Teajtet

Wstęp tłumacza

Dialog pt. Teajtet zalicza się do średniego okresu twórczości Platona. Kiedy mógł powstać, tego się można z pewnym prawdopodobieństwem domyślać z pewnych szczegółów jego rozdziału pierwszego. W tym rozdziale, w rozmowie wstępnej, mówi się o bitwie pod Koryntem1, gdzie Teajtet odniósł ciężkie rany. Jest tam również wzmianka o tym, że rozmowa główna miała się odbyć w czasach, gdy Teajtet był jeszcze bardzo młody. Można więc przypuszczać, że chodzi o bitwę pod Koryntem z roku 368 przed Chr., w której Ateńczycy pod wodzą Chabriasa ponieśli klęskę, walcząc z Tebami2. W takim razie musiałby nasz dialog powstać więcej niż w trzydzieści lat po śmierci Sokratesa. Przynajmniej jego rozdział pierwszy.

Platon szuka w tej pracy odpowiedzi na pytanie, czym właściwie jest wiedza. Pytanie bardzo żywe w owych czasach. Wiadomo, że sofiści3 nie uznawali wiedzy jednej — prawdziwej, a więc i obowiązującej dla wszystkich. Protagoras4 uczył, że każdy ma swoją prawdę, to znaczy: swoje osobiste mniemanie na równych prawach z mniemaniami innych ludzi. Mniemania różnych osób mogą być sprzeczne z sobą nawzajem i różnią się nie tym, że jedne są prawdziwe, a inne fałszywe, albo jedne bliższe prawdy, a inne dalsze, tylko tym, że jedne zwyciężają, a inne upadają w walce. Wielu publicystów podpisze i dziś to samo stanowisko.

Gorgiasz5 uczył, że poznanie rzeczywistości, a więc osiągnięcie prawdy, jest w ogóle niemożliwe. Szerzył się wśród publiczności czytającej i dyskutującej sceptycyzm, czyli wątpienie w to, żeby w ogóle można było osiągnąć wiedzę, czyli pewien zbiór twierdzeń prawdziwych w jakiejkolwiek dziedzinie. Szerzył się subiektywizm, czyli to przekonanie, że prawdy obowiązującej wszystkich ludzi nie ma w ogóle, a każdy ma „prawdę” swoją własną, na własny użytek. W rzeczywistości wszystko jest płynne — mówił niegdyś Heraklit6 — podobnie jest i w poznawaniu ludzkim. Tak sądzono. I dziś myśli tak wielu literatów i polityków.

Platoński Teajtet zwalcza te stanowiska. Dwie trzecie dialogu to polemika z Protagorasem i uczniami Heraklita. Dopiero część ostatnia zmierza do sformułowania stanowiska pozytywnego, które Platon sam wyznaje.

Pierwszy rozdział zawiera rozmowę wstępną między Euklidesem7 i Terpsionem, obywatelami Megary8, niegdyś bliskimi znajomymi Sokratesa. Euklides był mistrzem znanej z historii filozofii szkoły megarejskiej. Spotykają się, być może, na ulicy w Megarze i wstępują do domu Euklidesa, aby tam posłuchać dialogu, który Euklides miał od dawna gotowy w swoim rękopisie. Dialog miał sobie spisać Euklides na podstawie świeżych wspomnień i miał go samemu Sokratesowi przedkładać do korekty. Jeżeli kiedy mógł być czas na te korekty, to chyba tylko w ostatnich dniach życia Sokratesa, bo ostatni rozdział rozmowy głównej świadczy, że się ta rozmowa miała odbyć już w wilię9 znanego dialogu z Eutyfronem10 w Portyku Króla.

Wszystko to razem wygląda dość nieprawdopodobnie. Odkryty z początkiem XX wieku papirus zawiera starożytny komentarz do Teajteta11. Jest w tym komentarzu podana informacja, że istniał inny jeszcze wstęp do naszego dialogu. Scena zawarta w tym wstępie miała się zaczynać od razu w domu Euklidesa. Być może więc Platon sam zmienił z czasem pierwszy rozdział dialogu, przeniósł akcję na ulicę w Megarze i zamieścił w nim słowa pochlebne dla Teajteta dojrzałego, a nie tylko młodzieńca, który się swojego czasu tak bardzo podobał Sokratesowi.

Teajtet

Osoby dialogu:

  1. Euklides
  2. Terpsion
  3. Sokrates
  4. Teodoros
  5. Teajtet

Euklides: Dopiero co ze wsi, Terpsionie, czy dawno?

Terpsion: Dosyć dawno. A ja właśnie ciebie szukałem na rynku i dziwiłem się, że cię nie można było znaleźć.

Euklides: Bo mnie nie było w mieście.

Terpsion: Więc gdzie?

Euklides: Chodziłem na dół, do portu12, i spotkałem Teajteta13; nieśli go z obozu, z Koryntu do Aten.

Terpsion: Żywego czy umarłego?

Euklides: Żywego, ale już ledwie że; on się bardzo źle ma, bo i rany jakieś, a jeszcze bardziej zjada go ta choroba, która w wojsku wybuchła.

Terpsion: Czy aby nie dyzenteria14?

Euklides: Tak.

Terpsion: Co ty mówisz, taki człowiek w niebezpieczeństwie?

Euklides: Piękny, dzielny człowiek, Terpsionie. Toż i teraz słyszałem, jak bardzo go chwalili, kiedy była mowa o bitwie.

Terpsion: Nic dziwnego. Byłoby znacznie dziwniejsze, gdyby taki nie był; ale dlaczego nie zatrzymał się odpocząć tu, w Megarze15?

Euklides: Spieszył się do domu. Przecież ja i sam prosiłem i doradzałem, ale nie chciał, więc trudno; odprowadziłem go, a wracając, znowu sobie przypomniałem i podziwiałem Sokratesa, jak on dobrze różne rzeczy przepowiedział, a o nim też. Zdaje mi się, że go Sokrates spotkał niedługo przed śmiercią jako młodego człowieka, widywał się z nim i rozmawiał, i bardzo się zachwycał jego naturą. I mnie potem, kiedym przyjechał do Aten, powtarzał rozmowy, które z nim prowadził; rzeczy bardzo godne słyszenia; powiedział, że jak dorośnie, to nie może być inaczej, tylko będzie z niego bardzo wybitny człowiek.

Terpsion: Zdaje się, że prawdę powiedział. Ale jakie to były rozmowy? Czy mógłbyś powtórzyć?

Euklides: Nie, na Zeusa, przynajmniej nie tak z pamięci. Ale zapisałem sobie wtedy, zaraz po powrocie do domu to, com zapamiętał, a później w wolnych chwilach przypominałem sobie i zapisywałem, a ile razy przyjeżdżałem do Aten, wypytywałem znowu Sokratesa o to, co mi wyleciało z pamięci, a kiedym tutaj powrócił, poprawiałem. Tak, że mam bodajże tę całą mowę spisaną.

Terpsion: Prawda, słyszałem to od ciebie już kiedyś i rzeczywiście zawsze chciałem cię prosić, żebyś mi to pokazał, i jakoś tak zeszło aż do teraz. Ale cóż nam przeszkadza teraz to przeczytać? I w ogóle, co do mnie, chętnie bym odpoczął, bo ze wsi idę.

Euklides: A ja znowu odprowadziłem Teajteta aż do Erineonu16, więc chętnie bym też odpoczął. To chodźmy. Będziem sobie odpoczywali, a chłopiec równocześnie będzie nam czytał.

Terpsion: Słusznie mówisz.

Euklides: A ten zwój, Terpsionie, to właśnie to. Zapisałem zaś tę mowę nie tak, że Sokrates opowiada mi ją tak, jak opowiadał naprawdę, ale rozmawia z tymi, z którymi mówił, że rozmawiał. A mówił, że z geometrą Teodorem17 i z Teajtetem. Aby więc w pisaniu kłopotu nie robiły wtrącone pomiędzy słowa zwroty dotyczące jego samego, ile razy by się odzywał Sokrates, jak na przykład: i ja powiedziałem, albo: i ja rzekłem, albo znowu dotyczące tego, który odpowiada, że przyznał, albo się nie zgodził — z tego powodu napisałem tak, jak by on sam z nimi rozmawiał, a usunąłem takie zwroty.

Terpsion: I wcale nie od rzeczy, Euklidesie.

Euklides: Więc, chłopcze, weź zwój i czytaj.

*

II. Sokrates: Gdybym ja się o tych w Kyrenie18 bardziej troszczył, Teodorze, tobym cię pytał o tamtejsze stosunki i o ludzi, czy właśnie tam między młodzieżą są tacy, którzy się gorliwie zajmują geometrią albo inną jakąś mądrością; tymczasem mniej przecież tamtych niż tych tutaj kocham, więc bardziej pragnę wiedzieć, kto z młodych u nas pozwala się spodziewać, że na ludzi wyrośnie. Zatem się i sam rozglądam, ile mogę, i innych wypytuję, jeżeli widzę, że z kimś młodzież chętnie przebywa. A do ciebie się nie tak mało młodych ludzi garnie; i słusznie, boś wart, i w ogóle, i ze względu na geometrię. Jeżeliś więc na kogoś natrafił, o którym by warto mówić, to chętnie bym się dowiedział.

Teodoros: Rzeczywiście, Sokratesie, i mnie mówić, i tobie słuchać naprawdę warto, jakiego u was młodzieńca spotkałem pośród obywateli. Gdyby był piękny, bardzo bym się bał mówić, aby się komuś nie wydawało, że mam do niego pociąg; tymczasem — nie gniewaj się na mnie — on nie jest piękny, tylko podobny do ciebie; z wklęsłości nosa i z tych oczu na wierzchu, ale mniej to ma niż ty. Mówię to bez obawy. Bądź przekonany, że ze wszystkich, których kiedykolwiek spotkałem — a poznałem bliżej bardzo wielu — nikogo nigdy nie dostrzegłem, kto by się tak przedziwnie dobrze udał. Bo żeby ktoś był taki zdolny, jak rzadko, a równocześnie tak łagodny osobliwie, a do tego jeszcze odważny jak mało kto — tego bym się był z góry ani nie spodziewał, ani nie widzę, żeby się tacy zapowiadali; przecież ci bystrzy tak, jak on, i zdolni, i z dobrą pamięcią, po większej części i do gniewu skorzy bywają, i miotają się jak okręty bez balastu — szaleni raczej niż odważni; a znowu takie typy przyciężkie to jakoś powoli i tępo biorą się do nauki i łatwo zapominają; a ten tak spokojnie i tak pewnie, i tak skutecznie bierze się do nauk i badań — z niezwykłą łagodnością — jakby strumień oliwy bez szmeru płynął, tak że dziwić się przychodzi, że on już w tym wieku tak to potrafi.

Sokrates: Dobre rzeczy zapowiadasz. A czyjże to syn, którego z obywateli?

Teodoros: Słyszałem to imię, ale żebym pamiętał, to nie. A otóż właśnie on, między tymi, co nadchodzą, ten w środku. W tej chwili właśnie nacierali się oliwą19 w zewnętrznym korytarzu, ci jego towarzysze jacyś i on sam, a teraz bodaj że skończyli nacieranie i tu do nas idą. Ale przyjrzyj się, czy go poznajesz.

Sokrates: Poznaję. To syn Eufroniosa z Sunion20 i rzeczywiście takiego człowieka, przyjacielu, jak ty tego chłopaka opisujesz. To był w ogóle bardzo poważny człowiek, tak jest, i majątek bardzo duży zostawił. Ale imienia nie znam tego młodego człowieka.

Teodoros: To Teajtet, Sokratesie, jeżeli o imię chodzi. A majątek, zdaje się, opiekunowie jacyś zmarnowali. A jednak jeżeli chodzi o niezależność wewnętrzną od pieniędzy, to on jest nadzwyczajny, Sokratesie.

Sokrates: Więc to bardzo dobrze urodzony człowiek, powiadasz. Poprośże go, żeby tutaj usiadł koło mnie.

Teodoros: Dobrze. Teajtecie, chodź no tu, do Sokratesa.

Sokrates: Bardzo proszę, Teajtecie. Abym się sam sobie przyjrzał, jaką to ja mam twarz. Bo powiada Teodoros, że mam podobną do twojej. Jednakże, jeżelibyśmy obaj mieli liry, a on by wiedział, że lira jednego i drugiego jest nastrojona jednako, to czybyśmy od razu uwierzyli, czy też byśmy rozpatrzyli, czy on to mówi jako specjalista od muzyki?

Teajtet: Rozpatrzylibyśmy.

Sokrates: Gdybyśmy go za takiego uznali, dalibyśmy się przekonać, a gdyby się okazał niemuzykalny, nie uwierzylibyśmy?

Teajtet: Prawda.

Sokrates: Teraz zaś sądzę, jeśli nam idzie o podobieństwo twarzy, powinniśmy się przyjrzeć, czy on to mówi, znając się na rysunku czy nie.

Teajtet: Zdaje mi się.

Sokrates: Czy więc malarzem jest Teodor?

Teajtet: Nie, o ile mi wiadomo.

Sokrates: A geometrą też nie?

Teajtet: Ależ i owszem, Sokratesie.

Sokrates: I na gwiazdach się zna, i na rachunkach, i na muzyce, i co tam jeszcze do wykształcenia należy?

Teajtet: Mnie się tak wydaje.

Sokrates: Jeżeli więc on powiada, że my jesteśmy pod jakimś cielesnym względem do siebie podobni, i chwali to albo gani, to nie bardzo warto zwracać na niego uwagę.

Teajtet: Może i nie.

Sokrates: No cóż, a gdyby tak duszę któregoś z nas chwalił za dzielność i za mądrość, czy nie warto, żeby ten, co usłyszał, zechciał się bliżej pochwalonemu przyjrzeć, a drugi, żeby się chętnie oglądać pozwalał?

Teajtet: Owszem, Sokratesie.

III. Sokrates: A zatem czas, kochany Teajtecie, żebyś się zaczął popisywać, a ja, żebym się przypatrywał; bo musisz wiedzieć, że Teodor chwalił wobec mnie bardzo wielu obcych i naszych ludzi z miasta, ale nikogo nigdy tak nie wychwalał, jak ciebie teraz właśnie.

Teajtet: Dobrze by to było, Sokratesie, ale uważaj, czy on tego nie mówił żartem.

Sokrates: To nie jest zwyczaj Teodora. Nie cofaj więc tego, na coś się zgodził, pod pozorem, że on żartuje, aby nie był zmuszony jeszcze tego dowodzić. Nikt mu i bez tego wiarygodności nie zaprzeczy. Więc bądź dobrej myśli i wytrwaj przy naszej umowie.

Teajtet: A to trzeba tak zrobić, jeżeli tak uważasz.

Sokrates: Uczysz się tam czegoś u Teodora z geometrii?

Teajtet: Tak jest.

Sokrates: I czegoś z astronomii i o harmonii i rachunków?

Teajtet: Staram się przynajmniej.

Sokrates: I ja też, chłopcze; i u niego, i u innych, o których myślę, że się cokolwiek na tych rzeczach znają. A jednak ja tam z tymi rzeczami w ogóle jako tako, tylko drobiazgu jednego nie wiem i ten by warto z tobą i z nimi tutaj rozpatrzyć. Otóż powiedz mi, czy uczyć się to nie jest to stawać się mądrzejszym w tym, czego się ktoś uczy?

Teajtet: Oczywiście.

Sokrates: I mądrością przecież, mam wrażenie, mądrzy są mądrzy.

Teajtet: Tak jest.

Sokrates: A to chyba niczym się nie różni od wiedzy?

Teajtet: To znaczy co?

Sokrates: Mądrość. Jeżeli wiemy coś, tośmy w tym i mądrzy. Czy nie?

Teajtet: No może.

Sokrates: Więc tym samym jest wiedza i mądrość?

Teajtet: No tak.

Sokrates: Otóż to jest właśnie to, czego nie wiem i z tym sobie sam rady dać nie potrafię: czym właściwie jest wiedza. Naprawdę, czy potrafimy to powiedzieć? Co mówicie? Kto z nas pierwszy potrafi powiedzieć? A kto nie potrafi i kto by w to stale nie trafiał, ten zostanie osłem, jak mówią dzieci, które w piłkę grają. A kto nie chybi i wyjdzie zwycięsko, będzie nad nami królem i będzie nam rozkazywał odpowiadać, na co tylko zechce. Czemu milczycie? Teodorze, chyba mnie moje zamiłowanie do dyskusji nie ponosi aż do niegrzeczności, kiedy pragnę, żeby się między nami nawiązała wymiana myśli i abyśmy się z sobą zbliżyli w rozmowie?

Teodoros: Ależ, Sokratesie, coś takiego nie może być niegrzecznością, ale każ sobie odpowiadać komuś z młodych ludzi, bo ja do takich rozmów nie jestem przyzwyczajony, a przyzwyczajać mi się w tym wieku już nie pora. A im może być z tym do twarzy i z pewnością znacznie więcej skorzystają, bo naprawdę młodość to od wszystkiego rośnie. Więc, jakeś zaczął, nie puszczaj Teajteta, tylko pytaj.

Sokrates: Słyszysz, Teajtecie, co mówi Teodor? Nie usłuchać go, mam wrażenie, ani ty nie zechcesz, ani się nie godzi, żeby młodszy nie słuchał, kiedy rozkaz wydaje człowiek mądry w tej dziedzinie. Więc pięknie i śmiało powiedz, czym jest wiedza, jak myślisz?

Teajtet: No, to trzeba, Sokratesie, skoro wy każecie. Zresztą, jeśli w czym błąd popełnię, to wy poprawicie.

IV. Sokrates: Oczywiście, jeżeli tylko potrafimy.

Teajtet: Wydaje mi się więc, że to jest to, czego się ktoś może nauczyć u Teodora. Myślę, że to są rodzaje wiedzy, a więc: geometria i to, coś ty teraz wymienił, i prócz tego szewstwo i sztuki innych rękodzielników; one wszystkie i każda z nich to nic innego jak tylko pewna wiedza.

Sokrates: Doskonale i hojnie, przyjacielu; o jedno cię prosili, a ty dajesz dużo i rozmaitości, zamiast czegoś prostego.

Teajtet: Jak ty to właściwie mówisz, Sokratesie?

Sokrates: No, może nic, a co mam na myśli, wyjaśnię. Kiedy mówisz szewstwo, to nie co innego wymieniasz jak wiedzę o robieniu butów?

Teajtet: Nic innego.

Sokrates: A cóż, jeżeli ciesielstwo? To nic innego, jak wiedzę o wyrabianiu drewnianych rusztowań?

Teajtet: Nic innego.

Sokrates: Nieprawdaż, w jednym i w drugim to, o czym jedno i drugie jest wiedzą, to określasz?

Teajtet: Tak.

Sokrates: A w pytaniu, Teajtecie, nie o to szło, czego wiedza dotyczy, ani ile ich jest; bośmy nie pytali, chcąc je zliczyć, tylko poznać wiedzę, czym też ona sama jest. Czy źle mówię?

Teajtet: Ależ bardzo słusznie.

Sokrates: Zastanów się więc i nad tym. Gdyby nas ktoś pytał o jakiś drobiazg, o coś pod ręką, ot na przykład o glinę, czym też ona jest, to gdybyśmy mu odpowiedzieli, że jest glina garncarzy i glina zdunów, i glina ceglarzy, czy nie bylibyśmy śmieszni?

Teajtet: Może być.

Sokrates: Przede wszystkim chyba może dlatego, że przypuszczalibyśmy, że na podstawie naszej odpowiedzi będzie pytający rozumiał słowo „glina”, dlatego żeśmy dodali słówko „rzeźbiarzy”, czy tam innych jakich rzemieślników. Czy uważasz, że ktokolwiek rozumie, choć trochę, nazwę czegoś, jeżeli nie wie, co to jest?

Teajtet: Nigdy.

Sokrates: Więc i wiedzy o butach nie rozumie ktoś, kto wiedzy nie zna.

Teajtet: No nie.

Sokrates: Zatem szewstwa nie rozumie, ani żadnej innej sztuki ktoś, kto by wiedzy nie znał.

Teajtet: No nie.

Sokrates: Więc to śmieszna odpowiedź, kiedy ktoś pyta, czym jest wiedza, podawać mu w odpowiedzi nazwę jakiejś jednej czy drugiej sztuki, bo się wtedy w odpowiedzi podaje wiedzę o czymś tam, a nie o to pytają.

Teajtet: Zdaje się.

Sokrates: A potem, kiedy można krótko i po prostu odpowiedzieć, ten chodzi naokoło i robi niesłychanie długą drogę. Tak i przy tym pytaniu o glinę łatwo i po prostu można powiedzieć, że ziemia z wilgocią zmieszana to by była glina. A już u kogo, to mniejsza o to.

V. Teajtet: No, teraz, Sokratesie, to się wydaje łatwe. Ale bodaj że ty pytasz tak, jak się to nam niedawno przydarzyło, kiedyśmy rozmawiali, ja i ten twój imiennik, Sokrates.

Sokrates: A mianowicie co, Teajtecie?

Teajtet: O kwadratach coś nam Teodor pisał i o tym, co miał trzy stopy kwadratowe, oraz o tym, co miał pięć stóp kwadratowych powierzchni, dowodził nam, że co do długości boku nie są współmierne z jednostopowym i tak po jednym każdy kwadrat brał pod uwagę aż do siedemnastostopowego; na tym się jakoś zatrzymał. Nam więc coś takiego na myśl wpadło, bo wydawało się, że tych kwadratów jest nieograniczona ilość, żeby spróbować jakoś je zebrać w jedno i tym jednym wszystkie kwadraty oznaczać.

Sokrates: No i znaleźliście coś takiego?

Teajtet: Mnie się przynajmniej zdaje, ale zobacz i ty.

Sokrates: Mów.

Teajtet: Liczby naturalne wszystkie na dwie podzieliliśmy grupy i taką liczbę, która może być iloczynem dwóch równych liczb, do czworokąta z kształtuśmy porównali i nazwaliśmy ją czworokątną równoboczną (kwadratową).

Sokrates: No i dobrze.

Teajtet: A pośród nich rozmieszczone takie, do których i trójka, i piątka należy, i każda liczba, która nie może być iloczynem dwóch równych liczb naturalnych, ale składa się bądź to z mniejszej ilości większych części, albo z większej mniejszych i zawsze ją jakiś dłuższy i krótszy bok obejmuje — takie do prostokątów z wygląduśmy przyrównywali i nazwaliśmy je liczbami podługowatymi.

Sokrates: Bardzo pięknie, ale cóż potem?

Teajtet: Te więc odcinki, które są bokami kwadratów równoważnych prostokątom równobocznym, nazwaliśmy długościami, te zaś odcinki, które są bokami kwadratów równoważnych jedynie tylko różnobocznym prostokątom, nazwaliśmy możnościami, jako że są z tamtymi długościami niewspółmierne, a tylko mogą tworzyć kwadraty współmiernie co do powierzchni z kwadratami z tamtych odcinków. Podobnie ma się rzecz z sześcianami.

Sokrates: To znakomicie, chłopcy. Zdaje się, że Teodor nie będzie winien fałszywego świadectwa.

Teajtet: No tak, Sokratesie, ale na to twoje pytanie o wiedzę to żadną miarą nie potrafiłbym odpowiedzieć tak, jak o długości i o możności. A ty właśnie, mam wrażenie, czegoś takiego szukasz; tak że znowu się chyba myli Teodor.

Sokrates: Ach, cóż, gdyby ciebie za bieg chwalił i powiedział, że nigdy tak dobrego biegacza między młodymi nie spotkał, a potem ty byś biegał, ale zwyciężyłby cię ktoś w sile wieku i najlepszy biegacz, to czy myślisz, że mniej słuszna byłaby jego pochwała?

Teajtet: Nie myślę.

Sokrates: No a wiedza czym jest, ty uważasz, że to drobiazg znaleźć — jak ja to sam przed chwilą mówiłem — a nie coś ze wszech miar szczytnego?

Teajtet: Tak, na Zeusa, to szczyty, i to najwyższe.

Sokrates: Więc dobrze myśl o sobie i uważaj, że jest w tym coś, co Teodor mówi, i staraj się na wszelki sposób chwytać sens rzeczy, a wiedzy też, i dojść, czym też ona właśnie jest.

Teajtet: Z największą chęcią, Sokratesie; pokaże się.

VI. Sokrates: Więc proszę, bo pięknieś przed chwilą pokazywał drogę, spróbuj teraz naśladować tę odpowiedź o kwadratach. Jak tam ich było wiele, a tyś je jedną ideą objął, tak samo i liczne rodzaje wiedzy jednym słowem nazwij.

Teajtet: Ach, żebyś wiedział, Sokratesie, ja doprawdy często próbowałem się nad tym zastanawiać, słysząc pytania, które ty rzucasz, ale ani sam nie mogę dojść do przekonania, że mam słuszność, ani też nie słyszę, żeby ktoś inny mówił tak, jak ty zalecasz, a chęci naprawdę też się pozbyć nie mogę.

Sokrates: Z boleścią rodzisz, kochany Teajtecie, dlatego żeś nie pusty, a płód masz w sobie.

Teajtet: Ja nie wiem, Sokratesie, tylko to, co się ze mną dzieje, to mówię.

Sokrates: Ej, ty, śmiechu warty, nie słyszałeś, że ja jestem syn akuszerki, dzielnej i wspaniałej baby Fajnarety?

Teajtet: Już to przecież słyszałem.

Sokrates: A czy i to, że się trudnię tą samą sztuką, słyszałeś?

Teajtet: Nigdy.

Sokrates: A żebyś wiedział, że tak. A tylko mnie nie wydaj przed innymi, bo nikt nie wie, przyjacielu, że ja tę sztukę posiadam. Ludzie o tym nie wiedzą, więc tego o mnie nie mówią, a tylko to, żem skończone dziwadło i ludzi w kłopot wprowadzam. Pewnieś i to słyszał?

Teajtet: Tak jest.

Sokrates: A powiedzieli przyczynę?

Teajtet: Owszem, tak jest.

Sokrates: Więc zastanów się nad tym wszystkim, jak to się rzeczy mają z akuszerkami, a łatwiej zrozumiesz, o co mi chodzi. Wiesz tam przecie, że żadna z nich, kiedy jeszcze sama w ciążę zajść i urodzić może, dzieci od innych nie odbiera, robią to tylko te, które już rodzić nie mogą.

Teajtet: Owszem, tak jest.

Sokrates: Powiadają, że temu winna Artemida21; sama łoża nie zaznała, a tak się jej złożyło, że opiekunką położnych została. Otóż to bezpłodnym dała dzieci odbierać, bo ludzka natura jest za słaba na to, by posiąść sztukę, w której nam doświadczenia braknie. A tym, które ze starości już nie rodzą, sztukę tę zleciła, własne w nich czcząc podobieństwo.

Teajtet: Prawdopodobnie.

Sokrates: Nieprawdaż. I to prawdopodobne, a nawet konieczne, że kto jest w ciąży, a kto nie, to lepiej rozpoznają położne niż kto inny.

Teajtet: Tak jest.

Sokrates: Tak. I te położne potrafią z pomocą leków i zaklęć bóle porodowe spowodować, a jeśli zechcą, umieją je łagodzić i poród sprowadzać u tych, które ciężko rodzą, a jeśliby wczesny płód poronić wypadało, to i poronienia sprowadzają.

Teajtet: Jest tak.

Sokrates: A czy i to u nich zauważyłeś, że i swatki z nich są najlepsze; takie są arcymądre, tak potrafią rozpoznać, jaka kobieta z jakim mężczyzną obcować powinna, żeby najlepsze dzieci rodziła.

Teajtet: Nie bardzo to wiem.

Sokrates: Ależ wiedz, że na tym się lepiej rozumieją niż na obcinaniu pępowin. Bo zastanów się: myślisz, że należy do jednej i tej samej, czy też do innej sztuki uprawiać i zwozić płody ziemne, a z drugiej strony rozpoznawać, w jaką ziemię co sadzić i jakie w którą rzucać nasienie?

Teajtet: No nie, to do jednej.

Sokrates: A jeżeli o kobietę chodzi, przyjacielu, to myślisz, że inna sztuka się takimi rzeczami zajmuje, a zbiory do innej należą?

Teajtet: No, chyba nie.

Sokrates: A nie. Aby niesprawiedliwie i nieumiejętnie nie zbliżać do siebie mężczyzn i kobiet — to się przecież nazywa kuplerstwem22 — tej winy na siebie nie ściągnąć. A tymczasem właśnie takie prawdziwe położne i chyba tylko one jedne miałyby prawo swatać.

Teajtet: Zdaje się.

Sokrates: Więc zawód położnych potąd sięga: nie tak daleko, jak mój, bo kobiety nie mogą raz złudzeń tylko rodzić, a jak się zdarzy, to i prawdę; te rzeczy niełatwo rozpoznać. Gdyby one to umiały, to największą i najpiękniejszą robotą położnych byłoby rozpoznawać prawdę i nieprawdę. Czy nie zdaje ci się?

Teajtet: Tak jest.

VII. Sokrates: Więc moja sztuka położnicza zresztą tym samym się odznacza co i sztuka tamtych kobiet, a różni się tym, że mężczyznom, a nie kobietom rodzić pomaga, i tym, że ich dusz rodzących dogląda, a nie ich ciał. A największa wartość w naszej sztuce tkwi ta, że ona na wszelki sposób wybadać potrafi, czy umysł młodzieńca widziadło tylko i fałsz na świat wydaje, czy też myśl zdrową i prawdziwą. Bo ja całkiem jestem jak te akuszerki: rodzić nie umiem mądrości i o co już niejeden mnie beształ, że innych pytam, a sam nic nie odpowiadam w żadnej sprawie, bo nic nie mam mądrego do powiedzenia, to słusznie mnie besztają. A przyczyna tego taka: odbierać płody bóg mi każe, a rodzić nie pozwolił. Jestem ci ja sam nie bardzo mądry, nigdym nic takiego nie znalazł, co by moja dusza urodziła. Ale z tych, co ze mną obcują, niejeden zrazu wygląda nawet bardzo niemądrze, ale wszyscy w miarę, jak dłużej z sobą jesteśmy, jeżeli tylko bóg pozwala, dziwna rzecz, ile zyskują we własnej i w cudzej opinii. I to jasna jest rzecz, że ode mnie nikt z nich niczego się nigdy nie uczył, tylko w sobie sam każdy nosił swój skarb i tam źródło znajdował natchnienia. A od połogu jest bóg — i połóg to moja robota. Stąd to widać: wielu już tego nie widziało, ufali sobie samym, a na mnie z góry patrzeć zaczynali i bądź to sami, bądź też pod czyimś wpływem odchodzili prędzej, niż należało, i odszedłszy, ronili przez złe obcowanie to, co w nich zostało, com ja z nich wydobył, ginęło, bo pokarm miało zły — oni fałsze i widziadła cenili wyżej niż prawdę — a w końcu się niemądrymi okazali i sobie samym, i drugim. Jeden z nich to Arystydes, syn Lizymacha, i innych było wielu. Z nich, jeśli który wraca prosić, żebym z nim znowu obcował, i nie wiadomo, co wtedy wyprawia, z niejednym mi duch, którego mam, obcować nie daje, a z niejednym pozwala — tacy wtedy znowu korzystają. A cierpią naprawdę ci, co ze mną obcują, to samo, co kobieta, rodząc. Męczą się, bezradnego pełni bólu, dniami i nocami — znacznie bardziej niż tamte kobiety. Tę mękę wywoływać i koić moja sztuka potrafi. Więc ci naprawdę tak. A czasem, wiesz, Teajtecie, jeśli mi się jakoś wydaje, że któryś nie bardzo tam ciężarny, i widzę, że mu się na nic nie przydam, wtedy go bardzo życzliwie swatam i — daj Boże tak dalej — doskonale zgaduję, z kim obcując, mógłby zyskać najwięcej. Jużem wielu takich odstąpił Prodikosowi23, a wielu też innym mędrcom, których nam niebo zsyła. A to ci, dobra duszo, dlatego tak rozwlekle wywodziłem, bo podejrzewam, że ty — jak i sam to myślisz — męczysz się, bo coś masz w środku. Więc chodź z tym do mnie, przecieżem syn akuszerki, a sam też jestem akuszer i o cokolwiek cię zapytam, staraj się odpowiadać tak, jak potrafisz. I jeżeli ja rozpatrzę coś z tego, co powiesz, i będę uważał, że to widziadło, a nie prawda, i wtedy to sprzątnę i wyrzucę, nie gniewaj się o swoje płody, jak te, co pierwszy raz rodzą. Bo do mnie się, mój drogi, niejeden już tak odnosił, że po prostu kąsać byli gotowi, kiedym im jakaś niedorzeczność odbierał — nie myśleli, że ja to z życzliwości robię — daleko im do tej wiedzy, że żaden bóg źle ludziom nie życzy, ani też ja niczego takiego z nieżyczliwości nie robię, tylko mi się na fałsz zgodzić, a prawdę zakryć, żadną miarą nie godzi. Więc znów od początku, Teajtecie, co też to jest wiedza, próbuj powiedzieć. A że nie potrafisz, wcale tego nie mów. Bo jeżeli bóg zechce, a siły ci doda, to potrafisz.

VIII. Teajtet: Ależ owszem, Sokratesie. Przynajmniej kiedy tak ducha dodajesz, to byłaby hańba nie starać się na wszelki sposób powiedzieć, co ktoś ma. Więc wydaje mi się, że człowiek, który coś wie, spostrzega to, co wie, i jak się przynajmniej teraz wydaje, nie czymś innym jest wiedza, tylko właśnie spostrzeżeniem.

Sokrates: Dobrze, doprawdy, i śmiało mówisz, chłopcze, niechże mówi, kto się takim okazuje. Więc dawaj no, wspólnie to rozpatrzmy, czy coś z tego będzie, czy nie. Spostrzeżeniem, mówisz, jest wiedza?

Teajtet: Tak.

Sokrates: Bodaj żeś ty nie byle jakie słowo powiedział o wiedzy, tylko to samo, co i Protagoras24. On tylko w jakiś inny sposób powiedział nawet zupełnie to samo. Powiada przecież gdzieś, że miarą wszystkich rzeczy jest człowiek; istniejących, że są, i nieistniejących, że nie są. Czytałeś chyba gdzieś?

Teajtet: Czytałem, i nieraz.

Sokrates: Nieprawdaż, tak jakoś powiada, że jaką się każda rzecz mnie wydaje, taką też i jest dla mnie, a jaką się wydaje tobie, taką jest znowu dla ciebie. Człowiek ty i człowiek ja?

Teajtet: Mówi w ten sposób.

Sokrates: To mądry człowiek; chyba nie bredzi. Więc pójdźmy za nim. Nieprawdaż, że czasem, kiedy wiatr wieje, jeden i ten sam, to jeden z nas marznie, a drugi nie? I jeden marznie lekko, a drugi mocno?

Teajtet: Oczywiście.

Sokrates: Więc czy wtedy powiemy, że wiatr jest sam w sobie zimny, albo nie jest zimny? Czy też posłuchamy Protagorasa, że dla tego, który marznie, jest zimny, a dla tego, który nie marznie, nie jest?

Teajtet: Chyba tak.

Sokrates: Nieprawdaż? Wydaje się taki jednemu i drugiemu?

Teajtet: Tak.

Sokrates: A to „wydaje się” to jest spostrzeżenie?

Teajtet: Jest tak.

Sokrates: Wydawanie się więc i spostrzeganie to jedno i to samo, jeśli chodzi o rzeczy ciepłe i wszystkie podobne. Więc jak każdy coś spostrzega, takie też ono dla każdego jest?

Teajtet: Zdaje się.

Sokrates: Spostrzeżenie zatem zawsze bytu dotyczy i jako nieomylne jest wiedzą?

Teajtet: Zdaje się.

Sokrates: Ach, na Charyty25, strasznie jakiś mądry był ten Protagoras i taką nam tu zagadkę powiedział; to tak dla pospólstwa, a uczniom w tajemnicy wielkiej prawdę mówił?

Teajtet: Jakże ty to, Sokratesie, myślisz?

Sokrates: Ja wiem i wcale nie liche słowo. Bo przecież jedność sama w sobie nie jest niczym i nie możesz jej nazywać ani czymś, ani jakimś, ale jeśli ją nazwiesz wielką, wyda się i małą, a jeżeli ciężką, wyda się i lekką, i wszystko w ogóle tak, bo jedność sama w sobie nie jest niczym; ani czymś nie jest, ani jakimś. A tylko z ruchu i zmiany, i z mieszania się wzajemnego powstaje wszystko, o czym mówimy, że istnieje. Niesłusznie tak mówimy, bo nie istnieje nigdy nic, a zawsze się tylko staje. I na to wszyscy po kolei mędrcy zgadzają się oprócz Parmenidesa26: i Protagoras, i Heraklit27, i Empedokles28, a z poetów najpierwsi mistrze jednej i drugiej sztuki, komedii — Epicharmos29, a tragedii — Homer, który powiada:

Bogów rodzicem Ocean, a matką ich była Tetyda.30

Wszystko, powiada, z nurtów się urodziło i ze zmiany. Czy nie wydaje ci się, że tak mówi?

Teajtet: Wydaje mi się.

IX. Sokrates: Któż by jeszcze mógł przeciw takiemu wojsku występować i takiemu wodzowi jak Homer, a nie narazić się na śmiech?

Teajtet: Niełatwa rzecz, Sokratesie.

Sokrates: O nie, Teajtecie, bo przecież i to będą dla tej myśli świadectwa wystarczające, że to, co się wydaje bytem, i powstawanie jest wytworem zmiany, a niebyt i zanikanie — spokoju. Bo przecież gorąco i ogień, który, jak wiadomo, także inne rzeczy rodzi i nimi rządzi, sam z ruchu i z tarcia powstaje, a to są zmiany. Czy nie takie są źródła ognia?

Teajtet: Takie przecież.

Sokrates: A świat zwierzęcy z tych samych źródeł wyrasta?

Teajtet: Jakżeby nie.

Sokrates: No cóż, a stan ciał czyż skutkiem spokoju i lenistwa nie marnieje, a pod wpływem ćwiczeń cielesnych i ruchów czyż się po większej części nie zachowuje?

Teajtet: Tak.

Sokrates: A stan ogólny duszy pod wpływem uczenia się i gorliwych starań — a to są przecież zmiany — zdobywa i zachowuje sobie wiadomości i staje się lepszy, a pod wpływem spokoju, to znaczy niedbalstwa i nieuctwa, wcale się dusza nie uczy niczego, a jeśli się czego nauczy, to zapomina?

Teajtet: I bardzo.

Sokrates: Zatem to, co dobre, zmianą jest; i jeśli o duszę chodzi, i jeśli o ciało, a tamto jest przeciwieństwem dobra?

Teajtet: Zdaje się.

Sokrates: A jeszcze ci przytoczę brak wiatru na morzu i na lądzie i inne tym podobne rzeczy na dowód, iż spokój zawsze gnicie sprowadza i zgubę, a tamto zachowuje. A na ukoronowanie wszystkiego powiem, że Homer przez ową złotą linę31 nic innego nie rozumie jak tylko słońce i powiada, że jak długo istnieje obrót nieustanny i słońce, to wszystko istnieje i zachowuje się, u bogów i ludzi, a gdyby to stanęło, jakby związane, wszystko by się popsuło i nastałby chaos, jak to mówią.

Teajtet: Mnie się przynajmniej tak wydaje, Sokratesie, że on to ma na myśli, co ty mówisz.

X. Sokrates: Zrób sobie, mój drogi, założenie następujące, przede wszystkim w dziedzinie wzrokowej: to, co nazywasz barwą białą, niech nie będzie czymś oddzielnym, czymś poza twoimi oczami, ani w oczach, i nie przydzielaj mu żadnej powierzchni, bo wtedy by już przecież istniało w porządku i trwałoby, a nie byłoby czymś, co powstaje.

Teajtet: Tylko jak?

Sokrates: Idźmy dalej za poprzednią myślą, więc nie zakładajmy, żeby istniał jakiś jeden byt sam w sobie. W ten sposób będzie się nam wydawało, że czarność i białość, i jakakolwiek inna barwa powstaje z zetknięcia się oczu z odpowiednim ruchem i to wszystko, co nazywamy jakąś barwą, ani tym nie będzie, co uderza, ani tym, co uderzenie odbiera, tylko czymś pośrednim, czymś dla każdego człowieka z osobna swoistym. Czy też upierałbyś się przy tym, że każda barwa, jaka się tobie zjawia, tak samo się przedstawia i psu, i jakiemukolwiek innemu zwierzęciu?

Teajtet: Na Zeusa, ja przynajmniej nie.

Sokrates: No cóż, a człowiekowi innemu czy cokolwiek wydaje się podobne, jak i tobie? Stoisz mocno przy tym przekonaniu, czy też raczej myślisz, że nawet tobie samemu ta sama rzecz zawsze się jednakową nie wyda, bo ty sam nigdy nie jesteś jednaki?

Teajtet: Raczej to mi się wydaje niż tamto.

Sokrates: Nieprawdaż, gdyby coś, co mierzymy albo się tego dotykamy, było naprawdę wielkie albo białe, albo ciepłe, to ono by się, natrafiwszy na coś innego, nie mogło stawać inne, o ile by się samo wcale nie zmieniło. Gdyby zaś znowu szło o którąkolwiek rzecz z tamtych, mierzalną lub dotykalną, to przecież żadna z nich, o ile sama czegoś nie dozna, nie stanie się inna dlatego, że oto coś innego przyłączyło się do niej albo czegoś doznało. Teraz, przyjacielu, dziwne rzeczy i zabawne jakoś łatwo musimy mówić — jak by z pewnością powiedział Protagoras i każdy, kto próbuje mówić to samo, co on.

Teajtet: Jakże to więc i co właściwie mówi?

Sokrates: Mały przykład weź, a będziesz wszystko wiedział, czego chcę. Weź na przykład sześć kostek; jeżeli z nimi porównasz cztery, to powiemy, że tamtych jest więcej niż cztery, i to o połowę więcej, a jeżeli tuzin, to powiemy, że tamtych jest mniej — połowa; nawet nie sposób inaczej powiedzieć. Czy ty może potrafisz?

Teajtet: Ja nie.

Sokrates: Cóż więc? Gdyby ciebie Protagoras zapytał albo ktoś inny: Teajtecie, czy może coś stać się większym albo może go zacząć być więcej w inny sposób niż dzięki przyrostowi — to co odpowiesz?

Teajtet: Jeżelibym, Sokratesie, miał dać odpowiedź wedle tego, co mi się słuszne wydaje w związku z obecnym pytaniem, odpowiem, że to niemożliwe, a jeżelibym odpowiadał na poprzednie pytanie, to, bojąc się popaść w sprzeczność, odpowiedziałbym, że to możliwe.

Sokrates: Doskonale, na Herę32, przyjacielu, boska myśl! Tylko zdaje się, że jeśli odpowiesz, że to możliwe, to wyjdzie coś tak jak u Eurypidesa: język nasz będzie mocny, lecz serce już nie tak33.

Teajtet: To prawda.

Sokrates: Zresztą, gdyby z nas byli ludzie tędzy34 i mądrzy, ja i ty, gdybyśmy cały świat myśli przeniknęli, wtedy by jeden drugiego — trzeba czy nie trzeba — wciąż egzaminował, schodzilibyśmy się, jak sofiści35, na takie sobie zapasy i jedni by myśli drugiego słowami atakowali. A tymczasem, jako żeśmy ludzie prości, naprzód spróbujemy zobaczyć istotę rzeczy: czym też jest to, o czym myślimy, czy się to u nas obu zgadza, czy też ani trochę.

Teajtet: Owszem, bardzo bym tego chciał.

XI. Sokrates: I ja też. A skoro tak, to chyba nic innego, tylko spokojnie, bo czasu mamy bardzo dużo, po raz drugi znowu weźmy rzecz pod uwagę, nie żeby się spierać, tylko tak naprawdę, samych siebie wybadać: co też to jest, co się nam zwiduje. To pierwsze pod uwagę biorąc, powiemy, jak mi się wydaje, że nigdy nic ani się większym, ani mniejszym nie stanie, czy to pod względem masy, czy ilości, dopóki będzie równe sobie samemu. Czy nie tak?

Teajtet: Tak.

Sokrates: A po drugie, że do czego się nic nie dołączy ani mu nic nie ubędzie, to ani rosnąć, ani zanikać nie może; zawsze zostanie równe.

Teajtet: No, oczywiście.

Sokrates: A może i trzecią rzecz, że co nie istniało przedtem, tylko później, to się nie mogło obejść bez powstania i tworzenia się?

Teajtet: Zdaje się przecież.

Sokrates: Więc te, uważam, trzy twierdzenia walczą jedne z drugimi w naszej duszy, kiedy mówimy te rzeczy o kostkach albo kiedy powiemy, że ja w tym wieku ani nie urósłszy, ani czegoś przeciwnego nie doznawszy od ciebie, młodego człowieka, teraz jestem większy, a później będę mniejszy, chociaż nie ubędzie nic z mojej masy, a tylko ty urośniesz. Więc będę potem czymś, czym przedtem nie byłem, chociażem się taki nie stawał, a bez stawania się niepodobna stać się niczym; a znowu, nic z swojej masy nie utraciwszy, nigdy bym się nie mógł stać mniejszy. Jest tak i w wielu innych jeszcze niezliczonych wypadkach — to były tylko przykłady. Idziesz ze mną chyba, Teajtecie; wydaje się, że nie jesteś bez doświadczenia w tym zakresie.

Teajtet: Na bogów, Sokratesie, nie masz pojęcia, jak się dziwię, co też to jest wszystko, i nieraz doprawdy, kiedy na to patrzę, w głowie mi się kręci i ciemno mi się robi w oczach.

Sokrates: Bo zdaje się, przyjacielu, że Teodor nieźle odgadł twoją naturę. To stan bardzo znamienny dla filozofa: dziwić się. Nie ma innego początku filozofii, jak to właśnie. Zdaje się, że ten, kto Irydę36 nazwał córką Podziwu37, niezłą wywiódł genealogię. A czy ty już wiesz, czemu to tak jest na zasadzie tych myśli, które Protagorasowi przypisujemy, czy jeszcze nie wiesz?

Teajtet: Zdaje mi się, że jeszcze nie.

Sokrates: Więc będziesz mi wdzięczny, jeżeli wraz z tobą wybadam prawdy ukryte w myślach tego męża, a raczej mężów?

Teajtet: Jakżebym nie był wdzięczny, nawet i bardzo.

XII. Sokrates: Uważaj no, rozejrzyj się, aby ktoś niewtajemniczony nie podsłuchiwał. A tacy są ci, którzy uważają, że nie istnieje nic innego, jak tylko to, co mogą mocno w ręce uchwycić, a wcale nie wierzą, żeby istniały jakieś tam działania, powstawania i w ogóle cokolwiek, czego się nie widzi.

Teajtet: Doprawdy, Sokratesie, ty jakichś nieużytych i nieznośnych ludzi masz na myśli.

Sokrates: Tak, chłopcze, Muzy38 od nich bardzo daleko. Inni w znacznie lepszym tonie; chcę ci ich tajemnice wyjawić. U nich pierwsza zasada, z której wynika także i wszystko to, cośmy teraz mówili, jest ta, że wszystko jest ruchem, a poza tym nic nie istnieje, a ruchu dwie są postacie, nieskończona co do ilości i jedna, i druga. Jedna z nich ma zdolności czynne, a druga bierne. Z ich wzajemnego obcowania i tarcia powstaje nieskończona ilość potomków — zawsze bliźniaki: przedmiot spostrzeżenia i spostrzeżenie; ono zawsze wspólnie na świat przychodzi i rodzi się wraz z przedmiotem spostrzeżenia. A spostrzeżenia noszą takie u nas imiona: spostrzeżenia wzrokowe i słuchowe, i węchowe, spostrzeżenia zimna i ciepła, i przyjemności, i przykrości, i pożądania, i obawy, i inne — bez miary jest tych, które imion nie mają, i mnóstwo tych, co imiona noszą. A każdemu z tych spostrzeżeń odpowiada jakiś rodzaj przedmiotów spostrzeganych, rozmaitym spostrzeżeniom wzrokowym — rozmaite barwy, a słuchowym — tak samo głosy, a innym spostrzeżeniom inne przedmioty odpowiadają i wspólnie się z nimi rodzą. A co ma ta bajka, Teajtecie, do naszych poprzednich rozważań? Czy zdajesz sobie sprawę?

Teajtet: Niezupełnie, Sokratesie.

Sokrates: Więc uważaj, czy ona się może jakoś nie zaokrągli. Chodzi w niej o to, że wszystko to, jak mówimy, porusza się, a w tym ruchu tkwi szybkość i powolność. Więc to, co jest powolne, to równocześnie w stosunku do zbliżających się przedmiotów ruch posiada i w ten sposób rodzi, a to, co się w ten sposób zrodzi, jest szybsze. Bo zmienia miejsce w przestrzeni i na tym zmienianiu miejsca jego ruch polega. Więc kiedy się oko do jakiegoś swego odpowiednika zbliży i urodzi białość i spostrzeżenie razem z nią powstałe, które by się nigdy nie zrodziło, gdyby każde z rodziców w inną stronę poszło, wtedy ku sobie lecą widzenie od strony oczu, a białość od tego, co wraz z okiem barwę rodzi. I oto się oko widzeniem napełnia i patrzy, i staje się nie jakieś tam widzenie, ale powstaje oko widzące, a to, co się równocześnie zrodziło, ta barwa, białością się napełnia i powstaje znowu nie białość sama, ale coś białego, czy to drewno, czy kamień, czy jakikolwiek kształt się przypadkiem taką barwą zabarwił. Inne rzeczy tak samo, twardość i ciepło, i wszystko w ogóle w ten sam sposób pojmować należy; wszystko to samo przez się niczym nie jest, jakeśmy już i przedtem powiedzieli, a tylko w nazywaniu wzajemnym wszystko i wszelkiego rodzaju powstaje z ruchu. Czynny pierwiastek i bierny na jednym tylko z nich wyróżnić i dojść, co jest czynne, to, powiadają, rzecz niełatwa. Bo ani czynny pierwiastek niczym nie jest, zanim się z biernym nie zejdzie, ani ten bierny, zanim czynnego nie znajdzie. A to, co się z drugim schodzi i działa, biernym się okazuje, jeśli na coś innego natrafi. Tak że z tego wszystkiego, jakeśmy to na początku powiedzieli, niczym nie jest jedno samo w sobie, lecz zawsze powstaje przez coś, więc istnienie w ogóle tu należy skreślić, chociaż myśmy i dopiero co nieraz się nim posługiwać musieli — to skutkiem nawyku i niewiedzy.

Otóż tak nie trzeba, powiadają mędrcy; nie należy dopuszczać ani „czegoś”, ani „czyjegoś”, ani „mojego”, ani „tego”, ani „owego”, ani innej żadnej nazwy, która by coś ustalała, tylko zgodnie z naturą mówić należy o rzeczach „powstających” i „robiących się”, i „ginących”, i „zmieniających się”. Tak, że jeśliby ktoś ustalał cokolwiek w mowie, łatwo zbić jego stanowisko. Trzeba tak mówić i w szczegółowych wypadkach, jak i o licznych jednostkach razem zebranych, a przez te zbiory rozumieją człowieka i kamień, i każdą istotę żywą, i rodzaj. Czy te rzeczy wydają ci się przyjemne? Skosztowałbyś ich, bo ładne?

Teajtet: Ja — ja nie wiem, Sokratesie, ja nawet co do ciebie nie umiem zmiarkować, czy ty to mówisz, co myślisz, czy też mnie wystawiasz na próbę.

Sokrates: Nie przypominasz sobie, przyjacielu, że ja się na tych rzeczach wcale nie znam i nawet nie udaję, żeby coś z tego było moje; ja takich rzeczy radzić nie potrafię, ja tylko od ciebie płód odbieram i dlatego takie nad tobą czary odprawiam i tak ci każdego z mędrców do skosztowania podsuwam, pokąd i twego własnego stanowiska też na światło nie wywiodę. A jak ono już wyjdzie, będę wtedy patrzył, czy ono nic nie warte, czy też się płodne okaże. Więc bądź dobrej myśli, mocno się trzymaj i ładnie, i tak po męsku odpowiadaj, zgodnie ze swoim przekonaniem, na każde moje pytanie.

Teajtet: Więc pytaj.

XIII. Sokrates: To powiedz mi znowu, czy ci się to podoba, że nie istnieje nic, tylko powstaje zawsze i to, co dobre, i to, co piękne, i wszystko, cośmy przed chwilą przeszli?

Teajtet: Ależ owszem. Jak długo ciebie słucham, kiedy tak wywodzisz, to aż dziwne, jak wiele sensu w tym widzę, i zdaje mi się, że trzeba raczej myśleć tak, jak ty mówiłeś.

Sokrates: Więc nie pomijajmy tego, czego tu jeszcze brak. A nie mówiło się jeszcze o marzeniach sennych i o chorobach różnych, i o obłąkaniu, o tym, co się na przykład nazywa przesłyszeniem się i przywidzeniem, i o innych złudzeniach zmysłowych. Wiesz chyba, że we wszystkich tych przypadkach, wedle powszechnej opinii, zdaje się upadać to twierdzenie, któreśmy dopiero co przeszli, bo przecież raczej fałszywe są spostrzeżenia, które nam się wtedy przytrafiają, i daleko do tego, żeby co się każdemu wydaje, to też istniało; przecież wprost przeciwnie: nie istnieje nic z tego, co się tylko wydaje.

Teajtet: Świętą prawdę mówisz, Sokratesie.

Sokrates: Więc, chłopcze, jakiż argument zostaje dla tego, który spostrzeżenie uważa za wiedzę i sądzi, że co się każdemu wydaje, to też istnieje dla tego, komu się wydaje?

Teajtet: Ja, wiesz Sokratesie, boję się powiedzieć, że nie mam żadnej odpowiedzi, boś mnie, ot teraz, przed chwilą zganił, kiedym tak mówił. A ja bym się, doprawdy, nie umiał spierać o to, że obłąkani i ci, którym się coś śni, nie żywią fałszywych przekonań, kiedy się jednym zdaje, że są bogami, a innym, że mają skrzydła i że we śnie latają.

Sokrates: A czy i takiego jakiegoś zagadnienia nie pamiętasz, a mianowicie w sprawie snu i jawy?

Teajtet: Jakiego zagadnienia?

Sokrates: Myślę, że nie słyszałeś, jak się pytają, na jakie by też świadectwo potrafił się ktoś powołać, gdyby go ktoś drugi, tak w tej chwili, zapytał, czy my nie śpimy i wszystko, co mamy na myśli, to może marzenie senne, czy też czuwamy i rozmawiamy z sobą na jawie?

Teajtet: Rzeczywiście, Sokratesie, nie wiem, na jakie by się powołać świadectwo, bo wszystko się jakoś tak samo powtarza i odpowiada jedno drugiemu. Ot na przykład myśmy teraz rozmawiali, a kto wie, może nam się tylko we śnie wydaje, że rozmawiamy z sobą. Przecież kiedy nam się we śnie zdaje, że sny opowiadamy, dziwne zachodzi podobieństwo tych opowiadań do naszych rozmów w tej chwili.

Sokrates: Więc widzisz, że nietrudno o ten spór, skoro i to jest sporne, czy się śni, czy się jest na jawie; a że równie długi czas śpimy i czuwamy, więc w jednym i w drugim okresie walczy nasza dusza o to, że prawdą jest to, co się jej w każdym z tych okresów wydaje; tak że równie długi czas mówimy, że to oto istnieje, i równie długi czas, że tamto, i jednakowo na jednych i drugich danych polegamy.

Teajtet: Oczywiście.

Sokrates: Nieprawdaż, jeśli o choroby idzie i o wypadki obłąkania, ta sama sprawa, tylko okresy czasu nie takie same?

Teajtet: Słusznie.

Sokrates: Więc cóż? Długością czasu i krótkością prawdę będziemy mierzyli?

Teajtet: Śmiesznie by to było doprawdy, z wielu względów.

Sokrates: A jaki masz inny jasny dowód na to, które z tych dwóch stanowisk jest prawdziwe?

Teajtet: Zdaje mi się, że nie mam.

XIV. Sokrates: A zatem mnie posłuchaj, co by o tych sprawach powiedzieli ci, którzy sądzą, że to, co się za każdym razem wydaje, to też i jest prawdą dla tego, któremu się wydaje. Oni mówią, uważam, pytając się w ten sposób: „Teajtecie, jeśliby coś było ze wszech miar różne od czegoś innego, to może nie będzie miało w żadnym względzie tej samej zdolności, co to drugie? I nie można przyjmować, że to, o co pytam, będzie pod jednym względem tym samym, a pod innym względem różnym, tylko że będzie całkiem różne”.

Teajtet: Więc to jest niemożliwe, żeby miało cokolwiek wspólnego; czy to jako zdolność, czy inny jakikolwiek wzgląd — skoro ma być całkowicie różne.

Sokrates: Czyż więc nie musimy się zgodzić, że coś takiego będzie też i niepodobne?

Teajtet: Tak mi się przynajmniej wydaje.

Sokrates: Jeżeli na przykład coś staje się podobne lub staje się niepodobne czy to do siebie samego, czy to do czegoś innego — to, o ile się upodabnia, powiemy, że to coś stało się tym samym — a w miarę zatracania się podobieństw powiemy, że ono staje się różne?

Teajtet: Oczywiście.

Sokrates: Nieprawdaż? Przedtem mówiliśmy, że tego, co działa, jest dużo i nie wiadomo ile, a podobnie i tego, co doznaje?

Teajtet: Tak jest.

Sokrates: I to, że jak się coś z czymś innym złączy — i jeszcze z czymś innym, wówczas się nie to samo, ale za każdym razem coś różnego urodzi?

Teajtet: Naturalnie.

Sokrates: Chodzi o takie rzeczy, jak ja i ty, i inne tego rodzaju: Sokrates zdrów i Sokrates chory, i czy powiemy, że to drugie jest podobne do pierwszego, czy niepodobne?

Teajtet: Kiedy mówisz: Sokrates chory, to masz na myśli tę całość w przeciwieństwie do tamtej całości: Sokratesa zdrowego?

Sokrates: Bardzoś to pięknie wykombinował. Właśnie to mam na myśli.

Teajtet: To przecież niepodobne.

Sokrates: I różne więc o tyle, o ile niepodobne?

Teajtet: Oczywiście.

Sokrates: I o śpiącym, i o wszystkim, cośmy przed chwilą przeszli, w ten sam sposób będziesz mówił?

Teajtet: No tak.

Sokrates: A zatem każdy czynnik zdolny robić z czegoś coś innego, jeśli przychwyci Sokratesa zdrowego, będzie na mnie działał jako na różnego, a jeśli trafi na chorego, to znowu na różnego?

Teajtet: Czemu by nie miał i tak?

Sokrates: I coś różnego jeden z drugim spłodzimy — niby ja jako doznający, i tamto coś, co działa?

Teajtet: Czemu nie?

Sokrates: Więc kiedy wino piję zdrów, przyjemne mi się wydaje i słodkie?

Teajtet: Tak.

Sokrates: A zatem według tego, na cośmy się zgodzili poprzednio, ten czynnik działający i doznający, kiedy się zbiegły razem, zrodził słodkość i jej spostrzeżenie. Spostrzeżenie, będąc w tym, który doznaje, zrobiło język spostrzegającym, a słodkość znowu, w winie usiadłszy, bo się koło niego kręci, uczyniła wino słodkim dla zdrowego języka, tak że wino dla niego i jest, i wydaje się słodkie.

Teajtet: Oczywiście. Jużeśmy się na to zgodzili.

Sokrates: A kiedy wino trafi na chorego, to przede wszystkim przecież trafia na innego — nieprawdaż, a nie na tego samego; przychodzi i przecież do niepodobnego.

Teajtet: Tak jest.

Sokrates: No i teraz ta para coś nowego rodzi, a mianowicie: taki Sokrates i picie wina. W języku to wywoła spostrzeżenie goryczy, a w winie zrobi się gorycz i będzie w nim siedziała: wino nie będzie goryczą, tylko będzie gorzkie, i ja nie będę spostrzeżeniem, tylko spostrzegającym.

Teajtet: Zupełnie tak przecież.

Sokrates: Nieprawdaż, ja, spostrzegając w ten sposób, nigdy się niczym innym nie stanę, bo inny przedmiot inaczej się spostrzega i inne spostrzeżenie innym robi i odmienia tego, który spostrzega. Ani to coś, co na mnie działa i mnie takim robi, nigdy, działając na kogo innego, nie zrobi go takim samym, jak ja, ani samo się takie samo nie stanie. Bo ono pod wpływem innego człowieka coś innego urodzi i samo się stanie inne.

Teajtet: Jest tak.

Sokrates: Zatem ani ja nie będę taki sam, jak przedtem, ani ono nie zostanie takie samo.

Teajtet: No nie.

Sokrates: Więc ja z konieczności wejdę w pewien stosunek do czegoś, kiedy zacznę spostrzegać: nie sposób przecież, żeby ktoś spostrzegał, a nie spostrzegał czegoś. A ono znowu wejdzie w stosunek do kogoś, kiedy się stanie słodkie albo gorzkie, albo jakiekolwiek; niepodobna przecież, żeby coś było słodkie, a dla nikogo słodkie.

Teajtet: Ze wszech miar przecież.

Sokrates: Więc wypada, uważam, żebyśmy z sobą wzajem, czy to istnieli, jeśli istniejemy, czy to stawali się, jeśli się stajemy; jakaś konieczność wiąże nasze istoty, a wiąże z niczym innym poza nami ani też w nas samych; nie zostaje więc nic innego, jak to tylko, żebyśmy z sobą nawzajem byli związani. Przeto, jeśli ktoś mówi o czymś, że ono istnieje, to powinien powiedzieć, dla kogo ono istnieje, czy ze względu na kogo, czy w stosunku do czego istnieje albo powstaje. A żeby coś samo w sobie istniało albo się stawało, tego ani samemu mówić nie należy, ani przyjmować, kiedy ktoś drugi tak mówi. Wykazują to rozważania, któreśmy przeszli.

Teajtet: Ze wszech miar, Sokratesie.

Sokrates: Nieprawdaż, kiedy coś na mnie działa, istnieje dla mnie, a nie dla kogoś innego; wtedy ja je spostrzegam, a inny — nie.

Teajtet: Jakżeby nie?

Sokrates: Zatem prawdziwe jest dla mnie moje spostrzeżenie: przecież zawsze dotyczy mojej istoty; ja sędzią jestem, według Protagorasa, ja oceniam te rzeczy, które są dla mnie, że istnieją i że nie istnieją te, których dla mnie nie ma.

Teajtet: Zdaje się.

XV. Sokrates: Skoro więc nieomylny jestem i nie mogę podrwić głową, kiedy chodzi o to, co istnieje albo staje się, to chyba i wiedzę posiadam o tym, co spostrzegam.

Teajtet: Nie może być inaczej.

Sokrates: Więc bardzo pięknie ci się udało powiedzenie, że wiedza to nic innego jak tylko spostrzeżenie. To na to samo wychodzi, co Homer mówi i Heraklit, i wszyscy ludzie tego pokroju, że wszystko się rusza jak woda w potoku, a wedle Protagorasa, arcymądrego, że człowiek jest miarą wszystkich rzeczy. Wedle Teajteta znowu — że wobec tego spostrzeżenie jest wiedzą. Serio, Teajtecie, przyznamy, że to jest właśnie twoje, niby nowo narodzone dziecko, przy którym ja byłem akuszerką, czy jak mówisz?

Teajtet: No tak, oczywiście, Sokratesie.

Sokrates: Uważam, że ciężki był nasz poród, cokolwiek tam z tego wyszło. No ale po urodzeniu trzeba z dzieckiem w kółko po domu pobiegać39, naturalnie w myśli, uważając, czy tam, kto wie, może karmić nie warto tego, co na świat przyszło, takie to puste w środku i fałszywe. Czy też uważasz, że w każdym razie twoje dziecko karmić wypada i nie porzucać go, a może nawet potrafisz spokojnie patrzeć, gdyby je kto zbijał, i nie bardzo się będziesz gniewał, gdyby ci je kto zabrał, chociaż to twój pierwszy poród?

Teodoros: Wytrzyma Teajtet, Sokratesie; on nie jest przykrego usposobienia. Ale, na bogów, powiedz, jakże to znowu? Więc znów nie tak się rzeczy mają?

Sokrates: Ty, po prostu, kochasz się w dyskusjach i dobra dusza jesteś, Teodorze, kiedy ci się zdaje, że ja jestem jak worek z argumentami i nic, tylko sięgnę, wyjmę i od razu powiem, że znowu wcale się tak rzeczy nie mają, a nie uważasz, co się dzieje: żaden argument nie wychodzi ode mnie, tylko zawsze od tego, który ze mną rozmawia, a ja nic więcej nie umiem, tylko tak pokrótce myśl od drugiego, od mądrego człowieka wziąć i odebrać ją, jak się należy. Ja i teraz z nim to spróbuję zrobić, sam nic nie będę mówił.

Teodoros: Bardzo ładnie mówisz, Sokratesie, więc zrób tak.

XVI. Sokrates: Wiesz, Teodorze, co ja podziwiam u twego przyjaciela Protagorasa?

Teodoros: Co mianowicie?

Sokrates: On w ogóle bardzo sympatycznie mówi, że co się komu wydaje, to też i jest. Ale mnie uderzył ten początek, że też on od tego swojej Prawdy40 nie zaczął, że wszystkich rzeczy miarą jest świnia albo pawian, albo inne jakie, jeszcze głupsze zwierzę, zdolne do spostrzegania; on tak dumnie i tak z góry zaczął mówić i oto dowodzi nam, że myśmy go, jak boga, podziwiali za mądrość, a on tymczasem nie lepiej ma w głowie niż kijanka żabia, nie mówiąc już o jakimkolwiek innym człowieku. Czy też jak powiemy, Teodorze? Przecież doprawdy, jeśli dla każdego prawdą będzie, cokolwiek by mu się wydawało wedle spostrzeżenia, i jeśli nikt niczyjego stanu lepiej rozsądzić nie potrafi niż ten, który go sam doznaje, ani też mniemania cudzego ktoś drugi poprawiać nie ma mocy i powiedzieć, czy ono słuszne, czy fałszywe, ale jak to się często mówi, każdy swoje zdanie sam ma i to wszystko będzie słuszne i prawdziwe, to czemu, proszę cię, przyjacielu, Protagoras ma być taki mądry, że go nawet biorą za nauczyciela dla innych (i słusznie, i za grube honoraria), a my niby to mamy być głupsi od niego? I wartoż41 nam było do niego chodzić po naukę, jeżeli każdy dla siebie jest miarą swojej mądrości? No jakże nie powiedzieć, że Protagoras tutaj figle stroi, aby mu ostatnie rzędy klaskały? A ja już nic nie powiem o sobie i o mojej sztuce położniczej, jaki ja jestem śmieszny z nią razem; a myślę, że nie tylko ja, ale i cała w ogóle sztuka dyskutowania. Bo kontrolować i zbijać urojenia i mniemania swoje nawzajem, chociaż one u każdego są słuszne, to czyż to nie jest tylko rozwlekłe i donośne mielenie językiem, jeżeli prawdziwa jest Prawda Protagorasa, a nie jest to tylko żart i pusty dźwięk, który dolatuje z tajemnych przybytków książki?

Teodoros: Tak, Sokratesie, to mój przyjaciel, jakeś przed chwilą powiedział, więc wolałbym nie zbijać Protagorasa, zgadzając się z tobą, ani też z tobą bym się nie chciał spierać wbrew przekonaniu. Więc weź się znowu do Teajteta, on przecież i tak, zdaje się, że bardzo uważnie ciebie słuchał.