Idę...

Wyznanie moje

Idę...

Świat zamarł w wyczekującym walki bezruchu

jak krokodyl grzejący się nad Nilem

i tylko nieba brzuchem

poruszają chmury kolorowe, potwornie leniwe.

A ja idę...

Wiatr zawiał z zachodu

i płaszcz mój nadął jak parasol.

Nie szkodzi!

Czasem i wiatry są życia okrasą,

czasem bogactwem jest bieda.

Noc mnie kocha;

Wiem na pewno,

że dla mnie jest wicher, co szlocha,

co panem jest nocy jesiennej,

bo ja idę

na spotkania z wichrem i nocą

wtedy gdym bogaty i wtedy gdy znoszę biedę,

wtedy gdym syty i wtedy gdym bosy.

Skarży mi się wicher, że ktoś skrzydła mu łamie,

że ktoś nie pozwala mu latać

i noc się skarży, że ktoś jej kradnie

bardzo dużo godzin gorącego lata.

A ja słucham i potakuję,

i stale idę i idę

naprzeciw wichrom i psom, co poszczekują.

I stale idę i idę,

i choć sam bity, pocieszam innych,

tych jak ja pogardzanych i jak ja niewinnych.

Idę w noc i zimę,

idę w ciemną zawieruchę,

idę,

bo iść muszę,

bo schadzki muszę mieć z wichrem i nocą,

wtedy gdym syty i wtedy gdym bosy.

Idę,

bo iść muszę.

Idę,

bo jestem Żydem.

Puste stronice

Wzywacie mnie do siebie bezbronne a zuchwałe,

bym posiadł pełen mocy wasze nietknięte ciała,

abym lśniącym dzirytem pokłuł was i poranił

i bluźnierczo krwawymi was poznaczył bliznami.

Wołacie mnie dziewice niczym nieprzybrane,

przyzywacie melodią muzą rozśpiewaną.

Nigdy bym dla siebie mej czarnej szpady nie trudził,

bo ja czytam z pustych kart. Piszę tylko dla ludzi.

Rozmowa

— Proszę cię, powiedz mi wędrowcze szary,

czy w Polsce niebo inne niż w Brazylii,

czy ktoś, kto młodym czuje się jest starym,

czy słońce wszędzie na zachód się chyli?

Proszę cię, powiedz, czy głód też dociera

do will bogaczy i zamków królewskich,

czy tylko z oczu mych smutek spoziera,

że złoto żyje, lecz... w kasach bankierskich?

— Słuchaj młodzieńcze, opowiem ci wszystko,

jam stary pielgrzym, wszystkie drogi życia

dawnom już obszedł, wielkim był i niski,

dużom radości zaznał i goryczy.

Niebo to samo w Niemczech jest i Chile,

tylko że czarne czasem lub niebieskie,

wszędzie te same ptaki i motyle,

te same lasy są i polne ścieżki.

Tylko że człowiek, ten, co świata panem,

ten, co gdzieś królem został lub maklerem,

jemu się zdaje, że to panowanie

jest bardzo małe, że się równa zeru.

A głód dociera do murzyńskich chałup,

do will bogaczy i nędznych lepianek,

gdyż głód ten oznacza: „ja mam zbyt mało,

ja chcę mieć więcej, bo ja jestem panem!”

Dlatego smutny jest świat i łakomy,

dlatego tęskne oczy twe młodzieńcze,

bo każdy myśli, że źle mu jest w domu,

że słońce ciemne, barw mało ma tęcza.

Dlatego razi kogoś w Apeninach,

że czarnych ludzi za dużo się rodzi,

że w Azji czerwień płonie jak malina,

że muzułmanin do meczetu chodzi.

Człowiek z zachodu, wschodu i południa

przeklina jeden drugiego i bije.

Zgody wśród ludzi, zaprzestania kłótni

ty, chociaż jesteś młody — nie dożyjesz! —

Juda verrecke1

Nie idą z nami archanioły,

co nas miały strzec od złego i chorób.

Stąpamy z krwawym mozołem

nagimi stopami po kamiennych drogach diaspory.

Biją nas szatany:

za to, że ich nigdy nie bito,

za to, że nam Bóg już nie zsyła manny

tylko jeść musimy — jak inni — ziemniaki i żyto.

Uciekamy. Rodzimy się w drodze. Umieramy.

Rozmnażamy się w drodze. Uciekamy.

Każdy dzień budzi nową trwogę.

Każda noc rodzi nową trwogę.

Dźwiękiem naszych stóp szerzymy lęk.

Lękiem naszych ust dusimy dźwięk.

Nie wolno nam uczyć się, nie wolno patrzeć,

nie wolno żebrać, nie wolno być bogatym,

nie wolno pisać, nie wolno oddychać,

nie wolno myśleć. — Wolno tylko zdychać.

— Hej! Zdychaj Żydzie!

Hep! Hep! Precz! Dokąd idziesz?

Każdy twój krok — to nędza,

śmiercią tchną twoje kroki.

Idź precz! A zostaw pieniądze,

przeklęty Shylocku2! —

Każdy dzień budzi zgrozę.

Każda noc budzi zgrozę.

Każdy dzień — może być ostatni.

Żaden uścisk nie może być bratni.

Czołgamy się. Próbujemy resztkami powietrza oddychać

jak normalni ludzie. Nie chcemy zdychać.

I dlatego gonią nas. I wbijają nóż. A my umieramy.

Nóż tkwi nie w piersi. W plecach. Bo my uciekamy...

Synowie Izraela

Idziemy

poważni i godni

do naszej ziemi.

Głodni, głodni, głodni,

ziemi, ziemi, ziemi.

Nie pomogło palenie Biblii na stosach

ni mordowanie nas przez bliźnich.

Umieraliśmy — Szma Izrael3 — na stosach

i nic nas nie mogło odojczyźnić!

Idziemy

do naszej ziemi.

Zdzieramy z siebie niewolnicze powłoki,

szmaty cuchnące pleśnią i pieniądzem,

sztandarem: biało-niebieskie obłoki4,

hasłem: Ojczyzny żądza.

Idziemy

godnością święci.

Idziemy

do naszej ziemi.

Czarna bajka

Dojrzewają hasła na poplamionej

gazetami serwecie;

przekwitają słowa rozpanoszone

Reuterami po świecie.

W gąszczu komunikatów

wyrosła czarna niezapominajka.

Wdarł się cień. Nie wiem, czy cień, czy może bajka.

Za górami, za ziemiami czarnymi

słońce przestało świecić; czarne serca tuczyły się pieczenią

krwi — tej najtańszej cieczy.

Czarne koszule katów

spłodziła czarna niezapominajka

Adua5. Może to cień, a może bajka?...

Business

Haussa,

baissa6,

haussa,

baissa,

stop!

depesza.

Skąd?

Odessa:

Koniunktura,

ryż drożeje,

żyto spada,

frank się chwieje.

Grają dzwonki,

Underwoody7,

pędzą gońce,

windy,

schody,

telegrafy,

telefony,

Silbergrafy8,

Goldbarony,

business,

business...

Tam daleko

dzieci łkają:

dać im mleka,

zimno mają.

Tam w oddali

płot schronieniem,

głód tak pali...

śmierć zbawieniem...

Business,

business.

...tu Brazylia:

dziś spalono

wagon kawy.

...tu Marsylia...

...tu Ateny:

chleb z rodzynek

nieciekawy!

Baissa!

Haussa!

...tutaj USA:

żyto w morze

dziś wrzucono.

...Hallo, Tokio?

tu Mandżuria:

ryżu dajcie!!!

...Hallo, Chiny:

umierajcie!

Krzyczcie, Chiny,

chleba chcecie?

...Hallo, Chiny:

dzieci zjedzcie;

tu Sowiety...

dzwonki dzwonią,

Underwoody,

business,

business,

haussa,

baissa...

Wiersz sentymentalny

O płomień świeczki tłuką się ćmy,

a w dali mrok jest i cisza.

Cichym jest mrok, dalekie są sny

i zwiędły uśmiech na licach.

Pachnie rumianek i więdnie bez,

męczą rozkosznie storczyki.

Gdzie jesteś teraz i gdzie jam jest,

i gdzie serc naszych muzyka?

Gdzie indziej jam jest, gdzie indziej ty,

jasne łzy błyszczą na licach,

o płomień świeczki tłuką się ćmy,

a w dali mrok, ty i cisza.

Obczyzna

Kocham cię błękicie, co ku czerni bieżysz,

i księżycu stary, coś srebrem zabłysnął.

O, szumiące krzewy pachnących wybrzeży,

rozedrgane złudą wieczory nad Wisłą.

Chłonę chłód zachodu rozmarzoną piersią,

słyszę gawędzenia fal szarozielonych,

chciałbym się roześmiać szczęściem w moim wierszu,

chciałbym ucałować brzozy rozmodlone...

...i uciekam chyłkiem do dusznej izdebki,

pełnej melancholii i trwożnego znoju,

bo niczego tutaj prócz starej kolebki

nie wolno mi kochać. To wszystko nie moje...

Katastrofa

Pędzi pociąg jak szalony —

expres Tokio-Yokohama.

Szyby brzęczą, szyby dzwonią.

W pierwszej klasie siedzi dama.

Pędzi pociąg jak szalony.

Czarnej nocy smok otula

ziemię w tempie walc-bostona9.

(Dama z kraju jest John Bulla10).

Pędzi pociąg jak szalony,

smutno teraz damie samej,

za to potem on i ona

razem będą w Yokohamie.

Pędzi pociąg jak szalony,

coraz szybciej, coraz raźniej.

On, kochanek wymarzony

tam na stacji czeka właśnie.

Pędzi pociąg jak szalony

(tęskni coraz bardziej dama),

wpadł na expres z drugiej strony...

— — — — — — — — — — —

On sam żyje w Yokohamie...

Szczęście

Od tylu lat cię już szukam, a nigdzie znaleźć nie mogę,

nie wiem, gdzie jesteś i mieszkasz i kogo spytać o drogę.

Od tylu lat się wałęsam, wędrowiec szary i bosy,

i szukam ciebie wytrwale dzień po dniu i noc po nocy.

Odwiedzam zamki książęce i małe chaty ubogie,

od tylu lat cię już szukam i nigdzie znaleźć nie mogę.

Wiatr mnie wywraca słabego, śnieg zasypuje mi ślady,

a ja cię szukam i szukam, wiecznie spragniony i blady.

I nie wiem, kiedy cię znajdę i kiedy odpocznę drżący

u progu twojego domu, ja — człowiek wszechniewiedzący,

bo tyle lat cię już szukam, niebiosa pytam o drogę,

czołgam się, biegnę i błądzę, a nigdzie znaleźć nie mogę...

Elżbieta Bergner11

Wdarłem się z huczącego jak wieczny dynamit,

krwawego, cuchnącego jazzem zgiełku ulic

w ciemności melodyjnej przemiękki aksamit,

co upieścił mnie słowem i dźwiękiem przytulił.

Wprzągnięty w rydwan szumu i cieni już jadę

po smugach, wysyłanych z kabiny na ekran

ponad widzów głowami i blaskiem zwierciadeł.

Śpiewają mi kolory prozaicznych reklam.

Drgają ręce twe białe jak zefirów skrzydła —

osnuta melancholią, naiwna Ariano.

Aż chciałoby się czarne odegnać straszydła

i prozie szarych godzin powiedzieć: dobranoc!

Chciałoby się iść stale z tobą lub za tobą

po błyszczących asfaltach i chrzęszczących chrustach

i jak w boski talizman, przepiękną ozdobę

patrzeć, patrzeć i patrzeć w twe marzące usta.

Świat za ścianą kina mizdrzy się i łajdaczy.

A twoje piękne oczy goreją jak fosfor,

chciałoby się smucić i płakać twoim płaczem

lub cieszyć się twym szczęścia uśmiechem radosnym.

Zaułki

Codzienność monotonna narasta mchem na murach,