Palestyna po raz trzeci
Opracowanie tej książki zostało sfinansowane na pamiątkę Wandy Romualdy Malinowskiej z domu Skłodowskiej, 16.04.1940–23.03.2019.
Wydanie dla Przyjaciół
Pojechałem do Palestyny dlatego, że uderzyła mnie różnica tonu, w jakim o Nowej Palestynie mówi się w moim, polskim, społeczeństwie, a w jakim mówi się o niej coraz bardziej w społeczeństwie żydowskim. Pojechałem, jak dziennikarz jedzie do miejsca, w którym miało nastąpić jakieś religijne widzenie, zjawisko podobne do Teresy z Konnersreuth1 na przykład, gdzie jeszcze nie ustalono, czy chodzi tu o humbug2, czy chodzi tu o cud.
Jeżeli reportaż ten dla społeczeństwa polskiego ma mieć jakąś wartość, to chyba tę, że zastanawia się nad konsekwencjami tego, raczej niedocenianego u nas, faktu, że ideały getta i ideały asymilacji schodzą u współczesnego żydostwa na plan coraz dalszy, robiąc miejsce ideałowi odbudowy Syjonu. Jeżeli może mieć jakieś znaczenie dla społeczeństwa żydowskiego, nieobcego dziełu palestyńskiemu, to zapewne jako zdanie człowieka zupełnie obcego, bezstronnego świadka, o tym, co w Palestynie tworzą Żydzi, co „człowiek z boku” tam zobaczy.
Istnienie trzech milionów Żydów w Polsce jest, zdaje się, faktem dostatecznie usprawiedliwiającym powstanie tego reportażu. Czy chcemy, czy nie chcemy, ani nam nie może być obce, do czego oni dążą, ani im, jak się do tych dążeń ustosunkowujemy. Lepiej niż gdziekolwiek indziej winien być nad Wisłą znany wielki wysiłek tego kraju, który oto za naszych dni wchodząc w historię świata, czyni to nie po raz pierwszy.
Z chalucami3 na jednej pryczy
„Dacia” jest niewielkim, starej konstrukcji parowcem, utrzymującym komunikację na szlaku Konstanca — Hajfa. Jest to na ogół mniej uczęszczana droga do Palestyny: doskonałe parowce włoskie linii Triest — Jafa odciągnęły na ten szlak większość podróżnych. Rumuńska „Dacia” zachowała dla siebie dwie kategorie ludzi: turystów, których pociąga malownicza droga przez Konstantynopol, Ateny, morza greckie, i najbiedniejszych z biednych emigrantów żydowskich. To się widzi już pierwszego wieczoru: na „Dacii” są cztery różne klasy, klasy pomieszczenia, wyżywienia i — płacy. Cztery. Ale naprawdę są tylko dwie: klasa turystów i klasa chaluców.
W najniższej części statku, cztery metry niżej poziomu zanurzenia okrętu, długa drewniana nora nazywa się czwartą klasą. Wzdłuż ścian niskie drewniane prycze. Dwa piętra prycz. W lepszych pryczach pierwszego piętra można nawet siedzieć, nie uderzając głową o deski. Na pryczach jest oficjalnie miejsc na pięćdziesiąt kilka osób. Ale do czwartej klasy przyjmuje się bez ograniczeń miejsca: można stu, można dwustu. Takie jest prawo kapitana. Obecnie jedzie osób osiemdziesiąt siedem. Cyfra ta będzie się zmieniać w każdym porcie, raz się zwiększy, raz zmniejszy. Ale zawsze pozostanie wielu, wielu takich, którzy przez ten tydzień nie zdobędą innego miejsca jak na własnych walizkach, rozkładanych w środku czwartej klasy. Kilku ucieknie o pół piętra wyżej: w nocy tam mniejszy zaduch, ale za to bije skwar od maszyn. Może to jednak lepiej.
Wielki salon okrętu, jeszcze nim „Dacia” podniosła kotwicę, był rzęsiście oświetlony. Teraz przeszedł tam z jadalnej sali na dole cały high life górnych klas. Toalety. Brydż. Muzyka. Przez okrągłe okno od pokładu widać, jak powoli, powoli topnieją śmietankowe lody w srebrnych czarkach i konwenansowe „lody”. Te ostatnie dużo wolniej. Towarzystwo jest widać bardzo niezgrane i całe we wszystkiej swej własnej dystynkcji, jak król Karol II4 (ten z wielkiego portretu, w stroju admiralskim, na głównej ścianie salonu) w orderach. Panowie chodzą, stoją. Obnoszą się. Wielkie fotele klubowe i małe pluszowe krzesełka stoją niepotrzebnie. O trzy piętra niżej nie ma jednej niezajętej walizki. Wszyscy tam odśpiewali przed chwilą, wyjeżdżając z portu, hymn chaluców, czym nastraszył się nawet młody pomocnik kapitana: mogą to być rzeczy komunistyczne i przyczepi się policja. Teraz wszyscy śmieją się, rozmawiają, krzyczą jeden przez drugiego. Wszyscy są młodzi.
Jestem jedyny nie-Żyd na tych osiemdziesięciu siedmiu. Poza paroma zaledwie wyjątkami są to wszystko młodzi Żydzi rumuńscy. Jadą do Palestyny. Stąd taka radość. Jadą na stałe. To znaczy oficjalnie na stałe, z urzędowymi „certyfikatami” emigracyjnymi, jedzie niespełna dwie trzecie, jako autentyczni, wychowani w kadrach organizacji młodzieńczych żydowskich, wykształceni na osadników i pracowników, chaluce. Chaluc, hebrajskie słowo, oznacza pioniera. To są właśnie młodzi pionierzy dzieła, tak długo i tak ciężko prowadzonego dzieła, o którym jeszcze się u nas nieraz mówi jak o utopii i chimerze, a które przecież wydało już rezultaty o skali większej niż ta, jaką zamyślali jego pierwsi twórcy. Mało który jest starszy nad dwadzieścia jeden lat. Wszystko tu niemal 18–20. Dziewczyny to samo. Jest nieco mniej dziewczyn niż chłopców. Są cichsze, może się mniej cieszą.
Jedyną formą organizacyjną, jakiej nie złamały, przeciwnie, raczej wytworzyły tu właśnie warunki czwartej klasy, jest podział na prycze. Wspólność legowiska oblige5. Prycze — to jakby dzielnice, okręgi dzielnicowe. Tych trzy, cztery osoby to jedna hewra6, od razu zżyta, jeśli jeszcze mówiąca przypadkiem po rosyjsku (a wielu tu jest z Besarabii), od razu, z samego faktu ulokowania swych rzeczy tu, a nie na przykład pod tamtą ścianą, mówiąca do siebie per ty. Bynajmniej nie są to starzy znajomi. Hewra, gdyś wyszedł na pokład, pilnuje, czy kto czasem nie „pożyczy” nieschowanego do walizki lusterka. Hewra nie pozwoli, by koleżanka z sąsiedniej pryczy odsunęła twoje walizki. Na odwrót, hewra będzie patrzeć krzywo, jeśli swymi pomarańczami z Konstancy lub choćby herbatą z termosu częstować będziesz mieszkańców innej pryczy przed własnym sąsiadem: różne, rozmaicie, w różnych razach rozmaite, niestałe i nie w tych samych występujące przejawach, są obyczaje pryczowej wspólnoty.
Potem przychodzi noc, burzliwa, ciężka noc na Czarnym Morzu. A potem idzie długich siedem dni i nocy, cały tydzień spędzony na tym samym pokładzie i na tych samych razem pryczach. Tylko w koszarach, więzieniu i emigracyjnych barakach oddycha się tak w nocy powietrzem, które już przeszło przez sto innych płuc, i żyje, mając swe własne życie wplątane wszystkim, co się robi, w to, co robią ci inni. Im silniej się to wplątało, im ciaśniej jest w czwartej klasie „Dacii”, tym bliżej, bardziej zażyle, bardziej po bratersku można się zżyć z młodym, spotkanym przypadkowo Żydem wyrobnikiem z Kiszyniowa czy Botoszan. Czarne hebrajskie literki na ich „certyfikatach” — otwierających prawo do osiedlenia w Palestynie — pozostaną na długo, może na zawsze, hieroglificznym sezamem dla Aryjczyka. Ale otworzy się przed nim nieznany dotąd, oddzielony siedmioma górami i rzekami świat wewnętrznego „ja” tych ludzi. Siedem dni razem na samym dnie emigracyjnego okrętu robi wiele. Wielką zaiste siłę spajania ludzi posiada wspólne życie u dołu.
*
Mojżesz Schamroth jest jednym z tych, z którymi zżyłem się najszybciej. Ma lat dwadzieścia, wygląda na mniej, gdyż jest fizycznie wątły. Mieszka od dziesięciu lat w Bukareszcie, pracował w ekspedycji żydowskiego dziennika. Jest inteligentny, lekturą przerósł o dużo swe wykształcenie regularne, które zakończyło się bodaj na trzeciej klasie gimnazjalnej. Zresztą w całej czwartej klasie „Dacii” jest zaledwie czterech chaluców, którzy byli na uniwersytecie, żaden zaś go nie ukończył. Mojżesz Schamroth lubi informować. Robi to bardzo starannie i pedantycznie.
— Co was, młodych, skłania, żeby wynieść się do Palestyny?
— Widzisz — mówi Mojżesz — są cztery motywy, raz silniej, raz słabiej występujące. Przede wszystkim tradycje narodowe: to nasza ojczyzna. Jest to moment, który występuje u każdego, ale prawie nigdy nie jest głównym motywem; wyjątek stanowiliby syjoniści-rewizjoniści, reakcjonerzy. Ale tutaj nie ma ich...
— A dalej?
— Po drugie — klasyfikuje chaluc — to skutki kryzysu. Zdobycie jakiegokolwiek sposobu utrzymania dla młodego Żyda bez pieniędzy staje się coraz mniej możliwe, trudne, beznadziejne. Ci ludzie w obcym społeczeństwie nie mogą już żyć, choćby dlatego tylko, że nie zarobią i pięciu lei dziennie. Palestyna daje możność pracy, która w najgorszym razie zapewnia utrzymanie. Jest to moment nieideowy. Jeżeli jest jedynym momentem, który skłania kogoś do pojechania do kraju — no to tego już się utrąci. Wreszcie — obecnie bardzo silnie, może najsilniej — działa jeszcze jeden moment; nie wiem, czy ci mówili, ale my wszyscy wstępujemy do rolniczych kolektywów, komun. Palestyńskie komuny i Rosja to jedyne punkty, gdzie świat naprawdę szuka jakichś nowych form życia, gdzie już się wyzwolił spod przewagi klas nieprodukujących. Jest to naszą ambicją wziąć udział w tym wyzwoleniu, w tym olbrzymim dziele. Nasza Palestyna pokaże drogę światu.
Schamroth wynurza się już sam lub odpowiada na wtrącane przeze mnie zapytania krótko, zdecydowanie. Mówię mu, że syjonizm nie jest ruchem czerwonym.
— Tak — przytwierdza — ale my jesteśmy czerwoni... — Narodowi komuniści zatem? — Śmieje się. — Tak, można i tak powiedzieć. Ja — mówi — byłem komunistą. Gdy mnie przekonano, że komunizm da się pogodzić z ideą narodową, stałem się syjonistą.
Ale Mojżesz Schamroth stał się nim jeszcze z innej racji: oto nie wierzy w bliskość komunizmu. — Komunizm przyszedł na świat za wcześnie: był to przedwczesny, wojną spowodowany poród. Dlatego był taki krwawy; dlatego chroma. — (Mojżesz Schamroth jest zbyt trzeźwy na to, by się dać zmylić prospektami piatiletki7 i zbyt pedantycznie uczciwy, żeby kłamać; niepowodzeń komunizmu nie ukrywa, woli je raczej wytłumaczyć). Ludzkość — zdaniem jego — odwracają od ustroju komunistycznego dwie rzeczy: właśnie ogrom ofiar ludzkich, jakie kosztowało jego wprowadzenie, i przymusowy od A do Z charakter. I oto w Palestynie już wyrosły podwaliny ustroju komunistycznego bez przelewu krwi i bez przymusu, a więc te, których ludzkość nie odrzuci, które wybawią ją z kryzysu. Wielka misja dziejowa Izraela.
Poza ZSRR i koloniami palestyńskimi jest przecie jeszcze jeden kolektyw na świecie: mieści się on właśnie wśród tych młodych chaluców z okrętu. Poglądy Mojżesza Schamrotha, którego wpływ nie ogranicza się do towarzyszy z jednej pryczy, są w mniej jaskrawy sposób poglądami ogółu. Ale Mojżesz Schamroth, sierota i samouk, nie doliczył się jeszcze jednego momentu, który, choć raczej uczuciowy, jest dla wychodźstwa chaluców bodźcem bardzo silnym: pociąg do swobody.
*
Odkryła mi go, że istnieje tak silnie właśnie wśród tych wpółskomunizowanych młodzieńców, Klara Zalatkowska. W przeciwieństwie do cherlawego, wątłego wyrostka, jakim jest Schamroth, jest to silna, rosła dziewczyna. Jest prawie piękna i nie wygląda na Żydówkę. Jest córką „czystej, proletariackiej rodziny” — jak mi to aż dwukrotnie obwieszczał Mojżesz Schamroth, który sam, niestety (jak mówi), nie ma za sobą tak czystego proletariackiego pochodzenia. Jej wykształcenie, poza bardzo słabymi podstawami, polega bodaj tylko na obsłuchaniu się w dyskusjach, które prowadzili inni. Wśród dziewczyn z „Dacii” jest to niemniej najinteligentniejsza.
— Wszyscy prawie mieli w kraju (kraj znaczy tu Rumunię) bardzo smutne życie. Już nie ciężkie warunki, ale smutne życie. Jest nie do uwierzenia, jak silne są codzienne kłótnie młodych i starych w tej samej rodzinie. Nasi starzy zmienili się bardzo mało: pozostali tacy, jak temu dwadzieścia, trzydzieści lat. Jak ja patrzę na rumuńskie dziewczyny, to mam wrażenie, że one są mniej nowoczesne niż nasze. A przecież ich rodzice dotrzymali kroku czasowi lepiej. Dobre stosunki ze starymi układają się dopiero wtedy, gdy my, młodzi, wychodzimy z domu. Im dalej odchodzimy, tym lepiej.
Ten rozdział pokoleń to może być istotnie problem bardzo głęboki w ubogim społeczeństwie żydowskim.
— I — mówi dalej Klara — młodzi dziś czują się zupełnie inni i od rodziców, i od wszystkich innych rzeczy...
— Całego świata? — próbuję wykrzesać jej, nieznajdującą stosownych słów, myśl.
— Tak — chwyta to słowo Klara — całego świata. Widzicie, jakoś tak się zrobiło, że tak jest. Gazety rumuńskie piszą, że młodzi Żydzi są wszyscy komuniści. No, ja widziałam różnych i mnie się zdaje to inaczej: nie, oni nie są komuniści, nawet jak się tym zajmują. Oni tylko idą przeciw temu, co jest, i próbują, a nuż w komunizmie znajdą to, co im odpowiada? W syjonizmie też szukają. I raz przechodzą tu, a raz tam.
Rozmowa ta toczyła się wieczorem czwartego dnia podróży. Z górnego pokładu przy szalupach patrzyliśmy na zapalającą się i gasnącą co pół minuty latarnię morską Pireusu.
— A dlaczego przechodzą potem do syjonizmu?
— Widzicie, w tym wszystkim to właśnie jest może najłatwiejsza jeszcze rzecz do wyjaśnienia: oni nie chcą czekać... Oni chcą dla siebie stworzyć takie życie, jakie chcą — dla siebie. Więc biorą najbliższą okazję. Kolektywy rolne w Palestynie — no, to tak, jakbyśmy już przeskoczyli całą rewolucję w nowym ustroju. To prędzej. To nawet — zaraz.
Dwa dni potem Klara wróciła sama do owej rozmowy i dodała jeszcze uwagi, które przyszły jej potem do głowy. Są one takie:
— Nie tylko możność natychmiastowego, dla siebie, realizowania swych pragnień życiowo-społecznych skłania ku Palestynie. W grę wchodzi tu inny jeszcze czynnik: młodzi, najbardziej przekonani do komunizmu, mimo wszystko nie wiedzą, czy przecież raz znalazłszy się w nim, nie doznają zupełnego rozczarowania. A trudno już będzie „znowu świat przewracać”. To jedno. Potem — tamto „w Rosji” wszystko już jakoś okrzepło, jest, jakie jest.
— Coś jak ikony — żartuję. Ale Klara nie chwyta porównania. Przywodzę jej na myśl sztywne, znieruchomiałe w swym geście, postacie bizantyńsko-cerkiewnych malowideł.
— Tak jak ikony — podchwytuje. — Trogat’ wospreszczajetsia8. A w Palestynie wszystko właściwie się zaczyna i wedle swoich wzorów. Próbują tak, próbują inaczej. Tam próbować będziemy sami. Nie podoba się wszystkim, zmieni się. Nie podoba się mnie — pójdę sobie.
— A wy sami — jakże zrobicie?
Klara, jak wiele dziewczyn, nie wie. No, z początku oczywiście do kolektywu. Inaczej nie ma opieki, ani miejsca może nawet. Później — kak łuczsze. Jak lepiej.
*
Ta śmiejąca się, a poważna dziewczyna jest jedną z nielicznych dziewcząt, które jadą do Palestyny same. Większość ma stałych, czasem od lat kilku, przyjaciół, narzeczonych, mężów. W pewien sposób wszyscy oni uciekli z domu. To tylko na pierwszy rzut oka dno nędzy. Obok mnie spał na pryczy syn zamożnego kupca zbożowego spod Buzoa; tylko że o tym dowiedziałem się od jego współpowietników9. Sam raz jeden napomknął coś na ten temat. Z niechęcią wskazywał mi nań Mojżesz Schamroth. Mojżesz Schamroth nie lubi nie tylko jego, nie lubi także kilku młodych dziewczyn, delikatnych, ubranych z pewną — och, jakże skromną — pretensją do szyku. — Te nie będą pracować — powiedział raz. — Nie są słabsze od ciebie — odrzekłem. Nie zrozumiałem wtedy, ile w tym zupełnie odruchowym powiedzeniu było okrucieństwa. Mój towarzysz odszedł i tego dnia stronił ode mnie. Wrócił oczywiście do naszych długich rozmów, zapewniłem go, że praca ogromnie wyrabia, że w południowym klimacie szybko się mężnieje, że wcale nie jest słaby. Ale pozostał cień tamtej rozmowy. Uderzyłem tego cherlaka w najsłabszą jego stronę.
Właśnie w tym czasie mniej więcej zdarzył się taki wypadek. Któregoś rana, bardzo wcześnie, zastałem na pokładzie przy sterze paru starych Żydów i trzech młodych, z trzeciej klasy. Nałożyli rytualne szaty i czytali Pismo. Przyglądałem się temu widokowi i miałem wielką ochotę sfotografować tę grupę chasydzkich pielgrzymów do Jerozolimy na Morzu Jońskim, bałem się tylko, że się obrażą. W tej chwili od przodu okrętu nadszedł mój przyjaciel. Zobaczył to — i uśmiechnął się do mnie. Była taka długa chwila. Na statku i morzu trwała cisza. Żydzi dalej kiwali się w swych pacierzach, ja patrzyłem dalej na uśmiechającego się ironicznie dalej młodego Żyda. Tego dnia zacząłem mówić z chalucami o religii. Nie istniała dla nich. W różny zresztą sposób. Mojżesz Schamroth okazał się raz jeszcze materialistą dziejowym, pełnym, konsekwentnym komunistą, załamanym jedynie na odcinku narodowym. Religii nie lubił, z obrządku szydził. Dla innych rzecz się miała inaczej. Jest Bóg czy go nie ma, to są kwestie dalekie bardzo i wątpliwe. Co jest zaś niewątpliwe, lub mniej wątpliwe, to to, że nasze praktyki religijne (i praktyki religijne innych wyznań zapewne — dodawali nie mniej pewnie) nie mają sensu. Mogły być dobre kiedyś, gdy forma religijna była konieczna do obwarowania pewnych higienicznych, społecznych, narodowych wymogów. Dziś jej nie trzeba. A zresztą! To, co jest, to, co dziś, naprawdę, namacalne jest — to Palestyna.
Odpryski drogi
„Powita was słońce, ziemia i wino greckie” — tak pisze jakiś turystyczny prospekt. Przyszedł mi on na myśl właśnie w chwili, gdy zbierałem całą moją wiedzę starogrecką (gimnazjum klasyczne starego typu), by na niesłychanie długiej liście potraw wybrać „prawdziwie greckie”. Właśnie byłem się uratował szczęśliwie przed zamówieniem felenes oites, która — jak się okazało — była po prostu wiedeńskim sznyclem. Istotnie, szczególny pech: przybyć do Hellady, by odnaleźć Galicję. Kołatało mi po głowie, że w jednym z końcowych ustępów Apologii Sokratesa (czy też może Krytona, ani rusz nie mogłem sobie przypomnieć) mądry Plato wyliczył cały szereg potraw attyckich. Plato nie był plebejem i był filozofem, znał się więc zapewne na kuchni. Niestety, nic nie zapamiętałem z Apologii prócz wywodu o „dajmonach”, siedzących w człowieku i radzących mu — jak twierdził przed sądem Sokrates — czego nie ma robić, lecz nie radzących mu (niestety), co ma. Sznycel wiedeński zniechęcił mnie ostatecznie do rad kelnera, postanowiłem wybierać na chybił trafił. W rezultacie zamiast zupy dostałem przedziwną sałatę z grzybów i oliwek, której smak przyszło gwałtownie ratować „attycką czystą”. Wszystko to dotąd było raczej niesolidne. Szukałem więc i szukałem długo, wreszcie odczytałem: ba-bu-nia.
Stało to napisane uroczyście pięknymi greckimi literami, ale brzmiało raczej po polsku. Uch, pomyślałem, też sens tak nazywać potrawę. Już z samego punktu widzenia reklamy to nie pociąga. Mniejsza o kanibalizm, oczywiście; ale taka perspektywa spożycia kogoś, co dla kogoś innego jest babunią — nie! Jeszcze żeby wino, rozumiem, dyskretna aluzja do sędziwego wieku. Ale mięso! Na chwilę zatrwożyłem się. A nuż to taki... befsztyk z „babuni”? Ale kelner uspokoił mnie, pokazując gestami, że „babunia” owa pływa. No, jak ryba, to jeszcze.
Najpierw stało się tak, jak — czytałem — dzieje się w restauracjach paryskich: w blaszanej niklowej rynience przyniesiono mi nie jedną, ale całą kompanię babuń, pluskających się tak żywo jak rodzone wnuczki. Ich łuska miała przyjemny srebrnoczerwony odcień. Z miną znawcy wybrałem pierwszą lepszą i ta zaraz poszła się skwarzyć. Trwało to bardzo niedługo. Potem na srebrnym półmiseczku podano tęż samą „babunię”, nadzianą jakimś tajemniczym farszem i polaną czerwono-żółtym sosem. Wiedziałem o nim tyle tylko, że wchodziło w niego i słodkie wino z Eubei czy Salaminy. Zaczem wspomniałem bitwę morską z Persami pod Salaminą i spożyłem „babunię”. Z wielkim smakiem i brakiem skrupułów.
*
Popołudnie nauczyło mnie tej wielkiej, w bedekery na razie niewpisanej jeszcze prawdy, że człowiek błądzi nie tylko w ateńskim jadłospisie, ale w ateńskich ulicach. Właśnie miało to miejsce, gdym spod parlamentu (równie pompatyczny, jak banalny) szukał „najkrótszej drogi” na widny jak na dłoni Akropol. Jak zacząłem tej „najkrótszej” szukać, to oczywiście owa „dłoń” wydłużyła się do „łokcia” i właśnie dochodziła do węzłowego muskułu ramienia, gdy ostatecznie przez hodos Lykurgi (która to hodos — droga — była jedynie godnym Suburry zaułkiem) dostałem się na szerszy nieco plac. Krzyki, pochód, policja. Pochód może trzydziestu ludzi, ale pochód. Policja rozgania — to znaczy macha pałką w powietrzu, po czym pochód rozlatuje się na lewo i prawo. Policja gna zziajana tu i tam — bo oczywiście „masy” będą demonstrować na nowym placyku. I znowu trzeba będzie pomachać w powietrzu pałką. Wszystko się tu pogodnie odbywa w Atenach.
Dobrotliwa policja nie zdziera komunistycznych plakatów, więc na najbliższym kiosku mogę odczytać wielką proklamację do ergotetes kaj agrotetes (robotników i chłopów), by wzięli udział w „panateńskim jubileuszu Marksa”. Pięknie to brzmi owo słowo „panateński”, nie ma co mówić, prawdziwie po helleńsku. Ale tymczasem wybiega przed nami asfaltowana droga i młody, u zbocza uczepiony gaj — i Akropol.
Posmak mitologii miało już dla mnie samo wejście; zastałem tu bowiem stojących u bramy i nieprzekraczających jej paru towarzyszy podróży. Do wnętrza nie mogli wejść z tych samych racji, co owe dusze, którym nie włożono w usta obola na opłacenie Charona. Charonowie dzisiejszego Akropolu cenią go więcej niż błonia z tamtej strony Styksu; płacić tu trzeba pełnych 50 drachm. Nie czytało się Homera w oryginale i nie ma się w walizce podróżnej filipik Demostenesa na próżno: wszedłem. I wtedy, w tym, co zostało, uderzyła mnie różnica, jaka istnieje między dwoma umarłymi miastami: Konstantynopol — Ateny. Tak podobne, tak zupełnie różne.
Konstantynopol jest miastem w żałobie. Od ulicznego czyściciela butów, rozkładającego swe mosiężne, różnokształtne ampułki u odrzwi najbardziej uczęszczanej przez turystów moszei10, aż do starego, z dostojnością prawdziwie pańską kroczącego muftiego, wszystko to nosi żałobę po dawnych stołecznych czasach. W żałobie jest Aja Sofia, w żałobie moszea Achmeda, w żałobie moszea Bajazyta.
Otóż Ateny nie są w żałobie.
Ateny także mają swego umarłego. Po latach wyekshumowały go z pietyzmem i z pietyzmem szukają w grobie za najmniejszą, najdrobniejszą dochowaną jego cząstką. Ale Wielki Zmarły Aten — zmarł dawno. Czas noszenia żałoby upłynął. I nie ma cienia żałoby, nie ma cienia żalu po jego ekshumacji.
Akropol, prócz trzech ruin świątyń, jest dziś polem zasianym kamieniami. Leżą obok siebie, jak szczątki czegoś, czego w jedną dawną całość nie zdoła zespolić żadna dziś moc. Patrząc11 sprzed ciężkich kolumn świątyni Tezeusza, wygląda to na cmentarz. I jest cmentarzem.
W zachodzącym słońcu doryckie kolumny Akropolu świecą nie tylko bielą swych marmurów; świecą także żółtymi plamami zwietrzeń na szarudze i powietrzu. Mają wtedy koloryt wysuszonej do cna, wieki całe w ziemi przetrwałej czaszki ludzkiej. — Szare, ziemiste mury starego Konstantynopola mają chwilami ponurą barwę trupa, którego jeszcze nie zdjęto z katafalku.
Kraj, który nie zna kryzysu
Budżety wszystkich państw mają dziś za ideał zamykanie roku bez niedoboru: budżet Palestyny od lat kilku daje stale nadwyżkę dochodów.
Pozycja zbrojeń jest wszędzie ogromna: Palestyna opłaca jedynie tych parę stojących tu pułków.
Wszystkie państwa zamknęły się granicami celnymi: Palestyna, za nielicznymi wyjątkami, zna tylko cła fiskalne.
Wszędzie kapitał uwiązł lub go brak: w Palestynie jest go wiele i jest płynny.
Wszędzie indziej istnieją szeroko rozbudowane systemy podatkowe: Palestyna zna tylko najprostszy podatek majątkowy i politykę ochrony, a nie dewastacji podatnika.
Toteż, gdy wszędzie jest bezrobocie, w Palestynie brak rąk do pracy.
Taka była krótko odpowiedź na pytanie, skąd pochodzi obecny dobrobyt Palestyny. Dawał mi ją Bernard Hausner, konsul Rzeczypospolitej w Tel Awiwie. Staliśmy na balkonie gmachu, w którym mieści się konsulat: Tel Awiw leżał przed nami białą plamą domów i ulic, objętą roztoczą zatoki jafskiej i zielenią pomarańczowych gajów. Ale to, na cośmy patrzyli w tej chwili, to nie było morze ani kraj, lecz miasto. Patrzyliśmy, jak rośnie.
Na prawo i lewo od nas, tuż przed nami, nieco dalej i zupełnie daleko — budowano. Montefiori street — to nie są jakieś przedmieścia. Wszędzie, tu i wszędzie, gdzieśmy mogli sięgnąć okiem, nie uderzało nic innego jak to, że budują. Płowy piasek i białe kupy cementu, betonowe pale przyszłych domów, szalowanie i fundamenty wszędzie. Robiło to takie właśnie wrażenie, jakby to łachy nadmorskie pęczniały w górę i wyrzucały z siebie coś, co w innych miejscach zakrzepło już świeżymi ścianami domów.
Pierwsza rzecz, która uderzyła mnie w Palestynie, to był ogromny dobrobyt kraju. Po szarej, zbiedzonej Turcji, po kryjącej swą nędzę Grecji, od tego kraju aż bije pomyślność. Tu nie ma kryzysu. W Hajfie, wielkim porcie przyszłości, murarz zarabia 10–15 złotych dziennie. Murarze są tu przeważnie niekwalifikowani: wśród chaluców nie ma prawie ludzi, którzy choćby przez czas krótki nie pracowali jako murarze. Murarzami — to prawie że symbolicznie wygląda — były krócej lub dłużej, a może będą, dwie trzecie emigrantów ostatnich ośmiu lat. Koszt utrzymania waha się koło 5–6 złotych dziennie. Nie udało mi się nawet w przybliżeniu ustalić liczby zatrudnionych przy budowie w Tel Awiwie, Jerozolimie i Hajfie, trzech miastach, gdzie się najwięcej buduje, szacuje się ją jednak na 12–18 tysięcy. W przeważnej swej większości ludzie ci przejdą potem na rolę, a dziś, korzystając z koniunktury budowlanej, oszczędzają z myślą o tym. Przy istniejącym stosunku kosztów życia do zarobku ich możliwości kapitalizacyjne są raczej znaczne. Powiększa je jeden jeszcze moment: oto w świadomości tych przypadkowych murarzy, jak zresztą w świadomości ogółu robotników palestyńskich, tkwi odstraszający przykład robotnika amerykańskiego, który w latach koniunktury gospodarczej rozszerzył swą konsumpcję do granic zarobkowania i znalazł się zupełnie bezradny z chwilą kryzysu i bezrobocia. — U nas kadry murarskie zmieniają się szybko — mówił mi pewien młody architekt. Dorobiwszy się, odchodzą na rolę.
Nie ma bezrobocia, przeciwnie: brak rąk do pracy. Brak rąk, mimo że Palestyna, która przed wojną (odjąwszy oczywiście imigrację syjonistyczną) zaczynała niemal okazywać tendencje ku rozpoczęciu ruchu emigracyjnego, jest dziś typowym krajem imigracyjnym. W sezonie prac rolnych musiano na gwałt posłać uczniów wyższych klas na roboty rolne: do tego stopnia dochodził ów kryzys à rebours. Brak rąk mimo mas proletariatu arabskiego, który może posiada niechęć do pracy Hiszpana, ale jest też i tani jak chiński kulis. Brak rąk do pracy, mimo że olbrzymie przestrzenie sadów pomarańczowych, tzw. pardes, wymagają starannej, dokładnej, niemechanicznej uprawy. Brak rąk, mimo że obok regulowanej kontyngentowo imigracji robotniczej istnieje jeszcze, nader liczna, imigracja przybywających tu jako „turyści” i zostających na stałe w kraju. Brak rąk, chociaż w ciągu tych czternastu lat podwoiła się ludność Hajfy, a pierwotna żydowska dzielnica arabskiej Jafy wyrosła na sześćdziesięciotysięczne prawie miasto, chociaż Jerozolima rozrosła się o dwie wielkie dzielnice, kolonie rolne zamieniły się w miasteczka, szereg ogromnych robót publicznych, przede wszystkim w dziedzinie komunikacji, został już niemal wykończony.
Pełno kapitału. Jest to pierwsza refleksja, jaka przychodzi na widok tego bogactwa. Istotnie, pełno kapitału. Ale sięgnąwszy do cyfr, okazuje się, że zainteresowanie obcego, wielkiego kapitału tym małym kraikiem to rzecz, która dopiero się zaczyna. Jak dotąd, wielki międzynarodowy kapitał, przede wszystkim angielski, potem amerykański, skoncentrował się w budowie portu w Hajfie, wielkiej elektrowni Rutenberga, salinach potasowych Morza Martwego. Występuje tu zresztą obok kapitału żydowskiego. Natomiast dwa młode centra przemysłowe — Tel Awiw i Hajfa — nasiąkły nim w niezmiernie małym stopniu. W rolnictwie nie ma go zupełnie. Otóż Palestyna to rolnictwo, Palestyna — to plantacje pomarańcz, które już dziś biją na rynkach świata wszystkie inne. To wszystko to kapitał żydowski. Kapitał potężnych instytucji narodowych, zbierających po całym świecie składki na odbudowę home’u duchowego dla żydostwa, kapitał prywatny zamożniejszych warstw emigrantów. Kapitalistów na wielką skalę jest wśród nich niezmiernie mało.
Ma się z początku wrażenie, że to wszystko chyba sztuczne: wszędzie naokół nędza. Francja dusi się od złota, a przecież francuska Syria, tuż pod bokiem, przeżywa niesłychanie ostry kryzys, przeżywa go z Europą. Grecja, Egipt, Turcja, Transjordania tak samo. Palestyna wydaje się tu oazą. Jakaś szczególna ambicja, jakieś „zastaw się, a postaw się”, kazała chyba żydostwu milionowymi ofiarami stworzyć ten fenomen. Jest w tym może jakaś misterna spekulacyjna intryga, jakieś budowanie obcemu kapitałowi „na wabia”, humbug na światową skalę! Wystarcza przyjrzeć się temu nieco i okazuje się, ile w takim sądzie jest prawdy.
Palestyna powstała sztucznie. Jest to fakt niezbity. Dziesiątki lat inwestowano w ten kraj materiał ludzki i kapitał. Inwestycje te były inwestycjami niehandlowymi, nieopłacalnymi. Ludzie szli tu dla idei, jak do Ameryki szli dla zysku. Kapitał szedł tu z filantropii, ze szlachetnej fantazji magnatów pieniądza. I ludzie, i kapitał szli na przepadłe, szli w najlepszym razie na zyski niższe kilkakrotnie niż te, którymi nęciło dziesięć innych krajów. Aż dziw, że naród o tak handlowym zmyśle mógł być tak mało handlowy. Palestyna, odrodzona, Erec Izrael, kraj Izraela, jak ją zwie żydostwo, powstała sztucznie. Ale istnieje naturalnie.
Złoto, którym pulsuje ten kraj, bucha z dwóch wielkich arterii: płynie od wychodźstwa diaspory, czy to jako drobne, milionowe składki, czy to jako kapitał przywożony przez nowe fale osiedleńców. Złoto płynie jednak do Palestyny i za płody tej ziemi. To, co w Palestynie zbudowano, jest rentowne. Inwestycja niehandlowa, nieopłacalna, inwestycja łożona w chwili, gdy myślano co najwyżej o hodowli baranów czy wina, gdy mowy nie było jeszcze o wielkim skarbie kraju — pomarańczy — okazała się nie tylko opłacalna, okazała się kokosowym interesem. Zilustrujmy: cena dunama ziemi w regionie pomarańczowym wynosi dziś od 18 do 40 funtów palestyńskich. Funt równa się 32 złotym, dunam — około jednej dziesiątej hektara. Biorąc średnio, cena dziesięciny ziemi, nieuprawnej jeszcze (pomarańcze przynoszą dochód po latach czterech), a posiadającej jedynie cenną w tych stronach wodę, wynosi 6–8 tysięcy złotych. Mimo tych cen, na pomarańcze rzucili się dziś wszyscy.
Mit o tym, jakoby Palestyna żyła żebraniną składek, sztuczną infuzją złota, wali się z każdą cyfrą. Palestyna, która jest, przestała już od lat żyć z diaspory. Palestyna, która jest, i diaspora pracują razem nad tworzeniem Palestyny, która będzie: nad rozszerzeniem żydowskiego stanu posiadania w tym kraju. Kryzys osłabił możności finansowe diaspory, ale stało się to w tym samym czasie, gdy, po raz pierwszy od ery starożytnej, kraj ten stał się na nowo mlekiem i miodem płynący.
„Piękniejszy od Paryża’’
— Mówią, że Tel Awiw jest piękniejszy jeszcze od Paryża.
Mówiła mi te słowa młoda studentka żydowska w Polsce, która zapewne nie widziała Paryża, a na pewno Tel Awiwu. Hajfa. Hajfa jest cudownym miastem. Będzie wielkim portem Lewantu i pozostanie cudownym miastem. Tylko okroił się lazur zatoki o wąski i długi pas: to morze wyparto dla lanych w betonie pomostów, moli, nadbrzeża. Po tej długiej, szarej płaszczyźnie, na której pobudują się, jak w Gdyni, składy towarowe i hangary, krążą obecnie małe wagoniki z cementem na rozszerzenie miejsca przyszłego portu. Ale tuż za nim jest stara arabska Hajfa, Hajfa wąskich zaułków i obramionych portykami placyków, gdzie stada spędzonych na targ owiec wylegują się w słońcu na płytach ogromnych jak marmurowe płyty meczetowych podworców. Zaś dalej rozrosło się miasto zupełnie nowoczesne, amfiteatralne: ścianą tego amfiteatru o jednej jedynej ścianie, amfiteatru, co za arenę ma okrągły wrzez zatoki, jest porosły w oliwki i sabry długi grzbiet Karmelu. Miasto wygląda, jakby podmywało górę: zagarnia jej coraz więcej, jak gałęziami pnączy ulicami ujmuje stoki, które okryje wkrótce jakby bujnością liści szarymi i czerwonymi dachami. Ale Karmel, góra Eliasza i pustelników, nie jest zdobywana tylko od podnóży: na szczycie przez gaj pinii i cyprysów przedarła się już elipsa asfaltowej szosy, z cudnym widokiem na dalekie, zamglone, błękitne morze. Wille, pałacyki, sanatoria. Niepodobna sobie wyobrazić bardziej rozmaitego miasta: na dole, nad morzem, blaszane ściany cystern przypominają, że tędy przeciąga się gigantyczny rurociąg, którym z odległych na setki kilometrów szybów Mosulu spływać będzie wprost do okrętów nafta. Na górze zaś są najcudowniejsze dzielnice miasta-ogrodu, rozrzucone dzielnice mieszkań. Handel, szyldy, witryny, zgiełk, lady, kramy — to wszystko zamiast się rozleźć po Hajfie, skoncentrowało się u dołu, blisko portu. Pod górę drapie się wolniej, ociężalej. W tym mieście handlowym przecież, mieście o olbrzymim handlowym znaczeniu skanalizowano handel w jeden zamknięty residus12.
Ale Tel Awiw...
Ktoś w Polsce napisał, że miasto jest tandetne. I jest. Dziennikarz amerykański, którego poznałem, mówił mi, że nie lubi tego miasta. Przeciętne, trzeciorzędne miasto amerykańskie, typowe made in USA. Miał rację. Przyznawałem im obu rację. Przyznawałem ją innym, ale... Ale jest tu coś takiego, że to właśnie miasto, które jest młodsze od studiujących dziś na uniwersytetach młodzieńców, którego najstarszych kilka domów dobiega sędziwego wieku lat dwudziestu sześciu, otoczone jest jakby nimbem, jakby aureolą, jak aurą czegoś, co tworzy, że jego nazwę wymawia się w pół jak nazwę jakiegoś legendarnego, cudownego miasta, a w pół jak w tym kraju o skąpej wodzie mówi się „źródło” lub gdzieś pod biegunami „słońce”. I jeszcze inaczej: Tel Awiw, nazwa nie większego od Katowic, Przemyśla, Białegostoku młodego miasta, miasta zacisznych burżuazyjnych domków, małych fabryczek i cienistych bulwarów, Tel Awiw, ta nazwa miasta bez wczoraj, brzmi w ustach tych ludzi — i Żydów, i Arabów, i innych — bohatersko: Hastings13, Cuszima, Jemappes, Olszynka Grochowska, Radzymin. Gdy sobie to uświadomiłem, zabawiła mnie nieco ta myśl, ale tak niemniej jest. O Tel Awiwie mówi się jak o wielkiej bitwie, uwieńczonej świetnym zwycięstwem. Tak i właśnie tak. Kraj, który posiada jedyne w świecie miasto jak Jerozolima, kraj, który ma za centrum portowe rzecz tak cudną jak Hajfa, durzy się po prostu w mieście, w którym świeżo zaskrzepł asfalt jezdni, a nie wyschło wapno ścian. Tajemnica.
To miasto, którego nazwę wymawia się, jak my mówimy „Kłuszyn14”, nie ma w sobie nic gigantycznego. Najdłuższe ulice nie są dość długie i dość szerokie, by ich perspektywy nie zakrywała zieleń młodych drzew. Nowa opera jest gmachem pięknym, ale nie monumentalnym. Wielka synagoga ustępuje jeszcze operze. Związki Zawodowe mieszczą się w wielkim gmaszysku będącym, jeśli chodzi o wrażenie artystyczne, czymś godnym zamku Wilhelma w Poznaniu, z tym że jest budowany dużo taniej i robi wrażenie lichej dekoracji teatralnej. Naprawdę gmachem okazałym jest magistrat i kilkanaście większych prywatnych już gmachów. Jest to miasto niewielkich, paropiętrowych ledwo domów, za to tonących w ogrodach: żadnej parceli budowlanej nie wolno tu zabudować całkowicie. Zieleń przedziela jedne od drugich tanie i nowe domy Tel Awiwu; nierzadko w ogródku przed domem, znajdującym się w śródmieściu, spotkać można widok rozwieszonej na wietrze bielizny, jak to bywało tam „w kraju”, w Kutnie, Suwałkach... Wewnątrz mieszkań znajduje się jeszcze dużo lichych oleodruków15 czy „gobelinów” o motywach biblijnych, jak u nas. Są to ostatki.
To miasto jest wielkim stosem rozpalonym na brzegu morza po to, by przybywający tu Żyd palił na nim łachmany gett świata. Tu jeszcze słyszy się żargon16, tu Żydzi mówią jeszcze między sobą i po polsku, i po rosyjsku, i po niemiecku. Tu jeszcze spotyka się Żydów takich jak u nas, takich jak wszędzie w diasporze: brudnych i lękliwych, i z tym jakimś smutkiem, w chwilach zastanowienia, na twarzach. Tu odbywa się wielka kwarantanna narodu po dwudziestu wiekach jego nędzy. Nie ma Żyda, który przyjeżdżając do kraju, nie przeszedłby przez Tel Awiw!
Jest to szczególna kwarantanna. Zamiast być odseparowanym w barakach, człowiek tu po prostu wchodzi w życie. Tu nie on zaraża chorobą, ale jego zarażają nowym bytem. Człowiek nic innego nie robi, tylko chodzi i patrzy, nim pracować zacznie. Widzi miasto, które powstało tak szybko, jak mało które miasto na świecie... Tam, gdzie stoją banki i kina, i kawiarnie, na ulicy Lorda Allenby, zdobywcy Palestyny na Turcji, były w roku 1924 wielkie wydmy piaszczyste. Na Montefiori rosły później jeszcze rzadkie pustynne trawy. W 1909 roku Tel Awiw został miastem, pierwszym od tysięcy lat miastem, zbudowanym i zamieszkałym tylko przez Żydów. Wtedy miało mieszkańców 550; Żydzi z sąsiadującej z nim bezpośrednio arabskiej Jafy przenosili się do nowego miasta bardzo powoli. W 1919 roku było jednak mieszkańców 3000, zaledwie w trzy lata potem przybyło nowych 10 000. Dziś ludność miasta przekroczyła już 50 000. I rośnie.
Meir pochodzi z Białegostoku. Czymże był w Białymstoku? Czym miał być? Był stolarzem. Jest w Palestynie już ósmy rok. Czy mu się dobrze powodzi? Meir uśmiecha się, uśmiecha niemal filuternie ten stary Meir. Czemu ma się mu źle powodzić, komu się tu źle powodzi? A co robi stolarz Meir? Co robi? — A samochody!
W roku zeszłym Nachum Sokołow przyjeżdża do Jerozolimy. Wspaniały ten Tel Awiw, mówi, co za rozwój; przemysł powstaje z niczego. Ta fabryka samochodów...
Panowie z egzekutywy syjonistycznej za głowę się wzięli. Co, gdzie, jak? No, mała uliczka w bok ulicy Herzla. Pojechali. Istotnie. Hangar, ośmiu Żydów. Czterech stolarzy, dwóch tapicerów, kamasznik, ślusarz. Razem: fabryka karoserii autobusowej. Autobusy są głównym środkiem komunikacyjnym w Palestynie. Żydzi wpadli na prosty pomysł sprowadzania podwozi i motorów, a fabrykowania karoserii na miejscu. Mieli mały kapitalik, gdzieś się zapożyczyli, trzy pierwsze autobusy postawiły ich na nogi.
Czym były przed wojną Nalewki? Setki drobnych fabryczek, mieszczących się w podwórzach domów, na poddaszach, w suterynach. Drobnoustroje kapitalistyczne, które zaopatrywały w towar wielkiego kolosa — Rosję. Dziś Rosji tej nie ma, posmętniały fabryczki.
Tel Awiw ma swoje Nalewki: są to Nalewki inne, bo w zieleni i czystości, i w słońcu. Są to Nalewki innego typu Żyda. Ale tak samo pracują tam maleńkie fabryczki, tak samo aprowidują one szerokie zaplecze Lewantu. Gdzieś daleko, w Manchesterach i Birminghamach, w zacisznych gabinetach szefów trustu, śledzi się z niepokojem w raportach filii przyczyny cofania się ekspansji handlowej dreadnouthów17 brytyjskiego przemysłu. Czyżby Arabowie szli śladem Hindusów? Czyżby intryga sowiecka podcinała kontakty z tymi rynkami? Kryzys?
Bardzo się nad tym głowią panowie dyrektorzy koncernów, strategowie dumpingu i konkurencji. Mają za sobą odbytych kilkadziesiąt kampanii, mają więcej przeciwników na rozkładzie, niż miał zestrzelonych samolotów nieprzyjacielskich lotnik niemiecki wielkiej wojny, baron von Richthofen18. A teraz teren wymyka się spod nóg koncernów, teraz kurczy się dumne Imperium o Lewant. Nalewki telawiwskie okazały się konkurentem trustów. Każdoroczny bilans handlowy tych krajów stwierdza ich postępy. Drobnoustroje fabryczek przeżarły podstawę kolosów. Tel Awiw Meira.
Dwaj synowie Meira nie mieszkają w Tel Awiwie. Jeden pracuje obecnie na szosie koło Tel Chai, drugi będzie od pierwszego kierował pracami odwadniającymi, jakie się prowadzi gdzieś w górze kraju, na świeżo odkupionych terenach. — Obaj pracowali fizycznie — mówi Meir. Mówi to tak, jakby będąc Polakiem powiedział — „obaj byli w Legionach”. Przypomina mi się, że wczoraj rozmawiałem z pewnym delegatem pewnego ministerium w Polsce, Żydem. Opowiadał o siostrzeńcu, który jest w Tel Awiwie i, niech sobie pan tylko wyobrazi, pracuje jak prosty robotnik! Meir jest rzemieślnikiem, ale z tym wszystkim jest bardziej spekulantem: to taki nalewkowski fabrykant. Meir mówi o tych synach, o ich pracy fizycznej, jakby dawał do poznania: moja rodzina jest znakomita, ja — to wiele gorzej. Meir łożył na to, by jego synowie skończyli szkoły, łożył nawet na uniwersytet. Meir wtedy w Białymstoku cieszył się z synów i jak teraz opowiadał pewnie sąsiadom: — Moi synowie to zdolni ludzie. Będą panami doktorami, mecenasami. O, oni nie będą zwykłymi robotnikami!
Meir jest już starym człowiekiem. Starzy ludzie się nie zmieniają. A jednak Meir zapomniał o swych białostockich marzeniach. Meir mówi o tej szosie, na której najdosłowniej tłukł kamienie jego syn („pan mecenas”), jakby mówił o promocji doktorskiej tego syna. Starzy ludzie się nie zmieniają. Natura narodu się nie zmienia. Dwa tysiące lat przepajały żydostwo niechęcią do pracy fizycznej, pogardą.
Meir nie poszedł budować szosy. Meir nie poszedł na ziemię, Meir pozostał w mieście. Ale Meir patrzy na swych synów, na tych robotników, jako na coś lepszego, socjalnie lepszego od niego. Jest to ta jego lepsza cząstka. Mówię z nim o przemyśle palestyńskim. Mówię, że podziwiam ich zmysł handlowy, że podoba mi się ta zwycięska walka biednych Żydków z Nalewek z potęgą koncernów i trustów. Że tu wyrośnie wielkie centrum przemysłowe największego kontynentu świata. Że zrobi pieniądze, wielkie pieniądze... Morgan... Rothschild... Nie inaczej tamto...
Stary Meir uśmiecha się i jasno, i zabawnie zarazem. Jak dziecko do jakiejś miłej obiecanki. Meir widzi za mymi słowami rotszyldowską drogę do fortuny? Ale nie: Meir bierze mnie za rękę w przegubie dłoni, oczy mu się rozświeciły ku czemuś. — Wie pan, za Bet-Hanan, tam jest jeden taki piękny pardes. Tylko jeszcze dom postawić...
Pardes...
Człowiek zmienia tu cele marzeń. Ale jest i młode pokolenie inteligenckie, które rosło z Tel Awiwem, którego rodzice stanowią patrycjat miasta. Z poetą Bialikiem19 pracuje cały zastęp intelektualistów żydowskich nad tworzeniem, rozszerzaniem życia duchowego w Erec Izrael.
Niemiecka, nieco ciężka i poważna kultura salonu rozsadzana jest powoli przez południowy temperament ludzi. Nad życiem towarzyskim ciąży kult muzyki. Nie znam się na niej, ale w dzisiejszej Palestynie muzyka zajmuje chyba to miejsce, co teatr w dawnej Grecji, co walka byków w Hiszpanii, co życie kawiarniane w dawnym Wiedniu. Zainteresowanie nową literaturą hebrajską jest tak silne, jak ukraińską w kołach młodej inteligencji tego narodu. Tu chodzi o rozszerzanie hebrajszczyzny. Święci ona zresztą pełny triumf. Wszystko jest hebrajskiej; jidysz jest wprost tępiony, tak tępiony, jak język polski pod zaborcami. Założenie pisma żargonowego20 byłoby nie do pomyślenia, spotkałoby się z bojkotem i więcej niż bojkotem. Język hebrajski to jeszcze jedna miara, na której chcę w tej książce mierzyć wielkość dokonanego w Palestynie dzieła. Na razie pomyślmy tylko, że łacina była jeszcze językiem żywym, gdy hebrajski był już językiem martwym. Mussolini za wszelką cenę wskrzesza w Italii Rzym antyczny, dokonał na tym polu olbrzymiego dzieła. Wskrzeszenie łaciny uważałoby się tam jednak za mrzonkę, za niemożliwość. Wskrzeszenie hebrajszczyzny jest faktem.
„Piękniejszy od Paryża”. Te słowa wróciły mi jeszcze raz pewnego wieczoru schodzącemu ku plaży przez Allenby street. Był to wieczór szabatu. W szabat ustaje tu wszystko, nawet autobusy. A wieczór jest wielkim świętem. Tego dnia było podwójne święto. Przed esplanadami kawiarń, po gładkich asfaltach jezdni, w blasku lamp łukowych ludzie tańczyli na ulicy.
Radość na ulicy żydowskiej w Warszawie, gdzie indziej, ma dla mnie charakter jakiegoś spazmu, jest czymś nerwowym, wrzaskliwym, męczącym. To co się mówi „istny chajder21”. To było, jakby w domach nie było miejsca i wszyscy wylegli lepiej się zabawić, bez kłopotu o miejsca potańczyć. Tańczenie na ulicy było rzeczą tak ogromnie prostą, tak sobie naturalną, jak tylko może być. Z wielkiej kawiarni na rogu, której ściany są żółte jak bursztyn i która oczywiście nazywa się „Szafirem”, dźwięczała hora, taniec tańczony grupami, jak balet, jak tańce antycznego świata. Hora wypełniała ulicę i miasto aż po plaże z jasnymi kawiarniami, z dansingami pod nabitym gwiazdami niebem. Spazm żydowskiej radości w diasporze, krzykliwy zgiełk naszych małych miasteczek rozpłynął się tu był rytmem ogromnej pogody. Żyd, który w najbardziej zażydzonym mieście świata nie mógł nie czuć się obcy, tu czuł, że ma pełne tytuły prawne, po raz pierwszy ma je, że jest u siebie. Oto tajemnica, dlaczego Tel Awiw jest dla Żydów tym, czym jest. Tęsknota za domem budowała temu narodowi Tel Awiw w takim tempie. Patrzy nań poprzez radość zaspokojenia tej tęsknoty, poprzez radość kresu wędrówki. Tel Awiw, miasto zwane pagórkiem wiosny, jest piękniejsze od Paryża.
Żydzi, którym w Palestynie jest źle
Gdy przyjechałem do Tel Awiwu pierwszy raz, było południe, o godzinie czwartej byłem u naszego konsula, a już przed szóstą jechałem autem konsulatu do kolonii, otaczających wieńcem miasto. W Palestynie od samego początku czuje się to, co już napisałem, że Palestyna, ta prawdziwa, ta nowa Palestyna, to nie są miasta, to wieś, pardesy, Samaria, kraj nad Tyberiadą, Emek. Wszystko inne jest tu mniej więcej jak pan Meir mówiący: „Ja to nic, moi synowie, ci pracujący na szosie, to dopiero ludzie”. — Okazję, że sekretarz konsulatu jedzie dziś z delegatem jednego z ministerstw polskich do Petach Tikwa, sławnej starej kolonii żydowskiej, schwyciłem w lot. Ale prócz nas trzech w tym samym aucie znalazła się pewna pani, piękna pani, elegancka pani.
Elegancka pani jest z Polski, z Warszawy. Jej mąż jest wybitnym lekarzem czy adwokatem, temu osiem miesięcy przeniósł się do Tel Awiwu, do „ojczyzny”. Zadaję eleganckiej pani parę pytań, ale muszę się po chwili ograniczyć do odpowiadania. Co Warszawa? „Adria22”? „Banda”? Nie może być, więc Ordonka doprawdy tu przyjeżdża? Ja zawsze czytałam „Wiadomości Literackie23”! To pan zna Grydzewskiego24? Ale Krzywickiej25 nie? Czy pan ma może coś z książek polskich? Ostatnia rzecz, która mnie doszła, to Zazdrość i medycyna26.
Na przyszłą zimę elegancka pani przyjedzie do Polski. Jaki był tutejszy karnawał? Tak, dobrze panu opowiadali, był śliczny. To bardzo ciekawy widok, taka powszechna radość, te krzyki, tańce. Bardzo zabawny widok. Razu jednego tańczyłam z Arabem, o, to był bardzo kulturalny, bardzo elegancki Arab. Ale Warszawa...
Auto szło siną asfaltową szosą, jakby ślizgało się po lodzie. Dawno odrzuciliśmy za siebie przedmieścia miasta. Po obu stronach symetrycznie zasadzone rosły pomarańcze: drzewka dwumetrowe na cienkim pniu, z burzą gęstych, silnie zielonych liści. Było to jakby morze zieleni, jak gąszcz nieprzebyty, jak step. Gdzieniegdzie nad gaikiem czerwienił się dach domu. Aż szosa wpadła w szpaler cyprysów i miasteczko.
— Co to? — spytała pani.
— Petach Tikwa.
— Ach, więc to jest Petach Tikwa??
To nie pytał ani delegat z ministerstwa, ani ja, to pytała elegancka pani z Tel Awiwu, Żydówka. Ale teraz to już myśmy się dziwili. Petach Tikwa leży tak pod Tel Awiwem, że niepodobna wprost jej nie znać, jak w Warszawie trudno nie znać Wilanowa, w Wilnie Werek czy Trok. To nawet więcej, bo ta kolonia ma za sobą całą legendę bohaterskich wysiłków, prac, walk, legendę, której ostatnie karty zapisały rozruchy arabskie 1928 roku... Jestem pierwszy dzień w Tel Awiwie i już pędzę do tej Petach Tikwa, o której temu tydzień nie wiedziałem jeszcze nic. Jestem Polakiem z krwi i kości. Elegancka pani mieszka tu od ośmiu miesięcy. Elegancka pani jest Żydówką. Elegancka pani wyjeżdża dziś poza Tel Awiw po raz pierwszy. Opowiada o tym tak obojętnie, jakby to mówił ktoś, kogo to, co się tu dzieje, nic a nic nie interesuje.
Nasze zdziwienie jest jednak zbyt wyraźne i trzeba tu coś powiedzieć, wytłumaczyć. Pani mówi więc o tym, że ją z tym wszystkim niewiele właściwie łączy. Nie jest syjonistką, o nie, w ogóle nie uznaje „zacieśnienia się do pewnej narodowości”. Czuje się Europejką, o tak, właśnie Europejką. Warszawa, tak lubi Warszawę, naszą Warszawę! Tu jest nie tylko jakieś wszystko nowe zupełnie, ale i takie surowe, takie nieswobodne. Proszę pana, ten szabat, czy pan uwierzy, ja tu nic w sobotę nie mogę dostać? Nic a nic. Wieczorem otrąbia się święto. Tak jak w tych naszych małych, brudnych miasteczkach. Przecież w Polsce ja wszystko dostanę i w sobotę, i w niedzielę. Tu — nic.
Chodzimy po kolonii, podczas gdy delegat spełnia swe ważne ministerialne zadania w wielkiej radzie gminnej Petach Tikwy. Z rynku dość zaśmieconego, miasteczkowego, zeszliśmy w aleję, gdzie pełno niewielkich domów, opiętych pnączami. Przed domami, zamiast malw, niskie palmy kokosowe i drzewa pomarańczy. Szczebiot eleganckiej pani trwa dalej. Ona by nigdy nie chciała tu mieszkać, cóż, że ta willa z werandą ładna, cóż, że ci ludzie są bogaci, ale to mimo wszystko odludzie. Pewnie, że kolonia o ośmiu tysiącach mieszkańców może sobie drwić z Arabów, ale jednak... I ta głuchość... I ten brak naszego, europejskiego, życia...
I mówi wręcz, że nie rozumie. Nie rozumie tych młodych ludzi z dyplomami uniwersyteckimi, którzy poszli bić szosy w Galilei, nie rozumie ludzi, którzy całą swą młodość „zakopali” w jakimś kolektywie („jak to się nazywa? Aha, kibuc? To pan już to wie?”), w takim właśnie kibucu nad Jordanem, gdy przecież nie musieli! Potem taki kibucnik, młody chłopak, już ma troje dzieci. Tak, proszę pana, tak... To można nazywać bohaterstwem, to może być dla dziennikarza ciekawe, bez tego toby tu były dalej piaski... No, i ostatecznie wielkie nieszczęście, żeby nawet i były?
Mylisz się, Czytelniku, zupełnie, jeżeli myślisz: to był typ kobiety précieuse27, kobiety o ptasim mózgu, lalki. Wcale, wcale nie. To była po prostu osoba uznająca życie racjonalne, życie opłacane, życie największych materialnych zadowoleń najmniejszymi materialnymi kosztami. To była pani przeniknięta prostym racjonalizmem burżuazji. Ani te słowa mówię z pogardą, ani z emfazą. Zdanie tej pani nie byłoby dalekie od zdania ludzi wielkiej bardzo kultury. Ludziom, którzy poszli bić szosy i suszyć bagna, mogąc żyć z kapitału papy, wziąć ładny posag z niebrzydką żoną, ludziom, którzy ostatecznie mogli dorabiać się choćby ciężko w młodości, ale wreszcie dorobić własnego, ludziom tym, jeśliby ich zauważyć raczył, dziwiłby się i szlachetny, najwytworniejszy arbiter elegantiarum28, Petroniusz.
*
Spotkałem w Tel Awiwie młodego, nieśmiałego doktorka, który jechał „Dacią” — oczywiście nie w czwartej, ale w drugiej klasie. Spytałem, co już widział. Okazało się, że mimo tygodniowego pobytu widział bardzo niewiele, bo tylko Tel Awiw. Wytłumaczył mi dlaczego. Oto nie przyjechał tu właściwie jako turysta, przyjechał, by tu osiąść, praktykować, zarabiać...
Czuł się bardzo niepewny i nieśmiały. Więcej: czuł się zgubiony, obcy. Ze znalezieniem pracy jakoś nie szło. Palestyna na potrzeby tego kraiku wielkości Wileńszczyzny ma może mało robotników, ale za to inteligencji pracującej (nie na szosach) dostatecznie. Ci nie znajdą pracy tak łatwo jak murarze. Uniwersytet jerozolimski jest wprawdzie czynny w praktycznym tego słowa znaczeniu (tj. w produkowaniu młodych prawników, medyków, filologów itd.) na razie na jednym tylko medycznym wydziale, ale napływ młodzieży z dyplomami bardzo łatwo zaspokoił niewielkie stosunkowo zapotrzebowanie kraju. Pocieszałem doktorka, że niebawem znajdzie zajęcie. Po prostu, młodszy od niego, musiałem go pocieszać. Nie bardzo już wiedziałem, co mu powiedzieć w końcu.
— No, jest pan w ojczyźnie, w kraju — powiedziałem.
Doktorek popatrzył na mnie, a potem długo mówił. Oto właśnie, że nie jest „w kraju”. On do Palestyny nie tęsknił nigdy. On nie uznaje ojczyzny. Owszem, taki kawał ziemi, gdzie się człowiek urodził, zna wszystkich, mieszka z dawna. Ale daleki, szeroki kraj — nie. Nie uważa, żeby to było źle czy dobrze. Można za to kochać religię albo klasę. (Nie nabrałem wrażenia, by doktor kochał jedno lub drugie). W małopolskim mieście, w którym zaczął praktykować, źle mu szło. Przepełnienie. Przyjechał tu. — Nie uwierzy pan, jak ja się tu czuję okropnie, okropnie obcy.
Studiował we Lwowie. Były rozruchy antysemickie. Studenci tworzyli szpaler i przepychając Żydów bili ich. Mój doktor krzyknął: — Nie jestem Żydem, uważam się za Polaka. — Łomotnął go ktoś tym silniej pałką po głowie. Jego koledzy Żydzi słyszeli ten okrzyk. Byli wśród nich tacy jak on, którzy go rzucili dumnie w roześmiany radością bicia człowieka tłum. Ale ci koledzy — on ich zna — oni w ten krzyk wierzyli. On — nie wierzył. W Berlinie krzyknąłby: — Jestem Niemcem. — Pan się dziwi, oczywiście, i pan to uważa za oportunizm? Trudno, proszę pana, pan nigdy nie był w pozycji człowieka bitego za krew, którą ma w arteriach!
Od tego dnia — opowiadał dalej — zrobiła się jakby luka między jego kolegami Żydami a nim samym. Asymilanci wiedzieli, że on w ten okrzyk nie wierzył. Syjoniści gardzili nim tym bardziej. Z takimi, jak on sam, on jakoś nie bardzo współżył. Dziś jest w Palestynie. O tym, żeby być w Palestynie, marzą w Polsce, Rumunii, świecie tysiące tych tam chaluców. On jest. I jest obcy.
Widzi pan, mnie stać na szczerość. Pan jest obcy człowiek, pan oglądnie sobie i pojedzie. Pan rozumie, że człowiek może nie myśleć o kochaniu jakiejś ojczyzny, tak jak nie musi kochać religii. Z tego, co o Palestynie słyszałem, zrozumiałem, że tam jest wielki ruch. Ludzie budują, zorywują nieużytki, spuszczają bagna, ludzie pracują, ludzie się śpieszą, ludzie nie mają czasu pytać pana, co pan tam sobie myśli czy nie myśli. No, i w każdym razie nie o pochodzenie. Tu, proszę pana, ludzie się kłócą i zwalczają, ale jednak oni myślą to samo. Ja wcale z nimi nie myślę. Udawać? I trudno, i — ja bym nie potrafił. Na razie nie potrafię.
Rozmawialiśmy tak bardzo długo. Mówił o tym, jak tu panuje niewidzialna dyktatura syjonizmu. Jak tępiony jest żargon, jak zniszczono by maszyny redakcji żargonowego pisma, jak gdy podczas świąt żydowskich, wedle religii nie wolno jeść chleba, tylko macę, któraś postępowa piekarnia wystawiła w oknie chleb, to robotnicy („Pan uważa? robotnicy, oni są przecież socjalistami”) rozbili wystawę i tłum spalił ów chleb na ulicy, jako prowokację. Tak, panie. Tu też jest dyktatura, jak we Włoszech, jak w Rosji.
Doktor zatrzymał się i rzekł:
— Dyktatura jest dzieciństwem każdej idei.
Powiedziałem:
— Za jedynym bodaj tylko wyjątkiem: chrystianizmu.
Doktor pomyślał znowu i odparował:
— Tak. W religii dyktatury są okresem młodości.
*
Tych dwoje widzę zawsze razem. Byli to jedyni ludzie niezadowoleni z Palestyny, jakich spotkałem w mej drodze. A umyślnie spotykałem bardzo wielu. Zdaje się, że wszyscy niezadowoleni, jacy w ogóle są w Palestynie, to właśnie ludzie tego typu... I otóż, żeby czuć się dobrze w Palestynie, żeby być tam naprawdę jak w raju na ziemi (a widziałem takich, którzy tak się tam czują), trzeba nie tylko, jak wymagają przepisy emigracyjne, mieć przy sobie certyfikat wyjazdowy bądź kapitał 1000 funtów, bądź wreszcie wjechać jako turysta i — zostać, trzeba jeszcze, trzeba po prostu, najzwyczajniej w świecie, być nasiąkłym ideą syjonistyczną.
Jest to bardzo jasne i bardzo proste. Kraju tego, ni mniej, ni więcej, tylko gdyby nie ta idea, nie byłoby w ogóle. Coś takiego można najlepiej i jedynie uzmysłowić na przykładzie: gdyby nie było idei niepodległości Polski, Warszawa by istniała i ludzie by w niej żyli. Gdyby nie było syjonizmu, hasła powrotu do ziemi ojców, w żydostwie, toby jednak nie było Tel Awiwu, toby nie było nie tylko Tel Awiwu, ale nie byłoby ani Petach Tikwa, ani Richonu, ani Magdiel, ani całego Emek Izrael, tych bogatych, malowniczych kolonii, a tylko piaski, bagna, malaria. I właśnie dlatego, że tu jeszcze nie ma prawie nic powstałego przez interes, że w każdym razie przeważa tu powstałe przez ideę, idea ta rzeczywiście jest tu tak wszechobecna jak ten, objawiający się za każdym czynem swego ludu, biblijny Jehowa Izraela.
Może kiedyś będzie inaczej. Nurt życia podmywał większe jeszcze idee. Na razie tak nie jest. Do Palestyny można jechać bez pieniędzy. Mojżesz Schamroth miał na całą drogę sto lei, tj. dosłownie pięć złotych. Ale nawet gdyby nim się nie zaopiekowała organizacja, to poszedłby „na budowę” w Hajfie i byłby spokojny. Doktorek i elegancka pani nie mają pieniężnych kłopotów. Ale mają głębsze jeszcze troski. Myślę, że tych dwoje Palestyna wygryzie. Jadąc do niej, nie myślałem nigdy, że pewnego wieczoru, błądząc po bulwarach telawiwskich, będę, jako Polak, cudzoziemiec, słuchał wyznań Żyda, że się w tej Palestynie czuje tak okropnie obcy. Żydzi nie-syjoniści, Żydzi nietęskniący za Ziemią Obiecaną, nie emigrujcie do Palestyny!
Pochód Izraela
Rok 1882, gdy grupka kilkunastu pierwszych imigrantów założyła pierwszą palestyńską kolonię, były to czasy, gdy ruch powrotu na ziemię ojców nie przybrał sobie żadnych prawie form organizacyjnych. Dziesiątek lat, jaki minął potem, to istne syzyfowe prace nad utrzymaniem się przy roli. Arabowie, władze tureckie, obcy klimat, malaria i nędza splatają się w każdej z tych czasów opowieści. Minęło lat kilkadziesiąt, kolonie kwitną w bogactwie, a jednak po dziś dzień oficjalne publikacje tego nienależącego do skromnych narodu nie wahają się stwierdzić, że był czas, gdy tylko potęga jednego człowieka uratowała dzieło syjonizmu od niechybnego załamania. Nie Herzla29, ale jego właśnie postać umieszcza się w tych publikacjach na miejscu najpierwszym. Socjaliści palestyńscy wymawiają z szacunkiem jego imię, nazwisko i tytuł: Edmund baron Rothschild30.
Kolonie wegetowały wówczas nieliczne, bez pieniędzy, bez ludzi. Malaria odstraszała wszystkich: pokolenia całe marły. Żeby usunąć malarię, trzeba było osuszyć bagna, zasadzić na nich wyciągające wilgoć eukaliptusy. Potrzeba było nie tylko ludzi, ale i kapitału. — Rotschild dał kapitał. — Był pierwszą falą szerokiego przypływu złota, złota wielkich, jak on, kapitalistów-filantropów, złota milionowych drobnych ofiar po domach żydowskich całego świata. Z nim zaczęła się też naprawdę organizacja.
W 1901 roku przekazuje on swe dzieło palestyńskie i fundusz weń włożony JCA (Jewish Colonisation Association, dziś PJCA — Palestine Jewish Colonisation Association), która założyła w Dolnej Galilei Kfar Tabor, Yavniel, Sedjera i dwie inne kolonie. Jako wielki fundusz nabywania z rąk Arabów ziemi pracuje obok innej instytucji, finansowego kolosu, sławnego Keren Kayemet Leisrael — Funduszu Narodowego Żydowskiego. Na swoją rękę wykupuje ziemię i powstają, równolegle do pracy kapitałów Rothschilda, kolonie Ben Shemen, Hulda, Kinereth, Daganja Pierwsza, Merhawja.
Już po wojnie przybywa do tej pary trzecia instytucja: w kwietniu 1921 roku zakłada się Keren Hayessod, Fundusz Odbudowy. Gdy tamte dwie miały za zadanie wykupno ziemi dla przekazania jej kolonistom, to ta nie zajmuje się już tym dziełem, ma na oku tylko jedno: dostarczenie osadnikom narzędzi, inwentarza. Zresztą służy w ogóle „rozbudowie potrzeb ekonomicznych i kulturalnych Palestyny”, wchodząc dosłownie we wszystkie dziedziny życia.
To, że te organizacje o wielomilionowych kapitałach zakładowych powstały, to było koniecznością Palestyny. Tylko na miejscu można widzieć, jak wszelki krok bez nich byłby niemożliwością. Palestyna jest klasycznym krajem, gdzie naprawdę wielkie rzeczy może dokonać jedynie zbiorowość pieniądza i zbiorowość ludzi. Palestyna jest klasycznym krajem, gdzie się łoży na przepadłe: ziemi nie sposób nabywać tu inaczej, jak wykupując całe połacie, całe latyfundia; osiedlenie się samotne Żydów między Arabami byłoby szaleństwem. U nas ziemię się kupuje i potem zaraz się orze. W Palestynie nie można niemal oddać dunama ziemi pod uprawę bez przeprowadzenia melioracji: tak np. z obszaru ziemi, nabytego za pieniądze Keren Kayemet, trzeba było poddać melioracji dwie trzecie. Jest to praca przewracająca wszystko do góry nogami: jedne ziemie się osusza, gdy drugie nawadnia. Rolnicy zrozumieją najlepiej, co można by zrobić, gdyby to zadanie było zdane na drobnych osadników, zrozumieją najlepiej, ile znaczy fakt, że przed kolonizatorem-chalucem, jak tank przed żołnierzem idącym do ataku, posuwają się już dwie takie maszyny, jak PJCA i Keren Kayemet, zdobywając mu (najdosłowniej, acz najbardziej pacyfistycznie w świecie) teren, gdy sekundujący im Keren Hayessod wyposaża go w budynki, inwentarz żywy i martwy.
W ten sposób dokonał się nowy pochód Izraela: szedł on od morza. Trzydzieści parę kilometrów na południe od Jafy rozpoczyna się mniej lub więcej zwarta ława osadnictwa. Jest to najbogatszy, pardesowy, region Palestyny; jest to zarazem region prywatnych kolonistów. Obchodzi on Tel Awiw i pnie się w górę — przez Petach Tikwę, Herzliję, ku francuskiej dziś Syrii. Coraz częściej pojawiają się szmaty ziemi, nabytej już nie przez prywatny kapitał, lecz przez Fundusz Narodowy, Keren Kayemet. Z Wadi Hawarat rozpoczyna się wielkie, 43000-dunamowe latyfundium Keren Kayemet. Przy bogatej Hederze wyrasta grupa kolonii kapitału prywatnego; ale już nieco dalej przychodzi z kolei kraj PJCA. Wreszcie koło Hajfy sąsiadują ziemie kapitału prywatnego i Kerenu, który tu wykupił ziemie między Hajfą a Acre, mające, z racji budowy portu w Hajfie, wielką przyszłość. Tu się pochód od morza kończy.
Ale jednocześnie z tej najgórniejszej, północnej jego flanki wypada ku południowo-wschodowi olbrzymi pas ziemi, jedna z najważniejszych części Nowej Palestyny, Dolina Izraela, 164 000 dunamów. Emek Izrael dociera aż do doliny Jordanu, gdzie nieco na północ istnieją stare kolonie rotszyldowskie i kayemetowe, nad Tyberiadą i wyżej; są to już wielkie i najdalsze forpoczty Izraela, jego wyspy. Szereg mniejszych osad idzie na dole, na południu od Tel Awiwu ku Jerozolimie. Takim oto szykiem posuwa się osadnictwo żydowskie w głąb Palestyny.
Ile kosztowało to wszystko? Nawet pieniężnie tylko trudno to dziś ocenić. Prywatną, bardzo potężną kolonizację pozostawiając na uboczu, trzeba nam zesumować koszta nabycia i melioracji ziem Keren Kayemetu i Keren Hayessodu — 2 004 733 i 4 669 547 funtów szterlingów. Organizacje inne, jak lecznicza Hadassa, która włożyła w kraj półtora miliona funtów, pozostaną jeszcze na boku, jak pozostają, dla swej różnorodności lokat i długiego przeciągu czasu, dobrodziejstwa fundacji rotszyldowskich. Doskonałe statystyki angielskie nie dają przecież zupełnie pewnego obrazu inwestowanych tu kwot. Poza tym Palestyna (będąca dziś w rzeczy samej doskonałym terenem inwestycyjnym) stara się — całkiem słusznie — przedstawić te swoje walory w jeszcze lepszym świetle. Wolę więc nie mówić o rzeczy, której z całą dokładnością osobiście zgłębić nie mogłem — i która, jak wszystko w kraju rosnącym w oczach, będzie przedawniona po paru miesiącach.
Dostawcy ludzi i dostawcy pieniędzy
Przed odjazdem do Palestyny poinformowano mnie już, że Polska ma w tym kraju wcale ważny rynek zbytu dla swych towarów. Zadziwiające jest, że nasze bielskie materiały konkurują tam, na serio i zupełnie dobrze, z materiałami angielskimi. To samo tyczy się wyrobów łódzkich i białostockich: Żyd przyjeżdżający z Polski, a choćby z Rosji (dziś emigracja z Rosji, zakazana przez ZSRR, należy do przeszłości, ale dziesięć lat temu była duża), nie zna tekstyliów angielskich, zna za to i przyzwyczaił się do naszych. O dobrej ich sławie może coś powiedzieć i fakt, że nowo założona fabryka sukna w Tel Awiwie nosi raczej niehebrajską nazwę „Lodzia”. Istnieją próby rozszerzenia naszego eksportu. Jak zwykle, tak i teraz, faworyzowany przez nas przemysł bierze górę nad rolnictwem, co do ważności którego, jako prawdziwej podstawy gospodarstwa narodowego, dopiero ostatnio zaczyna świtać nieco rozsądniejszy pogląd. Zapewniano mnie bardzo poważnie, że drzewo i kartofle (Wileńszczyzno, pomyśl!) mogłyby tu mieć ładny zbyt. Najprawdopodobniej skończy się znowu na tym, że Palestyńczykom pytającym o kartofle wsadzimy w ręce specjalnie wydany memoriał, że kartofle najlepiej sadzić u siebie w kraju, zaś z zagranicy sprowadzać nawozy sztuczne, i bardzo się zdziwią nasze głowy stanu, że ciż Palestyńczycy wykonają wreszcie pierwszy plan memoriału, tj. nie kupią kartofli, ale, szelmy, nie domyślą się drugiego — i nawozy sztuczne sprowadzą z Chile, nie z Chorzowa. Niezależnie od tego wszystkiego Polska wraz z innymi krajami o wielkim skupieniu Żydów występuje jako — że użyjemy tej handlowej przenośni — eksporter dwóch „towarów”: ludzi i pieniądza.
Na dostawców ludzi i dostawców pieniądza dzielą się w oczach Palestyny wszystkie niemal kraje świata. Oczywiście jedne są typowymi eksporterami materiału ludzkiego, inne kapitału. Oczywiście też żaden kraj nie dostarcza samych tylko osadników ani samych tylko pieniędzy. Te dwa czynniki kierowane przez wielkie organizacje osiedleńcze rozlewają się planowo po kraju.
Otóż klasycznym państwem-dostawcą ludzi jest Polska, a klasycznym dostawcą pieniądza są Stany Zjednoczone.
Mówi się bardzo często o sprzeczności interesów polsko-żydowskich. Nie jest zadaniem książki ani jej autora zapuszczać się tu w długą czy nawet krótką na te tematy dyskusję. Sądzę jednak, że najbardziej przekonany o szkodliwości Żydów dla Polski antysemita nie zaprzeczy, że jeśli chodzi o kwestię Palestyny, sprzeczność ta nie ma miejsca. Jeżeli już się zakłada, że element żydowski jest u nas niepożądany, należy zapewne powitać z zadowoleniem fakt, że właśnie Polska objawia ze wszystkich krajów diaspory najsilniejszy ruch emigracyjny, najsłabszy zaś stosunkowo emigracji kapitału.
W ciągu całych dwunastu lat normalnego funkcjonowania mandatu palestyńskiego emigranci polscy reprezentują w ogólnej emigracji światowej żydostwa do Palestyny grupę najsilniejszą. Procentowo wyraża się to w liczbie 39,8%, liczbowo w przeszło 50 000 ludzi. Nie jest to wiele, jeśli zważymy na trzymilionową masę żydostwa zamieszkującego Polskę, jest to jednak dużo, zważywszy na obszar Palestyny, zważywszy na to, że emigracja żydowska przechodzi przez bardzo trudne do przebycia filtry władz angielskich. W każdym razie nie jest to bynajmniej quantité négligeable31, zwłaszcza w epoce, gdy bezrobocie wśród proletariatu i młodej inteligencji daje się tak dotkliwie w kraju odczuwać. Nie jest nim również i wtedy, jeśli sobie uświadomimy, że to, co emigruje od nas, to przeważnie ludzie młodzi, ludzie biedni, chaluce, wnoszący do Palestyny przeważnie niewiele więcej niż swój zapał młodzieńczy i ręce do pracy.
Natomiast jeśli chodzi o odpływ kapitału z Polski, to z pierwszego miejsca wśród państw świata schodzimy na piąte. Po nas idzie już tylko Rumunia, a potem kraje, gdzie procent Żydów jest minimalny: Czechy, Holandia. Często podkreśla się u nas bogactwo trzymilionowej masy Żydów polskich. Otóż ta trzymilionowa masa, w której wpływy syjonistyczne są rzeczą niedającą się już chyba przez nikogo negować, począwszy od 1919 roku przesłała do Palestyny tytułem składek na Keren Hayessod 217 999 funtów szterlingów. Na nasze pieniądze wynosi to koło 6 976 048 złotych. Jako wpływ z przeciągu lat jedenastu z górą (statystyka ta jest z 1931 roku) nie są to chyba wielkie pozycje. Oczywiście, że poza tymi składkami pozostaje kapitał prywatny, wywieziony przez emigrantów, a na jego wyliczenie brak już danych. Niemniej cyfry tu przytoczone dają pewną ilustrację. Stany Zjednoczone, skupienie Żydów nie o tak wiele od polskiego mniejsze, wysłało do Palestyny w tym samym czasie dwadzieścia trzy i pół razy mniej ludzi niż Polska, a jedenaście razy pieniędzy więcej.
Tak rzeczy te wyglądają naprawdę, niezbywane krotochwilami o tym, że ile razy jeden Żyd z Polski do Palestyny przyjeżdża, tyle razy dwóch innych czym prędzej z powrotem do niej jedzie. Tak wygląda i legenda o miliardowych sumach, jakie rokrocznie wysysa Palestyna z Polski. Zwykły nasz wywóz towarów do tego kraju, w którym bez osadnictwa syjonistycznego nie powstałby nigdy nowy rynek zbytu, przerasta o dużo te „miliardy”.
*
Keren Kayemet i Keren Hayessod w swej długoletniej działalności, która odznaczała się tym, że w kraju stosunkowo bardzo małym, bardzo biednym, a o wielkich, jak dziś widzimy, możliwościach, obracała tak, że cele niehandlowe przeważały zawsze nad handlową kalkulacją, zrobiła w rezultacie, że obok kapitału prywatnego utworzył się kapitał filantropijno-społeczny o tak olbrzymiej stosunkowo do warunków kraju roli, że niepodobna jej porównywać do ról jakichkolwiek innych organizacji filantropijnych świata, działających w społeczeństwach i krajach dojrzałej cywilizacji.
Nad istniejącym tu (a raczej nieistniejącym) kapitałem prywatnym miał ów kapitał filantropijny ogromną przewagę: kolonie prywatne wyrosły z jego zapomóg i pożyczek. Dziś jednak Palestyna posiada spory obszar ziem osadnictwa żydowskiego, które egzystują niezależnie od poparcia z zewnątrz. Palestyna chaluców i kolektywów ma obok siebie Palestynę dawnych kolonii. Może najlepiej będzie je oglądnąć32.
Malaria i miliony
X., którego jestem gościem na jednej z najstarszych kolonii żydowskich, znanej nam już Petach Tikwy, należy najniewątpliwiej do typu zamożniejszych prywatnych kolonistów żydowskich. Osiadł tu jeszcze przed wojną, gdy dość silna fala osiedleńcza z Rosji, związana z pogromami i antysemityzmem, skłoniła go do emigracji. Opowiada dużo o ciężkich latach wojny, o napadach arabskich, w których zginął jego nieletni syn. Mniej chętnie wprowadza mnie w to, co mnie właściwie najwięcej interesuje, to jest w to, jak tu jest teraz. To samo było wczoraj w Rechoboth, to samo w Nesszionah. To samo jest mniej więcej we wszystkich prywatnych koloniach. Ludzie ci wiedzą, że jeżeli o Palestynie mówi się po świecie jako o kraju bez kryzysu, to o nich jako o bogaczach tego kraju. Niezbyt chętnie udzielają wyjaśnień o swym dobrobycie.
Krańce Petach Tikwy zajmują jeszcze niewielkie domy: dom mego kolonisty to właściwie duża willa. Ogrodu nie ma prawie wcale, nawet ogrodu warzywnego. Za to do jednej ze ścian domu formalnie przylegają drzewka pomarańczy. Kolonista X. ma wszystkiego czterysta dunamów pardesu. Na warunki polskie jest to mały folwarczek o czterdziestu hektarach; właściciel jego nie ma już na posyłanie dzieci do gimnazjów. Jeden dunam, oczywiście uprawny i owocujący od lat, kosztuje tu do stu pięćdziesięciu funtów. Majątek kolonisty wynosi zatem sześćdziesiąt tysięcy funtów, czyli przeszło dwa miliony naszych złotych.
Mój gospodarz bardzo prosi, by o nim nic nie pisać, robi wszystko co można, by mi dać jak najmniej informacji, ale przecież! Opowiada, że syn kształcił się na politechnice w Berlinie, córka niedawno wróciła ze studiów na Zachodzie... Rzeczywiście mówi bardzo pięknie po francusku. Oglądamy pole sąsiednie. — Ładny pardes — powiadam. Mój gospodarz mówi, że jest na sprzedaż, i dorzuca: — No, ale cóż on za to, biedak, dostanie, to ledwo siedemdziesiąt dunamów, jakieś dwanaście tysięcy funtów... Jakieś dwanaście tysięcy funtów! Z taką nonszalancją o takiej sumie nie mówi w Polsce od lat najbogatszy obszarnik-ordynat... Potem pyta się o ceny ziemi na Wołyniu... Nie umiem go poinformować zbyt dokładnie, ale bardzo niedługo dochodzimy do wniosku, że stać by go było na ładnych parę tysięcy morgów.
Żyd jest mile zabawiony, oblicza sobie, że byłby w Polsce „takim samym panem jak hrabia Potocki”. Niestety, nie pamięta już dobrze, o jaki to majątek Potockich ukraińskich chodzi mu w tej chwili. Potem się reflektuje i mówi: „No, nie takim”. Przypomniały mi się nasze ziemiańskie stosunki i zapewniłem go, że jeszcze większym. Widać, że już dawno utracił wszelki kontakt z Wołyniem, bo wziął to za złośliwy żart.
Jest to bardzo ciekawy typ tych kolonistów, oczywiście kolonistów sprzed kilkunastu lat, ludzi, którzy się już dorobili. Typ zbliżony zapewne do typu dawnych kolonizatorów Ameryki, na których umysłowości odbiły się i trudy lat pierwszych, i bogactwo ostatnich. Są to ludzie przede wszystkim z natury oszczędni. Młode pokolenie wydaje już dużo, ma potrzeby zbliżone do potrzeb zamożnej młodzieży na Zachodzie. Oni — nie. Jest w nich pewne zadowolenie ludzi, którzy mogą sobie naprawdę powiedzieć, że poszli do tego kraju piachów z czystej idei, wbrew rozsądkowi, a dziś okazało się, że zrobili tysiąc razy mądrzej niż ich krewni i znajomi z Ukrainy sowieckiej. Ale jest w nich także i pewna twardość. Na każdym pardesie pracuje kilkunastu, kilkudziesięciu czasem robotników; praca wokoło kilkuset drzewek, które trzeba okopywać, nawadniać, obcinać, ma właściwie charakter bardziej ogrodniczy już niż rolny. Otóż na tym polu miały miejsce ostre starcia. Obok młodego robotniczego elementu żydowskiego, chaluców, którzy dopiero z czasem mieli pójść na własną ziemię, zjawili się Arabowie o bardzo małych wymaganiach. Wśród kolonistów starego pokolenia objawiła się też skłonność do posługiwania się robotnikiem arabskim. Okazało się to jednak na dłużej niemożliwością; w Palestynie potęga syjonistycznej opinii publicznej poczęła likwidować tego rodzaju stan rzeczy, który by automatycznie zahamował wszelki dalszy napływ mas żydowskich do Palestyny. Za to poczęła się pojawiać nowa tendencja: obniżania płac robotnika żydowskiego. W chwili gdy byłem w Petach Tikwie, właśnie na tym — jak chcą niektórzy, na innym jeszcze — tle wybuchł strajk robotniczy.
Opowiadania o tym, jakoby na koloniach żydowskich pracowali Arabowie, Żydzi zaś byli jedynie bogatymi właścicielami, jest jednak bajką. Byłem we wszystkich większych koloniach, przejeździłem kraj autobusami, samochodem, zeszedłem piechotą, zwiedziłem bardzo dokładnie gospodarstwa kilkunastu kolonistów. Przeważającym, i to o dużo33, elementem robotniczym jest żydowski. Arabski występuje wszędzie, najpowszechniej jednak na pograniczu terytorium żydowskiego. Na ogół pewne wymieszanie się obu elementów. To samo ma miejsce przy robotach w mieście.
*
Wieczorem kolonista X. rozgwarzył się na temat starych czasów. Moje ukraińskie, kresowe pochodzenie stanowiło jakby pewien zbliżający węzeł. Kolonista opowiadał o Petach Tikwie. Była to pierwsza z nąjpierwszych kolonii założonych w ogóle w Palestynie. Jeszcze w roku 1878 przybyło tu osiem osób. Petach Tikwa — Brama Nadziei — nazwali kolonię, założoną na pustynnym wzgórzu. Nie było tu nic. O kilometr wyszczerbione ruiny zamku krzyżowców czy Saracenów, Ras el Ein, dalej jeszcze wieś arabska na ruinach dawnej Antipatris, gdzie za czasów rzymskich więziony był św. Paweł, a w średniowieczu była stolica jednego z feudalnych hrabstw krzyżowców. Ruiny. Wszędzie niżej — bagna. Wielkie, malaryczne bagna. Bano się napadu Arabów. Ale Arabowie nie napadli. Przyszli, obejrzeli namioty. Odchodząc, mieli już nazwę dla przybyszów. Wlat el din — dzieci śmierci. W kilkanaście miesięcy później na wzgórzu, nazwanym Bramą Nadziei, nie było już nikogo. Rzędem świeciły kamienne, usypane mogiłki. Malaria.
Petach Tikwa żyła jednak w myślach nowych osadników. Po dwóch latach przyszło ich tu więcej. Osiedlili się. Arabowie tym razem byli mniej spokojni. Przyszło z nimi walczyć. W pole nikt nie szedł sam i bez broni. Nocami stróżowano przy ogniach. W dzień osuszano bagna. Osuszano gorączkowo, pośpiesznie. Malaria usypała nowe mogiłki na miejscu zapomnianych dawnych. Malaria — i jeszcze jakaś choroba, dziś znana tylko z owych starych opowiadań.
Malaria zwyciężyła raz jeszcze. Wymarły najpierw dzieci. Potem wymierać poczęły co słabsze kobiety, mężczyźni. Wreszcie dwóch ludzi pozostało na miejscu. Siedzieli jeszcze długo. Już nie osuszali bagien, byli za słabi. Czekali tylko, pisali listy do Jafy o nowych kolonistów. Tak samo prosi się na froncie o posiłki. Czekali wiele dłużej, niż się czeka w takich razach na froncie, ale niemniej czekali na próżno. Piechotą, gdzieś w 1886 roku, ostatni niedobitek opuścił Bramę Nadziei...
Właśnie bodaj niedługo potem fala rosyjskich gromów wyrzuciła do Palestyny całą masę Żydów. Powiedziano im w Jerozolimie o Petach Tikwa. Żydzi przyjęli propozycję. Powiedziano im, że malaria, że kolonizowano to dwa razy. Ludzie, którzy wyszli z rosyjskich pogromów, nie nastraszyli się jakoś malarii. Poszli. Podobno, że jeszcze gdy część rozbijała namioty, już reszta rowami odprowadzała bagno ku Ras el Ein.
Pasowanie się z bagnem trwało parę lat. Zrazu nie wiadomo było, czy nie ulegnie i trzecia Petach Tikwa. Dzieci marły jak przedtem. Arabowie patrzyli obojętnie na tych dziwnych ludzi, pchających się na puste moczary, gdzie wieczorami ściele się „biały całun Śmierci”. Ale Żydzi rosyjscy byli twardą, odporną rasą. Nie wymierali. Ściągnęli jeszcze nowych, swojaków, którzy gdzie indziej nie znaleźli miejsca. Moczar odsuwał się coraz dalej. Potem poczęto sadzić pomarańcze. Już tylko napaści arabskie były wrogiem kolonistów. Wieczorami czerwone światełka w polu, na wydmach czerwonego, pardesowego piasku, pod Antipatris, w Ras el Ein, znaczyły linię demarkacyjną starych osad, patrzących nieprzyjaźnie na nowego intruza, który tymczasem rósł w białe domy i w młode, zielone drzewa.
Petach Tikwa była zdobyta.
*
Opowiadał mi to człowiek, który nic a nic nie miał w sobie z daru opowiadania. Słuchałem tego o narodzie co najmniej mi obcym, dalekim swoją historią, religią, polityką, rasą, wplątanym dziwnym losów wypadkiem w nurt historii mego kraju. Zarząd tej samej kolonii tego samego jeszcze rana przyjął mnie niegościnnie. Przyzwyczaiłem się do widzenia tych ludzi w świetle rozmaitego rodzaju. Wyszliśmy byli właśnie na rynek Petach Tikwy i czekaliśmy na autobus powrotny do Tel Awiwu. Było już po pracy w polu, było pełno ludzi w mieście. Absolutnie nic nie przypominało tych czasów, tamtych czasów. Aż się wydawało dziwne, że to wszystko to nie był wcale jakiś zły sen kolonistów. A jednak doprawdy miałem wtedy chyba takie właśnie uczucie, jakie musi mieć jakiś archeolog, gdy natrafi na dochowany zapomniany fragment nieznanej ludziom epopei.
Histadruth Haowdim
Na ścianie przeciwległego domu, w bieli osłonecznionej południem ściany ostro kładzie się kontur kilku palm.
— Socjalisticzeskoje stroitielstwo. Podgotowka. Dwiżenie. Kolektiwnyje choziajstwa. Borba kłass. Wopros. Trudiaszczyjsia mir34.
Twardo, obco, surowo pada, rąbie to całe słownictwo bolszewickiej Rosji. Młody człowiek za biurkiem rozkłada ręce w geście, rzuca je wiecowo, pasąc się każdym dźwiękiem. Przez głowę, nachyloną nad notatnikiem dziennikarskim, przechodzi mi, że jak język łaciński stał się mową uczonych, jak francuski mową feudalnego i burżuazyjnego świata, tak ten nowy język rosyjski staje się międzynarodowym, jeśli nie językiem, to słownictwem socjalistycznego świata i jego elity. Dwóch Polaków, dziennikarz Łotysz, działacz lewicowy rumuński, Amerykanin, który był w Rosji, wszyscy oto słuchamy referatu informacyjnego o budowie Palestyny socjalistycznej jako państwa nowego, przyszłego, socjalistycznego ustroju. Nasz informator rozkłada oto przed nami wszystkie ruaże tej Palestyny, o której wie się najmniej. To nie mówi zalękniony konspiratorek komunistyczny, który boi się, że przymknie go policja, a „inspektor” z Mińska wykryje, że w komkasie brak od maja paru tysięcy „prywatnie zużytkowanych” złotych, to nie mówi zgryźliwy jegomość, przepędzony z synekurki w Kasie Chorych, to nie mówi snobujący na komsomoła młodzieniec, pewny siebie, bo mający cały swój komunizm ubezpieczony w stu procentach należeniem do hurraprorządowej, bacznośćpaństwowotwórczej organizacji. Przez tego człowieka mówi radość tworzenia rzeczywistego, w które wierzy, tworzenia teraz, już, właśnie, w jego słowach pulsuje świadomość, że mówi ex cathedra35 wielkiej w tym kraju potęgi, groźnej i błogosławionej w nim mocy: Organizacji Robotniczej Palestyny, określanej potocznie dwoma pierwszymi słowami swej nazwy: Histadruth Haowdim.
Na dwieście tysięcy Żydów, jacy zamieszkują Palestynę, robotnikami jest czterdzieści pięć tysięcy. Jedna czwarta ludności tego kraju to ludność robotnicza. Na tych czterdzieści pięć tysięcy — należących do Histadruthu jest trzydzieści siedem. Ale Histadruth to nie tylko związek zawodowy. Histadruth rozbudował się w bardzo ciekawy organizacyjny system, system przypominający ogromnie... amerykańskie metody trustowe. Jak tam jeden trust wykupywał portfele akcyjne mniejszych zakładów i opanowując je de facto pozostawiał im nominalną samodzielność, dbając tylko, by szły w kierunku jego interesu, tak tu Histadruth bądź utworzył uzależnione od siebie, współdziałające organizacje, bądź opanował pokrewne. Obok Histadruthu rozrosła się taka „Tnuwa”, wielka spółdzielnia mleczarsko-drobiowa, która scentralizowała w swym ręku cały handel tymi produktami, podzieliła kraj po prostu administracyjnie na obwody, dystrykty, ze stolicą ogólną w Tel Awiwie. Rozrosła się dziś i na handel zagraniczny, i na takie produkty, jak miód, jarzyny, konfitury itd. Jej obroty w roku 1924 wynosiły dwadzieścia dwa tysiące funtów. Dwa lata temu doszły były do stu czterdziestu siedmiu tysięcy.
W ręku Histadruthu jest dalej Bank Robotniczy z kapitałem stu dziesięciu tysięcy funtów, są organizacje oświatowe i kulturalne, jest Kasa Chorych, jest wydział dla budownictwa robotniczego, jest wielka organizacja sportowa Hapoel, jest — podobno najwięcej nakładu mający (w samym Histadrucie podano mi cyfrę nakładu dziennego na dwanaście tysięcy, w administracji pisma na dziewięć tysięcy) — w każdym razie bardzo poczytny organ prasowy palestyński „Dawar”. W ręku Histadruthu w tej czy innej formie, mniejsza o formę, jest cały szereg instytucji i organizacji, z całą siecią placówek, ze sprawnym aparatem pracowniczym, z dużymi pieniędzmi. Histadruth jest w rzeczy samej potęgą. Muszą się z nim liczyć koloniści prywatni i ciąży bardzo ich pracy. Reguluje po prostu dopływ robotników do danych miejscowości, organizuje strajki z precyzyjnością i bezwzględnością, która łączy się zresztą zawsze z bardzo sprytną spekulacją strajkową: ci ludzie nigdy nie urządzą strajku na „było, nie było”, na „pokażmy, co umiemy”, strajku, który jest skazany na załamanie, bo wywołała go czysto polityczna fantazja panów wodzów. My z pojęciem „strajk” łączymy coś wojowniczego, rewolucyjnego, w pewnym sensie bohaterskiego nawet. Dla tych ludzi jest to zupełnie prozaiczny, praktyczny, techniczny środek. Dziś, gdy jednym z kryzysów, jaki przeżywamy, jest niewątpliwie i kryzys socjalizmu (nie wchodzę oczywiście w to, czy jest przejściowy, czy nastąpił z tych czy innych przyczyn, biorę pod uwagę takie fakty, jak zwycięstwo faszyzmu, jak dziwne korzenie się sponiewieranej socjaldemokracji niemieckiej przed Hitlerem, jak stan rzeczy w Austrii, Polsce, zwrot MacDonalda, krach australijski), socjalizm palestyński może stoi u końca swego zenitu, ale nawet ci, co tak sądzą, nie mogą zaprzeczyć, że umiał bardzo małymi środkami zdobyć sobie bardzo wielkie stanowisko i że z tego stanowiska czynił użytek na rzecz mas robotniczych palestyńskich. Można nie wierzyć w jego formułę rozwiązania kwestii arabskiej, ale nie sposób zaprzeczyć, że jest to formuła w wielkim stylu, że jest rzeczywiście realizowana, że więc partia przejmuje poniekąd zagadnienie, obejmujące swą ważnością już nie klasową, lecz ogólnie narodową sprawę. Na ostatek trzeba przyznać, że w uregulowaniu swego stosunku do bogatych kolonistów wykazuje dużo zrozumienia tych korzyści, jakie kraj ten czerpie z posiadania bogatego rolnictwa. Socjalizm palestyński jest socjalizmem w stu procentach: przeprowadza duże reformy, buduje kraj w całym tego słowa sensie, jest radykalny, tworzy komuny rolne. A jednak... A jednak, gdyby chodziło o odratowanie naszego rolnictwa, nie życzyłbym mu innego rządu, jak inspirującego się socjalizmem palestyńskim.
W godłach organizacji sportowej socjalistycznej widnieje sierp i młot. Nie są to bodaj akcesoria żadnego ze znanych mi sportów. Sierp i młot — wygląda na modę co najmniej z lekka sowiecką. Jednym z gmachów Histadruthu w Tel Awiwie jest „czerwony dom”. I to również nie jest bardzo „prawo”. Sportowcy socjalistyczni nie grają w ogóle z Makkabi, gdyż Makkabi jest klubem burżuazyjnym i oczywiście proletariat nie może mieć z nim żadnych towarzyskich stosunków. Komuny rolne, które powszechnie nazywa się z hebrajska kibucami i kwucami, tu nazywa mój mówiący po rosyjsku socjalista kolektywami. Podkreśla, że dzieci od pierwszego dnia urodzenia oddziela się od matki i przenosi się do osobnego domu, że wychowywane są „kolektywnie”, że należą do kolektywu, nie do rodziców. Podkreśla — wciąż patrząc na mnie, wciąż z taką siłą socjalistycznego wyrazu, wciąż tak jak ksiądz mówiący o wielkim religijnym dogmacie — że w kibucach wszystko jest wspólne — aż do ubrań. Aż do ubrań.
Socjalizm...
Jesteśmy w innym pokoju, ale i tu brzmi mowa rosyjska. Znowu szybko, zwięźle, twardo. Znowu tak to jakoś nie pasuje z gorącą miękkością widnego z okien półtropikalnego ogrodu...
Dla czterdziestu pięciu tysięcy robotników palestyńskich, dla wstępujących do Histadruthu robotników arabskich, dla dalszych mas proletariatu żydowskiego, który Anglicy do Ziemi Izraela przepuszczą — Histadruth Haowdim buduje dach nad głową, wznosi socjalistyczne, robotnicze dzielnice, osiedla, domy...!
I oto:
— Do 1931 roku zbudowano pomieszczenia dla trzech tysięcy rodzin...
(Pochylony nad notatnikiem zapisuję. Zapisuję szybko, stenograficznie, bez czasu na myślenie... Aż nagle coś mnie odrywa).
— ...rodzin??
— Da, famielij36 — odpowiada informator. — Famielij.
(Dziwi się memu pytaniu. Czyżbym nie dosłyszał? Nie. Słyszałem. Dlaczegóż to proste, zwyczajne takie słowo „rodzina” zabrzmiało wśród tamtych słów sowieckich tak jakoś, jakbym się przesłyszały pomylił...?)
I słyszę:
— ...w jednym tylko 1931 roku stanęło nowych domów na siedem tysięcy rodzin. Wszystko na ziemi Keren Kayemetu...
(Nie, to aż śmieszne. Znowu mnie to słowo „rodzina” zdziwiło. I nawet mój informator wymówił je jakoś jakby mniej pewnie).
— ...budujemy ich trzy typy:
1) Bloki — sto dwadzieścia mieszkań, przeważnie: kuchnia, dwa pokoje, balkon, łazienka. Także większe mieszkania. Wszystko kooperatywy.
2) Już nie w mieście, lecz na peryferiach. Każdy dom dla siebie, małe osobne domy, z ogródkami, czterysta metrów kwadratowych.
3) O trzy kilometry od miasta. Każdy dom z większym, tysiąc-dwa tysiące metrów kwadratowych, ogrodem. Też domy małe, odrębne, dla rodziny.
4) Kolektywne domy: każda rodzina jeden pokój, dzieci mieszkają razem, osobno od rodziców, wspólna kuchnia, wspólne ubrania...
Mój informator urywa. Zadaję pytanie:
— Jakiego typu domów najwięcej się buduje?
Odpowiedź była krótka: najmniej typu czwartego. Obecnie istnieje tylko jeden taki, w Ramath Rachel, na osiemdziesiąt rodzin. W Hajfie ma stanąć na sto pięćdziesiąt. Najwięcej buduje się typu drugiego i trzeciego. Ni mniej, ni więcej tylko cała dzielnica w Tel Awiwie, osiedle w Jerozolimie, całe osiedle w Hajfie. W takim np. Schechuwath Borochow już mieszka w tych niewielkich domach dwieście rodzin, niebawem przybędzie sto czterdzieści. W Hajfie mieszka już ich sto osiemdziesiąt, w budowie na dalszych dwieście...
Ach, więc tak?
I naraz, w jednej chwili, wszystko się zmienia. Z tym jednym „Ach, więc tak?”. Jeżeli przedtem panowie z Histadruth Haowdim zasypywali mnie jak gradem kul tym całym słownictwem i frazeologią rewolucyjną — to teraz zwija się ta cała ofensywa, teraz po prostu ja przechodzę do ataku.
Choć kryje się on w pytaniach, refleksjach, ciekawości.
— Zatem, jak mi panowie mówią, z czterech typów budownictwa robotniczego Histadruthu typem najmniej stosowanym jest typ czwarty??
(Nie. Wcale się nie mylę. Mój czerwony rozmówca odczuł także to pytanie jako atak. Gdzieś się załamała cała jego swada, cała bezpośredniość, cała lotność jego odpowiedzi).
— Tak — odpowiada — istotnie.
— A za to — podkreślam owo „za to” — typem najbardziej przez was — podkreślam owo „przez was” — budowanym jest typ drugi i trzeci??
— Tak. Tak jest.
W owych twierdzeniach ścisza się cała bezsiła człowieka, co chwilę temu szedł na mnie z pełnymi rękoma argumentów, a teraz wypadły mu z nich wszystkie. Jest zbyt silny, by nadrabiać i negować.
A teraz „cichym sztychem”:
— Jeżeli dobrze zrozumiałem te cenne informacje, jakie panowie zechcieli mi dać, to owym zarzuconym „typem czwartym” są domy-wspólnoty, nieznające pojęcia odrębnych mieszkań dla rodziny, stanowiące kolektyw, gdzie wspólnymi są dzieci i ubrania, kuchnia, jadalnia, gdzie każdy (każda) ma tylko osobny pokój względnie miejsce. Zaś typy drugi i trzeci — to domy jednostkowe, dla rodziny, zupełnie odrębne, nawet z własnym ogrodem i stanowiące najzupełniej własność prywatną. Coś jakby wille dla robotników.
Trzeba się wczuć w tę atmosferę marksowską, która tu wisi, by zrozumieć, ile zabawnej a istotnej prowokacji brzmi w zestawieniu tych niewinnych słów: „wille dla robotników”.
Ale i teraz mój rozmówca nie przeczy. Nie może przeczyć.
I ostateczny atak:
— Histadruth Haowdim, Organizacja Robotnicza Palestyny, buduje nowy socjalistyczny ustrój. Prawda? Stawianie domów-kolektywów jest oczywiście tańsze niż budowanie całych osiedli małych domków. Dom-kolektyw — o ile mnie moja znajomość socjalizmu nie zawodzi — jest tworem bardziej postępowym, bardziej dostosowanym do przyszłego, kolektywnego ustroju — niż prywatne, indywidualne domy, ów znany cel marzeń naszych małych urzędników, nauczycieli itp. — świata. Panowie zaś, potężna organizacja socjalistyczna, zamiast przeprowadzać masy robotnicze do ustroju socjalistycznego, przeprowadzacie je do tego życiowego, praktycznego ideału, którym jest świat drobnego kapitalizmu. Panowie z tych mas, którymi przy waszych środkach możecie dowolnie kierować, tworzycie po prostu ów tak potępiany przez marksizm świat drobnej burżuazji.
Ciężko, ogromnie ciężko wali to rozumowanie w mych informatorów z Histadruthu. Trzeba być socjalistą, by pojąć jak ciężko. Istotnie. — Organizacja socjalistyczna, jedna z najsilniejszych na świecie, pracująca nad upodobnieniem życiowych ideałów proletariatu do życiowych ideałów drobnej burżuazji! Po cóż wobec tego ta komedia, że drużyna piłkarska Hapoel nie rozegra meczu z drużyną piłkarską Makkabi, bo Makkabi jest związkiem sportowym burżuazyjnym, gdy Hapoel proletariackim, a zatem utrzymywanie stosunków z Makkabi byłoby zdradą własnej klasy, zacieraniem koniecznych do przestrzegania, odwiecznych, dogmatycznych różnic między burżuazją a proletariatem? Po cóż, jeżeli na odcinku tysiąc razy ważniejszym od boiska sportowego uprzystępnia się proletariatowi życie tak jak burżuazji, uwłasnościawia się go, zamiast by on ubezwłasnościawiał innych, zbliża go do małego urzędnika, lekarza powiatowego, subiekta, sklepikarza. I pomyśleć, że to wszystko robi i temu wszystkiemu patronuje nie kto inny jak socjalistyczna, robotnicza organizacja!
— Więc, proszę panów...?
Jest to już ostatnie pytanie, jakie zadam. Jest to jakby ostatni strzał w tej dyskusji, która toczyła się samymi pytaniami, która nigdy nie wkraczała w ataki wprost. Nie spodziałem się też, że usłyszę jeszcze prawdziwy, realny argument. Tego argumentu nie ma. Ale spodziewam się, że usłyszę typowy, tak częsty wykręt. Że bynajmniej zbudowanie jednego wielkiego domu zamiast kilkudziesięciu małych nie jest tańsze... Że robotnik posiadający własny dom nie odchodzi bynajmniej od marksistowskich ideałów... Że przez to jeszcze nie cuchnie burżuazyzmem... — Spodziewam się, liczę na te wykręty, na to kluczenie, na to wymigiwanie się przed oczywistością przełamywania doktryny, w którą się wierzy.
Już przede mną nie ma człowieka, który mówi szybko, by zdążyć w krótkiej odpowiedzi wyrzucić z siebie cały arsenał swych argumentów. Już przede mną nie siedzi i nie peroruje ktoś, komu wprost uciechę sprawia miażdżenie niesocjalistycznego audytorium całą krasotą i krasnotą37 sowieckiej terminologii. Ale w tej bezradności człowieka, wychodzącego bezbronnie z okopów, jest coś, co nagle sprawia, że ginie gdzieś mój, już gotowy, ironiczny uśmiech.
Człowiek ten mówi:
— Proszę pana. Robotnicy nasi chcą mieszkać właśnie tak. My uważamy, że są w błędzie. My uważamy, że te ideały są sprzeczne z socjalizmem. Ale zadaniem naszym bardziej jeszcze niż budowanie socjalistycznego ustroju jest realizacja szczęścia proletariatu. Szczęście jest takim, jakim je kto pojmuje. Więc budujemy im te, jak pan powiedział, wille dla robotników.
W ustach, które mówiły „kolektyw”, jak więzień mówi „wolność”, słowo „willa” brzmi zgaszenie38. Dla ideowego socjalisty przyznać nie tylko, że robotnicy sami marzą o takim burżuazyjnym szczęściu, ale jeszcze że organizacja socjalistyczna właśnie im to ułatwia, brzmi jak kapitulacja. I jest kapitulacją w stu procentach. Czuję, że tak to rozumie ten człowiek. I że myśli: psiakrew, pokonali nas.
Ja zaś wcale tak nie myślę. Wcale, wcale, wcale. Po raz pierwszy w ciągu mych rozmów w Histadrucie jestem naprawdę pokonany. Pokonany jako człowiek, który może socjalizm traktować dziennikarsko lojalnie, ale który jako człowiek, acz zgoła, o zgoła, nie „kapitalista”, ma odrazę do czerezwyczajkowego39 skoszarowania społeczeństwa, jak ktoś, który więcej Rosji sowieckiej widział, niż inni o niej czytali. Jestem pokonany, choć, że tak właśnie jest, ani na moment nie spodziewa się mój rozmówca.
Wstajemy. Trzeba iść i rzec to:
— Jeszcze raz bardzo panu dziękuję. To, co słyszałem, i to, co widziałem, jest dla mnie imponujące. W stosunku do socjalizmu mam sympatie, ale i zastrzeżenia. Tym więcej niech dla panów znaczy, jeżeli może znaczyć, to wyznanie.
Socjalista jakby się wahał.
— A wie pan dlaczego? To nie tylko dlatego, że bez takiego ustawodawstwa socjalnego jak w innych państwach, bez pomocy rządu lewicowego jak gdzie indziej, zrobiliście tyle. To dlatego, że jako niesocjalista stwierdzam, że realizujecie naprawdę szczęście czterdziestopięciotysięcznej masy robotniczej. Naprawdę i wbrew wszystkiemu. Gdy trzeba, to nawet — wbrew własnej doktrynie.
Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec
Okurzony autobus palestyński wyrzucił nas w źle skleconym skupieniu kilkudziesięciu domów i baraków, na stepowej, gdyby nie w dwa pasy gór ujętej, równinie. „Miasto” przypominać musi przeprzęgowe postoje z epoki dyliżansu. Niemniej jest już miastem, będzie trzecim nowym miastem Palestyny: w Afuli40 krzyżują się bowiem drogi z Tel Awiwu do Hajfy i z Hajfy do doliny Jordanu, do centrali elektrycznej Rutenberga. Wreszcie Afula jest punktem środkowym Emek Izrael. Dolina Izraela, szeroka, od Hajfy ku Jordanowi spadająca dolina kilkudziesięciu wielkich osiedli rolniczych, nie posiada miasta. Afula wyrośnie na tym wyrosłym przed nią zapleczu, podobnie jak Tel Awiw wyrósł na koloniach pardesowych swej okolicy.
Są to dopiero rzeczy, które będą, a nim one będą, idziemy oto szosą przez pola, gdzie nie widać jak pod Jafą gai pomarańczowych, a tylko rosną zielone i niskie, niższe niż u nas, zboża. Mój towarzysz cieszy się nimi, tak jakbyśmy cieszyli się w Polsce winnicami, jak tu ludzie cieszą się każdym wybudowanym domem, drzewem zasadzonym na moczarze, kilometrem szosy oddanym do użytku. Jeżeli tam pod Jafą było bogactwo Palestyny, to tu jest jej spichlerz. Mój towarzysz jest młodym Żydem z Polski, byłym nauczycielem szkoły powszechnej w niejakim Różanie, nazywa się Lejb Buchner. Należy od lat do radykalnie lewicowej partii Haszomer Hazair41, od kilku miesięcy pracuje w kibucu pod Hederą. Emeku jeszcze nie znał. Wybraliśmy się więc razem, by przejść piechotą w kilkudniowej wycieczce tych kilkadziesiąt kilometrów kraju kolektywów, aż po Jordan, aż po najstarsze rolne kolektywy żydowskie nad Tyberiadą. I patrzeć.
*
Gdyśmy weszli na wielki podwórzec kibucu Merhawia, mogła być czwarta po południu i niemal wszyscy byli w polu. Czworobok podwórza zamknięty był z trzech stron budynkami. Przed nami trzy domy mieszkalne o ładnych zielonych okiennicach na tle żółtych ścian. Po lewej naszej ręce duże, stare, nieco zaniedbane nawet, budynki gospodarcze. Za naszymi plecami trzeci rząd budynków stanowiły kuchnia, spiżarnia, wielka wspólna jadalnia, umywalnie. Stąd wszystko przypominało zamożniejszy dworski folwark w Polsce. Tylko w środku podwórza wielka wieża, na czterech betonowych słupach, ze zbiornikiem wody u szczytu, robiła wrażenie trochę miejskie, trochę egzotyczne.
Ale tymczasem nadszedł młody robotnik i Buchner zapytał go o Meira Jariego. Jari, wiedziałem już, to chluba Merhawii. Merhawia należy do kilku kibuców, które są we władaniu, powiedzmy: pod wpływem, owej lewicowej partii Haszomer Hazair. Jari jest jednym z jej duchowych przywódców i tu pracuje. Nie ma go jednak jeszcze; jest w tym tygodniu fornalem i wróci z pola może za godzinę. Robotnik oprowadza nas sam, jest już wolny. Pokazuje dużą, betonowaną i z nowoczesnym ustawieniem żłobów oborę. Krowy są rasy miejscowej, damasceńskiej, skrzyżowanej z holenderską. Czterdzieści pięć krów Merhawii daje dziennie około pięciuset litrów mleka. Już na miejscu przerabia się je na sery i masło, podobnie jak mleko paruset owiec. Mleczarnia i serowarnia nie robią wrażenia specjalnie nowoczesnych, za to są bardzo czyste, wygląda to raczej solidnie i nie na pokaz. Za nimi oglądamy kilka wielkich kurników z inkubatorami. Te są urządzone — o ile się mogę zorientować — rzeczywiście wzorowo. Obok kilka nowych w budowie. Gospodarstwo mleczne i drób, objaśniają mnie razem Buchner i nasz robotnik, stanowią najbardziej dochodową gałąź gospodarczą. Kur będzie niebawem do tysiąca trzystu. W związku z rozwojem miast gospodarstwo mleczne i drób może zawsze liczyć na zbyt.
Byliśmy już koło domów mieszkalnych, obszedłszy obejście, gdy spotkaliśmy Meira42. Mył się właśnie i przebierał, jak przebierają się tu wszyscy kibucnicy, wróciwszy wieczorem z pola. Był to tęgi, turowato zbudowany mężczyzna, wyglądający dużo starzej od spotykanych już w czasie naszego obchodzenia Merhawii innych, chyba nie więcej jak po dwadzieścia lat mających robotników. Przypominał typ robotniczego działacza z Zagłębia, oczywiście działacza wyszłego z fabryki, nie inteligenckiego pętaka. Byłem ciekaw tego człowieka, ciekaw, co powie ten służący za fornala działacz, ten członek „parlamentu” palestyńskich Żydów, o którym słyszałem wiele, a który siedzi ot w takiej Merhawii i powozi. Ale Meir, gdy otworzył usta, to było po to, żeby mnie poinformować, że na 2625 dunamów Merhawia posiada przeszło 2200 pod rolą, 80 dunamów młodego pardesu, coś koło tego, nie mniej, młodej winnicy, sadu, ogrodu warzywnego.
Podeszliśmy byli do owego zbiornika wody, stojącego w środku dziedzińca. Meir mówił, jak ta woda musi być przeprowadzana z miejsc odległych stąd, jak zbiornik zastępuje studnię, jak jednak brak wody do nawadniania pól daje się kibucowi odczuwać. Potem opowiadał, jak temu blisko osiem lat przybył z zawiązkiem obecnego kibucu z Rzeszowa. Jak pracowali na szosie i w mieście, i na roli u kolonistów prywatnych, jak potem rozchwiała się założona przez kooperatystów Merhawia i im oddano wówczas kolonię wyposażoną już w budynki i część inwentarza. Ale resztę dokupili sobie sami. Meir pokazuje mi traktory, dar Keren Hayessodu, i wielki „kombajn”, amerykańską żniwiarkę; kosztowała tysiąc osiemset dolarów, a po dwóch latach wróciła już prawie dwie trzecie tej sumy. Jest to znakomita maszyna, tak dobrej nie ma wiele innych, młodszych, mniej zamożnych kibuców. Merhawia oszczędzała na budowie domów, budynków, dzięki temu mogła sobie na to pozwolić. Inwestycje Keren Hayessodu wynosiły 7362 funty szterlingi. Oznacza to, że na jeden hektar gruntu przypada około ośmiuset złotych inwestycji inwentarzowych.
Na tych dwustu sześćdziesięciu hektarach żyje pięćdziesięcioro sześcioro dorosłych i kilkanaścioro dzieci. Właśnie jesteśmy w ich domu. Jasne pokoiki dziecinne, białe łóżeczka, małe mebelki. Nad każdym pochylona matka; praca już się skończyła, a gdy praca się kończy, wszyscy rodzice przychodzą odwiedzić dzieci. Niesłychanie mnie uderza jedno: typ tych dzieci. Wszystko niemal są to płowe jak len czuprynki i modre słowiańskie oczy. Można by je łatwo wziąć za dzieci niemieckie, z północy, z Meklemburga czy Prus. Niezmiernie dziwna przemiana. Jednocześnie, przyglądając się nachylonym nad pociechami rodzicom, spostrzegam, że i ci są naprawdę jacyś inni fizycznie od typów żydowskich z diaspory. Działa tu może opalenie, praca fizyczna, zmiana klimatu. Co by jednak nie działało, ci ludzie zmienili się ogromnie od owego czasu, gdy opuścili Tarnowy, Rzeszowy i Jasła.
Średniej wielkości pokoiki są zalane ostatnimi blaskami zachodu. Są bardzo czyste. Są przytulne. Kwiaty na oknach, obok łóżek tapczany z masą haftowanych „salonowych” poduszek. Fotografie. Najczęściej fotografie dzieci. Taki pokój to mieszkanie. Każda rodzina („rodzina” oznacza tu małżeństwo) posiada taki pokój. „Wolni” (jest ich niewielu) mieszkają po dwóch, trzech w jednym pokoju.
Na samym rogu ostatniego domu, na przyzbie siedzi stary Żyd. Mówi po polsku lepiej niż po hebrajsku. Buchner mnie objaśnia: w wielu kibucach już zagospodarowanych posprowadzano sobie swych starych rodziców z Polski. Siedzą oni tak w kibucach i żyją na łaskawym chlebie. Ten to jeden z takich. Wchodzimy do jego mieszkania, stara Żydówka pyta nas o Tłumacz i Trembowlę. Jak wszyscy niemal w Merhawii, i ona jest z Małopolski. W pokoju tych dwojga starych, których dzieci wróciły do Ziemi Obiecanej, stoi blaszany, siedmioramienny, liturgiczny świecznik...
Było już ciemno, gdyśmy przeszli do jadalni i rozsiedli się na ławach, idących wzdłuż ścian i za stołami. Podano jakąś słodką potrawę z ryby, gorącą sytną zupę, pieczeń z dużą ilością jarzyn i oliwek. Przy nas rozsiedli się kibucnicy. To, co uderzało przede wszystkim i jeszcze raz, to to, że wszyscy wyglądali młodo. Bardzo niewielu tylko można by było dać więcej niż lat trzydzieści. Poza jednym chyba Jarim. Jednocześnie nie można było jednak powiedzieć, by nawet najmłodsi wyglądali na to, co się u nas może niesalonowo, ale trafie określa mianem smarkacza. Wszyscy świeżo (był to wieczór przedsobotni) zafasowali byli czyste ubrania ze wspólnej szatni.
Pijemy jeszcze herbatę, gdy rozpoczyna się meeting. Korzystając z tego, że jutro święto, urządzono wieczór dyskusyjny, poświęcony, jak mnie informują, rewizjonizmowi. Rewizjonizm, żydowski faszyzm, objaśnia mnie pokrótce nieoceniony Buchner, zrobił ostatnio duże postępy w diasporze, zanosi się nawet na nie mniej znaczne w Palestynie... Rozumiem, że ta sprawa musi obchodzić kibuc, który pozostaje pod wpływem socjalistycznego Haszomer Hazair. Prelegentem jest Praji. Jest to również jeden ze starszych, ale zupełnie różny od Meira Jariego. Ma głowę typowego doktrynera, człowieka, który czuje się najmocniej w dyskusji, w teoretycznym zmaganiu poglądów. Widać, że dyskutowanie jest jego pasją. Praji mówi, ja zaś mam już pomoc sąsiadów z prawa i lewa, którzy mi w skrótach tłumaczą referat. Mały Buchner oparł głowę i uważa pilnie; też mi to zreferuje.
Ale na razie słyszę słowa jak „faszyzm”, jak „Mussolini”, jak „Hitler”, jak wreszcie „Polania”. Dzięki uczynności sąsiadów mogę śledzić sens hebrajskiej mowy. Jest on mniej więcej ten: kryzys wywołał na świecie wzrost tendencji reakcyjnych, faszystowskich. Każdy faszyzm — dowodzi Praji — jest związany z antysemityzmem. W tym miejscu ma mówca niezły orzech do zgryzienia: a Włochy chociażby? Tłumaczy zatem, że Włochy stanowią wyjątek, że dobre współżycie Mussoliniego z Żydami ułożyło się dzięki temu, że tam sytuacja przed przyjściem faszyzmu była mniej napięta niż gdzie indziej, nie tak skomplikowana jak w Niemczech... Ciężko idzie Prajemu i z Polską. Tu znowu stwierdza, że antysemicka jest opozycja, nie faszyzm. Za to na terenie niemieckiego faszyzmu teoria syjonisty-socjalisty króluje w pełni. I dopiero po tym wszystkim przystępuje do rewizjonizmu, by stwierdzić, że to „żydowski faszyzm”; przedwywód, który to poprzedził, czyż ma na celu wszczepienie pojęcia, że skoro każdy faszyzm jest antysemicki, to i żydowski faszyzm?... Ale o rewizjonizmie mówi krótko.
Dyskusję rozpoczyna młody chłopak, który dużo notował, a obecnie zaczepia poszczególne punkty dyskusji. Zasadniczo nie różni się od Prajego, jest może bardziej pełen optymizmu. Uważa, że wszelkie faszyzmy mają już bardzo niedługi żywot przed sobą, jest zdania, że jeżeli polski faszyzm nie „poszedł na antysemityzm”, to dlatego, że przede wszystkim Polska jako kraj mało uprzemysłowiony przeżywa kryzys mniej silnie, a dalej, że polski faszyzm robili ludzie, którzy go robili nieco „wbrew sobie”. Inny mówca powtarza właściwie te poglądy. Inny jeszcze zwraca uwagę na bardzo jakoby bliskie niebezpieczeństwo rewizjonizmu.
Ale mnie dużo bardziej niż treść tej, tak wewnętrznożydowskiej, dyskusji interesuje odnoszenie się do niej ludzi kibucu.
Odnoszenie się to było cały czas dość mierne, mimo że — jak podkreślili wszyscy mówcy — niebezpieczeństwo faszyzmu (rewizjonizmu) stoi u bram kraju. W dyskusji zabierano z rzadka głos. Słuchano mało. Dziewczęta i chłopcy powymykali się jedno za drugim na dwór, gdzie tymczasem ciemniała noc. Wielu drzemało.
W chwili, gdy na zakończenie dyskusji zaczął mówić Jari, nastąpiło pewne obudzenie. Najwyraźniej jego osoba wywołała ten odruch. Jari mówił bardzo powoli, zastanawiając się; to, co mówił, streszczono mi najsłabiej. Zdaje się, że zapowiedź zawalenia się faszyzmów przyjmował dość sceptycznie. Wskazywał na to, że robotnicy niemieccy głosują za Hitlerem. Wskazywał na to, że faszyzm ma swoje reformy socjalne, które na swój sposób będzie realizował. Wskazywał na jego siłę. Cytował — nie mogłem dojść z jakiej okazji — Turgieniewa i Tołstoja.
Zdaje się, że nie można mówić o obojętności kibucników Merhawii wobec tych wielkich zagadnień. Natomiast byli to ludzie fizycznie zmęczeni pracą i byli to ludzie, którzy zgadzali się z zasadniczą linią wywodów Prąjego i innych... Przyjmowali jego słowa, jak lud przyjmuje do wiary podawane słowa prawdy z ambony. Praji do pewnego stopnia „pokrywał zapotrzebowanie światopoglądowe” kibucu. Dawał długi, solidny, udokumentowany wykład socjalistyczny, z którego jednak słuchacze przyjmowali tylko najniezbędniejsze, ich zdaniem, ABC.
*
Właściwie z ulgą wszyscy poszli spać. Mnie umieszczono koło domu dzieci, w pokoju z dwoma innymi. Przeszliśmy wielkie podwórze kibucu. Górowało ono nad szeroką doliną pól Emeku. Ciągnęła nimi mgła, dawna malaryczna mgła, i wilgotne ciepło południowej nocy. Daleko przed nami ku wschodowi zniżał się szerokim pasem swych ziem Emek, kraj kolektywów.
I znowu wtedy, jak w Petach Tikwa, opowiedziano mi cichą palestyńską nocą jedną historię tego zdobycia.
Było to po prostu tak:
Największa dolina Palestyny, kwitnąca niegdyś, stała się w czasach rządów tureckich wielkim bagnem. Bagno sięgało aż po Nahalal, niemal po zatokę hajfską. Z wzgórz galilejskich koloniści chaluce patrzyli przez lata w wielką dolinę, o której przecież mówiły Święte Księgi, że była dla ich przodków mlekiem i miodem płynąca.
Moczary przygrzewało silne, podzwrotnikowe słońce; unosiła się z nich mgła wyziewów. W moczarach topiono się jak w bagnach pińskich; nawet ziemie sąsiadujące z nimi objęte były zasięgiem malarii. I była pustka.
Ale Żydzi chcieli kolonizować największą dolinę swej skalistej ojczyzny. Po kilkakroć uznano to za niemożliwość. Wreszcie, już po wojnie, Keren Kayemet wysłał trzy komisje fachowców dla ostatecznego zbadania, czy przecież nie dałoby się tam osiedlić zrzeszonych w kolektywy robotników? Wszystkie komisje zameldowały szefowi Keren Kayemetu, Usyszkinowi43, że jest to niepodobieństwem: Emek Izrael jest nie do osuszenia.
Usyszkin wahał się długo. Choć nigdy jeszcze żadni rzeczoznawcy nie byli tak jednomyślni. Usyszkin, który życie strawił na organizowaniu Nowej Palestyny, wahał się. Wreszcie wezwał samych robotników: „Trzy komisje powiedziały, że Emek jest nie do zamieszkania — rzekł. — Ale nie komisje mają go kolonizować i osuszać, a wy. Wybierzcie sami komisję i zobaczcie”.
— Sam znałem — mówi mój towarzysz — jednego z tej komisji robotniczej. Oto, co opowiedział:
„Poszliśmy poza Merhawię i chodziliśmy cały dzień. Błota, błota, błota. Nie było nawet ptactwa wodnego, ani nic, taka martwota! Gdzieś pod wierzchołkami gór lepianki arabskie. A myśmy chodzili i chodzili, a żaden słowa nie powiedział. To, cośmy widzieli, to malaryczne «grzęzawisko śmierci», jak je zwano, było takie, że nie można było rzec innych słów prócz słów rozpaczy. Więceśmy milczeli.
I takeśmy obeszli wokoło — przejść go nie było można niemal — ten Emek. Stara Merhawia była to ostatnia placówka. Od niej zaczynał się grząz. Wróciliśmy do miasta, przyszli do Usyszkina. — No cóż? — zapytał Usyszkin.
A myśmy nie wiedzieli, co powiedzieć. I dalej myśmy nic nie mówili. — Więc cóż powiecie towarzyszom? — pytał Usyszkin. Aż jeden był taki, co rzekł: — Panie prezesie. Co powiemy? A ot, co powiemy: jak matka ma jedno dziecko zdrowe, a jedno kulawe i w gorączce, to, panie prezesie, do którego ona pójdzie najpierw?”.
A potem mój towarzysz mi mówił, jak na tę dolinę zwaliła się cała armia chaluców.
„To nie byli nieliczni, odosobnieni koloniści prywatni dawnej epoki. Nad bagnami lądowały jedne po drugich, jedne po drugich, całe desanty młodych robotników. 167 227 dunamów Emeku porżnięto rowami. W duszny wyziewami błot skwar palestyńskiego lata, w zimne dnie wiosny stali po pas w wodzie, nadzy, chaluce. Kopano rowy na półtora metra. Pracowano ze zgiętym godzinami w łuk grzbietem, wyrzucając ziemię za rów, wbijając łopatę głębiej i dalej. Brzęczały gromadą moskity. Z każdym dniem niewidzialna ręka malarii wyszczerbiała szereg pracowników... Ale lukę zasklepiały nowe, młode siły i przybywający z diaspory chaluc brał za wypadłą z rąk rozdygotanych śmiertelną gorączką motykę. Luka zasklepiała się zaraz — a bagno nie odzyskiwało ani piędzi wydartych mu raz ziem.
W 1922–23 tereny Nahalalu wolne są od malarii. W 1922 koło Beth Alfa zapada na nią trzydzieści trzy procent pracujących, już w 1923 tylko pięć procent. W tym samym czasie w Nahalal z dziewięćdziesięciu spada na jeden procent. Jeszcze całe lata idzie praca. Chaluce mieszkają w barakach; ręce spękały od wysiłku, skórę nóg toczy jakby trąd. Doprawdy, wszystko tu inaczej niż na całym świecie: nim powstaną osady, powstały cmentarze. Ale w Emek Izrael walą po kolei nowi, nowi i nowi. I dziś pan przejdzie kraj kwitnących wsi, cieszących się tym, co zrobili ludzie. Bardzo piękny jest Emek. Choć ginęli tu młodzi chłopcy i dziewczęta, jak się ginie na wojnie, na froncie”.
Pieszo przez Emek Izrael
Nazajutrz wczas44 opuściliśmy Merhawię oprowadzeni jeszcze przez niezmiernie uczynnego Prajego po leżącym niedaleko centralnym szpitalu Emeku, czystym i nowym, jak wszystkie tu tego rodzaje budowle. Mimo bardzo specjalnego ubrania na tę kilkudniową wycieczkę, upał już wkrótce zaczął nam silnie dopiekać. Droga zeszła z podgórza, na którym już leży Merhawia, do samej doliny, szła linią, gdzie niegdyś, to znaczy dziewięć czy jedenaście lat temu, biegła oś najgłębszych bagien, a dziś spływają dreny z leżących po obu stronach pól. W kilku miejscach młode gaje eukaliptusów, z wąskimi, przypominającymi brzozowe, liśćmi; to w miejscach, dokąd zepchnięto resztki błot, zasadzono te drzewa znakomicie wyciągające wilgoć. Wokoło spokojne, zwyczajne sobie pola, o marnym dosyć zbożu, obsiane przeważnie pszenicą i jęczmieniem, rzadziej obsadzone kartoflami. Łąki. Gorąco. Mijamy trójjęzyczny anglo-arabsko-żydowski napis wskazujący, że w miejscu, na którym stoimy, znajdujemy się już na poziomie morza, a o parę kroków w głąb Emeku i w głąb kraju dalej ku Jordanowi i kotlinie Morza Martwego zstąpimy niżej tego poziomu. W Geszer będziemy na samym dnie: około dwustu metrów niżej poziomu morza. Geszer jest nie kibucem, lecz kwucą. Buchner precyzuje mi różnice między tymi dwoma pojęciami:
I kibuc, i kwuca są kolektywami. Różnica ich polega jednak na tym, że kwuca jest małym, zamkniętym kolektywem. Ukonstytuowała się ostatecznie w małej kompanii i nie przyjmuje już więcej nikogo do swego grona. Natomiast kibuc jest kolektywem licznym, prawie jak nasze wsie, po kilkaset czasem osób. Oczywiście bywają i mniejsze: taka Merhawia na przykład. Obok tego kibuc jest formacją niezamkniętą: nadal przyjmuje nowych ludzi do swego grona.
Kibuc czy kwuca mają zasadniczo ten sam ustrój, modyfikowany jedynie miejscowymi zwyczajami i potrzebami. Przede wszystkim władzą kibucu jest zgromadzenie ludowe wszystkich jego członków. Odbywają się one stosunkowo często, w każdym razie, gdy tylko istnieje potrzeba jakiejś ważniejszej decyzji. Raz do roku wybiera się „funkcjonariuszy”. (Zauważyłem, że już wczoraj w Merhawii podkreślano mi bardzo skwapliwie, że nie ma w kibucu żadnych „urzędników”, żadnej „władzy”, są tylko „funkcjonariusze”). Stanowią oni zazwyczaj ciało kolegialne, mają i własne funkcje. Główną figurą jest ekonom zarządzający całokształtem spraw gospodarczych, sekretarz, którego zadaniem jest utrzymanie kontaktu ze światem, załatwianie spraw „polityki zagranicznej” kibucu, dalej skarbnik (ta funkcja, zwykle czysto buchalteryjna, łączona jest nieraz z funkcją ekonoma). Do tego dochodzi dwóch ludzi, których zadaniem jest rozkładanie godzin pracy na poszczególne gałęzie gospodarcze i przydzielanie kibucników do tych robót. Osobno od tego wszystkiego stoi tzw. sołtys, który reprezentuje na terenie kibucu władzę gminną, czynnik administracyjny, już podporządkowany władzom krajowym.
Wczorajsze rozmowy z kibucnikami i obecna z Buchnerem zlewają się, gdy tak idziemy polną piaszczystą drogą, w jedną całość.
Co się tyczy kibuców jako jednostek, to ich powiązanie jest różne. Są teorie, by kibuc był zupełnie samowolny, z innymi kibucami niezwiązany, a przynajmniej żadnym węzłem podporządkowania. Są inne, wedle których kibuc jest tylko jedną komórką ogólnego, krajowego, kolektywu... Na ogół wszystkie nowsze kibuce są ściślej ze sobą związane. I wszystkie w ten czy inny sposób związane z pewną partią polityczną. Kibuców Haszomer Hazair jest pięć-siedem — mówi Buchner. Związane są w kibuc-arcy, kibuc krajowy, z radą oraz z władzą wykonawczą z siedmiu członków. Są to tzw. kibuce szomrowe, od nazwy wchodzącej w skład miana partii Haszomer Hazair („ha” stanowi hebrajski rodzajnik), a oznaczającej strażników, oczywiście strażników odzyskanego kraju.
Olbrzymia większość kibuców znajduje się jednak pod wpływami Robotniczej Partii Palestyny (socjaliści należący do Drugiej Międzynarodówki45) władającej Histadruthem Haowdim. Są to tzw. kibuce chalucowe. Powiązane są ze sobą w sposób daleko ciaśniejszy niż kibuce szomrowe. Łączą się w jednym kibuc hamuschad (kibuc zjednoczony). Jeśli u szomrów członek zostaje najpierw członkiem danego kibucu, a w następstwie tego dopiero członkiem kibuc-arcy, to tu rzecz ma się zupełnie odwrotnie: najpierw jest się członkiem kibuc hamuschad, a potem dopiero otrzymuje się przydział do jakiegoś kibucu. Przydział w miarę zapotrzebowania sił w danej okolicy. Co do kwuc, to i one poszły na wytworzenie pewnych wspólnych organizacji. Taką jest zrzeszenie kwuc hewra hakwuzoth. Wszystkie te ponadkolektywne organizacje mają przede wszystkim znaczenie jako wzajemna pomoc należących do nich osiedli.
W polu nie ma prawie wcale ludzi wobec upału i wobec szabatu. Koło południa, minąwszy kilka mniej ciekawych osad kibucowych, doszliśmy do Kfar Jechezkiel, ślicznej, rozległej osady, której niewielkie domy o czerwonych dachach toną już, jak pod Tel Awiwem, w zieleni pomarańczowego sadu. Kfar Jechezkiel jest moszawem, innym jeszcze typem osiedla rolnego. Moszaw — moschaw of dim, osiedla pracujących — jest formą pośrednią między gospodarką prywatną a kolektywną. Osiedli tu osadnicy, którym brak kapitału lub przekonania socjalne nie pozwalały na stworzenie kolonii prywatnych tego rodzaju, jakimi są np. kolonie Petach Tikwy. Moszawy opierają się na następujących zasadach:
— każdy osadnik jest wyłącznym właścicielem swej działki gruntowej, oddanej mu przez Keren Kayemet. Nie może jej jednak sprzedać po cenie innej, niż ją sam nabył od Keren Kayemetu, ani osobie, na którą tenże się nie zgodzi. Nie wolno mu również używać pracy najemnej;
— wspólna jest gospodarka zbożowa (zaoranie, zasianie, plony) i co do niej decydują władze moszawu, wybrane przez zgromadzenie jego członków. Natomiast pardes, winnica, obora, hodowla bydła i drobiu są indywidualne, tak samo jak zyski, jakie przynosi kolektywna uprawa zbóż.
To pojęcie moszawu powtarzam sobie właśnie, gdy wchodzimy na chybił trafił do jednej z chat osiedla. „Chata” ma kilka czyściutkich pokoi, przyjmują nas dzieci, oczywiście znające już tylko język hebrajski. W salonie, w którym się znajdujemy, uderza mnie widok wielkiego jakiegoś ni to mebla, ni to pudła. Myślałem zrazu, że jakiegoś dziwnego rodzaju fortepian, okazało się, że po prostu... inkubator. Hodowla drobiu i w moszawie popłaca. Mówi nam to już młody, ogorzały po arabsku gospodarz, którego przywołały dzieci. I on jest z Polski, z Tarnowa. Wyjechał jednak jeszcze w 1913 roku, toteż z polskiego przechodzi chętniej na niemiecki, mocno zaprawiony jidyszem, ale i w tym idzie niesporo. Wreszcie towarzysz Buchner staje się tłumaczem. To jednak, co opowiada, nie jest zbyt interesujące. Mówi o kłopotach gospodarczych — och, bardzo małych — mówi i o spodziewanym urodzaju zbożowym, którego Emek oczekuje, jak tylko być może. Ma troje dzieci. Bawią się oto przy nas. Znowu uderza mnie to, co uderzyło w Merhawii, te płowe, niewytłumaczalnie słowiańskie główki i niemal nordycki typ twarzy, oczu, rysów dzieci. I znowu uderza jeszcze to, że i mój gospodarz, i jego młoda żona, która tymczasem weszła i zatrzymuje nas na obiad, również ma inny typ niż typy dziś jeszcze spotykanych ich rodaków z Tarnowa... Ale nie można powiedzieć, by był to typ nieżydowski. Przeciwnie: jest żydowski. Jest żydowski, nie jest gettowski. Może leży tu cała różnica, jaka istnieje między człowiekiem silnym i pewnym siebie a człowiekiem słabym, zestrachanym. Nieraz nawet w arogancji tych ludzi u nas znać jakby — przynajmniej mnie się tak wydaje — jakąś fałszywą nutę, coś urobionego, coś nienaturalnego. Nic podobnego u tych hebrajskich chłopów.
Bratanek mego gospodarza, młody chłopak niedawno z Polski przybyły, poczyna sekundować Buchnerowi, niestrudzonemu tłumaczowi. Dowiaduję się, że mój gospodarz pracował niegdyś w kibucu i stąd przeszedł do moszawu. Dlaczego? Tłumaczy mi to on sam. Oto w kibucu nie mógł znieść, że nic nie jest jego własnością. Zbyt silnie odczuwał fakt, że jeżeli po latach dwudziestu np. odejdzie z kibucu, to w takim razie mimo pracy całego życia, jaką weń włożył, odejdzie z pustymi rękoma. „A tak na końcu życia nic nie mieć, niczego się nie dorobić, to ciężko przecież”.
Towarzysz Buchner, szczery kolektywista, kręci się na kanapce jak diabełek pokropiony kropidłem. Oczywiście — zwraca się ku niemu gospodarz — oczywiście. Nie neguje, że gospodarka kibucowa stoi na wyższym poziomie niż w moszawach. Nie zaprzecza, że w takim Ain Charoth przeciętny kibucnik niemający własnej koszuli na grzbiecie żyje lepiej i wygodniej niż on, właściciel jedenastohektarowego46 kawałka. Jednak wygodą życia jest przede wszystkim pewna swoboda własnej woli, pewne sobiepaństwo. Znaczy to — przynajmniej dla niego — więcej niż lepsze jedzenie, lepsze mieszkanie, niż to wszystko, co mają inni w dostatniejszych kibucach.
Jego własny dawny kibuc? — Nie istnieje. Cały się rozpadł. Najpierw wyrzucono komunistów. „Bo chcieli tworzyć swoje rosyjskie porządki” — dowiaduję się. Potem podzielono się na „lewych” i „prawych”. Potem część odeszła; jest teraz w jednym dużym kibucu pod Hederą. Z tym wszystkim gospodarka rolna szwankowała. „Kibuc, widzi pan, funkcjonuje dobrze wtedy, jeżeli wszyscy jego członkowie są przeniknięci tą samą ideą. Wszyscy — i tą samą. Inaczej wszystko się rozpada samo”.
Tak było i z Kfar Jechezkiel. Od kilku lat istnieje już ten moszaw. Bez — lub niemal bez — kapitału, czterystu kilkunastu ludzi znalazło w tej kompromisowej formie osiedlnictwa dostatni dach nad głową.
Czy kompromisowej? W chwili gdy po smacznym wiejskim obiedzie przyszło nam się żegnać, zapytałem jeszcze swego eks-kibucnika, co myśli robić w przyszłości.
Okazało się, że ma już gotową odpowiedź: ciuła pieniądze, by kiedyś kupić sobie własny, niezależny pardes. Dzieci dorosną, jedno zostanie w moszawie, innym trzeba będzie dać wedle możności prywatne gospodarstwo. Czy zdoła tyle uciułać wobec drożyzny ziemi? Zdoła, ziemia nie jest droga. Koło Tel Awiwu, oczywiście. Ale daleko, na pograniczu jordańskim... A wtedy, może, będzie już Transjordania47...
Jej góry, całe w płowych i błękitnych plamach, rysowały się w nieco przymglonym powietrzu jak daleki za Emekiem ekran. Widać je tu niemal ze wszystkich osad. Eks-kibucnicy z moszawu Kfar Jechezkiel, eks-kibucnicy z dziesiątka innych moszawów patrzą na nie w chwilach południowego odpoczynku. Tak jak ten przygodny gospodarz myślą może o tym, jak to kiedyś dzięki pracy w moszawie przejdą jeszcze do własnej kolonii prywatnej, dojdą do tego stanu posiadania, do którego doszli synowie założycieli Petach Tikwy i Richon Le Zion. Moszaw jest drogą powrotu do gospodarki indywidualnej. Czy zawsze? Ależ nie. Jest spora część ludzi, których myśl nie sięgnie dalej w swych planach, niż sięgają zwykłe, gospodarskie troski moszawu. Znajdzie się kilku ideologów, ludzi głębokich, którzy przemyślą wiele — i przejdą, czy też wrócą, do kibucu jako lepszej, wyższej formy bytu i gospodarki. O takim wypadku mówiła mi w parę dni później Chajuta Bussel w Daganii.
Ale bodaj reszta i większość wybiega w swych planach ku przyszłości, która ustrojowo bliższa jest Petach Tikwie niż Merhawii.
Sabry Ain Charothu
A jednak monotonne w całym swoim porządkowym, prostolinijnym, ekonomicznym, nierozrzutnym pięknie są te wszystkie kibuce. Mówiłem to sobie, wychodząc tego samego jeszcze dnia (szliśmy jednak szybko, a osady nie są bardzo od siebie oddalone) z Gewy, gdzie brzmiała mowa rosyjska i niemiecka i gdzie w bibliotece wiejskiego kolektywu mogłem przewertować kilka najbardziej lapidarnych dla mnie, najbardziej w swych złowróżbnych dla naszej kultury porównaniach-proroctwach uderzających stron wielkiego dzieła Oswalda Spenglera48. Wzorowe gospodarstwa drobiowe, chromające mimo wysiłków tych ludzi zbożowe, ludzie młodzi i młodo wyglądający, dzieci. Przypomniało mi się, co mi powiedział Buchner, gdym go poznał i mówił z nim o kibucach:
— Szkoda, żem pana nie spotkał w zeszłym tygodniu, byłbym pana zawiózł do nas, pod Hederę. U nas wtedy było wielkie święto, wszyscy się bawili cały dzień...
— A dlaczego?
— Urodziło się dziecko.
Przypomina mi się to, bo Buchner pokazuje mi właśnie bloki Ain Charoth: z lekkiego skłonu góry zbiegają w sześciu liniach białe dachy niewielkich domów, niżej folwark, a u szczytu spinają jakby to wszystko dwa duże, o nowoczesnych liniach budowy gmachy i nieco niżej, między tymi dwoma, jeszcze większy trzeci. Jest niesłychany kontrast między tymi corbusierowskimi49 liniami paropiętrowych gmaszysk a dzikim jeszcze krajobrazem okolicy. Otóż dwa podobne sobie domy to domy dla dzieci, gdzie mieszkają one „z dala od rodziców”, jak mówiono w Histadruth Haowdim. Blok między nimi to jadalnia.
Merhawia to była skolektywizowana później osada. Ain Charoth, nim stał się kibucem, był tylko bagnem, Ain Charoth jest rasowym, pełnokrwistym kibucem. Salutuję50 w nim pierwszy rolniczy kolektyw spotkany na mej drodze życia, nowy typ osady rolniczej. Co mi powie? Co mi jego ludzie powiedzą?
Do Jonaja, sekretarza kibucu, do którego nas skierowano, idziemy uliczkami wśród parterowych, niezbyt dużych, a licznych domków, które przedzielają ogródkowe skwerki. Uśmiecham się do myśli, jaka mi właśnie przyszła do głowy. Buchner pyta, dlaczego.
— Widzi pan, ten widok przypomina mi, wie pan co? Coś tak „staromodnego”, jak to jest „nowoczesne”: uliczkę wśród domków pustelniczych zakonu kamedułów na Bielanach krakowskich. Jeden ze starych ascetycznych zakonów katolickich — i żydowski kolektyw.
Buchner się nie uśmiecha. Buchner mówi, mówi całkiem poważnie:
— Nawet pan nie wie, jak wiele jest tu podobieństwa...
Jonaj jest typowym robociarzem: ciężki, barczysty typ, poważny, mówiący raczej powoli, z dużym namysłem. Jest bodaj trzeci rok z rzędu „funkcjonariuszem” kibucu. Wielką machinę kolektywu, gdzie dużo znajdzie się ludzi z dyplomami, prowadzi tak, jak się prowadzi traktor, czołg. Wziął w rękę rosyjską, robotniczą czapkę, taką samą, jaką mnie51 w dłoni Lenin gestem wiecowego trybuna na znanych z lat rewolucji fotografiach. Demonstruje pługi i siewniki. Oprowadza po długiej, jak hala maszyn, oborze. Aż z folwarku przechodzimy ku położonej wyżej „części mieszkalnej” Ain Charoth.
Kubiczny52 gmach, zawierający kuchnię i jadalnię, posiada salę wielką, robiącą wrażenie sali jakiegoś nowoczesnego sanatorium. Czystość ścian i stołów, rząd okien wychodzących na pogodne stoki gór Gilboa, gdzie padł pierwszy król żydowski, wywoływały może to wrażenie. Był podwieczorek, zasiedliśmy więc przy herbacie. Jonaj odpowiadał na pytania stawiane mu za pośrednictwem Buchnera.
I znowu:
Od pięciu lat gospodarstwo zbożowe 8000 dunamów niemal nie przynosi dochodu. Kibuc stoi głównie hodowlą drobiu, zbytem do Tel Awiwu. Ale ma się, co sam widzę, doskonale.
Jako ciężary podatkowe płaci kibuc stały podatek roczny 250 funtów rocznie za ziemię (800 hektarów) i 50 funtów za budynki. Tych ostatnich jest czterdzieści kilka. Nadto płaci podatek z gospodarstwa zbożowego — 130 funtów rocznie.
W kibucu żyje 120 rodzin, 180 dzieci, około 30 nieżonatych i 14 „starych” — sprowadzonych z diaspory... Mają rytualną kuchnię, zbudowano dla nich nawet bóżnicę...
W tym miejscu przerywam:
— A wy tutaj nie chodzicie do bóżnicy?
Buchner odpowiada od siebie, że przecież mówił mi już, że kibucnicy są niewierzący, a Jonaj pośpiesza z resztką swego rosyjskiego:
— Jest takich paru, co chodzą... Dwóch, trzech...
— A wy — pytam Jonaja — jesteście religijni?
Jonaj uśmiecha się szeroko, pogodnym uśmiechem. A przecież to nie jest ten uśmiech, z jakim na modlącego się żyda patrzył chaluc z „Dacii”. Odpowiada po hebrajsku, że nie. Teraz nie. Niemniej kiedyś, jak się zestarzeje, kto wie...
*
Poznałem nauczycielkę z Polski, która od kilkunastu miesięcy jest tu z małą córeczką. Pokazała mi wszystkie nowoczesne urządzenia dwóch wielkich dziecinnych domów. Nie wiem, czy czułbym się dobrze w czymś takim, to jednak przypomina i szpital, i ochronkę zarazem. Ale bawiące się tam dzieci czuły się dobrze. Było ich zresztą w pokojach mało. Z balkonu widzieliśmy, jak na folwarku na kilkunastu koniach, tylko co odprzężonych od pługów, jeżdżą, podtrzymywane dłonią przez rodziców, paroletnie pociechy. Tu, jak wczoraj w Merhawii, wszystkie dzieci od chwili skończenia pracy w polu bawiły się z rodzicami.
Buchner, jako pedagog, podszedł do paru i w jednym momencie mieliśmy wokoło nas całą bandę dzieciaków. Garnęło się to z dziwną ufnością. Dziwiło, dlaczego nie zostaniemy tu na stałe? Po cośmy więc przyszli?
Jeszcze długo rozmawiałem z nimi i z wychowawcami. Podchodzili rodzice. Oni, wychowawczynie w białych kitlach i ja, polski dziennikarz, byliśmy tak razem nachyleni nad niesforną, ciekawską bandą główek, bandą, dla której wybudowano tu najlepsze domy, dla której oddano to, co kibuc miał najlepszego. Aby chować, aby hodować.
Dzieci te urodzone już były w Palestynie, nie na wygnaniu. Dla nich pogrom w Płoskirowie53 i wypadki niemieckie będą już historią, będą tym, czym dla nas są Kroże54, a dla naszych dzieci będzie Radzymin55. Potocznie dzieci urodzone w Palestynie nazywa się tu sabry — od nazwy polnego, zwykłego w tym kraju krzewu.
Sabry Ain Charotha, żywe i wesołe, odprowadziły nas ukłonami, gdy na drugi dzień poszliśmy Emekiem dalej. Pomyślałem jeszcze o nędznych, słabowitych, wrzaskliwych i cherlawych dzieciach naszego getta. Gdyby można zestawić takich dwoje — synów jednego i tego samego narodu, tak postawić po prostu obok siebie i pokazać ludziom — może by się uzmysłowiła najlepiej ta ogromna przestrzeń drogi, jaka leży między światem wygnania a światem odnalezienia ojczyzny.
Geszer
Tel Josef, secesja sprzed lat z Ain Charothu, swe dwa białe bloki nowoczesnego „dziecińca” wznosząca na wprost tamtego kibucu, Beth Alfa skulona swymi niskimi domami pod masywem gór Gilboa były już za nami w następnych dniach. Koleją dosięgliśmy samego dna rozpadliny, którą Jordan spływa do Morza Martwego. Wpadliśmy w nią parnego, dusznego wieczoru, gdy z daleka huczały turbiny palestyńskiego Dnieprostroju, centrali elektrycznej Rutenberga. Noc spędziliśmy w kwucy Geszer. Istnieje stosunkowo dawno, ale jej domy to baraki, gdzie nocą prócz moskitów dokuczają i mniej egzotyczne insekty, gdzie bieda w tych „tłustych latach” biblijnego kraju nie ograniczyła tylko jednej rzeczy: pożywienia. Ludzie tu tylko tyle, że nie głodują.