Ciężkie czasy
Satyra sceniczna w 3 aktach
OSOBY:
- LECHICKI, obywatel ziemski
- JULIUSZ, jego syn
- BRONIA, córka
- KWASKIEWICZ
- PETRONELA, jego żona
- LEONIDAS, syn
- ŻURYŁO
- KAROL, jego syn
- BAJKOWSKI
- GIĘTKOWSKI
- AURORA, jego żona
- IDALIA, córka
- NATALKA
- MATLACHOWSKI, ekonom
- SŁUŻĄCY
- LOKAJ
Rzecz dzieje się na wsi, w domu Lechickich.
AKT I
Pokój przyzwoicie, lecz skromnie umeblowany, jak w szlacheckich zamożniejszych domach. Na lewo od widzów, w bocznej kulisie, dwoje drzwi, na prawo okno i drzwi, w głębi drzwi wchodowe główne. Kanapka po prawej, po lewej mały stolik, parę krzeseł.
SCENA PIERWSZA
BRONIA, po chwili ŻURYŁO, KAROL, w końcu MATLACHOWSKI.
BRONIA
Ktoś przyjechał... Ucieszona. To Karol!... I jeszcze ktoś z nim... To pewnie jego ojciec... Zwraca się do głównych drzwi i ujrzawszy wchodzących, mówi tonem zdradzającym uciechę, a zarazem zażenowanie. A! Kłania się.
KAROL
Ojcze, to właśnie panna...
ŻURYŁO
jowialny, rumiany, żywy staruszek
Bronia, co?
patrzy na nią życzliwie
BRONIA
Witam panów. Ojczulek w polu, przy żniwie, ale zaraz poślę po niego...
chce iść
ŻURYŁO
zatrzymując ją
A to po co!... My możemy poczekać. Robota pilniejsza niż goście. Tymczasem sobie, ot, z córunią pogadamy...
przypatruje się jej z zajęciem
BRONIA
spuszczając oczy, zażenowana
Niechże panowie siadają.
wskazuje kanapkę, a sama siada na krześle
ŻURYŁO
O! Tak na nic, moja panienko! Tu, przy mnie, bliżej... Bierze ją za rękę i sadza przy sobie. Tak. Muszę ci się przecież przypatrzeć. Mój Karol nagadał mi tyle o twoich wdziękach i przymiotach, że taki i mnie wzięła w końcu ciekawość zobaczyć to cudo, co się jemu tak spodobało. Bo choć z ojcem znamy się nie od dzisiaj, ale ciebie, aniołku panie, nie miałem jeszcze przyjemności.
BRONIA
Byłam kilka lat na pensji.
ŻURYŁO
przypatrując się jej z zajęciem
Dalibóg, nie dziwię się, że mój chłopak stracił głowę i serce zaprzepaścił. Jest dla kogo... No, no, nie rumień się poziomeczko, mnie staremu wolno mówić takie rzeczy. Ta to ja tobie już jakby drugi ojciec. A jakże... Bo ja tu przyjechałem w intencji oświadczenia po formie mego kiełbia i jeżeli twoja rodzina się zgodzi, tak dawaj od razu po żniwach na zapowiedzi i weselisko. A jakże... Filuternie. Chyba że wam nie pilno i wolicie może poczekać rok, dwa...
KAROL
A niechże Bóg broni!
ŻURYŁO
Ty siedź cicho, rozumiesz? Ja się Broni pytam.
BRONIA
zasłaniając oczy
Ja tak samo jak pan Karol.
ŻURYŁO
A! skoro tak, to zgoda. Przyciąga ją z wolna do siebie i głaszcząc po włosach lub po ręce, mówi: Tylko ty może imaginujesz sobie, że małżeństwo to ziemia obiecana, mlekiem i miodem płynąca, gdzie manna z nieba i pieczone gołąbki same do buzi wpadać będą? Hę! Co? Bo to teraz panny najczęściej idą za mąż, jak nie przymierzając Żydzi za Mojżeszem, aby tylko co prędzej wyrwać się z niewoli egipskiej, spod władzy mamy i papy, a potem dopiero krzywią się, narzekają i bunty wyprawiają biednemu Mojżeszowi.
BRONIA
patrząc na Karola
Ja mojemu Mojżeszowi buntu robić nie będę.
ŻURYŁO
U nas — widzisz — nie tak wesoło, jak u was, mało kto bywa.
BRONIA
To lepiej. Będziemy mieli więcej czasu dla siebie.
Podaje rękę Karolowi, którą on z wdzięcznością całuje.
ŻURYŁO
I gospodarstwa trzeba przypilnować, wszędzie zajrzeć, rano wstać...
KAROL
Panna Bronia zawołana gosposia, żeby ojciec wiedział, jakie ciastka piecze...
ŻURYŁO
Także strzelił. Jemu się zdaje, że jak panna smaży konfitury i dobre ciastka piecze, to już gospodyni całą gębą. A to tylko zabawka, i do tego kosztowna zabawka, bo cukru nastarczyć nie można. Do Broni. A u mnie, widzisz, aniołku, oszczędność to grunt. To mój nałóg, moja choroba. A jakże...
BRONIA
To cnota, proszę pana...
ŻURYŁO
ucieszony, bierze ją za rękę
Cnota — powiadasz. Brawo, dzieweczko! Głaszcze ją po włosach. Czekaj, będziemy razem praktykować tę cnotę. Przysuwa się do Broni. Widzisz, moja nieboszczka żona, jak za mnie poszła, to także nie bardzo umiała liczyć się z groszem, bo była przyzwyczajona u rodziców żyć szumnie, po pańsku. Bywało, jadę do miasta, a ona wali mi od razu na konotatce całą litanię sprawunków, cukry, panie, kawy, czekolady, jakieś bakalie, różnych delikatesów, że kilkudziesięcioma reńskimi by się nie okupił. Przysuwa się i mówi przebiegle. Ale ja wziąłem się, uważasz, na sposób. Udałem, uważasz, żem tego zapomniał, tamto przeoczył i gdzie stało dziesięć, tam ja niby zera nie dojrzał... ot tak, niby z głupia frant — uważasz? Czasem nawet całą notatkę zgubił... a jakże. Były z tego potem lamenty, sceny, narzekania — no, ale koniec końców, jak nie było, to musiało się obejść bez tego i owego, a pieniądze taki zostały w kieszeni. O!... Ty się śmiejesz, aniołku? Myślisz sobie: ot, stary kutwa, łakomił się na głupich kilkanaście reńskich. A wiesz ty, aniołku, że ja z tych małych oszczędności przez dziesięć lat uzbierałem wyprawę dla mojej Joasi?
BRONIA
Czy być może?
ŻURYŁO
Tak, tak. A moja kobiecina, jak się potem włożyła do gospodarstwa, jak zaczęła, z przeproszeniem, karmić wieprze, tuczyć indyki, hodować kury, sprzedawać nabiał, jarzyny, panie, to z tego posag dla córki uciułała. Tak, tak, bo kobieta to ważna figura w gospodarstwie, a jakże... Mąż trzyma jeden węgieł domu...
BRONIA
A żona trzy. Tak babunia zawsze mówi.
ŻURYŁO
wstaje
Prawda, zapomnieliśmy o babuni.
BRONIA
Biedaczka, chora teraz...
ŻURYŁO
Wiem, wiem — paraliż w nogach — mówił mi Karol...
BRONIA
Od trzech miesięcy nie rusza się z pokoju.
ŻURYŁO
Ta zaprowadźcież mnie do niej, bo przede wszystkim od niej nam zacząć należy i poprosić o pozwolenie i błogosławieństwo. Gdzież się to idzie?
BRONIA
Tu na lewo. Otwiera drugie drzwi z lewej. Proszę panów.
ŻURYŁO
wychodzi
MATLACHOWSKI
wchodzi żywo z głębi
Panienko, panienko!
BRONIA
do Matlachowskiego
Zaraz. Do Karola. Zaprowadź pan ojca do babci, ja tam zaraz przyjdę. Po wyjściu Karola, do Matlachowskiego. Co takiego? Czemu pan Matlachowski taki pomieszany?
MATLACHOWSKI
Gdzie starszy pan, proszę panienki?
BRONIA
Przy żniwie, pod lasem. Co się stało?
MATLACHOWSKI
Głupstwo się stało, proszę panienki. Pan Juliusz sprzedał Żydom gaj brzozowy.
BRONIA
Gaik babuni? To niepodobna!
MATLACHOWSKI
Widziałem na własne oczy, panienko. Jadę ja sobie z jarmarku, patrzę, a tu Mośkowi ludzie cechują1 siekierami najstarsze drzewa do wycięcia. Dalej ja na nich, powiadam: a wy łotry, powiadam, kto pozwolił? A Mosiek kontrakt mi pod nos pakuje, gdzie stało czarne na białym, że pan Juliusz sprzedał las za dwa tysiące papierków.
BRONIA
Ojciec na to nigdy nie pozwoli, bo gdyby się babunia dowiedziała... Chryste Jezu, co by tu było. Niech tylko pan Matlachowski prędko ojca sprowadzi, on już na to poradzi. Tylko prędko, mój Matlachowski. Ojciec jest pod lasem. Idąc na lewo do drugich drzwi, mówi z dziecinnym zakłopotaniem, składając ręce. Boże! Boże! Co ten Julek porobił.
Wychodzi.
SCENA DRUGA
MATLACHOWSKI, potem LECHICKI i JULIUSZ.
MATLACHOWSKI
Ba, to pytanie, czy pan starszy będzie mógł teraz zabronić, skoro już raz oddał synowi gospodarstwo. Niepotrzebnie się pospieszył — i mnie się widzi, że on tego gorzko pożałuje, bo choć pan Juliusz skończył niby tam jakieś akademie rolnicze, to jeszcze pytanie, jaki z niego będzie gospodarz. Patrząc w okno. A! otóż i nasz pan. Ba, cóż z tego, kiedy z panem Juliuszem. Jakże mu tu teraz powiedzieć.
Usuwa się w głąb, gdzie niecierpliwie czeka, żeby mógł pomówić z Lechickim.
LECHICKI
do Juliusza, wesoło
Więc powiadasz, że wszystko dobrze poszło?
JULIUSZ
ubrany modnie, z torbeczką podróżną na pasku, w mowie i w zachowaniu się pewność i zarozumiałość
Jak najlepiej. Podanie moje o pożyczkę melioracyjną zostało na sesji nadzwyczaj dobrze przyjęte; dyrektorowie obiecali mi pusować2 tę sprawę, jak tylko hipoteka zostanie przepisaną na moje nazwisko.
LECHICKI
To nastąpi najdalej za miesiąc.
JULIUSZ
rozsiada się wygodnie
Wtedy bierzemy pożyczkę i rozpoczynamy akcję na wielką skalę; budujemy młyn parowy, zaprowadzamy kulturę chmielu i hodowlę poprawnej rasy bydła, wołów wypasowych, drenujemy łąki... słowem, gospodarstwo en gros3... po amerykańsku, które według mego obliczenia powinno nam przynosić rocznie, à peu près4, co najmniej piętnaście tysięcy netto.
LECHICKI
Co ty gadasz? Ależ to świetny interes!
JULIUSZ
z przechwałką
Mam ja tu jeszcze świetniejszy na myśli. Wstaje i zbliża się do ojca. Zawiozłem do Lwowa próbki naszej glinki spod lasu. Jeżeli analiza chemiczna potwierdzi moje domysły, że to glinka porcelanowa, w takim razie zakładamy na akcje wielką fabrykę porcelany — a to znaczy miliony, mój ojcze.
LECHICKI
ucieszony
Miliony, powiadasz?... Tylko czy my podołamy temu wszystkiemu... czy to nie będzie za wiele naraz?
JULIUSZ
dobywa porte-cygary5
Trzeba nagrodzić czas stracony. Za długo siedzieliśmy z założonymi rękami. Musimy teraz rozpocząć działalność na wszystkich punktach, rozwinąć wszystkie żagle, aby dojść do czego. Podaje ojcu cygara. A może ojciec...
Zapalają.
LECHICKI
Pi, pi — cóż to za paradne cygaro!
JULIUSZ
Smakuje ojcu? Siadając, mówi obojętnie. Prawdziwe hawanna. Setka po 80 florenów. Kupiłem kilka pudełek.
LECHICKI
Bój się Boga, Julku, ależ to zbytek.
JULIUSZ
Ale zbytek konieczny, bo jak cię widzą, tak cię piszą; a często trafi się interessant6, któremu trzeba zaimponować dobrym cygarem. Praktyczność przede wszystkim.
LECHICKI
spostrzegłszy Matlachowskiego, który krząknął, aby zwrócić uwagę na siebie
A!... Matlachowski. Wróciłeś już? No, cóż takiego? Cóż Matlachowski takie miny stroi, jakby połknął żywego węgorza?... Widząc, że ten daje mu znaki, że chce coś powiedzieć, zbliża się. O cóż idzie? Słucha, co mu Matlachowski szepcze. Ależ nie pleć głupstwa!... Z uśmiechem do Juliusza. Słyszysz Julek, co ten gada, żeś Mośkowi sprzedał las brzozowy — także7 palnął.
JULIUSZ
Co Matlachowski miesza się w nie swoje rzeczy? Matlachowski niech sobie idzie pilnować ludzi, a nie wtrąca się do tego, co do niego nie należy.
MATLACHOWSKI
Do usług pańskich... Kłania się nisko i odchodząc, mówi na stronie A co? Nie mówiłem? Oj, będzie bieda!
Wychodzi głębią.
LECHICKI
Jak to? Więc ty może naprawdę chciałbyś sprzedać ten las?
JULIUSZ
otrzepuje popiół
Już sprzedałem.
LECHICKI
Sprze-da-łeś?!
JULIUSZ
No, dlaczegóż miałbym nie sprzedać? Las był nieużyteczny, a że mi dobrze zapłacono...
LECHICKI
Ależ to ulubiony lasek twojej babki — relikwia najdroższa, świętość prawie, bo to pamiątka po nieboszczyku jej mężu. Tam prawie każde drzewo jego ręką sadzone, każda piędź ziemi jego potem oblana, każda ścieżka przez niego wydeptana.
JULIUSZ
Więc cóż z tego? Więc mam nie ścinać drzewa dlatego, że mój dziad go sadził? Że się pocił przy nim? No, to oprawmyż w ramki pola, lasy, postawmy za szkłem i nie tykajmy tych świętości.
LECHICKI
poważnie
Julku — nie mów tak.
JULIUSZ
Ależ bo nie rozumiem doprawdy tego rodzaju sentymentalizmu. To właśnie nasze nieszczęście, nasza choroba, że zawsze i wszędzie rządzimy się tylko sercem, a nie głową. Jesteśmy sentymentalni w polityce, w gospodarstwie, w interesach, we wszystkim — i to nas gubi. Musimy być praktyczni, mój ojcze, to jest warunek sine qua non8.
Wstaje.
LECHICKI
Możemy być praktyczni — zgoda. Ale uszanujmy to, co szanować należy.
JULIUSZ
Ostatecznie, czy ojciec oddałeś mi gospodarstwo, czy nie?
LECHICKI
No, oddałem.
JULIUSZ
Więc pozwólże mi ojciec gospodarować tak, jak ja uważam za najlepsze.
LECHICKI
Ależ tu o babkę idzie.
JULIUSZ
Już ja babkę biorę na siebie i sam jej to wytłumaczę.
Słychać zajeżdżającą bryczkę i strzelanie z bata.
LECHICKI
patrząc w okno
To Kwaskiewicz z żoną i synem. Przyjechał pewnie na te narady.
JULIUSZ
Na jakie narady?
LECHICKI
Jak to? Nie pamiętasz? Wszakże sam zwołałeś na dziś posiedzenie względem założenia tego banku ratunkowego dla szlachty.
JULIUSZ
Ah, sacre bleu9, na śmierć zapomniałem. Niech ich ojciec przyjmie tymczasem, bo ja muszę trochę wypocząć, przebrać się...
LECHICKI
Dobrze, dobrze — już ja ich tu zabawię.
Wychodzi w głąb.
SCENA TRZECIA
JULIUSZ, KAROL
KAROL
z drugich drzwi z lewej
Julek! Julek!
JULIUSZ
który miał wychodzić na prawo, zatrzymuje się
A! to ty!
KAROL
Mój kochany, odpisz ty już raz co tej Natalce, żeby mnie nie męczyła ciągle swoimi listami. Wczoraj znowu pisała do mnie, zapytując, co się z tobą dzieje, czyś chory lub gdzie wyjechałeś, że jej nie odpisujesz.
JULIUSZ
Głupia dziewczyna. Cóż ona sobie myśli, że ja wiecznie będę się nią zajmował?
KAROL
A ja ci mówiłem, że niepotrzebnie zaawanturowałeś się w tę znajomość.
JULIUSZ
To był rodzaj sportu, mój drogi. Widziałeś przecie, że o posiadanie Natalki dobijała się cała złota młodzież, synowie najpierwszych rodzin w Wiedniu. Zdystansowałem Niemców i zdmuchnąłem im dziewczynę sprzed nosa. Zadałem tym niemało szyku wtedy. Ale teraz inna rzecz. Odkąd wstąpiłem na drogę pracy i obowiązków, znać jej nie chcę i nie mogę. Nie wypada mi.
KAROL
To bardzo ładnie z twojej strony. Ale cóż ja mam robić z listami tej facetki?
JULIUSZ
Rób tak jak ja. Rzucam listy do kosza, nie czytając ich wcale.
Wychodzi na prawo.
KAROL
Tak, tylko czy ta panna da się tak łatwo skwitować ze swoich pretensji. Taka awanturnica gotowa się na wszystko odważyć — i może być bieda. Spostrzega wchodzących. Oj, Kwaskiewiczowie. A niechże, ja uciekam, bo jakby mnie baba złapała i zaczęła opowiadać o swoim Leonidasie, nieprędko bym się wydostał.
Wychodzi do drugich drzwi na lewo.
SCENA CZWARTA
LECHICKI, KWASKIEWICZ, PETRONELA i LEONIDAS
LECHICKI
wprowadza gości i rozbiera panią Kwaskiewiczową
Więc państwo prosto ze Lwowa? No to musieliście tam gdzie spotkać mego Julka, bo on co tylko wrócił stamtąd.
PETRONELA
ubrana przesadnie, modnie, jaskrawo — mówi z przekąsem
A! Widzieliśmy, widzieliśmy pana Juliusza.
LEONIDAS
sepleni
Psyjechaliśmy tym samym pociągiem.
PETRONELA
Tylko że pan Juliusz nie raczył nas widzieć, bo on jechał pierwszą klasą.
LECHICKI
Pierwszą klasą? Patrzcie państwo — a to wygodniś.
LEONIDAS
Ja tam i tsecią bym się nie zenował, bo nie miejsce cłowieka, ale cłowiek miejsce zdobi.
PETRONELA
do Lechickiego
Słyszysz pan? On by się i trzecią nie żenował.
Całuje Leonidasa w czoło.
KWASKIEWICZ
zażywa tabakę
Bo się do tego w szkołach przyzwyczaił, gdzie dostawał zawsze trzecią klasę.
PETRONELA
mitygując męża
Jasiu!
LEONIDAS
zapalając papierosa
Mój ojce, wyprasam sobie podobne psytycki.
PETRONELA
Nie zapominaj, że to już nie smarkacz żaden, tylko mężczyzna, co się zowie.
KWASKIEWICZ
I cóż z tego? Chłopczysko wyrosło jak szparag, a pożytku z niego żadnego. Niczym nie jest, nic nie robi.
PETRONELA
Leonidas nic nie robi! — Jasiu! Jak możesz tak mówić...
LEONIDAS
Jestem cynnym cłonkiem Towarzystwa Oświaty Ludu.
PETRONELA
do Lechickiego
Uczy chłopstwo, jak pana szanuję.
KWASKIEWICZ
A sam nic nie umie.
LEONIDAS
Ja pokazę światu, co mozna zrobić z nasego ludu.
KWASKIEWICZ
Zrób ty pierwej co z siebie, trutniu jakiś — to będzie lepiej.
LEONIDAS
paląc zapamiętale, deklamuje pompatycznie
„Lec zaklinam, niech zywi nie tracą nadziei
I psed narodem niosą oświaty kaganiec,
A gdy tseba, niech idą na śmierć po kolei,
Jak kamienie zucane przez Boga na saniec”.
PETRONELA
zachwycona
Brawo! brawo!
LEONIDAS
Oświata ludu to dziś najwazniejse zadanie społecne.
PETRONELA
do Lechickiego
Bo trzeba panu wiedzieć, że to teraz bardzo w modzie, zajmować się chłopstwem.
LEONIDAS
Ludem, ludem, mamecko.
PETRONELA
Hrabianka Irena sama własnoręcznie haftuje szkaplerze dla wiejskich dzieci i uczy je wierszy, a jej brat fotografował się w towarzystwie swoich parobków, jak pana szanuję, na własne oczy widziałam.
LEONIDAS
pompatycznie
„Z polską ślachtą — polski lud”, jak powiada nas wiesc nieśmiertelny.
PETRONELA
do Kwaskiewicza
Słyszysz? Jak ty powinieneś być dumnym z takiego syna.
KWASKIEWICZ
Że osioł szkół nie skończył, mam być z czego!
PETRONELA
Jasiu!
LEONIDAS
Daj, mamecko, pokój. Tatko, notorycnie znany pesymista, nigdy z nicego nie zadowolony, to wiadoma zec!
PETRONELA
Masz słuszność. Szkoda słów. Chodźmy lepiej do babci przywitać się.
LEONIDAS
kłania się
Sanowanie.
Wychodzi za matką do drugich drzwi na lewo.
KWASKIEWICZ
Ot, masz babskie wychowanie. Przewróciła chłopakowi w głowie i zrobiła z niego dziwoląga — zero kompletne. Mój Boże, jaka to różnica z twoim.