1942, 1943, 1944

[Motto]1

A nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, a duszy zabić nie mogą.

(Mt 10, 28)

[Śnieg jak wieko żelazne...]

Śnieg jak wieko żelazne na oczy opadnie.

O! wy bracia w milczeniu moi — niedorośli.

I Bóg mnie nie przypomni, ani mnie odgadnie

z nagrobka przechodzący, aż w tysiącznej wiośnie

może dłoń jakaś biała odgarnie ciemności

i będzie to prawdziwy czas, czas tej miłości,

której u was nie znałem. Bóg — tak sobie marzę —

w błękicie lotnym nieba wyrysował twarze

naszym cierpieniem, niby maski jasne,

które przymierza tym, tym zapomnianym

czasem podobne rysom, a czasem za ciasne,

aż trafi — wtedy krwawe zasklepiają rany

i taka błogość nieba osiada w błękicie,

że wraca czas zbłądzony, choć nie wraca życie.

Znacie wy, znacie te organów knieje

co wyrastają niby skał mocarny obryw

nawet tutaj na ziemi? — To są te nadzieje.

Jeśli w popiele zgrzebnym taki blask podobny

bożym chyba zamysłem przed oczy się jawi —

nic są te ciemne ciała, które zbrodnia trawi,

nic są te dymy czarne, ta kurzawy ciemność.

To wszystko nic. I żadna trumna nadaremno.

Bóg tchnął jasność. On mocą łagodnego wiosła

pchnął fale burz tajemnych i lawy stuleci,

i co woda pobrała — to woda odniosła.

On świecił nad tą wodą i jak zawsze — świeci.

Śnieg jak wieko żelazne na oczy opadnie;

popiół zostanie z żarów miłości i gniewu,

a na ziemi dalekiej żaden czas nie zgadnie,

jak rośnie niewidzialnie łask wszelakich drzewo.

22 listopada 1942

Świętość

Począłem cię w marmurach światła

i w drzewie wonnych sosen,

moja ty rzeko nieodgadła

dłutami wioseł.

Potem cię wiodłem z gór mocarnych,

z przestworów pełnych głosu,

gdzie noże siklaw2 śniegi darły

i dzwonił śpiew jak mosiądz.

Łuskałem ciebie z jabłek tęgich

i ziarnem gradu z chmury,

wiodłem cię z łodyg ruchem ręki

jak blasku sznury.

I wyciosałem, wyprosiłem

sercem łomocąc w dłuto,

a dłutem w głaz, i mam cię — siło!

mam cię — pokuto!

Gdzie stąpnę — tętnisz żywą strugą

i jak organy śpiewasz,

i widzę jeszcze we śnie długo —

płynące w tobie drzewa.

A w twojej grzywie iskier złotych

nocą nużają krwawe pyski

rude szakale, ludzie-młoty,

miecze i ślepiów błyski.

I z nich to rosną nocą w tobie

kręte gałęzie trupich ramion,

upiory czarne, serca w grobie,

co sercom kłamią.

I oto mam cię, rzeko święta

jak konar w ciebie wrosły

rzeko zbrukana, z chmur poczęta,

nieodgadniona wiosłem.

25 listopada 1942

[Dokąd to jeszcze?]

Dokąd to jeszcze? Ten cień stoi we mnie

jak obraz wieczny mego zatracenia,

rdzewieje tarcza i gorzknieje ziemia

pod zamyśleniem moim obosiecznym.

O, bo ja jestem mieczem krzywdy wszelkiej,

przez moje ręce wyciągnięte we śnie

wędrują grzechy jak milczące węże

i wytryskają z palców jako pieśni.

I czego dotknę, to się łzą pokryje

jakoby rosą, tylko że tak słoną,

że się nie pięścią — całą ziemią biję

w pierś, której nigdy win nie odpuszczono.

O, bo i jakże odpuścić, że człowiek

zapomniał głosu, mówiąc w bożej mowie.

I gdzie postąpię, pęknie mi pod stopą

ostatni kamień, a dalej już ciemność,

i jestem jak ten pierwszy człowiek po potopie,

który zawinił. Więc wtedy nade mną

też blasku nie ma i w dłoni mi próżno,

jakby z niej krzyż wyjęto i włożono topór,

i jestem duszą smutku po ciałach podróżną

i jestem sam i ziemi tępy opór.

O, żeby chwila jedna, dzban by dano

ze zdrojem chłodnym, żeby klątwę zdjęto

i żeby serce — sercem, a nie raną,

i żeby droga choć w konaniu — świętą,

i niebo mnie nie skrywa jak ziemi powieka,

i śniegu nawet nie ma, który mię pokryje,

tylko jak głosy łzami po omacku ryję

jak cień, jak cień strudzony, co zgubił człowieka.

6 grudnia 1942

Narzeczona

Ona stojąc w jeziorze ręce obraca do góry

i z nich unoszą się z wolna kwiaty i białe motyle,

kiedy pod kolanami w wodzie mkną ciche chmury,

niebo się szybko przetacza. Ona się fali przychyla

i bierze w dłoń otwartą jak w pyszczek różowy kuny

niebieskie łodyżki wody, które się prężą jak struny

i grają cicho i miękko:

«W kwiaty nas zamień, panienko».

Więc ręce zwraca w górę, i krople wypryska wysoko,

czyni z nich liście i jabłka, węże i srebrne jaszczury;

zanim opadną znowu, jeszcze podobne są głogom,

co kwitną. Potem, gdy spadną, przemkną w nich szybko chmury.

Ona się z wolna zwróci, unosząc z sobą odbicie,

nie wiedząc jeszcze, czy w sobie, czy w wodnym obrazie prawdziwa,

patrzy w kryształ powietrza i widzi dalekie życie,

raz zapylone trakty, to znów potoków grzywę.

Nie wie i jeszcze czeka. Wtedy na brzegu, w kotlinie,

rycerz ogromny przystaje i jabłko wyciąga na dłoni,

błękitne jak kropla nieba. Ona ku niemu płynie,

powietrze w krąg rozgarniając, co jak pod skrzydłem dzwoni.

Potem ich las zamyka. I tylko drzewa dojrzałe

tak samo stoją w głębinie, jakby najmocniej kochały.

2 grudnia 1942

Wina

Wśród drzew, co są jak płaskie, zielone motyle,

święty Jerzy cwałuje po czerwonej ścieżce

na koniu, co się wznosi, a za nimi w tyle

czeka mała dziewczynka, włosy ma niebieskie.

Smok się wydął i oczy błękitne wyłupił,

zanim go dopadł rycerz — trzykroć blaskiem rzucił

i zginął. Głupi smoku! O rycerzu głupi,

to wszystko takie krótkie, a już się nie wróci

ani tobie pełzanie po zaklętych sadach,

ani tobie modlitwa w czarnych winogradach3.

Truchło leży, paruje z niego zieleń śliska,

jeszcze się gwiazdki jakieś z łusk przebitych sypią,

i rycerz zadumany stoi, mieczem błyska,

tak pół czuje niepokój, a pół gorzką litość.

Cóż to, mała dziewczynko o niebieskich włosach,

czemu płaczesz? Smok leży, zabit4 twój gnębiciel.

Nasłuchujesz oddechów jego w nocy głosach?

Wspominasz to niezdarne, smutne, smocze życie

i że śpiewałaś czasem jak potok szczęśliwie,

wsparta na jego miękkiej, wypłowiałej grzywie?

I wraca święty Jerzy tam, gdzie lasu smuga

kończy się i zaczyna trakt suchego pyłu,

a na postojach ciemnych marzy mu się długa

smocza szyja przebita i oczy, co były

wypukłe i żałosne, i głos, i łzy słyszy,

i gorzko płacze zbrodni5 pod sklepieniem ciszy.

grudzień 1942

Polacy

Oto rozmawiam z cieniami rycerzy

w głuchej, wygasłej urnie mojej ziemi,

a głosy jak organy rosną i strudzeni,

tyle wieków zwalając, co nad nimi leżą,

tyle serc w jeden kamień skutych, nim odwalą,

jak ciemność stygną we mnie i jak wiatr się żalą.

O! Straszne, straszne dzieje. Widzę morza głuche,

ziemię z niebem złączoną, a jak step w posuchę,

i tętent burz pod ziemią, i tłumy wśród ogni

wijące się jak węże pocięte w kawały,

i twarze, twarze groźne, o! twarze podobne

obliczom w śnie zabitych. To znów nagle wały,

mury, miecze się wznoszą, krzyk rozcina ziemię;

a potem cisza. Tylko stoją nieme

posągi bohaterów — trzech lub dwu herosów,

a popod nimi przepaść zieje — do dna głosu.

Jeszcze, jeszcze pochody na dalekich lądach,

gdzie huragany armat rwą na strzępy ziemię,

na morzach lśniących, gdzie zamknięci w prądach

mocują się z żyłami golfstromów pod niemi.

I jeszcze, jeszcze dalej — gdzie stąpną — zwycięscy,

I tam jeszcze, w ojczyźnie, z dłońmi zgorzałemi,

tam zawsze podeptani, tam zawsze na klęsce

jak na trumnie orkanu — wieniec serc na ziemi.

I tak mijają lata: rzeki, miasta niosą

jak czarną krę pożogi odbitą aż do dna,

i ciemność, ciemność głuchą. Wyje ziemia głodna

rykiem z pól wyoranym, wydartym z pogromów,

a na niej stoją widma rozrąbanych domów,

gdzie na zgwałconych sercach pohańbione ciała,

jakby się męka boża w ludziach ciałem stała.

O straszne, straszne dzieje. Huczy czas nad nami.

Kiedy z szubienic dzwony sinych ciał zagrają,

wywloką nas na bruki pokrajane łzami,

na oświęcimskie kaźnie i warczącą zgrają

do gardeł nam przypadną. My będziemy żyli

i tysiąc lat po śmierci w gałęziach szubienic,

płoszący życie z ślepi tych, co nas zabili.

Ja rozmawiam z cieniami umarłych rycerzy

nad grobowiskiem ziemi, sam jak krzyż zgorzały,

i mówię: «O, przeklęty ten, który nie wierzy

wystygłym prochom ludu i serc żywych grozie;

bo kto na swojej klęsce — klęskę ducha mierzy,

o! tego nie wybawi płomienisty orzeł.

Bo kto nie kochał kraju żadnego i nie żył

chociaż przez chwilę jego ognia drżeniem,

chociaż i dniu potopu w tę miłość nie wierzył,

to temu żadna ziemia nie będzie zbawieniem».

O, wybudujcie domy, o, nazwijcie wreszcie

Polskę — Polską, nie krzywdą, a miłość — miłością,

i niechaj biegną rzeki, a na każdym mieście

niech słup srebrzystych skrzydeł tryśnie jako kościół,

kościół ciał odkupienia. Każdy jako posąg

śród liści, nie z marmuru, stoi — sobie mały,

ale rosnący w kształtach jak jabłka dojrzałe,

wszyscy razem w kopulę, co odbije glosy

walnych trąb archanielskich jak lawiny nieba,

by chleb był dla miłości, nie miłość dla chleba,

by czas był tym rosnącym, a nie krwi łakomym.

O, wybudujcie domy, jasne, wielkie domy.

23 grudnia 1942

[Nie stój u ciemnych świata wód...]

Żonie

Nie stój u ciemnych świata wód,

gdzie sny mozolne kłębią się i dławią,

kiedy nad nimi czerwone korabie6,

smoki ogniste i obłoków łódź.

O, nie wywołuj po imieniu zła,

o, nie wywołuj przed milczącym lustrem,

tam każde oczy staną mdłe i puste

i pokalana nocą każda twarz.

Nie szukaj, nie patrz w mroczny grób,

gdzie ocienione chłodem zgniłej woni

nawet strzeliste świeczniki jabłoni

i ciało barbarzyńskie — jak gotycki trup.

Oto się liście z łodyg tęgich rwą,

jak żywe gwiazdy lecą, jak motyle lśnią

nad ludzką nędzą ciemną i kaleką

i dźwięk wydyma kwiaty na kształt złotych trąb.

Poszukaj tam, w splątanych burzach traw,

w naczyniach roślin napełnionych życiem,

gdzie w kroplach deszczu czeka cię odbicie

Boga żywego w łunach żywych barw.

Liście po żyłce odczytaj do dna,

aż w oczach twoich jak drzewa wytrysną,

aż duchy światła w powietrzu zawisną.

Naucz się życia, co przez życie trwa.

Nazwij się w ogniu, w kołysaniu wód,

w niedosięgalnych mocach powstawania.

Wtedy nie starczy słów i ukochania —

— poczujesz owoc nieba na końcach ostrych kłów.

28 grudnia 1942

Ziemia

Ziemia miłości, ziemia ludów święta

jest jak długa niepamięć, jak jezioro mroku,

przez huragany mroźne czarnym lodem ścięta,

stoi w sobie milcząca jak w grobie wyroków.

Tak wypłoszeni z czasu, my, którzyśmy śmieli

Boga zwać po imieniu i ludzi po czynie,

myśmy czasów nie znali innych, nie widzieli,

a groza w nas przeminie, gdy życie przeminie.

My na środku lodowisk, nieznający domu,

pod śniegami — kamienie i pod gliną — głazy,

ci sami katorżnicy my z kamieniołomów,

ścigani po ulicach i liczący razy

kijów ciężkich, wygnańczych, o! bo nas wygnały

jak sine ciała — z duszy, jak upiory — z ciała.

My po nocach u ściany chłodnej zaczajeni,

w krokach węszący śmierci, w drzew poświście — bata,

w ziemię świętą zamknięci jak w głuche więzienie.

O Panie apokalips! Panie końca świata!

znajdź głos swój i przybitych nad trumien obszarem

wywołaj; głos włóż w usta i w dłonie włóż karę.

15 stycznia 1943

Wróble

Dzień wróbli i jasności!

w dzbanuszkach małych ptaszków

świat się ustał miłością,

niefrasobliwą łaską.

Na wyciągnięcie ręki

mam czystość ich, puszystość,

jakbym dotykał ciebie

gałęzią ich — wielolistną.

Niebo się ziemi skłania

leżąc śniegiem na drzewach,

oczy mrużysz, zasłaniasz,

piórka w blasku nagrzewasz.

Nie zerwiesz się, nastroszysz

ciepło ptasiego futra,

odpowiesz wróblim głosem

w moją ciemność — malutka.

Bo na tym śniegu ludzie —

— my z ciemnymi sercami.

Ziemio przez nas zabita,

rzeszą twych ptaków czystych

módl się za nami!

2 stycznia 1943

Co jest we mnie

We mnie — góry ciężkie wiatr podnosi,

ponad chmury — groźne młoty jak ciężary,

i rozrywa je mocarnym tchem i głosem,

a zamienia w niepodzielne burz obszary.

Potem morza, które szarpią stropy ciemne,

gwiazdy z bliska biją we mnie ogniem,

poryk gromów, co pod stopą rwą podziemne