Lato leśnych ludzi
Genealogia
O starodawnym, bo jak bór odwiecznym, rodzie mowa tu będzie. Ma on przodków we wszystkich wiekach i tradycję we wszystkich szczepach ludzkości, boć nie ród to ciała, lecz duszy, nie ród lasu mieszkańców, lecz lasu miłośników, przyrody czcicieli.
Z rodu tego był poeta, co w Helladzie1 wyśpiewał mit Pana2 i Faunów3, i ten, co stworzył Baldura4 w Skandynawii5, i ten ich krewniak duszny, co w obchodzie religijnym Ariom6 dał Kupalną noc7 czarowną. I patrona swego ów ród ma, odkąd ludzkość weszła w Pana Jezusowego szeregi.
Ich duszę miał, z ich rodu był słońca miłośnik i śpiewak, ptasząt i ryb kaznodzieja, wszelkiego stworzenia przyjaciel, seraficki8 święty Franciszek9.
Mędrców i uczonych mają w swym rodzie i pozornie teraz wchłonięci w miliony ludzkości, zachowali przecież odrębność i właściwość swych leśnych dusz.
Ogarnęły ich ziemskie przewroty, życie gorączkowe, skomplikowane warunki, materialna walka o byt. Odsunęła ich od przyrody cywilizacja, postęp tak zwany, niszczenie natury przez rozrost przemysłu, straszny ciężar nowoczesnego bytu, nowoczesnych praw i obowiązków.
Pozornie nie ma dla leśnych ludzi ni miejsca, ni życia. Przystosowali się do warunków i już teraz niczym się jakoby od reszty ludzi nie różnią. Spełniają swe obowiązki powszednie, pracują wśród innych i z innymi, obcują z cywilizacją, biorą udział w postępie, korzystają z wynalazków, umieją się obchodzić z pieniędzmi, mieszkają w miastach, ubierają się jak inni, bywają w teatrach. Czyżby ród i tradycja leśnych dusz zginęła? Przenigdy! Nieśmiertelny jest duch i ród ducha nieśmiertelny; tylko kto rodu tego ciekaw, z rodu tego być musi i wtedy krewniaka odnajdzie.
Nie trzeba koniecznie szukać go w cichej wsi i wśród głębokich borów, wśród ludzi stojących u warsztatu przyrody, w jej królestwie; można tam szukać długo i na próżno, a znaleźć — w wielkim fabrycznym mieście. Można znaleźć w uczniowskim pokoiku, gdy chłopak po odrobieniu algebry, zamiast iść szukać rozrywki w dusznej sali knajpy, z gilem chowanym się bawi i dogląda go; można w suterenie szewca, co ledwie zna nazwę ptaka, który mu ćwierka przy robocie. I w tłumie ulicznym poznać można po szczególnym zachowaniu się w nadzwyczajnych wypadkach miejskiego życia.
Gdy wychodzą wieczorem dzienniki z ostatnimi depeszami na temat wojny, skandalicznego procesu, sensacyjnego mordu, a ktoś nie bierze do rąk gazety, lecz przypatruje się z uśmiechem sadowieniu się wróbli na nocleg — z rodu leśnego jest.
I z tegoż rodu jest taki, co wśród uroczystego pochodu ulicznego, gdy wszystkich pochłania muzyka, stroje, ekwipaże10, paradne szeregi wojska lub korporacji, dojrzy zziębniętego psiaka przed zamkniętymi drzwiami sklepu i otworzy mu je z dobrym słowem życzliwości.
Wśród ogłoszeń dziennikarskich członek tego rodu wyszuka adres sprzedawcy słowika w klatce; zna handlarzy ptaków, więźniów tych wykupuje z niewoli i wiosną puszcza na wyraj11, równie jak one radosny.
Leśni ludzie zwykle trzymają się samotnie, dusze swe kryją, o swoim wnętrzu z nikim nie mówią, wiedząc, że to innych nie zajmuje.
W potwornym młynie ziemskim — gdzie bożyszczem jest interes, walka o zbytek i użycie wykwitu cywilizacji — obcując z innymi, mają w oczach często zgrozę lub krytyczne zdumienie, ale milczą i spełniając swe społeczne obowiązki, baczą tylko, by się nie dać zgnieść, zmiażdżyć. O dusze swe nie są trwożni: tych zaraza świata nie skazi.
I tak trwają — rzadcy w świecie i obcy mu zupełnie. Czasami znajdują druha. Otwierają się na oścież wrota duszne, krzepią się oni wzajem; marzenia, potrzeby i tęsknoty zmieniają się w słowo. Wyrażają ufnie głos swobody, ciszy, obcowania z naturą; przetwarzają swe żądze, aż stworzą czyn, aż wypracują sobie rzeczywiste, żywe, wedle swej duszy bytowanie.
I takie jedno lato leśnych ludzi tu będzie zawarte. Dla tych, co je przeżyli — kronika szczęścia; dla tych, co po świecie rozproszeni, o nim samotnie marzą — bratni upominek i może do czynu pomoc.
*
Było ich wtedy trzech.
Najstarszy, na wodza i kierownika wybrany, był przemyślny, uparcie w postanowieniu zawzięty, w wykonaniu zamiaru prędki, naukowo z przyrodą zżyty i obeznany.
Ziemi szmat posiadał, a wśród tej ziemi bagna i lasy, leniwymi rzeczułkami jak siatką porżnięte, od ludzkich dróg dalekie, dla ludzkiej chciwości niełakome.
Tam, w głębi tych tajni12, ukryta jak gniazdo, powstała pewnej wiosny chata samotna. Jakiś czas bielał gontowy13 dach i trzaski14 i czerniały koleiny wozów, co z dala przywiozły materiał; po roku wszelki ślad osady zasnuła zieleń traw i mchy.
Dzikie wino i róże pokryły ściany, chata się wtopiła, wrosła w okalający ją szczelnie las.
Nazywali ją leśni ludzie swoim wyrajem.
Wódz z biegiem życia potracił swych bliskich i żadnej rodziny nie posiadał. Dom jego natomiast był pełen bożych domowników — nad nimi rząd i opiekę trzymał towarzysz jego, druh, którego sobie wychował i w swym duchu urobił.
W swoistej gwarze leśnej wódz miał przydomek Rosomaka, ten drugi został nazwany Panterą.
Najmłodszy z trzech, cały złożony ze stalowych muskułów, chybki15, zwinny, miał też swej imienniczki drapieżność i dzikość. Znał naturę ze współżycia z nią, rozumiał bór i wodę, i pole; i duszę miał na wskroś leśną.
A potem z tymi dwoma stowarzyszył się trzeci, którego Żurawiem nazwano.
Ten uchował w życiu najczystszą duszę. Był uosobieniem dobroci, łagodności i wewnętrznej słonecznej pogody. Cieszył się leśnym życiem, jak się młodość tylko radować może. Marzyciel to był, zawsze trochę roztargniony, rad się śmiejący, pracowity za wszystkich, a zdrowia i wytrzymałości żelaznej.
I byli ci trzej, siebie wzajem dopełniając, stałymi letnimi osadnikami w głuszy, twórcami tego pierwotnego bytowania. Stanowili jedność z puszczą, żyli w niej jak wszelkie stworzenie, co do niej ściągało z wiosną na wyraj, a odlatywało jesienią.
Zimą zamknięta na głucho, z końcem lata zasypiała chata. Obsypywały dach żółte liście, potem śnieg, niknęły ścieżki letnie, a za to zwierz swoje ślady w śniegu rysował.
Sikory nocowały pod dachem, wiewiórki po skrzynkach gniazdowych, zające żywiły się na żarnowcu; w szczeliny podwalin, na sen zimowy, wciskały się węże; na zmarzłe jagody winne i głogi przylatywały gile, a niekiedy podsuwały się do ogrodzenia sarny i skubały uschłe łodygi letnich kwiatów, które Żuraw wypielęgnował.
A daleko, wśród ludzkiego mrowia, leśni ludzie o tej chacie swojej marzyli tęskniący i myślą byli z sikorami, gilami i z całą resztą swych letnich współtowarzyszy.
I czekali wiosny.
Przedwiośnie
Rosomak i Żuraw zimowali w mieście; na straży leśnego raju został Pantera. Wieści wymieniano rzadko — i ptaki zimą nie śpiewają, a tylko czasem witają się i żegnają krótkim a wymownym hasłem zimowym: „Cierp, cierp, cierp”.
Zatem gdy w końcu lutego ujrzał Rosomak kopertę z patykowatym pismem druha, rzekł tylko:
— Będzie wczesna wiosna; musiały już przybyć skowronki, skoro się Pantera odzywa.
Otworzyli chciwie list i czytali razem dla pośpiechu, a oczy im błyszczały uciechą.
„Wodzowi i druhowi pozdrowienie leśne. Donoszę wam, że wczoraj obudził się ze snu nasz domownik, Tupcio. Zasnął tak gruby, że ledwie się w bucie zmieścił, a wczoraj wyszedł tak szczupły, że cholewa mu była niczym korytarz. Wgramolił mi się zaraz na kolana i pokłuł na powitanie, fukając: «Jeść!». Pożarł mnóstwo sera i mleka, od razu napęczniał, a dziś, gdy to piszę, gania po całym domu, czyniąc nocną policję na myszy. Ma się zatem ku wiośnie. Ale Kuba twierdzi znowu inaczej.
Kuba w październiku zrobił na piecu gniazdo. Zaciągnął tam parę ścierek, moje ciepłe rękawice, czepek Drozdowej, dużo waty z gościnnej kołdry; na wierzch przywlókł parę gałęzi oleandrów, a gdy szopa była pod sufit, wsunął się do środka, wejście zasłonił i chrapnął. Onegdaj16 też wyjrzał. Temu sen służy. Szubę ma popielatą, lśniącą, kitę jak strusi pióropusz, na uszach pędzle zawadiackie. Wylazł, przeciągnął się, chlapnął wody, zagryzł orzechem i wyskoczył do ogrodu. Krotko zabawił; wrócił zły, szubę zmoczył, nogi obłocił, pączki wypluł.
Powiada, że gorzkie, bez żadnego wigoru, i że najlepiej jeszcze spać, a dobre przyjść musi. Powiedział mi to z pieca, otwór chałupy zasunął i tylem go oglądał.
Bogatka, co u nas też zimuje i ćwiczy mole po całych dniach, zaczęła się jednak dopominać swobody. Ano, dobrze, otworzyłem okno — poszła, jak na wesele, z przytupem. Obiera robactwo z klonu pod oknem i ćwierka do mnie: «Już czas, już czas».
I komu z nich wierzyć? Boć i skowronki są, a jakże! Poszedłem z nimi się przywitać aż daleko w pole.
Po zapadach17 śnieg leży, lód trzyma, a po haliznach18 goło i czernieją stare kretowiska. Wicher jak mięta: niby zimny, a smali19. Skowrończy gwar już posiadł nasz łan aż do jesieni.
A o innych wędrownikach takie wieści: zapadły na nocleg w zeszły piątek pierwsze gęgawy i gomon20 wielki podniosły; poszedłem też posłuchać, jakież zza morza wieści prawią. Czysta, echowa była noc, ale jeszcze mroźna; brzegi zalewów lodem się ścięły i tak trwał on aż do południa. Co noc na sad nasz czarny opadają rzesze podróżnych ptasząt. Spadną, mało co mówią, o świcie ruszają dalej; to nie te, co z nami lato spędzą. Ruszyły dopiero te pułki, co dalej na północ mają przeznaczenie.
Kuropatw trzy pary mam na górce — znalazłem w sidłach chłopaczych na śniegu — i te mnie co rano pytają, ile jeszcze niewoli.
Rajcują o tym wróble, zmówiny21 już między nimi jak w zapust22. Te już się klną, że wiosna tuż.
Pszczoły — jak Kuba! Zastukałem do jednych, pytam: «Matko, czy wiosna?». Zaburczały sennie: «Cyt, cyt, matka śpi».
I komu wierzyć, i jak tu wytrzymać!
Nie wiosna to i nie zima-jędza. Nie pochód to hetmański raju, ale już przednie wici rozesłane: «Sposobić się czas».
Więc się — kto gorętszy — sposobi. Leszczyna kutasiki23 karminowe jeszcze od chłodu otula, ale kotki24 już puściła na wicher. W wodach lodowatych na dnie widać pęczniejące kaczeńce, pod liśćmi w gaju można wyszukać zawilce. Wszystko gotowe czeka i gdy ucho do ziemi przyłożysz, słychać, że coś grać zaczyna, aż człowiek zrozumieć nie może: ziemia to gra czy jego własna krew — jedno! Żyć, żyć, żyć!
Gdy wszystko jednym głosem tak krzyknie, zawołam do was: «Bywajcie!».
Tymczasem sposobię chodaki, konopacę25 czółno, kosze i więcierze26 przygotowuję i czekam, drżąc z ochoty”.
Tyle było listu. Rosomak go raz jeszcze przejrzał.
— Dżdżownice nie ruszyły — rzekł. — Jędza jeszcze wróci.
Westchnęli obaj. Tęsknota skręciła ich serca i Żuraw dodał:
— Zaleciało barwą, wonią, smakiem, muzyką, aż boli... Tak tęskno! Wymknijmy się choć za rogatki, posłuchajmy, popatrzmy, wichru się napijmy!
— Chodźmy z wizytą do swoich! — potwierdził Rosomak. — Bo czekać nam jeszcze długo. Do przesilenia i dalej, całe dziewięć niedziel!
Przesilenie
W marcu jędza-zima bezczelna, wściekła wstała jeszcze raz do boju. Całe hufce zegnała, szare pułki chmur, watahy wichrów północnych i cisnęła tę armię na pęczniejące drzewa, na wyzierające źdźbła, na rzesze ptasie, co jej urągały weselną pieśnią.
Na rozkwitające życie z chmur tych, przy rechotaniu wichru, poczęły się walić śniegowe zwały jak gzło27 śmiertelne.
Słońce, jak widmo, stało za tą czeredą chmur, cierpliwe w poczuciu swej siły i pewne triumfu. Jak mocarz wszechpotężny dawało wrogowi ulgę pozorną — niech wszystkie siły w bój wyprowadzi, napaścią się wyczerpie, by potem swą światło-władczą potęgą błysnęło i zwyciężyło.
— Biedna nasza bogatka! — rzekł Żuraw, patrząc na tumany śniegu.
— Bogatka pewnie przy pierwszej zadymce zastukała do okna i wróciła na zimowe leże do Pantery — odparł Rosomak.
Gorzej tym w lesie, jeśli struga wezbrała i pożywienia im dostarczyć nie można. Byle, na dobitkę niedoli, jędza mrozu nie wywlokła sobie w sukurs28.
Drzewa wiosennej krwi są pełne, gałęzie nabrzmiałe, bolące, gdy tknąć. Trzeba ratować.
Puścili się we dwóch za rogatki; trafili na zagajnik śniegiem zawalony, jęli otrząsać biały całun.
Rozpoznali drzewiny i mówili do nich jak do serdecznych przyjaciół.
— Korale wyhoduj, jarzębiu smukły! Śmigaj, brzózko srebrna! Ostrożnie się odginaj, kloniku, boś kruchy. Za ciężka nawet dla ciebie szuba, świerczku, zuchu zimowy.
Odginały się z ulgą gałęzie, a oni się śmiali, zgrzani, rozradowani, upojeni mroźnym marcowym powietrzem.
Zmierzch dopiero odpędził ich od roboty, a w nocy stało się, co powiedział Rosomak: mróz-kat pięść z kleszczami zacisnął.
Jęknęły lasy z bólu rwanych tkanek, na całun śmiertelny padały ich członki — jędza cieszyła się zgubą młodego życia.
— I po co to? — szepnął Żuraw.
— Prawo! — odparł Rosomak. — Nad nasze zrozumienie. Prawo! Ale to nie zguba! Bywa twarde i potężne, gdy niszczy, i takie potężne, gdy tworzy. Ale to nie zguba! Zguba to mała, nikła istota; bez gromu, wichru, nijakiej widocznej mocy, bez kłów i pazurów, jak robak, goła. Którędy ta zguba przejdzie, tam nie ostanie ni puszcza leśna, ni zwierz potężny, ni ptak najśmiglejszy, ni żadnego stworzenia schron. Zostaje tylko on!
Trzy dni mróz katował ziemię, trzy noce wichry się szamotały, za bary się wodząc i zmagając, w tumanach śnieżnego kurzu, z wyciem, poświstem, warczeniem, jękiem — aż pewnego ranka w nowiu miesiąca z południa jakby fala runęła powietrzna: hetmański hufiec wiosenny.
Jak chmara nikczemna pierzchły przed nią tumany śnieżne i na błękit promienny wstąpiło na swój majestat zwycięskie słońce. Fala powietrzna niosła ze sobą jego moc krzepką, żywą, moc zdrowia; i zaroiło się na ziemi, zatętniło, zapachniało, zagrało — jeden hymn odrodzenia.
Do leśnych ludzi przyszła wieść od Pantery, krótka jak okrzyk zdyszanego gońca: „Las ożył — woła, gra! Bywajcie!”, Zerwali się, zbierali gorączkowo, ogarnięci jakimś szałem, potrzebą, musem, żądzą swych dusz — jak ptaki wędrowne.
Wołało coś w nich, wszystko inne głusząc:
— Na byt swój, na byt swój!
Na wyraj, na wyraj, na wyraj!
Na wyraj
Przed domem Rosomaka panował ruch i rozhowory29. Ranek był kwietniowy, pogodny, słoneczny, wilgotny od deszczu, co przeszedł z wieczora. Przeszedł, cuda tworząc. Rozkleił lepkie osłony liści, zmył z traw resztę pleśni, otworzył oczy białych zawilców i fiołków, wywabił z wody złoto kaczeńców, obmył i w kwiat wyczarował kocanki łóz i wierzb.
W ciszy nocnej szmerem kropel budził, na gody30 namawiał, a gdy słońce wstało, ziemia ku niemu wystąpiła już strojna, wonna, barwna i rozśpiewana.
Pod gankiem stał długi wóz drabiniasty i ładowano go przemyślnie wszystkim, co w bytowaniu letnim było lub mogło być potrzebne.
Żuraw pakował żywność, odzież, zielniki swe, podręczną apteczkę; Pantera prowiant dla zwierząt-towarzyszy, sieci, więcierze, kosze, chodaki i narzędzia rzemieślnicze; Rosomak jakieś swoje specjalne skrzyneczki, tyczki, puzderka, książki — cały balast do badań przyrodniczych. A każdy tak był pochłonięty pracą, że tylko się snuli z domu do wozu jak pszczoły, ładując i ładując. Wóz stawał się kopiasty.
— Teraz już tylko towarzysze! — rzekł Rosomak, zlustrowawszy go. — Jeżeliście zapomnieli, cierpcie!
— Pewnie, że ja coś zapomniałem! — troskał się Żuraw, stękając.
Teraz przez wrota od folwarku wkroczyła karmicielka leśnych ludzi, latująca31 z nimi co roku w puszczy, gniado-srokata Hatora. Chuda jeszcze była po ciężkiej zimie, z sierścią nastroszoną i bez blasku.
Wiedziało bydlątko, co znaczy to ładowanie.
Podeszła do Pantery, obwąchała ludzkie ręce, dostała chleba z solą, obejrzała wóz, skubnęła siana, spenetrowała, czy czuć na dnie kartofle i osypkę32, wytarła szyję o luśnię33 i stanęła, żując powoli — łagodnymi oczami śledziła ruchy ludzkie.
— Hatora, chcesz „bambołę”? — zagadnął Pantera, wynosząc z domu blaszaną krowią klekotkę34 na rzemieniu.
Hatora przecząco poruszyła uszami i odwróciła niechętnie swą rogatą głowę.
— Nie! — Hatora nie lubiła „bamboły”.
Przed paru laty, gdy ją ustrojono w to straszydło, bezustannie gadające, oszalała z trwogi i wstrętu, umęczyła się okropnie, starając się go pozbyć, zedrzeć z siebie w gąszczach obmierzłego stracha.
Nawet w rozdrażnieniu i dzikim buncie popełniła czyn zbrodniczy — rzuciła się z rogami na Panterę, rycząc ponuro: „Mord, mord”. Ale to było dawno, w samych początkach jej leśnej służby. Potem Hatora zrozumiała, że nałożenie „bamboły” oznaczało rozkoszny żywot w puszczy, w obfitości pastwisk i wody — w nieograniczonej swobodzie.
Nie było pastucha i jego bata, nie było psów ani łańcucha w dusznej oborze, ani zdradliwych rogów zawistnych towarzyszek. Bo Hatora przez te lata straciła instynkt stadny i skierowana przed dom, najkrótszym nawet pomrukiem nie pożegnała zimowej kompanii. Bez zapału, ale i bez protestu pozwoliła sobie nałożyć naszyjnik.
— Pantero, zaprzęgaj Łataną Skórę. Idę po domową czeladź. Zabierz klatkę z ptakami! — komenderował Rosomak, wchodząc do domu. Żuraw lokował właśnie na wozie kosz okryty krasno przetkaną serwetą. Pantera i Hatora węszyli z lubością. Pachniał świeży razowiec.
— Wódz tak goni, że i śniadanie się wściekło — rzekł Pantera. — Nie wytrzymam, tak pachnie.
Sięgnął po nóż za pas, odchylił płótno, bochen jeden krzyżem przeżegnał i spory glon35 odkroił. Przełamał i z lubością obydwaj jedli. Wilgotny pysk Hatory wsunął się także do spółki.
— Aha, wódz kazał zaprzęgać! — przypomniał sobie Pantera, ruszając do stajni.
Po chwili wyszła na słoneczne podwórze klacz srokata, stąpając z rozwagą i ostrożnością. Pociągnęła Panterę do studni, napiła się do syta, a potem niekierowana poszła ku wozowi.
Spróbowała smaku siana, poszukała na dnie worka z obrokiem36, parsknęła, ziewnęła, przeciągnęła się i z rezygnacją podała głowę do chomąta37.
— Nie zezuj na ładunek! — rzekł Pantera. — Wiemy, żeś źrebna; w błocie i piachu pójdziemy piechotą. Zachodź w hołoble38! — Przyciągnął rzemienie, zaprzągł i stał w gotowości do jazdy, pojadając chleb na spółkę z bydlątkami.
— Powiedz, Żurawiu, wodzowi, że gotowe. Szmat drogi, ledwie zdążymy na odwieczerz39.
Rosomak tymczasem miał kram z domownikami. Tupcio i Kuba, jeż i wiewiór, byli szczytem sprzeczności obyczajów i upodobań.
Mało się znali, ale dość, by się nienawidzić — chociażby dlatego, że jeden drugiemu nie dawał spać.
W nocy Tupcio bezustannym dreptaniem płoszył Kubę, tak że wyprowadzony z równowagi wysadzał pyszczek z gniazda na piecu i wymyślał.
— Czołgaczu plugawy, zjadaczu stonóg, pantoflarzu obmierzły, bodajżeś się żabą udławił. Oka zmrużyć nie daje ten robaczarz!
W dzień Kuba, szperając po kątach, zaglądał i za poręcz kanapy; wtykał tam orzechy, które spadały na śpiącego Tupcia, tak że się budził i fukał rozsierdzony.
— Hecarz, sowizdrzał40, błazen, ryże straszydło, ptasie pośmiewisko! Bodaj ci żywica ogon do nosa przylepiła, bodaj ci się gęba na zębach nie zamykała!
Całą zimę warchoł41 trwał, a jeśli mieli kiedyś coś wspólnego, to tylko nienawiść dla taksicy42 Dziamdzi. Ta wprawdzie mieszkała w stajni, ale wpadała kiedy niekiedy — wszędzie węsząca, wszystko pędząca, wrzaskliwa i dokuczliwa nad wszelki wyraz.
Było to zatrucie zimowli43. Kuba, chociaż bezpieczny na szczycie pieca, dostawał palpitacji serca i oburącz ściskał wzburzoną pierś; Tupcio pod kanapą dostawał wątrobianego ataku i astmy.
A tego dnia właśnie, korzystając z zamętu wyprawy, Dziamdzia wślizgnęła się do domu i wznieciła straszny popłoch.
Zapędziła Kubę na szafę i do utraty tchu naszczekała mu pogróżek i impertynencji44. Potem zwęszyła Tupcia w starym bucie Pantery i nie mogąc się doń dostać, włóczyła go wraz z butem po całym pokoju. Na tym ją przyłapał Rosomak, chwycił za kark i sromotnie za drzwi wyrzucił. Ale domownicy byli w stanie zupełnej rebelii45.
Tupcio był tak rozsierdzony, że razem z butem podskakiwał i fukał:
— To to tak! Nie chcę was, nie chcę do lasu! Nie tykajcie mnie, precz, precz, zdrajcy, fałszywi opiekunowie i przyjaciele! Ta wasza służka chciała mnie zjeść, może zjadła! Nie czuję, czy jeszcze żyję z alteracji46.
— Fiu, nie ma głupich! — skrzeczał Kuba, z ręką na sercu, z wyżyn szafy. — Ani zejdę stąd, ani z wami jadę. Nikt w moim rodzie nie słyszał tyle obelg, co ja od tej pokracznej karlicy. Albo ona, albo ja, wybieraj! Nie zejdę, choć ciekawym, co masz w garści. Choćby i słonecznikowe ziarno! Mam swą ambicję! Dałeś mnie na pastwę tej poczwarze. Gdzieś był, jak mi tu urągała? Nie, nie zejdę!
— Nie, to nie! — rzekł Rosomak, garść orzechów chowając w zanadrze47, i wziął but z Tupciem.
— Tupciu, bestii nie będzie w lesie. Bonować48 będziesz spokojnie. A pamiętasz, ile tam tłustych glist i robaków, jakie miękkie wykroty do spania! A w chacie ile i kiedy zechcesz mleka i sera, i rybie wątróbki. Wyleźże z tej cholewy! Czy ci nie wstyd, by cię jak dzikusa wozić razem z butem?
— A właśnie chcę spać w bucie! — fuknął już spokojniej Tupcio i znieruchomiał.
— No, Kuba, zostajesz? Bo mi się spieszy. Żegnam cię, okno otwarte.
— Co masz w kieszeni, pokaż? — Kuba spadł mu na głowę i dał nurka w zanadrze, rozległo się zajadłe piłowanie skorupy orzecha i mruczenie zadowolenia; pokój był zawarty.
— Gotowe! — wetknął głowę przez drzwi Żuraw. — Zabierz jeszcze skrzypce i ruszajmy.
— Na wyraj, jazda! — zakomenderował Rosomak, lokując but z Tupciem i siadając sam byle jak, z nogami poza drabiną.
Uczepił się tobołków Żuraw, przysiadł na drążku Pantera-woźnica, parsknęła ochoczo klacz, „zabamboliła” Hatora — i tabor ruszył.
Wyjechali za wrota, na drogę polną, wyboistą i błotnistą. Spojrzeli w dal na siniejącą linię borów; objął ich dech szerokiej przestrzeni, rozprężył płuca, barwą się wybił na lica i zapalił ogniem radości stęsknione źrenice.
— Hejnał, wodzu! — upomniał się Pantera.
A Rosomak ziemi, błękitom borów i pól rzucił:
Czas ci już wstać, czas ci już iść,
Hetmanko polnych rot49!
Oto ci na hełm borowy liść,
Oto ci w rękę rozmaju50 kiść,
Oto twój złoty grot!
Powiedziesz ty, powiedziesz nas
Na ten słoneczny szlak,
Gdzie kwitnąć sercom i pieśniom czas,
Gdzie szumu czeka uśpiony las,
Gdzie czeka lotu ptak!
Powiedziesz ty, powiedziesz świat
W zwycięski pochód twój,
Gdzie z prochów świeży wykwita kwiat,
Gdzie brzask wybucha zza nocy krat,
Gdzie stoczysz życia bój!51
Osiedle
Mijali łany orne i siewne, ludzkie osady, rozstaje, łąki od kaczeńców złote i kierowali się wciąż ku borom.
Szlak robił się coraz bardziej niewyraźny, a bory z wąskiej smugi stawały się ciemną ścianą. Aż, jak przednie straże, zabiegły im drogę stare sosny na wzgórku, a za nimi — szeroką ławą, bez kresu — stanął zwarty wał chojarów52, podszytych jałowcem i wrzosem. Powitał ich poszum cichy i uroczysty, jakby modlitewny, a niosący kadzidlane wonie żywicy. I wjechali w boży chram53 boru. Wszyscy odkryli głowy, spojrzeli w górę; poruszyły się wargi odzewem dusznym owego powitania. Nikt się nie odezwał, słuchali cali w sobie skupieni.
Prowadziła klacz. Bez namysłu wybierała jakieś szczeliny wśród drzew, ledwie widoczny ślad; nie wahała się na zawrotach, na wąskich przesmykach wśród mokradeł. Odnajdywała jakieś kładki w zdradzieckich oparach, kołowała, kluczyła — na tyle pewna swej pamięci, że tak sobie stępa idąc, obrywała to kiść szuwaru, to gałązkę brzozową, to łozowe kocanki i gryzła dla zabawy.
Grunt się obniżał. Jechali przez grobelki, klecone przed wiekami z bierwion dębowych, którędy może kiedyś szły szwedzkie lub kozackie wojska, obrzeżali szmaty torfowisk, wycierali ślad wśród łóz sążnistych, ginęli w chaszczach trzcin i sitowia. Słońce mieli w oczy i plecy, na lewo i prawo — aż wreszcie szlak był już tylko ich własny, tyle widoczny co ścieżka przez łosia wydeptana.
Aż z gęstwiny błysnęła woda, ruczaj, w długi bród rozlany, ginący dalej w łozach — graniczny ruczaj ich letniego królestwa.
— Ot i nasz Tęczowy Most! — rzekł Żuraw i wszyscy trzej wydali długi, specjalnie swój okrzyk; zwykły akord, którym się rozproszeni na wyprawach zwoływali.
Klacz weszła ochoczo w bród, schyliła głowę i muskając wodę wargami, szukała najwyższego prądu — tam stanęła i zaczęła pić. Hatora poszła za jej przykładem i ludzie zaczerpnęli też wody w dłoń.
— Pijmy jak z Lety54. Zapomnienie tamtego świata! — rzekł Rosomak.
— Smaczna jak brzozowy sok. Niczym wino! — dodał Pantera.
— Roi się od zarybku55. Widzicie, na piasku chmara! — zauważył Żuraw. — O, i kaczor zielonogłowy tam, pod łozą.
Zwierzęta, napojone, podniosły ociekające wodą nozdrza, rozejrzały się. Zarżała klacz, targnęła postronek Hatora — czuły już swe letnie pastwiska. Nawet Kuba, na ramieniu Rosomaka się rozsiadłszy, mierzył okiem odległość do pierwszej brzozy za wozem i ledwie z brodu się wydostali, dał susa i już był na szczycie.
Ludzie zeskoczyli. Puszczono na wolność Hatorę. Rosomak wziął klatkę z przezimowanymi kuropatwami i koszyk z zającem, który też pod opieką Pantery chował się w domu. Wypuszczony szarak nie bardzo się kwapił do ruchu; stanął słupka, powęszył, słuchy56 nadstawił, obejrzał się na człowieka i powoli pokicał ścieżką wśród wrzosowisk. Kuropatwy, jak szare kulki, ruszyły rzędem za nim.
— A nie złorzeczcie ludziom, choć wy niebogie57 zwierzęta-męczennicy! My waszej niedoli niewinni — szepnął Rosomak.
Gdy do wozu wrócił, był sam. Towarzysze, porwani szałem swobody, pognali na piechotę. Kuba im towarzyszył wierzchołkami drzew, klacz ruszyła też już zupełnie bez drogi, w wiadomym sobie kierunku.
Dopędził ją Rosomak i szedł obok pieszo, kierując tak, by wóz o drzewa nie zaczepił; ale i on był czymś innym zajęty.
Czytał historię zimy swego kraju.
Tu już znał każde drzewo, każdy kęs ziemi i wszystko witał jak najmilsze towarzystwo. Las, który dlań nie miał tajemnic, opowiadał, pokazywał, chwalił się i skarżył.
Oto sosna ze starym gniazdem rabusia krogulca; a oto druga, co się wygięła i okaleczyła, zdeptana kiedyś za młodu; a oto brzoza z ogromną czeczotą58 i olbrzymia jarzębina, którą nazwali Krasawicą59 — tyle miewała korali jesienią. I piorunem na pół rozdarty grab, co się po ciosie odmładzał, czerniejąc smugą przepołowionego pnia. I oto brzoza, zwalona ciężarem zimowej okiści60; i pękata wierzba z dziuplą, w której już gospodarzyły dzikie pszczoły. I oto olbrzymie mrowisko, już rojne — państwo wielkich, czarnych borowych pracowników, usłane białymi grudkami żywicy i ze śladami zimowego grzebania cietrzewi. A oto wykrot olchowy, pełen dziur, szczelin, przepaści, korzeni, wydartych do połowy z ziemi mocą huraganu — kryjówka wężów i żmij.
Bór gwarzył cichutko. To znów słychać było, jak dyszał potęgą odrodzenia wiosny, a człowiek, zapatrzony, zasłuchany, zatracał się w tej wielkiej, potężnej całości i czuł, że te siły ogarniały go, że sam się staje potęgą, że w nim gra, śpiewa, tworzy, rośnie moc przyrody.
Za brodem grunt się podnosił. Osiedle leśnych ludzi było jakby wyspą wśród nizin, błot, bagien, porżniętych siatką rzeczułek, porosłych nieprzebytymi chaszczami.
Na wyspie tej, żyznej bajecznie, bujała puszcza w całej sile wzrostu. Śmigały ku słońcu brzozy jak tanecznice smukłe, zielone swe gazy kołysząc, maiły się graby urodziwe jak parobczaki61, parły się jedne przed drugimi do nieba olchy, jesiony, dęby, lipy, jarzębiny, klony, a dołem jak snopy leszczyny, kaliny, czeremchy, kruszyna, aż zupełnie przy ziemi słały się zwały malin i jeżyn. Na polankach w borze biało było od zawilców i wypuszczała pędy trawa jak tło kobierców, które lato tkać miało. Przeciągły okrzyk towarzyszy zbudził z zachwytu Rosomaka; spojrzał na słońce i z lekka trącił żerującą klacz.
— Do chaty, Łatana Skóro! Nam się też obiad należy. O, jest i posłaniec!
— Chr, chr — ozwało się wśród gałęzi i Kuba mu spadł na ramię, otarł się o policzek i już był w kieszeni po orzechy.
W lewo, w prawo, pod warkoczami brzóz, przez wieńce i bramy z kwitnącej czeremchy, aż zaczerniał wielki krzyż dębowy z figurą pod daszkiem i roztoczyła się szeroka polana, ścianą boru odcięta, a w jej głębi chata leśnych ludzi.
Ściany złociły się patyną żywicznych bali i jak koronka snuły się po nich pnące róże i wino. Niska, dostatnia, z podniesieniem wygodnym, ale jeszcze po zimowemu zamknięta, zabezpieczona okiennicami.
Przed nią był ogródek otoczony płotem, „wirydarzyk62 Żurawia”, który tam hodował różne leśne kwiaty, starannie uzbierane i przesadzone, a lipa ocieniała ją nieco od skwaru południa.
Pantera i Żuraw czekali u furtki i wnet zaczęli raport.
— Kos ma gniazdo w winie, przy ścianie. Modraczka mieszka w skrzynce na lipie. Konwalie się wytykają. Żmije znaleźlim w podsieniu63. Jeść się chce!
Małomówny Rosomak wyłożył64 klacz, zawiesił uprząż na kołku pod dachem i wtedy dopiero wydobył klucz i otworzył chatę. Wionęło na nich chłodem zimowego wnętrza. Minęli sień; za nimi do izby weszło słońce i ozłociło glorią koronę Częstochowskiej Pani, królującej na ścianie wprost drzwi.
Odkryli głowy i Rosomak powitał majestat65 narodu pierwszym słowem i pokłonem:
— Salve Regina Mater misericordiae, vitae dulcedo et spes nostra! Salve!66!
Trójgłos zgodny, uroczysty, radosny napełnił izbę.
Potem Rosomak zapalił lampkę przed obrazem. Żuraw położył na stole bochen chleba. Pantera zdjął sztaby okiennic. Wiosna całą barwą i ciepłem wionęła do izby.
— Oho, kwaterunek zimowy nie chybił! — zaśmiali się.
W jednym kącie na ławie myszy leśne zbudowały gniazdo wielkości snopa, w drugim rozpościerało się pod ławą mrowisko. Zaczęto wypraszać intruzów, a Żuraw zabrał się do przygotowywania posiłku. Dym wybiegał na dach — chałupa ożyła.
W otwartym oknie siedział Kuba, przypatrując się robocie. Kitę miał na głowie zadartą jak pióropusz i udając głodnego, gryzł szyszkę, wypluwając ogryzki na czołgających się pod ławami ludzi.
Ale że oni, bardzo zajęci, nie zwracali uwagi, zajął się Żurawiem.
Ten, nastawiwszy garnki w kuchni, zabrał się do rozpakowania wozu i znosił worki i supełki, garnki i pudełka do spiżarni w sieni. Podobało się to Kubie. Wszystko obwąchał, spróbował, przeprowadził, wreszcie wynalazł pudełko ze słonecznikowym ziarnem i bez ceremonii zaczął je przegryzać.
— Nie psuj — usunął go Żuraw.
Na to się Kuba rozjuszył.
— Moje, moje, moje! — zaskrzeczał.
— Twoje, ale nie na teraz. W skórze się nie zmieścisz, obżartuchu!
— Moje! Dawaj! — wrzeszczał Kuba.
— Nie dam, łakomczuchu! — zniecierpliwił się Żuraw.
Nastąpiło kotłowanie, rejwach67 i nagle ze spiżarni wyleciał Kuba rozfukany, z nastroszonym pióropuszem, wdrapał się na szczyt lipy i stamtąd skrzeczał i krzyczał.
— Co się stało? Co Kubie za krzywda? — zawołał Rosomak troskliwie.
— Krzywda! Właśnie! — odparł Żuraw. — Zepsuł trzy worki, pogryzł pudełko, ukąsił mnie w ucho, a teraz krzyczy: „Ratunku!”. Kończcie, bo krupnik gotów!
— Oj, i moje kiszki gotowe! — wyprostował się Pantera. — Przepłoszyliśmy mrowie, zamietliśmy, reszta na potem! Jeść!
— Najpierw domownicy! — przypomniał Rosomak.
— Prawda! — zakrzątnął się Pantera.
Rzucił się do spiżarni, do sieni i wyniósł przed furtkę dwa pełne wiadra — jedno kartofli, drugie owsa. Wtedy zdjął ze ściany w izbie trąbkę i zagrał pobudkę.
Dźwięk uderzył w ciszę, poleciał w las, rozdygotał powietrze, a był to sygnał dobrze widać znany, bo odpowiedziało mu rżenie i daleki odgłos kołatki Hatory. Oparci o płot, leśni ludzie czekali. Pierwsza podążała klacz i parskając z uciechy, zanurzyła łeb w obrok. Bardziej flegmatycznie nadciągała Hatora. Pantera przykucnął u jej boku ze skopkiem68.
— Pięknie proszę o „mlimli”, Hator69! A nie żałuj, bośmy zdrożeni i świeżo osiadli! — przemawiał do niej przypochlebnie.
— Obiad na stole! — zawołał Żuraw z izby.
Na białym stole klonowym pod obrazami leżał bochen chleba, parowała misa pięknie malowana, leżały drewniane łyżki.
Gospodarny Żuraw już nawet wiązką kaczeńców ozdobił nakrycie. Zajęli swe miejsca na ławach i jak ludzie rzetelnie głodni czerpali z misy w milczeniu. Asystował Kuba, próbując każdej kromki chleba, aż z niesmakiem otarł pyszczek o rękaw Rosomaka, skoczył na ramę okna i zabrał się do południowej drzemki.
„Stanowczo ludzie jadają niesmaczne rzeczy”, pomyślał z grymasem, przymykając oczy.
Gdy łyżki zagrzechotały po dnie misy, Rosomak rzekł:
— Ja zaraz czółnem ruszę, rybne tonie zobaczę i kosze zastawię. Pantera obejrzy i do porządku doprowadzi stajenkę dla domowników. Żuraw chałupę do reszty wyczyści i sprawdzi warzywnik. Jutro wszyscy razem grzędy skopiemy i obsadzimy.
— Przede wszystkim ja bym rad zmienić skórę — rzekł Pantera, patrząc po swym ubraniu.
— Ano, idźcie do komory i przebierajcie się, ja tylko fajkę wypalę! Chodaki też trzeba namoczyć.
Komora była za sienią, szeroka i widna. Tam też nocowali Rosomak z Żurawiem. Pantera miał swe posłanie w alkierzu70 za izbą.
Gdy leśni ludzie wrócili do izby, byli zmienieni zupełnie. Mieli na sobie tylko szare płótno, na nogach lekkie lipowe chodaki; pas rzemienny z nożem w pochwie obciskał luźną kurtkę; na głowie filcowy kapelusz.
— Dopiero teraz las nas za swoich uzna! — zaśmiał się z uciechą Pantera, biorąc siekierę i zabierając się do swej roboty około stajenki. Żuraw zaczął zmywać statki71, więc się i Rosomak ruszył.
Przebrał się i on, rozprostował z rozkoszą członki, wyładował z wozu swoją osobistą skrzynkę, pełną książek zoologicznych, przyrządów do kolekcji przyrodniczych, i tysiące drobiazgów, których do studiów używał i strzegł jak oka w głowie.
Potem umieścił wysoko w podsieniu u pułapu stary rękaw od kożucha, nocne mieszkanie Kuby. But z Tupciem położył u węgła. Wreszcie obładował się koszami na ryby, wziął wiosło i siekierę i poszedł do czółna. Miało ono swą przystań za krynicą, pod starą olchą nad strugą. Rosomak wylał z dna deszczową wodę, władował kosze, odczepił łozową wić i odbił od brzegu.
Droga była bezkresna, bo błotne obszary zalane zostały wodą i płynąć można było gdzie wola, wśród łóz ledwie zieleniejących i młodych pędów szuwarów. Na wodzie słał się „czarnygłów”, ulubiona wiosenna pasza Hatory i klaczy, toteż je spotkał żerujące, po brzuch w wodzie.
Podniosły łby i rozmówili się „po leśnemu”.
— Dobre, zdrowe! — parsknęła Łatana Skóra.
— Trochę za wodniste! — zamruczała Hatora.
Pogłaskał je z czółna i ostrzegł:
— A pamiętajcie, żeby nie iść do topieli za krynicę, skąd was wywlekliśmy na sznurku zeszłego lata. I nam, i wam mało brakowało do śmierci wtedy. Pamiętajcie, łakomczuchy!
Chmary błotnego ptactwa rajcowały nad tą płytką wodą. Hryce, czajki, kuliki, bekasy wrzask czyniły weselny; miodem pachniały złote kiście łozowe, balsamem pękające brzozy i olszyny. Wiosło zgarniało złote kaczeńce i kępy wodnej mięty, a słońce, cuda czyniące, śmiało się do swego dzieła.
Rosomak dopłynął do chruścianego płotu rybackiego, a poczuwszy grunt, czółno o kołek wicią zaczepił i wszedł w wodę.
Zrewidował, brodząc, całość płotu; szczeliny łozą obetkał i w gardzieli, którędy nurt biegł, kosz zastawił.
Nie spieszył się, robił powoli — obserwując, zachowując praktyki rybackie, wnioskując o połowie wedle spostrzeżeń różnych, robotą swą tak zajęty jak skrzydlate rybołowy krążące nad nim bez trwogi.
Bo leśni ludzie znali zasady obcowania z naturą. Unikali gwałtownych ruchów, hałasu, płoszenia, gonienia, trwogi.
W chałupie była strzelba na wszelki wypadek, ale ten zdarzał się niesłychanie rzadko — chyba że sąd nad niepoprawnym zwierzęcym zbrodniarzem. Z kołatką Hatory, z trąbką obiadową zwierz i ptak oswajał się rychło i wiedział bór cały, że ze strony tych trzech ludzi nie nadejdzie żadna napaść ani krzywda.
Szara, mała łódka, szary w niej człowiek, garnący wodę powolnym ruchem wiosła — był to obraz znany ptactwu, codzienny, pospolity, tak że czajki nie urządzały swych forteli72, by go od gniazda odprowadzić, a stadka cyranek żerowały niestrwożone przy szlaku łodzi.
Rosomak założył drugi kosz i trzeci, opłynął najlepsze tonie i zatoki, przepatrzył różne rybie kryjówki, odnowił zeszłoroczne znajomości ze współtowarzyszami leśnego bytu i zupełnie o czasie zapomniał.
Bobrował73 właśnie po zakątkach jeziora, w które się ruczaj rozlewał u wzgórz piaszczystych na zachodzie, gdy nagle rozdarł powietrze drapieżnie wielogłosy okrzyk przeciągły.
Była w tym chrapliwość bojowych starodawnych surm74 i jakby wołanie i odzew strażniczej czujności.
— Hej, czuj, stróżuj! Hej, czuj, stróżuj! Wieczorne tuż zorze, wieczorny tuż czas! Hej, czuj, stróżuj!
To z błot niedostępnych dawały wieczorny sygnał żurawie-wartowniki.
Rosomak spojrzał na słońce i posłuszny hejnałowi zawrócił łódź ku chacie.
Czuby drzew były już czerwonozłote, z ziemi wstawały srebrne mgły, ptactwo śpieszyło to z posiłkiem, to z ostatnim źdźbłem na gniazdo, bo czas nadchodził wieczornych pacierzy i spoczynku.
„Spóźnię się!”, pomyślał Rosomak, bo śpieszyć się nie mógł, by nie płoszyć i nie trwożyć reszty mieszkańców.
A hejnał leciał po trzykroć, coraz bardziej przeciągły, stanowczy.
— Wieczorne już zorze! Wieczorny już czas! Hej, czuj, czuj!
Zawrzało całe błoto rechotem kum-żab, zielonogłowe kaczory poczęły pluskać na szersze wody i chrapliwie się wabić; mgły zakołysały się do tańca, ruczaj się pomarszczył od żerujących ryb; górą na niebie białe obłoczki, jak róże, zakwitły; drozd śpiewak na szczycie olszyn począł wydzwaniać na pacierze. Wieczór był!
Gdy Rosomak przybił do chatnej polany, i tam panował ruch kończącego się dnia.
Żuraw z Kubą na głowie wracał z wiadrami z krynicy, Pantera w obórce rozprawiał się z Hatorą, klacz przed furtką dopominała się wieczornego obroku.
— Witajcie, wodzu! Nie mogliśmy się doczekać!
— Abo co?
— Bo mamy mnóstwo nowin. Na strychu zimowała sowa i dotąd mieszka: pełno mysich skórek. Kuśnierz niecnota!
— Pewnie też nie brak piór sikorek. Trzeba ją będzie wyprosić.
— A w obórce jest ten sam wąż wodny; wyrósł z pół łokcia75.
— W trzech skrzyniach przy chacie już osiedliły się bogatki, a w jednej krętogłów.
— Nasza dzika grusza biała jest jak panna młoda.
— Orzechów będzie mnóstwo. Leszczyna czerwona od kutasików!
— We wrzosach przy warzywniku cieciora siedzi na sześciu jajach.
— Tupcio już poszedł na swój chleb.
— Pszczoły żyją w barci; mocno chodzą.
Stanął Żuraw z wiadrami. Z obórki wyszedł Pantera ze skopkiem mleka, przyszła do kompanii klacz i gwarzono na środku polany. Łatana Skóra powtarzała wciąż jedno: „Obroku, obroku, obroku!”.
— Zapchajże jej gardło, Pantero! — zaśmiał się Rosomak.
— Ale! Tej sztuki nikt nie dokaże. To nie brzuch, to otchłań! Chodźże, beczko bezdenna!
— Olaboga! Woda mi kipi! — dosłyszał Żuraw i kopnął się do chaty.
Rosomak wziął w ręce zaspanego Kubę i wsunął w rękaw u pułapu. Zaskrzypiały wierzeje stajenki za klaczą, chwilę słychać było rąbanie szczap i brzęk statków w izbie. Powoli cichły odgłosy pracy i starunku76. Na niebie gasły zorze zachodu.
Ale oni się nie kwapili do izb i jadła.
Wokoło po wszystkich drzewach i krzakach, łozach i szuwarach, po wodach, ziemi i niebie rozpoczynał się ostatni akt dnia i wieczorne wszelkiego stworzenia pacierze.
W podsieniu swego gniazda leśni ludzie usiedli na dębowej podwalinie — zapatrzyli się, zasłuchali, zamilkli.
I z cicha Rosomak zaczął:
— Pochwalony bądź, Panie, coś te cuda uczynił. Pochwalony bądź i błogosławiony głosami i sercami nas tu wszystkich, w borze żyjących. Dzięki Ci, Panie, za to niebo pogodne, za dzień słoneczny, za zieleń drzew, za ten wieczór, za życie! Święć się Imię Twoje w tej ptasiej pieśni i w naszej duszy, ku Tobie otwartej, jako te ptaki i kwiaty. I Królestwem Twym niech będzie ten zakątek, a wolę Twą uszanujemy, jako ją szanuje wszelkie stworzenie, uznając Twą mądrość, moc i miłość. I ufni jesteśmy, że jako mrówce i kwiatom, tak i nam pożywienie zgotuje słoneczny dzień jutrzejszy na Twe rozporządzenie. A winy nasze wybaczaj, Panie, bośmy przed Tobą głupi i mali, i przeto grzeszni! A nie daj nam, Panie, złą myślą lub czynem zakłócić tego bezludzia, gdzie rządzi Twoje tylko przedwieczne prawo i ład. I zachowaj nas, Ojcze, jako robaczka w dłoni, bezpiecznie!
— Amen, amen, amen! — świergotały ptaszki, szemrały brzozy, ćwierkały owady i stłumionym szeptem potwierdzili leśni ludzie. Cichło wszystko, pociemniały tajemniczo gąszcze, gasły barwy.
Ale znad drzew wystąpił sierp miesiąca i osrebrzył oblicze Chrystusowe na krzyżu, który od dołu w mgły wtulony, zda się, nad ziemią płynął jak zjawisko.
Ochłodzone rosą powietrze wionęło wonią miodu i balsamu, na brzózkę przy krynicy zleciał słowik-lutnista, żabie kapele uderzyły w basetle; bez szelestu krążył nad polaną lelek, polując na ćmy... Ukojona w ciszy wielkiego spoczynku zeszła na ziemię noc.
I tak skończył się pierwszy dzień bytu leśnych ludzi.
Dzień chyżej Pantery
Pantera sypiał w maluchnym alkierzyku za izbą, ale tej pierwszej nocy budził się co chwila, wyglądając ranka.
Zrazu z izby widział tylko rubinową lampkę przed obrazem, ale rychło otwór okienny zaczął się rozjaśniać nadchodzącym świtem, więc leżąc bezsennie, słuchał, kto się pierwszy obudzi.
Słyszał bełkotanie cietrzewi, żałosne „pau, pau” lelków, dalekie pobekiwanie kozłów, chichot sowy i rozełkane, namiętne trele słowicze — pieśń nocy.
Wreszcie odróżnił inną śpiewkę.
— Ledwuchna zaczyna! — szepnął.
Jakby na dany sygnał, słowik ścichł. Basetle-żaby podtrzymały dalej swój wtór, ale już z kryjówek ozwało się pojedyncze ćwierkanie: „Czy już, czy już?”.
I nagle z błot uderzył ranny hejnał żurawich stróży.
— Hej, świt, luzuj, luzuj. Bywaj, na dzień! Pan idzie na świat! Hej, czuj, hej, świt!
Trysnął od razu cały tysięczny chór: „Świt, świt! Pan jest! Życie, życie!”. Las witał dzień.
Pantera się zerwał i w bieliźnie, bosy, wyskoczył oknem.
Polana była wybrukowana opalami rosy; powietrze wilgotne, wonne, ciepłe. Ptaki chędożyły77 pióra, przeciągały skrzydła, leciały do wody.
Pantera też rozprężył ramiona, otarł twarz wilgotną gałęzią brzozy i pobiegł do ruczaju, do kąpieli.
Gdy wyszedł z wody, wytarzał się w trawie, pobiegał po łące i czerwony jak rak wrócił do chaty.
Z gniazda swego u pułapu wysadził pyszczek Kuba, ale tylko ziewnął i schował się na powrót.
— Maczałbym szubę w takiej rosie! Dobre to dla gołych — zamruczał lekceważąco.
Pantera się ubrał, wziął skopek do dojenia i poświstując, poszedł do swych obowiązków. Wypuścił klacz i zbudził Hatorę.
Stalowoszary wąż wodny ogrzewał się u jej boku i ledwie się nieco przesunął, gdy krowa wstała.
— Kis, Kis! Chcesz mleka? — przemówił doń Pantera; chciał zapewne, bo czekał, asystując.
Hatora, oddawszy swym opiekunom daninę, poszła za klaczą. Pantera nalał nieco mleka w skorupę garnka.
— Masz, Kis, Kis! I marsz po żaby! — rzekł do węża i postawił mleko w sieni do dyspozycji Żurawia; zajrzał przez szczelinę do komory, ale było tam ciemno i cicho. — Ot, śpiochy! Z tego mieściska przywożą tylko złe obyczaje. Wstyd przed całym lasem. Ale dla mnie to w deseń!
Usiadł na przyzbie78, wzuł chodaki, schował do kieszeni kawał chleba, zatknął za pas siekierę, spod strzechy obórki dobył jakieś zawiniątko i ruszył do czółna.
Ale po drodze strzelił mu do głowy figiel. Złapał żabkę, wrócił do izby i wpakował ją do pudełka od herbaty.
„Żuraw dopiero skoczy, jak mu bestia pryśnie do oczu”, pomyślał.
Teraz kolej na wodza. Pantera ruszył czółnem do koszów rybnych i każdy naładował jakimś cudacznym przedmiotem przywiezionym w zawiniątku: do jednego włożył koński czerep, do drugiego — stary kalosz, do trzeciego — wypchaną króliczą skórkę. I chyłkiem czółno do przystani odprowadził.
W chacie już był ruch; rozmawiali, dym walił kominem, pachniała kawa.
Chwilę się Pantera zawahał. Wódz kazał kopać warzywnik, ale on tylko trochę w las poleci, kąty obejrzy, wyhula się, no i wróci z jakąś nowiną i zdobyczą. I pognał! Przedzierał się przez najgęstsze łozy, prześlizgiwał się pod zwałami, taczał się po kobiercach z zawilców, przedrzeźniał ptaki, gwizdał, śpiewał; wypłoszył z legowiska sarnią rodzinę i chwilę ją gonił.
— Ot, na kark skoczyć, za rogi uchwycić i gnać, gnać! — szepnął wreszcie zziajany, bez tchu, patrząc, jak sadziły przez moczary; legł pod brzozą, poczuł głód, pragnienie i rozkoszną senność.
Chleb miał, wody nie brakło, ale jako smakosz brzozę zaciął, czarkę z kory wygiął i chleb sokiem popijał.
— Leniwie się sączy. Poszedł w pąki! — Ziewnął wreszcie, wyciągnął się i zdrzemnął.
Zleciały się zaraz ciekawe sikory, obejrzały go i wróciły do roboty. Parę zięb budujących gniazdo na tejże brzozie udawało chwilę, że tylko w przelocie tam się znalazły, ale uspokojone dalej kleciły kunsztowny domek. Tuż niedaleko bekas zapadał79, pobekując. Słońce wytoczyło się wyżej i zbudziło śpiocha. Spojrzał na niebo, na cień drzew i zerwał się.
— Dziesiąta godzina! Oni pewnie przy robocie. Nie pokażę się bez jakiejś zdobyczy. Ale co?
Zaczął szukać. Zaraz dojrzał podwaliny ziębiej chałupy, ale to nie było nic osobliwego. Po chwili myszkowania znalazł na kępie dwa jaja bekasa — także pospolitość! Wreszcie wypatrzył na dalekiej brzozie wśród błota żółty bukiet jemioły.
— Aha, to dostanę! Wódz chciał w chałupie powiesić. Jazda!
Wody w bagnie było za mało na czółno, a o krok od lasu zaczynała się topiel.
Trawy i kępy tworzyły tylko cienką skorupę, która pod stopą się chybotała i rozdzierała. Trzeba się było czołgać.
Pantera naciął łozy, związał w pęki i umocował pod pachami na piersi. W rękę wziął długi drąg, położył się i rozpoczął awanturniczą przeprawę.
Czołgał się, nogami i łokciami odpychał, zapadał w szlam, kaleczył się o szuwary, darł bieliznę, wypluwał wodę i błoto i po trudach nieludzkich dobrnął na miejsce.
Był zlany potem, ociekający wodą, czarny od szlamu i już prawie bez odzieży — ale zwycięzca. Zaraz się wdrapał na brzozę i siadł konno na gałęzi; dał się słońcu osuszyć, a wiatrowi ochłodzić i rozejrzał się.