko usta i chciał ugryźć bochenek, lecz nagle krzyknął boleśnie, bo omal nie wyłamał wszystkich zębów.
Spojrzeli na siebie z przerażeniem.
— Ten chleb jest z kamienia! — wykrzyknął zdumiony Placek. — Ach, ta nasza zła matka tak sobie z nas zakpiła!
Jacek zamyślił się i rzekł ponuro:
— A może to nie ona? Matka nas nigdy nie oszukała... To niemożliwe... Ten chleb odmienił się przez czary. Kiedy go ukradłem, był piękny, popękany i rumiany i nie był wcale ciężki. Spojrzyj, jak wygląda teraz: jest szary i bardzo ciężki. To dlatego nie mogłem go udźwignąć... Źle, Placku! Ktoś nas prześladuje...
— To kara boska! — krzyknął ktoś ponad nimi.
Z przerażeniem zadarli głowy i ujrzeli na dębowej gałęzi olbrzymiego kruka, który był zupełnie biały i patrzył na nich mądrymi oczyma z pogardą i lekceważeniem.
— To ty przemówiłeś do nas? — zapytał drżący z trwogi Jacek.
— Ja! — odrzekł kruk.
— A czegóż ty od nas chcesz?
— Gdybym był młodszy, tobym wam wydziobał oczy i wyjąłbym wam serce. Nie uczynię tego jednakże, bo to by była zbyt mała dla was kara! Nie! Nie tknę was, bo oczy macie złe, a serca robaczywe.
— Nie boimy się ciebie! — krzyknął Placek.
— Wy się też mnie nie bójcie, lecz Pana Boga! Ukradziony głodnej matce chleb zamienił się wam w kamień, ale najlepiej by było, abyście wy się zmienili w kamienie. Jesteście źli i wstrętni. Ziemia wstydzi się, że po niej chodzicie...
— A skąd ty o tym wiesz? Czyś taki mądry?
— Jestem mędrszy od siedmiu mędrców. Pióra moje są białe od starości, bo narodziłem się wtedy, kiedy słońce było jeszcze dzieckiem, a gwiazdy jeszcze się nie narodziły. Znam wszystkie mowy tego świata i przeczytałem wszystkie księgi. Byłem w arce Noego72 i na wierzchołku góry Ararat73. Widziałem wszystko i wiem wszystko. Jestem tym krukiem, który nosił chleb Danielowi74 w lwiej jamie.
— A cóż ty takiego wiesz?
— Wiem, że przekleństwo ścigać będzie dziecko, co skrzywdziło matkę. Wiem, że pierwszą osobą po Bogu jest matka. Wiem, że zginiecie marnie, jeśli Bóg wam nie przebaczy i jeśli wam nie przebaczy matka wasza. Kra! Kra!
— Nie kracz tak strasznie! Nie wierzymy w to, co mówisz. Nasza matka myśli, żeśmy pobiegli w pole i że niedługo wrócimy.
— Wasza matka leży w tej chwili na progu domu jak nieżywa. Widzę ją ze szczytu dębu. Jej serce wszystko wie, więc wie i o tym, żeście ją zostawili na głód i na poniewierkę.
— Jeśli jesteś taki mądry, to nam powiedz, czy bardzo nas przeklinała.
Krukowi, kiedy to usłyszał, oczy zapłonęły szkarłatnym blaskiem.
— Chłopcy niegodziwi! — zakrakał potężnym głosem. — Wasza matka, zanim legła jak nieżywa, modliła się gorąco o to, aby was nic złego nie spotkało. Tylko dlatego was nie zabiję was. Precz, precz z moich oczu!
Wykrzyknął to takim chrapliwym i groźnym głosem, że chłopcy pobledli. Udawali dotąd, że się wcale nie lękają tego sędziwego ptaka, jednak naprawdę serca w nich zamarły, kiedy do nich zagadał ponuro. Kiedy więc kazał im iść precz, porwali się z ziemi i pobiegli w dół ze wzgórza przez gąszcz krzewów. Głogi chwytały ich kolczastymi palcami za suknie, giętkie leszczyny smagały ich dotkliwie. Poza sobą długo słyszeli przeraźliwy głos kruka, biegnący za nimi jak grzmot. Myśleli też, że za nimi wali szumiąca burza, a to dąb wspaniały i z sercem wzniosłym, usłyszawszy o ich sprawach, rozszumiał się w wielkim gniewie i musiał załamać ze zgrozy potężne ramiona konarów, tak że aż trzeszczały.
Zziajani, głodni i przerażeni biegli długo, nie przemówiwszy do siebie ani słowa. Pędzili bezdrożem, okolica bowiem była pusta i bezludna. Za nimi biegł niewidzialny i niesłyszalny strach, ale czasem czuli na plecach zimne mrowie, jakby jego lodowaty oddech. Czupryny mieli zlepione mokrością potu, suchość w gardłach i ognie w żołądkach. Biegli już resztkami sił, a to było najgorsze, że biegli bez tchu, byle przed siebie, byle jak najdalej.
Tymczasem zapadała noc. Niebo pobladło, jakby z rozpaczy, że za kilka chwil nie ujrzy już słońca. Mrok, przez dzień śpiący w komyszach75 jak dzikie zwierzę, budził się już ze snu, przeciągał leniwie i wypełzał powoli ze swoich ciemnych kryjówek. Zerwał się wiatr i jak pies tropiący po śladach biegał tam i sam76 wśród zarośli, które zakwitały dziwacznymi kwiatami cieniów, zanim je noc nie zakryła. Pod nogami chłopców zachlupotała czasem woda i bulgotała jakby w gniewie, że ktoś ją rozprysnął ciężką stopą. Noc zaczęła gadać dziwnymi głosami: mruczeć i szeleścić, jęczeć i wzdychać. Ciężkimi, jakby wzdychającymi głosami zaczęły się nawoływać jakieś strachy czy wilkołaki. Czarne nietoperze śmigały szybko wykrętnym lotem, jak myśli złego człowieka. Wiatr zwęszył pierwszą gwiazdę i myśląc zapewne, że to jest złoty ptak, uganiał po chaszczach i piął się z piskiem i skowytem po pniach wysokich drzew, aby pożreć złotego ptaka. Drzewa zmieniały się w strasznych olbrzymów, a krzaki w jeszcze straszniejszych karłów. Wszystko było dziwne i przerażające...
Chłopcy patrzyli dokoła z trwogą i gnali przed siebie, straciwszy wszelką drogę i kierunek. Trwożył ich każdy krzak, a każdy zwalony pień zdawał się po nich wyciągać macki; nadaremnie wyglądali jakiegoś światełka, nadaremnie nasłuchiwali ludzkiego głosu. Chcieli odpocząć, odpocząć za wszelką cenę, lecz trwoga niosła ich wciąż naprzód, a lęk podcinał ich jak biczem.
Nagle Jacek krzyknął. Zdawało mu się, że ujrzał dwa czerwone światełka.