Zebranie amorów
komedia heroiczna w jednym akcie
przedstawiona po raz pierwszy przez zwyczajnych aktorów francuskich Króla Imci, w Paryżu, dnia 9 listopada 1731 r.
OSOBY:
Rzecz dzieje się na Olimpie.
Scena I
KUPIDO, AMOR, wchodzą z dwóch przeciwnych stron.
KUPIDO
na stronie
Co ja widzę? Kto ma tę śmiałość, aby nosić, jak ja, kołczan i strzały?
AMOR
na stronie
Czyż to nie Kupido, ten rabuś mego królestwa?
KUPIDO
na stronie
Czyżby to był Amor gallijski4, bożek mdłej czułości? On-że to wychodzi z ciemnego schronienia, na które skazało go moje zwycięstwo?
AMOR
na stronie
Jakiż on szpetny! Cóż za fizys5 rozpustnika!
KUPIDO
na stronie
Widział kto kiedy głupszą gębę? Ale trzeba się dowiedzieć, czego tu szuka ten śmieszny przeżytek. Zbliżmy się.
do Amora
Bądź pozdrowiony, mój stary; bożku trwożliwych westchnień i omdlałych czułości; witam cię.
AMOR
Witam.
KUPIDO
Pozdrowienie nieco suche; ale wybaczam ci. Skazaniec nie zwykł bywać w dobrym humorze.
AMOR
Skazaniec! Moją rejteradę6 zawdzięczasz jeno7 oburzaniu, jakie mnie zdjęło, kiedy ujrzałem, że ludzie zdolni są cierpieć ciebie.
KUPIDO
Tam do czarta! To paradne! To znaczy, że dałeś drapaka jedynie dlatego, że jesteś ambitny; zmykający bohater!
AMOR
Nie mam ci nic do odpowiedzenia. Nie jesteśmy stworzeni, aby rozprawiać ze sobą.
KUPIDO
Nie gniewaj się, kolego. W głębi serca żal mi cię. Mówisz mi obelgi, ale twój stan mnie rozbraja. Wierzaj, jam najlepszy chłopak w świecie. Opowiedz mi twoje strapienia. Co tutaj porabiasz? Czy bardzo znudziłeś się w swym osamotnieniu? Ech, jest przecież lekarstwo na wszystko. Chcesz jakiego zajęcia? Dam ci zapasik grotów, bo te, które widzę w twoim kołczanie, nic już nie są warte... Widzisz tę strzałkę? Oto broń, jakiej trzeba. Wpada w serce, wnika w nie, pali, jątrzy: serduszko krzyczy, miota się, woła o pomoc, błaga pardonu8.
AMOR
Jakiż nędzny rodzaj płomieni!
KUPIDO
Ba! One-to odebrały reputację twoim. Mówiąc między nami — za twoich czasów kochankowie to były dudki9; umieli tylko jęczeć, wzdychać: „och!” „ach!” i opowiadać swe cierpienia echom. Do kaduka10! dziś to już nie to samo. Ja skasowałem wszystkie echa. Ja ranię. Au, au! Prędko, lekarstwa. Idzie się najkrótszą drogą wprost do przyczyn choroby. „Dalej — powiada się miłej — kocham panią; proszę się rozpatrzyć, co pani może dla mnie uczynić; czas drogi, szkoda każdej godziny”. Moi poddani nie powiadają: „umieram!” przeciwnie, nie ma nic żywszego jak oni. Omdlenia, lęki, tkliwe męczeństwo, nie ma już o tym mowy: wszystko to są nudne i płaskie11 mody ubiegłego wieku. Tyś czynił jedynie głupców, niedołęgów; ja robię ludzi całą gębą. Nie usypiam ich, ale budzę: są tak prędcy, że nie mają czasu być czuli: ich spojrzenia są już pożądaniem; miast wzdychać, nacierają: nie żebrzą o miłość, zmuszają do niej. Nie błagają o łaski, ale je biorą; znają szacunek, ale umieją o nim zapominać: oto sekret. Słowem, ja nie mam niewolników, mam tylko żołnierzy. Dalej, namyśl się: potrzeba mi chłopca do posyłek; chcesz służby? Zaraz dam ci zatrudnienie.
AMOR
Czy obraz, jaki mi nakreśliłeś, nie przyprawia cię o rumieniec? Cóż za upadek cnoty!
KUPIDO
Więc cóż! Cnota? O co tobie chodzi? Ona ma swoje zadanie, a ja swoje: ona stworzona jest aby rządzić światem, ja aby go utrzymywać. Namyśl się, powiadam: ale biorę cię jedynie pod warunkiem, że zrzucisz piętno mazgajstwa, jakie masz wypisane na twarzy: nie życzę sobie tego. Dalej, mój poruczniku, ostro! Nieco zuchwalstwa w tych ślepkach: twoje oczy jakby chciały zachęcać do oporu. Czyż to jest postawa zwycięzcy? Z Amorem równie tchórzliwym, najnieśmielszy podlotek musi sam ponosić koszta własnej porażki. Ech, czyżbyś uniknął...
dobywa strzałę
Mam ochotę skrzepić12 ci serce jedną z moich strzałek, aby ci odjąć tę trwożliwą i tęskną minę. Baczność; zrobię cię równie szalonym jak ja sam.
AMOR
wydobywając również strzałę
A ja, jeśli strzelisz, ja cię uszlachetnię.
KUPIDO
O nie, za pozwoleniem; ja bym na tym stracił, a ty byś zyskał.
AMOR
Idź, mały swawolniku, twoje zuchwalstwo nie obraża mnie, a panowanie twoje zbliża się może ku końcowi. Jowisz13 zgromadza dziś wszystkich bogów; chce, aby każdy z nich uczynił dar synowi ukochanego przezeń wielkiego króla. Zaproszono mnie na zgromadzenie. Zadrżałbyś, gdybyś pomyślał, jakie to może mieć następstwa.
Scena II
KUPIDO
sam
Oj, oj, prawdę powiada. Wszyscy bogowie otrzymali rozkaz stawienia się tu: mnie jednego tylko nie powiadomiono. Myślałem, że to proste zapomnienie Merkurego. Nadchodzi; zobaczmy, co to znaczy.
Scena III
KUPIDO, MERKURY, PLUTUS.
MERKURY
A, to ty, Kupidynie. Uniżony sługa.
PLUTUS
Jak się masz, przyjacielu.
KUPIDO
Dzień dobry, Plutusie. Merkury, dowiaduję się, że dziś jest powszechne zebranie Olimpu i że to ty uwiadomiłeś, imieniem Jowisza, wszystkich bogów, aby się stawili tutaj.
MERKURY
W istocie.
KUPIDO
Czemuż więc ja o tym nie wiem? Czy nie jestem bóstwem dość wysokiej rangi?
MERKURY
A, gdzież miałem cię szukać? Gonisz bez ustanku, że cię dopaść nie można.
KUPIDO
Kręcisz, Merkury. Gadaj otwarcie: byłem na liście?
MERKURY
Na honor! Nie. Miałem szczególny rozkaz zapomnieć o tobie.
KUPIDO
O mnie! Od kogóż ten rozkaz?
MERKURY
Od Minerwy, której Jowisz powierzył zarząd zgromadzenia.
PLUTUS
Och, od Minerwy, bogini rozumu? W takim razie niewielkie nieszczęście. Wiesz dobrze, że nas nie lubi; ale daremnie się złości, mamy w świecie nieco więcej uważania od niej: dajemy ludziom szczęście, do kroćset! gdy ona daje tylko rozsądek.
KUPIDO
Prawdopodobnie ona to zleciła ci odszukać boga tkliwości, o którym nikt już nie pamiętał?
MERKURY
Zgadłeś, a nawet polecono mi traktować go z honorami.
KUPIDO
śmiejąc się
Ładne poselstwo!
PLUTUS
Śpiesz-że się, przyjacielu, sprowadź swojego bożka tkliwości; gdyby nawet wrócono mu berło, nie zdziałałby wiele. Dawno już przeszła moda miłosnego męczeństwa; zachowała się jedynie w piosenkach. Rzemiosło „okrutnej” zbankrutowało z kretesem; nie kłopocz się o swego rywala; wystarczy mego złota, aby go pobić na głowę.
KUPIDO
Mam nadzieję. Mimo to jestem dotknięty. Bierze mnie ochota wypróżnić kołczan na wszystkie serca Olimpu.
MERKURY
Żadnych dzieciństw14. Jowisz nie żartuje; mógłby cię łatwo usunąć w krótkiej drodze; wiadomo, że się nie cieszysz zbyt dobrą reputacją.
KUPIDO
Ba, cóż mi możecie mieć do zarzucenia?
MERKURY
Bardzo wiele! Na przykład, nie ma już dobrych małżeństw; nie możesz zostawić w spokoju biednych mężów; zawsze wypuszczasz na żonkę jakiegoś myśliwca, który ją złowi w sidła.
KUPIDO
A ja powiadam, że moi myśliwcy łowią jedynie to, co samo lezie w potrzask.
PLUTUS
To znaczy, że kobiety są bardzo rade15, iż na nie polują?
KUPIDO
W sednoś trafił. Większość to zalotnisie, które czekają natarcia, lub cofają się jedynie po to, aby lepiej podrażnić; nie przepominają16 niczego, co może pobudzić ochotę myśliwca; mówią mu wręcz: spójrz na mnie. On spogląda, osacza, one się poddają. Czy to moja wina? Do kroćset! nie; zalotność zawiodła je na manowce, zanim jeszcze strzelec się zbliżył.
MERKURY
Mów sobie, co ci się podoba. Nie moja rzecz dawać ci nauki; ale miej się na baczności. Mężczyźni i kobiety krzyczą na ciebie; powiadają, iż w połowie zawieranych małżeństw ty stajesz za rejenta17. Starców wydajesz na pastwę młodym hultajkom, które biorą żywych jedynie po to, aby doczekać się ich śmierci i które, ze szkodą spadkobierców, zgarniają cały zysk tej operacji. Leciwym damom dobierasz się do szkatuły, na rzecz męża, nicponia i próżniaka, którego nie sposób już odprzedać ani wymienić. Słowem, szelmostw bez końca, nie licząc innej rozpusty: przebąkują, że Bachus18 z tobą wyprawia co zechce. Plutus, mocą swego złota, ma twój kołczan na zawołanie; byle sypnął groszem, artyleria twoja jest na jego usługi, a to, dalibóg, nieładnie; zatem, radzę ci, siedź cicho i odmień konduitę19.
KUPIDO
Skoro mnie zachęcasz do odmiany, widać sam myślisz o emeryturze, Merkury?
MERKURY
Dajmy pokój żartom.
PLUTUS
Co do mnie, mało mnie obchodzą te ambaje20. Wszystko, co biorę od niego, kupuję; targuję się, umawiamy cenę, płacę: to cała moja finezja.
KUPIDO
Paradny ten Merkury! skarżyć się, że lubię dobre życie i dostatek, ja, bożek Miłości! Czym więc, wedle ciebie, mam się zajmować? Traktatami moralnymi? Zapominasz, że to ja wszystko wprawiam w ruch, wszystkiemu daję istnienie; że moje zadanie wymaga niewyczerpanych zasobów dobrego humoru i że ja sam muszę być błyskotliwszy, bardziej kipiący życiem, niż wszyscy inni bogowie do kupy?
MERKURY
To twoja rzecz. Ale zdaje mi się, że Apollo się zbliża.
PLUTUS
Do widzenia, odchodzę. Z tym waszym panem bogiem od sztuk pięknych nie mamy sobie zbyt wiele do powiedzenia. Do zobaczenia, Kupidynie.
KUPIDO
Bywaj zdrów, śpieszę za tobą.
Scena IV
KUPIDO, MERKURY, APOLLO.
MERKURY
Co tobie, dostojny Apollinie? wyglądasz jakiś posępny.
APOLLO
Powrót boga tkliwości gniewa mnie. Nie podoba mi się ta nagła sympatia Minerwy. Uprzedzam cię, Kupidynie, że niebawem go tu przyprowadzi.
KUPIDO
Co ona chce z tym gratem?
APOLLO
Posłuchać, jak każdy z was będzie rozprawiał o naturze swoich płomieni, i osądzić, którego darom należy oddać prym21 w tej potrzebie: o tym właśnie mam cię uwiadomić.
KUPIDO
Tym lepiej, do kroćset! Tym lepiej; to mnie rozerwie. Bądź spokojny, nie ma się co obawiać; mój szanowny kolega niewiele tężej rozprawia niż rani.
MERKURY
Wierzaj mi, idź przygotuj się bodaj przez chwilę.
KUPIDO
Na honor, dobra rada; idę skupić się nieco na łonie Bachusa; ma on winko szampańskie o cudownej wprost wymowie; znajdę w nim mą obronę gotowiuteńką. Do widzenia, przyjaciele, gotujcie mi wieńce wawrzynu.
Scena V
MERKURY, APOLLO.
APOLLO
Darmo nadrabia miną: w kancelarii Olimpu wiatr wieje nie na jego korzyść, lękam się o wynik.
MERKURY
No i cóż? Co tobie na tym zależy? Choćby jego rywal i wrócił do mody, i tak będziesz źródłem natchnienia tych, którzy zapragną opiewać swoje kochanki.
APOLLO
Ech, do kaduka! To wielka różnica; piosenki nie będą tak ładne. Będzie się opiewało tylko uczucia, a to jest temat dość płaski.
MERKURY
Płaski? A cóż ty chcesz aby opiewano?
APOLLO
Co ja chcę? Czy potrzeba Merkuremu łopatą kłaść do głowy? Pieszczotę, płochość22, szał: w ogóle coś, co się dzieje.
MERKURY
Och, masz słuszność, nie zastanowiłem się: w istocie, to przedmiot pieprzniejszy, żywszy.
APOLLO
Bez porównania; i o wiele przystępniejszy. Cały świat zrozumie fakta, czyny.
MERKURY
Tak, wszyscy po trochu uprawiają gesty.
APOLLO
A czują nie wszyscy. Są serca tak materialne, że pojmują uczucie dopiero wówczas, gdy je przenieść na kanwę bardzo zrozumiałą.
MERKURY
Można im wytłumaczyć duszę jedynie za pośrednictwem ciała.
APOLLO
Masz słuszność; i trzeba przyznać, że poezja miłosna o wiele lepiej przemawia w tych wypadkach. Dziś, kiedy pobudzam natchnienie do kupletu, piosnek lub innych wierszyków, czuję się jakoś swobodniej, mogę sobie dać folgę. Cóż za tematy! Filis, którą się oblega, która walczy, i broni się dość licho; piękne ramię, które tulimy do swego; ubóstwiana ręka, którą przyciskamy do ust; Filis się gniewa; już, żywo, jesteś u jej nóg; roztkliwia się, łagodnieje; westchnienie wydziera się jej z piersi... Ach! Sylwandrze!... Ach! Filis!... Wstań, ja każę... Jak to! Okrutna, moje zapały... Przestań, nie mogę już; zostaw mnie... Spojrzenia, żary, słodycze — to czarujące. Czujesz całą żywość, łatwość tych przedmiotów? Rodzić takie natchnienia to dla mnie zabawka: toteż nigdy nie widział świat tylu poetów.
MERKURY
I których poezja niewiele cię kosztuje. Filis ponosi wszystkie koszta.
APOLLO
Bez wątpienia: natomiast, gdyby bóg tkliwości znowu wrócił do mody, bywajcie zdrowe rączki, bywajcie zdrowe ramiona: Filidy wnet postradałyby to wszystko.
MERKURY
Tym bardziej byłyby urocze i z pewnością ceniono by je wyżej. Ale pozwól mi powitać Prawdę, która nadchodzi
Scena VI
MERKURY, APOLLO, PRAWDA.
MERKURY
W porę przybywasz, bogini; zgromadzenie zacznie się niebawem.
PRAWDA
Oto jestem. Zabawiłam się tylko chwilę, rozmawiając z Minerwą o wyborze, jakim się kierowała, zapraszając bóstwa na wiadomą ceremonię.
APOLLO
Wolno zapytać, o kim mówiłaś, bogini?
PRAWDA
O kim? O tobie.
APOLLO
Prosto powiedziane. I cóż mówiłaś?
PRAWDA
Mówiłam... Ale to niemała śmiałość w ten sposób zapytywać Prawdę! Obstajesz przy tym?
APOLLO
Nie lękam się niczego. Mów.
MERKURY
Śmiało!
APOLLO
Co mówiłaś o mnie?
PRAWDA
Dobre i złe; więcej złego niż dobrego. Pytaj dalej, a dopytasz się.
APOLLO
I cóż można złego powiedzieć o bogu, który mocen jest natchnąć darem wymowy i miłością sztuk pięknych?
PRAWDA
Och, twoje dary są wyśmienite; mówiłam o nich jak najlepiej; ale tyś do nich niepodobny.
APOLLO
Czemu?
PRAWDA
Temu, że pochlebiasz, że kłamiesz i że jesteś kazicielem dusz ludzkich.
APOLLO
Powoli, jeśli łaska; ależ cię ponosi!
PRAWDA
Jednym słowem, prawdziwym szarlatanem.
APOLLO
Przestań, bo czuję, że się pogniewam.
MERKURY
Daj jej skończyć; to zabawne, co mówi.
APOLLO
Mnie to wcale nie bawi. Cóż to wszystko ma znaczyć? Czym zasłużyłem...?
PRAWDA
Rumienisz się: nie dla23 swych błędów, ale z przyczyny wyrzutów, jakie ci za nie robię.
MERKURY
do Apollina
Nie zachwycają cię te jej subtelne rozróżnienia?
APOLLO
Bogini, przywodzisz mnie do ostateczności.
PRAWDA
Stawiam ci zwierciadło przed oczy. Pomścij się swoją poprawą.
APOLLO
Z czegóż się mam poprawić?
PRAWDA
Z przedajnego i kupieckiego rzemiosła, jakie uprawiasz. Ot, za wszystkie wody trwogo Hipokrenu24, twego Parnasu25, twego dowcipu i poloru nie dałabym ździebełka; jak i za twoich dziewięć Muz, które noszą nazwę „czystych sióstr”, a to po prostu dziewięć starych hultajek, którymi się posługujesz do płatania figlów. Jeśliś bogiem wymowy, poezji, dowcipu, podtrzymujesz te posłannictwa z godnością! Mówmy szczerze: czy nie ty dyktujesz wszystkie pochlebstwa i panegiryki, jakie rozdaje się dokoła? Jesteś tak nawykły kłamać, że, kiedy zdarzy ci się chwalić cnotę, nie znać ani śladu twego dowcipu: nie wiesz wprost, jakich słów użyć.
MERKURY
Ona niezupełnie mówi od rzeczy. Zauważyłem, że udawanie idzie ci lepiej niż co insze.
PRAWDA
Powiadam wam, nie ma nic równie płaskiego jak on, kiedy nie kłamie. Jeśli kto w istocie zasługuje na pochwałę, komplement pana Apollina zawsze wypadnie dość licho. Ale w świecie bajeczności, oho! tam święci tryumfy. Zbiera pęk wszelakich cnót i rzuca je na głowę: Bierz, masz, upij się tym stekiem bredni i szalbierstwa!
APOLLO
Ależ...
PRAWDA
Nie ma ależ. Twoje szumne dedykacje, na przykład?
MERKURY
Och, daruj mu je, z łaski swojej. Nikt ich nie czyta.
PRAWDA
Tu i ówdzie zdarzy się to lub owo, na co mogę się zgodzić. Kiedy otwieram książkę i widzę nazwisko zacnej osoby na czele, cieszy mnie to; ale otwieram inną; również zwraca się do osoby nieporównanej, wyjątkowej; otwieram setną, tysiączną, wszystkie przypisano samym cudom cnoty i zasługi. Gdzież przebywają te wszystkie cuda? Gdzie się kryją? Czym się dzieje, że osoby naprawdę godne pochwały są tak rzadkie, a owe wspaniałe dedykacje tak częste? Cyfry powinny być równe, albo nie jesteś w mych oczach uczciwym bogiem. Toć więcej niż tysiąc spotkałam dedykacji, w których powiadasz: „Niech skromność Waszej Wysokości się uspokoi”. Zatem, musiałbym spotkać tysiąc skromnych Wysokości. Rzetelnie powiedz: podejmujesz się wskazać miejsce ich pobytu? Sam wyciągnij wniosek.
APOLLO
Powiedz, Merkury, czy ty przyznajesz słuszność wszystkiemu, co ona mówi?
MERKURY
Ja? Nie wydajesz mi się tak bardzo winny, jak ona mniema. Nie czuje, że jest kłamcą, kto kłamie nałogowo.
APOLLO
Pocieszające!
PRAWDA
Słowem, oblekasz w maskę wszystko: a najzabawniejsze, że ci, których przebierasz w ten sposób, biorą maskę za własne oblicze! Znam bardzo szpetną kobietę, którą nazywasz „uroczą Iris26”. Ta wariatka nic nie chce spuścić z tego przydomku. Nie pomaga lustro: widzi w nim tylko Iris. Na ten ton nastraja swoje minki: tymczasem „urocza Iris” to szympans, przed którym byś uciekł gdzie pieprz rośnie. Darowałabym ci to wszystko, gdyby pochlebstwa twoje nie sięgały do samych monarchów; to już wydaje mi się ohydne.
MERKURY
Bagatela! To rzecz wspólna całemu światu.
APOLLO
Jak to! Mówić prawdę książętom!
PRAWDA
Największy wśród śmiertelnych to władca, który ją kocha i jej szuka; niemal tuż obok stawiam poddanego, który śmie mu ją mówić; zaś najszczęśliwszy ze wszystkich ludów jest lud, w którym spotkali się ów książę i ów poddany.
APOLLO
Na honor, zdaje mi się, że masz słuszność.
PRAWDA
Zresztą, Apollinie, to wszystko nie znaczy, abym się ciebie obawiała. Wiesz, o którego księcia dzisiaj chodzi. Rób, co ci się podoba: Mądrość i ja napełnimy duszę jego taką miłością cnoty, że pochlebcy twoi będą musieli mówić o nim tak, jak mówiłabym ja sama. Żegnaj.
APOLLO
Trudno; poddaję się, bogini, i godzę się z tobą: wierzaj, gotów jestem poświęcić ci swoje bezsennne noce. Dostarcz tylko monarsze czynów, a ja biorę na siebie trud opiewania ich.
Scena VII
MERKURY, APOLLO.
MERKURY
Apollinie, winszuję ci twoich chwalebnych postanowień. Co to znaczy ludzie z głową! Prędzej, później, przychodzą do opamiętania.
Scena VIII
KUPIDO, MERKURY, APOLLO.
KUPIDO
Baczność, panowie! Oto Minerwa zbliża się z moim rywalem.
MERKURY
Więc cóż? Znajdzie się i dla nas miejsce; co do mnie, rad będę przy tym.
APOLLO
Nieźle byś uczynił, zwierzając mi, co masz zamiar powiedzieć. Mógłbym cd podsunąć jaki pomysł; ale tyś nie zwykł się radzić.
KUPIDO
Handlarzu poezji, ubliżasz mi.
APOLLO
Czemu?
KUPIDO
Wyobrażasz sobie, że masz tyle talentu co ja?
MERKURY
śmieje się
Hi, hi, hi, hi.
APOLLO
Umiem przekonać sam rozum!
KUPIDO
A ja kazać mu zmilczeć. Milcz-że i ty.
Scena IX
MINERWA, AMOR, KUPIDO, MERKURY, APOLLO.
MINERWA
Wiesz, Kupidynie, jakim zleceniem obarczył mnie Jowisz. Może będziesz miał urazę, że zataiłam przed tobą to zebranie; ale uważałam, iż twoje ognie palą nazbyt żywo. Jak bądź się rzeczy mają, nie chcemy, aby książę miał duszę nieczułą. Jeden z was powinien zyskać prawa nad jego sercem; ale trzeba, aby rozsądek górował nad wszystkim innym, ciebie zaś obwiniają, iż zgoła go nie oszczędzasz.
KUPIDO
Hm, tak, zaprószam mu niekiedy głowę. Ma ze mną trudne momenty; ale to nie trwa długo.
APOLLO
Kiedy się kocha, trzebaż to czymś opłacić.
MERKURY
Zapewne, w teorii, bóg tkliwości góruje nad nim, ale, co się tyczy praktyki, wolę tego malca.
MINERWA
Panowie, chciejcie pozostać jedynie w roli widzów.
MERKURY
Już ani słówka.
APOLLO
Co do mnie, gdy trzeba milczyć, sługa uniżony. Ulatniam się.
MINERWA
Z przyjemnością.
Scena X
MINERWA, AMOR, KUPIDO, MERKURY.
MINERWA
No, Kupidynie, gotowam cię wysłuchać mimo błędów, jakie ci zarzucają.