W czerwonej Hiszpanii

Poświęcam tę pracę

śp. Eugeniuszowi Małaczewskiemu,

autorowi Konia na wzgórzu,

człowiekowi, który zrozumiał

wojnę, rewolucję i Rosję

i który najlepiej z nas wszystkich

zrozumiałby dziś Hiszpanię.

Droga na Madryt

Arriba, parias de la tierra!

Pociąg przebija się przez jeszcze jeden tunel, znowu na moment słońce, góry i morze. Na francuskich winnicach zaczyna się właśnie winobranie, przecież to wrzesień. Stajemy na dużej stacji małej mieściny pogranicznej. Władze celne, bezpieczeństwa, polityczne wyciągnęły się długim szeregiem wzdłuż peronu. Z pociągu wysiadają dwie osoby. Cały luksus celników, policji, milicji, cały sztab badaczy dokumentów i paszportów — taki sam jak na każdej zresztą granicy — rzuca się na tę skromną zdobycz, jaką dziś pograniczna stacja francuska przekazała hiszpańskiemu już Portbou1.

Młodziutka Hiszpanka, która przez Paryż wracała z kursów wakacyjnych w Exeter, w Anglii, idzie pierwsza. Otwieranie walizek, oglądania paszportu i wizy, koniec. Teraz otwierają moją walizkę, badają wszystko uważnie i wprawnie, zostawiając rzeczy w największym porządku. Wzorowa celnicza robota. Biorą paszport, przeglądają wizy, wznowienia ważności, ważą jak gdyby w ręku.

Un instant, s’il vous plait2.

Paszport dokądś powędrował przez boczne drzwi, a opuszczone przezeń ciało sterczy smętnie na komorze celnej. Komora jest wielką salą, zupełnie pustą. Na ścianie wielkie, czerwono-czarne odezwy i dwa graficznie doskonałe plakaty. Na jednym z nich śmiejący się żołnierz, bez szlif, w mundurze polowym, pociąga za sznurek pajaca, w szamerowanym mundurze oficerskim, z huzarskimi wąsami, niczym jeszcze jedną oznaką władzy, z olbrzymim szabliskiem na sutych rapciach3. Pajac-oficer tańczy rześko w ręku żołnierza Papitu. Drugi plakat nie jest, jak ten, na wesoło, ale na groźno, czy raczej na potworno. Brzuchata, koszmarna bestia, z wyłupiastymi oczami żaby, przykłada małpią łapę do olbrzymiego ucha. Bestia ma brunatną skórę barwy habitu, ma krzyż zwisający na różańcu na szyi, ma wreszcie koronę królewską — małą jak u żaby z naszych reklam pasty „Erdal” — na głowie. Tak w grafice rewolucyjnej wyraziła się przestroga, że wróg ma wszędzie swe tajemnicze macki, wszędzie swych szpiegów, wszędzie podsłuchujące uszy i podpatrujące oczy.

Suivez moi, s’il vous plait4.

Oto mój paszport wrócił ze swej tajemniczej wędrówki, ale jego rozłąka z duszą i ciałem, których jest policyjnym przedłużeniem, trwa nadal. Urzędnik nie oddał mi go jeszcze, prowadzi mnie tylko na peron. Peron jest długi, idziemy, milcząc, mam ochotę pogadać. Spod dachu hali widać góry, całe w ogrodach oliwnych i w słońcu. Mówię, że cieszę się na poznanie tego nowego kraju. Urzędnik odpowiada chłodno: „Pan myśli, że go pan pozna?” i patrzy na mnie jakbym był jednym z macek, uch czy wcieleń brunatnej bestii z plakatu. Nieprzyjemnie.

Teraz jest mały biurowy pokoik, za biurkiem siedzi pan i mówi, że nikogo do Hiszpanii się nie wpuszcza, a już tym bardziej dziennikarzy. Ten, który zabrał mój paszport, stoi za mną, przy drzwiach. Ale obok biurka siedzi jeszcze jeden pan, który śmiało mógłby powędrować na plakat, a na małej kanapce ulokował się trzeci z tej trójcy, i ten trzeci wygląda tak, że można by go umieścić na sztychu z rewolucji francuskiej. Mimo całego zgrzytania granicznego biurokratyzmu, należy się tym ludziom przypatrzeć. To także Hiszpania. Więc oto ów siedzący obok biurka jest wojskowy, wysoki, czarny i śniady, ale wojskowy dziwnego autoramentu. Ma na sobie bryczesy, jakąś półwojskową kurtkę, karabin oparł spokojnie o biurko cywilnego urzędnika. (O, zawsze te same czasy narodzin nowych państw i nowych ustrojów, nim jeszcze wszystko nie ostygnie, nie zawrze się w formularze, nie oklapnie!). Na głowie ma coś, co należałoby sfotografować, bo w Polsce nie uwierzą. To coś to rodzaj furażerki wojskowej, nad jednym uchem czarnej, nad drugim czerwonej. Po każdej stronie biegną trzy wielkie litery, na czerwonym tle czarne, na czarnym czerwone: FAI. Karnawał, powiecie? O, nie. Ten człowiek z pewnością nie wygląda na arlekina.

Żołnierz rewolucji, milicjant z katalońskiej Iberyjskiej Federacji Anarchistycznej, zabiera głos w mojej sprawie. Nie rozumiem ani słowa z tego, co mówi, ale mam wrażenie, że opowiada się raczej po mojej stronie. Zwraca się nie tyle do owego urzędnika za biurkiem, co do owego pana rozpartego na kanapie. Ten jego kolega z kanapy to również postać niezwykłej, ale już odmiennej fotogeniczności. Ma na sobie ni to jakiś surdut5, ni tużurek6, taki strój trochę zeszłowieczny, jaki czasem noszą emeryci w prowincjonalnych miasteczkach. Ale z tego wyschłego ciała w czarnym surducie sterczy na turzym karku (kark okręcony jest fularem o barwach czarno-czerwonych, znowu barwach potężnej w Katalonii FAI) olbrzymia głowa, wielka mięsista twarz, z muskularnym nosem i stosunkowo umiarkowanych rozmiarów oczkami, wyzierającymi spod fałdów pomarszczonej już wiekiem skóry. Nad tym wszystkim rozwiewa się jednak niespodzianie bujna i czarna czupryna, wielka zmierzwiona masa włosów, zwichrzonych jak u Beethovena. Ale nie. Jest to Marat7, najklasyczniejszy groźny Marat francuskiego Konwentu8. Czuję instynktownie, że tego właśnie człowieka trzeba tu przekonać.

W małym pokoju rozgrywa się teraz wielka bitwa, mająca sforsować Porbou dla polskiego dziennikarza. W bitwie tej przeciwnikiem jest ów pan za biurkiem, bez czerwono-czarnej furażerki, bez czerwono-czarnego szalika, w cywilu, z jakąś mizerną odrobiną czerwienizny w klapie ubrania. Pan zza biurka żąda dowodów, że jestem dziennikarzem. Daję mu moje legitymacje zawodowe, krajową i zagraniczną. Pan zza biurka nie bardzo się orientuje, ale tu zaczyna coś mówić, i to raczej pojednawczo, Marat. Pan zza biurka jest nierad, znowu bierze paszport i po chwili odkrywa w nim wizę niemiecką. Co robiłem w Niemczech? Teraz ja biorę paszport do ręki, wskazuje, że była tranzytowa. Obliczamy czas, jaki upłynął między stemplami zagranicznymi, i obliczenia wypadają na korzyść mojej tezy. Z kolei przystępuję do ataku: wydobywam jako ciężkie działo odrzucony poprzednio bez przejrzenia list polecający ambasadora Hiszpanii w Paryżu, Luisa Araquistaina. Milicjant w furażerce upewnia się jeszcze, czy jest to aby na pewno nowy, niedawno zamianowany ambasador, ale Marat uspokaja wszystkie obawy pod tym względem. Na polu walki zapanował duch pokoju. Obu anarchistów mam już w każdym razie po mojej stronie. Cywil, dla zachowania pozorów i wyjścia z honorem z przegranej, żąda tylko, aby ów list ambasadora został przy nich. Jest to niewygodne, ale cóż robić. Wymieniam tedy9 list ambasadora na trzy okrągłe pieczęcie w paszporcie. Pan, który mnie tu przyprowadził i który tak słabe nadzieje robił na mój pobyt w Hiszpanii, odprowadza mnie z powrotem. W drzwiach żegnają mnie ze strony niedawnych inkwizytorów trzy podniesione pięści.

Do pociągu na Barcelonę jest jeszcze dużo czasu. W wielkiej poczekalni dworcowej jest dziewięciu kelnerów do obsłużenia młodej Hiszpanki i mnie. Panuje nastrój rewolucyjno-rodzinny. Plakaty rewolucyjne kapią barwami ze ścian, czerwone sztandary w oknach, na bufecie małe dziecko bufetowej bawi się puszką homara. Miasteczko leży poniżej dworca. Spada amfiteatralnie do małego, rybackiego portu. Kościół jest zamknięty, nie znać na nim żadnych śladów zniszczenia, tylko na drzwiach widnieje plakat wskazujący, że został „inkautowany”, tj. przejęty na własność przez władze milicji i Frontu Ludowego10. Wreszcie na peron wtacza się pociąg, który zabierze nas do Barcelony: wszystkie wagony są pomalowane w hasła i plakaty rewolucyjne. Ładuję się do dużego wagonu, który na swych ścianach aktualizuje w rewolucyjny sposób literaturę i religię, znaną powieść Blasco Ibaneza11 i wielkie dzieło św. Jana, przedstawiające Czterech Jeźdźców Apokalipsy. W wagonie samym nie czuć ani rewolucją, ani Apokalipsą. Czterech robociarzy, nie czekając na odjazd pociągu, zasiadło sobie do jakiegoś bezika12.

Pociąg wreszcie rusza, przewiercając tunele swymi wymalowanymi wagonami, wylatując co chwila nad sam brzeg morza, przelatując nad gajami oliwek i uprawnymi polami. Migają białe wsie, całe z kamienia, pola na stokach gór grodzone kamieniami, ciche dworce kolejowe, ogłoszenia Schellów i Dunlopów. Pracujący w polu podnoszą ku nam na powitanie ręce ściśnięte w kułak13. Powoli jednak wszystko staje się nużące. Szachownice pól i winnic swym rozdrobnieniem i widoczną starannością przypominają jakieś Niemcy czy Poznańskie, które zamiast rozpostrzeć się wzdłuż, sfałdowałoby się w teren górzysty, pomarszczyło w nawiezione ziemią tarasy. Jedyny egzotyzm to wozy, wysokie, na olbrzymich kołach, dwukołowe, ciągnione przez muły i osły. Człowiek nabiera sceptycyzmu wobec tej rewolucji, która w Portbou witała go tak barwnie, groźnie i hucznie, a tu panuje nad krajem pracowitych mrówek, pszczół czy termitów. Zasypiam, budzą mnie do kontroli paszportu, bardzo zresztą uprzejmej, zasypiam znowu, wreszcie Barcelona.

Jest dopiero ósma wieczór, ale już zapadła czarna, atramentowa noc, jakie bywają na południu. Na dworcu tłum milicjantów i robotników. Czerwone strzały wskazują miejsce zbiórki dla cudzoziemskich ochotników jadących walczyć za rewolucję. Jadę dorożką przez miasto wielkie, źle oświetlone i pełne ludzi. Hotel, do którego właściciela mam polecenie, nie został na szczęście „zainkautowany”, jak kościół w Portbou, i jak wiele barcelońskich hoteli. Dostaję malutki spokojny pokój na jednym z najwyższych pięter, niemniej jednak z oknem wprost na szarą ścianę innego drapacza. Jestem zmęczony drogą, kładę się wcześnie spać. Naraz przez półsen zaczyna mi krzyczeć do ucha jakiś głos, ogromny, maszynowy, nieludzki. Wyrzuca słowa i całe zdania w tempie karabinu maszynowego. Głos jakby przenikał mury, zagłuszył zupełnie daleki szum wielkiego miasta, wypełnia mój mały pokój po wszystkie kąty, przelewa się jak woda z przepełnianej wanny. Megafon radiowy ustaje wreszcie na moment, potem znów, nieco inną tonacją głosu, poczyna wyrzucać nowy potop dźwięków. Tam, na czarnej ulicy Barcelony, ludzie gromadzą się przed głośnikami, aby wysłuchać ostatnich wiadomości z frontu. Ale teraz to chyba nie są komunikaty. Jedne po drugich huczą jakieś przemówienia, zaklinania, orędzia. Miękka, sprężysta jak stal mowa hiszpańska nabiera przez głośnik ołowianej, koturnowej ciężkości. Słowa lecą przez powietrze ciężko jak żelazne blaty strącone z drapaczy chmur na kamienny bruk. Nie rozumiem z tego prawie nic i to może zwiększa jeszcze niesamowitość wrażenia. Przez czarną noc z mroku nieznanej mi mowy wyłaniają się tylko niekiedy dźwiękowe kontury słów nieobcych: rewolucja, proletariat, Espania, el pueblo, fascismo, muerte14. Czasem, bardzo rzadko, uda się powiązać jeden kontur zimnym, nadpływającym zaraz po nim z niewidzialnego głośnika, czasem uda się szczepić je razem niedostrzegalnym łącznikiem sensu. Ale zdarza się to bardzo rzadko. Jestem zmęczony, po prostu leżę na łóżku w jakimś pokoju hotelowym, w obcym mieście i w nocy, przez okno zagląda niezwykle ciemna, południowa noc i wlewa się wraz z nią fala obcych chrapliwych dźwięków. Wreszcie znużenie staje się silniejsze niż owa fala. Zasypiam, kołysany jeszcze echem jej słownych gromów, zasypiam w tym potrójnym wrażeniu: czysto fizycznego zmęczenia, ciemności wokoło niego i ogarniającej mnie, tak samo jak te ciemności, powodzi cudzej mowy, wzburzonej w orkan, fali, która z wolna przenika, otacza i wciąga jak ogromna, niezgruntowana głąb. To jedno wiem już przynajmniej z Hiszpanii rewolucyjnej, że samotny nie będę tu ani na chwilę, że wszędzie dogna mnie tu światło czy mrok, dościgną apele i wołanie, że zawsze i wszędzie przelewać się tu będzie aż poprzez mnie, obcego, to wezbrane olbrzymie morze, które zalało tu wszystko.

*

Cały następny dzień spędzam w największym mieście rewolucyjnej Hiszpanii, mieście, gdzie ta rewolucja była najbardziej krwawa, okrutna, ale i heroiczna, w mieście, gdzie anarchizm nie przestał być wspomnieniem odległej dla nas przeszłości, współczesnej młodości Sienkiewicza, współczesnej wiekowi dojrzałemu Prusa. Jest to wielkie i piękne miasto, bogate w dodatku, i oto wszystko to stało się teraz tłem dla nowej rzeczywistości. Plakaty z komory celnej w Portbou rozmnożyły się tu w tysiące barwnych plam lśniących w wielkim słońcu na murach. Samochody śmigają z wielkimi sztandarami, wymalowane białą farbą w hasła i godła, w skróty literowe dwóch wielkich związków zawodowych, partii politycznych i instytucji rewolucyjnych, na których rzecz zostały „zainkautowane”. W samochodach siedzą milicjanci w granatowych „mono”, zresztą i w jakichś innych „mundurach w stanie tworzenia się”, wreszcie w kurtkach wojskowych. Nad wszystkim góruje „mono”. W bramach domów, zwłaszcza w bramach wielkich banków, poczty, gmachów rządowych, wysiaduje po kilku członków milicji ludowej przy karabinach i w „mono”. „Mono” awansowało do godności munduru, „mono” zdetronizowało mundur. „Mono” to po prostu robotniczy kombinezon używany do pracy, ten sam, który poza robotnikami mają jeszcze i lotnicy. Teraz „mono” wyszło z fabryk i hangarów. Stało się takim samym akcesorium władzy jak niegdyś epolety.

Jest niedziela i na ulicy tłum wyległ większy niż zawsze. Wyobraźmy sobie, że któregoś dnia całe Powiśle, cała robotnicza Praga, cała czerwona Wola wyjdzie w Aleje Ujazdowskie. Tak samo z dalekich przedmieść, z dzielnicy portowej, wreszcie ze starej Barcelony o ciasnych ulicach tłum wyległ na bulwary Rambli, na szerokie chodniki Paralelo, na plac Katalonii, przed pałace wystawowe. Jest to tłum uzbrojony. Trudno sobie wyobrazić większą ilość ludzi z karabinami spacerującą po ulicach wielkiego miasta. Trudno sobie wyobrazić zupełniejszą mobilizację samochodów przez klasę robotniczą. Hiszpania jest krajem największych samochodów, ojczyzną magnackiej Hispano-Suizy15. Teraz widzę dziesiątki hispano-suiz, wspaniałych limuzyn udekorowanych godłami sowieckimi, sierpami i młotami, rysowanymi jeszcze niezgrabnie i niewprawnie na czarnym lakierze karoserii. U stóp pomnika Kolumba worki z piaskiem ułożono w barykadę. Cztery karabiny maszynowe patrzą w cztery ulice. Ale tłum tych ulic defiluje pod czarno-czerwonymi sztandarami Iberyjskiej Federacji Anarchistycznej, pod czerwonymi z sierpem i młotem trockistowskiego „Partido Obrero de Unificatione Marxista”16. Z okien hotelu „Colon”, gdzie bronili się i poddali wojskowi, zwisają afisze zjednoczonych partii socjalistycznej i komunistycznej. Na murach wielkiego hotelu znać ślady kul, ale jest ich bardzo niewiele. Nie można tego porównać z główną pocztą we Lwowie w roku 1918, z ministerstwem wojny w Warszawie w roku 192617. Ci ludzie, z których codziennie nową transzę wysyłają na rozstrzelanie wyroki trybunałów ludowych, ci ludzie więzieni na pokładzie „Urugwaju”, białego statku widzianego w porcie, nie stawiali długiego oporu.

Tłum robotniczy przelewa się przez ulice, świadomy swego zwycięstwa, pełen poczucia swej władzy. Plakaty naśmiewają się z oficerów, a pisma codzienne donoszą o nowych wyrokach trybunałów robotniczych. Na kościołach uchowanych przed spaleniem wiszą napisy: patrimonio del pueblo (własność, dziedzictwo ludu). Pałace armatorów wielkiego handlowego portu są „inkautowane”, obsadzone przez organizacje robotnicze. Ilustrowana „Ahora” przynosi fotografię robociarza-milicjanta śpiącego w łóżku królewskim pałacu Pedrales. Przed pałacem katalońskiego magnata prasowego, obdarzonego tytułem conde18, stoi pięć packardów19. To nie dlatego, że jest to pałac magnata, ale dlatego że tu jest siedziba związku metalowców. W dużym „inkautowanym” gmachu mieszka szef armii płk. Sandino. Mimo woli przypomina się Petersburg wiosny 1917 roku, Petersburg marynarzy kronsztackich rozjeżdżających w limuzynach dworu, Petersburg „inkautowanego” przez komunistów pałacu Krzesińskiej. Z głośników rozwieszonych nad ulicą płynie Międzynarodówka. Tłum wita ją podniesieniem pięści, pieśń spadającą z góry podchwytuje i znów do góry ponad ulicę podnosi rozbity chór głosów. Ten schyłek września pachnie rosyjską wiosną.

Spośród plakatów wygląda naraz coś bardzo hiszpańskiego. Jest to także plakat, ale plakat ogłaszający na dziś walkę byków. Rewolucja w niczym nie zmąciła tradycyjnej rozrywki. Owszem, w dwóch rzeczach: na plakacie jest mowa, że byki dzisiejszej corridy pochodzą ze stajni eksmarquesów20 i eksconde’ów. To rewolucja, ostatnia, prawdziwa rewolucja, dodała to „eks”. To także rewolucja dodała w plakacie zdanie, że corrida odbędzie się w porozumieniu z milicją ludową. Tank21, który zgruchotał kościoły, zatrzymał się na progu areny. Trzeba to zobaczyć.

Na corridę spóźniam się o moment, przebiegam przez wielkie łuki krużganków, wpadam schodami na widownię i wdrapuję się, stopień po stopniu, poprzez tłum zapełniający amfiteatr. Cały tłum wstaje, podnosi pięści. Oglądam się. Przede mną jest arena, żółta, piaszczysta arena, półkole pełne ludzi, z góry zwisają portrety torreadorów22. Orkiestra wojskowa wybija nad areną walki byków potężny hymn proletariackiej rewolucji:

Arriba, parias de la tierra,

En pie, famelica legion,

Atruena la razan en marcha

Es el fin de la opresión.23

Międzynarodówka, jak tam, na ulicy, obiega kolisko amfiteatru. Tłum na corridzie podnosi ją z zapałem. Pięści sterczą w powietrzu. Aż popod wiszące u góry portrety sławnych torreadorów wznosi się śpiew:

Agrupemonos todos

en la lucha final;

el genero humano

es la International!24

I tu staje się rzecz, która przypadkowo miesza jeszcze bardziej, jeszcze silniej łączy hiszpańskie igrzysko i proletariacką rewolucję. Widocznie myślano, że orkiestra przestanie grać, bo oto na arenę wypada duży byk. Publiczność coś krzyczy. Jedni siadają, inni dalej trzymają pięści w powietrzu. Dwóch czerwonych banderillerów25 zbliża się do byka, który stoi jak ogłuszony i oślepiony. Tymczasem ludzie wokoło mnie śpiewają dalej, dalej podnoszą śpiewem echa orkiestry:

En dioses, reyes ni tribunes

no es el nuestro salvador:

nosotros mismos realicemos

el esfuerze redentor.26

Pięści jednak opuszczają się, pieśń gaśnie, stapia się z gwarem corridy. Wszystkie oczy spoczęły teraz na arenie, z której szuka daremno wyjścia młody byk. Jest najwyraźniej przerażony, onieśmielony. Niemal nie dostrzega banderillera. Banderillierów jest czterech, w papuzich strojach, z długimi na metr prętami, zakończonymi ostrym drutem. Trzeba to wbić w kark. Byk patrzy się nieufnie, ale jakby ze zdziwieniem na podchodzącego banderillera. Chłopak krótkim, nagłym ruchem wbija zwierzęciu ponad karkiem oba pręty, biegnie za parapet areny. Byk ryknął, chwieje ogromną głową, banderille tkwią zwycięsko w karku. Banderille mają czerwono-żółto-fioletowe barwy republiki. Byk podbiegł, uciekając, do parapetu. Chłopak roznoszący słodycze chwyta go z góry za banderillę, tarmosi. Byk szarpie się i ryczy, uskakuje na środek areny. Wszyscy wokoło mnie zanoszą się szerokim, gorączkowym śmiechem. Śmiech i krzyk kilku tysięcy ludzi spada stopniami na arenę. Banderillero znowu wbił, tym razem jedną tylko, strzałę bykowi. Zwierzę biegnie za nim, chłopak ucieka, tłum wyje. Chłopak jakby się zachwiał, byk go dopada. Lewy róg wjeżdża ostro w biodro. Wszyscy wstają. Na arenie już trzej inni banderilleros podskoczyli z czerwonymi płachtami. Byk traci orientację, leci za nimi. Czwarta strzała naraz wbija się w grzbiet. Byk ucieka wzdłuż areny wolnym truchtem, tłum ryczy. Gdy byk jest blisko, widać, że sierść na karku z czarnej stała się czerwonoruda i lepka. Krew z czterech ran spływa cienkim strumykiem. Rannego banderillera już zastąpili zgrabniejszym. Zaczyna się poważna gra. Na arenę wyszedł torreador w szamerowanym złotem fraczku, z długą szpadą i czerwoną płachtą. Ludzie w amfiteatrze wysunęli się naprzód, aby nic nie stracić z widoku. Kilka tysięcy ludzi czai się na śmierć.

Zbiera mnie zupełne, głębokie obrzydzenie. Są tu szpady, lśniące stroje, chorągiewki, cały rytuał rycerski, ale pachnie tu przede wszystkim rzezią podniesioną do godności sztuki i obrzędu. Nie mogę patrzeć. Jakiś milicjant klepie mnie po ramieniu, życzliwie, opiekuńczo. Inni oglądają się kpiąco. Ale trwa to krótko, bo nie ma nikogo, kto by chciał uronić jeden moment z tej krwawej walki, stracić jedno cenne pchnięcie, jedno uderzenie rogiem. Uderzenia rogiem są rzadko tragiczne: byk leci zawsze za rozwianą przed nim czerwoną płachtą, nie umie skręcać za uciekającym, nie ściga go wytrwale, odbiega, czasem przeleci ponad upadłym, w pogoni za czerwoną chorągiewką. To właśnie podkreśla moment rzezi w tym wszystkim, to właśnie tak drażni, że ten byk, młody, silny, potężny, jednak zawsze ulegnie w walce, której ani na moment, nawet jeszcze teraz, nie chciał.

Ludzie wokoło mnie krzyczą i doprawdy, że w czasie tego widowiska nie można milczeć. Sam zaczynam nerwowo coś nucić, włożywszy pół garści w usta. To odrywa od widowiska, ułatwia patrzenie. Nie można tu być biernym widzem. Uświadamiam sobie naraz to, co grano przed pół godziną. Arriba, parias de la tierra... Prawda, na arenie występują może byki eksmarkizów, ale corrida odbywa się ze współudziałem milicji Frontu Ludowego. Na arenie byk znowu pokiereszował rogiem jakiegoś banderillera. „To nic, to pierś” — tłumaczy mój sąsiad, milicjant. Wiem, że naprawdę wspaniale jest wtedy, gdy wylecą bebechy. Ale podniecenie widzów zdołało już urosnąć na drożdżach tych dwóch wypadków. Teraz torreador zwodzi byka płachtą, zza płachty błyska szpada, która ma wrazić się w kark zwierzęcia. I wreszcie! Byk dostał raz, niemieje, staje. Cały amfiteatr też wstał, ryczał głośno. Czarny, młody zwierz sztywnieje, widać, jak nogi się łamią, obala się całym cielskiem, pełnym młodej, jurnej energii, na ziemię. Torreador zadaje mu jeszcze jeden silny cios. Amfiteatr faluje od barw, oczy ludzi płoną zachwytem. Naraz poprzez szum przemyka się nuta, która go przebija i ścisza, a potem wlewa w siebie, pęcznieje nim i podnosi się znowu, ponad arenę z portretami wybitnych torreadorów, ponad czerwony sztandar nad arenę. Czwórka białych koni wyciąga martwe ciało byka. Hymn rewolucji spływa po raz wtóry na skrwawiony corridą piasek.

Grano Międzynarodówkę, bo w przerwie przed nową corridą wjechał na arenę oddział armii ochotniczej konno, w mundurach wzorowanych na kozackich, i przedefilował wśród entuzjazmu widzów. Druga i trzecia corrida już działa inaczej. Obcy widz nasiąkł tym podnieceniem, które tu drga w powietrzu, zapach krwi nie uderza weń niemęskimi mdłościami, ale jakby rozdyma nozdrza. Z pierwszych wrażeń pozostaje tylko uporczywa świadomość, niedająca się zagłuszyć i przyćmić, że radość, którą się odczuwa, zainteresowanie nieznane dotąd, które się zrodziło, które wyorało bardzo głęboko ukryte pokłady, nazywa się przecież rozbestwieniem. Trzeba było wysiedzieć tu do końca, żeby się coś takiego mogło odezwać. Trzeba było wiele razy przymuszać siebie, nie schylać głowy, a przeciwnie, patrzeć — jak wszyscy — w arenę, gdy tłum szalał od okrzyków, żeby się wreszcie do owych pokładów dodrążyć. Mnie jednemu zresztą było to potrzebne: dla tych mas naokoło pokłady leżały tuż pod powierzchnią. W ciągu wieków nie przysypano ich niczym, i tak, zdaje się, jest i teraz.

A jednak nie są to rzeczy, które można zamknąć w szufladach folkloru czy obyczaju, wytłumaczyć południowością i temperamentem, wyczerpać określeniem sportu. Przez całe wieki wielkie święta katolickie obchodzono w tym kraju uroczystymi corridami, dnie kanonizacji świętych poprzedzano kilkudniową corridą. Do niedawna dzieci przystępujące po raz pierwszy do komunii szły tegoż dnia popołudniu po raz pierwszy na walkę byków. W tym kraju wspaniałych świątyń, św. Teresy27 i Ignacego Loyoli28, katolicyzm prześlizgnął się bez śladu ponad walką byków, omotał w nią swe święta. Można było oczekiwać czegoś innego po wierze, która sama przeszła przez ludzkie corridy i objawiła się światu z koliska aren, będących wzorem tych aren. Można było oczekiwać czegoś więcej po wierze, której święci do wilka mówili: „bracie”. Corrida, uszanowana przez katolicyzm, corrida, poczęta gdzieś w pogaństwie Iberów29, utrzymana w rzymskiej prowincji, rozpowszechniona za Maurów30, przetrwała wszystko. Tank historii, który teraz pomiażdżył portale świątyń, zatrzymał się przed wejściem do areny. Będziemy mieli corridy na pierwszego maja i na święto październikowe, i na święto Lenina, Róży Luksemburg31, Liebknechta32, jak je mieliśmy na Boże Ciało. Z kolei „Wyklęty powstań ludu ziemi!...” będzie otwierało walkę byków.

Niemniej i w tym wypadku stosunek do corridy stanie się sprawdzianem, czy nowy pług i nowa orka przeorywają tu ziemię głębiej niż poprzednio. Corrida nie jest tylko zwyczajem ludowym, sportem, częścią folkloru czy rodzajem zabawy. Z corridą łączą się zawiłe problemy gospodarcze, problemy społeczne. Instytut Reformy Agrarnej mówi od dwóch lat, że w kraju, gdzie hoduje się najlepsze byki na rzeź igrzyskową, rasa bydła upada. Wszyscy wiedzą, że po to, aby mogły odbywać się walki byków na arenach Madrytu, Barcelony, Sewilli, dwudziestu większych, kilkuset małych puebli33, muszą się te byki wypasać na stepowych latyfundiach Estramadury i Andaluzji, wszyscy wiedzą, że dopiero w otwartym jak pampasy polu wyhodowuje się zwierz godny walki, że istnienie obecnego ustroju agrarnego, ustroju wielkich, na pastwiska oddanych obszarów, związane jest z istnieniem walki byków. Przecież nazwiska eksconde’ów i eksmarquesów wymieniane dziś jeszcze na afiszach corrid, oznaczają po prostu w skrócie: te byki zostały wyhodowane na obszarach wielkości 100 000, 120 000 hektarów. Nazwiska conde’ów tkwią na afiszu obok patronatu milicji ludowej, każda walka byków oznacza, że trwa i działa ustrój rolny uważany za nieszczęście Hiszpanii. Tank, który go obali, traktor, który go przeorze, narzędzie geometry, które te obszary podzieli — wszystko to będzie musiało uderzyć w mury aren. Na razie Międzynarodówka powiewa nad corridą, jak powiewały, rozgrzeszając ją, inne sztandary. „Arriba, parias de la tierra...” przepływa kolejno nad tą samą zawsze areną, jak nowa fala wieków, jak jeszcze jedna zima czy wiosna, która spadnie na stary ląd Iberów, spłucze go jeszcze jednym deszczem, ostrzela jeszcze jednymi błyskawicami gromów, nie wdrążając się lemieszem w zbyt twardy, skalisty grunt.

*

Wieczorem jem obiad w restauracji mego hotelu. W drzwiach sali kelner rozmawia z dwoma milicjantami, którzy przyszli i jakby pytali się o mnie. Wszyscy trzej stoją w drzwiach. Po chwili widzę, że jeszcze w nich tkwią. Jem owoce, składam serwetę, wstaję. Trójka podchodzi do mnie. Czekali — z hiszpańską uprzejmością — aż skończę.

La documentación?34

Podaję mój paszport, ale nie przeglądają go wcale. Wzywają mnie, abym szedł z nimi. Na dworze jest już noc. Kelner przez chwilę coś tłumaczy, wreszcie oni się zgadzają:

— Niech pan zajdzie do siebie — mówi kelner — i weźmie ze sobą en tout cas35, co pan potrzebuje.

Robię zdziwione oczy:

— Niech pan w każdym razie weźmie ciepły pled — nalega kelner.

Winda wjeżdża do góry, za chwilę zjeżdża na dół. Ciężko przemierza się kilka kroków przez hall hotelowy. Jesteśmy już za drzwiami. Mam ciepły pled na ramieniu.

Niżej historii

Róża leży ociężale na białawym piasku i rozkoszuje się nie tylko słońcem i morzem, jasnym i modrym morzem Barcelony, ale jeszcze i tym, że dzień po dniu korzysta z tej plaży hiszpańskich paniczów i dostojnych seniorit36, że jej tu wejść wolno, że nie ośmieli się jej wypędzić, jak wypędza się dziewki uliczne z szanujących się kawiarni, żaden kelner i żaden garson37. Róża zrobiła się już tak wielka pani, że nie reaguje tu zupełnie na trywialne i obcesowe żarty, jakimi przechodzący mężczyźni zaczepiają dziewczynę, że nawet zapragnęła zwolnić tempa, że tak powiemy, w swym ponurym zawodzie, że coraz więcej nocy przesypia sama.

Myślę o tym, dlaczego spotykam tę dziewczynę, skoro nie łączy mnie z nią nic z tego, co przelotnie łączy innych mężczyzn z „takimi”, i żeby to samemu sobie dopowiedzieć, wracam myślą do owej nocy gdy z milicjantami i tajniakiem powędrowałem do jednej z barcelońskich izb „inwestygacji” i kolejno przechodziłem z jednego badania do drugiego. Tamto wszystko mąci się zupełnie, rozkłada na fragmenty i fragmenciki. Wypuszczony, znalazłszy się na ulicy, zobaczyłem, że jest już prawie zupełnie jasno i że idę przez bulwar pełen świergotu budzących się ptaków. Dopiero wróciwszy do hotelu, zauważyłem, że służba, obcy mi ludzie, poklepują mnie, ściskają za rękę, uśmiechają się życzliwie i radośnie, gremialnie odprowadzają do pokoju, choć obudzeni o tej porze, powinni by raczej przeklinać. Mówili coś po hiszpańsku, czego nawet nie próbowałem rozumieć, czułem się zmęczony, położyłem się spać. Ale słońce wchodziło już przez szpary stor. Wtedy sennie i leniwie pomyślałem jeszcze o przebiegu całej tej śledczej nocy, pomyślałem o tym pledzie, który mi w hotelu dano na drogę, pomyślałem o tej radości, z jaką mnie niespodzianie powitano teraz, i wreszcie sformułowałem sobie zdanie, które mi bardzo dosłownie powtórzył późniejszy znajomy, zdanie — że widocznie tej nocy wróciłem jednak z daleka.

De Vergnolles, ów nieco śmieszny, z lekka hochsztaplerowaty, młody człowiek lat trzydziestu kilku, którego właśnie nazajutrz poznałem przy lunchu w hotelu, był właściwie człowiekiem, który zajął się mną najskuteczniej, wtedy gdy trzeba to było zrobić. To, że nic nie wiedziałem o tym, czym jest rewolucja hiszpańska, że nie znałem słowa passeito, że nie dawałem wiary ogromowi conocnych samosądów i temu, jak bardzo podejrzewany jest tu dzisiaj — nieraz słusznie, niestety — cudzoziemiec, to wszystko ułatwiło mi utrzymanie spokoju podczas owej nocy badań. Ale potem napłynęło to, czego nie było przedtem, rozprężyły się nerwy, zelżało skupienie woli. De Vergnolles to zrozumiał, sam to przeszedł, zawiózł mnie swoim samochodem na spacer — jako obywatel kubański, choć w Hiszpanii urodzony i zamieszkały, posiada nadal swój samochód — pokazał mi stoki Tibidabo38, gdzie u stóp pinii znajduje się zwłoki ofiar samosądowych passeitów, dalekie szczyty Monsalvatu39. De Vergnolles zabrał mnie wieczorem do teatrzyku, zapoznał z wylakierowaną jak lalka swoją przyjaciółką-statystką, rano zabrał mnie na plażę. Chodzę codziennie na plażę barcelońską, żeby leżeć tak w słońcu i nie myśleć, żeby wszystko to widzieć z dystansu. Jest wielu ludzi, którzy tak bytują. Vergnolles nie mieszka w domu swej matki, która wyjechała zresztą na wieś. W hotelu jest pewniejszy, choć Vergnolles nie jest przemysłowcem, nie naraził się politycznie i zawinił tylko grzechem posiadania willi, samochodu i bogatej żony, z którą zresztą nie żyje. Od apelów, wiadomości z gazet, plotek z frontu, wyroków trybunału ludowego passeitów ucieka wielu ludzi do pozorów zabawy, pozorów plażowania, pozorów wysiadywania w kawiarniach, wszelkich pozorów zabijania czasu w sposób możliwie nierzucający się w oczy. Tak po rewolucji hitlerowskiej wielu ludzi w Niemczech chciało wobec siebie i innych udawać, że nic się w ich życiu nie zmieniło, że wysiłek utrzymania się w normalnym torze życia nie jest niemożliwością. De Vergnolles jeździ do teatrzyku, jak jeździł dawniej, i jeździ na plażę rano, jak jeździł dawniej. Na plaży nie ma dawnych seniorit i dawnych paniczów. De Vergnolles przeżywa moment dumy: najniezawodniej był on małą figurą, gdy conde’owie i synowie przemysłowców zajmowali tu pierwsze miejsca, a dziś jest jedyny, który przetrwał ancien régime40, i króluje na plaży, co prawda pełnej prostytutek udających damy i milicjantów zastępujących oficerów. Ale też ten Vergnolles wymieni w każdej chwili dwadzieścia, trzydzieści nazwisk swych osobistych znajomych, których ciała z kulką w plecach czy w tyle czaszki znaleziono dotąd na drogach pod Barceloną. Wymieniać te nazwiska, zamiast żeby samemu być przez kogoś innego wymienionym, to także coś znaczy. Można wtedy przestać wzdychać do dawnych czasów i przebaczyć nowej towarzyszce plaży, że jest po prostu zwykłą dziewką. De Vergnolles przebacza.

Ja nie mam nic do przebaczenia, a za to powoli dziewczyna uliczna Róża staje się szkłem, przez które widzę Hiszpanię, rewolucję, tamto wszystko. Nie znaczy to wcale, żeby spojrzenie Róży na świat było szczególnie mądre czy wnikliwe. Znaczy, że jest zupełnie inne od wszystkich. Inne od spojrzenia Companysa, który jest prezydentem Katalonii, Nina, który był sekretarzem Trockiego41, mówi ze mną po rosyjsku, a zostanie w najbliższym czasie komunistycznym ministrem sprawiedliwości, Gassola, poety i ministra oświaty Katalonii. Takich Róż było w jednej Barcelonie kilkanaście tysięcy, w Hiszpanii zapewne więcej niż sto tysięcy. Jeśli się weźmie pod uwagę, że ten zawód niszczy szybko, a kobiety na południu starzeją się i tak szybciej, przyjdziemy do wniosku, że przez domy publiczne, bardzo swobodnie i bodaj oficjalnie prosperujące w Hiszpanii, przepływa w ciągu paru lat ogromny odsetek kobiet hiszpańskich, nie mówiąc już o tych, które od razu wędrują do podobnych zakładów Ameryki Południowej. W oczach Róży nie ma w tym nic nadzwyczajnego, nic zastanawiającego, nawet rozmiary, jakie to zjawisko przybiera, jest dla niej zupełnie normalne. Nie razi jej to wszystko w kraju ultrakatolickim, nie dziwi jej, że lupanar42 zdobył sobie tak wielkie miejsce w kraju kościołów i klasztorów.

Róża pochodzi z rodziny, która czternaścioro dzieci ulokowała wszędzie: w klasztorze i w lupanarze, w seminarium duchownym i w kredensie43, w milicji robotniczej i w „Tercio”, słynnej legii cudzoziemskiej Maroka, gdzie zresztą służą przeważnie Hiszpanie i która jest dziś strażą pretoriańską44 gen. Franco45. Gdybym nie był napisał, kim jest Róża, gdybym tylko powiedział, że poznałem w Hiszpanii rodzinę, która swych członków rozlokowała wszędzie, na lewicy i na prawicy, u Franca i u Caballera46, w klasztorach i w damach magnackich, w przemyśle i w Meksyku, powiedzielibyście: cóż to za familijna mafia. Ale rodzina Róży nie była mafią, choć trzeba było nie lada przemyślności, żeby tak rozlokować czternaście osób. Rodzina Róży nie była mafią, bo jej brat z „Tercia” nie jest nawet kapralem, a jej brat z przemysłu zarabia cztery pesety47, a jej brat mający do czynienia z magnaterią jest do pomocy w kredensie pewnego conde. Rodzina Róży pochodzi z Murcji, kraju minifundiów48, hiszpańskiego Rzeszowskiego, spotęgowanego, a raczej spierwiastkowanego do płachetków gruntu. Murcji, gdzie najwięcej rodzi się dzieci i najwięcej dzieci umiera, Murcji, która dostarcza Hiszpanii dziewek ulicznych i lokai, jak Andaluzja dostarcza byków, a północna Galicja zaopatruje możne domy Madrytu w mamki i nurse’y49. Motorem, który pchnął całe pokolenie Róży do „Tercia”, do klasztoru, do domu publicznego, do milicji ludowej i do pałacu magnata, był właśnie ów stosunek liczbowy 14 dzieci do 1 1/2 morgi. Motorem, który prowadził ekspansję całej Hiszpanii za morza, który zaludnił trzynaście republik Ameryki Południowej, cały kontynent, całą część świata, ludźmi krwi iberyjskiej, były wielkie rodziny małorolnych. Rodzina Róży nie zdobyła dla siebie nic. Ani tytułów, ani godności, ani pieniędzy. Z trudem zdobywa chleb. Siostra Róży, posługująca w klasztorze, żeby zdobyć ten chleb, musiała wyrzec się najprostszego ludzkiego szczęścia; Róża, żeby go zdobyć, musiała wyrzec się go także, ale w zgoła odmienny sposób, musiała stać się wszystkich, jak tamta była niczyja. Ale niemniej potok takich jak Róża rodzin, potok spadający na równiny ze wzgórz najwyższej nędzy, bardziej niż Kolumb i trwalej niż Cortez50 zdobył dla Hiszpanii i utrzymał dla hiszpańskości światy równe tylko koloniom Wielkiej Brytanii. Potęga „infrahistoryczna” Hiszpanii. Myślałem o niej, czytając słowa o takich właśnie ludziach, pisane w El torno al casticismo przez Miguela Unamuno51:

„Fale historii z całym swym szumem, ze swą pianą mieniącą się w blaskach słońca przelewają się jedynie nad morzem samym, olbrzymim i głębokim, którego dna nigdy nie musnęło słońce. Wszystko, co nam codziennie przynoszą dzienniki, gdy mówią o »obecnym historycznym momencie«, jest tylko powierzchnią, która krystalizuje się i krzepnie w książkach i archiwach, pozostając bez znaczenia dla tego życia infrahistorycznego, które pod nią wrzało, podobnie jak ziemia, którą depczemy, jest tylko osłoną olbrzymiego gorejącego ogniska, które sobą zasłania. Nic nam nie mówią dzienniki o milczącym życiu milionów ludzi bez historii, którzy o każdej godzinie dnia i w każdym kraju globu ziemskiego wstają do pracy, sieją i orzą, podobni owym koralowcom na dnie oceanów, które przecież na barkach swej mrówczej twórczości wynoszą nad powierzchnię wód wyspy dziejów. To na tle tego milczenia milionów głos innych nabiera życia i echa. To na głowach olbrzymiej społeczności milczących stoją ci, co robią hałas w historii. A jednak to życie podhistoryczne, milczące i zwarte jak głębiny morza, jest istotnym tworzywem postępu, tradycją prawdziwą i wieczną, inną niż kłamliwa tradycja szukana przez nas w księgach i archiwach, kamieniach i pomnikach...”

Tak, niezawodnie, oto jest potęga infrahistoryczna. Światy poniżej historii. Róże i jej rodzeństwo nie obchodzą nic nie tylko klasyfikatorów dobrych i żadnych rodzin, nie obchodzą nic historyka, który się do nich nie dogrzebie swym skalpelem, uwięzłym w pergaminach kanclerskich i w sekcji tajemnic buduarów rokoka. Promień legendy nie przeniknie do tych warstw głębinowych, w których zamiast rekinów i wielorybów odnajdzie świat na poły mięczakowy, na poły roślinny, imponujący jedynie swym ogromem, bezkształtny i bezkostny. Milczy o nim przeszłość. Akta klasztoru w Monsalvat mówią, że w roku 1193 Ataulf i Blanca, małżonkowie, ofiarowali klasztorowi swą służkę, Serenę, „wraz z jej potomstwem”. Oto w takich wypadkach, takimi ubocznymi, inwentarzowo-porządkowymi zapiskami podpływają ku naszej pamięci dowody, że w świecie, który miał błędnych rycerzy, gdzie modliły się w chórach klasztornych córki Piastów, Arpadów i Lancastrów, gdzie w dziedzińcach klasztorów dyskutowali scholastycy i święci, były jeszcze warstwy podgłębinowej ludzkości, żyli, obok naszych, przodkowie Róży. Ale nie da się przecież zaprzeczyć, że te warstwy podgłębinowe parły na historię swą mięczakowatą, bezimienną masą, że to ich parcia silniej niż ambicje ministrów wyniosły Hiszpanię, że to ich pochód trwalszy niż ekspansja misjonarska zdobył i utrzyma olbrzymi, niezgruntowany dziś jeszcze, kontynent. Co będzie, jeśli jutro zwyciężą ci, których „Tercio” jest kolumną czołową? Co będzie, jeśli pojutrze zwyciężą inni, których taranem jest milicja ludowa, milicja ludowa innego z braci Róży? Czy znowu tylko jeden strzęp z tego kolektywu mięczaków historii oderwie się, wejdzie w ten krąg życia, gdzie ciała stają się twarde, nabierają osobowości, dźwigają się na poziomy dostępne sondzie historii? Czy trzynaścioro pozostałego rodzeństwa będzie dalej tylko trwało, rozmnażało się, odnawiało, czy też samo wejdzie całą masą w orbitę nowego istnienia?

Z tej pozycji pozahistorycznej, innej niż pozycja tysięcy walczących i wierzących, widziała Róża historię. Róża nie zastanowiła się nad tym, że przebiegając przez plac Katalonii w dzień walki o hotel Colón, można było dostać kulą naraz z paru stron: Róża znała nikłą wartość, jaką posiada jej życie. Róża widziała więc wszystko. Widziała rzeczy najgorsze i widziała heroizm. Róża widziała, jak ginęły zakonnice, widziała, jak robotnicy brali szturmem karabiny maszynowe regularnej armii. Z bocznej ulicy wypadał naraz sznur wozów ciężarowych, sprzęgniętych jeden z drugim, i walił całym pędem na ustawiony za schronem karabin maszynowy. Nie było już dlań ratunku, bo za zestrzeloną załogą pierwszego samochodu ukazywała się załoga drugiego i trzeciego i w pełnym tempie waliła prosto na nich. Tym łatwym sposobem strategii walk ulicznych zduszono powstanie barcelońskie52. Róża była wszędzie. Widziała, jak żołnierze zrzucali kurtki mundurowe, przyłączając się do ludu. Widziała, jak z płonących klasztorów wychodzili księża z krzyżem w ręku i jak nad nimi zakotłował tłum. Róża jadła z milicjantami w pałacach i na srebrze, dostała trzy szyldkretowe53 wachlarze. Potem rewolucja zwycięska przewaliła się przez Różę dziesiątkami nowych przelotnych kochanków. Ładna dziewczyna pieściła milicjantów i twórców szturmówek, młody legion bohaterów rewolucji i nową szlachtę Hiszpanii, gięła się pod naporem nowego dla niej człowieka, twardszego, łapczywszego, ciężej ciosanego niż ten, który był przedtem. Orkan rewolucji przechodził w pewien sposób i ponad nią, i ludzie ci brali ją tak samo, jak brali piękne pokoje, miękkie łoża, srebra stołowe i miejsca w najlepszych kawiarniach, jak z twardego bruku przedmieść zeszli na miękkie, grube dywany bogatych domów mieszkalnych. Rewolucja bardziej jeszcze Różę wzięła, niż wyzwoliła czy podniosła. Róża pozostała Różą. Przetrwała rewolucję proletariacką, jak przetrwała monarchię i republikę mieszczańską, przetrwała to wszystko, czego nie przetrwały w tym kraju klasztory, a co przetrwała, na przykład, corrida. Byki dalej krwawią się na arenach, dziewczyny dalej uśmiechają się w cieniu latarń. Róża się temu nie dziwi, nie pragnie, żeby było inaczej. Więcej. Róża nie sądzi, żeby inaczej być mogło. Róża kłopocze się raczej, że na jesieni będzie nowy plon konkurencji świeżej i młodej, że przyjdą inne dziewczyny, tak jak dwa lata temu Róża z głębokiej Murcji, wtedy gdy roboty rolne się skończą, winogrona się zbierze w polu. Zbiór winogron wymaga wiele uwagi, więc i wiele rąk do pracy, dziewczyn wówczas się nie puszcza. Gdy la cosecha54 jest skończona, ręce stają się zbędne, a jedne więcej usta umniejszać będą codzienną zawartość misy. Róże idą do miasta, przeważnie wiedząc po co. W tym kraju, gdzie słońce wyzłaca nędzę i kurz, na ulicach zamienia w jakiś złoty pył, jakiś promyk ozłocenia pada na dziewczyny uliczne i zamienia je w Carmeny55 z oper. Na targach, na jarmarkach, na jesiennych odpustach umawia się dziewczyny, przedsiębiorca wypłaca rodzicom cenę, zajmuje się ulokowaniem dziewczyny. Róża była ładna i miała szczęście. Przedsiębiorca cenił sobie dobrze tę dziewczynę krzepką i uśmiechającą się bez przymusu, ulokował ją możliwie korzystnie. W ten sposób segreguje się coroczny zbiór winogron, przeznaczając je na wino, na eksport, na konsumpcję w kraju i rodzynki. W podobny sposób, z tą różnicą, że nie na jesieni, lecz na wiosnę, inni przedsiębiorcy taksują młode byki z wielkich hodowli w Andaluzji i Estramadurze. Które do Barcelony i Madrytu, które do Sewilli i Kordoby, które wreszcie do Almerii, które do małych, czwartorzędnych miasteczek i aren. W tym roku nic się nie zmieni, wszystko będzie jak zawsze. Potrzeba może więcej dziewczyn niż zwykle.

Róża wyjaśnia mi to bez cienia ironii, z fachowością, z jaką robotnik fabryki tytoniu objaśnia mnie, że w tym roku trzeba będzie wzmóc tempo produkcji, choć sam nie jest przecie tym, który na wzmożeniu tempa najwięcej zarobi. Rewolucja obok oblicza grozy i heroizmu ma oblicze swobody, użycia, nieskrępowania. Tłum, który zawsze lubił wydawać, wydaje więcej niż zawsze. Olbrzymia masa milicji ludowej, gdzie każdy dostaje dziesięć peset dziennie, stwarza nową klasę średniozamożnych, o mało zróżnicowanych sposobach użycia, nielicznych rodzajach rozrywki, klasę, u której uciechy płciowe nie są dystansowane innego rodzaju radościami. Tylu ludzi wydźwignęło się z nicości, tyle mienia zmieniło posiadaczy, tyle pieniędzy łatwo nabytych sprawia szczególniejsze ożywienie. Łatwo to sobie dopowiedzieć. Tu zmieniło się wiele, wiele bogactw runęło w Madrycie i Barcelonie, wiele nowych potęg i nowych potentatów urosło na cokole dymiących barykad. Na wsi zaś nie zmieniło się nic, czy niewiele. Po dawnemu Murcja jest prowincją minifundiów, nie dorosło tam morgów56, zapewne tylko przybyło dzieci. Jak przed wiekami czynna jest dynamika poczęć i rodzeń, która całymi falami emigracji zalewała niegdyś pampasy57 Amazonki, produkuje proletariat fabryczny Barcelony, górniczy czarnej Asturii, a Hiszpanię srogich obyczajów, cnotliwych panienek i narzeczonych, świętych zakonnic i wiernych małżonek, nasyca corocznie odnawianym żniwem łatwych kobiet. W tym dziwnym kraju, gdzie przekleństwa łączą w sposób u nas nieznany religię z nierządem, świętość z rynsztokiem.

Róża przeciąga się dalej, obok nas, na piasku wytwornej plaży. Ta plaża, trzy szyldkretowe wachlarze, zmiana klienteli, noce przespane w panieńskich pokojach wypłoszonych rewolucją hrabianek — oto zdobycz społeczna Róży. Róża postąpiła w drabinie społecznej, na którą wstąpiła w dniu, gdy wysoki autobus wywiózł ją z parafialnej mieściny, w dzień odpustu. Ale drabina pozostała drabiną i to, gdzie teraz jest Róża, to jedynie wyższy nieco szczebel w hierarchii, która zna wytworne kurtyzany i chustkowe czy rogówki. Róża należy dalej do tych warstw infrahistorycznych, do owej ludzkości głębinowej Unamuna, której nie sonduje myśl historyka, której nie portretuje Velazquez58, a nawet Goya59. Burza, która grzmi tam w górze, przewala się masami wód, miażdży i zatapia, otwiera przepaście i podnosi bałwany, przewala się mimo wszystko wysoko ponad nią. Nie mąci, nie zatrważa i nie zmienia mięczakowatej wegetacji tej bezosobowej masy płynących poprzez czas milionów, które niezdolne kierować swym losem, zmieniają swym naporem historię.

Pogrom i odnowa

W szerokim korytarzu muzeum jest tak tłoczno od postaci, że musimy iść teraz jeden za drugim. Nigdy nie widziałem większego nieładu arcydzieł i bohomazów, dzieł sztuki i tandety. Wszystkie świątki przydrożnych kapliczek podhalańskich, wszyscy święci i apostołowie mariackiego Wita Stwosza zeszli chyba do korytarza muzealnego, wyglądającego jak krypta, jak schron przeciwlotniczy, do którego schroniono się w popłochu i skamieniano w trwodze. Ma twarz doprawdy frasobliwą ów Chrystus w długiej szacie, zastygł wielki, matczyny ból na łzawej twarzy drewnianej Mater Dolorosy60, Andaluzyjki z epoki gotyku. Wiemy, co oznacza ta grupa Świętej Rodziny, uciekającej ku palmom Egiptu, wiemy, przed jaką grozą i przed jakim Herodem. Ale nade wszystko jest tu wielki, olbrzymi krucyfiks. Wyłamano go z jakiejś kaplicy wielkopiątkowej klasztoru w Monserrat, średniowiecznego Monsalvatu, św. Graala i Richarda Wagnera. Tkwił tam w mroku, w pustelni górskiej, klęczały przed nim pokolenia, krwawiły pod razami biczowań plecy, słały się kadzidła i myśli ludzkie, a teraz uniesiono go, rzucono na ciężarówkę, przewieziono po asfaltowanych drogach i ustawiono w korytarzu muzeum, lamusa rzeczy i czasów, które przeszły. Niegdyś nie śmiano podnieść ku niemu oczu, a oto my patrzymy prosto w twarz, oglądamy, jak ogląda się rzeczy z muzeów, wyprężone przez rzeźbę ścięgna rąk i nóg, ugięcie złamanych goleni, żebrowania piersi wypięte łukiem nad wklęsłą zapadłością brzucha. Młodzi milicjanci, którzy przed chwilą podrwiwali z peruki jakiejś biednej wiejskiej Madonny, przyprawianych włosów i nakładanych na rzeźbę sukienek, patrzą teraz niemo na tę twarz wyciągającą się ku górze ostatnim wysiłkiem zmartwiałej na krzyżu szyi, z ostatnim rozchylającym wargi jękiem. Ci ludzie musieli widzieć śmierć, musieli ją zadawać. Być może, że rozstrzeliwali z wyroku sądu, być może, że nocą chwytali podejrzanych, wywozili ich za miasto i strzałem w plecy czy głowę upraszczali procedurę rewolucji. Musieli wpadać do klasztorów i powtarzać w nich sceny z Żeromskiego61, palić i zabijać. Teraz, w biały dzień, w muzeum i na spokojno, widzą obraz śmierci. Ten obraz dopiero przeraża. Chrystus z Monserrat, Chrystus z legendarnej świątyni Graala zza siedmiu gór i mórz, i rzek, zszedł na rozkaz rewolucji z czterech ścian swej kaplicy. Ciężki samochód odstawił go do wielkiego, nowoczesnego miasta, w którym spalano kilkadziesiąt kościołów, klasztorów i kaplic, a żadnego z nich nie pozostawiano religii. Najmłodsze pokolenie przyszło go oglądać jako dzieło sztuki i eksponat muzealny — i oto patrzy nań teraz inaczej, niż się patrzy na dzieło sztuki i eksponat muzealny.

W wielkich kościołach Hiszpanii było pusto, z roku na rok stawało się coraz puściej, choć król na podmadryckim Cerro de los Angeles62, w geograficznym środku Hiszpanii, odczytał akt oddający ten kraj pod szczególną opiekę Sercu Jezusowemu, choć stanął tam pomnik Ukrzyżowanego, z ramionami rozpostartymi nad miasto, choć nie zmniejszyła się liczba kardynałów, choć na znaczkach pocztowych umieszczano wizerunek papieża. Obok setek ludzi, którzy biczowali się w klasztorach, spali na kamiennych posadzkach i nosili włosiennice, były miliony, które o mszy świętej nie miały, po prawdzie, żadnego wyobrażenia. Wyrastało całe młode pokolenie wielkich miast, proletariackie i walczące. Obchodziło z daleka kościoły hiszpańskie, ze szlacheckimi herbami swych fundatorów na frontonie, zbyt podobnymi do godeł na karetach diuków i na guzikach liberii markizów. Zachowało, muśnięte czasem poprzez innych, w bardzo wczesnym dzieciństwie, wspomnienie jakichś sodalicji63 czy kongregacji64, zbiórek i bractw, tanich karmelków, którymi częstował el senor cura65, do których mieszał się zapach mdlącego kadzidła — całości czczej, nieprzekonywającej co do celowości swych praktyk i wreszcie dosyć nudnej. Ponad to wszystko stawała później groźba religijnych zakazów, widmo grzechu i potępienia wiecznego, zbyt słabe, żeby od uciechy powstrzymać, dość silne, żeby niejedną z nich, przynajmniej zrazu, zamącić trwogą. Wreszcie jeszcze potem, już znacznie później, senor cura, kościół, krzyż i religia — wszystko to stawało, czy zdawało się stawać, na drodze, którą wytyczano przyszłość, utożsamiało się ze wszystkimi wrogami, znajdowano to wszystko w poprzek strajków, prac związkowych, żądań i postulatów.

Religia stała się wtedy nie tylko czymś czczym, ale i szkodliwym. Formą, która nie tylko nie posiadała już treści, ale posiadała ją wrogą. Materiał palny był odtąd zebrany do syta. Wystarczyło iskry, żeby padła i żeby swym ogniem spaliła tysiące kościołów Hiszpanii. Wystarczyło strzałów, żeby powiał wiatr, który wydarł ze świątyń i przeniósł do muzeum szczątki i strzępy arcydzieł. Milicjanci patrzą na Chrystusa z krzyża nie tyko jako na swoją własność — przecież należy już teraz do patrimonio del pueblo — ale także jako na swoją zdobycz, swój własny wojenny łup. Po wielu latach, a może po raz pierwszy, na to zdarte z wzniosłości ołtarzy patrzy jako na rzecz i własność, nie jako na Boga i Pana. To czym zasłaniano się przed nimi, ich ojcami i ich klasą, czym zażegnywano tyle wysiłków, tyle podmuchów buntu, zostało rozbrojone z potęgi wierzących mas, armii sutann, pieniądza i aparatu, jest tylko muzealnym eksponatem, nagim, zwleczonym ze wszystkiego, jak ów skazaniec, którego mękę przedstawia. I niewątpliwie po raz pierwszy, tu i teraz właśnie, poczyna do nich wyrazem swej męki przemawiać. Milicjanci milczą „Wspaniałe dzieło, co?” — przerywa kłopotliwe milczenie mój cicerone66. Milicjanci nie odpowiadają mu nic, tak jakby myśleli właśnie o czymś, co się nie mieści w żadnym pojęciu artyzmu i wartości.

Muzea hiszpańskie są czymś zupełnie odrębnym wśród wszystkich muzeów świata, a ich twórcy byli niewątpliwie najlepszymi organizatorami muzeów. Madryckie Prado, dziesięciokrotnie mniejsze od galerii Luwru czy londyńskich, jest skarbcem najpiękniejszych arcydzieł, doborem klejnotów najpierwszego blasku. Muzea sowieckie rządzą się doktrynerstwem, wyliczają, ile korcy67 żyta kosztowała ta a ta monstrancja, jaki jest procent arystokratów, wojskowych, duchownych, a jaki chłopów i robotników wśród świętych wymalowanych w kijowskim soborze Włodzimierza. Już dawno barcelońskie muzeum wyławiało każdą kafelkę68 mozaiki rzymskiej, każdy architraw69, każdą kolumienkę z wirydarzy70 zniszczonych romańskich klasztorów i wszystko to umieszczało z powrotem w ramach, które odtwarzają otoczenie, wmurowywało w sklepienia jak z warownych kościołów, w łuki i absydy71, umieszczało w świetle czy mroku, w blasku świec woskowych czy w brzasku padającym przez małe szybki gotyckie wtapiane w ołów. Jest sala w tym muzeum, gdzie na kolumnach poszczerbionych stuleciami, pozbieranych ze świątyń, po których już dawno nie ma śladu, a pięknych i smukłych, stanęły, pozbierane jak one, Madonny, otulone w swe kamienne fałdy gotyckich szat, z twarzami dzieci i dziewczyn, z uśmiechami matek nad niemowlęciem. Rząd Madonn kamiennych, niesionych na głowicach kapiteli72, idzie ku nam, a dla tych milicjantów, z których każdy przeszedł kurs bezbożniczy, oto przecież dziś tylko jedna postać więcej z owej „szkodliwej legendy”, naiwna historia dziewicy-matki, człowieka-syna-Boga, wątek, który uczeni odnajdą w wielu religiach przeszłości, dla ludzi z ulicy prozaiczne, zgoła nie cudem tłumaczone wydarzenie. Ciśnie się tak na usta uśmiech, który będzie bluźnierczy, i zamiera w połowie drogi.

Z każdej z siedemnastu Madonn gotyckich i romańskich, renesansowych i najprostszych idzie przez salę najprawdziwsze, utajone w spuszczonych oczach, w zgięciu rąk, w fałdach szaty, religijne piękno. To piękno ma w sobie coś, co nakazuje szacunek i co swym irracjonalizmem przerywa wszystkie bezbożnicze tłumaczenia boskiego pochodzenia Chrystusa. Jest coś z tego w Madonnach najstarszych, ociosanych zaledwie z grubsza, gdzie całe piękno kryje się wkoło oczu i ust, w schyleniu głowy, w zamyśleniu czoła. Oto te wszystkie Madonny ustawiono tutaj, dawno przed rewolucją, tylko jako cenne rzeźby, tylko i wyłącznie jako dzieła sztuki, i oto wszystkie one przeczą wyraźnie temu, że są tylko dziełami sztuki, tylko odmienną od antycznej inkarnacją73 kobiecego piękna. Nie można obronić się przed myślą, że były dziełem natchnienia innego niż zachwyt nad pięknem cielesnym, innego niż ten, jaki odczuwał Fidiasz wobec Aspazji74, Canova wobec Pauliny Bonaparte75. Uczono młodych żołnierzy milicji ludowej, że nie ma natchnienia bożego w Piśmie Świętym, w Ewangeliach i Apokalipsie, dziełach, o których uczy kościół, że są z natchnienia Bożego — a teraz zapada w ich dusze myśl, że te pomniki niewiadomych artystów, artystów prostych i małych, których nazwiska zagubiła historia, mogły powstać przecież jedynie jako owoc najgłębszego natchnienia, łaski dającej odczuć niepojęte, uduchowienia pozwalającego oddać niematerialne. W innych salach przejdziemy wkoło porąbanych rzymskich Wenus76, wydobytych z zawalonych świątyń, wkoło odkopanych bogiń o zapomnianych imionach, ujrzymy ślad piękna ludzkiego wyrywający się z potrzaskanych brył marmuru, — ale tylko tutaj, u Madonn zeszłych z ołtarzy świątyń, znajdziemy coś, co jest wizerunkiem nie piękna ludzkiego już, nie rasy i ziemi, ale boskości.

*

Przynoszono tu srebrne, kute w rzeźby płyty z ołtarzy, tryptyki wyrwane z płonących kościołów, odrzwia i części ambon, tabernacula77 i monstrancje. Rzucano to w nieładzie, pomieszane z kapami i stułami, ze srebrami stołowymi i porcelaną, z tandetą i i skarbami, jakich nie ma w naszych klasztorach Północy. W jednym dniu kościół został złupiony ze wszystkich dzieł, jakie poprzez sztukę niosło mu religijne natchnienie całych wieków. Muzeum chroni te resztki — bo niewątpliwie to tylko resztki — których nie pochłonęła rewolucja, których nie rozdrapały chciwe ręce, nie rozdarło i nie rzuciło w ogień zniszczenie. Dlaczego niszczono tak zajadle, z taką wściekłością, z taką pasją?

Nie ma, niestety, żadnej odpowiedzi, która by zadowalała, jest wiele, które wręcz kłamią. Przede wszystkim teza, że kościoły i klasztory były twierdzami, z których strzelano do tłumu. Otóż, jeśli chodzi o Barcelonę, gdzie rewolucja 19 lipca miała przebieg najkrwawszy, oskarżenie wymienia tylko trzy klasztory, przy czym sprawdzalność tego oskarżenia mogłaby jeszcze podlegać dyskusji. Jak wytłumaczyć tutaj spalenie pozostałych trzydziestu dwóch, którym podobnego zarzutu nie wytaczano? Ale i zarzut strzelania z trzech pozostałych jest dosyć złudny. Przede wszystkim głównymi punktami powstania wojskowego wcale nie były kościoły, ale hotel Colón i dwa gmachy wojskowe w porcie. Hotel Colón nie został spalony, choć był centralą gen. Godeda78, choć stąd najgęściej i najcelniej strzelano do ludu, gmachy w porcie nie uległy zniszczeniu. Z domów w mieście, z których strzelano do milicji, również żaden nie został spalony, chyba w walce wręcz. Natomiast kościoły padły prawie wszystkie, z wyjątkiem katedry, pastwą ognia i zniszczenia. Kierownicy powstania, oficerowie i generałowie, zostali uwięzieni, oddani pod sąd. Księży i zakonnic nie sądzono. Zabijano na miejscu.

Można by to wszystko rozszerzyć, można wyjść poza Barcelonę. W Barcelonie byli księża, były zakonnice, którzy zdołali ujść, schronić się i ukryć. Barcelona jest miastem wielkim jak Warszawa. Ale jest jeszcze prowincja, a na prowincji zabito wszystkich księży. W Tarragonie, katalońskim Gnieźnie, pełnym kościołów i klasztorów, urządzano szczególnie krwawą masakrę. Cała wieś hiszpańska, dokąd tylko sięgnęła rewolucja, zastała pozbawiona księży. Step kastylski i naga sierra, skaliste wzgórza, gdzie wszystko widać z daleka, nie są dobrym miejscem ukrycia. Biskupi, z których wielu było właśnie w Rzymie lub korzystając z lata, znajdowało się w San Sebastian, letniej stolicy Hiszpanii, zdołali na ogół ujść. Ale niższy kler jednego z najbardziej katolickich krajów zostali zlikwidowany w tempie gwałtowniejszym niż to uczyniono w Meksyku, znacznie, bez porównania gwałtowniejszym niż to zrobiono w Rosji. W skutkach powstania wojskowego bardziej ucierpiały ołtarze niż koszary. Nawet rewolucjoniści nie twierdzą, że w dn. 19 lipca wszyscy proboszczowie ze wszystkich dzwonnic na wsi strzelali do ludu czy milicji. Wymordowani zostali wszyscy. Pierwszą hekatombą ofiar rewolucji francuskiej byli arystokraci i dworacy, rosyjskiej — właściciele ziemscy. Hiszpańskiej byli księża. Można mówić o rozpolitykowaniu, ale ostatecznie trudno się dziwić, że kler hiszpański mało żywił sympatii do anarchistów czy komunistów, i trudno mieć o to pretensję. Można mówić o rozpuście, która jest tu niesłychanie często stawianym zarzutem, ale jeśli i ten zarzut przyjmiemy na wiarę, wszystko to razem wzięte jeszcze nie uzasadnia masakry. A powiedziałem, że wedle tego, co mi mówili tak wiarogodni ludzie jak Ventura Gassol, kataloński minister oświecenia, jak Miravilles, młody szef milicji Barcelony, zwycięzca w walkach ulicznych, wypadki zbrojnego współdziałania z powstaniem były nieliczne, nie odegrały żadnej roli, a wreszcie zakonnicy jednego z obsadzonych przez wojsko klasztorów mogli zawinić tam akurat tyle, co właściciele zajętego w ten sam sposób, jako baza przyszłych operacji wojennych, hotelu Colón.

A jednak ośmieliłbym się być zdania, że rewolucja ludowa rządziła się trafnym swych interesów instynktem, gdy całą moc swego ciosu skierowała nie przeciw armii, nie przeciw bankierom, nie przeciw młodej Hiszpanii falangistów79, lecz przeciw kościołom i klasztorom. Trafnym instynktem w tym znaczeniu, że uderzyła w to, co było największą siłą moralną stojącą jej na drodze. Wszystko, co było starą Hiszpanią, dawną Hiszpanią, stało kościołem w tym kraju, gdzie królowie porzucali trony, żeby się zamknąć w klasztorze, gdzie budowali swe pałace i klasztory. Nigdzie tak jak na tym pograniczu niebezpieczeństwa muzułmańskiego, feudalizm i duch feudalizmu nie zespolił się z katolicyzmem, nie stworzył z nim razem wielkiej budowy nowoczesnego państwa Karola80 i Filipa81 ze zlepku górskich królestw82. Ale cele, jakie sobie stawiano, rozpoczynając tę budowę, zrealizowano już dawno, przed wiekami. Budowa dalej stała, więzy karności dalej były więzami karności, grand83 nadal był grandem, oficer był nadal rycerzem. Zadanie, jakie wykonać miała cała ta machina, zostało osiągnięte, nowego sobie nie znaleziono. Wysiłek ciążący na masach pozostał wysiłkiem. Żyły dalej w cieniu kościoła i cieniu zamku, chciano, żeby żyły tak samo w cieniu fabryki i sztolni. Siłą, która mogła żądać od ludzi takiego życia, mogła być tylko idea, był nią więc kościół. Kościół hiszpański na przełomie wieków nie znalazł nowych Ximenesów84, którzy by wskazali sobie nowe, współczesne cele i do ich wykonania zaprzęgli cały zapas swych sił, całą moc swej moralnej potęgi. Potrafił wznieść się tylko ku patronowaniu akcji wyborczej Gil-Roblesa85. Tak jak régime monarchistyczny w Hiszpanii sądził, że wykaże swą rację bytu, asfaltując gorliwie szosy. A to jednak, jak na kościół katolicki i jak na dziedziców Karola V, było nieco za mało. Tym, tylko tym, trudno było uzasadnić prawo do władzy i rządu dusz! Ruszywszy w bój, znalazłszy w stanowisku obu wielkich sił Hiszpanii swego wroga, masy rewolucyjnie uderzyły weń najsilniej. Był to trafny instynkt walki, gdy palono najpiękniejsze kościoły, niszczono najpiękniejsze arcydzieła — hołdy, jakie Hiszpania składała kościołowi swym talentem. Było to cofnięcie się i przegrana, gdy tłum stanął przed portalem gotyckim katedry, zatrzymał się przed obrazem El Greca86, przed krucyfiksem średniowiecznym.

Było to cofnięciem się i przegraną, ale było to także momentem, gdy nóż sekcyjny doktryny napotkał na opór najtwardszy. Odtąd musiał kruszyć nie tylko narzędzia, którymi kościół może jeszcze odnieść zwycięstwa, ale musiał ciąć poprzez wszystko najbardziej hiszpańskie, najbardziej własne. Tych krucyfiksów, których realizm jest straszliwy, tych El Greców o nadludzkim wyrazie, tych Madonn poczętych w natchnieniu rzeźbiarza, portali z kamiennych litanii, nie sposób oddzielić od katolicyzmu i nie sposób oddzielić od hiszpańskości. Rozdział kościoła od państwa wobec obrazu Murilla87 lub Zdjęcia z krzyża88, oddzielenie w nim tego, co jest katolickie, od tego, co jest hiszpańskie, możliwe jest tylko przez zniszczenie. Szwy sztuki, głębokie szwy idei, która dawała niesłychane głębie natchnienia, łączą niewzruszenie katolicyzm i hiszpańskość, pomimo milicji ludowych i złych księży, pomimo Queipy de Llano89 i Pasionarii90, niezależnie od tego, kto jutro, a kto za lat sto będzie panem Madrytu. Można by przenieść dzieła kościołów hiszpańskich do Watykanu, do Polski, do Kochinchiny91, ale Chrystusy i Madonny rozniosą tylko po kościołach Rzymu i Krakowa wielkość sztuki hiszpańskiej. Można wszystkie El Greki i Murille osadzić w muzeach bezbożniczych i przyszłe pokolenia, niewiedzące nic o papieżach, spowiedzi, mszy i różańcu, powiedziałyby jeszcze, że żadna religia, żadna idea, nie wyraziła się w sztuce takim przebłyskiem ponadludzkiego piękna.

Pozostawało spalić, pozostawało zniszczyć, i istotnie tłum wiedziony instynktem niszczył tam, gdzie nie chcieliby niszczyć przywódcy, niszczył po to, aby już nigdy ze zgrozy nad tym Chrystusem, z zachwytu nad tą słodką Madonną nie powstały na tej ziemi kościoły i kler, majątki kościelne i feudalizm, przerzucony, jak mumia wyschła, aż w XX wiek. Ale żeby zniszczyć to najgłębsze w salach muzeum Barcelony, miasta czerwonych sztandarów i pomordowanych księży, do milicji ludowych i bojowców barykad, do socjalistów i anarchistów przemawia religia poprzez piękno poczęte z ich krwi, z ducha ich narodu i rasy. Powoli sale muzeum zamieniają się w kościół. Konający Chrystus z Monserratu sam jest dla siebie ołtarzem.

Nie można, nie można tego oddzielić. Można to było zniszczyć, zniszczono wiele, ale to, co zostało, rzuca dalej swój czar na naród, jeden z najbardziej podatnych wrażeniom sztuki. Nie można oddzielić dzieła sztuki od religii, religii od narodu, który właśnie swą wiarę w sztuce wyraził. Ale wtedy, w takim muzeum, rozumie się ów szał niszczenia, którym był owładnięty tłum hiszpański, szał, którego wszyscy się tu wstydzą, nikt wytłumaczyć nie umie. Jest w Orlątku92 Edmonda Rostanda scena, gdy Metternich tłumaczy księciu Reichstadtu, że to nie krew Cezara odezwała się w jego żyłach, że to nie rysy Korsykanina znaczą w jego twarzy, że to po matce cała przeklęta, niezdolna do czynu przeszłość habsbursko-makabryczna, austriacko-kastylska wzięła w nim górę:

Peux-tu te regarder, la nuit, dams cette glace,

Sans voir, derrière toi, monter toute ta race?

— Vois, c’est Jeanne la Folle, au fond, cette vapeur!

Et ce qui, sous la vitre, arrive, avec lenteur,

C’est la pâleur du roi dans son cercueil de verre!...

I syn Napoleona tłucze, przerażony, lustro, w którym mu pokazano jego nienawistne, a niewątpliwe filiacje93, chce zapomnieć o tym wszystkim, co jest jego przeszłością i zmorą. Ale jest to tylko stłuczenie lustra, i nic więcej. Dalej błąka się blady cień Joanny Szalonej94, dalej ma w oczach trwożne spojrzenie Don Carlosa95. Przeszłość tragedii i degeneracji wlecze się... jego śladem. U stóp niejednego z hiszpańskich portali, niejednego El Greca i niejednego Chrystusa załamał się w ludzie instynkt rewolucji, zupełnego, na wieki wieków zerwania z przeszłością. Cokolwiek by się stało, powlecze się ona teraz jego śladem, spojrzy w oczy, zapadnie w serce. Prędzej czy później wzejdzie nowa ruń wiary, zakrzepłej w tym pięknie ludzkim natchnieniami czasów świętej Teresy i Jana od Krzyża96, zachowanej w tym skrzepnieniu aż po nasze czasy. Najlepszym, najgłębiej czującym, najszersze zakresy świata ogarniającym — objawi się najsamprzód97. Roznieci w nich na nowo tęsknotę do tego poza nami, czego nie obejmą kołchozy, nie wyczerpią wysiłki piatiletek98, podniesienia dobrobytu, radiogłośnik, urlop pracowniczy i ford. Nie wiedzieć nawet kiedy zegnie im kolana i złoży, jak zapomnianym już dziadom, ręce, nie wiedzieć kiedy wyrwie im z piersi okrzyk tęsknoty i podzięki — pacierz codzienny.

Finis Cataloniae?99

W trzy dni po moim przyjeździe do Barcelony oddałem listy polecające do dwóch dygnitarzy: Ventury Gassol, poety, katalońskiego ministra oświecenia i Jaime’a Miravilles, niegdyś wykładowcy w robotniczej szkole technicznej, dziś szefa katalońskich milicji ludowych, zwycięzcy w walkach ulicznych. Poza nader uprzejmym przyjęciem uzyskałem od władz nowy glejt bezpieczeństwa, opatrzony mnogością pieczęci i podpisów. Nazajutrz zgłosiłem zapotrzebowanie na przydzielanie mi i zarekwirowanie dla mych celów zawodowych rzeczy dla dziennikarzy tak oczywiście niezbędnej jak samochód, i ta nader naturalna prośba została przychylnie załatwiona w błyskawicznie krótkim przeciągu czasu — niecałej półgodziny. Maszyna biurokracji rewolucyjnej, powolna i ociężała, gdy chodziło o sprawy paszportowe, wykazała, widocznie nabytą przez praktykę pierwszych tygodni przewrotu, zadziwiającą sprawność. Odchodząc, myślałem tylko, że w tym pięknym kraju łatwiej o cudzy samochód niż o własny paszport.

Muszę zedrzeć jednak maskę i powiedzieć, że ów piękny plan nie wyszedł ode mnie. Obmyślił go po prostu sam właściciel zarekwirowanego samochodu, mój nowy znajomy, ów Vergnolles, którego myśli krążyły ustawicznie wokoło najlepszego sposobu zabezpieczenia swego wozu przed losem wszystkich samochodów hiszpańskich. Vergnolles doszedł do wniosku, że na zarazę „inkautacji” nie ma lepszej ochrony niż nieszkodliwa szczepionka pozornej czy polubownej rekwizycji. Na jego to prośbę udałem się do odnośnych czynników, wymieniłem cel mego przybycia, wskazałem upatrzony już numer samochodu, załatwiłem parę innych szczegółów. Wyszedłem stąd z odpowiednim pismem, a Vergnolles dopełnił reszty operacji, uzyskując zaświadczenie, że jest szoferem przydzielonym do obsługi wozu. Jako szofer uzyskał legitymację zawodową i prawo poruszania się „po całym terytorium antyfaszystowskim”. Oto jak z tępionego burżuja można się stać uprzywilejowanym, obdarzonym zaufaniem proletariuszem, a w dodatku zabezpieczyć sobie swą własność. Za kilka dni przez Walencję i La Manczę ruszamy do Madrytu. Przejedziemy samochodem pół Hiszpanii, ogarniętej ogniem rewolucyjnym jak Ukraina w 1918 roku, przenikniemy przez płonący kraj Don Kichota. Bardzo jest nieprzyjemny ten Vergnolles, ze swoim dość podejrzanej autentyczności „de”, z tymi sposobami na uchronienie samochodu i wykiwanie rewolucji. Ale projektowana wyprawa ma też swoją wymowę, zwłaszcza w takiej chwili, i dlatego kapituluję ostatecznie.

A jednak nie dla wszystkich problem chwili obecnej zamknął się wokoło zagadnienia, jak uchronić swe życie i co można ze swej własności. Vergnolles powtarza bez zrozumienia wielkie słowa o rewolucji proletariackiej: jej sens zwęża mu się w istocie do willi na Paralelo i limuzyny. Podobnie niejeden milicjant, niejedna dziewczyna, niejeden autentyczny rewolucjonista i proletariusz ogarnia całość najbliższej przyszłości. Jest pijany swym wydźwignięciem się ponad całą, zdruzgotaną przezeń, drabinę społeczną, swym zwycięstwem nad oficerami, bankierami i księżmi, kadzeniem mu inteligentów z radia i prasy, buńczucznymi wiadomościami z frontu. Trudno i jemu ogarnąć całość wszystkich dokonań, skutków i następstw tego, co zaszło. Tylko że jeszcze są ludzie w Katalonii, którym jeden samochód i willa nie zakryją całego świata i których głęboka ludzka wiedza, mądrość połączona z wykształceniem, pozwala dojrzeć to, czego nie widzą tamci.

Drugi z kolei mój znajomy należy — na swe nieszczęście — do takich. Jego niewątpliwe ludzkie nieszczęście jest nieszczęściem niejako nieosobistym, oderwanym od tego rodzaju nieszczęść co utrata życia czy majątku, co nawet strata ukochanych osób; unosi się ono w stratosferze przerastającej rozmiary nieszczęść, jakie mogą dotknąć Vergnollesów. Jest to nieszczęście inteligenta-ideowca. Jest to nieszczęście postępowca, socjalisty nawet, i Katalończyka.

Jest to najpierw nieszczęście ideowe Katalończyka wobec tej rewolucji. W pałacu dawnej rady barcelońskiej, weneckiego senatu tej hiszpańskiej królowej mórz, rezyduje nowy rząd kataloński. Jest autonomiczna republika, cel marzeń całych pokoleń Katalończyków. Ale mój przyjaciel wie, że to jest pozór tylko, że majacząca przez wiek w oddali samoistność Katalonii stoczy się teraz do rzędu takich samoistności jak Ukraina czy Gruzja, zamiast wynieść się do rzędu Litwy czy Łotwy100. Kwestia katalońska, która odzywała się tak silnie w ostatnich kilkudziesięciu latach, zamiast rozwiązania doczekała się obecnie przekreślenia. Cóż to była bowiem kwestia katalońska? Silna warstwa mieszczańska i drobnomieszczańska, wyrosła szybciej, niż to się stało w reszcie Hiszpanii, nasiąkłej ideami z Europy, gdy Kastylia broniła się przed nimi zawzięcie — liberalizmem, niechęcią do supremacji wojskowo-szlachecko-klerykalnej, antagonizmem w stosunku do centralistycznej stolicy — oto były jej podstawy. Walka o język w szkole i urzędzie, własna literatura, odgrzebywanie w historii własnych bohaterów narodowych, szukanie w nich antenatów101 walki z Madrytem — to wszystko było tylko nadbudową owego społecznego podglebia. Po rewolucji 20 lipca nadbudowa ta jeszcze istnieje. Jej podstawa społeczna runęła za to w otchłań. Kwestii katalońskiej dziś już nie ma. Nie wie o tym Vergnolles, nie wiedzą milicjanci, może nie wie Companys, pochłonięty walkami dnia. Mój przyjaciel wie o tym dobrze.

Kwestii katalońskiej dziś już nie ma, bo nowoczesne mieszczaństwo, które tę sprawę podjęło i wyniosło, nie zdołało jej zapewnić zwycięstwa w erze liberalizmu, w erze rozkwitu wszelkiego mieszczaństwa, bo obalenie monarchii i autonomia katalońska przyszły jako późny jesienny owoc, owoc drzewa, które przestało już rodzić, zdobycz warstwy, która politycznie odchodzi już w przeszłość. Kwestii katalońskiej nie ma, bo nowa warstwa robotnicza, która nadeszła, właściwie nic o tej sprawie nie wie. Złożyło się na to wiele czynników, ale u ich podłoża stało przede wszystkim uprzemysłowienie Katalonii. Było niezwykle silne. Ludność przemysłowej Barcelony to połowa mieszkańców Katalonii. Taka proporcja sił mówi za siebie. Proletariat robotniczy Barcelony ulegał od lat wpływom anarchosyndykalizmu głoszącego federację całej Hiszpanii, bez specjalnego wyodrębnienia Katalonii. Proletariat ten, jak wiele innych proletariatów, mało okazywał zainteresowania sprawami językowo-narodowościowymi. Wreszcie uległ on niezwykle silnej infiltracji żywiołów z rdzennej Hiszpanii, z Kastylii, z Andaluzji, z Murcji. Czwarta część mieszkańców Katalonii urodziła się poza jej granicami. Walka 20 lipca odbyła się pod sztandarami socjalizmu i komunizmu, anarchizmu i syndykalizmu, trockistów i stalinowców, ale w tej powodzi czerwieni jedno zeszło do roli pustej dekoracji — barwy katalońskie. Jako burżuazyjne zamknięte zostały liczne dzienniki katalońskie, rozbite partie katalońskie, organizacje. Lewica katalońska gra coraz mniejszą rolę w rządzie, gdzie przychodzą ministrowie coraz bardziej czerwoni. Nie dlatego że katalońska, dlatego że nieproletariacka. Ciosy wymierzone w pozycje społeczne podważają zarazem narodowy stan posiadania. Monarchia hiszpańska nigdy nie byłaby w stanie dokonać podobnej unifikacji tego kraju, jakiego dokona tutaj rewolucja proletariacka.

Nie można powiedzieć jeszcze, co przyjdzie, ale jeśli zwycięży rewolucja, nastaną rządy mniej lub więcej podobne do sowieckich, może z większymi wpływami kapitału zagranicznego, może mniej w stylu Rosji, bardziej w stylu Meksyku. Jeśli zwyciężą wojskowi, nadejdzie zapewne okres srogiej reakcji: Queipo de Llano, generał-histrion102, który codziennie wymyśla i złorzeczy przez radio sewilskie, nie mówi o Katalończykach inaczej niż „te psy katalońskie”. Tak czy inaczej, losy kwestii katalońskiej wydają się przesądzone. Odejdzie ona do archiwów historii, tak samo jak warstwa, z której rozkwitem pojawiła się na widowni, ale od której nigdy odłączyć się nie mogła.

Rozwój, rozwój przemysłowy. Jeszcze kilkanaście lat przed wojną przemysł tutejszy nie był skoncentrowany, rozbity na małe warsztaty, licznych przedsiębiorców, nielicznych robotników. Lata wojny i dostaw wojennych unowocześniły go, pomnożyły jego proletariat w setki tysięcy, stworzyły z tego proletariatu wielką klasę społeczną. Ale znowu postulat taniej pracy kazał przedsiębiorcom sięgać po robotnika z ubogiej Kastylii, z podzielonej na płachetki Murcji. Chłop kataloński był oświecony i zamożny, miał dużo gruntu, mało dzieci. Kwestii rolnej w Katalonii nie było. To kwestia rolna minifundiów murcyjskich, latyfundiów andaluzyjkich, podmywała swym tańszym robotnikiem narodowe podstawy katalonizmu. Róże, bracia Róży.

Nie można wtedy właśnie o nich nie myśleć. Cała ta wojna przetoczy się po ich życiach i ciałach. To z nich wyszły zakonnice mordowane po klasztorach, z nich wyszli robotnicy-milicjanci ginący na frontach, z nich żołnierz z „Tertia”, którego rozstrzeliwują rządowi. Milczący i bezimienni, przesuwają się poniżej tego, co się nazywa historią. Nie rozumieją nawet swej roli, nie wiedzą, czego dokonał ich napływ coroczny i ogromny do fabryk Barcelony. Zdziwiliby się, gdyby im powiedzieć, że przesądzili losy jeszcze jednej kwestii narodowościowej w Europie, że zdziałali tu to, czego w Poznańskiem nie dokonał Bismarck103. Nie wiedzieli nawet o istnieniu tego, co unicestwili. A jednak to naprawdę ta masa infrahistoryczna, swym ciśnieniem nędzy i pracy, zwielokrotnionej w miliony, wynosząc na swych barkach uświadomiony proletariat, tworzyła tu historię. To ona dokańcza dzieła unifikacji tego kraju z Hiszpanią, jego kastylizacji. W tym dziele — dziwnym przypadkiem losu — jest kontynuatorem polityki pierwszego Burbona na tronie Hiszpanii: to Filip V104, wnuk Króla-Słońca, miażdżył początki katalońskiego separatyzmu. — Jak niespodziani następcy dokończą dziś, sami o tym nie wiedząc, jego dzieła!

„A wtenczas Don Kiszot...”

Pędzimy szosą do Walencji, między górami z prawej, morzem z lewej strony, wśród skał i sadów oliwnych zamożnej wsi katalońskiej. Ale przed każdym peublo — wsią, miasteczkiem czy miastem — czeka nas, niczym za czasów średniowiecza, zbrojna warta. Tam, gdzie dochowały się resztki baszt miejskich, przypomina to naprawdę dawne wieki. Zwłaszcza że ta warta nie ma najczęściej karabinów: jest to jakieś pospolite ruszenie broni cywilnej wszelkiego rodzaju i wszystkich roczników. Są tu pukawki stróżów nocnych, są angielskie sztucery myśliwskie, są wreszcie fuzje, z których strzelano zapewne do szwoleżerów105 cesarza Napoleona. Wartownikami nie są wojskowi, tym mniej policja, są to miejscowi chłopi, od piętnastoletnich wyrostków do sześćdziesięcioletnich staruchów. Na widok samochodu zrywa się ich kilku z jakiejś ławy i podnosząc broń do góry, zagradza sobą szosę:

Alto!

Wóz staje, a siedzący przy kierownicy Vergnolles podaje pierwszemu z brzega nasz list żelazny106. Chłop bierze i zaczyna go powali oglądać. Reszta patrzy mu przez ramię. Trwa to długo, bardzo długo, i nigdy nie jesteśmy pewni, czy aby nie jest to udawanie lektury. Gdy lektura się przedłuża, Vergnolles dorzuca czasem, jakby od niechcenia, jakiś komentarz. Ludzie wtedy mówią z pośpiechem jakieś hiszpańskie „aha, aha”, jakby właśnie to samo, co im mówi Vergnolles, wyczytali w dokumencie i dobrze o tym wiedzieli. Niekiedy jeszcze o coś pytają. Wtedy Vergnolles — niezależnie od tego, o co pytają — wydobywa drugi dokument — ów akt „inkautacji” jego samochodu i przydzielenia go do moich usług — i pakuje go pod nos czeredy. Zwykle w takich momentach ja wyciągam jeszcze mój osobisty glejt i trzymam go w gotowości, dwaj zaś milicjanci, którzy siedzą wewnątrz wozu, poruszają się trochę niecierpliwie. Są to młodzi chłopcy, zaręczeni z dwiema siostrami, milicjanci, którzy kwaterowali w naszym hotelu i mieli się udać do Madrytu. Jadą z nami niby eskorta. Ich granatowe milicyjne mona, karabiny i proletariacki wygląd robią wrażenie:

Passa!

Ale u wyjścia z puebla jest to samo, nowa warta, nowa indagacja107. Znowu twarze chłopskie, srogie, nieufne, w miarę tępe, nachylają się nad szybami. Owszem, może to być nieznośne, zwłaszcza że powtarza się co dwadzieścia kilometrów, że nigdy nie wiadomo, czy taki człowiek nie weźmie którego z nas za przemykającego się cichaczem gen. Franco, że nie ma tutaj puebla, a wśród inwigilantów niewielu jest takich, którzy nie byliby poznaczeni przelaną krwią. Tylko że w zamian za to osiągnęliśmy rzecz dla automobilistów hiszpańskich bezcenną: oto przez całą drogę z Barcelony do Walencji żaden kamień nie śmignął za naszym samochodem, i takiego bezpieczeństwa już bardzo dawno nie było. Jedziemy spokojni, że przy postoju nikt nam nożem nie przekroi opon, nikt nam nie ściągnie walizy, cóż dopiero mówić o podpaleniu — a jakże często to się zdarzało niegdyś — samego wozu. Bunt zawiści, bunt, który wybuchał sporadycznie za przejazdem lśniących limuzyn, przerósł teraz samego siebie. Rewolucja stała się władzą, zatrzymuje nasze samochody, każe nam stawać, pokazywać papiery, wyjaśniać cel jazdy. Musimy to robić w każdym pueblo, musimy to robić wobec chłopa, który nie umie czytać, wobec parobka (jakby u nas powiedziano: „od wideł”), niemal (jakby znowu u nas powiedziano) „wobec dziewki od krów”. Oni mogą nas, inteligentów, właścicieli samochodów, dziennikarzy zagranicznych, kto tam nas wie, zatrzymać, mogą zrewidować, mogą uzależnić od swego uznania, czy możemy jechać dalej czy nie. Ale to wszystko nie wyczerpuje ich roli, określa tylko ich władzę. Ich rola to baczenie, aby nie przekradł się nikt podejrzany, aby na ich małym odcinku nie złamała się rewolucja, która składa się właśnie z szeregu zwycięstw w takich małych, opuszczonych zakątkach. Jest to walka, w której czują swoją nierówność. Ten chłop, który zaledwie umie czytać, jakżeż rozezna się w dokumentach, pieczęciach i podpisach, zwłaszcza gdy mu taki Vergnolles podsuwa je jedne po drugich? Ten chłop wie, że ma do czynienia z inteligentem, że ten go wciąga na pole, na którym odniesie nad nim łatwe zwycięstwo, że walka toczona w tych warunkach jest mimo tych flint108 i dubeltówek warty zgoła nierówna, oka sieci bardzo szerokie. I dlatego stara się wygrać, jak wygrał w walkach ulicznych — liczbą. Nie poprzestaje na jednej indagacji, na jednej warcie. Ustawił warty wszędzie, niemal na rozdrożach, przy wjazdach i wyjazdach. Być może, że ryba, która się przemknęła przez dziesięć oczek, zaplącze się w jedenastym, dwunastym, trzydziestym, więc właśnie dlatego, że każde z tych oczek jest w gruncie rzeczy wiązane źle, niewprawne, trzeba, żeby ich było możliwie dużo. Człowiek „od wideł i gnoju”, rozumie — och, jak dobrze i jak boleśnie! — swoją w tym dziele niewprawność.

Biurokracja rewolucyjna wyrasta właśnie z tych dwóch rzeczy: ciemnoty i rewolucji. Rewolucji, która tym ludziom oddała rządy, lokalne przynajmniej, do ręki, ciemnoty — która utrudnia im wykonywanie rządzenia. Piętrzy się ona na drogach Hiszpanii zwałami utrudnień nużących a niezdarnych. Sądzę, że sprytny szpieg przemknie się, niestety, przez nie, bez najmniejszych trudności, a człowiek najbardziej niewinny, ale o trochę słabych nerwach zaplącze się bardzo łatwo. Wobec podstępów nowoczesnego szpiegostwa ludzie ci są uzbrojeni równie nędznie jak ich towarzysze, ci z flintami napoleońskimi, strzelbami wojen karlistowskich109. Tylko że jest tutaj coś bardziej istotnego od tego wszystkiego: poczucie odpowiedzialności. Ci ludzie rozumieją dobrze, że są odpowiedzialni za rewolucję i republikę, postawieni na straży, że właśnie im powierzono jej losy w jakiejś Casa de la Montana, w jakimś Barnabo Viejas, w jakiejś Villanueva. Dzieje wielkiej przemiany, jej losy i przyszłość, wszystko to rozkłada się obecnie na barki setek tysięcy takich ludzi od Morza Kantabryjskiego110 do Gibraltaru. Dawniej mogli żyć bez tej troski, nie odczuwano potrzeby wykształcenia i książki, rodzice równie niechętnie, jak u nas czasem chłopi, posyłali swe dzieci, przydatne do wypasania bydła, do szkoły. Teraz oświata stała się koniecznością, warunkiem dźwignięcia się i wyzwolenia, utrzymania zdobytych pozycji. Teraz człowiek, który bezradnie obraca niezrozumiały dokument w swym ręku, będzie wiedział, że aby móc coś stanowić w tym kraju, musi przedrzeć tę tajemniczość, jaka leży między jego oczami a treścią owego glejtu.

Mijamy jakieś wille nad morzem samym, ogrodzone i puste, jakieś domy spalone. W Tarragonie wszystkie kościoły — Tarragona była miastem klasztorów i kościołów, ale także fabryk i dzielnic robotniczych — zostały spalone. Jest wreszcie wieczór, zachód kładzie się nad morzem, gdy dojeżdżamy do Walencji. Znowu jak w Barcelonie wielkie bulwary, pełne ludzi, tłumy robotnicze z karabinami, na spacerze. Hotele są zasekwestrowane111. Idziemy do lokalu miejscowego Frontu Ludowego, z prośbą o przydział noclegu. Natrafiamy właśnie na obiad. Panuje atmosfera popisowo serdeczna. Tu już daje się odczuć pewna dbałość o to, jakie wrażenie wywiezie dziennikarz cudzoziemski z Walencji. Rozmowa, zasilana przez gadatliwego Vergnollesa, toczy się szybko. Po kolacji dwaj dygnitarze rewolucyjni obiecują nam pokazać nocne życie Walencji. Jedziemy samochodem do jakiegoś teatrzyku, nieprawdopodobnie obdartego i brudnego, o tandetnych dekoracjach. Cała sala do ostatniego miejsca jest zajęta przez milicjantów. Są to czarne, ogorzałe i niegolone od tygodni typy, wrócili z frontu aragońskiego na urlop i przedstawienie jest dla nich. Dosyć wątpliwej wartości komedyjkę przeplatają występy baletu, rzeczywiście doskonałego, poza tym rozebranego powyżej — czy może poniżej — wszystkich granic przyzwoitości. Żołnierze patrzą jak urzeczeni, jakby nigdy nie widzieli dotąd zgrabnych kobiet, a tylko jakieś kulfonowate poczwary. Przez salę faluje ciepło tych wygłodniałych zachwytów. Mój towarzysz z lewej pokazuje szerokim gestem salę i tłumaczy po francusku: „C’est la révolution qui a donné à ces gens tout celà112. W hallu wisi stary afisz jeszcze sprzed rewolucji. Istotnie, chociażby wysoka cena miejsc czyniła już z tego teatru zamknięty sezam.

Uprzejmość i kokieteria rewolucyjna Walencji sięga jednak dalej. Odwożą nas do naszego nowego mieszkania. Nie jest to już zwykły pokój w hotelu. Jedziemy pięknym bulwarem, pustym i ciemnym, aż wreszcie wjeżdżamy w cienisty ogród jakiejś willi. Jest to dom bogatego handlowca, który zastał rozstrzelany z rozkazu trybunału ludowego, lub może bez rozkazu. Willa stoi pusta, niezajęta, ale mebli jeszcze nie wywieziono. Podczas przedstawienia w teatrze sprowadzono tu brakującą pościel i przygotowano wannę, proponują wybranie pokoi. Nasi możni towarzysze pożegnali nas, życząc dobrej nocy, a milicjanci, odkomenderowani do tego wszystkiego, oprowadzają nas po pokojach porzuconych najwidoczniej w popłochu. Wszędzie walają się jakieś papiery, na stole otwarte książki. Jest mimo wszystko jakoś nieswojo buszować tak po nocy w cudzym domu. Zresztą jestem w tym uczuciu najzupełniej odosobniony: Vergnolles obwąchuje bez żenady wszystkie kąty, taksuje bogactwa rozstrzelanego wroga ludu i kto wie, czyby nie zabrał do kieszeni srebrnej cukierniczki, gdyby jeszcze była. Sympatyczniejsi są już młodzi milicjanci, którzy z nami jadą. Ci tylko najskwapliwiej wleźli do białego panieńskiego pokoju i ulokowali się, nie pytając, w pościelach białych, wąskich łóżek. Na dobranoc powiedzieli mi wesoło jakiś komentarz, zdaje się wyrażający żal, że dawne mieszkanki tego pokoju nie będą im dotrzymywały towarzystwa. Chłopaki zdają się przeżywać pewną szczególną rozkosz z wygniatania swymi proletariackimi ciałami miękkich poduszek seniorit. Vergnolles nie postąpił inaczej. On z kolei ulokował się w łożu samego właściciela domu, w wielkiej pseudośredniowiecznej budowli, z kolumnami podtrzymującymi nad łożem olbrzymi baldachim, i także zdaje się przeżywać jakąś szczególną radość z tego snu w takim właśnie łożu.

Nazajutrz rano wstajemy dość późno, wyjeżdżamy jeszcze później. Okazuje się, że miał z nami jechać innym samochodem jeden z wczorajszych gospodarzy z Frontu Ludowego, który jedzie jak my na Aranjuez113. Gdy nie zjawia się, jedziemy sami. Jesteśmy na naszym dwóchsetnym kilometrze, gdy napotykamy samochód bez benzyny. Takie nieszczęścia, przy obecnych niewykwalifikowanych szoferach, zdarzają się dość często. Odstępujemy im nieco naszej, ale że benzynę jest trudno dostać, przeto114 jedziemy z nimi w bok drogi ku cortijo115, dawnemu dworowi, w którym obecnie zrobiono dépôt116 samochodowe. Droga staje się nieco gorsza, pełznie od głównego szlaku przez wzgórza obsadzone oliwkami. Wreszcie zajeżdżamy przed ów pierwszy dla mnie hiszpański dwór wiejski. Trudno sobie wyobrazić coś bardziej różnego od polskich. W polu, czy raczej w olbrzymim, ale rzadko rozsadzonym sadzie oliwnym, grupa kilku niewyróżniających się jeden od drugiego budynków, skupionych w czworobok. Skąpy kawałek ogrodu warzywnego i duże podwórze, będące czymś pośrednim między dziedzińcem starożytnego zamku a podwórzem folwarcznym.

Dostajemy benzynę, a zaproszeni, czekamy i na obiad, który się spóźnia, co, jak się okazuje, jest wynikiem wadliwego przebiegu rewolucji. Dzieje cortija są ściśle związane z tym opóźnieniem obiadu, które dla wielu spraw może być dość charakterystyczne. Cortijo należało do jakiejś „markizy-wdowy” („marquesa-viuda” — tak nam o niej mówią), która mieszkała w Madrycie. Nie było zbyt wielkie, lecz jeszcze na parę tygodni przed przewrotem zostało opanowane przez robotników-fornali. Nim wdał się w to rząd, wybuchła rewolucja. Majątek został ograbiony doszczętnie, kilka osób z dawnej służby rozstrzelano. Komitet lokalny uważał jednak dotąd wszystko za swoją wyłączną własność i nie chciał poddać się autorytetowi syndykatu117 robotników rolnych, który dąży do przejęcia na swoje imię całej wielkiej własności. Okupanci cortija byli temu przeciwni, tłumacząc, że rewolucyjne ustawy dotyczące socjalizacji odnoszą się do majątków, które w chwili ich wydania były własnością panów; ich zaś cortijo stanowiło już w tym momencie własność ludową. Syndykat nie chciał czy nie mógł użyć siły, użył tedy podstępu: w cortijo osadzono oddział milicji i urządzono, dość niepraktyczne zresztą, dépôt samochodowe. Nieznacznie, zabudowanie po zabudowaniu, nowi goście zaczęli wypierać pierwszych okupantów. W obecnej chwili stosunki wzajemne były jak najgorsze. Fornale odmówili milicji prawa korzystania z kuchni cortija i przygotowanie obiadu odbywało się w sposób dość obozowo prymitywny — na dziedzińcu.

Nieco zmęczeni ruszyliśmy z powrotem na szosę. Droga zaczęła się ścielić równiną, wjeżdżaliśmy w La Manczę, pokazały się pierwsze olbrzymie, do zamków i baszt podobne, z ciężkimi płatami swych skrzydeł, wiatraki. Z góry zjechaliśmy ku większemu nieco miastu. Obliczaliśmy właśnie, że najpóźniej na ósmą będziemy w Madrycie, kiedy na drodze pojawiła się zwykła straż. Vergnolles zwolnił biegu, zatrzymał samochód i zaczął wydobywać dokumenty, gdy naraz kazano nam wysiąść. Mój towarzysz chciał o coś zapytać, ale w tej chwili podniosły się ku nam wszystkie strzelby i rewolwery. Jeszcze szybciej znaleźliśmy się nie wobec straży kilku ludzi, ale niemal w tłumie kilkudziesięciu. Zaczęto nas, nie patrząc na dokumenty, przetrząsać, obmacując dokładnie kieszenie, szwy ubrania. Za nami z nie mniejszą dokładnością przetrząsano samochód. Wszystko to trwało prawie pół godziny i odbywało się z niespotykaną dotąd surowością, powtarzaniem tych samych zabiegów przez coraz to innych ludzi. Vergnolles, miętoszony przez dwóch krzepkich milicjantów, zaczął wreszcie piszczeć o naszym cudzoziemskim pochodzeniu. Niestety, okazało się, że o to chodzi. Ostatecznie wróciliśmy do samochodu, ale nie sami. Przy kierownicy posadzono przygodnego szofera, który zaczął nas wieźć wolno do środka miasta. Tłum zaglądał przez szyby, wygrażając i szydząc. Po chwili wprowadzono nas do dawnych koszar policyjnych i zaprezentowano całej ławie dygnitarzy ludowych siedzących za stołem jak za trybunałem. Zauważyłem, że przedstawiono nas jako cenną zdobycz i że Vergnolles był zupełnie blady.

Jakiś dość uprzejmy dygnitarz zapytał nas o nasze narodowości. Wymieniłem polską, Vergnolles — kubańską. Polska wywołała jakby pewne zdziwienie, ale kubańska ściągnęła na Vergnollesa gromy podejrzeń. Zaczęto go długo wypytywać, badać jego papiery, pytać na nowo. Niski i tak, kurczył się jeszcze we dwoje. Wreszcie zrozumiałem, że mówią coś o Włoszech czy o jakimś Włochu. Zrozumiałem też, że Vergnolles zaczyna czemuś gwałtownie zaprzeczać, przysięga, a jednocześnie zwraca się ku mnie i mówi coś o mnie. Za jego słowami oczy inkwizytorów skierowały się na mnie. Zadano mi pytania, których nie rozumiałem. Vergnolles podjął się roli tłumacza. Pierwszym pytaniem po paru najprostszych było, dlaczego mój paszport nie nosi wizy włoskiej. Powiedziałem, że we Włoszech nie byłem. Po przetłumaczeniu mojej odpowiedzi pojawiły się jakieś szydercze uśmiechy. Zauważyłem, że Vergnolles uśmiechnął się także, i naraz nabrałem przekonania, że gra jakąś dla mnie jeszcze niezrozumiałą, ale dwulicową grę. Miałem wrażenie, że moje zeznania tłumaczy nieściśle. Zapytano o kartę dziennikarską i starano się wytłumaczyć, że nosi jakąś pieczątkę włoską. O porozumienie było coraz trudniej. Naraz wszedł do sali nowy inkwizytor, sprowadzony, jak się okazało, specjalnie. Wyglądał roztropnie i mówił dość dobrze po francusku. Po kilku zapytaniach powiedział:

— Tu są poszlaki, że jeden z panów jest szpiegiem włoskim, który, jak nam jest wiadomo, posiada wszystkie papiery w porządku i przekrada się do Madrytu. Towarzysz pana twierdzi, że pana zna od tygodnia i nic o panu nie wie, że pan włada paroma obcymi językami i nie jest mu wiadome, czy pan nie jest Włochem. —

Vergnolles zmieszał się i chciał przerwać. Ale już mu nie dano. Sytuacja była jasna. Odpowiedziałem, że moje papiery są w porządku: paszport, dokumenty dziennikarskie, przepustka. Że nie znam języka i trudno mi się bronić. Że zresztą mogę wyglądać na cudzoziemca, jak to „od razu poznano”, ale w każdym razie z nas dwóch, to na pewno nie ja wyglądam na Włocha... Zacząłem skarżyć się na posądzenia, żądać wypuszczenia. Ale w tej chwili wszedł jeszcze nowy jeden przybysz, z którym Vergnolles powitał się jak ze zbawcą i który do mnie wyciągnął przyjaźnie rękę. Trybunał ruszył się ze swych miejsc i nie było już mowy o trybunale. Tajemniczy zwrot potem się wyjaśnił. Okazało się, że nadjechał ów dygnitarz walencjański, który miał jechać z nami rano i spóźnił się. Na rogatkach powiadomiono go o schwytaniu szpiegów włoskich, a że pełnił właśnie kontrolę policyjną prowincji, więc pojechał jeńców obejrzeć. Już przed koszarami poznał nasz samochód i domyślił się wszystkiego.

Za chwilę byliśmy przy samochodzie, ale okazało się, że nasze rzeczy stały się już własnością milicjantów, którzy dokonali dzieła schwytania niebezpiecznych agentów obcego mocarstwa. Opieka lotnego inspicjenta policji rewolucyjnej przydała się jednak: wszystko wróciło do prawych właścicieli. W pół godziny później ładowaliśmy się z powrotem do wozu. Siadając koło Vergnollesa, zobaczyłem, że jest zmieszany i nic nie mówi, bada dziwnie długo mapę. Przypomniałem sobie jego grę, głupią, bo czyniła z niego w każdym razie pomocnika szpiega, skoro los nas dwóch przed tym trybunałem był niewątpliwie ściśle z sobą związany, tchórzliwą, wywołaną straszeniem rewolwerami i flintami, krzykami tłumu, których ja nie rozumiałem, ale on na pewno dobrze rozumiał, indagacją komunistyczno-anarchistycznego trybunału, ale z tym wszystkim i w miarę nikczemną. Po chwili Vergnolles zaczął szybko tłumaczyć, że o ile pamięta, chciałem zwiedzić po drodze Toboso118. Do Madrytu zajechalibyśmy na noc. Teraz niebezpiecznie. Pokaże mi Toboso. Przenocujemy w Toboso.

Miasto — zdaje się było to Albacete — znikło nareszcie za nami, samochód na nowo toczył się naprzód przez step manczegski119. Na rozdrożu przed Quintanar de la Orden wysiedliśmy przed starą hiszpańską gospodą o mozaikach przedstawiających smętne przygody Rycerza o Smutnym Obliczu120 i jego wiernego giermka. Doskonała szosa zawiodła nas aż do Toboso, już w mroku. Małe miasteczko układało się do snu. Zajechaliśmy do gospody, niemal takiej samej jak ta na szlaku. Samochód przejechał przez wysoki próg, wtoczył się na dziedziniec, gdzie pod strzechą drzemały cztery olbrzymie, mogące swobodnie zmieścić człowieka, amfory na wino. W dużej sali palił się ogień i przepraszano nas za niewygodę i niewybredne jadło. Odzwyczajano się już od cudzoziemców. Piękny, nowoczesny gmach Patronatu Turystycznego, jeszcze jeden spadek po Primo de Riverze121, stał od dawna pusty. Toboso, położone na boku wielkich dróg i wielkich wydarzeń, przeżuwało sennie swe codzienne, pół rolnicze, pół pasterskie wydarzenia. Wszystko było naraz cofnięte w przeszłość, nieokreśloną co do wieku, ale równie dobrze wczorajszą, jak przedburbońską. Sto i trzysta lat temu tak samo pachniało — może nawet w tej jeszcze sali — świeżo wygarbowanymi skórami, którymi okryto ławy, tak samo przy ogniu siedzieli ludzie, tak samo rozsychały się amfory gliniane z moszczem, tak samo stały uwiązane osły u drzwi gospody. Jeszcze godzinę temu byliśmy przed trybunałem rewolucyjnym jako faszystowscy szpiedzy, jeszcze pół godziny temu jechaliśmy drogą, którą na Madryt odchodziły transporty, karawany samochodowe pełne broni i ludzi. Tu gwarzono o zbiorach, o dziewczynach i sąsiadach. Nie darł się żaden głośnik radiowy, nie wołał ze ściany żaden plakat. Za chwilę może w tej oberży zjawią się dawni goście: błędny Rycerz o Smutnym Obliczu i Sancho Pansa. W swych dziwnych strojach mniej pewno zdziwią tych ludzie niż my, teraz o tej porze, z naszym buickiem122.

Sprowadzony przez gospodarzy, przyszedł miejscowy nauczyciel, skromny, starszy już człowiek. Mówił nieco po francusku, miał miły, cichy timbre123 głosu, harmonizował dobrze z tym spokojnym schyłkiem dnia w zagubionym kącie La Manczy. Dziwiłem się spokojowi. Jego zdaniem, nie było w tym nic dziwnego. Wojna to są miasta, wielkie drogi, ważne szlaki wojskowe. Toboso żyło dla siebie. Miało wino swych winnic i chleb swych pól, miało wełnę swych owiec i oliwę oliwek. Sprowadzało z zewnątrz mało, bardzo mało. Cóż ludziom Tobosa po Madrycie? Analfabetów? Nie, w miasteczku jest ich bardzo niewielu. Książek?... Chce się pan przejść trochę?

Vergnolles, cały czas skonfundowany124, poszedł spać, myśmy wyszli na pueblo. Wzeszła właśnie najpiękniejsza pełnia księżyca nad krajem, w którym żyła kiedyś Aldonsa Lorenzo, w świecie znana bardziej pod mianem Dulcynei z Toboso125. Światła lampek błyszczały przez małe szybki. Pod oknami uzbrojonymi w kute i rzeźbione kraty — jak piszą o tym w Baedekerze126, jak to się dzieje w sketchu127 i rewii — caballerzy128 wioski rozmawiali szeptem z ukrytymi za kratą dziewojami. Nad drzwiami paru domów nauczyciel pokazał mi wielki krwawy znak, jakby ktoś miotłą umaczał we krwi, a potem chlasnął o nią o mur: krwawy znak oznaczał, że o pannę, która mieszka w tym domu, już się ktoś stara i że jest przyjęty. Ty więc zejdź mu lepiej z drogi, przechodniu.

Nauczyciel dreptał drobnym krokiem, prowadząc mnie za miasto. Mówił, że wielu chłopaków pociągnęło na wojnę. Po czyjej stronie? O, to ma mniejsze znaczenie: na wojnę. I oto jeszcze przyczyna tego spokoju, który widzę. Ci, co byli sercem z walką, która tam się toczy, ze sprawami świata i Madrytu, odeszli. W miasteczku zostali ci, co żyją tylko życiem Tobosa. Weszliśmy w boczną uliczkę i jeszcze dalej, aż przeszliśmy próg jeszcze innego podwórza. Ogień palił się tu pod niebem, konie, osły i barany stały pod ścianą, przed ogniem siedziała grupa młodych i starszych chłopów. Jeden z nich, i to wcale nie stary, opowiadał coś po kastylsku. Wszyscy właśnie się śmieli głośno z jego facecji129 i nie zauważyli naszego wejścia. Słuchaliśmy dalej. Nie wiedziałem, czemu każe mi słuchać, skoro nie rozumiem po hiszpańsku. Naraz wyłowiłem słowa:

...y entonces Don Quijote...

Znaczyło to:

...a wówczas Don Kichot...

Stare oczy nauczyciela zajaśniały radośnie, gdy zobaczył, że zrozumiałem. Odpowiedział na moje pytanie. Pokazał, czym żyją umysły ludu z La Manczy. Istotnie, zrozumiałem. Oto wieczorami wśród pastuchów z La Manczy, a może i nie tylko z La Manczy, ciągnie ktoś przy ogniu starą opowieść o cudacznych przygodach Don Kichota i jego przekornego sługi. Ożywa ona co wieczoru, jak co wieczoru rozpalamy na kominie ogień. Taka to literatura, która zaspokaja potrzeby intelektualne może tysięcy zapirenejskich Tobosów. Oto zjawisko niemal odwrotne od tego, jakie mieliśmy u narodzin literatury: tutaj to nie pisarz zbiera klechdy, opowiadane sobie przez pasterzy Argos czy Beocji130, i z nich tworzy eposy iliadzkie. To odwrotnie, książka literata, pisarza, poety, przemienia się z kolei w opowiadanie u ogniska, w bajkę pasterskich Sabałów131, pojawia się w relacji ustnej, w dziesiątkach takich relacji i wariantów, wraca jak rzeka do źródła. Któż zbada, jakim upiększeniom i zeszpeceniom uległ w ciągu wieków takiej relacji Cervantesowski wątek? Ileż zmian, jak szczap drzewnych, dorzucono do starego ogniska? Któż opracuje tego ludowego Don Kichota, który powstał z literatury tak samo jak Iliada powstała z bajki ludowej? Pastuchy porozpierali się po ziemi, rozłożyli wygodniej. Zrobiono nam miejsce przy ogniu, który gasł i rozpalał się kolejno. Za naszymi plecami konie grzebały nogą w klepisku, noc srebrzyła się jasno, drzemało Toboso. Gdy wracaliśmy przez uśpione małe uliczki, nie było już amantów wiejskich u krat miradorów132, krok dzwonił na kamieniach bruku, może wzdychały Dulcynee w panieńskich pokojach. Myślałem o tym jednym jedynym pisarzu na świecie tak par excellence133 rycerskim i szlacheckim treścią swego dzieła, który dostąpił zaszczytu obcego poetom, marzącym o trafieniu ich książek „pod strzechy”. Czyż chłopi spod Nowogródka gwarzą o Stolniku i Telimenie? — Don Miguel Cervantès Saavedra uczynił lepiej. Jego opowieść, sentymentalna i rubaszna, jakby na pół z Reja, na pół ze Słowackiego, odczepiła się od książek, małych znaczków zwanych literami, kart papieru i czcionek z ołowiu, rozsiała się po stepie manczegskim od Argamasilli do Siguenzy, jak jesienią rozsiewa się z rozeschłych latem bodziaków134 lotne nasienie ziela. Wiatry rzucają je dalej pod stopy starych wiatraków i pod mury dawno wymarłych zamków, roznoszą w grządki winniczne dobrze uprawne, przerzucają na drogi, które wyasfaltowała epoka. Białe puchy nasion wędrują po stepie, czepiają się ziemi i ludzi, nie chcą umrzeć. Obok literackiego, którego każdy zwykle cytuje, ale po prawdzie nikt naprawdę nie czyta, rośnie gdzieś w takiej La Manczy inny, ludowy Cervantes. O jego bohaterach mówi się wciąż jeszcze wieczorami przy ogniu, na tej wsi głuchej, choć tam na świecie jest wojna i rewolucja, chodzi o naród i proletariat, choć o kilkadziesiąt kilometrów stąd, w tę samą jasną noc, dudnią ciężkie samochody wojskowe na szosie do Madrytu.

W Madrycie

Pełną jednak sielankę, oazę na Saharze wojny, lamus, którego nie przewiał wiatr żadnej rewolucji, miałem odnaleźć nie w zagubionym na stepie Toboso, ale nazajutrz, w samo południe, w centrum czerwonego Madrytu. Oaza była obwarowana przywilejem dyplomatycznej nietykalności, a zwała się poselstwem Rzeczypospolitej Polskiej w Hiszpanii. Po cóż zaraz po przyjeździe zgłosiłem się do poselstwa? Nie miałem żadnej konkretnej potrzeby, a nie przeczuwałem jeszcze, jak ostrymi konturami odrysuje się polska oaza na wielkim tle tego kraju. Było to jakieś poczucie, że będąc polskim dziennikarzem, trzeba swym władzom zameldować o przybyciu. Było może jakieś spodziewanie, że poruszając się swobodniej od nich po kraju, mogę im być pomocny choćby drobną informacją w ich pracy, mogę także otrzymać wiele ciekawych i wszechstronnych objaśnień, wokoło których obrośnie tym lepiej moja własna wiedza o Hiszpanii. Dyplomatyczną oazę stanowił niewielki pałacyk obstawiony sowicie milicjantami strzegącymi bezpieczeństwa. Było to po owych dość niewyjaśnionych właściwie strzałach do auta poselstwa, których śladu co prawda nigdzie nie dało się odnaleźć. Ale za murem tej groźnej warty odzyskiwała swoje prawa polska, wiejska cisza, cisza z rzadka przewietrzanych pokoi, okurzonych tomów wydawnictwa Ligi Morskiej i Kolonialnej135, urok wylegujących się na meblach Rzplitej rasowych piesków. Po chwili przedefilowała przez tę ciszę rosła dziewoja, która swój strój panny służącej przyozdobiła u piersi piękną czerwoną gwiazdą z sierpem i młotem, rozmiarami dorównywującą tym gwiazdom, które połyskują w dnie uroczyste na frakowych piersiach dyplomatów. Promyk rewolucyjnej pożogi przedostawał się więc jakoś przez zapuszczone rolety! Tylko młody woźny urzędował w mundurze i uprzejmie. Po chwili stanąłem przed obliczem młodego attaché136. Paszport i legitymacje wprowadziły mnie nawet w pewien stopień zaufania. Zapytano, kiedy zamierzam wracać. Powiedziałem, że ledwo przyjechałem, więc chyba nie prędko. „Bo mogą odciąć Madryt”. — „Niech odetną”. — „Mogą odciąć lada dzień”. — „Dobrze”. — „Wejdą tu powstańcy”. — „Niech wejdą — powiedziałem — nie jestem komunistą, czegóż mam się bać?”

Młody attaché popatrzył na mnie zdziwiony i zaczął tłumaczyć. Jego zdaniem nie mogę zostać w Madrycie. Muszę stąd zaraz, jak najprędzej wyjechać. Lada dzień przetną drogi. Muszę wyjechać. —

— Ale dlaczego? —

Attaché zniecierpliwił się. Czy ja nie czytałem gazet? Czy nie wiem, co się dzieje tutaj? — Wiem: ale jestem dziennikarzem. Myślę, że jest tu wielu dziennikarzy, jak wszędzie, gdzie coś się dzieje, i nikt ich nie zastrzelił, są pod opieką. —

— Oczywiście, może pan robić, co pan chce. My tylko panu radzimy. — (Słowo „radzimy” wypowiedziane było z tym dobrym, mocnym naciskiem, z jakim umieją je wymawiać dygnitarze od VI kategorii służbowej). — Ale my nie odpowiadamy. My nie gwarantujemy. My dla pana nic nie możemy zrobić. I z naszej strony pan na nic liczyć nie może. —

Wyjaśniłem, że o nic nie proszę, że pragnę na razie poznać tylko pannę Jeziorańską, korespondentkę PAT-a137, która z największą odwagą, jak już o tym z Barcelony wiedziałem, chodziła po mieście w dniach walki i jeździła teraz na fronty. Tymczasem wszedł inny przedstawiciel Rzplitej. — Czy to ja pisałem dawniej w „Gazecie Polskiej”138? — Nie, to nie ja. To Kazimierz Proszyński. — A może jestem z „IKC”139? — Nie? Aa... Ale może znam Drymmera? — Nie wiem, czy czytelnikom jest znana ta półhistoryczna postać: kapitan Drymmer, odznaczony w kampanii 1920 roku, jest uważany za szarą eminencję spraw personalnych MSZ-etu. Otóż znałem Drymmera. Moje akcje, stojące u tych panów raczej niewysoko, drgnęły jakby w górę. Spojrzano po sobie i po chwili zapytano z zabawną atencją140, czy dawno widziałem Drymmera? Chochlik przypadku chciał, że widziałem go w przeddzień odjazdu z Warszawy. Powiedziałem więc to. Teraz akcje poszły w górę jeszcze wyraźniej. Zaczynało to być krępujące i przypomniałem sobie, jak wielkim postrachem placówek jest kontrolna działalność wydziału personalnego. Można było dalej brnąć w tę niewyraźną, ale bardzo wygodną sytuację, i wyzyskać utylitarnie to, co literacko wyzyskał autor Rewizora z Petersburga141. Ale wolałem dodać, że jeśli istotnie widziałem Drymmera, to siedzącego w kawiarni, że znam go zaledwie przelotnie. Wody wezbranej przed chwilą, grożącej powodzią serdeczności atencji odpłynęły w błyskawicznym tempie w głąb urzędniczych piersi. Byłem już otaksowany w całości: nie jest z „Gazety Polskiej”, nie pisuje w „IKC”, znajomości z władzami — słabe. —

W tej właśnie chwili weszła panna Jeziorańska i nie trzeba było być Sherlockiem Holmesem, żeby się domyślić, że żaden z tych panów nie posądza jej o cień nawet stosunków z ludźmi w skali Drymmera. Zygmunt Nowakowski napisał kiedyś, że podczas grudniowego pobytu w Moskwie raz jeden tylko odmroził sobie rękę: podawszy ją polskiemu dyplomacie. Pannie Jeziorańskiej nie groziła ta perspektywa z tej tylko racji, że nasi dygnitarze nie podają zazwyczaj ręki „stenotypistkom142 i tym podobnym”: co najwyżej mogła się była na odległość nabawić lekkiego zapalenia płuc, ale widać posiadała już długoletni trening. Miejsce przedstawienia mnie zajęło coś, co było raczej przydzieleniem jej do moich usług, nieomal że personalnych. Nie miało to oczywiście znaczyć, że jestem możnym paszą143 z Lechistanu144, zasługującym na tak cenny dar; znaczyło po prostu, że młoda panna bez pieniędzy, bez protekcji i pracująca sama na siebie, bez zaskarbiań się u szefów jest najlepszym obiektem na odczepne. Ów przydzielony obiekt stał właśnie przede mną. Miał ładnego buziaka, delikatne rysy, coś godnego i pewnego siebie, ale zarazem widocznie zbiedzonego i zahukanego. Dużo później miałem się dowiedzieć, że panienkę istotnie przydzielano jako pilota do przeróżnych naszych osobistości zawadzających o Madryt. Ta nikła, nieważna osóbka, miała tak sposobność poznać z najprawdziwszej strony naszych panów. Chciałbym tu zanotować, że najmniej sympatyczne wrażenie, dość przypominające niestety wersalizm145 rosyjskiego majora Płuta z Pana Tadeusza pozostawił pewien grafoman w mundurze, najsympatyczniejsze, najprostsze, koleżeńskie, ułożone w ramy gentlemena, który nie rozróżnia pań ministrowych i panien „od maszyny”, tylko zna kobietę, zostawił Konrad Wrzos.

Wszystko to, co piszę, jest niezawodnym odbieganiem od tematu. Jest schodzeniem na ogromny, polski temat stosunku mężczyzny, gdy staje się „szefem”, do panny pracującej w biurze. Czytelnik musi mi przebaczyć te dywagacje, bo oto ulica, na którą patrzałem z okien poselstwa, była, co tu mówić, ulicą dziejowych może wydarzeń. Krajem, który już Lelewel146 uważał za tak podobny naszemu, wstrząsała burza wielkości tej chyba, co obaliła carat, a przez owe okna i przez tych ludzi w poselstwie miała oficjalna Polska oglądać to wszystko jak przez szyby. Niestety, co tu gadać, szyby były mocno niedomyte, niezlane potokiem świeższej wody, nieutarte dobrą ścierką pouczenia, popstrzone za to tęgo przez muchy chandr i kaprysów, małości, kleinigkeit147 zagadnionek, Drymmer nie Drymmer, ma stosunki z urzędowym pismem i w ogóle, ważny on czy nie warto z nim gadać? Za biurami poselstwa, za tą malutką enklawą neutralności, dokąd czerwona gwiazda wślizgiwała się jedynie na piersiach pokojówek, jakieś światy waliły się i powstawały. Huk wydarzeń materializował się w huk armat, a tu były drzwi szczelnie od Europy zamknięte hałasów. W ramach jakiegoś Soplicowa trwał stan rzeczy nic z Soplicowem ani dawną Polską wspólnego niemający. Jakiś polski nouveau regime148, może nie stary, ale na pewno przestarzały. Człowiek dla takich ludzi zaczyna się od urzędnika V kategorii służbowej, zmiany w świecie redukują się do przesunięć służbowych, postęp jest równoznaczny z awansem, katastrofami kosmicznymi — przeniesienia w stan spoczynku, wydarzeniem dziejowym staje się nominacja. A kobieta w tym świecie? Może być kosmosem, jeśli jest panią ministrową. Może być atomem i mikrobem u stóp tytana-szefa, jeśli jest panną z biura. Swój stosunek do kobiety ułożył ów dawny świat w olbrzymią gamę rozróżnień. Może to być stosunek Antoniusza do Kleopatry149 i stosunek wodza Buszmenów do swej domowej siły roboczej.

Rozeszliśmy się z tym, że ja o nic nie proszę i na nic „liczyć” nie będę, a ci panowie niczym mi nie służą. Istotnie, nie mogli mi też służyć niczym. Mogłem się od nich, owszem, i to były rzeczy cenne, dowiedzieć o warunki eksportu jaj i importu pomarańcz, mogłem dowiedzieć się pełnego składu madryckiego Korpusu Dyplomatycznego, jak są z domu żony ambasadorów i ministrów pełnomocnych, jakich marek miewają samochody, dokąd jeżdżą na golfa. Tego, co mnie interesowało, mogłem dowiedzieć się za to od niepozornej panienki, na której ramiona (trudno powiedzieć tu: barki) spadało i urządzenie wystaw sztuki polskiej, i kontakty z prasą, i jakaś akcja propagandy kulturalnej polskiej, może małej, może robionej w sposób niefachowy, może nieumywającej się do tego, co tu robili choćby Czesi, ze swymi docentami i attachés kulturalnymi, z ludźmi o odpowiednim przygotowaniu, ale akcji, która bądź co bądź była tu robiona przez tę jedną, pozbawioną rang czynowniczych150 osobę.

Wieczorem tegoż dnia byłem z panną Jeziorańską u szefa prasowego hiszpańskiego ministerstwa spraw zagranicznych: nie, tu już było inaczej. Jeszcze później, prawie nocą, poszliśmy po przepustki na front, do gmachu olbrzymiego ministerstwa wojny. Snuły się warty, biegano po korytarzach z papierami, ludzie w rozmamranych kurtkach urzędowali za biurkami: nie. Może tu były sowiety, a może dyktatura, nie wiem, ale tamten duch małych papierowych ludzi skończył się był151 już tutaj na długo. W październiku 1936 roku Madryt jest bardziej rewolucyjny niż Moskwa, bardziej fanatyczny niż Mekka, żyje tempem intensywniejszym niż Nowy York. Tylko eksterytorialne urzędnicze Soplicowo jest tu szczątkiem „cichej wsi litewskiej, kiedy reszta świata we łzach i krwi tonęła”152. Tylko tam świat i ważność rzeczy mierzy się kanonami, które o krok za bramą nie istnieją już więcej.

*

Są jeszcze jedne oczy polskie, które tu w Madrycie śledzą, obok nas, po swojemu, nurt dziejowych wydarzeń. Wolno im patrzeć poprzez kurz wieków, bo widziały zbyt wiele. O ich istnieniu nic nie wie polskie poselstwo, choć to by może i należało do jego działalności kulturalnej: nic nie wie nasza dyplomacja, choć persony to były nie lada, uksiążęcone poniekąd, a gdyby kiedyś jeszcze repatriowano je do Polski, to tylko między dwoma apartamentami wahałby się dla nich wybór: Wawelem i Zamkiem Warszawskim. Są to oczy małej trzyletniej infantki153, w koafiurze154 z wielkimi perłami na dziecinnej główce, bladobłękitne, słowiańskie może, nordyckie. Są to oczy drugiego zbłąkanego tu polskiego dziecka, którego nim portretował Rembrandt155, malowano dla dworu madryckiego. Istnieje tak druga polska oaza Madrytu, starsza od tamtej o trzy wieki. Parę miesięcy temu przestała być eksterytorialna, nietykalna, i może dzięki temu mogę tu wejść teraz. Jeden z arystokratycznych klasztorów żeńskich Madrytu. Długa sala, cała w mroku, spływającym z grubych murów klasztoru, z ciemnych kasetonów sufitu. Nazywała się przez całe wieki „królewską”, i wyżej od królewiczów wiszą tu tylko królowie, infanci i książęta. Patrzy Karol V, w którego państwie nie zachodziło słońce, patrzy podejrzliwy i drobiazgowy, okrutny i pobożny Filip II, nieszczęśliwy Don Carlos, zwycięzca spod Lepantu156 i bastard habsburski, Don Juan d’Austria157, patrzy jego siostra, jak on nieślubne dziecko cesarza, księżniczka i ksieni158. Dwoje dziecięcych portretów zabłąkanych w tej galerii królów, gdzie szereg numerowanych Filipów i Karolów gubi się w ludzkiej pamięci, wyszło dzisiaj na plan pierwszy, bo nie byli to infanci Hiszpanii. Te dzieci, maleńka Anna Maria i niewiele od niej większy Władysław, to principes Poloniae et Suaeciae159, dzieci Zygmunta Wazy. Jak do klasztoru ksieni Juany d’Austria160 zawędrowały portreciki polskich królewiczów? Może posłał jej w darze Filipowi II, którego tak bardzo przypominał, może tymi dwoma portrecikami sygnalizowały sobie dwa królewskie dwory przyszłe możliwości matrymonialne i potem, gdy z możliwości tych nic nie wyszło, a portreciki obcych infantów niewielką artystycznie przedstawiały wartość na dworze, gdzie malował Velazquez, odstawiono je w kąt, do lamusa i rupieciarni, jak odkładamy w kąt fotografie staroświeckie, które nie znaczą nic dla nas, choć mogły znaczyć wiele dla pokolenia naszych dziadków.

„Sala królewska” klasztoru de las Descalzas Reales161, klarysek zwanych tu „bosymi królewskimi”, była przez stulecia idealnym lamusem. Prawie nie zaglądało do niej słońce, z obcych ludzi nie zaglądał nikt. Dwadzieścia pięć zakonnic żyjących wedle najsurowszej reguły żeńskiej średniowiecza, pochodzących z największych rodzin Hiszpanii, starzało się i marło, dwadzieścia pięć kapliczek wokoło wirydarza zmieniało kolejno swe służki, coraz nowa cela podziemna otwierała swe kamienne podłogi zwłokom „bosych królewskich”, dwór, pod którego bezpośrednią opieką pozostawały, przesyłał nowe portrety dobroczyńców i pomazańców, w małym ogródku rosło wino i rzodkiewki, i wszystko tu było jak w czasach, gdy Święte Officium162 paliło swe ofiary, a z nielicznych okien klasztoru widać było wokoło płowe pola Kastylii. Spokoju nie burzyło tu nic. Rewolucje XIX w. przeszły obok, zamachy dynamitardów163 nie wysadziły w powietrze małych i grubych szybek wtłoczonych w ołowiane oprawy, republika 14 kwietnia 1931 roku164 zapomniała o małym klasztorku. Dziś, gdy pierwsi mężczyźni chodzą po nim i pierwsi obcy oglądają jego kaplice i portrety, wydaje się dziwne, że o kilkadziesiąt kroków jest ludna Puerta del Sol, jest Gran Via drapaczy nieba, są wielkie kina i w najbliższym idzie rewolucyjny film sowiecki Marynarze Kronstadtu. Krok milicjantów dzwoni po pustych korytarzach, po schodach znoszą do tego bezpiecznego schronu cenne rzeczy uniesione z innych kościołów, klasztorów i pałaców, saskie markizy w dworskim ukłonie i z wpółodsłoniętymi piersiami stawia się obok drewnianych Matek Boleściwych gotyku i żółtych, na krzyżach rozpostartych, Chrystusów. Nowi gospodarze oczyścili i pomalowali wapnem brudne korytarze, strzepali kurz, jednego tylko tknąć nie mogli — milczenia. Można by pomyśleć, że nagromadziło się ono podczas wieków szeptów i modlitw tak grubą warstwą, że wymieść go nie była w stanie nawet taka rewolucja. I raz jeszcze się nie wierzy, że obok stąd jest ulica tak nowoczesna i europejska, jak największe ulice Paryża, że płynie tą ulicą lawa rewolucyjna taka sama jak w październikowym Petersburgu, że o kilkadziesiąt kilometrów przed miastem są już pierwsze linie bojowe, baterie armat podnoszą słupy kurzu, ziemi i gruzu, karabiny maszynowe terkoczą wśród nieskopanych w popłochu kartoflisk.

Pierwszy raz widziałem Madryt w takie dni właśnie. Przyjechałem z Walencji, od strony południowej, Tobosa i Aranjuezu, przejechałem przez przedmieścia brudne, nędzne, zakurzone, jeszcze gorsze od warszawskich, i wjechałem niemal bezpośrednio na wielką ulicę, taką jak paryskie, błyszczącą marmurami odrzwi swych domów, odurzającym przepychem. Gran Via jest chronologicznie ostatnim dziełem, jakie wzniesiono w rozkochanej w budownictwie Hiszpanii, jest tym, co Hiszpania zbudowała, w najprostszym sensie budynku, w XX w., jak w w. XI zbudowała katedrę w Toledo165 a w w. XIV grenadzką Alhambrę166. Gran Via budowano rewolucyjnie. Żeby mieć wielką nowoczesną ulicę, choćby tak krótką jak ta, Madryt musiał zburzyć całą gęstwinę wyrosłych tu przed wiekami niewysokich, ciasnych, skupionych jak owcze stada kamienic, pokroić wąskie i łamiące się ulice, wytyczać wśród gruzów prostą linię szerokiej arterii, wdrążyć w grunt, gdzie tkwiły resztki tych zeszłowiecznych fundamentów, bloki zdolne utrzymać szesnaście i dwadzieścia pięter nowojorskiego Madrytu XX w. Gdy stanęły, kilka najbliższych kościołów zniknęło — w Hiszpanii po raz pierwszy — w cieniu czegoś niezmierzenie od nich potężniejszego. Gmachy banków, przedsiębiorstw przemysłowych, świątynie potasu i nafty, węgla i rud, zmierzyły swą młodą energię z przeszłością wieku. Pod niebo wyrosły ściany z wykrojonymi w nich oknami, a ludzie z tych okien po raz pierwszy w Hiszpanii zaczęli patrzeć, patrząc na wieże kościołów, nie ku niebu, a ku ziemi. Chłopi kastylscy, chłopi z dalekich prowincji zobaczyli, przebywając tutaj, że są rzeczy na świecie wyższe nad szczyt kościelnej wieży.

Gran Via przepruła dla swych drapaczy drogę przez odmęt małych domów, nędznego i starego Madrytu, weszła na wzgórze, stanęła nad miastem nędznych przedmieść, zawianych kurzem lecącym od pól na południu, rozejrzała się szczytami swych gmachów przez kraj, płaską płytę wydźwigniętą wysoko nad poziom morza, pod mróz długiej zimy i upał krótkiego lata, w półkole stokroć od niej potężniejszych łańcuchów dalekiej Guadarramy167. Tego Madrytu, w którego cieniu zdołały przetrwać klasztory „bosych królewskich” i świat, już nie królewskich, nędzarzy. Tej Hiszpanii, którą tu przyniósł wiek XX, Gran Via, jak katedry gotyckie średniowiecza, jest najlepszym, najwierniejszym obrazem. Wiek XX nigdzie tak bardzo jak tutaj, w kraju Toleda i Alhambry, nie czuł się w swym budownictwie zmuszony do dorównania poprzedniej wielkości. Tedy na szczyty drapaczy chmur wydrapały się złocone orły, rzymskie kwadrygi, lwy czy niedźwiedzie, geniusze, dźwigając globy ziemskie, obeliski azteckie, nagie kobiety ujeżdżające mustangi, cała mitologia i zoologia dobrze znana z zeszłowiecznych przycisków na biurka, pretensjonalnych brązików i kałamarzy. Cały brak smaku schyłku XIX w. przystroił silące się na amerykanizm drapacze madryckiej nowoczesności. Pod niebo sterczy to teraz równie czcze i bez sensu jak turze głowy, zbroje średniowieczne, przyłbice i gotyckie iglice tynkowych frontów niejednej kamienicy warszawskiej. Tylko że w kraju wielokrotnie od naszego bogatszym zamiast gipsu był marmur, zamiast kamieniczki — drapacz, wszystko było kilkakrotnie droższe, większe i bogatsze, i jednocześnie tym silniej podkreślało swoją bogatą szpetotę, niecelowość swej architektury, zbytek budowli nieuzasadniony żadną architektoniczną potrzebą, rażący. Fontanny Alhambry i pilastry168 klasztorów gotyckich, wszystko to miało — może kiedyś — swój sens, swój cel, wszystko to podtrzymywało coś czy podpierało, utrzymywało chłód czy dawało cień, wszystko to miało jakieś uzasadnienie, wszystko czemuś służyło. Te orły formatu biurkowych przycisków, kałamarzowe kwadrygi i azteckie uwieńczenia banków nie służą niczemu, i co jeszcze gorsza, nie służyły niczemu. Ten świat, który to wszystko w ostatnich dziesiątkach lat wzniósł i zbudował, świat kuponów akcyjnych, wielkich przedsiębiorstw i Napoleonów giełdy, którego dziełem jest Gran Via, jak dziełem kalifów była Kordoba169, zawalił się w naszych oczach bez krzyku naszego protestu. Świat drgnie, gdy kule armatnie strzaskają dom Cervantesa, zapisze każdy zniszczony obraz klasztorów sprzed lat trzystu, schyli czoła przed uchronieniem każdego obrazu Goi, każdego szkicu Velazqueza, każdej Madonny, każdego krucyfiksu. Jeśli jutro bomby zwalą dwudziestodwupiętrowy gmach na Gran Via, mieszczący najwspanialsze kino i najpiękniejszą restaurację i nazywający się Capitolem, któż zarejestruje ów wypadek na świecie poza fotografią reportera i poza właścicielem buldingu170?

*

Trzeba było dopiero wielkiego wstrząsu, żeby jednak i przez ten kanion wielkich gmachów przepłynął potężniejszy od niej nurt życia, nurt, który nadał niespodzianie piętrzącym się zbyt dumnie budowlom jakiś cel inny poza dumą. To z wysokich pięter tych domów karabiny maszynowe mogły 19 lipca nakazać milczenie wojskowym z Cuartel de la Montana171. To wielkie lokale gmachów na Gran Via pomieściły biura kwaterunkowe, aprowizacyjne, organizacyjne, jakie naraz stały się potrzebne rewolucji. To wreszcie z tarasów tych dachów, spod owych kwadryg, orłów, uskrzydlonych kobiet i azteckich obelisków, artyleria przeciwlotnicza mogła prażyć z powodzeniem i odpędzać z powrotem za Guadarramę samoloty nieprzyjacielskie. W te dni dopiero, w innym niż giełdowe i towarzyskie znaczeniu, Gran Via stała się centrum Madrytu.

Pochody idą miastem, rozwleczone, olbrzymie, z mnóstwem czerwonych transparentów, z mnóstwem czerwonych sztandarów. Pochodów jest za dużo i w pochodach przez miasto jest za dużo ludzi młodych. Coraz głośniej grzmią przeciwko temu dzienniki, coraz więcej odzywa się przeciw temu głosów. Za dużo, nawet jak na lud, jest tu potrzeby wykrzyczenia się, za dużo, nawet jak na lud południowy, jest tu potrzeby gestu i teatru. Pod plakatami los fusiles para el frente („karabiny na front”), przedstawiającymi milicjantów, którzy z karabinem beztrosko zasiadają w kawiarni, widać czasem obrazek będący dokładną repetycją172 piętnowanej sytuacji z plakatu. Zbyt wiele walki o nią. Dwa wielkie związki zawodowe, grupujące w sobie po parę milionów mas robotniczych w Hiszpanii — jeden socjalistyczno-komunistyczny „Unión General de Trabajores”, drugi syndykalistyczno-anarchistyczny „Confederación Nacional del Trabajo” — wciąż ścierają z sobą. Trwa targ o teki „rewolucji proletariackiej nr 2”, targ o teki, jakby nic się nie zmieniło od czasów kortezów173 Romanonesa174 i Daty175, kulis parlamentarnych i partii, targ o teki, jakby o kilkadziesiąt kilometrów i bliżej nie było tanków, samolotów, żołnierzy z „Tertio” i Maurów176 gen. Franco.

Niezmiernie, niezmiernie trudno. Olbrzymie są trudności kierujących tą ludzką lawą, którą wylały kratery robotniczych przedmieść, drzemiące przez wieki i naraz, jak wulkany, zbudzone, suchotnicze puebla. Ta lawa w swym pierwszym dniu stworzenia zalała, to prawda, wszystko. Niemal gołymi pięściami opanowała warowny Cuartel de la Montana, zgniotła powstanie w Barcelonie, rozbroiła gwardię cywilną, doborowe kadry policyjne, uwięziła oficerów, wcieliła w swe szeregi żołnierzy, zdobyła całą broń, wszystkie karabiny i bagnety arsenałów Hiszpanii. Przelała się całymi tygodniami zgrozy, zemsty, zniszczenia, niekierowana niczym prócz instynktu, przez wszystko i wszystkich w tym kraju. Sprawiła, że pucz wojskowy, który miał za sobą olbrzymią większość korpusu oficerskiego, w tym kraju pronunciamentów177 musiał się załamać, że zamiast obsadzenia banków, poczt, stacji radiowych i ministerstw, musiał pójść do normalnych okopów, zdobywać kraj tak, jak zdobywa się obcy kraj w zwykłej wojennej kampanii. Ale teraz właśnie przyszła ta zwykła kampania wojenna i stamtąd, gdzie zdołał się utrzymać, to jest najpierw w Maroku, kraju, gdzie społeczeństwo jest jeszcze niczym, dalej z tych placówek, które żyją po dziś dzień życiem dawnej Hiszpanii zamków i kościołów, wreszcie z tych może nielicznych, ale ruchliwych placówek kiełkującego w Hiszpanii nacjonalizmu o faszystowskim zacięciu, ruszył bunt naprzód. Zdobył bardzo znaczną część Hiszpanii, dokonywa swych postępów planowo, zagraża stolicy. Trzeci miesiąc trwa drugi akt zapasów, z których pierwszy zakończył się wspaniałym zwycięstwem ulicy nad szeregiem, ludu nad wojskiem, robotniczego mona nad oficerskim mundurem, ale jeszcze entuzjazmu nad rutyną, porywu nad planem, improwizacji nad metodą. Jak zakończy się akt drugi, który jest zupełnie inny, gdzie jednej metodzie trzeba przeciwstawić inną metodyczność, jednemu planowi inny, rutynie rutynę, technice coś więcej niż nagie pięści? Jak sprawić, aby rewolucjonista nie czuł się w okopie tak nieswojo, jak czuł się wojskowy w walce barykad? Oto wielkie obecnie zadanie.

Wielki rewolucjonista, najpierwszy z nich wszystkich, b. robotnik i związkowiec, rozwiązał dla siebie ów problem. Largo Caballero, trzeci premier od zamachu stanu, b. przywódca robotniczy i b. więzień stanu, stał się z kolei organizatorem i jako organizator ma przeciw sobie opozycję, często nieświadomą swego charakteru opozycyjnego, musi ją łagodzić i zwalczać, łamać i pokonywać. Ma przeciw sobie armię gen. Franco, ale ma przeciw sobie i ministerialne, tekowe żądania anarchistycznej CNT, jej lekką, ale szkodliwą frondę178, ma przeciw sobie każdy brak koordynacji, każdy brak dyscypliny. Nigdzie w prasie żadnego z państw najbardziej uznających prymat wodzostwa nie woła się tak o dyscyplinę, nigdy w Hiszpanii absolutyzmu nie wołano tak o dyscyplinę, karność, posłuch, jak teraz. O dyscyplinę woła się więcej niż o samoloty, niż o tanki, niż o amunicję. Co rano i co wieczór powtarza się to wołanie ze szpalt prasy, jak krzyk muezzina179, jak Anioł Pański180. Oto właśnie jest walka, jest praca nad przemienieniem rewolucjonisty w żołnierza, masy — w karny szereg, entuzjazmu — w system. Oto właśnie dokonywa się chemiczna próba jak najszybszego skrzepienia tej lawy w twardy głaz bazaltu. W chemii proces takiej przemiany wymaga przede wszystkim ostudzenia. Niebezpieczny proces, gdy nie ma nań czasu.

*

Trzeba walczyć ze wszystkim. Z biurokratyzmem pieczęci, stempli, bumag181 i bumażek, przepustek, bonów rekwizycyjnych, kwitów i zezwoleń kilku komitetowych instancji, jaki rozwielmożnia się widać nieuchronnie podczas każdej rewolucji. Trzeba walczyć z tymi, którzy, młodzi i silni, będą maszerowali przez ulice, śpiewali Międzynarodówkę i wymachiwali przed oczami biletem partyjnym, z tymi, co wpadną do kawiarni wypędzać popijających kawę, nawet kobiety, bo „historyczna godzina nie może nas zastać w kinie, kawiarni czy domu”. Jakieś pismo zauważyło spokojnie, że najważniejsze jest dziś, żeby miasto miało wygląd możliwie normalny, a nie niespokojny i wojenny: „Paryż podczas pochodu Niemców nie zamykał swych kawiarni, nie wysilał się na teatralne pomysły, ale posłał wszystkich swych ludzi na front”. Dziś miasto objeżdżają ciężarówki zamienione na lotną scenę propagandową, z dialogami wyszydzającymi takie „metody” „bronienia” Madrytu.

Miasto, trzeba to przyznać, jest niezwykle spokojne. Naród, który żył w cieniu Calderona182 i Goi, który darmo w bohaterach pronunciamentów szukał nowych Albów183, znajdując tylko nowych Pansów, naród, który się nudził lat temu trzydzieści i jak wyznawało pokolenie Unamuny, Azanii, Costy184, sądził, że historia skończyła się już dla Hiszpanii, teraz ujrzał, że wreszcie tragedia zstąpiła z desek sceny, a groza wyszła z sal goyowskich muzeum Prado. Nad miastem prawie co dzień przelatują samoloty, prawie co dzień spadają bomby. Jest potem świeży ślad na ulicy, zasypywany piaskiem, tak samo jak zasypuje się krew na arenach corridy, są szyby wybite, mur rozłupany, strzępy ludzkiego mięsa rozniesione, przylepione siłą wybuchu do ścian, wyrzucone aż na druty telegraficzne. Otwarła się dziura w wielkim mrowisku, zapełniła szmatami trupiarnia, i nic więcej. Ludzkie mrówki nałażą tam znowu, znowu jest rojno, i życie wre dalej, w klinikach matki rodzą dzieci, jak je rodziły w podziemiach bombardowanego Alkazaru185, sklepy wstawiają szyby, ludzie nie przestają się zbierać. Tak samo wypadek samochodowy ginie w kronice wielkiego miasta. Przyzwyczajono się już, że tak jest co dzień czy co dni parę, że tak musi być, że to należy do życia. Nie wiem, czy wiele miast potrafiłoby się do tej rzeczywistości przyuczyć tak szybko, tak bez histerii, jak Madryt. Nie wiem, czy wiele miast z tych bomb rzucanych spod nieba, gdzie samolotów nie dosięgnie pocisk armatni, z tego codziennego bombardowania uczyniłoby sobie to, co Madryt: rodzaj zastrzyku bezbolesnego, zastrzyku morfiny czy kokainy, która z wolna znieczula organizm na coś groźniejszego jeszcze, która odwraca jego uwagę od rzeczywistości, od tego, co się zacznie dopiero za chwilę, na białym stole operacyjnym. My, niemal co dzień jeżdżąc na ten front, bliższy niż warszawski Radzymin, niż krakowskie Przegorzały, niż poznańskie Puszczykowo, zobaczymy to niebawem: jak bardzo się zatarła teraz granica między frontem a niefrontem.

Taki jest Madryt owej rewolucyjnej i wojennej jesieni 1936 roku, taką roztacza panoramę. Może to być panorama krwawa, może to być nowoczesne Koloseum, Odessa osiemnastego roku, Paryż terroru. To wszystko jest prawdą i to wszystko nie zmienia, a raczej uzasadnia konieczność, byśmy to wszyscy widzieli oczyma najbardziej widzącymi, najszerzej rozwartymi na świat. Jest tu powódź cudzoziemskich dziennikarzy i niedziennikarzy: socjologów pisarzy, eseistów, naukowców. Tylko nie ma polskich. Są zdwojone sztaby obserwatorów z placówek oficjalnych i zredukowana do dwóch osób — nasza. A jednak jest w tym mieście dalekim i południowym coś, co dziwnie właśnie Polski się czepia. Są na transparentach hasła, które mogłyby w Polsce wypłynąć, i są ulice dziś jeszcze jak po wypadkach lwowskich zeszłego roku186, jest ta sama bieda pylnych ulic przedmieścia, nędza olbrzymiego szmatu stolicy. Gdzieś się ta wspólnota polsko-hiszpańska rozpocząć musiała dawno skoro jest tak silna, skoro o niej wiersze pisał Słowacki, a rozprawy Joachim Lelewel. Coś tu jest, co nas zbliża aż po samą nędzę, aż po podobność dróg i bezdroży historycznych. Aż po ową kryzę187 hiszpańsko-habsburską, jaką już przy swej sukience dziecka nosi najbardziej sarmacki z naszych Wazów. Aż po ową suknię ze sztywnej lamy188, ów kwef189 z pereł i ową minkę dziecięco-monarszą, która sprawia, że polska królewna Anna-Maria zaczyna mi naraz stawać się obca zupełnie i przypomina tylko swoje małe, zapomniane kuzynki — owe hiszpańskie infantki Velazqueza.

Ierma

Bardzo rano przyjeżdża auto ministerstwa wojny, z dwoma milicjantami na przedzie. Bierzemy jakieś ciepłe rzeczy, coś do jedzenia, ruszamy. Naraz biały królewski pałac, potem ogrody piękne, staranne. Tu zamiast nędzy, jak od strony Vallecas190, dostaje się w centrum miasta zieleń parków. Lśni w jasnym dniu asfaltowa szosa, nawet warty stają się częścią krajobrazu. Za murem jeden z królewskich ogrodów Casa de Moro. Panna Jeziorańska zniża głos: tu codziennie, w nocy lub nad ranem, rozstrzeliwują setkami. Dawniej ogłaszano nazwiska. „Rozstrzelani zostali jako wrogowie ludu tacy to, a tacy to”. Teraz wprowadzono trybunały ludowe, ale i obecnie rozstrzeliwuje się bez sądu, wywiózłszy za miasto, strzałem w tył głowy. Dużo jest samosądów między zwalczającymi się frakcjami robotników. Automobil tymczasem wjeżdża na szosę równą linią biegnącą pod górę. W lewo od drogi jakieś duże, pustawe przestrzenie. Pagórki, płowa wysoka trawa, chaszcze czasem i rzadkie drzewa. „To Casa del Campo” — mówi znowu Panna Jeziorańska. Nie wiem jeszcze, co to „Casa del Campo”. Patrzę się chwilę obojętnie na tę pustkę, która monotonnie biegnie po lewej stronie naszej drogi, a moja towarzyszka mówi mi jeszcze, że przed rewolucją w każdą niedzielę wybierano się tu z Madrytu na wypoczynek, jak u nas na majówkę. Był to taki park podmiejski, pozostawiony dziko. Teraz tu nic nie będzie, nim się nie skończy ta wojna...

Casa del Campo...

Ostrza Guadarramy stają się bliższe, jakieś samochody leżą rozbite po rowach, ogłoszenia koniaków i hoteli kraśnieją szyldami, wreszcie nowe warty i Eskurial191. Szare kwadraty gmachu, kute z granitu, szarzeją wśród rdzawych jesienią ogrodów: śpią w tej kamiennej głębi rzędy trumien królewskich i czeka jedno jedyne wolne jeszcze miejsce, w którym pewno nie spocznie Alfons XIII192. — Auto bierze silnie pod górę, staje się chłodno, choć jest słońce. Drogowskazy mówią, że do Avila jest już tylko 43 kilometry. W Avila są „tamci”. Spadamy w dużą dolinę i oto pueblo. Nazywa się Navas del Marques. Tłum milicjantów maszeruje w różnych kierunkach. Linie bojowe są o pół kilometra. Naszą uwagę zwraca stary zamek. Jest zrujnowany i z towarzyszącymi nam milicjantami gramolimy się z trudem przez zwały granitu. Był opuszczony od dawna, może od czasów Maurów, gdy Kastylia nie sięgała jeszcze po Madryt. Teraz walczyli w nim narodowcy, faszyści, ale zostali pokonani. Zginęło ich tu 500. Oprowadza nas niemłody sierżant wsparty o kulę i syna, młodego żołnierza w milicjanckim mono: był wzięty do niewoli przez „tamtych” i ranny umieszczony w szpitalu. W nocy zeskoczył przez okno, wykręcił nogę, ale udało mu się uciec. Mijamy jakiś spalony kościół, jakieś napisy komunistyczne i plakaty. Trzeba jechać dalej, do Navalperal, gdzie jest kwatera odcinka frontu, kwatera „kolumny Mangada193”. Może zobaczymy samego Mangadę.

Ale bohater pierwszych walk tej wojny był w Madrycie i przyjęto nas tylko w sztabie, gdzie p. Jeziorańską znało już parę osób. Zasiedlimy do obiadu w zarekwirowanej, bardzo mieszczańskiej willi, razem z oficerami i jakąś parą dziennikarzy północnoamerykańskich, z którą porozumiewaliśmy się za pomocą uśmiechów. Obiad był niestaranny może, ale obfity. Przez otwarte, opięte bluszczem okna dolatywały dalekie odgłosy strzałów i bliższe, obozowych połajanek. Po obiedzie gruby major obiecał nas poprowadzić na front. Przesiedliśmy się do wojskowego auta i drogą niedawno utartą podjechaliśmy pod górę. Trzeba było wysiąść niebawem i iść pieszo, wyschłym, połyskującym płowo grzbietem. Przypomina to zbocza jakichś Czerwonych Wierchów w Tatrach. Oficer pokazuje nam miejsce całe spalone, jak od ogniska: „Tu — mówi — temu tydzień, po wielkim ataku „tamtych”, ściągnęliśmy zwłoki Maurów leżące tuż przed okopami i spaliliśmy”. Na mój odruch dodaje: „Trudno tu okop wygrzebać, cóż dopiero grób, a w tym skwarze byłyby się zaśmierdziały i zaraza gotowa!” — Nic nie znać na tym miejscu: można by pomyśleć, że paliła się tu trawa, a to spopielały się ciała ludzkie. Pytam, jak to się dzieje, że zwłoki tak płoną łatwo, a oficer odpowiada, że przecież polano je benzyną. Ciało, objaśnia, byle zaczęło się palić, pali się już potem dobrze. — Idziemy jakoś w milczeniu, które znowu przerywa oficer. Okazuje się, że zna Polaków. Tu nawet walczy jeden Polak, ochotnik. Uciekł z poselstwa polskiego gdzie był kamerdynerem czy szoferem... Będzie nawet w okopach. —

Panna Jeziorańska stropiła się nieco: ja dowiedziałam się w ten przypadkowy sposób, że jednak nie wszystkim ludziom wystarczała już drzemka madryckiego Soplicowa. Ale szofera nie było na linii. Zeszedł był właśnie na dół, mijając nas na zboczu. Okopy były sklecone naprędce, ciągnęły się garbem. Było trudno kopać w skalistej ziemi. Wykuto więc tylko jakieś duże schrony przeciwko nalotom junkersów194, wydziobano oskardami rów i podwyższono go murem. Przez peryskop oglądało się świat przed nami — tamtą stronę. Rozróżnialiśmy na wzgórzu, o kilkaset metrów, kształty nowych pozycji, bliźniaczo podobnych do tych.

— Nic dziwnego: ziemia tam taka sama — powiedział oficer.

Ziemia była istotnie taka sama, długie, sfalowane zbocza, o trawach wyschłych, o płaskich plamach kamieni. „Maliniak” Guadarramy jak w Tatrach. Tylko ani trochę zieleni. Nisko za nami pinie czerniejące w dolinie były jedynym jej śladem. Przed nami była ta płowa pustka górska Kastylii. Jakiś strzał się odezwał. Żołnierz przy nas odwrócił się z kolei, nachylił nad karabinem, wymierzył. Nie wiedzieć po co mierzył. Nie widziało się nic. Po chwili mierzenia wypuścił strzał głośny i krótki. Huk potoczył się jakby po kamieniach i znowu była cisza, gorące południowe słońce, blade bezchmurne niebo i płowość wzgórz. Strzelec odłożył karabin, popatrzył na nas, na pole, w niebo, sparł się o parapet i dalej wylegiwał się w słońcu.

Ludzie przy nas ziewali. Tu teren uniemożliwia przeprowadzenie bliżej linii bojowych. Przed Navas del Marques są tak blisko, że ludzie nocyma195 krzyczą do siebie. Już się znają. Przeklinają jedni drugich. Czasem podają sobie wiadomości. Bo przeważnie są tam z tej samej wsi. Tych samych okolic...

— Jak to!

— O tak. I z Navalperal tak samo. Co państwo myślą? Albo we wsiach mało jeszcze zostało faszystów? W Navas del Marques będzie z dwustu chłopaków, którzy gdybyśmy w czas nie zajęli wioski, pewno by do tamtych zwiali. Myśli pan, że to nie rozgorycza milicjanta, jak sam walczy, a taki zdrowy chłopak siedzi sobie w cieniu pod chatą?

Schodziliśmy na dół, dokąd właśnie podjechało nasze auto, pożegnaliśmy oficera. Na wzgórzach, z których zeszliśmy tylko co, panowała dalej ta sama cisza. Pierwszy raz byłem na froncie: taka niespodziewana nuda. Auto popędziło szybko stokami Guadarramy, robiąc szeroką pętlę: wyjechawszy z Madrytu drogą na północo-zachód mieliśmy wrócić niemal od południa, od Toledo. Panna Jeziorańska była jeszcze temu tydzień przed Toledo. Miasto już było w ręku „tamtych”, ale w sztabie mówiono tylko tyle, że wobec walki w mieście nie wolno jechać dalej dziennikarzom. Teraz front posuwa się wzdłuż tej linii.

Przed zachodem zjechaliśmy nad wielkie sztuczne jezioro ocembrowane olbrzymią tamą, jak u nas na Sole. Wody były spuszczone celem zalania doliny, w której znajdywali się już faszyści. Echa strzałów dobiegały nas wyraźniej. Jechaliśmy pueblami cichymi, skupionymi w jedną masę, o domach pozlepianych jedno w drugie jak gniazda jaskółcze, ciasno przy sobie. Z osmalonych kościołów powiewały czerwone sztandary. Księża byli wymordowani wszędzie. Ale latyfundiów nie było. Za to wzgórza prawie aż po szczyty były poprzegradzane kamieniami. To, co u nas jest miedzą polną, niskim nadkopem, tu było wysokim na metr ogrodzeniem. Cienie już się wydłużały na polach i podkreślały jeszcze ową szachownicę. Gdzież ta wielka własność Hiszpanii?

— Tu jej nie ma i nie było nawet — mówiła panna Jeziorańska. To jeszcze Kastylia i północ. To są góralskie strony. Wszystko jest rozdzielone takimi miedzami. Tylko puebla z tymi domami pozlepianymi to jakiś kolektyw pszczół czy termitów. Gdzie się kończy pueblo, a zaczyna sierra, jest zaraz inaczej. —

Tymczasem jednak spadał szybki górski mrok. W San Martin towarzyszka kazała stanąć: chciała tu kupić trochę mięsa dla siebie na dzień następny, a w Madrycie mięso podrożało już znacznie. Idąc, opowiadała, jak tu kiedyś widziała dziecko bawiące się na ulicy starym szyszakiem196 rycerskim. Wiele rzeczy takich kryje się po górskich wsiach. Jechaliśmy dalej: panna opowiadała o swoich wrażeniach. Okazało się, że była na Kaukazie, w Niemczech. Wszystko, co mówiła, było ciekawe, instruktywne, mówiło o kraju. W Hiszpanii jest od lat kilku, zna dobrze język. Kraju jeszcze nie zna. Jak to? O, znać naprawdę Hiszpanię, to bardzo trudna rzecz! Ta prawdziwa Hiszpania rozpina się między siecią owych kilkunastu samochodowych szlaków, które przeprowadził przez kraj Primo de Rivera, między oczkami kilkudziesięciu brukowanych szos. Można dziś przejechać kraj wzdłuż i wszerz i myśleć, że się zna Hiszpanię. Ale poza wielkimi szlakami, poza drogami drugiej klasy rozpoczyna się świat starych puebli, złych dróg, przez które nie przechodzi autobus, do których nic nie dotarło. Jeszcze dalej siedzą istne mateczniki ludzkie, górami odcięte od świata, o sobie wzajem niewiedzące. Czasami docierali tam fotoreporterzy, nierzadko uczeni. Jest wieś w górach, gdzie większość mieszkańców rodzi się z szóstym palcem u ręki lub nogi i ten fenomen stał się prawie regułą: nakręcono stamtąd bardzo ciekawy film. A jakie twarze tych ludzi, wpółzdegenerowanych ciągłym krzyżowaniem się wpośród siebie, jakie dziwne, przejmujące twarze... Są okolice, gdzie wierzy się, że krew niewinnej istoty ratuje suchotników. Zdarzały się mordy na ten temat. Ciągle się zdarzają. Są wierzenia, obyczaje...

Panna się trochę zawahała.

— Jakie obyczaje?

— Dobrze, opowiem panu. Nie pamiętam tylko, czy chodzi tu o Nawarę czy północ Aragonu. Badali to tutejsi socjolodzy. Otóż są okolice, gdzie panuje ów dziwny obyczaj, urządzenie. Polega to na tym, że co roku na wiosnę cała młodzież, dziewczyny i chłopcy, jeszcze zupełnie młokosowaci, ruszają wspólnie na wysokie połoniny197, żyją tam gromadnie, razem. Wracają potem na jesieni wraz z bydłem pognanym na pastwiska, no i... Czasem jednego roku nic, drugiego nic, na trzeci dwunastoletnia dziewczyna wraca z przychówkiem. Karmi go zimą w domu, na wiosnę znów rusza w góry. Jeśli jest zdrowa, to potem nowy dzieciak się nadarzy. Tak będzie przez kilka lat. Podobno jest to przeżytek dawnych form społecznych, jeszcze z czasów hord pasterskich, owa promiscuitas198, wspólne pożycie raz z tym, raz z tym. Ale wreszcie dziewczyna zmężnieje i podrośnie, przychodzi czas normalnego wyjście za mąż. I wtedy najbardziej ceniona jest ta dziewczyna, która ze sobą najwięcej dzieci przyprowadzi. Cóż? Połoniny duże, stad nie braknie, a ludzi do pracy tam trzeba, cudzych się nie podnajmie. Zresztą fatalna higiena reguluje jak w dawnych czasach nadmierny przyrost ludności...

— Dziwny zwyczaj. —

— Tu wszystko jest bardzo odmienne. W tej całej Hiszpanii, z daleka od miast i szos, na wysokich górach, w sierze, to właśnie nie nadmiar dzieci, ale bezdzietność jest klątwą. Była tu wystawiana taka sztuka wielkiego dramaturga Garcii Lorca199. Sztuka nazywała się Ierma, co znaczy tyle co „Jałowa”. Jest tam tragedia kobiety bezpłodnej. Wytykają jej ową hańbę. Modli się i rozpacza. Wreszcie ulega staremu zwyczajom, który pozwala w dzień święta miejscowego patrona, gdy wiele obcych ludzi przychodzi — może na dnie tego zwyczaju kryła się i troska o odświeżenie krwi? — oddać się takiemu właśnie obcemu... żeby mieć dziecko. Bardzo być może, że Garcia Lorca osnuł swoją rzecz na tle istniejącego naprawdę obyczaju ludowego. Biedny Garcia Lorca: podobno rozstrzelali go tamci! Nawet nie wiem, czy brał udział w polityce. Ale tylu rozstrzeliwano...

— Naprawdę tak bardzo wielu?

Panna Jeziorańska potrząsnęła silnie głową, jakby chcąc coś od siebie odpędzić natrętnego. Potem rzekła:

— Dużo, ogromnie dużo. Pan nie wie, dopiero jak pan tu pobędzie, zrozumie pan jak wielu. Rozstrzeliwali wszyscy i masowo. Tu się to nie liczy. Ludzie tu chcą, żeby rozstrzeliwano. Należałam do związku dziennikarzy. Mogę od razu wyliczyć dziesiątki ludzi, których dobrze znałam, którzy jeszcze w lipcu byli zdrowi, dziś ich nie ma. Chodziłam na sesje parlamentu. Pamiętam wszystkich polityków: Calva Sotelo200, Gil-Roblesa, Lerroux201, posłów. Moc tych ludzi nie żyje. A jak postrzelali się anarchiści i komuniści. Mało o tym wiemy, bo nie znamy środowiska robotniczego, ale ci najkrwawiej regulowali swe porachunki. A jak powymordowywano się na wsi. A ilu ginie teraz na froncie. Jaka masa ludzi, młodych ludzi. —

Minęliśmy Illescas, już na drodze Madryt-Toledo, już na wielkiej asfaltowej szosie. Teraz nie jechaliśmy samotnie. Mijały nas jakieś auto wojskowe, ciężkie wozy pełne rozkrzyczanych ludzi. Światła latarń połyskiwały szosą. Przed nami zaczął przyświecać bardzo już bliski Madryt. Jego latarnie były zresztą przygaszone z obawy ataków lotniczych. Jechaliśmy w milczeniu. Aż o jedno jeszcze spytałem moją towarzyszkę:

— Nie wiem, jakie są pani przekonania. Kogo pani najwięcej żal w tym wszystkim, przynajmniej? —

Panienka siedziała chwilę z zamrużonymi jakby oczyma, pewno myślała. A potem powiedziała po prostu:

— Mnie właściwie nie żal ani jednych, ani drugich. Ci, co chcieli wojny, mają ją. Każda strona przygotowywała tu zarazem własny zamach stanu i zabezpieczała się przed zamachem przeciwnika. Ale kogo mi za to bardzo, bardzo żal, to tych wszystkich dziewczyn, prawie dzieci jeszcze teraz, dla których za lat kilka, gdy podrosną, nie będzie chłopców, narzeczonych, mężów. Ogromnie dużo dziewczyn będzie ierma w Hiszpanii. —

Krwawa sierra

Zakonnica z Montoro

Samochód nasz jest dużą wygodną limuzyną, jedną z dziesięciu oddanych do usług dziennikarzom zagranicznym. Musiała być skonfiskowana jakimś średniozamożnym, ale przecież lubiącym dalekie podróże samochodem ludziom. Panna Jeziorańska, korespondentka PAT-u i „Polski Zbrojnej”, która mogłaby o sprawach hiszpańskich napisać solidną i pasjonującą książkę, ja i dwóch milicjantów z ministerstwa wojny, ci z karnetami202 partii komunistycznej, stanowimy obsadę wozu. Nasi towarzysze z podróży do Madrytu były to młode, nieopierzone chłopaki, które przed groźną inkwizycją w Albacete nawet nie rozdziawiły gęby. Tym dwóm nowym towarzyszom trzeba się przypatrzeć. Spędzimy z nimi prawie dwa tygodnie w rozjazdach przez step i przez sierrę, są to ludzie już po trzydziestce, a w Hiszpanii człowiek szybko dojrzewa, są to robociarze, milicjanci, jeśli nie z pierwszej, to w każdym razie i nie z czwartej brygady. Rewolucja zrobiła z nich kohortę203 pretoriańską ministerstwa wojny, gdzie nie bardzo ufano wojskowym. Ciekawy, pozytywny i sympatyczny jest ich widoczny wysiłek postawienia się na wysokości zadania, nie tylko zadania prowadzenia samochodu i rokowań z wartami rozsianymi po drogach Hiszpanii, ale także oceniania i rozumienia zjawisk, tak jak w ich pojęciu jest to obowiązkiem uświadomionego proletariusza, członka partii, doborowego milicjanta. Ci ludzie podciągają się do zadań nowych, do nowej pozycji społecznej. Nie zdążono ich przygotować do tego podciągania, podciągają się sami, wiedzeni instynktem. To także jest ciekawe. Może dlatego właśnie nie widać w nich niestety śladów poczucia, że inni ludzie w polu i w miasteczku, spotykani przez nas w drodze, są także, jak oni, proletariatem. Tym ludziom oni rozkazują, obwieszczają, tym ludziom nie doradzają i nie tłumaczą. Każdy z nich zresztą inaczej reaguje, inaczej się podciąga.

Więc najpierw niski, zabawny Pedro. Jest to nasz „eskortujący milicjant”. Rewolucja w oczach Pedry przedstawia się dość uproszczenie. Dawniej oficerami była szlachta, panicze, burżuje, synowie adwokatów. Teraz oficerem będzie Pedro, robotnik z branży torebek damskich. Po drodze Pedro musi wchłonąć pewną dozę mądrości, rozjaśniającej i porządkującej dalekie mu dawniej, z horyzontów fabryki torebek damskich niedostrzegane zjawiska. Dyskusja z Pedrem nie jest trudna, ale też nie jest ciekawa. Pedro reaguje na zjawiska dalekiego świata szablonami trzydziestu paru ustalonych powiedzeń. Powiedzenia przypominają aforyzmy, a zaczerpnięte zostały zapewne przy najrozmaitszych okazjach z artykułów w prasie socjalistycznej. Jak reakcje i ruchy motoru są przy wszelkich kombinacjach ograniczone, tak i sterowanie Pedra poprzez zjawiska życia jest dosyć automatyczne. Przy pierwszej z nami rozmowie zdeklarował swe poglądy polityczne, a zarazem odciął się od anarchizmu. „Anarchiści to najbardziej zacofane elementy z masy proletariackiej” — wyrecytował pięknie. Ale okazało się później, że tym jednym zdaniem reguluje wszystko, cokolwiek by się kiedykolwiek o anarchistach mogło powiedzieć. W kilka dni potem w Guadiksie204 opowiadano nam o zaciekłym i naprawdę heroicznym oporze stawianym wojsku właśnie przez miejscowych anarchistów: Pedro wysłuchał opowieści o tym męstwie i z głębokim przekonaniem wypowiedział tłumacząco swoją wieczną w sprawach anarchizmu uwagę: „Tak, tak, anarchiści to najbardziej zacofane elementy z masy proletariackiej”.

Rosłego, ciężkiej budowy Modesta cechuje inny stosunek do świata: głęboka i powszechna nieufność. Czuje się wydźwignięty, wyniesiony, czuje, że jego pozycja socjalna polepszyła się znacznie, że może się jeszcze polepszyć. Wydźwignięcie było może rekompensatą za poprzedni los, ale warunkami obiektywnymi nie wydaje mu się uzasadnione. Do tego wydźwignięcia i wyniesienia, do jego podstawy i trwałości zwraca się właśnie milcząca nieufność Modesta. Wszystko obserwuje, nic nie mówi. Najchętniej nadmienia o rzeczach zupełnie obojętnych: pogodzie, jedzeniu, winie. Nawet tu jest ostrożny. Modesto nie zacytuje żadnego cudzego twierdzenia, nie powie niczego słowami z „Claridad” czy „Mundo Oberero”205. Ma się wrażenie, że ten człowiek chce wszystko skontrolować: i pannę Jeziorańską, i Marksa206. Wczesnym rankiem wyjechaliśmy z Madrytu na Aranjuez, potem w bok drogą do Kordoby, ciągle na południo-zachód. Jedliśmy we czworo nasz pierwszy popasowy207 obiad w Valdepenas, słynnym ze swego dobrego ludowego wina. Nasi towarzysze jedli w sposób dość niedbały, na który oczywiście staraliśmy się nie zwracać uwagi. Już jednak przy następnym posiłku zauważyliśmy, że milczący Modesto przyswoił sobie sztukę używania serwety zamiast obrusa do obcierania rąk i ust po jedzeniu. Modesto zada sobie jeszcze w życiu trud czytania arcydzieł literatury, uczęszczania do szkoły dokształcającej, sięgnie do Engelsa208, kto wie, może zastanowi się nad sztuką dobrania krawatu do niedzielnego ubrania. Dla Modesta żadna rzecz nie będzie zbyt mała czy godna pogardy, przyswoi sobie wszystkie. Stosunek Pedra do spraw obrusa i serwety pozostanie na zawsze taki sam niedbały jak do różnych objawów anarchizmu.

Po obu stronach drogi winnice, winnice, winnice. Wysiadamy z Pedrem po winogrona. Nieznacznie209 zza jakichś opłotków wysunęli się uzbrojeni w fuzje chłopi. Nieprzyjemnie tak buszować w cudzych winnicach, ale Pedro mnie uspokaja, że teraz jest wszystko wspólne. Chłopi po przejrzeniu naszych dokumentów nie mają żadnych uprzedzeń. Rozmawiamy. Do kogo należy ta ziemia?

— Do panów (senores).

— Co się stało z panami?

Okazuje się, że trochę uciekło, koło czterdziestu wymordowano, trzydziestu siedzi w więzieniu. Pracują pod strażą.

— Kiedy ich zatłuczecie? — pyta Pedro.

— Mamy czas, niech popracują do żniw. Teraz jeszcze potrzebne w polu siły robocze.

Nas uderza inny, interesujący szczegół. Czterdziestu plus trzydziestu i jeszcze kilku... Dużo było tych panów w jednej okolicy! Dopytujemy się o ilość ziemi, jaką posiadali. Okazuje się, że byli to właściciele fink od dwudziestu do dwustu hektarów, że byli wśród nich i poniżej dwudziestu. Pytamy, czy wszyscy powyżej dwudziestu hektarów zostali wymordowani lub wywłaszczeni. Okazuje się, że nie. Chłopi spokojnie tłumaczą, że zabijano wielkich gospodarzy, ale takich, którzy głosowali przeciwko Frontowi Ludowemu. Kryterium była nie tyle sama zamożność, co względna nawet zamożność, ale w połączeniu z przekonaniami politycznymi.

Step zaczyna przegradzać rosnąca przed nami zapora gór — Sierra Morena210. Samochód jedzie drogą zupełnie pustą. Czasami rozbite samochody — jest ich moc211 — znaczą drogę. Moją towarzyszkę zaczyna naraz boleć chory ząb. Jest już popołudniu, jedziemy przez okolice La Caroliny, prawie pustynne. W La Carolinie nie ma dentysty, jedziemy dalej. Znowu w innym pueblo nie ma, szukamy jeszcze. To tylko samochód i świetne szosy pozwalają przesuwać się tak po kraju. Jest wieczór, gdy z naszego szlaku zjeżdżamy na boczną drogę, poprzez wydmy i szyby kopalń rudy ołowianej, opuszczone lub nieczynne od czasu rewolucji, sterczące wśród mieniących się błękitnawo usypowisk. Dobrze zmierzcha, gdy dojeżdżamy do niewielkiego miasta Linares, centrum zagłębia górniczego. Pytamy wartę o lekarza. Wywołuje to zakłopotanie. Będzie trudno o dentystę...

— Jak to, w Linares?

— Tak — mówi milicjant — istotnie. Jak pamiętam, było dwóch. Ale byli to ludzie Gil-Roblesa. Zabiliśmy ich pierwszego dnia.

Szczęściem w Linares był jeszcze jeden dentysta, który widocznie nie był zwolennikiem Gil-Roblesa i pozostał przy życiu, zdobywszy klientelę dwóch swych kolegów-dentystów i bodaj dwóch innych, również straconych, lekarzy. Robił wrażenie mocno wystraszonego i niepewnego. Linares, jak dowiedzieliśmy się później, było lokalnym centrum rewolucji, dzięki wielkiej ilości górników, może zaś jeszcze bardziej dzięki ciężkim warunkom panującym wśród pracujących zagłębia. Nikt nas nie niepokoił. Być może, że podróż samochodem ministerstwa wojny, z eskortą milicji i dokumentami, zapewniła ten spokój, być może, że zawdzięczaliśmy go i temu, że większość górników poszła już na front do Kordoby.

Nazajutrz rano pojechaliśmy dalej, bardziej na zachód, poprzez teren górzysty i pokryty wielkimi gajami oliwnymi, coraz widoczniejszy kraj latyfundiów. Byliśmy o jakie pięćset kilometrów od Madrytu. Nie było już tu jednak tak martwo, jak pod La Caroliną. Mijały nas samochody wojskowe witające nasz podniesieniem ściśniętych pięści. Minęliśmy Bailen, słynne z kapitulacji wojsk Napoleona. Za Bailen dał się słyszeć metaliczny zgłuszony warkot. Modesto zatrzymał maszynę. Duży samolot krążył nad doliną.

Son ellos o nuestros?212

Samolot zniżył się jeszcze bardziej i leciał nad naszą drogą. Nikt z nas nie mógł sobie odpowiedzieć na niespokojne pytanie Pedra: „nasz” czy nie „nasz”? Ale samolot odpłynął po chwili ku Kordobie. Pedro odetchnął (jak zresztą, po prawdzie, i my) i poinformował z namaszczeniem i ulgą:

Es un nuestro213.

Sztuka rozpoznawania samolotów może się przydać w Hiszpanii. Pytamy Pedra, jak doszedł do swego wniosku. Było to bardzo proste.

— Gdyby był ich — odpowiada — byłby nas ostrzelał. A jeśli nie strzelał, to nasz.

Przed dwunastą dojeżdżamy do Montoro, skalistego gniazda pod urwiskiem rzeki, siedziby sztabu operacyjnego przeciw powstańczej Kordobie. Jest już coś arabskiego w tym mieście. Przez wąskie uliczki wpadamy na rynek pełen starych domów z herbami u attyk214, z pięknym kościołem. Postaci świętych w portalu są poutrącane: sądząc po reszcie, mogły przedstawiać dużą wartość. Jedziemy do sztabu, zakwaterowanego tuż obok w jakimś prywatnym domu. Wita nas paru oficerów, ubranych nieco jak się da, z widoczną niedbałością dla szlif215 i przepisów. Przychodzi wysoki, przystojny wojskowy, który jak się okazuje, jest znajomym mojej towarzyszki: to deputowany socjalistyczny do kortezów, p. B... Mówi doskonale po francusku, co dla mnie, przebijającego się z trudem przez hiszpański, stanowi ogromne ułatwienie. Jest niezmiernie gościnny i uczynny. Sprawuje tu funkcje komisarza uzgadniającego zarządzenia wojskowych, milicji i władz cywilnych rewolucji. Zaprasza nas na obiad do mesy oficerskiej, ale obiad będzie za godzinę. Po południu zawiezie nas na linie, do El Carpio.

Przez tę godzinę czasu obchodzimy miasto. Burza rewolucji już przeszła, ale ślady jej potoków pozostały widoczne. Przez kilka ulic, którymi idziemy, widać domy, nie to ludzi zamożnych, ale najwidoczniej nieco zamożniejszych, zupełnie splądrowane i okupowane. W kościele bawią się dzieci i pali się ogień na braserze, mosiężnej misie, w której w Hiszpanii utrzymuje się żarzący węgiel z ogniska. Ołtarz i chór, które zresztą nie posiadały wartości artystycznej, są porąbane z jakąś przykrą zaciętością. Pergaminowe arkusze, wyrwane zapewne z mszału, walają się na ziemi. Wrażenie zniszczenia, ponurej, zimnej zaciekłości, jest przygnębiające. Ze szczytu wieży ogarnia się widok daleki, aż pod Kordobę. Z rusztowań dzwonu zwisa wielki czerwony sztandar, i czuwa warta.

Przechodzimy jeszcze kilka ulic, aż nadarza się młody człowiek z milicji ludowej, który zaczyna nas oprowadzać. Jeszcze jeden kościół, ten przynajmniej zamknięty. Młody człowiek opowiada nam bez skrupułów o tym, jak „skończono z księżmi”. Z pięciu trzech zabito. Dwóch nie zabito, nie. Zostali i teraz są bez sutann, normalnie, jak żyć trzeba, pracują w kancelarii miejskiej. Był jeszcze jeden ksiądz: ale ten już na ziemię nie wróci. —

Określenie było zastanawiające, poprosiłem o wytłumaczenie. Milicjant odpowiedział:

— Tu za Montoro zaraz są góry, a w górach, o kilkanaście kilometrów stąd, są trzy wsie trędowate. Tak, jest tu trąd. Jeszcze z dawnych lat. Wsie te są na ziemiach wielkich panów, ukryte w wąwozach. Nikt do nich nie chodzi, nikt z nich nie może wyjść. Raz pastuch się zabłąkał: nie pozwoliliśmy mu już wrócić. Teraz ten ksiądz, na którego miano oko, poszedł w góry. Straże widziały go z daleka, poznały, strzelano. W górach teraz są mgły, ciężko trafić. Ksiądz uciekł do pierwszej z tych wsi. No i dobrze: już po nim. Choćby Gil-Robles wrócił, choćby sam król wrócił, jemu już stamtąd wrócić nie wolno. Takie prawo było i będzie. On już z tamtymi umrze...

Nigdy, nigdzie nie słyszałem o tym, żeby wśród wiosek andaluzyjskich sierry krył się trąd. Ale są wioski w Rumunii, gdzie jest trąd. Może i to jest prawda? Milicjant rozważał dalej:

— Może jemu lepiej, może gorzej. Dla nas lepiej, bo nie mamy kłopotu, a on już tam pozostanie, trędowaty...

— Doprawdy, tam trąd?

— Niech państwo spytają doktora, o tam w szpitalu. On tutejszy.

Zaciekawił nas szpital. Lekarza zastaliśmy w przedsionku. Już słyszał o naszym przybyciu. Może wyobrażał sobie, że jesteśmy towarzyszami politycznymi, może był z natury uprzejmy, dość że nawet w warunkach hiszpańskich uprzejmość jego była niezwykła. Objaśniał nam, tłumaczył. Potwierdził wersję o trądzie. Poprowadził do swoich chorych. Szpital był dawną fundacją klasztorną z 1620 roku. Miał być przytułkiem dla starych i chorych Montora. Miał sto łóżek.

— Tak, sto łóżek — powiedział lekarz — to na wiek siedemnasty było bardzo dużo. Montoro wtedy było małe. Szpital wyposażono w ziemie, które wówczas przynosiły niewiele. Teraz jednak Montoro się rozrosło, przybyło chorych i nędzy, a szpital pozostał taki, jaki był w siedemnastym wieku.

W pierwszej sali ujrzeliśmy przy jednym z łóżek starszą już, nieco ociężałą pielęgniarkę w białym kornecie216. Z początku nie zwróciłem na to uwagi: świeckie pielęgniarki nieraz noszą coś podobnego. Moja towarzyszka była uważniejsza, zapytała, wychodząc z sali, lekarza. Lekarz wydawał się niezadowolony z naszego odkrycia. Tłumaczył się mocno. Okazało się, że tak. W szpitalu pozostały zakonnice. Opiekują się dalej chorymi, a teraz i rannymi. Rannych nie jest w tej chwili dużo, bo zwykle odsyła ich się dalej: ten szpital nie ma dość łóżek.

— Cóż było robić? — tłumaczył się lekarz. — Trzeba było kogoś do opieki nad chorymi, nie mieliśmy naszych pielęgniarek. Te zakonnice poza tym, że były zakonnicami, nic nikomu złego nie zrobiły. Biedne dziewczyny. Chciano nawet, żeby zrzuciły habit, pewno, że to byłoby najlepiej, ja gorąco doradzałem. Cóż ja jestem winien?

Był bardzo zakłopotany, choć uznawał, że właściwie nic nie zawiniły te kobiety. Przepraszał i tłumaczył się. Przepraszał, że dał im żyć, że dał im zachować strój, jaki chciały nosić, że dał im wolność wyznania i wolność pielęgnowania chorych. Z tego wszystkiego tłumaczył się długo i szybko. Z tym tłumaczeniem byliśmy u dna tego straszliwego ostracyzmu, nietolerancji, jaką niosła z sobą rewolucja.

Przeszliśmy jeszcze jedną salę i drugą. Wchodząc do niej, miałem wrażenie, że lekarz drgnął nieprzyjemnie. Istotnie, przy stole zawalonym bandażami z krwią czy rudą ropą z ran stała jak na złość jeszcze jedna zakonnica, zwrócona do nas. Musielibyśmy przejść koło niej. Tak, to była niewątpliwie zakonnica katolicka. Na białym kołnierzu podchodzącym pod szyję wisiał dość duży — w tych warunkach ogromny — metalowy krzyż. Szliśmy na wprost niej: lekarz, my dwoje wyglądający od razu na gości cudzoziemskich — niemało komunistów zagranicznych przewinęło się przez Montoro — za nami milicjant. Milicjanta może siostra znała z... niedawnych wydarzeń. Najwidoczniej przestała na nasz widok pracować, zwróciła się zupełnie ku nam, trzymając brudne szarpie w ręku, i patrzała. W tym spojrzeniu było wyczekiwanie, był spokój, ale był też i nietłumiony, wyraźny lęk. Zakonnica patrzała nam prosto w oczy. Wydało mi się, że lekarz i milicjant wodzą oczami po sali, po chorych, że jakby unikają tych oczu. Może to się tylko tak wydawało. Przechodziliśmy wolno, nikt nic nie powiedział, byliśmy już przy siostrze miłosierdzia. Była to młoda, zupełnie młoda dziewczyna. Miała smutne, spokojne oczy, oczy bardzo poważne. Była ładna, może nawet piękna. Mogło mieć wiele powab i wiele pokus opuszczenia tej sali cuchnącej szpitalem, opuszczenie wymagających chorych i niechętnych przełożonych, wyjście w świat, który jej otwierała — bez jej winy przecież — rewolucja, gdzie jako „nawróconą” przyjęto by z radością, jako zdobycz, jako zwycięstwo. A jednak pozostawała dalej w tym szpitalu, który ją ledwie tolerował, przewijała rany milicjantów, słuchała przekleństw i bluźnierstw, wiedziała, że lekarz tłumaczy się i usprawiedliwia wobec obcych dziennikarzy, iż pozwala jej żyć i pracować. Może zobaczyła, że patrzę na nią zbyt uważnie, że przystanęliśmy przy niej. Miała ręce pełne brudnych, obrzydliwych szarpi, ludzkiego brudu, ociekające wydzielinami ropy. Tani krzyżyk — jedyny krzyż w Montoro, może jedyny na setki kilometrów wokoło Montora — błyszczał z bliska jeszcze wyraźniej na sukni, wyraźniej niż ten czerwony sztandar na wieży kościelnej nad miastem.

Staliśmy oto niezawodnie na ruinach najbardziej katolickiego państwa, jakie wydała historia: nie było już króla, który nosił tytuł katolickiego, nie było żadnego z dwóch prymasów Hiszpanii — arcybiskupa Toledo i arcybiskupa Tarragony, nie było ani książąt kościoła, ani kościołów, nic nie pozostało z wielkich mistrzów zakonu rycerskiego św. Jakuba z Compostelli, bajlifów217 zakonu Calatravy, rycerzy Avis, synów św. Wincentego Ferrera i św. Ignacego Loyoli, puścizny św. Teresy i potęgi wielkich inkwizytorów. Po jedenastu wiekach purpury i władzy kościół cofnął się do czasów Saula, biskupa Kordoby, i Eulogiusza218, biskupa Toleda, tropionych i zamęczonych na stokach alkazarów arabskich: młoda siostra zakonna, która stała przede mną w białej chuście na głowie, była jedynym przedstawicielem kościoła.

Wszystko to trwało i mogło trwać zaledwie moment. Woleliśmy nic nie powiedzieć. Odchodząc i przechodząc koło tej dziewczyny, skłoniłem się tylko głową, nisko, bardzo nisko. Tak nisko — że to jednak zauważyli, choć nic nie rzekli, moi towarzysze montorscy, że zrozumiała to zakonnica: popatrzyła naraz tak, jakby kogoś jej najbliższego, dobrze znajomego, o kim nie wiedziała, czy jeszcze żyje, zobaczyła nagle przy sobie. Tak nisko się nie skłoniłem — a pewno i nie skłonię — przed żadnym człowiekiem w życiu.

El Carpio

Do obiadu w oficerskiej mesie zasiedliśmy pospołu219 z deputowanym B... i trzema oficerami, w kurtkach skórzanych, bez szlif, jedynie z jakimiś nowymi oznakami na rękawach. Przy mnie zajął miejsce oficer dosyć młody, milczący. Podczas rozmowy dowiedziałem się, że pochodzi ze znanej ze swych lewicowych sympatii rodziny kordobańskiej i że dwóch jego braci zostało niedawno rozstrzelanych, a reszta rodziny jest w więzieniu. Mówiło się o tym tak spokojnie i niemal obojętnie, że na chwilę przyszło mi nawet na myśl (bardzo się tego wstydzę), że jest to rodzaj zmyślonej propagandy. Spotykałem się potem z propagandą bardzo celowo montującą wiele rzeczy, ale dziś nie mam wrażenia, aby ów oficer z Montoro mówił nieprawdę: to tylko reakcje tych ludzi w Hiszpanii są inne, może właśnie boleśniejsze, niż byłyby u nas. Mówiono przy obiedzie o tym, że nie bierze się jeńców. Widziałem, że niestety rozstrzeliwuje się po obu stronach z największą gotowością, ale myślałem, że trzeba ten zapał, o ile to jest w naszej mocy, studzić. Powiedziałem, że o ile wiem, wojska rządowe nie zabijają wziętych do niewoli, że to właśnie jest należycie oceniane w reszcie świata i dobrze służy ich sprawie. Ale moja pochwała spotkała się ze złą oceną wojskowych montorskich: pewien oficer wręcz oświadczył, że przeciwnie, niech tylko którego z tych drabów weźmie do niewoli, już go się nie wypuści! B... inaczej zareagował. Powiedział, że istotnie zdeklarowanych przeciwników politycznych się traci, lecz w innych wypadkach republika jest wyrozumiała i humanitarna. Najlepszy dowód możemy ujrzeć po obiedzie, w postaci młodego Maura, schwytanego w nocy i przyprowadzonego do komendy. Wprawdzie ów oficer, który tak się srożył poprzednio, mruknął i teraz coś, co oznaczało mniej więcej: „No, musimy go przecież wybadać”, ale wolałem wziąć słowa B... za dobrą monetę. Razem z moją towarzyszką komplementowaliśmy ich więc długo i dobitnie za ów niewątpliwy dowód humanitaryzmu, w myśli, że jeśli tym ludziom zależy na opinii zagranicy, może zechcą wstrzymać choć w wypadku jeńców rzeź wojenną.

Pannę Jeziorańską zainteresowały natomiast inne rzeczy, o których mówił deputowany B... Wiedząc, że Kordoba zachowała po swych wsiach jeszcze wiele wyrobów z najlepszej szkoły arabskiej średniowiecza, pytała już po drodze w jednej ze wsi o rodzaj łyżników, kutych misternie, najprostszej rzeczy na świecie, ale też znajdującej się dziś tylko po chatach, w odległych wsiach. Jest to jakby krata, wyginana i cyzelowana, którą wiesza się na ścianie przy kominie i na której wiszą wszystkie łyżki i chochle. Łyżniki takie są poszukiwane przez cudzoziemców, a w niejednym bogatym domu hiszpańskim wiszą po dawnemu, już jako czysty motyw dekoracyjny. Czy w tych okolicach, tak bliskich kalifackiej Kordoby, nie można tego dostać? B... ożywił się znacznie. On właśnie sam jest zbieraczem takich rzeczy. Niedawno kwaterował w jakimś cortijo szlacheckim, gdzie było moc starych mis mosiężnych, kutych łyżników i lamp oliwnych z miedzi. Taka szkoda, że musieli się stamtąd dość szybko wycofać i nie zdążył tego zabrać! Już ma dość ładne zbiory. Byliśmy oboje bardzo zażenowani na takie dictum220. Jak to określić? Łupy wojenne? Hm, być może. Można skądinąd i naszą wyprawę wiedeńską, która tyle rzeczy tureckich nawiozła do dworów szlachty, uważać po trosze za kolidującą z prawem własności, i można z drugiej strony powiedzieć, że deputowany B..., który dzięki wojnie i rewolucji proletariackiej w tani sposób powiększa swe zbiory antyków, jest tylko jednym więcej zbieraczem trofeów i łupów, poprzez Aleksandra Wielkiego i rycerzy krzyżowych, aż do Jana III i Napoleona. Miałem sposobność słyszeć później w Walencji ciekawe wywody na ten temat i nie jestem w stanie ocenić czynu B... ani nie mam na to ochoty. Piszę, jak było, i notuję, że naszym pierwszym uczuciem było jednak zażenowanie. Całe szczęście, że B... pochłonięty był swoją myślą i mówił, nie zatrzymując się wcale. W El Carpio, z którego nas poprowadzą do linii, jest również wiele pięknych rzeczy. Jest to bardzo stare, a odległe od dróg pueblo. Było markizatem — pan na El Carpio miał tytuł markiza — i należało do księcia Alby. Jest tam również jego pałac. B... da polecenie do miejscowego komitetu Frontu Ludowego.

Do Carpio było już tylko kilka kilometrów pierwszymi naprawdę złymi drogami, jakimi jechałem w Hiszpanii. Mijaliśmy samochody wojskowe i posterunki, czuć było frontem. W miasteczku, położonym na cyplu wzgórza i stłoczonemu jakby żaden dom nie mógł zdecydować się na zejście o kilkanaście kroków dalej, gdzie zaczynało się wolne pole, zameldowaliśmy się w komendzie odcinka, która już była powiadomiona telefonicznie. Dano nam przewodnika i ruszyliśmy naprzód. O kilometr dalej pozostał nasz samochód, a my sami przeszliśmy polem, świeżym zupełnie ścierniskiem, do niewielkiego sadu oliwnego, gdzie pomiędzy drzewami poprzeciągano druty kolczaste i wykopano rowy strzeleckie. W niewielkim domku stróża polowego palił się ogień — dzień był bardzo słotny — przyjął nas kapitan, szef odcinka. Objaśnił pokrótce sytuację. Znajdujemy się na wzgórzu, które dominuje nad dwiema sąsiednimi dolinami, będącymi już w zasięgu powstańców. Na wprost naszego wzgórza, na przeciwległym zboczu, znajdują się pozycje nieprzyjacielskie, za tym zaś wzgórzem widzi się już Kordobę. Pozycje te zajmują rządowcy od dawna: od sierpnia. Prawie codziennie jest wymiana strzałów artylerii z El Carpio, i zza Villafranca, czasem nadlatują ich samoloty, często ostrzeliwuje się wojska w pasie neutralnym. Wyszliśmy z domu ku liniom. Niedaleko stamtąd żołnierze ćwiczyli rzut granatem.

Linia była o kilkadziesiąt zaledwie metrów. Stanowiły ją najpierw ziemianki, okryte słomą i ziemią, nieco niżej, u skłonu wzgórza, ciągnął się płytki, zygzakami schodzący okop. Deszcz siąpał i żołnierze najwidoczniej nudzili się na potęgę. Po drugiej stronie nie było nic. Nie wychodziliśmy przez okop tylko w obawie zdemaskowania pozycji, choć najprawdopodobniej po tak długim okresie bojów była już ona tamtej stronie dość dobrze znana. Przez peryskop, opatrzony w szkła powiększające, można było widzieć całą dolinę. Były to rozległe pola i ścierniska. W pewnym miejscu pokazano nam poruszające się punkciki. Po chwili dostrzegliśmy, że to ludzie, najwidoczniej chłopi, krzątają się przy zwózce ostatnich kopic zboża. Widać było konie, dwukołowe wozy hiszpańskie, szerokie kapelusze campesinów221. Musieli być już pod obstrzałem tej i tamtej strony, zwłaszcza zaś powstańców. To prawdopodobnie ich domy znajdowały się na samym dnie szerokiej i płytkiej doliny, która oddzielała szerokością może dwóch kilometrów pozycje nieprzyjacielskie. Wojna zatrzymała się tak nad nimi i chłopi nie słuchali jej praw. Istniało dla nich prawo zbiorów i żniwa, obostrzone tylko rygorem nadchodzących deszczów. Zdawało się także, że ludzie w dolinie nie uznają praw wojny.

Wczesny zmierzch zapadł, gdyśmy byli z powrotem w El Carpio. Teraz przyjął nas młody, sympatycznie wyglądający robotnik, który mówił do nas: „towarzysze”, był sekretarzem Frontu Ludowego i otrzymał co do nas polecenia od B... Pytaliśmy się dalej o sławne łyżniki, ale on nie bardzo wiedział, o co chodzi. Natomiast obiecał nam najchętniej pokazać El Carpio, które Bogiem a prawdą niewiele nas interesowało poza starą wieżą-czatnią, na szczycie wzgórza. Zaprowadził nas najpierw do palacio księcia Alby. Palacio było dużym domem, o wysokich sklepieniach, i lepiej pobielanym od innych. Prawie wszystkie pokoje były po prostu mieszkaniem rządcy tej części dóbr i przedstawiały obraz zupełnego nieładu. Na podłodze walały się książki, szmaty, rozbita porcelana. Było też kilka dużych mosiężnych mis. Częstowano nas nimi jako prezentem i to chodzenie po cudzym domu, najwidoczniej dobrze już splądrowanym, stawało się przez te ciągłe częstowania coraz przykrzejsze. Okazało się też, że nasze zwiedzanie miało w ich pojęciu swój główny cel właśnie w owych „darach”. Zabraliśmy się do wyjścia, ale nasi gospodarze byli tym nie tylko zasmuceni, ale jakby przygnębieni i nastraszeni. Bali się po prostu, że nam nic nie odpowiada. Może się bali tych z Montoro? Widzieliśmy, że wysilają się uporczywie, żeby nas ułagodzić i przejednać, że na nasze podziękowania za odprowadzanie odpowiadają jak na bardzo zdawkowy i nieprawdziwy komplement. Zaczęli nas namawiać do obejrzenia innego „domu faszystów” i znowu zaczęli nas usilnie częstować. Sytuacja było zupełnie kłopotliwa i niewyraźna. Nasze zakłopotanie było przez tych ludzi tłumaczone, zdaje się, jako widoczne niezadowolenie z ich darów. Moja towarzyszka coś jeszcze bąknęła o „własności ludu”, ale to już najmniej przemówiło do przekonania. Powiedziano nam, że oni właśnie są ludem i że obdarowują obcych przyjaciół.

Nasz główny cicerone, ów tak sympatycznie wyglądający robotnik, powiedział wreszcie, że jest jeszcze jeden dom, gdzie mieszkają „faszyści”, którzy nie uciekli na wieść o rewolucji. To było coś, co mogło nas zająć. Poszliśmy tam. Po drodze opowiedziano nam, że z pięciu księży, którzy byli El Carpio, trzech uciekło na czas do Kordoby, dwóch zabito. Jeden z nich był kapelanem wojskowym i zabił w starciu dwóch górników. Kazano mu się pomodlić nad ich zwłokami i zastrzelono go przed kościołem.

Dom, przed którym stanęliśmy, był zupełnie niezamożny. Wewnątrz sieni wisiały nieładne kolorowe lampki, tania miejska rupieciarnia. W drugim pokoju, do którego pobiegła otwierająca nam drzwi dziewczyna, słychać było szmery i szepty. Nasz oprowadzający wszedł tam zaraz i wyprowadził wszystkich. Stanęły tak przed nami dwie młode dziewczyny, mała dziewczynka i mały, może jedenastoletni chłopiec. Między nimi stała starsza, otyła kobieta o wylęknionych, pokornie patrzących oczach. Trzeba było coś powiedzieć. Udaliśmy, że nic nie wiemy, że jesteśmy zagraniczni dziennikarze, którzy poszukują starych kowanych łyżników. Starsza kobieta, kłaniając się, odpowiedziała, że nie ma. Na to nasz towarzysz rzekł po hiszpańsku: „No prędzej stara, to nasi towarzysze, trzeba im dać, co tylko masz”. Nie zrozumiałem tych słów, odczułem tylko ostrość tonu i zobaczyłem silny odruch mojej, dobrze znającej hiszpański, towarzyszki. Ale jednocześnie kobieta zaczęła się energicznie krzątać. Było przykro patrzeć, jak, otyła i ociężała, rusza się szybko, nie wiedząc jeszcze, za co chwycić, jak najprędzej usłużyć i dogodzić. Dzieci patrzyły na nas znieruchomiałymi martwymi oczami.

Stara kobieta wydobyła mosiężny garnczek, biedny i zabrudzony, i zaczęła go jednocześnie wręczać nam i ocierać. Jej pośpiech i uniżoność, nieludzka, psia, uniżoność zwierzęcia, które bito, musiano bić, była czymś okropnie przykrym. Zaczęliśmy szybko mówić, że nam nie o to chodziło, ale gdy pomyśleliśmy, że dalej zaczną cały dom przewracać, powiedzieliśmy szybko, że musimy zdążyć na czas do deputowanego B... Formuła okazała się zrozumiała i skuteczna. Po chwili byliśmy już na dworze. Mielimy ochotę uciec z tego domu. Tymczasem nasz towarzysz powiedział nieco obrażony:

— Nie wiem, czemuście się tak cackali, to znani faszyści. Myśmy tu dwóch synów tej tam rozstrzelali...

— Jej dwóch synów? — spytaliśmy.

Ale to już nie było niespodzianką.

— Za co? Falangiści?

— Nie: tak w ogóle faszyści. Mieli po dwadzieścia trzy i osiemnaście lat. Na pewno byliby z tamtymi. Znani faszyści. Ten mały tam pozostał: on ma tylko dziesięć lat. Pozbywamy się tylko tych, co mogą z nami walczyć.

Robotnik przejrzał wreszcie przyczyny naszego skrępowania. Odtąd był chyba pewny, że my się jednak — kto tam przedtem ich wiedział — nie poskarżymy B..., iż nam nic w Carpio nie dano, i na pewno zaczął odczuwać pewną wyższość nad słabo nerwowymi inteligentami z zagranicy. Odzyskał wobec nas autorytet. Umyślnie popisywał się surowością: rewolucję trzeba robić dokładnie, towarzysze, po chłopsku. Zaprosił nas do siebie. Nie mogliśmy odmówić, ale byliśmy tu jak bezwolni. W mieszkaniu, które nie było wcale uboższe od tego, gdzieśmy byli przed chwilą, wyciągnął z dumą butelkę francuskiego szampana — z piwnicy administratora księcia Alby — i nalał nam do szklanek. Piliśmy z przykrym wrażeniem, że mimo wszystko bierzemy w tym, co się dzieje, udział. A także — żeby o tym nie myśleć. Robotnik wznosił toasty i uśmiechał się do małego synka. Ściskał nam mocno ręce i przepraszał, że nie umiał dogodzić, ale że on wszystko szczerze, z serca. Było ciemno na dworze, na pewnym odcinku drogi ze względu na bliskość frontu musiano pogasić światła, mżył deszcz. Przy kolacji deputowany B... pytał się, czy znaleźliśmy, cośmy chcieli, i bardzo się dziwił, że wracamy z niczym.

Byłoby nieściśle powiedzieć, że z Carpio wracaliśmy z niczym. Wspomnienie tego dnia bardzo długo kazało nam o sobie myśleć. Najgorzej, że nie układało się w żadne proste szablony, że nie dzieliło wyraźnie na winnych i niewinnych, zbawionych i potępionych. Najgorzej, że człowiek, który nachodził mieszkanie swych ofiar („Ja stąd coraz to coś sobie biorę na gospodarstwo” — powiedział nam nawet), miał ujmujący uśmiech, gościł nas jak braci i głaskał po głowie małego synka. Najgorzej właśnie, że ten człowiek nie był ani degeneratem, ani okrutnikiem czy sadystą, że takich ludzi jak on musi być w tym kraju setki tysięcy i że niestety, poprzez takich ludzi najzwyklejszych, najspokojniejszych, rozlewa się tu co dnia męka i śmierć. I nie wiedzieć, gdyby przyszło takich ludzi sądzić, gdzie szukać przyczyn tej zbrodni, która dla nich nawet nie istnieje: we krwi, w jakimś okrucieństwie rasy, przemawiającym dziś poprzez stulecia pozornego uśpienia, w ciemnocie, która ich trzymała w biedzie, w pożądaniu, czy wreszcie w nauce, która zakreśliła granice klas i programów i powiedziała: „Wstań, idź, zabijaj”.

Cerro Muriano

Następnego dnia odbyliśmy dosyć daleką wycieczkę na inny odcinek frontu. Kordoba znajdowała się wówczas jeszcze w uścisku bardzo bliskich pozycji czerwonych, obejmujących ją z trzech stron. Montoro panowało nad ramieniem obcęgów zaciskających się koło miasta z jednej strony, Cerro Muriano222 z drugiej. Stąd podróż tam i z powrotem zajęła cały dzień. Mżył deszcz wczorajszy, tylko jeszcze gęstszy i przykrzejszy. Jedliśmy obiad w gospodzie większego puebla, gdzie jak nam opowiadano, wymordowano przeszło pięciuset zebranych z całej okolicy faszystów. Być może zresztą opowiadający przesadzali, ale to właśnie chełpienie się i prześciganie i tak dość krwawej rzeczywistości mówiło już wiele. Ludzie pomordowani nie byli oczywiście żadną magnaterią, jak nie byli nimi ani uwięzieni pod Valdepenas, ani ludzie z El Carpio. Parę razy wspomniano nam o pewnych rodzinach jako „faszystowskich”. Słowo „faszyzm” powtarzano ze szczególną lubością: trochę tak jak jakieś bardzo miejskie słowa, jakieś „ewentualnie” czy „absolutnie”, u nas na wsi. Może przyjmowało się jeszcze i dlatego, że zwalniało w sposób magiczny od wszelkich wyjaśnień i usprawiedliwień. Myślę, że bardzo często ludzie zabici za swój faszyzm i ludzie zabijający innych za ich faszyzm nie potrafiliby pod grozą śmierci i wszelkich możliwych kar wytłumaczyć, czym jest ów faszyzm naprawdę. Słowo to przypominało tu wspólny dół, do którego pospołu i po prostu wrzuca się ciała wszystkich rozstrzelanych. Niestety, czuło się na każdym kroku, że ten dół posiada otchłanie większe od przepaści Sierry Moreny. Bez trudu mogliśmy sobie wyobrazić, że po drugiej stronie linii bojowej jest drugi taki dół wspólny, o dnie i sensie równie ciemnym dla tych, co weń padają, i tych, którzy weń wtrącają, że tamten dół z kolei nazywa się komunizmem, tak samo jest jedyną rzeczą wspólną wszystkich, których się weń wtrąca, i wreszcie tak samo przerasta przepaście.

Kilkugodzinna jazda samochodem, w dzień monotonny i słotny, po serpentynach drogi poprzez zupełnie puste wzgórze, pomagała w porządkowaniu wrażeń. Nie było najmniejszej wątpliwości, że wina i zbrodnia sczepiły się tu w jakiś gordyjski węzeł223, że ogarnęły całą ludność wszystkich puebli, że wszędzie mordowano się wzajemnie, a także, że wszędzie krewni ofiar czekali chwili swej pomsty. W Barcelonie w ramy politycznej manifestacji nowego ładu wtłaczano walkę byków. W olbrzymich prowincjach Hiszpanii, gdzie procent analfabetów przerasta 90, na tym skłonie Europy bliższym Saharze niż Sekwanie, wyrosłym na tradycji najkrwawszych w Europie, poza Turcją i może Moskwą, rządów islamu, skanalizowano w nią walkę klasową, której sens nie był w całości zrozumiały, wtłoczono wszystkie zawiści, rozgrywki, wszystkie pieniaczenia się góralskich rodów, wszystkie vendetty224 i walki o dziewczyny czy winnice. W każdym pueblo opowiadano nam o tym bez żenady. Modesto raczej milczał, ale Pedro wypytywał i zachęcał. Tłumaczył nam, że musi być tak jak w Rosji. Krwawość rewolucji rosyjskiej, która była raczej cechą odrażającą w oczach narodów europejskich, tu wyrastała na zasługę, na coś najbardziej przemawiającego za pożytkiem i trwałością dzieła przewrotu.

W dolinie, na zjeździe ku Cerro Muriano, ukazał się samolot. Musieliśmy stanąć. Samolot był niewątpliwie powstańczy, zlustrował jednak tylko dolinę i odleciał ku drodze na Bailen. Wkrótce potem zjechaliśmy na równinę. Oliwki rosły tu niewstrzymanym, choć zawsze rzadkim gajem. W domu dawnego dróżnika — jest ich wiele na szosach hiszpańskich — czekano już w sztabie na nasze przybycie. Zaproponowano nam z ironicznymi nieco uśmieszkami pozostanie tu na noc, a najsamprzód wycieczkę na front. „Un pequenio passeito225 — powiedział oficer, a czytelnicy wiedzą już, że passeito ma w Hiszpanii dość specjalne znaczenie. Wyszliśmy na dwór.

Ale na dworze Pedro rozpoczął od wysuwania jakichś ważkich i urzędowych obiekcji: on w każdym razie na front pojechać nie może. Nie może ryzykować samochodu. Nie żeby się o niego bał: nie może ręczyć za siebie, jeśli zobaczy faszystę. Ale znalazł się inny samochód. Po chwili jechaliśmy drogą, już niemal przez równinę, wśród oliwek. Po obu jej stronach pod rozłożystymi drzewami, przykryte naciętymi gałęziami stały różnych rozmiarów samochody. Drogę przegrodził zasiek. Zjechaliśmy między drzewa, o parę metrów niżej. Tamten odcinek był już pod obstrzałem.

O kilkanaście metrów dalej wysiedliśmy, samochód zjechał pod drzewa, nas z dwoma wojskowymi zameldowano szefowi odcinka. Stał przy schronie, cofniętym za pozycje, i stąd zapoznał nas z położeniem. Pozycje rządowe, wysunięte z gór na równinę, broniły dostępu do pasma górskiego, którym przybyliśmy tutaj. Pozycje przechodziły przez olbrzymi obszar pól oliwnych należących do hr. Romanonesa. Drzewa rosły rzadko, ale były tak rozłożyste, że trudno było rozeznać w tym gąszczu jakiekolwiek pozycje. Rozumiałem już, dlaczego to tak często samochody obu stron myliły drogi i wpadały na teren nieprzyjaciela. Z gąszczu przed nami, o trzysta metrów, wyrastał biały dom. Był to dom folwarczny Romanonesa, a teraz siedziba potężnego gniazda karabinów maszynowych.

— Chcą państwo także na linię?

Oczywiście, że chcemy na linię. Jednocześnie przypominam sobie, że już raz, przy tym zjeździe z drogi, pytano nas, czy aby nie dosyć. Teraz rozumiemy kpiny. Chodźmy na linię!

— Pomalutku — woła za nami jeden z oficerów. — Tutaj...

Karabin maszynowy przed nami zaczyna sucho i bardzo głośno terkotać. Koło uszu raz za razem wziu... wziuu... wziu... Kicamy na ziemię. Jesteśmy akurat w wolnym miejscu, między szeroko rozsadzonymi oliwkami, na nieco w dodatku podniesionej polance. Karabin maszynowy stanął, my podrywamy się do biegu. Ale oficerowie, dwóch żołnierzy, szofer samochodu idą spokojnie. Jeden z oficerów coś mówi do mnie, ale jeszcze za mało rozumiem. Widzę, że umyślnie mówi spokojnie. Kule zaczynają gwizdać. Mój towarzysz się nie chroni. Strzelanina się wzmaga: ale to nic. Jesteśmy już przy okopie: w okopie widać drgającą w nagłych podrzutach ciężką lufę rozpartego w ziemi cekaemu226. To z tej strony pada odpowiedź. Karabiny maszynowe rozmawiają ze sobą tak głośno, że trudno się nam dogadać. Jeszcze gdzieś z boku dołącza się nowe terkotanie. Oficer żartuje z panny Jeziorańskiej, no i ze mnie.

— Aleście padali ładnie — mówi.

Jesteśmy źli na siebie. Rzeczywiście, padałem za każdym strzałem.

Żołnierze są lepsi, częstują nas koniakiem i mówią, że i tak jesteśmy pierwszymi dziennikarzami, których widzą na linii. Co prawda, nie było tu jeszcze dziennikarzy lewicowych. Kto był odważny, jest dzisiaj w szeregach.

— Nie trzeba bać się kuli, która gwiżdże — powiadają — taka już przeszła, już niegroźna. Macie tu jedno szczęście: naprzeciwko nas nie ma Maurów i żołnierzy, tylko formacje falangistów. Ci strzelają niezbyt celnie.

Strzelanina urywa się chwilami i potem znowu rozgrzewa. Biały dom jest niedaleko: okna ma do połowy wysokości zakryte ciemnymi workami. Właśnie zza nich prażą falangiści. Zwłaszcza nocą ogień nie ustaje. Trafiały się wycieczki ku okopom: tam w rowie przed nami leżą ciała ciemniejszą, zlewającą się z ziemią plamą. Podobno, gdy wiatr dmie stamtąd, czuć rozkład. Trzeba by je podlać benzyną i podpalić, ale trudno wyjść w dzień, a nocą ognisko zwróci uwagę.

Po półgodzinie wracamy. Po chwili kule znowu zaczynają bzykać nad głową. To zwykle ostrzeliwa się wszystkich idących lub wracających z okopu. Moja towarzyszka idzie z piękną odwagą, ani głową nie ruszy. Przed nami żołnierze przy schronie patrzą. Trzeba się wziąć w garść. Idę tak wolno jak mogę, oglądam się, rozmawiamy. Jak dziwnie można zagadać nerwy! Jeszcze dziesięć, jeszcze pięć kroków. Oglądamy się za siebie, żegnamy podniesieniem pięści żołnierzy, którzy patrzą za nami z okopu. Patrzę jeszcze na biały dom, z którego pojedynczo idą strzały. Byłoby jednak głupio od nich oberwać. Oficerowie ściskają nam życzliwie dłonie. W sztabie u dróżnika nikt nie uśmiecha się złośliwie i nikt nie proponuje zostania na noc. A nuż przyjmą?

Potem Pedro znad kierownicy opowiadał, że ulubioną rozrywką kapitana jest wyprowadzić dziennikarzy na dobry ogień i patrzeć, jak zwiewają z powrotem, i że pytano się o nas przez telefon do schronu, ale powiedziano, że nie. Słuchaliśmy opowiadania, byliśmy jednak bardzo radzi, że jesteśmy znów w samochodzie, w drodze do Montoro. Wieczorem dano mi gościnę w innym niż poprzednio domu, ale takim samym jak ten, w którym przespałem moją pierwszą noc w tym miasteczku zajętym po wygnanych czy zabitych „faszystach”. Tak samo były tu meble i obrazy w najtandetniejszym, drobnomieszczańskim stylu niemieckim. Moim towarzyszem przygodnym był młody dziennikarz madrycki, raczej jednak mała rybka niż wybitna persona. Przy tej okazji miałem sposobność zauważyć, że on również powiększał przy okazji zasób swej kolekcji rzeczy cudzych, aczkolwiek w odróżnieniu od p. B... interesowały go głównie nie tyle dzieła sztuki przeszłych wieków, co przedmioty bardziej współczesnej użyteczności. Znowuż chciałbym, aby czytelnicy wzięli pod uwagę, że w pojęciach kraju i wydarzeń wojennych układało się to, przynajmniej w pewien sposób, w kategorie łupu. Cieszę się, że w niedalekiej stamtąd miejscowości, niejakim Marmolejo, opowiedziano nam, że domy rozstrzelanych „faszystów” zostały zamknięte, opieczętowane i oddane pod straż milicji. Czyn władz ludowych z Marmolejo zasługuje niewątpliwie na wyróżnienie, zdaje mi się jednak, że reguła wydarzeń prowincji hiszpańskiej była przecież odmienna.

Powrót do Grenady

Montoro opuściliśmy nazajutrz, około południa, ruszając na bardziej czynne w tym czasie odcinki frontu pod Grenadą i za Malagą. Ostatnim wydarzeniem była głupia, ale w innych wypadkach może niezbyt wesoła przygoda. Przed śniadaniem poszedłem sfotografować parę rzeczy w miasteczku. Wszedłem na wieżę kościoła, skąd po zezwoleniu warty wojskowej zrobiłem kilka zdjęć, ale kiedy schodziłem, zatrzymał mnie niewysoki, krępy człowieczek z fuzją na ramieniu, milicjant służby porządkowej. Nie pomogły ani przepustki i zezwolenia, ani wstawienie się warty, lecz ponieważ wezwał mnie tylko do stawienia się u alcalda227 Montoro, więc poszedłem. Alcalde rezydował w jeszcze jednym opróżnionym z właścicieli-„faszystów” domu, ale o tak wczesnej godzinie — dziewiąta rano — spał w najlepsze. Usłyszawszy to, powiedziałem, że idę na śniadanie do sztabu wojskowego: mój człowieczek niechętnie powlókł się za mną. Pierwszy z brzega oficer powiedział mu, że może sobie odejść do bardziej produktywnych dla republiki zajęć, a na uwagę, że moje zdjęcia z wieży mogą posiadać niebezpieczne znaczenie strategiczne, dodał jeszcze, że sąd w tej sprawie niech pozostawi bardziej kompetentnym w strategii. Gdy jednak po trzech kwadransach wyszliśmy na miasto z panną Jeziorańską, człowieczek dybał już na nas i zaprosił do alcada. Poszliśmy cierpliwie, ale alcade jeszcze i teraz nie powstał był z martwych, wobec czego wyszliśmy drugimi drzwiami. Po chwili na ulicy ujrzeliśmy naszego człowieczka, który szedł za nami krok w krok. Wszystko było dobrze, pókiśmy kupowali coś w sklepach, kiedy jednak chcieliśmy skręcić ku kwaterze wojskowej, człowieczek rozsierdził się zupełnie, a na besztanie mojej towarzyszki wymierzył do niej z fuzji. Teraz już myśmy poszli do alcada, który na nasze szczęście kończył toaletę, z resztkami mydła na twarzy zapoznał się ze sprawą i oczywiście kazał utrapieńcowi oddać się właściwym zajęciom. Wszystko to było raczej niemiłe, a poza tym jeszcze i niemądre, ale dawało obraz, jak wiele przesadnej może, lecz czujnej surowości wykazali pociągnięci do odpowiedzialnej służby rewolucyjnej najprostsi i najciemniejsi.

Jechaliśmy, jak poprzednio, z powrotem przez Bailen, ale stąd rzuciliśmy się już zupełnie na południe. Od Jaen, panującego ze swych wzgórz warownych nad okolicą, rozpoczynały się prawdziwe góry: w ich wnętrzu, za tymi dolinami, które trzeba było przebywać, skrętami drogi wdzierającej się coraz wyżej, leżała historyczna Grenada. Nad wieczorem byliśmy już wysoko, panował zupełnie górski chłód, motor pracował ciężko, wciągając nas pod górę. Okazało się niemożliwe, zwłaszcza w tych dzikich okolicach i przy bliskości frontu, zrobić tego dnia więcej, zatrzymaliśmy się więc na noc w niewielkim góralskim pueblo, tyle tylko, że leżącym przy drodze kolejowej. Sterczały nad nim, jak zabytek lepszej przeszłości, potężne mury kościoła i jeszcze potężniejsze ruiny zamku. Kwaterowało tu moc wojska, odsyłanego przez ten punkt przyfrontowy z linii bojowej lub przeciwnie, dosyłanego stąd do okopów. Przypadkiem znalazła się i cała grupa hiszpańskich dziennikarzy, przeważnie młodych i dość trzeciorzędnych. Zajęli się jednak nami, zaczęli nas oprowadzać, pokazywać mizerne zresztą rezultaty lotniczego bombardowania z przedwczoraj, piorunować na faszystów. Moja towarzyszka zmęczona pozostała z nimi w prymitywnej gospodzie, ja wyszedłem jeszcze, już prawie po nocy, z jednym z nowych znajomych, który dobrze i pewnie mówił po francusku. Pamiętam, że był to Andaluzyjczyk. Odbijał od innych swym typem, zupełnie czarnym, przy południowej śniadości cery pozbawionej najlżejszego rumieńca. On jeden nosił też zwykły hiszpański płaszcz żołnierski, bardzo charakterystyczny: szeroki, niezapinany z przodu, ale narzucony, jak tunika rzymska, przez głowę, opadający w olbrzymich fałdach.

Podeszliśmy najpierw do kościoła. W głównej nawie, wysokiej i wielkiej, paliło się pod filarami kilka dużych ognisk. Rozsiedlili się tu żołnierze, grając w karty, potłuszczone i wymięte, przyglądając się, jak inni z aluminiowego wojskowego kubka wyrzucali, także grając, duże sześciany kości. W bocznej nawie, zupełnie ciemnej — bo światła z ognisk pełzały nisko po ziemi, ginąc w olbrzymim gmachu — tuliły się jakieś postaci. Stanęliśmy w miejscu. Od środka kościoła dolatywał gwar rozmów, przerywanych jakimś okrzykiem, trzask dopalających się polan, suchy stukot wyrzucanych na posadzkę kości. Ciemna nawa dyszała tymczasem ściszonymi szeptami ust mówiących coś wprost w inne usta i głębokim, prawie rytmicznym sapaniem zmęczonych ciężkich oddechów. Z tulących się kilkunastu par nie ruszyła się na nasz widok żadna. Odszedł mnie nawet pierwszy gwałtowny wstrząs. Widok kojarzył się dziwacznie z zapamiętanymi wrażeniami wieczorem z dużych folwarcznych obór, bydła w mroku i cieple przeżuwającego żmudnie i głośno całodzienną strawę. Wrażenie, jakie pozostawało, było to wrażenie potrzeby, zwierzęcej i pierwotnej, wyżywającej się żywiołowo, męcząco i ciężko. Dalej nikt nie oderwał się od uścisków.

Elles aiment faire celà a l’église228 — powiedział głośno, w formie uwagi, Andaluzyjczyk. — Dawniej najchętniej na cmentarzu. Cóż pan chce — westchnął na mój odruch — Andaluzja? Władza wojskowa? Nie sądzi pan, że ma inne kłopoty na głowie? I że wreszcie tym ludziom z frontu także się coś należy?

Ludzie z frontu istotnie brali w Iznalloz229 wszystko, co się im w ich pojęciu z życia należało. Andaluzyjczyk pokazał mi z cichą radością misterne, ale i silne kraty miradorów, w jakie zaopatrzone są okna hiszpańskie, poprzez które wieczorami rozmawia wiejski adorator z ukrytą w pokoju narzeczoną. Teraz kilka tych krat było odgiętych gwałtownie na boki, jak rozchyla się szuwar czy gałęzie, wyrwanych i połamanych przez jakieś silne, śpieszące się ręce. Nikt już nie wystawał cierpliwie u wyłamanych krat miradorów. Po ulicach, jakby kołując ku kościołowi, wałęsali się za to żołnierze z dziewczynami. Po drodze minęli nas inni dziennikarze: oni także szli do owej nawy, jak na umyślne a niecodzienne widowisko. Myśmy poszli powoli w stronę zamku. Miałem wrażenie, że Andaluzyjczyk próbuje usprawiedliwić to, co widziałem, bo znów zaczął o tym mówić. Ale okazało się, że nie zamierzał się usprawiedliwiać. Słowo „Andaluzja” rozgrzeszało. Więcej, słowo „Andaluzja” uświęcało wszystko. Czyniło w jego pojęciu z tych rzeczy coś wielkiego, koniecznego i jakby rewolucyjnie pożądanego. Andaluzyjczyk się rozpalił. Musiał być suchotnikiem, bo poprzez grube sukno żołnierskiego płaszcza czuło się w uchwycie ręce o wąskich, kościotrupich piszczelach. Szliśmy do ruin, a on mówił coś, co z początku uchodziło mej uwadze, że Iznalloz był jedną z bram do królestwa mauretańskiej Grenady, eldorada230 zniszczonego przez dzikich górali kastylskich. I jeszcze coś: że ta cywilizacja nie była, jak ja się wyraziłem, ani arabska, ani hiszpańska. Cóż Arabowie? Wypędzeni z powrotem do Afryki, zmarnieli w Tangerze231 czy Rifie232. To dopiero spłyn tych ras, dopiero zapłodnienie starych szczepów iberyjskich Południa nasieniem semickich zdobywców z Afryki, czystą myślą islamu, mogło dać taki niezwykły rezultat hodowlany. Hiszpania skończyła się, a nie zaczęła, z upadkiem ostatniego kalifatu, ze zwycięstwem, wraz z myślą chrześcijańską, rasy północnej. To nie od Filipa II, to już od Izabeli i Ferdynanda233 rozpoczęło się dzieło trwonienia i cofania, powolne gnicie upadku.

Poprzez pozornie obiektywne słowa przezierała taka niechęć do chrześcijaństwa, do katolicyzmu, już nie jako instytucji kościoła, złych księży czy nadużyć, ale po prostu do samej myśli chrześcijańskiej, że uderzyło mnie to właśnie najsilniej. Na moment przeszło mi przez myśl, że może mój towarzysz jest potomkiem nawróconych przemocą Żydów, maranem, i sprowadziłem rozmowę na bogatą puściznę hiszpańskiego żydostwa wieków średnich. Ale Andaluzyjczyk wydął wargi, zarówno na wspomnienie tej kultury, jak rasy. Kultura hiszpańskiego żydostwa — aczkolwiek stawiana przez niego wyżej niż myśl chrześcijańska Północy (dziwnie łączył pojęcia geograficzne i rasowe z systematami religijno-filozoficznymi) — nie przedstawiała jego zdaniem większej wartości. Jej spekulacja myślowa degenerowała się zbyt łatwo w zawiłości kabalistyczno-talmudyczne: oczywiście, że było to lepsze od poganizującej — tak to określił — myśli chrześcijańskiej Północy, ale nie tu mogło być źródło rozwoju cywilizacji tego kraju. Tylko islam reprezentował taką myśl jasną, prostą, najidealniej monoteistyczną, religię najdoskonalej odbarwioną z personalizmu, z bogów czy świętych, najbardziej matematyczną, najbardziej chemiczną. Czy wiem, zatrzymał się i powiedział, czy zwróciłem kiedy na to uwagę, że te właśnie nauki naturalistyczne i ścisłe rozkwitły najpierw w cieniu islamu, że później właśnie w okresach takich myśli, jak deizm234 lub pozytywizm235, posuwały się naprzód? Czy sądzę, że były to tylko przypadkowe spotkania, że to nie typ owej religii lub myśli sprzyjał rozwojowi owych nauk? Otóż właśnie, islam szedł przez świat tabunem hord półdzikich, wyżywających się zwierzęco, łaknących kobiet, baranów i złota, i islam nie tylko nie stłumił tej bestii w człowieku, nie tylko nie wyrwał jej kłów i nie przyciął pazurów, ale przeciwnie, ochraniał jako cenny walor, a za to na karkach tych bestii ludzkich wsparł budowę alhambr. Chrześcijanizm północny przeciwnie: niwelował górę i dół. Władcy górskich królestw Leonu i Nawarry pozostali niemniej nieukami o umysłowości wodzów plemiennych, niewiele różnej od prymitywizmu swych poddanych. Cóż, że ci poddani jako masa stali poniekąd cywilizacyjnie wyżej od poziomu hord berberyjskich kalifów Południa, że to „podniesienie” było celem działalności kościoła? Właśnie wielkością edukacyjną islamu była jego ogromna rozpiętość: władcom dawał rozległą i głęboką kulturę, masie pozostawiał jej pierwotną, stanowiącą istotę jej wartości bojowej, dzikość bestii.

Wyminęliśmy dziennikarzy, którzy z drugiej strony obeszli zamek, ale którzy źle znając francuski, nie przyłączyli się do nas. Zamek wznosił się nie to murami i basztami, ale szeregiem olbrzymich, monolitowych płaszczyzn, jakby wbitych koło siebie w ziemię na sztorc, jak cyklopiczna, niespojona budowla, ruina świadcząca o wielkości twórców. Widziane stąd Iznalloz było bezładnym, nędznym zlepiskiem jaskółczych glinianek. Jeśliby chodziło o ilustrację historiozoficzną236 andaluzyjskich wywodów entuzjasty islamu, trudno byłoby o lepszą. Ale on tymczasem mówił o marazmie. Otóż marazm miał w jego pojęciu wszystkie zalety reprezentowane tu dawniej przez islam. Tak samo dla mas myśl jasną, upraszczającą, odpersonalizowującą dzieje i sprawy, nieżądającą większego wysiłku myślowego od tych, którzy nie byli doń zdolni, tak samo wynoszącą ponad wydarzenia i ludzi, wyposażającą w ogromną moc dyspozycyjną wszystkich, których przeznaczał bieg wypadków do steru. Marazm jeden potrafi wznieść tu nowe, żelazną dłonią i świadomą swych zamierzeń wolą prowadzone społeczeństwo, postawi zapory na rzekach, przerzuci mosty nad przepaści, wydobędzie całe bogactwo rud iberyjskich, nawiąże poprzez sześć wieków do muzułmańskiej ery Hiszpanii. Jedno jest tylko zło w tym wszystkim i jednego brakuje w obrazie: ludzie z Afryki są po tamtej stronie. Po stronie gen. Franco, Północy i chrześcijaństwa, tej personalistycznej, poganizującej koncepcji religijnej. O tym nie pomyślano zawczasu.

I jakby przed jakąś myślą wzruszył ramionami:

— Moi koledzy, ci tam, co poleźli patrzeć, jak żołnierze cackają się z dziewczynami, no i wszyscy w Hiszpanii tego nie rozumieją. Maurowie, Maurowie! Jeszcze trochę, a okaże się, że rewolucja powtarza dzieło Ferdynanda i Izabelli, że wygania islam w imię „cywilizacji zachodniej”. Oni tego nie rozumieją, że Maurowie po tamtej stronie oznaczają nie tylko pewną ilość karnego żołnierza kolonialnego, którego pcha do walki nie jakieś bohaterstwo, ale rzecz realniejsza, instynkt. Oznacza to, że najbardziej pierwotne, najbardziej wartościowe i potencjonalne siły, niszczycielskie i twórcze, są nie po naszej stronie. Oznacza to, że materiał ludzki, który sam nic nie znaczy, ale którego najazd użyźnił przed stuleciami Andaluzję, którego odpływ zdegenerował nas jako rasę i jako kulturę, jest dziś narzędziem w ręku tamtej koncepcji. Jak wiele, jak ogromnie wiele, znaczyłoby dla rewolucji, gdyby ten najazd afrykański kierowany był przez nas, nie przeciw nam! Znowuż, to nie są rzeczy, które nasi ludzie umysłem ogarną. Dla nich najgorszą myślą jest przypuszczenie, że dziki Maur będzie gwałcił hiszpańskie dziewczęta. Obawy godne spowiednika lub rasisty! A jeśli ze stanowiska, jedynie ważnego dla tych spraw, ze stanowiska biologii, wartości gatunku, dziki Maur posiada w roli reproduktora większe zalety niż indoeuropejski profesor z Madrytu?

Trzeba było schodzić i schodząc, Andaluzyjczyk w swym płaszczu żołnierskim śmiał się jeszcze cichym, porozumiewawczym śmiechem. Zeszliśmy już do puebla. Naraz, jakby na wspomnienie tych Maurów, odezwała się zza węgła typowa arabska piosenka, taka najczystsza, taka sama, jakie się słyszy w Kairze i w Palestynie, w Libanie i Transjordanii237, jakie płyną monotonnie od Rio de Oro238 do Zatoki Perskiej:

La-i-la-laah,

la-o-illaaa

Piosenka była arabska swoją nutą, powracającą w te same tony jak wzór arabeskowy, gardłowością swego dźwięku, brakiem słów. Sylaby płynęły dźwięcznie. Zza uliczki wyszedł wreszcie człowiek, który śpiewał. Nie był to żaden Maur. Był to wysoki parobek wiejski, Andaluzyjczyk, góral. Minął nas obojętnie i szedł wolno pod górę, śpiewając swoje muezzinowskie „laillahania”. To było właśnie tak. Pieśnią Andaluzji, jedynym typem ludowej piosenki południa Hiszpanii, pozostała pieśń arabska, niemal bez słów, niemal z samych dźwięków. W górach i na stepie, wśród huerty239 i vegi240, śpiewa się dziś tak samo, jak śpiewało się tu przed Kolumbem, tak samo jak śpiewa się wieczorem w Maroku, Syrii i Barce. Nawet cyklopiczny241 zamek nad Iznalloz rozpękł się w ciągu wieków, sterczy ogromem oddzielonych od siebie ścian, ale w pieśni nic się nie rozpękło. Może jutro wieczór poprzez linie bojowe za Colomerą przypełznie ku stadom na hali młody Maur i słysząc śpiew andaluzyjski, donuci koniec śpiewki w swoim narzeczu. Nikt go wtedy nie rozpozna. Nawet czujne góralskie owczarki, które jeżą się na obcych, warczą na żołnierzy z Madrytu, przywarują spokojnie, jakby to odezwał się zza hali juhas sąsiednich połonin, muchacho242 z tej samej wsi. Maur będzie mógł siąść przy ognisku, zrozumie mowę i sprawy tych ludzi, jego śniadość zdziwi tu mniej niż nasze twarze. Będzie mógł, jeśli to będzie noc ciemna, wkraść się przez kraty wyrwanego miradoru do pokoju dziewczyny, i dziewczyna andaluzyjska przyjmie go po ruchach jak swego, wiedziona nieomylnym instynktem zwierząt i leśnych ludzi, którzy zawsze wywęszą istotę swej krwi. Zewrze się z nią uściskiem pewniejszym niż ci obcy żołnierze, naszli243 z doliny, tak jakby odszedł od niej na chwilę, dopiero co, a teraz do swego powracał. Będzie mocą swych sił młodych odnawiał w niej wszystko, czym ta ziemia burzyła się przez wieki, do czego przez wieki tęskniła, całe wnętrze zmysłowości i okrucieństwa, dzikości i chęci niszczenia, wszystko, co w tej rewolucji ostatniej widziało nowe dla siebie wylewy. Znużonemu przy niej, przypomną mu się stare kroniki Ibn Adhari244, sławiące ów utracony raj grenadzki, kraj najsłodszych winnic i najpiękniejszych dziewcząt. Będzie to jego powrót do zamków, jakie tu wzniósł, ogrodów, jakie tu sadził, pieśni, jakie tu pozostawił, legend, jakie się w nim baje, garnców, jakie się jego wzorami zdobi. Będzie to powrót do szczepów i pokoleń z niego poczętych. Powrót do Grenady i Andaluzji, ziemi i dziewczyny. A ona, broniąc się przed nim i opierając, będzie mu przecież rada.

Bogaty czy biedny?

Wyjechaliśmy z Iznalloz na Guadix, jeszcze jedno z feudów245 dawnego królestwa Grenady. Droga wiodła prawie cały czas wysokimi płaskowzgórzami, niemal zupełnie nieuprawnymi. Nie były to grunta prywatne, lecz publiczne, miejskie czy państwowe. Żeby je zamienić w rolę, trzeba było tylko jednej rzeczy: wody — ale stworzenie systemu irygacyjnego, takiego choćby, jaki istniał w Grenadzie mauretańskiego średniowiecza, wymagałoby ogromnych kosztów. Kapitału prywatnego nie kusiła taka inwestycja, jak przeważnie nie kuszą go inwestycje rolnicze, amortyzujące się powoli i przynoszące mniejsze zyski od wkładów poczynionych w przedsiębiorstwach przemysłowych. Czasami widziało się opuszczone, szałasowate chaty. Jeszcze jedno uderzało po drodze. Oto nieliczna ludność bała się nas. Nie można powiedzieć, że bała się naszych milicjantów, czerwonych czy białych, że miała sympatie nacjonalistyczne, ale się bała. Czasem znowuż ludzie patrzyli najwidoczniej wilkiem i Pedro, zapytany o dokumenty, podsuwał nie tylko papiery, ale zarazem, po raz chyba pierwszy w tej podróży, dobył spod nóg karabin. Świetne szosy skończyły się dawno i mieliśmy przedsmak tego, czym jest Hiszpania, co jeszcze w sobie kryje dla tych, którzy zboczą od kilkudziesięciu lśniących asfaltem szlaków. Zjeżdżając ku dolinie Guadiksu, mieliśmy również obraz potęgi wody. Były w tym kraju tylko dwa rodzaje pól: ogród, uginający się od olbrzymich słodkich winogron, porastający bananami i pomarańczą, oszołamiający urodzajem, i obok niego, nieco dalej, a raczej nieco wyżej, górzysty, jałowy step. Wszędzie tam, gdzie staroświeckie, obracane siłą muła stąpającego w kieracie studnie zdołały rozlać wodę, był ogród; o parę metrów wyżej, tam gdzie antyczna irygacja nie mogła już sięgnąć, rozpoczynała się pustka.

To nie my, ale nasi towarzysze milicjanci nie mogli się oprzeć myśli, że jedna tama na rzece, zbiornik na wodę, jeden olbrzymi system nowoczesnej irygacji, a granica winogron i bananów podniosłaby się ku górze, ogrody podeszłyby pod szczyty, wgryzłyby się w step. Ale step trwał niezmieniony w swych granicach. Spoglądał swymi płaskowyżami ku dolinom, przeprutym pasemkiem rzeki nie szerszym od białego szlaku szosy, ku chmarze nagich i nędznych dzieci, czerwonym sztandarom trzepocącym na dachach sczerniałych od ognia kościołów.

*

W Guadiksie, pierwszym prawdziwym mieście naszej wycieczki, jedna trzecia ludności mieszkała w glinianych pieczarach. Pokazywano nam je raczej jako osobliwość niż jako okaz zacofania. Była to ludność cygańska, gitanes, stojąca dziś jak wczoraj poza obrębem społeczności kraju. Stroniła od pracy w fabrykach młodego przemysłu miasta, nie brała udziału w rewolucji, pomawiano ją o najczynniejszy udział w grabieży podczas walki stoczonej o miasto między anarchistami a wojskowymi. Była traktowana nieco tak jak się w Rosji traktuje bezprizornych246, trochę tak jak marksiści traktują lumpenproletariat247. Piękne dziewczyny cygańskie ofiarowywały swą miłość, a sekretarz miejscowego Frente Popular248 dał mi do zrozumienia, że wieczorem, w czasie nieobecności mojej towarzyszki, możemy z ofert korzystać. Guadix był zbombardowany. Całe domy, całe partie ulic leżały w gruzach. Rewolucja przeszła tu orkanem, a jednak patrząc na dzielnice nor cygańskich, miałem wrażenie, że jej orka przeszła tu płytko, nie dlatego, że nie zmieniła w niczym egzystencji tych ludzi jaskiniowych, ale że nawet wśród ludzi rewolucji nie zasiała świadomości, iż trzeba położyć kres tym norom w glinie, temu życiu, tej sprzedaży dziewcząt.

Wieczorem moja towarzyszka czuła się niedobrze i poszedłem do apteki po jakiś środek. Dano mi go od razu, ale nie chciano pieniędzy. Pomyślałem, że biorą mnie za cudzoziemskiego komunistę, pracownika rewolucji, i że potrzebuję tego środka dla celów służbowych. Pokazałem więc moje dokumenty, stwierdzające dziennikarski, a więc ściśle prywatny charakter mej podróży. Ale i to nie robiło wrażenia. „No soy companero249 — powiedziałem wreszcie, chcąc po prostu wyraźniej podkreślić prywatność mojej osoby. Lecz to znowu wywołało niemal panikę: lekarstwo już zawinięte wciśnięto mi do ręki, mnie samego omal nie wypchnięto za drzwi. Obok był sklep z obuwiem. Chciałem sprawdzić, czy w tym zaczarowanym mieście także buty dostaje się za darmo. Wszedłem i kazałem je sobie pokazać. Okazało się, że mają numery wielkości od 48, czy coś takiego wzwyż, oraz kilka numerów na stopy zupełnie chińskie. Czterech subiektów250 wielkiego i pustego sklepu nudziło się za ladami i kasą naładowaną bonami rekwizycyjnymi, zwykle bez żadnych pieczęci. Można było bez wielkiego trudu stwierdzić — gdyby to stwierdzenie posiadało jakąś statystyczną wartość — jak wielkie są wahania rozmiarów stopy ludzi dorosłych — dzieci nie rekwirowały — w Guadiksie. Nie znaczy to zresztą wcale, aby Guadix był miastem pozbawionym ludzi bosych. W innym sklepie zapytałem o błony do kodaka251, błon nie było i nie było aparatów. Właściciel czerpał za to pewien zwiększony stosunkowo dochód z wywoływania zdjęć. Ten przynajmniej, w odróżnieniu od sprzedawcy butów, miał jakąś pociechę ze swego stocku252 kilkudziesięciu zarekwirowanych i funkcjonujących gorączkowo w ręku ludu aparatów. Noc spędziłem w lokalu Socorro Rojo („Czerwonej Pomocy Międzynarodowej”), mieszczącym się w domu kanoników kapitulnych253. Meble stanowiły mieszaninę starej hiszpańszczyzny i najgorszego mieszczańskiego gustu, ale nie świadczyły o bogactwie kapituły. Powiedziano mi, że w bibliotece odkryto jakieś niesłychane wydawnictwa pornograficzne, i pokazano mi bibliotekę. Znalazłem dużo książek religijnych z ub. w., jakieś podróże i historie, roczniki hiszpańskich „Niw” czy „Tygodników”, całość bardzo przeciętną, ale nie zdrożną. Zapytałem o pornografię. Nikt z mych rozmówców sam jej nie widział, nie wiedział też, gdzie się podziała. Za to z okrzykami oburzenia wyciągnięto jako nieprzyzwoitą książkę Listy perskie Monteskiusza i Kandyda Voltaire’a254, a gdy wyraziłem powątpiewanie, odczytali mi kilka soczystych ustępów z korespondencji haremowej Uzbeka z jego wielkim eunuchem. Biedna, stara książeczka, wciśnięta od lat w kąt biblioteki między jakieś rachunki i kancjonały255, pachniała mdłym zapachem świętej starzyzny. Myślałem chwilę o regime’ie, którego przed wiekami podcinał ostry dowcip tej książki, a moi towarzysze widzieli w niej tylko jedno: kilkanaście pachnących ostrą zmysłowością scen, zdań, porównań, uwieńczonych, niestety, nużącym gadulstwem na tle jakichś urządzeń i stosunków w dawno nieistniejącej Republice Weneckiej.

Następnego dnia przybyliśmy do Almerii, miasta portowego wielkości Częstochowy czy Przemyśla, wciśniętego między masyw pustynny, górzysty i skwarny Alpuhary i morza. Na wyżynie, zwróconej już stokami na śródziemnomorskie południe, brakowało wody nie tylko dla roślin, ale dla ludzi. Przebyliśmy drogę wszyscy zmęczeni niesłychanie, choć był to najkrótszy etap i choć z początku zamierzaliśmy tegoż jeszcze dnia dojechać choćby do Malagi. Po przybyciu do Almerii moja towarzyszka dostała jednak silnej grypy. Noc w samochodzie w Iznalloz, a potem druga, niewiele łagodniejsza, w spalonym Guadiksie, nabawiła nawet naszych milicjantów lekkich przeziębień. O dalszej podróży nie było mowy. Po kilku dniach moja towarzyszka była jeszcze tak osłabiona, że wracać do Madrytu nie mogła, a myśmy jednak musieli samochód odesłać. Wczesnym świtem nasza eskorta i korab256 dróg asfaltowych odbiły ku Madrytowi. Nie mogę powiedzieć, abym nie żywił wówczas obaw o przeszłość naszego powrotu; pozbawieni samochodu ministerialnego i eskorty milicyjnej, z przepustkami, których okres ważności szybko minął, o sześćset z górą kilometrów od Madrytu, pod władzą lokalnych rewolucjonistów i niedalekiej czerwonej Malagi, przypominaliśmy sobie lipcowe opowieści turystów samochodowych, których rewolucja złapała w środku Hiszpanii i którzy miotali się później po jej drogach, uciekając raz na Irun, raz na Gibraltar, zawsze zatrzymywani, nieraz ostrzeliwani.

W naszej sytuacji nie zaszło jednak nic podobnego. Miejscowy komitet Frontu Ludowego wysłał nam lekarza i tym samym odpadła jedna z głównych obaw; pamiętaliśmy lekcję z Linares, gdzie wskutek rozstrzelania paru miejscowych lekarzy z największą trudnością znaleźliśmy dentystę. Zakwaterowano nas w hotelu w którym już stanęliśmy, skromnym, ale porządnym. Wystawiono lokalne firmany257 bezpieczeństwa i przestano na nas zwracać uwagę. Front był stąd daleko. Pod Colomerą czerwoni zostali pokonani, jak o tym doniosła pantoflowa poczta. Drogą na Malagę, będącą już ponoć pod obstrzałem grenadzkich wojsk białych, szły z Murcji posiłki. Poza tym w Almerii panowała zupełna cisza. Wieczorami tłum wylegał na bulwary, w dzień był normalny ruch w porcie. Tylko samochody malowane w skróty słów, znamiona partii rewolucyjnych, sierpy, młoty i gwiazdy, mówiły na pierwsze spojrzenie o rewolucji. Tylko kilka kościołów spalonych i wielki posąg Chrystusa, wzniesiony nad zamkiem arabskim i radiostacją, zburzony teraz dynamitem, wskazywały przejście huraganu.

Całe dnie chodziłem po ulicach, przedmieściach, wysiadywałem w porcie i nad morzem, wstępowałem do kawiarń i szynków. Do mojej towarzyszki zachodziłem na dłuższą chwilę rozmowy po godzinie siódmej, gdy wyszedł już lekarz. Ów lekarz, wydelegowany przez komitet Frente Popular, przychodził co dzień i przesiadywał godzinę, dwie, choć chora była już po prostu tylko bardzo osłabiona i choć sam zalecał, żeby miała jak najwięcej spokoju i żeby jej długimi rozmowami nie męczyć. Z początku myśleliśmy, że bierze nas za zamożnych cudzoziemców i że godziny rozmowy będą przeliczone na słoną taryfę wizyt lekarskich. Ale okazało się, że za leczenie nic się nie może należeć, bo wchodzi to ściśle w zakres obowiązków lekarza wobec Frente Popular. Pomyśleliśmy wówczas, że w zakres obowiązków lekarza wobec Frente Popular wchodzi może zbadanie politycznego pulsu cudzoziemskich pacjentów, i byliśmy szczególnie ostrożni w wyrażaniu naszych opinii. Ale właściwie to nie my, nawet nie panna Jeziorańska mówiąca doskonale po hiszpańsku, byliśmy stroną czynną w rozmowie. Przeciwnie, mówił, opowiadał lekarz i to, co opowiadał i co ja obserwowałem, składały się na dwie połowy dnia i dwa jego obrazy.

Ja w porcie, leżąc na plaży, widziałem kołyszący się za molem biały statek. Lekarz poinformował nas, że na tym statku uwięzieni są jako zakładnicy wszyscy, których nazwiska mogły coś znaczyć w tym mieście: zamożniejsi lekarze, urzędnicy, właściciele will, kupcy, restauratorzy, wojskowi, księża, że codziennie nad ranem rozstrzeliwuje się z tej paczki po kilkunastu. Przechadzając się po mieście, nie widziałem niemal śladów kul na domach ulic. Rewolucja przeszłaby tu bezkrwawo? Ale wieczorami przychodził lekarz i opowiadał, że wojsko na wiadomość o przewrocie w Barcelonie zamknęło się niezdecydowanie w koszarach, że z tłumu poczęto rzucać kamienie do wartowników, że ci zaczęli strzelać, że po kilkugodzinnym oblężeniu poddało się i wojsko, i 250 ludzi licząca załoga Guardia Civil258 — i że z tej Guardia Civil, która poddała się tak łatwo, rozstrzelano dwustu, że wybito nie tylko oficerów, ale i podoficerów, że żołnierze odesłani zostali do Murcji, nie na front, bo są niepewni. Wracałem do hotelu dzielnicą pięknych will — lekarz mógł mi opowiedzieć krwawe i ponure historie każdej z nich. Zaszedłem do komitetu Frontu Ludowego, rozmawiałem z jego sekretarzem, z władzami: lekarz wskazywał, na którym z tych ludzi ciąży krew, na którym — pospolite szalbierstwo. Przemawiał na wiecu w porcie jakiś almeryjski Robespierre259, w czerwono-czarnej chuście. Lekarz bał się go najwięcej. Był może jedynym żyjącym człowiekiem, który pamiętał Robespierre’a Almerii na usługach królewskiej tajnej policji. Jakże odbywa się podobną drogę? Mój Boże! — mówił lekarz — to tak proste. Zobaczył w roku 1930, że w Hiszpanii nie idzie, zaczął kombinować z ludźmi siedzącymi w więzieniu, tuszował rezultaty własnej szpiclówki, chował pod sukno dowody obciążające. Zaskarbiał sobie łaski twórców republiki, nie zapomniano o nim! Cóż prostszego niż powtórzenie tego manewru w kilka lat potem, u schyłku panowania rządu Lerroux, gdy narastały szanse skrajnej lewicy? Czy teraz powtórzy się jeszcze po raz trzeci owa szpiclowska spekulacja na historię? Doktor nie był tego zdania. Nie dlatego, że byłoby to niemożliwe, po prostu dlatego, że było to już niepotrzebne. Jedyne, co pozostanie, to wyniesienie się w czas z całym nabytym dorobkiem.

Pytaliśmy się lekarza, czy wielki jest dorobek uciułany przez takich Robespierre’ów w drugorzędnym mieście hiszpańskim. Doktor potakiwał. Nie trzeba lekceważyć Almerii. Pod Almerią są czynne po dziś dzień kopalnie złota. Tędy przewozi się ołów, tu ładuje na okręty jeden z najlepszych gatunków hiszpańskich winogron. Tu wreszcie ładuje się całe masy esparty, trawy rosnącej na wzgórzach Alpuhary, cennego surowca angielskich papierni. Czyż to jest zresztą wszystko? Niech się przejdę dwiema dzielnicami domów nad morzem: w tych domach drzemało bogactwo przemysłowe, kupieckie, armatorskie trzech pokoleń. Niech się przyjrzę zarekwirowanym samochodom. W Almerii było samochodów siedem tysięcy — więcej niż na całym naszym Górnym Śląsku, więcej niż w Warszawie. Trzech lekarzy tutejszych — nie przemysłowców, bankierów, ale lekarzy — posiadało rolls-royce’y i hispano-suizy. Czy jest w Polsce lekarz właściciel royce’a? Było z czego ciułać do nocy 19 lipca. Lekarz wyliczał i obliczał. Często sam nic nie mówił. Przynosił za to gazetę. Był to „Diario de Almeria”, znajdowało się w nim niecodzienne wiadomości. Tak więc władza zapowiadała surowe kary na rozpowszechniających szczególnie złośliwe plotki. Nieprawdą jest mianowicie — ta formuła sprostowań jest widocznie ubezpieczona od wstrząsów społecznych — jakoby trupy po egzekucjach rzucano do źródła wody spływającej ku Almerii i że w rezultacie woda w mieście jest zepsuta i że szerzy się zaraza. Czytaliśmy dalej, żeby zobaczyć, co nastąpi po sakramentalnych słowach sprostowania: natomiast prawdą jest. Troskliwe władze rewolucyjne Almerii pośpieszały uspokoić ludność wiadomością, że egzekucji nocnych dokonywa się nad dużym dołem wapiennym, skąd żadne źródło wody żywej nie płynie. Że po każdej „kolejce” zasypuje się zwłoki gaszonym wapnem, że więc ludność może spokojnie pić wodę. Lekarz odkładał gazetę, a my sprostowanie. Ulice Almerii były o tej wieczornej porze najgwarniejsze. Przez mirador pokoju chorej dolatywała muzyka orkiestr. Ludzie na esplanadach260 czytali spokojnie „Diario de Almeria” i najwidoczniej uspokojeni życzliwym i przezornym zarządzeniem grabarskim władz, pili przez słomkę wodę sodową. Mord masowy stał się czymś spowszedniałym i potrzebnym, niczym asfaltowanie nowych nawierzchni w mieście, burzenie niebezpiecznych ruder czy przepowiedzenie kanalizacji. Lekarz w takie dni wychodził wcześniej, jakby unikając jakichś naszych, krępujących i dla niego, i dla nas, wypowiedzi, jak gdyby tego dnia powiedział nam dostatecznie wiele. Pozostawieni sobie, myśleliśmy, przerzucając się kolejno w inną skrajność, czy ten lekarz urzędowy Frente Popular nie jest czasem ukrytym Wallenrodem261 prawicy, czy nie spełnia tu przy nas roli informacyjnej, służby w kontrpropagandzie białych? Ale i to nie było prawdopodobne: lekarz zbyt dokładnie opowiedział własne dzieje, zbyt to opowiadanie wyglądało niejasno, aby nie miało być prawdą.

Był synem niezamożnych rodziców. Skończył z trudem medycynę. Przypadkiem zajął się nim zamożniejszy kolega, polecił swemu ojcu-lekarzowi, znaleziono mu posadę na prowincji. Lekarze, adwokaci w Hiszpanii uciekają od prowincji, od małego miasteczka, od wsi, niczym ich polscy towarzysze. Lekarz przeszedł kolejno do Almerii. Był przekonań lewicowych, leczył tanio chorych, był niebogaty. Skrzyżowanie tych trzech właściwości, spotęgowanych przez czwartą, najsilniejszą — tę, że nie miał na lewicy osobistych wrogów — ocaliło go w potopie rewolucji, rzuciło na stanowisko lekarza Frontu Ludowego. Przez czas jakiś stwierdzał po egzekucjach zgony ofiar. Przez czas jakiś zarządzał kostnicami, do których przewożono zwłoki ludzi wywiezionych za miasto i zastrzelonych. Teraz był to biedny, zastrachany człowiek. Nie był pewien, czy rewolucja nie zmiecie i jego. Nie mógł jej teraz, po tym wszystkim, życzyć zwycięstwa. Widział zresztą więcej z Almerii, niż mogłem jej widzieć, błądząc z kąta w kąt w obcym mi zupełnie mieście. Nie wierzył, żeby te żywioły, które mogły uprawiać w mieście terror, były w stanie zgotować wojskom idącym z Grenady hiszpańską Valmy262, hiszpański Radzymin. Sądził, że prędzej czy później skończy się to klęską. Patrzył jakby odrętwiały, jakby odrętwiałym mózgiem przyjmował myśl, że wówczas stanie i on przed sądem, jako lekarz Frontu Ludowego, zawiadowca kostnic rewolucji, lewicowiec z pierwszych lat republiki. Jakby w odrętwieniu przyjmował spokojną, chłodną myśl, że ludzie, którzy będą wtedy badali jego sprawę, potrafią w najlepszym razie sklasyfikować ją automatycznie i tępo, jakby wykonując wpółobrót w prawo czy na ramię broń tempo dwa, jeśli w ogóle nie ujrzą jej poprzez wspomnienie zadanych im krzywd. Robespierre wsiądzie na którykolwiek z tych statków w porcie, był przewidujący. Może będzie jeszcze spokojnym rentierem w tańszej miejscowości Błękitnego Brzegu263. Dokąd jednak pojedzie ten lekarz? A niestety, nie mieliśmy najmniejszych złudzeń co do losu, jaki go tu czeka.

Tak co wieczór przybywało nowych konturów i nowych barw w obrazie Almerii krwawej, okrutnej, bogatej przedtem i możnej. Dopełniała się statystyka dzisiejszych ofiar a wczorajszych panów, mąciło wszystko, co przez dzień zebrałem. Ale potem przychodził drugi dzień, nowe samotne spacery, nowe i te same spotkania. Nie, nie zawsze i nie wszędzie widział lekarz dobrze. Almerię stanowiły nie tylko dwie dzielnice domów przy porcie, pięknie wyrysowane bulwary will i domy w starannych ogrodach. Almerię stanowiły wielkie i rozległe dzielnice nędzy. U stóp zburzonego pomnika na górze wznosiły się lepianki godne arabskich. Ulice, którymi śmigały rollce’y i hispany, przytykały do ohydnych zaułków. Na końcu plaż miejskich, pustych jak nasze plaże we wrześniu, rozpoczynały się pola łóz i szuwaru, domy plecione z tych łóz i szuwaru niemal murzyńskie. Powtarzała się nędza z Guadix. Szła za nią ciemnota, analfabetyzm, fałszywa oświata. Mówiłem o tym lekarzowi. Odpowiadał znowuż, że istotnie, kraj jest biedny, miasto jest biedne.

Szedłem potem do portu, gdzie panował ożywiony ruch. Ładowano rudy almeryjskie, miedziane, ołowiane, złote, tak jak u nas ładuje się węgiel. Ładowano wielkie zwały korkowca, skrzynie winogron. Angielskie statki przybijały po suchą, trzeszczącą w palcach trawę-espartę.

Wszystko to dostawiał do samych prawie okrętów chłop almeryjski, południowy, mniej może arabski niż człowiek spod Grenady. Był obdarty, nie umiał czytać. Przyjeżdżał wozem dwukołowym, zaprzężonym w chude, ale przybrane we wzorzyste uprzęże osły. U rozpełzłego sombrera nosił niewielką czerwoną szmatkę, która jednocześnie imitowała kokardę i sygnalizowała przekonania. Ten strzęp czerwoności był zresztą jedyną widoczną zmianą w porcie. Poza tym było wszystko jak dawniej. Stały statki angielskie, duńskie i norweskie. Nic się nie zmieniło w porcie, choć za molem kołysał się statek ze straceńcami. Kraj nie przestał być ani na chwilę bogaty i biedny. Najcenniejsze rudy świata, rudy miedzi i ołowiu, piaski złota, to, czego inne narody szukały za morzami, pokarm wielkich hut, strawa fabryk, ładowały się tu jak gruz bezużyteczny, wyrzucony na śmietnik. Chłop niemal dziwił się, że po ten kamień ci obcy marynarze, których bogactwo przecież biło w oczy, fatygują się, żeby płynąć tak daleko. Horyzont portu zamykała ta sama od wieków panorama gór płowych, bezwodnych, porastających suchą włóknistą trawą, niezdatną nawet bydłu na pościółkę. Kraj był więc biedny. Ale tę samą trawę wiązaną w snopy ładowano na okręty, gdzieś daleko czekały na nią maszyny i fabryki, jeden z największych przemysłów papierniczych świata, wyrabiano z niej kosztowny gatunek papieru i robotnicy, którzy go wyrabiali, żyli w warunkach pracy i płacy, o jakich się nie śniło zwożącemu tę trawę z gór chłopu. Dniami i tygodniami było to samo w porcie almeryjskim. Ciągnął sznur wysokich hiszpańskich wozów, chłopi ładowali na statki o obcych flagach rudy, zwały korkowca, snopy esparty; od czasu rewolucji zarabiali o pesetę więcej, ale od czasu rewolucji wszystko podrożało w trójnasób. Chłop brał tedy swoją pesetę więcej, wyładowywał swą espartę, cmokał na osły i odchodził. Ciężkie koła dudniły jak zawsze po kamieniach nadbrzeża. Co myślał chłop andaluzyjski, mijając tak ze swymi osiołkami i skrzypiącym, drewnianym wozem ciemne flanki wysokich parostatków? Czy zestawiał siłę narzędzia, którym wykonywa swą pracę, z siłą tych obcych? Czy zastanawiał się, jak to jest właściwie z tą biedą i z tym bogactwem, jak to jest naprawdę z Almerią, z całym jego krajem? Bogatyż on w końcu czy biedny? Byli bogaci i rządzili, wyrżnięto, wygnano bogatych. Zabrano im bogactwo. Dlaczegóż nie stał się on, i wszyscy, bogatszy, dlaczego nic się nie zmieniło w tej robocie, poza podniesieniem mu płacy o pesetę — i podrożeniem cen w sklepie?

I istotnie, nic się nie zmieniło. Przez ręce tego chłopa przeciekało nadal nieustannym strumieniem bogactwo ziemi hiszpańskiej, jego bogactwo. On sam, swoimi rękami, jako bezużyteczny dla niego gruz ładował na cudze statki rzecz, która w ręku innych przemieniała się w kosztowne części maszyn, w ołów pocisków, w kruszec kas bankowych, w pokrycie obiegu banknotów. On sam ścinał i wywoził bezużyteczne dlań ziele, które stawało się gdzie indziej surowcem wielkiego przemysłu. Pod jego dosłownie stopami było wszystko, z czego mógł powstać nowoczesny, potężny przemysł. Wokoło niego było bezrobocie i nędza wegetacji. Ludzie, szukając z niej wyjścia — mordowali się i walczyli. Szukając z niej wyjścia — wystrzelali jeńców z Guardia Civil, postawili biały statek-więzienie u wylotu portu. Szukając z niej wyjścia — zapełniali co świtu nową kośbą straconych dół egzekucyjny, zalewany wapnem. Był więc przedsiębrany wysiłek olbrzymi, ciężki i kosztowny. Ale mimo to nie zmieniło się nic. Obce okręty, okręty bogatych, dobrze zorganizowanych krajów, wypompowywały, jak za monarchii i jak za republiki mieszczańskiej, treść tej ziemi. Chłop, zjeżdżając po zwózce, śmigał tak samo biczyskiem po wyliniałych kłębach osiołków. Nie był on wtedy podobny ani do Maurów, którzy pozostawili swoje ślady na szlakach Iznalloz, ani do conquistadorów264 kastylskich, którzy tych Maurów wygnali, ani nawet do Murzynów afrykańskich, których przypominały szuwarowe lepianki nad morzem. A przecież przypominał kogoś dobrze znanego z kronik początku nowych wieków: przypominał tych królików karaibskich półnagich a dumnych, strojnych w pióra i bosonogich, którzy w zamian za szklane świecidełka płacili marynarzom Krzysztofa Kolumba sztabami szczerego złota. W takich chwilach przychodziło mi na myśl, że jest tragiczna Nemezis265 dziejowa, która rasie pierwszych kolonizatorów, dziedzicom conquistadorskiego wyzysku, każe po wiekach stać się ciemnymi jak tamci, wyzyskiwanymi jak tamci. Biały statek-więzienie kołysał się dalej w porcie, nędzni chłopi i barki rybackie czerwieniały rewolucyjnym znakiem. I mimo tego statku, mimo tych flag, mimo dołu egzekucji masowych nie można było w żaden sposób o takiej godzinie, w centrum czerwonej Hiszpanii, pod bokiem Malagi266, tej krwawej Odessy nowego pożaru, uwierzyć i uświadomić sobie, że ten kraj naprawdę przeżywa, naprawdę przechodzi swoją wielką, potrzebną, rewolucję.

Walka o Madryt

W przededniach

Siedmiusetkilometrową drogę powrotną odbyliśmy autem w ciągu jednego dnia, wyjechawszy o piątej rano z Almerii, przybywszy wieczorem do Madrytu. Lokalny Front Ludowy dał nam auto, przepustki i eskortę. Jechaliśmy na Murcję i Albacete: tu formowały się pierwsze oddziały regularne ochotników cudzoziemskich i powiedziano nam, że wśród tych ostatnich znajdują się Polacy. Ale trzeba było śpieszyć dalej, żeby zdążyć przed nocą do Madrytu. Niepokój wyczuwano wszędzie. Zbliżały się dnie rozstrzygnięć. Armia gen. Franco szła z Toledo niewstrzymanym pochodem. Po naszej stronie objął władzę „hiszpański Lenin” Largo Caballero, w Madrycie zaprowadzono stan oblężenia. Mówiono nam o głodzie i nakupiliśmy po drodze, co było można. O zmierzchu przejechaliśmy przez królewskie ogrody Aranjuezu. Wojsko koczowało wzdłuż drogi i czerwone ognie od kuchen żołnierskich opełzały marmur barokowych bogiń i herby burbońskie bram. Minęliśmy karawanę armat i rząd ciężkich samochodów towarowych. Zza wierzb przydrożnych wyskakiwały warty i trzeba było uważać, by nie minąć ich bez zatrzymania. Bliskość frontu i popłoch czuło się wyraźnie. Nasi milicjanci zaproponowali nam z lekka, że wsadzą nas na jakieś inne auto jadące do Madrytu, a sami wrócą. Ale przepustka opiewała, że na powrót musi być wizowana w ministerstwie wojny, chcąc nie chcąc, musieli więc jechać. Zdrzemnęliśmy się w wozie, obudziły nas wołania i jakiś płynący przez szyby mdły, ciepły i słodkawy fetor. U rogatek warty sprawdzały przepustki. Przed nami przesunęło się parę limuzyn: przewodniczący Kortezów, Martinez Barrio, wracał właśnie z objazdu frontu. Fetor dolatywał od cmentarza odległego zresztą o prawie pół kilometra. To spalano ciała rozstrzelanych.

Madryt był zmieniony w ciągu tych trzech tygodni. Na ulicy legitymowali mnie wieczorem, parokrotnie, tajniacy. W nocy pokoje mego hoteliku obeszła nagła rewizja. Słyszało się z daleka, jak pukali do pokoju, jak wchodzili gromadnie, potem głośne zapytanie: „La documentación?”, potem odgłosy rozmów, pytań, zaprzeczeń, dochodzące już chaotycznie, zgłuszenie. W pokoju obok mnie ktoś, oczekując swej kolejki, szurał jakimiś papierami czy szmatami, może je darł, może chował. Czynił to głupio, bo słychać było wszystko, niemal oddechy za ścianą. Po długiej, długiej chwili drzwi się zamykały, kroki zaczynały stukać po korytarzu. Zatrzymywały się znowu przed jakimiś drzwiami. Na pukanie odpowiadał jakiś zdyszany, niby to zdziwiony głos, ale czuło się, że dobrze już wie, o co chodzi. Zdziwienie należało do konwenansu. Siedem razy usłyszałem: „La documentación?”. Czekałem mojej kolejki. Otóż moja kolejka nie przyszła jakoś wcale. Miałem papiery w porządku, wyrwany nagle ze snu, broniłbym się spokojnie, ale teraz takie długie czekanie, przerywane co kilka, kilkanaście minut owym „La documentación?” osłabiło nerwy. Leżałem jeszcze długo przed zaśnięciem na nowo. Już wolałem, żeby przyszli szybciej. Wiedziałem, co znaczą te rewizje. Oto generał Queipo de Llano, który wsławił się swymi przemówieniami przez radio, pochełpił się pewnego wieczoru informacją, że poza czterema kolumnami wojsk idących na Madryt, w samym mieście ukryta jest po domach jedna jeszcze, piąta kolumna, która w odpowiednim momencie wypadnie na tyły czerwonych. Podejrzliwości tłumu nie trzeba było aż tak bardzo podsycać. Słowa o quinta columna stały się sławne. Zdwojono czujność, wzmożono aresztowania i sumaryczne, masowe wyroki. Można śmiało powiedzieć, że rozstrzeliwano wtedy każdego, kogo posądzano o jakiekolwiek prawicowe znajomości. Kto był młody i siedział w Madrycie. Dozorcy domów otrzymali szczególne zlecenia inwigilacji. Zbliżający się huk armat, dolatujący przez ciszę nocną trzask karabinów maszynowych, zdwajał terror. Moc młodych ludzi zaciągnęło się wówczas do milicji, poszło na front w nadziei przedarcia się do tamtych, a uniknięcia w Madrycie śmierci. Pojechaliśmy kilka razy na linie. Pozycje oglądane przez nas przed trzema tygodniami w Guadarramie były już w ręku faszystów. Kolumna Mangady wycofała się na wzgórza Santa Maria de Alameda, wznoszące się zupełnie stromo nad opuszczoną doliną. Navas del Marques, Navalperal, gdzieśmy pierwszy raz byli na linii bojowej, San Martin i sztuczne jezioro — wszystko było utracone. W Illescas, w połowie drogi Madryt-Toledo byli już powstańcy. Szoferzy ministerstwa byli tak tchórzliwi, że stawali z autem daleko w tyle i trzeba było iść parę kilometrów, żeby dojść do jakichś pozycji. Ale teraz walka była naprawdę ostra. Przed Illescas osypano nas idących z żołnierzami, prawdziwym gradem kul, szczęściem ze zbyt znacznej odległości, żeby mierzyć celnie. Zarywały się w zoranym polu małymi obłoczkami kurzawy lub świstały w powietrzu. Żeby dojść do okopów, musieliśmy przejść pole zasypane parę dni przedtem pociskami armatnimi. Co kilkadziesiąt kroków były duże leje od wybuchów. Wiele pocisków nie wybuchło wcale. Leżały groźne, połyskujące świeżym metalem. Żołnierze na linii witali nas przyjaźnie, ale nie kryli swego rozgoryczenia. Gazety piszą, że lotnictwo rządowe odnosi zwycięstwo za zwycięstwem, a gdzież je widać na froncie? Posyłają nam te gazety, ale ciepłego jedzenia tośmy już od dwóch dni nie mieli: kuchnie polowe zbyt się szanują, żeby podjeżdżać w teren obstrzału. Jeśli sanitarny ambulans szkocki, ochotniczej pomocy, nie podjedzie wziąć naszych rannych, to darmo czekać na nasze. Ambulans szkocki istotnie podjeżdżał na pierwsze linie. Młodzi, wysocy drągale, najtypowsi nordycy szli z fajeczką w zębach, podnosili rannego, tłumaczyli mu dobrodusznie, że nic mu właściwie nie jest i pakowali na wóz. Odcinali się wyraźnie od rozgadanych, patetyzujących, wylewnych Hiszpanów. Byli pierwszymi cudzoziemcami na froncie.

Za to w wielkim hotelu madryckim na Gran Via odbywało się codziennie inne zbiegowisko narodów. W książkach opisujących spotkania przedstawicieli różnych nacji zwykło się czynić z opisywanych rodzaj ludzkich karykatur, o przesadnie uwydatnionych cechach etnicznych. Opis zbiegowiska dziennikarzy zagranicznych, jakie w końcu października koczowało w kawiarni Gran Via, trudno by przesadzić. Można go tylko nie dociągnąć. Pojawiły się jakieś typy nieprawdopodobnej wieży Babel. Było najpierw paru olbrzymich, tykowatych Amerykanów, patrzących z góry i spoza olbrzymich okularów i bełkoczących ustawicznie „beloł, beloł”. Był złotorudy Angliczek ubrany ze starannością, która wśród tych kurtek i swetrów czyniła archaiczne wrażenie: brakowało mu tylko kapelusza khaki, żeby być boy scoutem267 i kraciastej spódniczki, żeby występować w szkockim balecie. Był gruby Amerykanin, przedstawiciel Hearsta268, którego interesowała jedna rzecz: możliwie dokładna cyfra codziennych trupów. Pisma Hearsta waliły w rząd madrycki najstraszniejszymi opowieściami, toteż gruby Amerykanin nie był w łaskach u władz. Byli Francuzi, którzy jako cel przybycia zadeklarowali ochotę opracowania, jak się odbędzie wjazd generała Franco, a tymczasem wyszukiwali w mieście ostatnie pozostałe tu dziewczynki i opowiadali wieczorem o swych wyczynach w domach publicznych. Było dwóch młodych Niemców emigrantów, wyglądających na chłopców z dobrego domu, nierozdzielnych, zawsze razem, pracujących jako fotoreporterzy „Vu”269. Była wysoka, ociężała Szwedka: chodziła w granatowych spodniach milicjanta i flirtowała z tłumaczem Ilji Erenburga270, młodym Żydem gdańskim. Był Ilja Erenburg i Michał Kolcow271, obaj Żydzi odescy. Trzymali się dość osobno, byli bardzo ważni, wyróżniano ich też bardzo. Była wreszcie przyjaciółka panny Jeziorańskiej, popularnie zwana grubą Ilzą. (Były bowiem dwie Ilzy, choć, co prawda, obie dość pokaźnych średnic). Ilza gruba była energiczną, pękatą osóbką, uciekinierką niemiecką — raz jako socjalistka, raz jako Żydówka — żywą, zaradną, powierzchowną, przebojową. Po Hitlerze osiadła w Madrycie i stała się korespondentką norwesko-duńsko-szwedzko-austriacko-czeską. Właśnie sięgała po zapomnianych w tej Paneuropie Flamandów272, gdy natrętne władze Gil-Roblesa odkryły, że aby dostać obywatelstwo hiszpańskie wzięła ślub z jakimś madryckim żebrakiem. Ponieważ zbyt czynnie manifestowała swój socjalizm, dostała się jeszcze do więzienia, skąd wyzwoliły ją dopiero wybory Frontu Ludowego. Ilza wyszła bohatersko z Carcel Modelo273 i wstąpiła do komunistycznego „Mundo Obrero”, ale wylano ją stamtąd w dniu zamordowania Calva Sotelo. Dlaczego wylano Ilzę, nikt nie wiedział dokładnie. Ona sama twierdziła, że komunistyczna redakcja nie mogła znieść socjalistki i że wylewając ją, łamano pakt proletariackiej jedności walki, sceptycy utrzymywali, że nadojadła274 intrygami. Ostatecznie w twierdzenie Ilzy uwierzyli jedynie trockiści, wszyscy inni cenili ją raczej za jej żywość, rzutkość niezmordowaną i humor. Ilza wiedziała, że nie pobije nikogo głębią swej myśli: walczyła tempem produkcji. Istotnie, do października zdążyła już napisać dla wydawnictw norwesko-flamandzkich wielkie studium o rewolucji hiszpańskiej i właśnie zabierała się do nowej książki. Mam nadzieję, że do końca wojny dorobi się dziesięciu tomów prawdziwie seryjnej produkcji.

Narodów było dużo, w tym Żydów najwięcej. Przedstawiciel Czechosłowacji nazywał się Vratislav Süssman, przedstawiciel Rumunii był z Kiszyniewa. Wśród Amerykanów znajdował się jeden zwłaszcza, chłopak o miłym, szczerym uśmiechu. Miał jeszcze więcej humoru od reszty swych rodaków, więcej beztroski, więcej także rzetelnej obserwacji pod pozorami zupełnej prostoty. Pisał do codziennego pisma komunistycznego w Stanach „Daily Worker”, był dobrze oczytany w marksizmie, choć nie uważał tej doktryny za omegę myśli ludzkiej. Nazywał się Greenspen. Nie umiem zupełnie rozróżniać Żydów od nie-Żydów. Brak tego daru niebios, tak hojnie użyczonego mym rodakom, nie jest jednak zbyt dotkliwym kalectwem. Niemniej ze zdziwieniem dowiedziałem się od Greenspena, że jest Żydem. Swoim sposobem bycia, prostym, naturalnym, niepodejrzewający nikogo, pewny swego, przypominał mi nie tylko innych Amerykanów, ale i chyba jednych tylko Żydów — chaluców275 palestyńskich. Takich Żydów nie ma ani w ZSRR, ani w Polsce, ani w Niemczech. Widać, że tacy właśnie są w Ameryce. Mały Greenspen był prawie moim współpowietnikiem. Jego ojciec pochodził z Kiszyniowa, matka z „innego miasta w Besarabii276”, którego nie mógł sobie dobrze przypomnieć. Greenspen wiedział, że w tym mieście jest cudowna Matka Boska, ale nie prawosławna, tylko polska. Mówiła mu to matka. Urodził się w Stanach. Potem okazało się że „inne miasto w Bessarabii” było po prostu Berdyczowem. Teraz ja mówiłem Greenspenowi o Berdyczowie jego matki. Cieszyłem się, że syn pachciarza277 nie wyniósł stamtąd jakiej gorzkiej, świat mu jątrzącej, zawiści, niewyraźnych uprzedzeń, niedoleczonych uraz, podziwiałem wielkość amerykańskiej szkoły ludzkiej, że tamto wszystko, co u nas wloką za sobą synowie fornali278 i wnukowie ekonomów wygładza najistotniejszymi z wartości demokracji. Często wieczorami odprowadzaliśmy się po pustym i ciemnym mieście. Bano się zapalać świateł, wobec możliwości nocnych nalotów. Greenspen mieszkał w gmachu ambasady Stanów Zjednoczonych. Był Amerykaninem w pierwszym pokoleniu, nieanglosaskiego pochodzenia, współpracownikiem komunistycznego pisma, które właśnie krytykowało ostro politykę Roosevelta. Ambasada Stanów Zjednoczonych ułatwiła mu wszystko, aż do żywności, aż do mieszkania, aż do drobiazgów. Gdy nie miał auta, attaché wojskowy jeździł z nim swoim na front. Ambasada Stanów Zjednoczonych rozumiała, że jest publicystą służącym szerokiej opinii jej kraju. Uważała, że ułatwiając mu pracę, spełnia swój prosty obowiązek.

*

Raz wracając z frontu za Getafe, jedliśmy obiad w małej restauracji, gdzie stołowało się dużo dawnej lewicowej cyganerii, która teraz zrobiła karierę. W pewnym momencie weszła para wysoka i szczupła. Miejsca były zajęte, tak że musieli stać przez chwilę. Panna Jeziorańska poinformowała mnie, że jest to młody redaktor z „Claridadu”, organu Largo Caballero, z żoną Polką, komuniści. Miałem przed sobą jedną z takich intelektualnych, ale pracujących, młodych par komunistycznych, żyjących w biedzie, ale kupujących książki, wierzących w materializm dziejowy, ale nietroszczących się o obiad. Ci na pewno nie kompletowali sobie na froncie zbiorów starej broni. Po chwili gdyśmy mieli wychodzić, młody człowiek podszedł do mnie i spytał łamaną polszczyzną, czy jestem z Polski. Że żona zauważyła mnie z Polką i że mówię po polsku. Przedstawiłem się. Okazało się niespodzianie, że czytała moje artykuły palestyńskie w „Słowie” i o Łodzi i Częstochowie w „Wiadomościach Literackich”; znała mnie jako prawicowca. Nie zdziwiła się na moment nawet, że spotyka mnie w czerwonym Madrycie. Umówiliśmy się na wieczór w kawiarni. Ponieważ nie będę niczego ukrywał, powiem, że nie zdziwiłbym się bardzo, gdyby w ślad za nią zjawiła się po mnie bojówka czerwonej milicji. Niech to pójdzie na plus madryckiej dyktatury proletariatu i tej polskiej komunistki, że nie stało się to, co w podobnej sytuacji miałoby na pewno miejsce w Rosji, a zapewne i w Polsce, gdyby u nas był komunizm. Miałem znowu przed sobą tylko bladą, trochę nikłą studentkę, prócz może akcentu bardzo lwowską. Istotnie pochodziła ze Lwowa. Poza tym pochodziła jeszcze, jak to dość bezceremonialnie pośpieszyła oznajmić, „z Żydów”. Pochodzenie jest dla mnie rzeczą, która nie wystarcza na to by kogoś samo przez się wywindować na szczyty doskonałości (nawet tak dziś modne „pochodzenie proletariackie”) ani strącić w otchłań wszelkiej niecnoty. Przynosząc z sobą pewną sumę i dobrych, i złych cech, może ułatwić poznanie. W danym wypadku, jak w wielu innych zresztą, i to nawet nie zachodziło. Złe czy dobre, żydostwo Stefy R... było niezmiernie dalekie. Nie uwydatniało się nawet w rysach. Powiem, że były bardzo lwowskie. Miała dużą żywość umysłu, dużą ruchliwość myśli, miłe poczucie humoru, nieopuszczające ją nawet wobec Marksa i trybunów ludu, dobre serce. Później dowiedziałem się, że w swym skromnym zakresie starała się zrobić wiele, aby „La traca”, ohydne pisemko walczące z religią przy pomocy najtłustszej pornografii, wycofać nareszcie z obiegu. Ale i teraz nie taiła wcale, że stało się i dzieje wiele rzeczy, które są plamą, a mogą być przeszkodą. Widać, że było to dla niej głęboko przykre, i ta przykrość właśnie, to nieuciekanie się do żadnych usprawiedliwiań, umniejszań, wykrętów, było szczególnie pociągające. Śpieszyła się właśnie do radia, poszedłem z nią. Przemykaliśmy się wąskimi ulicami śródmieścia, padał deszcz, miała dość tuzinkowy paltocik i idąc tak ze swym rękopisem podmakającym w kieszeni, mówiła mi jeszcze, że to, co tu zrobią po wojnie, gdy jej idea zwycięży, będzie inne, lepsze, nowsze niż to, co w Rosji, że oni się gorąco przyłożą do tego, żeby uniknąć błędów, jakie zrobili tamci. — Zobaczy pan, zobaczy. Niech pan wtedy przyjedzie i zechce na to patrzeć tak, jak pan patrzał na Palestynę, otwarcie. — Nie wiem, czy to właśnie zobaczę kiedyś w Hiszpanii, jeśli kiedy będę w Hiszpanii. Ale wiedziałem, że taka przyszłość, jaką ją widzi w swej myśli ta dziewczyna, nie jest mniej prosta, jasna i dobra od najczystszych wzlotów chrześcijaństwa.

Październik

Leżę w rowie, szerokim i bardzo płytkim, tak że głowę trzeba wtulić pyskiem w kamienie, a o włosy czepiają się zeschłe bodiaki ostów. Jesień jest tu za Parlo279 taka sama jak gdzieś w Polsce: niebo jasne, a w polu same rżyska. Na bodiaku nad głową omotały się białe nitki „babiego lata”. Tu ludzie wytłukują się z karabinów maszynowych, a ono się rozwiesza jak zawsze. Kto by pomyślał, za Parlo... Jak to się nazywa w Hiszpanii „babie lato”?...

— Pedro?...

Milicjant mruknął i nie drgnął. Ale przekrzywił głowę i patrzy jednym okiem. Pokazuję nad głową, na babie lato.

Como se llama esto?280

— To w górze? Caproni! Leżeć, nie ruszać się!

— Leżeć, nie ruszać się — wołają z rowu. — Leżeć do chol...

Klną dużo gorzej. Nie dowiem się już nigdy, jak jest po hiszpańsku babie lato. Za to wiem, że wielka czarna ważka jest Caproni. Wielka ważka przyleciała z Włoch. To ona dyszy metalicznym warkotem, który nam kazał zbiec w pole, wykryć tę szczelinkę, przywarować. Niebo jest przejrzyste, w polu zebrano, i babie lato się rozwiesza. Gdybym podniósł głowę na lewo, zobaczyłbym Madryt, wielkie bloki, drapacze nieba, wystrzelające z płowego pola na tle tamtej sinej Guadarramy... Guadarrama. Wczoraj znowu byłem tam z Bobem Papworthem. Pracuje dla Agencji Reuter. Szoferzy nie chcieli jechać dalej niż Santa Maria de Alameda, gdzie jest sztab Mangady. Zostawiliśmy ich i poszliśmy pieszo. Chcieliśmy skrócić drogę. Poszliśmy przez wysoki połoninowaty upłaz281. Wysokość Kasprowego, ale mniej strome. Jak się nazywała tamta wieś z pozycjami? Peregrino? Pelegrino? Więceśmy282 szli do tego zupełną pustką, schodząc z góry. To ja zobaczyłem je pierwszy. Upadłem pierwszy. Upadłem na ziemię zaraz, krzyknąłem i podczołgałem się pod kosówkę283. Gdybyż jeszcze kosówka hiszpańska była taka bujna, szeroka, jak nasza! Trzeba było się dobrze kurczyć. A oto znad szczytu upłazu, na wprost nas, tak nisko, jak się czasem spuszczają nad pole, wypadły dwa, trzy olbrzymie ciężkie samoloty. Widać było wszystko. Bob twierdzi, że widział pilotów, ja nie pamiętam. Wielkie ptaki przeleciały nad nami i z hukiem zakręciły. Były tak nisko, że karabin maszynowy ustawiony na upłazie pozmiatałby je chyba. Ale go nie było. Wielkie ptaki poszybowały tu i tam, spenetrowały teren. Czy nas widziały tulących się między kamienie, czy wzgardziły nami? Po chwili spadły nad Pelegrino. Widzieliśmy z góry, jak wieś zamarła, skupiła się, jak żołnierze — cywilnych już tu nie było — rozbiegli się za opłotki. Jeden słup dymu. Drugi. Detonacja. I z daleka — bo Peregrino było jeszcze dość daleko — nikłe, zajadłe ujadanie: karabiny maszynowe. Czy to wieś odwróciła swe cekaemy w niebo i odgania ptaki wojenne, czy to one ściągają owe mrówki skaczące po bruzdach, w granatowych, dobrze widnych284 „mono”? Nowe detonacje. Nowe wysokie, ciężkie od wyrzuconej ziemi, słupy bijące pod niebo. Myśmy wyleźli zza kosówek i oparci o kamienną miedzę, rozgraniczającą pólka pastwisk, patrzymy. Jesteśmy sami w pustych górach. Są płowe, wielkie falowizny Guadarramy, jest za zboczem Santa Maria de Alameda, będzie za tym schyłkiem dolina i Navas del Marque, i „tamci”. Jak na dłoni widzimy nalot bojowy najnowszej wojny. —

*

Film wczorajszy, rolka wrażeń dziś dopiero wywołana, przesuwa się w głowie, gdy tak leżę. Czy myślałem kiedy, że można myśleć tak oderwanie mając pięć — nie, tylko cztery — samoloty myszkujące nad głową? Z głową w bruździe rowu? Jeszcze mnie zeklną, ile razy nią poruszę. Ile to ostrzeliwań, czy przynajmniej nagłych „kryj się” przed takimi nalotami mam już w mojej służbie dziennikarskiej? Liczę je sobie: dochodzi do sześciu. To w ciągu czterech wyjazdów na front podmadrycki. Wielkie czarne ważki, Caproni, drżą metalicznie w powietrzu. Czasami wydałoby się, że to lokomobila huczy na sąsiednim toku. Chce się wyjrzeć ponad tą nudną dziurę, spojrzeć na ów tok. Tymczasem Caproni zatacza łuk, zniża, zniża, zniża. (Swoją drogą, jaki on piękny ze swymi prostymi, równymi liniami; teraz jeszcze taki wyraźny!) Wiemy, po co dołuje. Przez warkot motorów zaczyna się przebijać stukot karabinu maszynowego, którym zmiata pole w ostrych rzutach. Nas czy nie nas? Dowiemy się dopiero później. Dlaczego mogę o tym tak wolno, tak spokojnie myśleć? Czy dlatego, że te strzały, gdy jesteśmy w ukryciu, rozsypani, gdy na pierwszy daleki warkot pokładaliśmy się po rowie, słabo odznaczającym się w tym sfalowanym gruncie, są bardzo mało niebezpieczne? Czy dlatego, że wiemy, iż taki samolot sprawia przede wszystkim efekt moralny na żołnierzu, dużo większy od efektu strzałów puszczonych z dużej wysokości, w szybkim locie i na mało widoczny cel? Nie wiem. Ale istotnie, człowiek się jakoś odrywa. Może to być naprawdę koniec: najryzykowniejsza wyprawa na front kończy się świetnie, najgłupsza, poważnie. Jest jakiś Los, jakiś Przypadek, który rządzi Wielką Przygodą frontu. Za dwa dni minę na skręcie drogi do Aranjuezu szkielet spalonego zupełnie auta: to trzy godziny przed nami dostał się pod ogień takich samych Capronich rozwoziciel gazet na fronty. Nie wysiadł na czas. Jego zwłoki, zwęglone od wybuchu benzyny w motorze, pokłute kulami, odciągnięto na bok, plik niedopalonych „Claridadów” pachnął285 jeszcze poranną farbą drukarską. To tylko traf, że nasza droga na tej szosie nie skrzyżowała się z szlakiem wywiadowczym samolotu. Ale to wystarczało. Traf na froncie to koincydencja Miejsca i Czasu. Te kule przed Illescas, gdyśmy szli na linie odkryte polem, kule, które zarywały się w bruzdy, mogły przecież i w nas trafić. Padały w miejscu, na którym byliśmy pół minuty, ćwierć minuty temu, na którym znaleźliśmy się, nim jeszcze opadł mały wyrzut ziemi. To tylko traf, ale teraz widzimy wielką potęgę trafu. Wiem też, że są miejsca, gdzie ten traf gęstnieje. To miejsca wielkiego ognia, prawdziwej bitwy. Ale bitwa to śmiesznie przestarzałe pojęcie. Czasem jeszcze są bitwy i tutaj. Najczęściej jest długa linia okopów i po drugiej stronie druga długa linia. Czasem na jednym odcinku zagęszcza się ogień karabinowy, wykrusza się nim przeciwnika, gnie się jego oporność moralną, niszczy wypoczynek. Potem rzuca się w to miejsce większe siły i wtedy to jest atak. Powiedzie się lub zawiedzie, linia bojowa wygnie się, złamie lub zostanie ta sama. Krok po kroku zdobywa się ziemię, wzgórze po wzgórzu bierze się Hiszpanię. Myślę teraz, z głową przy ziemi, unieruchomiony nudnie, o tym, kto mi to wyjaśniał tak uproszczenie. To był ten, w Peregrino. Tak. Cobos Sanchez...

Oiga!

Oiga to znaczy „słuchaj” po hiszpańsku. To do drugiego milicjanta, którego lekkie obuwie, ze sznurowaną, zabawną podeszwą, wjeżdża tuż przed moim nosem w krzak chwastów, ten z babim latem, owiniętym o badyl. Jest mniej przezorny od Pedra. Ale on również kładzie się właśnie jeszcze płaściej o ziemię. Samoloty znowu są nad głowami. Odwracam się na wznak i patrzę; czego one tu ciągle krążą? Znowu widać Guadarramę, sine góry... Dziwnie monotonnie myśli się na takim niemądrym „froncie”. Ostrzela czy nie ostrzela naszego auta na drodze? Stąd nie dojrzę, bo dobry kawał. Szoferzy nie lubią teraz, gdy front zmienia się ciągle, przejeżdżać zbyt blisko. A tamto o froncie opowiadał mi Cobos Sanchez... Tak...

I naraz myślę, że „tamto” było dużo, dużo poważniejsze od tych Caproni myszołowów nad głową. O, niezawodnie poważniejsze. Cobos Sanchez, Cobos Sanchez — myślę długo i boleśnie. Samolot krąży, krąży. Przestaję nań patrzeć w ogóle... Cobos Sanchez... Dlaczego? Jak to się stało, żeś ty?

*

Był to już z wejrzenia najsympatyczniejszy chłopak, jakiego dotąd spotkałem na froncie. Pół-Hiszpan, bo ojciec Francuz z Prowansji, a tylko matka Hiszpanka: po niej ta druga część nazwiska — Sanchez. Ochotnik cudzoziemski poniekąd. Poznałem go właśnie wtedy, w Guadarramie w Peregrino.

Wobec braku piśmiennych w tym bardzo robotniczym oddziale służył za pisarza. Przydzielono go nam do oprowadzenia po pozycjach, jako że ja zaczynałem dopiero mówić po hiszpańsku, a on znał francuski. Tak naturalnie, jak to się dzieje w tej wojnie, byliśmy na ty. Uśmiechał się bardzo jasnym spojrzeniem, mówił o sobie i swoich wesoło i prosto. Jeszcze piękniej mówił o komunizmie, o potrzebie wielkiej przemiany. Poszliśmy na pozycje, ale przedtem siedzieliśmy chwilę w ogrodzie, czekając na obiad pułkowy. Pokazał nam swoje wiersze, które zapewne do literatury nigdy nie przejdą, pokazał fotografię brata, który padł. Mówił o tym tak prosto i jakby łatwo, jak tamten oficer z Montoro. Brat miał piękny staż partyjnej służby i bojowej także. On też, Jose, ma coś za sobą. Na froncie jest już drugi miesiąc, teraz tu się nic nie dzieje wielkiego. Ale przedtem był w Madrycie, w lotnych oddziałach.

— Jak to, rozstrzeliwaliście? — spytała panna Jeziorańska. Ja nie spytałem, bo nie wiedziałem, że to właśnie robiły „lotne oddziały”.