Juwenilia II

Powrót II

Noc znowu przychodząca nabrzmiała od mgieł;

bruk zwilgły nakrywa mdławiejąca wata

i tłusta, rozpylona, srebrnoszara biel

rozewrze się szeroko na kamiennych matach...

Latarnie — mdli1 pielgrzymi wypędzeni w noc,

konduktami długimi przechodzą chodnikiem;

drga stłumiona, matowa, poplątana czerń,

nalana w szklanki ulic jak zmącony likier...

Dalekie doki murów pełzną w szarym śnie;

po neonowych światłach szumią białym pyłem —

— szarzejące obłoki kolorowej mgły...

Noc przegniła wilgocią nakłębia zawiłe,

nieodgadłe krzyżówki już odeszłych dni,

które plączą się męką nad myślą zmęczoną,

zatopioną szarzyzną w bezobraze sny...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Życie zsiada się w ustach nocą gorzko-słoną...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Odpływają pociągi noc prujące szumem...

(obudzone sekundy narastają w świst).

Dziś ręce trzymające śliskość mgły wśród palców

załomocą do ciemnych, parterowych drzwi...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

16. X. 38

L’esclave2

(tłum. z J. M. d’Hérédia3)

Nagi, brudny, obdarty i z głodu półżywy

niewolnik — spójrz! Me ciało sine pręgi kratą,

choć rodziłem się wolny w miękkich liniach zatok,

gdzie Hybla4 w lustro wody wperla swoje grzywy.

Rzuciłem wyspę szczęścia!... O, jeżeli wrócisz

do winnic, do Syrakuz5 brzęczących pszczołami,

szlakiem dzikich łabędzi, który w błękit zamilkł,

może tej, którą kocham, pieśń wspomnień zanucisz.

Czy zobaczę te oczy fioletem głębokie,

w których niebo ojczyste chmur rośnie natłokiem

pod lukiem triumfalnym napiętym w brwi czerni?...

Zlituj się! Odnajdź miłą i powiedz ode mnie,

że żyję jeszcze dla niej, że jestem jej wierny.

Poznasz ją po tęskniących oczach w smutnej ciemni.

Droga

Noc jest jak śpiące zwierzę;

charczący niepokój biega w niej jak przeżute, niejasne obrazy,

wiatr szarpie niepokojem chwil zastałą ciszę,

zsiadłą kiedyś, przed burzą szklącym się upłazem6.

Drogą chaty przepełzły rozmazane w granat

gęstego i bez blasku zamarzłego nieba...

Pola dymią od bieli i rdzewieją zmierzchem...

Wiatr się snem przehołubia po śliskich kolebach.

Wiatr rozwiewa czupryny przycichłego śniegu

(pies we mgle cicho szczeka jak w pustym mieszkaniu),

drży biel, płaźń7 falująca nawisami wiatru

i noc trwa rozłożona na śliskim posłaniu.

Jak łatwo dnia zapomnieć, gdy się nocą idzie,

i jak trudno z własnego nieosiągu szydzić

(o, ślepcy szukający drogi nad przepaścią,

z dalekich równin w góry zabłąkani nocą).

(O, ludzie chwytający próżnię pełną garścią).

Idzie się wiecznie, choć nie zawsze po coś...

Z chat najeżonych ciszą wieje obce ciepło,

przez szyby zamarznięte oglądasz krew światła...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

już się lepiej w mrok wedrzyj i nocą się zadław...

patrz!...

oglądasz przez okna życie pulsujące,

rozpięte w szyb prześlizgu — prostokątnych tarczach,

oglądasz tętno wewnątrz parujące, gęste,

oglądasz tylko...

i to ci wystarcza...

Krajobraz

Gwiazdy — łzy światła, opadła

noc przez szyby wybite arkad...

noc odpływa w nagęstłą przestrzeń

w czarnych, wodą ciekących barkach.

Mosty brodzą w prąd wlane czernią,

gwiazdy czochrzą włosy mgłom wiklin...

Przeszli ludzie, którzy szli mostem...

Oczy cicho w złe miasto wnikły...

Rzeka gęsta wolno poziewa

w duszną szarość ciemnego płynu,

most się w niebo wrzyna żelazem

na krzyżowych wygięciach klinów...

Głodem cierpkim usta mdlą puste,

połykają gorzkie łzy świateł...

Szare nocą znad śliskich wiklin

pełźnie świtem niebo jak krater...

24 XII

Znowu daleko, smutnie...

śnieg przez szyby pełza

i noc przycichłym wichrem szarpie gwiazdy w więzach,

i znów daleko, smutnie...

i znowu nie wrócisz z dalekich pól zapachem —

szorstką wonią mrozu,

oczu mi nie zasłonisz ciepłym, słodkim łachem —

— niebem przycichłym łzami i powrotem...

Nie przyjdziesz szeleszcząca ciszą w mgłach drogami

(wieczór spłynie kolędą daleką, daleką)

i będziemy we dwoje tylko, smutni, sami,

ja i mrok beznadziei...

i ty gdzieś nad nami...

Ucieczka

Pustym pociągiem wyjadę z głuchego przedmieścia,

szczekotem kół rozpryśnie w hali odbieg sekund

i bruk zaświeci w oczy mrozu suchą spieką,

niebo wypuchnie brzuchem w zgniły, ciemny granat.

Noc się rozedrze w długie, klaskające tory

jak szare korytarze w mróz wycięte pędem,

nieme domy przedmieścia w gęstych oknach powiek

spłyną długą powodzią czerni — mdłym uporem.

Zapłaczą bujnie światłem więdnącym jak liście

zza skrętów pochylonych wypełzłe naprzeciw,

konające krzyżami, błędne semafory.

Echo zagra oknami w wymijany parkan

i dmuchnie czarnym hukiem w głuche łuki arkad,

las się napije mchami smugi świateł.

Dalekie, obce miasta śpią pod jękiem mostów,

zastałe w czarnej gęści nocy, w gęstym miodzie,

żeby ranem nakisłym piersi w mgle ochłodzić,

zagwizdać w zęby fabryk ostrym świstem świtu.

Pociąg po pustych halach nieznajomych stacji

pryśnie krzykiem w zamarłe, ciche usta okien,

przeszczekocze klaskotem pluskającej stali

w szklane piersi sklepienia ogłuchłym potokiem

i zgaśnie...

noc wchłonie smugę wielkim haustem ciszy

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W pustych górach zmiecionych gęstym, żółtym śniegiem

pociąg przepełźnie cicho w gęste gardła torów.

Gdy noc zakisi niebo zimnej czerni norą,

długim westchnieniem stanie na ostatniej stacji.

Kiedy szyny zagwoździ ślepy, twardy bufor,

nos zasypie świadomość żółtym śniegiem próżni8,

z daleka przejdzie we mgle głuchoniemy dróżnik

z zapaloną latarnią, która zgaśnie w zmroku.

1939

* * * (Nie płacz...)

Nie płacz, to ja nastaję w siwych czapach mgieł,

nie płacz, to ja nastaję każdą chwilą dnia

nie płacz, ja wrócę znowu z złotogłowych dni...

W przychodzących chmurami nowych, żywych snach...

noc odpływa na zachód w ostrych nożach gwiazd

(cierpkie smugi ugorów spłyną cicho w lasy)

i spotkamy naturę w barwny, jasny świt,

kiedy wiosna nabrzmiała pryśnie kwietnym czasem.

3. I. 39

Wieczór na południu

Znużone wieczory odpoczywają na matach morza

(o, złoto sypane garściami ponad zielone gaje!),

drżą czarne cyprysy nocą opite jak słodkim winem,

słaniają się tłuste jak pająki nad omdlałym krajem.

Drży ciepło tkaniną półwidzialną na szybach wieczoru

(o, słodkie ciepło chwil umierających w mórz kołysaniu,

słodkie ciepło ramion zalewających zapachem światy!).

Zaczajone gwiazdy czyhające (ukryte za granią)

na koniec słońca i wytryśnięcie w przestrzenie srebrem,

na noc gęstą jak miód, zalewającą oczy i usta...

Rozwleka się wieczór cichy, niewysłowiony grób myśli.

Przytomność ucieka w nakłębione porty horyzontów,

zostaje sam wieczór, pełen zagadek, a jednak cichy...

38, jesień

IV. Dni

Jestem sam, ja i puste dni zmierzchem brunatne

jak liście poskręcane jesienią w agonii.

Dni z szelestu wysnute, z nocy bez majaczeń,

zwarzone cichym skrzypem kłamanej ironii.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

A może dni te skłamał ktoś, tępy przechodzień

plugawiący różowe odblaski i słowa,

i może kłamstwo spadnie szarzejącą nocą,

dni się zjawią zielenią i powiedzą: prowadź.

Skry sypną purpurowe z marzących obłoków

i szczęście białym koniem zatętni pode mną,

i powiem: naprzód, szczęście! Dni szeregiem runą

przez noc pachnącą bzami i gęstością ciemną.

Wolność napłynie w usta purpurowym krzykiem,

zieleń pogryzie szare, daltoniczne noce.

Pełność, jędrność i wolność powstawania będzie

nie nadgryzionym myślą, słodkawym owocem

i wtedy szczęście biczem gwiezdnym zatnę

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

teraz jestem ja i te puste dni brunatne...

jesień 38 r.

Sonet — morze

Noc się w morzu zatapia na ciemną żałobę —

kiry czernią zaleją dawności odpryski

odbijane nad ranem w gładzi zimno-śliskiej

i pochylą się ciemnią nad byłości grobem.

Porty wgryzą się światłem w pół-umarłą wodę,

roześmieją się nocą po pustych ulicach

i miasto w głąb, aż do dna światła chce przemycać,

jak ja, obrazy szczęścia opryskane chłodem.

Morze czarne i barwne! Słoneczne i dumne!

załamane twe ręce horyzontów mglistych

w rozpaczy zamgławionej, jak w płaczu znad trumny.

Żegnaj, morze! W perłowych koronkach błękitne,

morze, morze kwitnące bielą w kwiatach czystych,

i ja tak pewno kiedyś powrotem zakwitnę...

jesień 38 r.

Piosenka

Wprost, na przełaj, przez pola zardzewiałe zmierzchem

pojedziemy w głąb nocy, smutni Don Kiszoci,

po to tylko, by kiedyś (może w baśni progu)

rozerwał nam świadomość zabłąkany pocisk.

Nasze istnienie cierpkie jest, na pół przytomne,

czekające na nowość — nastanie nieznane.

Lękiem w noc wyczekiwań serce pięścią bije,

nie wie, czy błądzić dalej, czy czekać na ranek.

Wiatraki rozszalałych, wirujących myśli

drą nam jaźnie purpurą powstających godzin.

Los nasz tętni, za słońca ukryty zachodem,

zbudzi się może szczęściem w jutrzni słońc narodzin.

Szczęścia jest tylko tyle, ile go wymarzysz,

kiedy ręce ugrzęzną ci palcami w błocie.

Ty!... pamiętaj o baśni, co cię kiedyś zbawi,

lecz nie walcz o nią z ludźmi, smutny Don Kiszocie.

zima 38 r.

Ad Aristum Fuscum

(tłumaczenie) Horatius9: Ody

Fuscu! Człek czysty, przez zbrodnie nie sklęty

nie musi nosić mauryjskich pocisków

nie trzeba jemu cięciwy napiętej

ni mieczów świstu...

Czy to pustynią droga niebezpieczną,

czy niegościnnym kaukazem górzystym,

czy gdzie głęboka rzeka rwie bajeczna

Hydaspes10 szklisty.

Tak mnie gdy spotkał wilk w sabińskim lesie

gdy za daleko zaszedłem śpiewając11

potwór co borem łup swój krwawy niesie

w lesistym kraju

uciekł; o takim ogromnym potworze

nie słychać ani w iubijskiej pustyni

ani w dębowych drzew daunijskim12 borze

co ciemnią słynie...

Połóż mnie w piaskach, gdzie żadnego pola

nie ma; i chłodu nie daje ni chwila,

gdzie kamień pęka w pozsychanych rolach

i noc się schyla...

Połóż gdzie ziemia się skwarem pokryła

gdzie piasek pali, gdzie piekieł gorąco

kochać Cię będę, o Lalage miła

słodką, śmiejącą

wczesna jesień

Chore myśli

Są takie zjawy dalekie, odległe

(kartki wydarte z dziecięctwa i wspomnień),

W snach gdzieś powstały i teraz nadbiegły,

żeby się w ciszę wgryźć i wrócić do mnie...

Są takie zjawy dalekie i znane,

które wracają w jaźni odrodzone,

które wracają (i wierzę w nie święcie),

w zmierzchu srebrzysty uwikłane więcierz13...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Dni wymyślone w pół-ciemnych pokojach

(drżą ciemną krepą14 firanki wiejące)

i w szarym pyle zgęstniałego kurzu

tarza się ciemne, zmierzchające słońce...

Pokój jest stary, cichy, staroświecki

(wiszą portrety jakichś znanych twarzy,

na który widok serce w piersi tłucze

i których oczy wrzątkiem serce parzą).

Cicho brzęczące stare fortepiany

grają dostojnie, cicho i powoli,

a po portretach w ścianę wprasowanych

łzy kapią szare...

łzami serce boli...

Pod wieczór świece się palą w lichtarzach,

żółte jak tego dnia (którego? nie wiem)

i ręce, noce witające bledzią,

brodzą po kurzu nieustannym siewie.

Potem przychodzi długi cień po ścianie,

w starym cylindrze gość nieokreślony,

przyjdzie znów bębnić noc na fortepianie

i wstawiać kwiaty japońskie w wazony.

jesień 38 r.

Ars poetica15

Wiersz jest we mnie zły, obcy, zły i nienawistny,

i pali moje noce gorejącym ogniem,

idzie przeze mnie tłumny, rozkrzyczany sobą

jak pochód ulicami niosący pochodnie.

Wiersz jest zły, nienawistny, chce rozerwać formę

(jak to ciężko zakuwać wolnego w kajdany),

chociaż wydrę go z głębi palącego wnętrze,

nigdy całkiem nie będę jego władczym panem.

Z krzykiem szarpie się, męczy, aż strzeli wołaniem,

potem stanie się obcy, przyjaciel niedoszły,

stanie w progu zamarzłym, płonący, stworzony,

i pójdzie w mróz wieczorów tam, gdzie inne poszły.

jesień 38 r.

Dziki laur

Niebo — szklana kopuła meczetów zielonych,

nakrywa szmer powietrza nasiąkłego złotem,

śpiewające daleko ciszy dzwonią dzwony...

Słońce zakrzepło w ciele metalicznym brązem,

pachnącym bladym kwiatem dzikich rozmarynów...

Chodź ze mną w słońce pękające złotem,

pianą morską i słońcem pachnąca dziewczyno.

W głąb daleko pod nami morze się rozlało,

wypełzłe z wypukłości nieba między skały;

z nienasyconych słońcem czarnych winogradów

chcę wypić cisze morza, pełne i dojrzałe.

W powybielanych skwarem napuchłych obłokach

brodzą krzaki o liściach cierpkich i surowych.

Ręce błądzą pod błękit prażącego nieba,

by zerwać z sztywnych krzaków szklisty krzyk laurowy.

Już nie pamiętam...

Już nie pamiętam, jak las szumi śniegiem,

jak słońce złotem w ciszę lasu pryska,

kiedy płaszczyzna obłąkana biegiem

ucieka pędem szalona i śliska.

Już nie pamiętam gór ogromnych wiecznią

i nocy gęstej, gwiazdami nabitej,

i pól płaszczyzny bezmiernej konaniem,

śniegiem zmierzchnącej i puchem skro-litej.

Już nie pamiętam, jak słońce w śnieg prószy

i w biele sypie ciszę pyłem złota.

Dzwonki polami biegną i szeleszczą,

cisza osiada śniegu mgłą na płotach.

Już nie pamiętam! Miasto zaczajone

zza murów, mgłą mi dusi jaźń zamarłą

i krwią już niebo mdłych, przegniłych dymów

nocą wyszło w ulice

i dławi mi gardło...

Morze wracające

Pamiętasz? Było kiedyś morze

szkliste w falistych linii łukach,

morze, którego cieni można

w obrazach szklanych dni poszukać...

Morze czasami wzbierające

roznosem huku na poszumach,

szelestem w dali zamykanym

na stoodległych górskich tumach16.

Morze płaczące świstem deszczu

i perłopławiam pianorodne,

dalekie, ciche, smutne głębią

jak moje oczy twoich głodne.

Morze przebite nocą w gwiazdy

powraca czasem cicho, jaśnie,

morze potęgi i miłości,

które w twych oczach cicho gaśnie.

Zmierzchanie

Motto: Je suis l’Empire à la fin de la décadence17

(Verlaine)

Okręt odpłynie na spuchniętych żaglach

w szklane lazury wzbierających piersi...

Chociaż nie zawsze byliśmy najszczersi,

powiedzmy sobie zwyczajnie: dobranoc.

Bo świat zachodzi już i słońce ciche

nie wzbiera światłem w mgły wstające rano.

A dni się sypią — zerwane korale,

perły o zmroku...

powiedzmy: dobranoc.

W progu drzwi szklanych noc narasta łukiem,

w progu dni z błota noc cicho przyklęka

i garść popiołu w zaciśniętych rękach

parzy mnie jeszcze niedogasłym żarem.

Zmierzcha...

z nawisłych tlejących latarni

znów w pyle światła dzień powstaje szary...

13. XII. 38 r.

Jesień

Drzewa na wieczną jesień schodzą w szare parki

przez pastelowe chwile przegniłej pogody;

w zamglonych nocach dni kucające o zmroku;

czai się pustą twarzą niebo bez obłoków.

Rano... znowu się budzę w przekroplonej ciszy,

sen odrasta w powiekach napęczniałych męką,

szarość tańczy po szybach pajączkami pyłu,

pokój się wpół unosi na ugiętych rękach

i sennie mi spogląda w rozproszone oczy...

Rano... w szum odbiegają myśli już odległe

i ty odpływasz w zachód mgieł odeszłych...

ulice wchodzą oknem, blade bezobliczem,

szorstką powierzchnią bruków w szyby mgłami spierzchłe.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Dzień się prześliźnie długim, lepkim ślizgiem

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

aż spłynie wieczór gęsty z szarych tapet

i westchnie jesień odległych pociągów wysapem,

szarość pokoi podpali się zgniłą purpurą chryzantem.

W nocy pies we mgle szczeka,

rozpruwa szwy ciszy

i czkawka echa kaszle z przegniłych płuc podwórz.

Nie chodź po zwiędłym zmroku, lepiej okno otwórz:

przestrzeń powiewa w usta gorzką, wonną jesień.

Dni nienawiści

Trzeba nam było długo iść w nienawiść

(roztarty w gwiazdy kryształ chrupał nam pod butem18)

i dni w przegniły, żółty blask rozkrwawić,

na bezoblicze iść pod zwiędłą nutę

z chrypnących gardeł zdartą suchym skrzekiem.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

w bryzgi i sople krwi cuchnącej trupem,

idzie się tędy, by się stać człowiekiem

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

A nocą więdły w oknach ciche okiennice

i czerń wsychała z błotem w szorstki, ciężki drelich,

żeby ją świt odkruszył, którym niebo pęka,

świt... jeszcze jeden granat spadły w gęstej bieli.

A nocą okna w obcych, pustych miastach

pluły nam nienawiścią w czarny kontur twarzy

i szczekały po nocach charczącym budzikiem

dalekich karabinów,

by usta nam sparzyć,

i budziły gwałtownym, z żył wyprutym krzykiem,

który sypał się w czaszce w rozpalony ołów

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

a potem znowu było dno nakisłe ciszą

i znów przelewające szprychy w ciemność, koło.

Zostaną...

noce ukrzyżowane zamarzłymi snami,

zostaną oczy z mroków wyrżnięte w łez kryształ

i oczy, które wykwitną przegniłe —

— niezapominajkami...

1939

Powrót

(tłum.)

A kiedy deszcz srebrnosiny

zapłacze za moim powrotem,

pomyśl, że to są łzy moje

perlone przez moją tęsknotę.

Piosenka księżyca

Motto: La lune blanche19...

(Verlaine)

W skośny stół z matowej czerni

księżyc wylał płytką rzeką

szumią ciszą w szklany werniks

gwiazdy spadłe niedaleko

w gęstej nocy jak w akwarium

płyną długie śliskie ryby

uliczkami gęstych podwórz

szyby szorstką łuską wybić

gładzi zwilgłe srebrem ściany

płynnych łysków20 miękki natłok

i na stole rozślizganym

czarny piesek gryzie światło.

16 I 39 r.

Melancholia

Szary pejzaż tętni kroplami

w rzeki gęste, lśniące jak ołów,

noc przepędza do pustych obór

czarne chmury, stada bawołów.

Po wądole nakisłym zmierzchem

pełznie szumem chmur szarych liszaj,

przez zasiane w ugorach cisze

dzień brzeziną schodzi przez pole.

1939

Podróż w naturę

Motto: Par les soirs bleus d’été

j’irai dans les sentiers21

(Rimbaud)

1

Starym szlakiem powrotnych łabędzi

wiosna wróci jak balon wzdęty białym ciepłem

na ramionach drzew ogorzałych od słońca

skwar — południa rozwiesi płachty nieba skrzepłe

2

Skwarne zwierzyńce miast

odklejone od stóp opadną w dół kotlin

zasianych piołunem gęstym i miętą

w ciecz topniejący skwar

obłoki w błękit przekropli

spłynie w wonne pola trawą świeżo zżętą

jak rzeką...

3

natura — otchłań

zieleniejąca na krańcach błękitu

........................

wejdziemy w prężne powietrze górskich strumieni

w puszczę — łuk morza ucichły chłodem wśród skwaru

w ciche kopuły wite na ptakach jak wieniec

w mroczne sklepienie poszumu rozdarte świstem

ptaków...

niżej...

w bujnym zielonym bambusie trzcina kołysze jak szelest

dżungla zielonym ciepłem owionie dźwięk brązu

— ciało

słońce na białych diunach22 piasek w poszum zmiele

wieczór opadnie w oczy uśmiechniętym bonzą.

A noc wilgotnym ciałem otrze się w mgły zieleń

dżungla paruje w górę mokrą mgiełką potu

uśniemy w zapach włosów jak w morze — kołysem

kiedy mewy przebiją błękit bielą lotu

1939

Moment wieczności

Kiedy czas — kościół rozparty w staw — cmentarz

przebrnie po uda w dzwonach leniwych w południe

powstanie wieczna niedziela — przestrzeń błękitno-święta

zapalić lazur światła od mglistych majolik23 złudniej.

Wtedy w przestrzeń zapadnę — cichym opadem Atlantyd.

Oceany jak stepy wysoko przeszumią pod słońcem

horyzonty rozpękną światłem w półkoliste rampy

dwa napięcia błękitu odprężą się w dwie równoległe.

. . . . . . . .. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

i usnę...

w falującym łanie ścichłych dzwonów

oceany — kolumny błękitu nie zmilkną odpływem o zmierzchu

wysoko szumią powierzchnie od nieba bledsze i cichsze

oczy — dwa dzwony tłukące kryształ

nie zgasną jak co dzień w szorstkim, chłodnym — wichrze.

Obojętnie się przejdą przez dna zarośnięte rybami

jak sznur pereł zerwany niechwytne spadają przez błękit.

Matowe słońce, w którym lazur zamilkł

przesunie dłonią po grzywach poczochranych ławic

gęsta woda rzek w wirach wyplutych z tulej...

sypie się szelest diun24

przetartych jak sukno — trawą

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

ciężki plesiosaur25 zieleni wytrze się w gęstym namule.

1939

Chrystus

Przejść długim płaczem zapomnianych ścieżek

przez puste, krwawe wydmy słów i szorstkich spotkań,

spłynąć wykwitem płatków zmiodniałych na wiosnę

jak cisza biała, gęsta, miękką wonią słodka.

Przejść... gromnicami drzew odprawić święta,

krzyżami wonnych dni zasadzić puste drogi,

o łukach nieba, brudnych przechodniach pamiętać,

być przyjacielem smutnych i najcichszym bogiem.

I siać niepokój sumień w oczy — brudne szyby

na pośmiewisko i na kłamstwa wieków.

Przez drogi cierpkie, dalekie i gorzkie

po coś tu do nas przyszedł, boże czy człowieku?

I w końcu

kłamstwem rozcięli przymknięte powieki,

pękł kobalt nieba szorstkim poszumem błyskawic,

niebo spłynęło szybkim w horyzont odbiegiem

kroplami sinymi mleka ciszę zadławić.

Zastygła wolno krew na zwiędłych kartach księgi,

przechodzą bose nogi w pyle, jak co dzień

i kiedy konasz co dnia na krzyżach przydrożnych,

minę cię nieobaczny26, zmęczony przechodzień.

1939

Podróże

Czytamy szeroką przestrzeń

liczoną w głębokość spojrzeń

morza dalekie, obłe dźwięczą metalem światła

gdy nagle w horyzoncie przepuk linii dojrzę.

Z brzęczącej blachy morza wypełzną niedbale

powolne, gęste wyspy

obok przejdą bielą

ciepłym rozlewem ulic pierząc roje palem27

słońce na białe ciepło w zębach osad mieląc.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W portach które pływają po wypukłym morzu

zmierzch w wieczornych gospodach pachnie cierpko winem

(przez łzy szyb słychać w dali przechodzące góry)

powoli oczy ciężkie jak skrzydła rozwinę:

mury wygrzane w słońcu — białe szorstkie koty.

Przeciągają wzdłuż winnic grzbiety skwaru — rtęcią

i morze się ugina drętwe ciepłym złotem

(pękają akordy barw zmierzchem zwilgając jak parą)

a kiedy błękit świtem wzejdzie w przestrzeń

miasto wyleje rzeką szeroką do morza.

Odpłynę wiotkim statkiem w szerokie ramiona

horyzont pęknie jak szklana obroża

pożegnają mnie ciszą gęstych drętwych zmierzchów

iluminacje światła jak ostatni pożar.

Aż strącony burzami z szorstkich liści palmy

zapędzony nocami w ślepy, cichy atol28

wycharczę czarną perłę konający nurek

i błękit tylko

w zmierzchach wchłonie mnie jak zator...

I. 39 r.

Hymn wieczorów miejskich

Miasto tańczy drżącego kankana29

w barwnym mleku świateł rozproszone

dyszy niebo jak zgaszony dywan

namarszczony z flandryjskich30 koronek

asfalt ślisko ucieka przed światłem

w łuk

w umarłym kadłubie ulicy

można bardzo głośno mówić

można... bardzo cicho krzyczeć.

Latarniami miasto zgasi gwiazdy

i dźwięk zacznie w banię nieba wnikać

sam zostanę na czarnym asfalcie

balansując krawędzią chodnika.

II. [39]

Pieśń Wagabundów31

Wiedziemy wonny żywot wagabundów

codziennie jasne słowa wdychamy jak opium.

Przestrzeń potrafi wchłonąć nas jedną sekundą

w którą się płynne serca całą wieczność topią

nocami podchodzimy do otwartych okien

wylatujemy w sady kwitnące jak zapach

patrzeć jak senna zieleń ciepłe niebo żłopie

jak cisza dźwięcznym światłem w szyby zacznie kapać.

Potem płyniemy wolno w ciepłych żaglach cieni

we wzdęte morza światła brzęczące jak pszczoły

odrzucające błękit odpływów jak włosy

na białe ciała ławic wolno zbiegłe dołem.

Silni w miękkie dąbrowy wchodzimy jak w szelest.

Przez góry w płynnych dzwonach bielone oddalą

w wysokich zamkach turni przesypiamy otchłań

wtuleni w futro lasu noc jak ogień paląc

i czekamy na porty jak inni na statki

aż staniemy się tacy ot tacy maleńcy

stateczkiem z łup orzecha w zapach wody gładki

popłyniemy daleko do zielonych Indii.

II. 39 r.

Elegia IV

Ach, mówiłbym ci o nocach zbitych gradem jak ptaki,

mówiłbym słowa błędne o drzew tragicznych twarzach,

o latarniach jak świece, gaszonych krepą32 wiatru...

ach, mógłbym... mógłbym dzień jak oczy spokoju przerażać...

Patrz... noc uderza w martwe akordy cieni,

droga odchodzi w gorzkich łkaniach latarń.

Jak trudno szczęście w karty papieru zamienić.

Jak trudno w oczach dalekich szukać odbić świata.

Patrz... oczy — smutni pielgrzymi odchodzą drogą —

spłakaną wiatrem, ciężkim, czarnym samobójcą,

można nie szukać gwiazd,

można nie płakać w ogrójcach,

noc można zgasić jednym ruchem dłoni.

II. 39 r.

Zamach

Siedzicie w dusznych kawiarniach,

w parnych tchach dni-lokomotyw,

które nie jadą już nigdzie,

bezradne, zlane potem.

Dzień — parująca masarnia

co rano dyszy i rzęzi,

póki jak balon zmęczony

na cierniach słów nie ugrzęźnie.

Noce zmącone są, duszne

w łaszących się woniach perfum,

ach! cały ten świat wasz blady

rozkłada się w nocy jak ścierwo

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Twarze pomięte i brudne —

— kartki rzucone w próżnię.

Chodzę po pustych ulicach,

stacji zgubionej dróżnik.

Nocą rozlaną jak ołów

wyjdę przez parną krwią bramę

i...

rzucę przestrzeń

jak bombę

pod świat wasz — duszny atrament.

Strasznym rozpękiem zieleni

czerń się osypie po wietrze

szeroko...

ocean błękitny

(w horyzont rozleje się przestrzeń)

Spotkanie dalekie

Dla Z.

Muszę odejść... noce drżą w napiętych żaglach.

Muszę odejść... droga pijana się słania,

płótna wzdyma cisza szalejąca, nagła,

latarniami noc znów elegie wydzwania.

Nie żegnajcie... morze opiło się wiatru,

niespokojne, szarpie grzywy szkła rozbite,

gorzkie bryzgi piany ślady statków zatrą

i odpłynę srebrnym argonautów33 mitem.

W słonych zmierzchach schodzę na białe wybrzeża,

w szeleszczące puszcze wilgotne jak barwy,

nawołuję w echa

już mi portów nie żal,

kiedy ciszy lazur w silne dłonie narwę.

Raz się tylko zbudzę jak w dalekiej pieśni,

Ty mi wyjdziesz cicho, jak dawniej, naprzeciw,

ręce dasz mi wonne w ciepłym świcie, wcześnie,

pobiegniemy w zieleń wolne, leśne dzieci...

9. II. [39]

„Stare miasto”

Księżyc zadymiony niebem

rozlepia plakaty — żółte plamy ciszy,

posłuchaj... ulica schodzi w mrocznym żlebie34

w rzeki zgęstniałych gwiazd,

można usłyszeć:

jak miasto brodzi w neonowym szumie,

ryciny ulic wypukle odchodzą w rzeki domów,

pękają w średniowieczne place, obszernie,

patrz!...

rycerze jadą dołem w półżałobnej czerni...

Pożegnanie żałosnego strzelca

Do widzenia...

noc gwiazdami zaorana,

w piersiach naszych eksploduje pusty wieczór,

zbyt jest ciężko łzy przetapiać w męską szorstkość,

zbyt jest ciężko gorzkiej prawdy w ustach nie czuć.

Niebo w błocie zatopione pije ziemię

i zwichrzone, granatowe szarpie drzewa,

to zbyt trudno nigdy szczęścia swego nie mieć

i o szczęściu bohaterstwa swego śpiewać.

Tak daleko, droga ciężka i nabrzmiała,

od łez twardych poorana w długie bruzdy,

tak się idzie, łoskotami szyjąc próżnie,

po kamieniach mgłą opitych, bielą tłustych.

Zbyt daleko są okopy krwią rozpękłe,

myśl na drutach krwawi usta nieszczęśliwe

i bezradnie ciemne noce nawołują.

Zbyt jest trudno wrócić do was młodym, żywym,

zbyt jest trudno...

łatwo zostać bohaterem...

Jakie szczęście, że nie można tego dożyć,

kiedy pomnik ci wystawią, bohaterze,

i morderca na nagrobkach kwiaty złoży.

[Tędy, przez wzgórza ciszą zarośnięte...]

Tędy, przez wzgórza ciszą zarośnięte,

przejdę swobodnie błękitnawym morzem,

przez szlam tymianku i zgaszoną miętę,

dzwony wieczorne jak bramę otworzę,

szorstkimi dłońmi odsunę żaluzje —

— dwa łuki puszczy na bok spadną miękko,

w las rozdzwoniony jak w zieloną kuźnię

wejdę przewilgły parną gamą dźwięków.

W rozmiękłej woni przechodzę szelestem,

płynące łany w świty drzew odchodzą.

Ciężar przestrzeni przenoszę na barkach,

na srebrne brzegi w gorzką zieleń brodząc.

Ramiona dźwięczą brązem dzwonnej siły,

w nocach pierzchnących sypką wonią dojrzę

dźwięczny chłód planet jak jabłka dojrzałych

i w czerstwej ciszy poszukam twych spojrzeń.

Patrz... gładzę wiatry po gorących ustach,

zbieram modlitwy drzew rozpierzchłe w trwogach

i kiedy przyjdę do twych stóp o zmroku,

nie pytaj,

po co szedłem taką drogą.

Ciel brouillé35

(tłum. z Ch. Baudelaire’a36)

Rzekłbym: twoje spojrzenie okryte oparem,

twe oczy tajemnicze (błękitne czy szare?),

na przemian uciszone, marzące, okrutne,

odbijające nieba obojętność, smutne.

Pamiętasz te dni białe, ciepłe i zamglone,

które topiły w płaczu serca, dzwon, olśniony,

kiedy wzburzone, drżące jakimś złem nieznanym

nerwy szydziły z ducha, co spał w snach zbłąkany?

Ty wspominasz czasami ten horyzont czysty,

który gorzał słonecznie w porze chmurnej, mglistej,

jak ty rozpromieniałaś ten wilgotny pejzaż

skuty w strąconych z nieba promienistych więzach!

O, kobieto cudowna, zwodna auro ciepła!

Czy kocham także śnieg twój i szron w bieli skrzepłej,

czy będę mógł się wyrwać z zimy twojej mroźnej —

— rozkoszy przejmującej bardziej niż mróz groźny?

Hellada37

Kolumny mdleją cieniami,

bluszcz gryzie słodki jak biel marmur,

błękitne wzgórza pełzają po miękkim morzu,

cisze spadają w dłonie bogactwem za darmo,

w szept mgieł schodzą strumienie w cierpkich błyskach noży.

Można nic nie mówić,

w chmurach się położyć,

wędrować:

w drodze napotkam omdlałą świątynię Nike38,

obejmę miękko dłońmi — przyjacielskim splotem,

w góry zmącone echem — pasterskim pokrzykiem,

pójdziemy wolno nad groby zgubionych homerów39.

Przypisy:

1. mdły (daw.) — słaby. [przypis edytorski]

2. l’esclave (fr.) — niewolnik. [przypis edytorski]

3. de Heredia, José-María (1842–1905) — poeta francuski urodzony na Kubie. [przypis edytorski]

4. Hybla — nazwa kilku starożytnych miast na Sycylii, tu przeniesiona na rzekę. [przypis edytorski]

5. Syrakuzy — miasto na wschodniej Sycylii. [przypis edytorski]

6. upłaz — spłaszczone miejsce na stoku górskim. [przypis edytorski]

7. płaźń a. płaśń — taras, płaska przestrzeń na stoku górskim. [przypis edytorski]

8. nos zasypie świadomość żółtym śniegiem próżni — tak w źródle. [przypis edytorski]

9. HoratiusHoracy — Quintus Horatius Flaccus (65–8 p.n.e.), wybitny rzym. poeta liryczny, autor liryk, satyr i listów, a także teoretyk literatury. [przypis edytorski]

10. Hydaspes — obecnie Dźhelam, rzeka w północnych Indiach i Pakistanie. [przypis edytorski]

11. śpiewając — w oryginale poeta śpiewa o Lalage, kochance tutaj wspomnianej dopiero w ostatniej strofie. [przypis edytorski]

12. Daunia — region w Apulii, w płn. Włoszech. [przypis edytorski]

13. więcierz — rodzaj sieci rybackiej. [przypis edytorski]

14. krepa — rodzaj tkaniny o lekko pomarszczonej fakturze, kojarzonej z żałobą. [przypis edytorski]

15. ars poetica (łac.) — sztuka poetycka. [przypis edytorski]

16. tum (daw.) — kościół katedralny. [przypis edytorski]

17. Je suis l’Empire à la fin de la décadence (fr.) — Jestem Cesarstwem u końca upadku. [przypis edytorski]

18. roztarty w gwiazdy kryształ chrupał nam pod butem — prawdopodobnie aluzja do nocy kryształowej, pogonu dokonanego w nazistowskich Niemczech w nocy z 9 na 10 listopada 1938. [przypis edytorski]

19. la lune blanche (fr.) — biały księżyc. [przypis edytorski]

20. łysk — dziś: błysk. [przypis edytorski]

21. Par les soirs bleus d’été/ j’irai dans les sentiers (fr.) — przez błękitne letnie wieczory pójdę na szlak. [przypis edytorski]

22. diuna — wydma. [przypis edytorski]

23. majolika — odmiana ceramiki z kolorową polewą ołowiowo-cynową. [przypis edytorski]

24. diuna — wydma. [przypis edytorski]

25. pleziozaury — rząd wymarłych gadów wodnych, wyposażonych w płetwy. [przypis edytorski]

26. nieobaczny — taki, który nie dostrzega (bądź wariantowa forma słowa „niebaczny”). [przypis edytorski]

27. palem — dziś popr. forma D.lp: palm. [przypis edytorski]

28. atol — wyspa koralowa o kształcie pierścienia. [przypis edytorski]

29. kankan — kabaretowy taniec francuski. [przypis edytorski]

30. Flandria — historyczny region, obecnie wchodzący w skład Belgii, Holandii i Francji. [przypis edytorski]

31. wagabunda (z łac.) — włóczęga a. wędrowny śpiewak. [przypis edytorski]

32. krepa — tkanina o lekko pomarszczonej fakturze, kojarzona z żałobą. [przypis edytorski]

33. Argonauci (mit. gr.) — uczestnicy wyprawy po złote runo, przedsięwziętej na statku Argo pod wodą Jazona. [przypis edytorski]

34. żleb — dolina o stromych ścianach wcinająca się w stok górski. [przypis edytorski]

35. ciel brouillé (fr.) — zachmurzone niebo (także: niebo zagniewane). [przypis edytorski]

36. Baudelaire, Charles (1821–1867) — francuski poeta, krytyk sztuki, tłumacz Edgara Allana Poe, prekursor symbolizmu i poezji nowoczesnej, parnasista, dekadent. Uznawany za jednego z tzw. „poetów przeklętych”. Jego twórczość była kontrowersyjna, samego autora oskarżano o niemoralność ze względu na podejmowaną tematykę w swych utworach: dewiacje, rzekome popieranie satanizmu, prostytucja, życie marginesu społecznego itd. Najsłynniejszym dziełem Baudelaire’a są wydane w 1857 r. Kwiaty zła (Les fleurs du mal), znane również pod innym polskim tytułem — Kwiaty grzechu. [przypis edytorski]

37. Hellada — ogólne określenie starożytnej Grecji. [przypis edytorski]

38. Nike (mit. gr.) — bogini zwycięstwa. [przypis edytorski]

39. Homer — autor fundamentalnych dla kultury europejskiej eposów greckich: Iliady i Odysei; żył w VIII w. n. e. [przypis edytorski]