Czy pana dzieci pomagają panu w pisaniu książek?

Każde z mych dzieł dwudziestu,

co jeszcze raz powtórzę,

poddałem serii testów

na synu i na córze.

Czytam im coś śmiesznego,

a oni nagle w ryk,

więc myślę: „Oj, kolego,

coś nie tak!” i myk, myk! —

przedłużam, skracam, zmieniam,

przerabiam zakończenia,

a gdy mam dość kreślenia,

przyzywam dzieci w mig.

Czytam to samo znów.

Słuchają i „Ha, ha!”,

więc z bardzo głośnym „Uff!”

rzucam im ciastka dwa.

Próbuję znów smutnego,

a oni „Hi, hi, hi!”.

Czuję, że coś „nie tego”,

więc biorę kartkę i

przedłużam, skracam, zmieniam,

przerabiam zakończenia,

a gdy mam dość kreślenia,

to wołam ich zza drzwi.

Czytam to samo znów,

a oni cali w łzach,

więc z bardzo głośnym „Uff!”

rzucam im paczkę ciach.

I takie są zasady,

tak nam to jakoś leci.

Nie dałbym sobie rady

bez doświadczalnych dzieci.