Czy miał pan kiedyś niebezpieczną przygodę?

Niestety miałem raz przygodę:

jechałem sobie samochodem,

wtem na zakręcie czuję lód!

Ruszyło auto w tan po lodzie,

— Jedź prosto — wołam — samochodzie! —

lecz on nie słucha ani ciut.

Robi zygzaki, piruety,

ja kręcę kółkiem, lecz niestety

czeka mnie tylko przykry szok.

Czy kręcę w prawo, czy też w lewo,

samochód sunie wprost na drzewo

i to nie przodem, ale w bok.

„Szkoda mnie trochę — myślę skromnie —

Jeszcze chwileczkę i już po mnie”.

Zamknąłem oczy i tak tkwię.

Sekunda trwała całe wieki,

lecz gdy otwarłem znów powieki,

to myślę sobie: „Nie jest źle!”

Poczciwe drzewo zeszło z drogi,

a ja ujrzałem widok błogi:

pokryty trawą pusty plac.

Koła ugrzęzły bokiem w trawie,

z radości już krzyknąłem prawie,

kiedy szarpnęło mną i — pac!

Świat fiknął kozła razem ze mną,

a ja myśl miałem nieprzyjemną,

jakbym żołądek w gardle czuł.

Nagle rozglądam się na boki,

patrzę — pod sobą mam obłoki,

a domy wiszą dachem w dół.

Wypełzłem. Koła wzwyż sterczały.

Spojrzałem szybko — byłem cały,

Ale samochód... Słów mi brak.

Stłuczone szyby, dach pogięty,

gdzieniegdzie wstrętne, ostre pręty.

Kapnęła łza na smutny wrak...