Pamiątki po nas
Wiersz
potrafi spać jak ptaszek na gałązce
— Julian Stryjkowski
Ach spać, spać,
a jednak wciąż widzieć
spod zaciśniętych powiek!
Przed snem
Bo i co to ma opisać: stan świadomości
w danym momencie życia?
Bez danego momentu?
Postoje, rozwój,
jak się nazywam?
Czy pomocny będzie opis mego ciała?
Opis ciała mojego dziecka, jego podobieństwo
do mnie, opis jego podobieństwa do mnie?
Jego słowa?
Czy opisać, to znaczy cytować?
Może także pewne fragmenty z listów dziadka
do mojej babki?
Kilka listów musiało się gdzieś uratować.
Opis pogrzebu, opis ślubu,
starzenia się i odgrzebywania wspomnień —
i z tej bezradności wyrazić na koniec
głęboką wiarę w sztukę,
w słowo pisane?
Jestem notatnikiem
pokłon D. D.
Praca wykonawcza
na zamówienie zleceniodawcy,
którego mimo wszystko usiłuje się pisać
z dużej litery?
Ty — oni, oni — my
(można przez chwilę myśleć
że wybór ma się przed sobą?)
Podwójności
(rozpylić nie ma ich kto,
tak łatwo można by nas wtedy zdmuchnąć?)
Do licha
Byłem przekonany, że interesują mnie prognozy.
Do pewnego stopnia, rzecz jasna.
Na przykład wyprzedzić jakieś wydarzenie
o jakiś czas, ale tak
żeby nie zamykać sobie dostępu
do przewidzenia innych wydarzeń,
a więc mówić konkretnie
a jednocześnie wystarczająco szeroko
by była to prawdziwa przepowiednia.
Miałoby to oczywiście coś wspólnego
z wyczuciem tzw. ducha czasu, ale bez tanich mrugnięć
do widza, i jak najmniej ze spektaklu.
Nie ma właściwie powodu, by mówić o tym
w czasie przeszłym. Do przeszłości
należą natomiast sformułowania
w rodzaju „gałązka światła”,
co z tego, że paru ludziom przypadły do gustu?
I cała rzecz
powinna dojść do siebie jakoś od niechcenia,
nieumyślnie, przynajmniej takie
powinno być wrażenie.
Trud budzi dzisiaj mieszane uczucia.
Ale dlaczego przyczepiłem się
do tej gałązki światła?
Jak zostałem humorystą
I oto okazuje się
że ten kawałek biurka
przede mną
to moja żona —
zresztą byłoby lepiej
gdybym używał słowa „ona”,
„kobieta”, może nawet
„dziewczyna”, mówią;
„żona” ma taką dziwną
etymologię i
robi z człowieka przedmiot.
Jesteśmy na to bardzo
uczuleni, mówią.
Wierzę im, dlaczego
miałbym im nie wierzyć?
Wracam do żony, wycieram ją
z kurzu szmatką
i chciałbym się o nią oprzeć
łokciem, uprzedmiotowić ją
do końca, niechby przyznała
że jest biurkiem, a ja
miałbym w dyskusji
nowy dowód rzeczowy.
Wiersz o dewaluacji słowa „rewolucja”
W takim wierszu to słowo powinno zostać użyte tylko raz, w tytule
a cała reszta utworu
mogłaby być o wszystkim innym
tylko nie o nim.
Wyrazy można łączyć z wyrazami
tak, aby w drodze ewolucji powstały
zupełnie nowe stosunki wyrazów.
Zawsze pasjonowała mnie
subtelna różnica między „a” a „i”
oraz jak, wbrew pozorom,
te dwa spójniki wcale nie są wymienne.
Pytałem o to paru znajomych
uczniów szkoły średniej, ale mówią
że od urodzenia, to znaczy
od pewnego czasu zaledwie,
wszystkie wyjątki i odchylenia składni,
o których mówi nawet obowiązujący podręcznik,
upodobniają się z wolna
do ich własnych rodziców.
Nie chcą mi tego objaśnić szerzej,
to sekret, mówią, i wychodzą na przerwę,
a ja zostaję z moją niepewnością, wspominając wstyd,
jaki wywołałem na kilku twarzach.
Zaglądam do podręcznika, okazuje się
że: wczoraj o wpół do siódmej
pani Wilson gotowała obiad
dr Wilson badał pewnego pacjenta,
Susan pisała wypracowanie,
a Joan rozmawiała przez telefon z Dorą.
Czyli jednak podręcznik
nie jest taki zły: wyraża jednoczesność
świata, jest nowoczesny.
Ta myśl znów odgradza mnie
od uczniów, którzy by chcieli,
żeby wszystko było inaczej,
tak samo jak w życiu.
Teraz będziemy powtarzać, mówię,
podczas gdy od sufitu, który jest podłogą
dla tych, co zakładają dekoracje
na kolejną rocznicę Wielkiego Października,
dobiega salwa gwoździ.
Zaczęło się, myślę, i próbuję
przypomnieć sobie wiadomości
nabyte na poligonie pod Morągiem.
Wraz z kilkoma uczniami,
których udaje mi się zachęcić nadzieją sławy
jednostronnie wypowiadamy szkole układ
wieczystego milczenia.
Ale oto dzwonek rozlega się na korytarzu
jak gdyby nigdy nic. Moi uczniowie
przypominają sobie, że chcą się dostać
na studia. I to jest
koniec wiersza.
Oddech Majakowskiego
Żona mówi, że wszystko jest rezultatem epoki:
słowa, ilość słów, ich porządek, dłuższe
lub krótsze dni; zresztą nie pamiętam,
może to ja tak jej powiedziałem; jak gdyby
wiatr historii smagał, to znów szczypał
twarz.
Właściwie czemu „nie można” pisać o poezji?
Poezja to przecież nie słowa.
I trudno sobie wyobrazić, żeby epoka
była rezultatem słów, a jednak! Ponadto
jeśli mówi to żona, słucham jej
uważniej niż paru panów wyrywających
włosy z pewnej potężnej dziewiętnasto-
wiecznej brody, która wkrótce
wyłysieje doszczętnie.
Właściwie, Bogiem a prawdą,
co pieniądze i ekonomia mają wspólnego
z myślą? Wiersze
są dziś tak ciasne
jakby za wszelką cenę
chciały się zmieścić w dniach;
może zresztą odwrotnie, to już trwa
ponad trzydzieści lat i trochę
nie pamiętam; nawet Majakowski
mógłby dostać zadyszki.
Z tego wszystkiego młodzież
gotowa znów uwierzyć w proste
ciepłe uczucia, zielone krajobrazy i
zielone gąski. Tymczasem
naukowa kosmetyka nie będzie stać
w miejscu. Wyniki się ogłosi, kosmyki
wykosi, że wcale nie będą chciały sterczeć
w kosmos. No klops, klops, klops.
Sprawozdanie z meczu piłki nożnej
Kto obok ma ojczyznę
ten jest spokojny
— Wiaczesław Kuprianow
Czy on też oglądał tamten mecz
we Frankfurcie nad Menem, pierwszy
poważny mecz sezonu? Bilet by mu
pewnie ktoś załatwił. Czy siedział
chociaż przed telewizorem i, jak ja
tutaj, słyszał w przerwie meczu
wiadomość, że go już tam nie ma?
Jak się wtedy czuł, jeśli oglądał,
kim już nie był, kim nie był jeszcze?
Pytam dziś przyjaciela, co o tym
myśli; nie mieli chyba, mówi,
innego wyjścia. Mnie o to samo
pytają uczniowie w szkole; rację
najprawdopodobniej mają publicyści —
w końcu odległości nie są już
tak wielkie; ziemia jest wszędzie
wystarczająco szara — tylko ta cisza
wokół jego domu prześladuje mnie,
ciasny krąg powietrza wokół jego ciała.
Toteż wracam do meczu, do
umownego placu gry, do boiska,
spoza którego patrzę. Niewiele
rozumiem z gry, przepisów nie znam.
Sam sobie zadaję pytania. Które
z nich wolno przemilczeć, na jakie
odpowiedzieć do końca? Zima; moje okna
zamknięte na wylot. Tu, w szkole,
źle słychać sędziowskie gwizdki.
(luty 1974)
Tułacze
Kiedy wyjeżdżają, zostają
ich uczniowie. Bardziej zdolni
i mniej. Potem się okazuje,
że wiele od tego zależy.
Ale nie chodzi o potem
tylko o to przedtem,
nim do potem dojdzie.
To pewne
Młodzi prowincjusze mają literackie nadzieje.
Będą zwolennikami pierwszej ciepłej liryki,
potem trochę bardziej gorzkiej, ale przez to dojrzałej.
Będą zdania, że liryka służy zrozumieniu
siebie i świata, że udoskonala.
Na awangardę będą patrzeć podejrzliwie
i z pewną wyższością, co znajdzie wyraz
w ich skromności, solidnym lirycznym rzemiośle
i świadomym ograniczeniu zamierzeń
(to jest pewne, lepiej skromnie, ale rzetelnie).
Będą jednak pełni entuzjazmu.
I optymizmu.
Bo chodzi o sprawy poważne.
Oddaleni od kłótni stolicy
wiedzą, co o tym myśleć.
Na podorędziu mają zawsze krajobrazy:
las, rzekę, skłębione płaty chmur,
czy nawet na wpół zżarty przez czas drewniany parkan.
Są pewnie miejsca, gdzie po prostu
drukuje się to, co jest dobre.
Ale tę kwestię można pominąć i przejść na pole
przez dziurę w plocie, najlepiej jesiennym wieczorem,
popatrzeć na niebo albo drzewa,
na cokolwiek,
toż wszystko przypomina o nietrwałości!
Pierwsze zdanie
Cztery lata temu w Ustce
szliśmy w czwórkę po piasku i
zacząłem pisać moje drugie
opowiadanie (pierwsze było
na temat pewnej wyimaginowanej
i dotkliwej śmierci, bardzo krótkie
i nieudane). Powiedziałem
Maćkowi pierwsze zdanie:
„Trzy lata czekaliśmy, zanim
rozpatrzono nasze podania
o pozwolenie opuszczenia plaży”.
Powiedział, że to dobry początek.
Nie pamiętam, co było dalej
i czy było jakieś dalej, chyba nie.
Myślę, że powiedziałem to po prostu
dlatego, że sądziłem że to
efektowne, niezależnie od naszego
ulubionego rodzaju humoru
w owym czasie (dowcip
gotów był pożreć wszystko).
Interesuje mnie, czy była to
najprawdziwsza fikcja i czy
Maciek rzeczywiście sądził, że ja
to opowiadanie napiszę oraz
czy było to naprawdę efektowne.
Bo dlaczego nigdy mnie potem
nie spytał: „Co z twoim opowiadaniem?”
I: „Czy masz już drugie zdanie?” To
mogłoby mnie zachęcić do pracy,
bo nigdy nie lubiłem
wystawiać ludzi do wiatru.
I proszę zważyć, że miałem
znakomite warunki — wszystko
na miejscu: plaża, wiatr,
papier na podanie i tysiące
ludzi, jak ja, czekających gnuśnie
na jakąś wiążącą decyzję.
Czym mógłby być
Wiersz musi być tym, czym jest.
Nie powinien udawać poematu
ani zastępcy naczelnika powiatu,
ani sklepowej, która ma okres.
Nie powinien wyrażać ducha czasu
ani go nie wyrażać, nie powinien
być dokumentem, ani nim nie być.
(Od czasu do czasu mógłby zapytać.)
Powinien umieć sobie wyobrazić
czym mógłby być, gdyby nie to
czy tamto.
Dwa wiersze dla Suchego
Biurko
Z domu wychodzę tylko w sprawach ważnych.
— J. uśmiecha się i mówi: „Ależ ty jesteś śmieszny!”
Nazajutrz spotyka mnie znajomy:
„Podobno całą noc rozmawiał pan o demokracji,
myślałem, że jest pan poważniejszy”.
Czuję się jeszcze młody.