Kolomba
Od tłumacza
Jedno z najlepszych opowiadań Mérimée’go, Kolomba, powstało w r. 1840, zatem na szczycie twórczości tego niepospolitego i tak bardzo odrębnego pisarza. Prosper Mérimée (1803–1870) był współczesnym wielkiemu ruchowi romantycznemu w piśmiennictwie francuskim; mimo to zadziwiającym jest do jakiego stopnia w fali tej, wciągającej mimo różnic indywidualnych całą niemal ówczesną twórczość we wspólne łożysko, zachował on absolutną duchową niezależność. Stosunek Mérimée’go do „romantyków” — z którymi za młodu go łączono — scharakteryzował dowcipnie Juliusz Sandeau następującą anegdotą: „Podczas dni lipcowych 1830 przeciągała ulicami Paryża gromada rewolucjonistów uzbrojona w strzelby. Pewien szlachcic, przechodząc ulicą, zniecierpliwiony niezręcznością motłochu w obchodzeniu się z bronią palną, wyrwał najbliższemu samopał1, zmierzył do szwajcara w oknie królewskiego pałacu i celnym strzałem powalił go na miejscu. Kiedy zachwyceni rewolucjoniści wzywali go, aby zatrzymał, na pożytek sprawy, broń, którą tak wybornie włada, odparł: »Ślicznie dziękuję! Ja jestem rojalistą«”. — Do tego strzału, mającego pokazać, jak się włada bronią, można porównać pierwsze utwory Mérimée’go (Teatr Klary Gazul, Guzla), w których czyni sobie zabawkę z tego, aby przelicytować najwybujalsze wybryki młodego romantyzmu lub też, w mistyfikacji2, która wywiodła w pole najtęższych znawców, wykazać błahość tzw. „kolorytu lokalnego” i tak drogiego romantykom egzotycznego pokostu. W miarę jednak, jak własna twórczość Mérimée’go mężniała i skupiała się, wyłaniał się w pisarzu dojrzały, zrównoważony klasyk, o nieskazitelnej formie, o wstrzemięźliwości i zwartości wyrazu stanowiących zupełne przeciwieństwo romantycznej rozlewności, a opierających się o najlepsze tradycje francuskiej rasowej kultury pisarskiej.
Ulubioną formą utworów Mérimée’go, z których niemal każdy jest małym arcydziełkiem, jest krótkie opowiadanie, nowela; a w tych zwięzłych ramach umie on zamknąć nieraz cały dramat. Opowiada Mérimée tak, jak wytrawny causeur3 najlepszego towarzystwa: bez podnoszenia głosu, bez nieumiarkowanych gestów, bez mieszania do akcji uczuć i zapatrywań opowiadającego, umie on samym uszeregowaniem faktów wydobyć w całej pełni efekt, jaki zamierzył. Efekt ten byłby nieraz dotkliwy i brutalny, gdyby go nie łagodziła zawsze miara i smak artysty. Natura Mérimée’go, chłodna, trzeźwa — lub może tylko ostudzona i otrzeźwiona życiem — lubi, tak w wyborze tematów, jak w ich ujęciu, prowadzić artystę po krawędzi okrucieństwa; równocześnie jednak lekki sceptyczny uśmieszek, przewijający się raz po razu po ustach opowiadającego, przypomina w porę słuchaczowi, że to wszystko dzieje się na niby, i nie pozwala wyrodzić się wrażeniu w uczucie przykrości.
Kilka tomów tych krótkich opowiadań, z których Kolomba jest najobszerniejszym, stanowi cały dobytek pisarski artysty. Będąc zupełną antytezą „grafomana”, z którego cośkolwiek tkwi nieraz i w największych talentach pisarskich, Mérimée nie powtarzał się nigdy: wygrawszy tę nutę, jaką natura włożyła w jego duszę, zamilkł w pełni sił. Resztę życia zajęły mu prace historyczne, archeologiczne, wreszcie bliskie stosunki łączące go z dworem cesarskim, którego, wraz z Oktawem Feuillet, był jedyną literacką ozdobą. Był też pierwszym, który, przekładami swymi i pracami krytycznymi, zwrócił uwagę Francji na potężne i świeże walory rodzącej się literatury rosyjskiej.
Kolomba, owoc podróży po Korsyce w roku 1840, jest szczęśliwym połączeniem ciekawości historyka i podróżnika z przenikliwą odtwórczą wrażliwością. Mérimée umiał się przedziwnie wżyć w to środowisko, stanowiące wśród cywilizowanej Europy istotną wyspę, w której pierwotna dzikość człowieka zachowała się w całej czystości, a zarazem szlachetności form. Wiedziony zmysłem delikatnego artysty, wcielił ten łaknący krwi instynkt w postać młodej dziewczyny, nie odbierając jej zarazem nic z dziewiczej słodyczy i niewinności i dzięki temu wydobywając z tej postaci tym silniejsze kontrasty.
Osobliwą tajemnicę kunsztu Mérimée’go stanowi to, iż ten utwór, będący w istocie krwawym i posępnym dramatem, skreślony jest od początku do końca w tonie żartobliwej pogody, płynącej spod pióra pisarza zupełnie naturalnie i udzielającej się czytelnikom. Cel ten osiągnął autor, wprowadzając jako świadków, a poniekąd uczestników całego zdarzenia, parę Anglików, turystów (trzeba zauważyć, że Anglik turysta ze swymi właściwościami nie był wówczas, jak dziś, zużytą kliszą), i wydobywając z zetknięcia się tych dwóch tak odległych od siebie światów bardzo zabawne kontrasty. Miłość, zadzierżgnięta między Orsem a złotowłosą miss Nevil, rozświeca jaśniejszymi tonami ponure tło korsykańskiego pejzażu.
Jako przejrzystość, lekkość, zwartość kompozycji i opowiadania jest Kolomba wzorem mistrzostwa w tym względzie, mistrzostwa trudnego do doścignięcia nawet dla Francuzów. Utwory Mérimée’go są niby kamea4 rżnięta w twardym materiale; jakoż przetrwały do dziś, nietknięte zębem czasu. Jest to jedyny może pisarz swojej epoki, którego czyta się zupełnie „współcześnie”, bez potrzeby najmniejszej korektury „historyczno-literackiej”.
Boy.
I
Pè far la to vendetta
Sta sigur’, vasta anche ella.5
Vocero du Niolo
W pierwszych dniach października 181... pułkownik sir Tomasz Nevil, Irlandczyk, wybitny oficer angielski, wracając z podróży po Włoszech, zajechał z córką do hotelu Beauveau w Marsylii. Nieustające zachwyty podróżnych-entuzjastów wywołały reakcję: aby się wyróżnić, wielu dzisiejszych turystów obiera za zasadę Horacjuszowskie nil admirari6. Do tej to klasy podróżników malkontentów należała miss Lidia, jedyna córka pułkownika. Przemienienie7 wydało się jej mierne, Wezuwiusz w chwili wybuchu niewiele bardziej imponujący niż kominy fabryk Birminghamu. Ogółem wziąwszy, głównym jej zarzutem przeciw Włochom było, iż krajowi temu zbywa na kolorycie lokalnym, na charakterze. Niech sobie wytłumaczy, kto zdoła, sens tych słów, które rozumiałem doskonale przed kilku laty, a których dziś już nie rozumiem. Zrazu miss Lidia pochlebiała sobie, iż znajdzie za Alpami rzeczy, których nikt nie widział przed nią i o których będzie mogła rozmawiać w dystyngowanym towarzystwie, jak powiada Molierowski pan Jourdain8. Ale niebawem, wszędzie wyprzedzona przez współziomków, zwątpiwszy, aby mogła znaleźć coś nieznanego, przerzuciła się do opozycji. Bardzo jest w istocie nieprzyjemnie nie móc mówić o cudach Italii, by ktoś nie wtrącił: „Znasz z pewnością tego Rafaela z pałacu X w Y? To najpiękniejsza rzecz w całych Włoszech”. I właśnie tego cudu zaniedbało się obejrzeć! Ponieważ nadto uciążliwe byłoby oglądać wszystko, najprostsze jest wszystko zganić w czambuł9 z zasady.
W hotelu Beauveau spotkało miss Lidię gorzkie rozczarowanie. Przywiozła z sobą ładny szkic bramy pelazgijskiej czy też cyklopiej10 z Segni, o której sądziła, iż uszła baczności11 rysowników. Owóż12, lady Frances Fenwich, spotkawszy miss Lidię w Marsylii, pokazała jej swój album, gdzie między sonetem a zasuszonym kwiatem figurowała pomieniona13 brama, bardzo misternie wykończona sepią. Miss Lidia darowała swoją bramę z Segni pokojówce i straciła wszelki szacunek dla konstrukcji pelazgijskich.
Markotne to usposobienie podzielał pułkownik Nevil, który od śmierci żony patrzył na świat jedynie oczami miss Lidii. Dla niego Włochy miały tę ogromną wadę, iż nudziły jego córkę: tym samym był to kraj najnudniejszy pod słońcem. Pułkownik nie miał, to prawda, nic do zarzucenia obrazom i posągom; ale w zamian mógł zaręczyć, iż polowanie w tym kraju jest nędzne i że trzeba było zrobić dziesięć mil14 po największym słońcu w Campagna Romana15, aby zabić jedną lub dwie liche kuropatwy.
Nazajutrz po przyjeździe do Marsylii pułkownik zaprosił na obiad kapitana Ellis, swego dawnego adiutanta, który właśnie spędził sześć tygodni na Korsyce. Kapitan opowiedział bardzo zajmująco miss Lidii historię o bandytach, mającą tę zaletę, iż nie była wcale podobna do historii złodziejskich, którymi ją tak często raczono w drodze z Rzymu do Neapolu. Przy deserze panowie, zostawszy sami w towarzystwie paru butelek bordeaux16, gwarzyli o polowaniu, przy czym pułkownik dowiedział się, że nie ma kraju, w którym by ono było piękniejsze, obfitsze, bardziej urozmaicone niż na Korsyce. „Spotyka się tam mnóstwo dzików — mówił kapitan Ellis — i trzeba się nauczyć odróżniać je od świń domowych, które podobne są do nich zdumiewająco; zabijając bowiem świnię, ściąga człowiek na siebie kłopotliwe przejścia z pasterzami. Wychodzą z chaszczów, uzbrojeni od stóp do głów, każą sobie płacić za bydlątko i drwią nielitościwie z biednego myśliwca17. Są tam prócz tego dzikie barany, bardzo osobliwe zwierzęta, których nie spotyka się gdzie indziej: wspaniała zwierzyna, ale trudna. Jelenie, daniele18, bażanty, kuropatwy, nie sposób wyliczyć wszystkich rodzajów zwierzyny, od których roi się Korsyka. Jeżeli lubisz polować, jedź na Korsykę, pułkowniku; tam, jak powiadał jeden z moich gospodarzy, będziesz mógł strzelać do wszelkiego możliwego zwierza, od drozda aż do człowieka”.
Przy herbacie kapitan na nowo oczarował miss Lidię opowieścią wendetty transwersalnej19, jeszcze osobliwszą niż poprzednia, i do reszty rozpłomienił ją do Korsyki, opisując osobliwy i dziki wygląd kraju, oryginalny charakter mieszkańców, ich gościnność i pierwotne obyczaje. Wreszcie złożył u jej stóp ładny mały sztylecik, mniej godny uwagi przez swą formę i mosiężną oprawę niż przez swe pochodzenie. Słynny bandyta odstąpił sztylet kapitanowi Ellis, zaręczając, iż broń ta nurzała się w czterech ciałach ludzkich. Miss Lidia zatknęła sztylet za pasek, położyła na nocnym stoliku i wyjęła dwa razy z pochwy przed zaśnięciem. Pułkownik znów śnił, iż zabił dzikiego barana i że właściciel kazał mu zapłacić odszkodowanie, na co zgodził się bardzo chętnie, ile że było to zwierzę niezmiernie ciekawe, podobne do dzika, z rogami jelenia i ogonem bażanta.
— Ellis opowiada, że na Korsyce są cudowne polowania — rzekł pułkownik, śniadając sam na sam z córką. — Gdyby to nie było tak daleko, chętnie spędziłbym tam jakie dwa tygodnie.
— Więc cóż — odparła miss Lidia — czemuż nie mielibyśmy się wybrać na Korsykę? Gdy ty ojcze będziesz polował, ja będę rysowała; bardzo byłabym rada mieć w albumie grotę, o której opowiadał kapitan Ellis, gdzie Bonaparte chował się z książką, będąc dzieckiem.
Był to może pierwszy wypadek, iż życzenie pułkownika zyskało aprobatę córki. Ojciec, zachwycony tą niespodzianą zgodą, był na tyle przezorny, iż czynił nieco trudności dla podrażnienia szczęśliwego kaprysu miss Lidii. Próżno mówił o dzikości kraju i trudnościach podróżowania po nim dla kobiety: nie lękała się niczego; lubi nad wszystko podróżować na koniu; cieszy się z góry na nocleg w biwaku; groziła, iż wybierze się do Azji Mniejszej. Słowem, miała odpowiedź na wszystko; nigdy bowiem jeszcze żadna Angielka nie żyła na Korsyce: ergo20 ona musiała tam jechać. I co za szczęście za powrotem do Londynu pokazać swój album! „Dlaczego, my dear21, omijasz ten śliczny rysuneczek? — Och, to nic! To szkic, który zdjęłam ze sławnego korsykańskiego bandyty; służył nam za przewodnika. — Jak to! Ty byłaś na Korsyce?...”
Ponieważ nie istniały wówczas jeszcze statki parowe pomiędzy Francją a Korsyką, wywiedziano się o jakiś okręcik jadący na wyspę, którą miss Lidia postanowiła odkryć. Tegoż samego dnia pułkownik napisał do Paryża, aby odmówić czekający nań w hotelu apartament, oraz dobił targu z właścicielem korsykańskiego statku, rozwijającego właśnie żagiel do Ajaccio22. Były tam dwie niezłe kajuty. Załadowano prowianty; padrone23 zaklął się, że jeden z jego majtków, stary wyjadacz, jest cudownym kuchmistrzem; przyrzekł, że panienka będzie pomieszczona znakomicie, że będzie miała pomyślny wiatr, spokojniutkie morze...
Prócz tego, zgodnie z życzeniem córki, pułkownik postawił warunek, że kapitan nie weźmie żadnego podróżnego i że postara się objechać z bliska wybrzeża w ten sposób, by można było podziwiać widok gór.
II
W dniu przeznaczonym na odjazd wszystko od rana było zapakowane, załadowane; goeletka24 miała wyruszyć z powiewem wieczornego wiatru. W oczekiwaniu pułkownik przechadzał się wraz z córką po wybrzeżu, kiedy właściciel statku podszedł doń o pozwolenie wzięcia na pokład jednego ze swych krewnych, to znaczy stryjecznego siostrzeńca chrzestnego ojca jego starszego syna, który wracając dla pilnych spraw na Korsykę, do swego rodzinnego kraju, nie mógł znaleźć statku dla przeprawy.
— Przemiły chłopiec — dodał kapitan Matei — wojskowy, oficer pieszych strzelców gwardii, byłby już pułkownikiem, gdyby On był jeszcze cesarzem25.
— Skoro to wojskowy — rzekł pułkownik... miał dodać: „Godzę się chętnie, aby odbył z nami tę podróż...”, ale miss Lidia wykrzyknęła po angielsku:
— Oficer piechoty!... — Ponieważ ojciec jej służył w kawalerii, żywiła wzgardę dla wszelkiej innej broni. — Może człowiek bez wychowania, który będzie cierpiał na morską chorobę i zepsuje nam całą przyjemność!
Patron nie rozumiał ani słowa po angielsku, ale z wzgardliwej minki pięknych ustek odgadł niemal, co mówi miss Lidia. Rozwiódł się tedy w szerokiej pochwale swego krewniaka, a zakończył zapewniając, iż jest to człowiek bardzo przyzwoity, z rodziny „kapralów”, że w niczym nie będzie natrętny panu pułkownikowi, jako iż on, patron, obowiązuje się umieścić go w kąciku, gdzie nikt nie zauważy nawet jego obecności.
Pułkownikowi i pannie Nevil wydało się osobliwe, że istnieją na Korsyce rodziny, w których jest się kapralem z ojca na syna; ale ponieważ myśleli dobrodusznie, że chodzi tu o kaprala piechoty, wywnioskowali, iż musi to być jakiś biedaczyna, którego właściciel statku pragnie przewieźć przez miłosierdzie. Gdyby chodziło o oficera, byliby obowiązani rozmawiać, żyć z nim, ale z kapralem nie ma się co krępować, jest to istota bez znaczenia, o ile nie znajdzie się na czele swego oddziału, z najeżonymi bagnetami, gotów człowieka zaprowadzić tam, gdzie nie ma ochoty iść...
— Czy pański krewny cierpi na morską chorobę? — spytała panna Nevil sucho.
— Nigdy, proszę pani; serce twarde jak skała, na morzu i na lądzie.
— Dobrze więc, może go pan zabrać — rzekła.
— Możesz go pan zabrać — powtórzył pułkownik i dalej przechadzał się z córką.
Około piątej wieczorem kapitan Matei zaszedł po podróżnych, aby ich zaprowadzić na pokład. W porcie, w pobliżu łodzi kapitana, zastali słusznego młodego człowieka, odzianego w niebieski tużurek26 zapięty aż pod szyję, z ogorzałą cerą, okiem czarnym, żywym i ładnie oprawnym, z wejrzeniem szczerym i bystrym. Po sposobie trzymania ramion, po małym zakręconym wąsiku można było poznać wojskowego; w tej epoce bowiem nie spotykało się wąsów na każdym kroku, Gwardia Narodowa27 zaś nie wprowadziła jeszcze w każdej rodzinie stroju i obyczajów kordegardy28.
Młody człowiek, widząc pułkownika, uchylił kaszkietu i bez zakłopotania, w gładkiej formie, podziękował za grzeczność.
— Cieszę się, że mogłem ci oddać przysługę, mój chłopcze — rzekł pułkownik z przyjacielskim skinieniem głowy.
To mówiąc, wszedł do łodzi.
— Dość sobie bezceremonialny ten wasz Anglik — rzekł półgłosem po włosku młody człowiek do kapitana.
Ten przytknął palec wskazujący do lewego oka i zrobił minę. Dla kogoś, kto pojmuje mowę znaków, wyrażało to, iż Anglik rozumie po włosku i że jest oryginałem. Młody człowiek uśmiechnął się lekko, przytknął palec do czoła w odpowiedzi na znak Matea, jak gdyby dla wyrażenia, iż wszyscy Anglicy mają trochę źle w głowie; następnie usiadł obok kapitana, przyglądając się z uwagą, ale bez natręctwa towarzyszce podróży.
— Dobrze się prezentują ci francuscy żołnierze — rzekł pułkownik do córki po angielsku — toteż łatwo z nich robią oficerów.
Następnie, zwracając się po francusku do młodego człowieka:
— Powiedz mi, mój zuchu, w którym pułku służyłeś?
Zapytany trącił lekko łokciem ojca chrzestnego syna swego ciotecznego siostrzeńca i powstrzymując ironiczny uśmieszek, odpowiedział, iż służył w pieszych strzelcach gwardii, obecnie zaś opuścił 7 pułk lekkiej broni.
— Czy był pan pod Waterloo? Wyglądasz bardzo młodo.
— Owszem, panie pułkowniku, to moja jedyna kampania.
— Liczy się za dwie — rzekł pułkownik.
Młody Korsykanin przygryzł sobie wargi.
— Papo — rzekła miss Lidia po angielsku — zapytaj go, czy Korsykanie bardzo kochają swego Bonapartego?
Zanim pułkownik zaczął tłumaczyć pytanie na francuski, młody człowiek odpowiedział dość dobrą angielszczyzną, mimo że z wybitnym akcentem:
— Wiadomo pani, że nikt nie jest prorokiem w swoim kraju: tak i my, krajanie Napoleona, mniej może go kochamy niż Francuzi. Co do mnie, mimo że rodziny nasze były niegdyś w wojnie, kocham go i podziwiam.
— Pan mówisz po angielsku! — wykrzyknął pułkownik.
— Bardzo licho, jak pan mógł zauważyć.
Mimo iż nieco zgorszona tym swobodnym tonem, miss Lidia nie mogła się powstrzymać od śmiechu na myśl o osobistej nieprzyjaźni pomiędzy kapralem a cesarzem. Dało jej to jak gdyby przedsmak osobliwości Korsyki; przyrzekła sobie zanotować ten rys w swoim dzienniczku.
— Czy może pan był w Anglii jeńcem? — spytał pułkownik.
— Nie, panie pułkowniku, nauczyłem się po angielsku we Francji, bardzo młodo, od pewnego jeńca, pańskiego rodaka.
Następnie, zwracając się do mis Nevil:
— Matei wspomniał mi, że państwo wracają z Włoch. Mówi pani z pewnością czystą gwarą toskańską; obawiam się, iż pani będzie nieco trudno zrozumieć nasze narzecze.
— Moja córka rozumie wszystkie narzecza włoskie — odparł pułkownik — ma dar do języków. Nie tak jak ja.
— Czy zrozumiałaby pani na przykład ten wiersz z naszej piosenki korsykańskiej? To pasterz mówi do pasterki.
S entrassi ’ndru paradisu santu, santu,
E nun truvassi a tia, mi n’esciria29.
Miss Lidia zrozumiała i uważając, iż cytat jest nieco śmiały, a bardziej jeszcze spojrzenie, jakie mu towarzyszyło, odparła, rumieniąc się: Capisco30.
— I wraca pan do kraju za urlopem? — spytał pułkownik.
— Nie, panie pułkowniku. Spensjonowali31 mnie, prawdopodobnie dlatego, że byłem pod Waterloo i że jestem rodakiem Napoleona. Wracam do domu, lekki nadzieją, lekki monetą, jak mówi piosenka...
I westchnął, spoglądając w niebo.
Pułkownik włożył rękę do kieszeni i obracając w palcach sztukę złota, szukał w myśli jakiegoś frazesu, aby ją grzecznie wsunąć w rękę pognębionego wroga.
— I mnie także — rzekł jowialnie — spensjonowali, ale ty... ze swoją pensyjką nie masz pewno za co kupić sobie tytoniu. Masz, panie kapralu.
To mówiąc, silił się wcisnąć sztukę złota w zaciśniętą rękę, którą młody człowiek opierał się o krawędź łodzi.
Młody Korsykanin poczerwieniał, wyprostował się, zagryzł wargi i gotował się wyraźnie odpowiedzieć coś porywczo, kiedy nagle, zmieniając wyraz twarzy, wybuchnął śmiechem. Pułkownik, ze sztuką złota w ręce, patrzał nań oszołomiony.
— Pułkowniku — rzekł młody człowiek, przybierając z powrotem minę serio — pozwól sobie dać dwie rady: jedna, abyś nigdy nie ofiarowywał Korsykaninowi pieniędzy, ponieważ zdarzają się między mymi krajanami ludzie dość niegrzeczni, którzy mogliby ci je odrzucić na głowę; druga, abyś nie dawał ludziom tytułów, o które nie proszą. Nazywa mnie pan kapralem, gdy ja jestem porucznikiem. Zapewne różnica niewielka, ale...
— Porucznikiem! — wykrzyknął sir Tomasz. — Porucznikiem! Ależ kapitan statku powiedział mi, że pan jest kapralem, zarówno jak pański ojciec i wszyscy w twojej rodzinie.
Na te słowa młody człowiek, przechylając się w tył, zaczął śmiać się z całego serca i tak ochoczo, iż kapitan i dwaj majtkowie zawtórowali mu chórem.
— Przepraszam pana, panie pułkowniku, ale qui pro quo32 jest w istocie cudowne; zrozumiałem je dopiero w tej chwili. W istocie rodzina moja szczyci się, iż posiada wśród swoich przodków kaprali; ale nasi korsykańscy kaprale nie nosili nigdy galonów. Około roku pańskiego tysiąc setnego kilka gmin, zbuntowawszy się przeciw tyranii wielkich panów, obrało sobie wodzów, których nazwali „kapralami”. Na naszej wyspie uważamy sobie za zaszczyt pochodzić od tych swego rodzaju trybunów.
— Przepraszam pana! — wykrzyknął pułkownik. — Przepraszam po tysiąc razy. Skoro pan tedy33 rozumie przyczynę mej omyłki, mam nadzieję, że zechcesz ją usprawiedliwić.
To mówiąc, wyciągnął rękę do młodzieńca.
— To słuszna kara mojej zbytniej dumy, pułkowniku — rzekł młody człowiek, śmiejąc się ciągle i ściskając serdecznie rękę Anglika. — Nie mam do pana ani odrobiny żalu. Skoro więc przyjaciel Matei przedstawił mnie tak licho, pozwól pan, abym sam dopełnił tej ceremonii. Nazywam się Orso della Rebbia, porucznik na pensji; jeżeli zaś, jak to przypuszczam, widząc te piękne dwa psy, przybywa pan do Korsyki celem polowania, będzie dla mnie wielkim zaszczytem czynić panu honory naszych gór i jarów... o ile sam ich nie zapomniałem — dodał z westchnieniem.
W tej chwili łódź dobijała do goeletki. Porucznik podał rękę miss Lidii, następnie pomógł pułkownikowi wgramolić się na pokład. Tutaj sir Tomasz, wciąż bardzo markotny z powodu swej omyłki i nie wiedząc w jaki sposób zatrzeć wrażenie swej nieprzyzwoitości wobec człowieka wiodącego się z roku 1100, sam, nie czekając przyzwolenia córki, zaprosił go na wieczerzę, ponawiając usprawiedliwienia i uściski dłoni. Miss Lidia marszczyła nieco czoło, ale ostatecznie dość była rada dowiedzieć się, co to jest „kapral”; gość nie był jej niesympatyczny, zaczynała nawet dopatrywać się w nim czegoś arystokratycznego, miał jedynie minę zbyt otwartą i wesołą na bohatera romansu.
— Poruczniku della Rebbia — rzekł pułkownik, skłaniając się w stronę młodzieńca angielską modą, z kieliszkiem madery34 w dłoni — widziałem w Hiszpanii wielu pańskich ziomków; była to bajeczna piechota w tyralierce.
— Tak, wielu ich zostało w Hiszpanii — rzekł młody porucznik poważnie, z zadumą w twarzy.
— Nie zapomnę nigdy komendy jednego korsykańskiego batalionu w bitwie pod Vitorią35 — ciągnął pułkownik. — Mam też po nim pamiątkę — dodał, pocierając ręką pierś. — Cały dzień uprawiali tyralierkę rozsypani po ogrodach, ukryci za krzewami i wybili nam nie wiem ile ludzi i koni. Otrzymawszy rozkaz odwrotu, sformowali się i zaczęli umykać pędem. Na równinie spodziewaliśmy się, iż znajdziemy odwet, ale te hycle... przepraszam, poruczniku, te zuchy, powiadam, ustawili się w czworobok i nie było sposobu ich złamać. W środku czworoboku (zdaje mi się, że widzę go jeszcze!) znajdował się oficer, usadowiony na karym36 koniku; stał sobie tuż koło sztandaru, paląc spokojnie cygaro, jak gdyby w kawiarni. Niekiedy, jakby na urągowisko ich, muzyka grała nam fanfary... Puszczam na nich dwa pierwsze szwadrony... Ba! Miast37 ugryźć czworobok z samego czoła, moi dragoni38 mijają go bokiem, zataczają wstecz i wracają mocno w nieporządku, z niejednym koniem bez jeźdźca... i ciągle ta diabelska muzyka! Skoro dym, otaczający batalion, się rozproszył, ujrzałem znów oficera koło sztandaru; palił ciągle to przeklęte cygaro. Rozwścieczony, stanąłem sam na czele ostatniej szarży. Karabiny ich, zapchane sadzą od ciągłego strzelania, odmawiały posłuszeństwa, ale żołnierze ustawili się w sześciu rzędach, z bagnetem obróconym ku końskim nosom, istny mur!
Krzyczałem, zagrzewałem dragonów, pociskałem ostrogą, aby pchnąć konia naprzód, kiedy oficer, o którym mówiłem, wyjmując wreszcie z ust cygaro, wskazał mnie ręką jednemu ze swych ludzi. Usłyszałem coś niby: Al capello bianco! Miałem biały pióropusz na kasku. Nie słyszałem nic więcej, kula przeszyła mi pierś. Był to ładny batalion, panie della Rebbia, pierwszy batalion lekkiego osiemnastego pułku, sami Korsykanie, jak mi później powiedziano.
— Tak — rzekł Orso, którego oczy błyszczały podczas tego opowiadania — ochronili odwrót i wrócili ze sztandarem. Ale dwie trzecie tych zuchów śpi dzisiaj na równinie Vitorii.
— Czyżbyś pan przypadkiem znał nazwisko oficera, który dowodził nimi?
— To mój ojciec. Był wówczas majorem w osiemnastym pułku i został pułkownikiem za swoje zachowanie się w ciągu tego smutnego dnia.
— Pański ojciec! Na honor, to był kawał chwata! Miło byłoby mi go zobaczyć; poznałbym go, jestem pewny. Czy żyje jeszcze?
— Nie, pułkowniku — rzekł młody człowiek, blednąc lekko.
— Czy był pod Waterloo?
— Tak, pułkowniku, ale nie miał szczęścia zginąć na polu bitwy... Zmarł na Korsyce przed dwoma laty... Mój Boże! Jakie to morze piękne! Dziesięć lat już, jak nie widziałem Morza Śródziemnego. Czy Morze Śródziemne nie wydaje się pani piękniejsze od oceanu?
— Wydaje mi się za niebieskie i fala nie jest zbyt duża.
— Lubi pani dzikie piękności? W takim razie sądzę, że Korsyka spodoba się pani.
— Córka moja — rzekł pułkownik — lubi wszystko, co nadzwyczajne; dlatego też Włochy nie podobały się jej wcale.
— Znam z Włoch — rzekł Orso — jedynie Pizę, gdzie przebywałem jakiś czas w kolegium, ale nie mogę bez podziwu myśleć o Campo Santo39, o katedrze, o pochyłej wieży... zwłaszcza o Campo Santo. Przypomina pani sobie Śmierć d’Orcagna40... Zdaje mi się, że mógłbym ją narysować, tak się wyryła w mojej pamięci.
Miss Lidia zlękła się, aby porucznik nie zapuścił się w jakąś entuzjastyczną tyradę.
— Tak, bardzo ładne — rzekła, ziewając. — Przepraszam cię, ojcze, głowa mnie trochę boli, pozwolisz, że zejdę do kajuty.
Ucałowała ojca w czoło, skinęła majestatycznie głową Orsowi i znikła. Wówczas dwaj mężczyźni zapuścili się w gawędę o wojnie i polowaniu.
Dowiedzieli się z rozmowy, iż pod Waterloo znaleźli się naprzeciw siebie i że musieli wymienić sporo kul. Sympatia ich wzajemna zdwoiła się od tego odkrycia. Kolejno skrytykowali Napoleona, Wellingtona i Blüchera41, po czym zapolowali wspólnie na daniela, dzika i dzikiego barana. Wreszcie, ponieważ noc była już późna, a ostatnia butelka bordeaux próżna, pułkownik ścisnął raz jeszcze rękę porucznika i życzył mu dobrej nocy, wyrażając nadzieję dalszego ciągu rozpoczętej w tak ucieszny sposób znajomości. Rozstali się i każdy udał się na spoczynek.
III
Noc była piękna, księżyc igrał po falach, statek płynął łagodnie, pędzony lekkim wiatrem. Miss Lidia nie miała ochoty spać; jedynie obecność profana nie pozwoliła jej smakować wzruszeń, jakich na morzu i w czas pełni doświadcza wszelka ludzka istota, o ile ma bodaj źdźbło poezji w sercu. Skoro osądziła, że młody porucznik musi już spać snem sprawiedliwego, jak przystało na tak prozaiczne indywiduum, wstała, wzięła futro, zbudziła pokojową i wyszła na pokład. Nie było nikogo prócz jednego majtka; stał przy sterze i śpiewał jakąś żałosną lamentację w korsykańskim narzeczu na dziką i jednostajną nutę. Wśród ciszy nocnej ta osobliwa muzyka miała swój urok. Na szczęście miss Lidia nie rozumiała dokładnie słów piosenki. Wśród wielu ogólników jakiś energiczny wiersz poruszył żywo jej ciekawość, ale niebawem, w najpiękniejszym momencie, przychodził znowu szereg słów w dialekcie, których znaczenie się jej umykało. Zrozumiała wszakże, iż chodzi o jakiś mord. Przekleństwa na morderców, groźby zemsty, pochwała zmarłego, wszystko tam było bez ładu pomieszane. Zapamiętała kilka wierszy; spróbuję je przetłumaczyć:
„...Ani działa, ani bagnety — nie powlekły bladością jego czoła — pogodnego na polu bitwy — jak niebo letnie. — Był to sokół, przyjaciel orła — miód słodki dla przyjaciół — dla nieprzyjaciół rozwścieczone morze. — Pyszniejszy niż słońce — łaskawszy niż księżyc. — Jego, któremu wrogowie Francji — nigdy nie dotrzymali kroku — mordercy z własnej ziemi — ugodzili z tyłu. — Nigdy nie śmieliby spojrzeć mu w twarz. — ...Powieście na ścianie nad łóżkiem — mój krzyż zasługi, sprawiedliwie zdobyty. — Czerwona przy nim wstążeczka. — Czerwieńsza moja koszula. — Dla syna mego, syna mego w dalekiej ziemi — zachowajcie mój krzyż i krwawą koszulę. — Ujrzy w niej dwie dziury. — Za każdą dziurę dziura w innej koszuli. — Ale czy wówczas dopełni się zemsta? — Trzeba mi, aby ręka, która pociągnęła cyngiel — oko które wzięło na cel — serce, które zamyśliło...”
— Czemu nie śpiewasz dalej, przyjacielu? — spytała się miss Nevil.
Ruchem głowy majtek ukazał jej twarz, wychylającą się z przepierzenia: był to Orso, który wyszedł rozkoszować się blaskiem księżyca.
— Skończcież piosenkę — rzekła miss Lidia — bardzo mi się podobała.
Majtek nachylił się ku niej i rzekł bardzo cicho:
— Nie chcę zadawać rimbecco nikomu.
— Jak to? Rim...?
Majtek, nie odpowiadając, zaczął gwizdać.
— Zeszedłem panią na tym, że jednak zachwyca się pani Morzem Śródziemnym, miss Nevil — rzekł Orso, zbliżając się. — Niech pani przyzna, że nie widuje się gdzie indziej takiego księżyca.
— Nie patrzałam nań. Byłam cała pochłonięta studiami nad korsykańskim morzem. Ten majtek, który śpiewał żałobną pieśń o niewymownym tragizmie, przerwał nagle w najpiękniejszym miejscu.
Majtek pochylił się, jak gdyby dla lepszego odczytania busoli, i pociągnął silnie miss Nevil za futro. Jasne było, iż pieśni tej nie można śpiewać w obecności porucznika Orso.
— Cóżeś ty śpiewał, Paolo France? — rzekł Orso. — Balladę czy vocero42? Panienka zrozumiała i pragnęłaby usłyszeć koniec.
— Zapomniałem, Ors’ Anton’ — rzekł majtek.
I natychmiast rozpoczął na cały głos śpiewać kantyczkę43 do Najświętszej Panny.
Miss Lidia słuchała kantyczki z roztargnieniem i nie nalegała więcej, przyrzekając sobie wszakże zdobyć później słowo zagadki44. Ale pokojówka, która będąc z Florencji, mało co lepiej od pani rozumiała dialekt korsykański, również była ciekawa się pouczyć; zwracając się tedy do Orsa, zanim miss Lidia zdołała ją trącić łokciem, rzekła:
— Panie kapitanie, co znaczy zadać komuś rimbecco45?
— Rimbecco! — rzekł Orso. — Ależ to znaczy wyrządzić Korsykaninowi najkrwawszą zniewagę: znaczy zarzucić mu, że się nie pomścił. Kto wspomniał paniom o rimbecco?
— To wczoraj, w Marsylii — odparła miss Lidia skwapliwie — właściciel statku użył tego słowa.
— I o kim mówił? — spytał żywo Orso.
— Och! Opowiadał nam starą historię... z czasów... tak, zdaje mi się, że chodziło o Vanninę d’Ornano46.
— Śmierć Vanniny, jak przypuszczam, nie musiała pani natchnąć zbytnią sympatią dla naszego bohatera, dzielnego Sampiero?
— A panu czy się to wydaje bardzo heroiczne?
— Zbrodnia jego ma za usprawiedliwienie dzikie obyczaje epoki. Przy tym Sampiero prowadził wojnę na śmierć i życie z Genueńczykami. Jakąż ufność mogliby mieć doń rodacy, gdyby nie ukarał tej, która się starała porozumiewać z Genuą?
— Vannina — rzekł majtek — wydaliła47 się bez pozwolenia męża; Sampiero dobrze zrobił, że jej skręcił szyję.
— Ale — rzekła miss Lidia — wszakże to, aby ocalić męża, przez miłość dla niego, poszła prosić dlań łaski u Genueńczyków.
— Prosić dlań łaski znaczyło zhańbić go! — wykrzyknął Orso.
— Ale zabić ją własnymi rękami! — ciągnęła miss Nevil. — Cóż to musiał być za potwór!
— Wiadomo pani, iż błagała go jako o łaskę, aby mogła zginąć z jego ręki. Czy Otella48 uważa pani także za potwora?
— Cóż za różnica! To był człowiek zazdrosny; Sampiero był tylko próżny.
— A zazdrość czy to również nie jest próżność? To próżność miłości; tę usprawiedliwia pani może ze względu na pobudkę.
Miss Lidia obrzuciła młodego człowieka pełnym godności spojrzeniem i zwracając się do majtka, spytała, kiedy statek zawinie do portu.
— Pojutrze — rzekł — jeżeli będziemy mieli ciągle wiatr.
— Chciałabym już znaleźć się w Ajaccio, męczy mnie ten statek.
Podniosła się, ujęła ramię panny służącej i przeszła parę kroków po pomoście. Orso stał nieruchomo koło steru, nie wiedząc, czy jej towarzyszyć w przechadzce, czy też przerwać rozmowę, która zdawała się pannie niemiła.
— Ładna dziewczyna, na krew Madonny! — rzekł majtek. — Gdyby wszystkie pchły w moim łóżku były do niej podobne, nie narzekałbym, że mnie kąsają!
Miss Lidia dosłyszała może tę naiwną pochwałę i uczuła się zgorszona, rychło bowiem zeszła do kajuty. Wkrótce potem Orso udał się również do siebie. Skoro tylko opuścił pokład, panna służąca wróciła jeszcze i podjąwszy szczegółowy wywiad z majtkiem, przyniosła swej pani następujące objaśnienia: ballatę, przerwaną obecnością Orsa, ułożono z przyczyny śmierci pułkownika della Rebbia, ojca porucznika, zamordowanego przed dwoma laty. Majtek nie wątpił, iż Orso wraca na Korsykę, aby dopełnić zemsty, i twierdził, iż niebawem ujrzy „świeże mięso” w wiosce Pietranera. Z wykładu tego narodowego wyrażenia wynikałoby, iż pan Orso zamierza zamordować dwie lub trzy osoby podejrzane o morderstwo, które to osoby, co prawda, były niepokojone przez sądy o ten postępek, ale okazały się białe jak śnieg, zważywszy, iż mają w kieszeni sędziów, adwokatów, prefekta i żandarmów.
— Nie ma sprawiedliwości w Korsyce — dodał majtek. — Więcej ufałbym dobrej strzelbie niż wszystkim rajcom królewskiego trybunału. Kiedy się ma wroga, trzeba wybierać między trzema „S”49.
Te zajmujące wyjaśnienia odmieniły w wybitny sposób obejście i usposobienie miss Lidii odnośnie do porucznika della Rebbia. Od tej chwili stał się on w oczach romantycznej Angielki osobistością. Obecnie ta niefrasobliwa mina, ta szczerość i dobry humor, które ją zrazu uprzedziły nieprzychylnie, stawały się dla niej jedną więcej zaletą; widziała w nich głęboką zdolność panowania nad sobą energicznej duszy, która nie pozwala przedrzeć się na zewnątrz żadnemu z uczuć, jakie w sobie zamyka. Orso wydał się jej nowym Fieskiem50, ukrywającym pod pozorami lekkości doniosłe zamiary; a mimo że mniej jest piękne zabić paru hultajów niż oswobodzić ojczyznę, bądź co bądź zemsta jest piękna; zresztą kobiety wolą, aby bohater nie był tak zupełnie pochłonięty polityką. Wówczas dopiero miss Nevil zauważyła, że porucznik ma bardzo duże oczy, białe zęby, piękną postawę, że zdradza dobre wychowanie i niejakie obycie. Następnego dnia zwracała się doń dość często i rozmowa z nim zajęła ją. Wypytywała obszernie o kraj, o którym mówił nader interesująco. Korsyka, którą opuścił bardzo młodo, najpierw, aby się udać do kolegium, następnie do szkoły wojskowej, przechowała się w jego wspomnieniu ozdobiona poetycznymi barwami. Ożywiał się, mówiąc o górach, lasach, o oryginalnych zwyczajach mieszkańców. Jak można się domyślać, słowo „zemsta” nastręczyło się wiele razy w tych opowiadaniach, niepodobna bowiem mówić o Korsykanach, aby nie atakować lub nie usprawiedliwiać tej ich przysłowiowej namiętności. Orso zadziwił nieco miss Nevil, potępiając w ogólnym sposobie nieskończone nienawiści swoich ziomków. Bądź co bądź u chłopów starał się je usprawiedliwić; twierdził, iż vendetta51 jest to pojedynek ubogich. „To jest tak dalece prawdą — mówił — iż nikt nie zamorduje wroga, nie wyzwawszy go wprzódy wedle reguł. »Strzeż się, ja się strzegę« oto sakramentalne słowa, jakie wymieniają dwaj nieprzyjaciele, nim poczną zastawiać na siebie pułapki. Jest u nas więcej morderstw niż gdzie indziej — dodał — ale nigdy nie znajdzie pani nikczemnej pobudki zbrodni. Mamy, to prawda, wielu morderców, ale ani jednego złodzieja”.
Kiedy porucznik wymawiał te słowa „zemsta” i „mord”, miss Lidia patrzyła nań uważnie, ale nie zdołała wyczytać na jego twarzy najmniejszego śladu wzruszenia. Ponieważ osądziła, iż posiada siłę duszy potrzebną, aby się stać nieprzeniknionym dla wszystkich oczu, z wyjątkiem, oczywiście, jej własnych, wierzyła niezłomnie nadal, iż cienie pułkownika della Rebbia niedługo będą czekały upragnionego zadośćuczynienia.
Już oczom podróżnych rysowały się wybrzeża Korsyki. Kapitan nazywał główne punkty wybrzeża; mimo że były one miss Lidii zupełnie obce, znajdowała przyjemność w tym, aby znać ich imiona. Nie ma nic nudniejszego niż pejzaż bezimienny. Niekiedy luneta pułkownika pozwalała dostrzec jakiegoś wyspiarza, odzianego w brunatną gunię52, zbrojnego w długą fuzję, galopującego na małym koniku po stromych zboczach. Miss Lidia w każdym chciała się dopatrzyć bandyty albo też syna śpieszącego pomścić ojca; ale Orso upewniał, że to jakiś spokojny obywatel sąsiedniego miasteczka podróżujący w interesach, że nosi fuzję nie tyle z potrzeby, ile przez elegancję, dla mody, tak jak dandys53 nie ruszy się z domu bez wytwornej laseczki. Mimo że fuzja jest bronią mniej szlachetną i mniej poetyczną niż sztylet, miss Lidia uważała, iż dla mężczyzny jest to sprzęt wykwintniejszy niż laska; przypomniała sobie, że wszyscy bohaterowie lorda Byrona giną od kuli, a nie od klasycznego puginału54.
Po trzech dniach żeglugi podróżni znaleźli się naprzeciw Sangwinariów55: wspaniała panorama zatoki Ajaccio roztoczyła się ich oczom. Słusznie porównują ją z Zatoką Neapolitańską; w chwili gdy goeletka wpływała do portu, lesiste wzgórze, stojące całe w ogniu i okrywające dymem la Punta di Girato, przypominało Wezuwiusz, przydając tym podobieństwa. Aby to podobieństwo było zupełne, trzeba by, aby hordy Attyli56 rzuciły się na okolice Neapolu; wszystko bowiem w pobliżu Ajaccio jest wymarłe i opustoszałe. Zamiast wykwintnych budowli, jakie nastręczają się oku od Castellamare57 aż do Miseny58, widzi się dokoła zatoki Ajaccio jedynie ciemne lesiste regle59, a za nimi nagie góry. Ani jednej willi, ani jednego domu. Jedynie tu i ówdzie na wzgórzach dokoła miasta kilka białych budynków odrzyna się pojedynczo na tle zieloności; to kaplice cmentarne, rodzinne groby. Wszystko w tym krajobrazie piękne jest poważną i smutną pięknością.
Wygląd miasta, zwłaszcza w tej epoce, pomnażał jeszcze to wrażenie pustki. Żadnego ruchu na ulicach, gdzie spotyka się jedynie kilku bezczynnych osobników, zawsze tych samych. Żadnych kobiet prócz wieśniaczek, przybywających sprzedać swe produkty. Nie słyszy się głośnej rozmowy, śmiechu, śpiewu, tak znamiennych dla włoskich miasteczek. Niekiedy w cieniu drzew na placyku kilku uzbrojonych wieśniaków gra w karty lub przygląda się grze. Nie krzyczą, nie kłócą się nigdy; jeśli gra stanie się zbyt gorąca, wówczas słyszy się strzały pistoletu, które zawsze wyprzedzają groźbę. Korsykanin jest z natury poważny i milczący. Wieczorem pojawia się kilka postaci, aby napawać się chłodem, ale ci przechadzający się to prawie wszystko cudzoziemcy. Wyspiarze stoją przed drzwiami domów; każdy zdaje się czuwać na straży niby sokół u swego gniazda.
IV
Odwiedziwszy dom, w którym urodził się Napoleon, zdobywszy sobie, za pomocą mniej lub więcej dozwolonych środków, nieco papieru z obicia60, miss Lidia, w dwa dni po wylądowaniu na Korsyce, pogrążyła się w uczuciu głębokiego smutku; jest to nieuchronne dla każdego cudzoziemca, kiedy znajdzie się w kraju, którego nietowarzyskie obyczaje skazują go na zupełną samotność. Zaczęła żałować swego szaleństwa, ale wyjechać natychmiast, znaczyłoby narazić na szwank reputację nieustraszonej podróżniczki; miss Lidia zdecydowała się tedy na cierpliwość i na zabijanie czasu jak się da. W tym szlachetnym postanowieniu przygotowała farby i ołówki, naszkicowała parę widoków zatoki i zrobiła portret ogorzałego wieśniaka, który sprzedawał najspokojniej w świecie melony, ale który miał siwą brodę i minę najdzikszego opryszka pod słońcem. Gdy wszystko to nie wystarczyło, aby ją rozerwać, postanowiła zawrócić w głowie potomkowi „kaprali”; rzecz zaś nie była trudna, ponieważ, zgoła nie spiesząc się do rodzinnej wioski, Orso jak gdyby podobał sobie61 w Ajaccio, mimo że nie znał tam nikogo. Zresztą miss Lidia postawiła sobie szlachetne zadanie: mianowicie ucywilizować tego górskiego niedźwiedzia i kazać mu zapomnieć o posępnych zamiarach, które go sprowadziły na wyspę. Od czasu jak sobie zadała trud przyjrzenia mu się bliżej, powiedziała sobie, iż szkoda byłoby pozwolić temu młodemu człowiekowi pędzić ku zgubie, dla niej zaś byłoby chlubą nawrócić Korsykanina.
Dni naszych podróżników upływały jak następuje: rano pułkownik i Orso szli na polowanie, miss Lidia rysowała lub pisała do przyjaciółek, aby móc datować listy z Ajaccio; około szóstej panowie wracali obładowani zwierzyną; po obiedzie miss Lidia śpiewała, pułkownik zasypiał, młodzi zaś gawędzili do późna.
Nie wiem, co za formalności paszportowe zmusiły pułkownika Nevil do złożenia wizyty prefektowi62. Dygnitarz ten, który nudził się mocno, podobnie jak większość jego kolegów, z radością dowiedział się o pobycie Anglika, bogatego, z dobrego towarzystwa i ojca pięknej córki, toteż przyjął go najuprzejmiej i zasypał ofiarami usług; co więcej, w parę dni pośpieszył oddać wizytę. Pułkownik, który właśnie wstał od stołu, leżał wygodnie na sofie, gotując się do drzemki; córka śpiewała przy rozklekotanym pianinie, Orso obracał kartki i patrzał na ramiona i włosy blond artystki. Oznajmiono pana prefekta; pianino zamilkło, pułkownik podniósł się, przetarł oczy i przedstawił go córce:
— Nie przedstawiam panu prefektowi porucznika della Rebbia, ponieważ zna go pan zapewne?
— Pan jest synem pułkownika della Rebbia? — spytał prefekt lekko zakłopotanym tonem.
— Tak panie — odparł Orso.
— Miałem zaszczyt znać szanownego ojca.
Zdawkowe formułki wyczerpały się niebawem. Pułkownik mimo woli ziewał dość często; Orso, w charakterze liberała, nie chciał się odzywać do satelity władzy; miss Lidia sama podtrzymywała rozmowę. Ze swej strony prefekt gorliwie dotrzymywał jej towarzystwa; widać było, iż sprawia mu żywą przyjemność mówić o Paryżu i jego rozrywkach z osobą, która zna wszystkie znakomitości europejskiego towarzystwa. Od czasu do czasu, nie przerywając rozmowy, przyglądał się młodemu porucznikowi z osobliwą ciekawością.
— Czy państwo poznali we Francji pana della Rebbia? — spytał prefekt miss Lidii.
Miss Lidia odparła z odcieniem zmieszania, że zawarła tę znajomość na statku, który ich przywiózł na Korsykę.
— To młody człowiek bardzo na miejscu — rzekł prefekt półgłosem. — I czy wspominał pani — dodał jeszcze ciszej — w jakich zamiarach wraca na Korsykę?
Mis Lidia przybrała majestatyczną postawę.
— Nie pytałam go o to — rzekła — może pan sam zapytać.
Prefekt zamilkł, ale w chwilę potem, słysząc, iż Orso zwrócił się do pułkownika z kilkoma słowy63 w języku angielskim, rzekł:
— Wiele pan podróżował, jak widzę. Musiałeś zapomnieć Korsykę... i jej zwyczaje...
— To prawda, byłem bardzo młody, kiedym ją opuścił.
— Należy pan zawsze do armii?
— Spensjonowano mnie, panie prefekcie.
— Zbyt długo był pan w wojsku francuskim, aby nie stać się zupełnym Francuzem, nie wątpię o tym, drogi panie.
Prefekt wymówił te ostatnie słowa z uroczystym naciskiem.
Nie jest to dla Korsykan zbytnim komplementem, kiedy im ktoś przypomina, że należą do Wielkiego Narodu. Chcą być narodem dla siebie, a pretensję tę usprawiedliwiają dość dobrze, aby im ją można było przyznać. Orso, nieco dotknięty, odparł:
— Czy myśli pan, panie prefekcie, iż aby być człowiekiem honoru, Korsykanin potrzebuje służyć w armii francuskiej?
— Z pewnością nie — odparł prefekt — nie to bynajmniej miałem na myśli. Mówię jedynie o pewnych obyczajach, z których nie wszystkie są takie, jakich mógłby pragnąć zarządca tego kraju.
Prefekt położył nacisk na słowie „obyczaje” i nadał swemu obliczu wyraz największej powagi, na jaki mogło się ono zdobyć. Wkrótce potem podniósł się z miejsca i pożegnał, unosząc przyrzeczenie, że miss Lidia raczy odwiedzić żonę jego w prefekturze.
Po jego odejściu miss Lidia rzekła:
— Trzeba mi było wybrać się aż na Korsykę, aby się dowiedzieć, co to „prefekt”. Ten wydaje się wcale miły.
— Co do mnie — odparł Orso — nie mogę tego powiedzieć; wydał mi się dość szczególny ze swoją uroczystą i tajemniczą miną.
Pułkownik utonął już w drzemce zbliżonej do prawidłowego snu; miss Lidia rzuciła okiem w jego stronę i rzekła, zniżając głos:
— A ja uważam, że on nie jest tak tajemniczy, jak pan utrzymuje, mam bowiem wrażenie, żem go zrozumiała.
— Jest pani niewątpliwie bardzo przenikliwa, miss Nevil, ale jeżeli pani dopatrzyła się jakiejś głębi w tym, co on tu powiadał, musiała pani chyba włożyć w to dużo dobrej woli.
— Hm... nie sądzę, ale... panie della Rebbia, chce pan, bym panu dała dowód mej przenikliwości? Jestem po trosze znachorką: wystarczy mi widzieć kogoś parę razy, aby znać jego myśli.
— Mój Boże! Przeraża mnie pani. Jeżeli pani umie czytać w moich myślach, nie wiem, czy powinienem być z tego rad, czy zmartwiony.
— Panie della Rebbia — ciągnęła miss Lidia, rumieniąc się — znamy się dopiero od kilku dni, ale na morzu i w barbarzyńskich krajach — daruje mi pan, mam nadzieję... — zatem, w barbarzyńskich krajach przyjaźń zawiera się szybciej niż na posadzce salonów... Nie zdziwi się pan zatem, jeśli ośmielę się mówić do pana jak przyjaciółka, o rzeczach nazbyt może osobistych, do których ktoś obcy nie powinien się mieszać.
— Och, niech pani nie używa tego słowa, miss Nevil; tamto było mi o wiele sympatyczniejsze.
— Dobrze więc! Zatem, winnam panu powiedzieć, że nie starając się przeniknąć pańskich tajemnic, mimo woli poznałam je, po części, i że są w nich rzeczy, które mnie martwią. Wiadome mi jest nieszczęście, które dotknęło pańską rodzinę; mówiono mi wiele o mściwym charakterze pańskich ziomków i ich sposobie szukania pomsty... Czy nie do tego prefekt czynił aluzję?
— Jak to, pani, miss Lidio, może myśleć!... — To mówiąc, Orso pobladł jak śmierć.
— Nie, panie della Rebbia — przerwała — wiem, że pan jest gentlemanem i człowiekiem honoru. Powiedział mi pan sam, że w pańskim kraju już tylko prosty lud uznaje vendettę... którą podoba się panu nazywać formą pojedynku...
— Czy sądzi pani, że byłbym kiedykolwiek zdolny stać się mordercą?
— Skoro mówię z panem o tym, panie Orso, powinieneś rozumieć, że nie wątpię o panu. Jeżeli poruszyłam ten przedmiot, to dlatego, iż wyobrażałam sobie, że za powrotem do kraju, otoczony może barbarzyńskimi przesądami, będzie pan rad wiedzieć, że jest ktoś, kto pana szanuje za siłę, z jaką umiesz się im oprzeć. No — rzekła, podnosząc się z miejsca — nie mówmy już o tych brzydkich rzeczach; przyprawiają mnie o ból głowy, a zresztą jest bardzo późno. Nie ma pan do mnie urazy? Dobranoc, po angielsku. — To mówiąc, podała mu rękę.
Orso uścisnął dłoń z poważną i skupioną twarzą.
— Pani — rzekł — czy pani wie, że bywają chwile, w których instynkt mojej ziemi budzi się we mnie? Czasami, kiedy wspomnę o biednym ojcu... wówczas oblegają mnie okropne myśli. Dzięki pani jestem od nich na zawsze wyzwolony. Dziękuję, dziękuję!
Chciał mówić dalej, ale miss Lidia upuściła łyżeczkę i hałas obudził pułkownika.
— Della Rebbia, jutro o piątej, na łowy! Bądź punktualny.
— Wedle rozkazu, pułkowniku.
V
Nazajutrz, na chwilę przed powrotem myśliwych, miss Nevil, wracając z przechadzki nad morzem, zbliżyła się do gospody z panną służącą, kiedy zauważyła młodą kobietę, czarno ubraną, siedzącą na niedużym, ale silnym koniku i właśnie wjeżdżającą do miasta. W ślad za nią jechał człowiek o typie wieśniaka, również konno, w kubraku z brunatnego sukna, dziurawym na łokciach, z bukłaczkiem przewieszonym przez ramię, z pistoletem u pasa; w ręce fuzja, której kolba tkwiła w skórzanej kieszeni, przymocowanej do łęku, słowem, w kompletnym rynsztunku opryszka z melodramatu lub mieszczanina korsykańskiego w podróży. Uderzająca piękność kobiety ściągnęła od pierwszego spojrzenia uwagę miss Nevil. Wyglądała na jakie dwadzieścia lat. Była słusznego wzrostu, biała, o ciemnoniebieskich oczach, różowej twarzy, zębach lśniących jak emalia. Na twarzy jej malowała się duma, niepokój i smutek. Na głowie miała welon z czarnego jedwabiu, zwany mezzaro, który Genueńczycy wprowadzili do Korsyki, a w którym tak jest do twarzy kobietom. Długie kasztanowate warkocze tworzyły jak gdyby turban dokoła głowy. Strój był schludny, ale nadzwyczaj prosty.
Miss Nevil miała czas napatrzyć się jej do woli, dama z mezzaro bowiem zatrzymała się na ulicy, wypytując kogoś z wielkim zainteresowaniem, jak można było wnosić z wyrazu oczu; następnie, otrzymawszy żądane wyjaśnienia, zacięła wierzchowca i ruszywszy ostrym kłusem, zatrzymała się aż przy bramie hotelu, gdzie mieszkali sir Tomasz Nevil i Orso. Tam, zamieniwszy kilka słów z gospodarzem, młoda kobieta zeskoczyła lekko i siadła na kamiennej ławce tuż przy drzwiach wchodowych64, podczas gdy giermek jej odprowadzał konie do stajni. Miss Lidia przeszła w swoim paryskim kostiumie tuż obok nieznajomej, nie ściągnąwszy na siebie jej spojrzenia. W kwadrans później, otwierając okno, ujrzała jeszcze damę w mezzaro, siedzącą w tym samym miejscu i w tej samej pozycji. Niebawem pojawili się pułkownik i Orso, wracający z polowania. Wówczas gospodarz rzucił kilka słów panience w żałobie i wskazał palcem młodego della Rebbia. Zarumieniła się, podniosła żywo, postąpiła kilka kroków i zatrzymała się nieruchomo jak gdyby zdumiona. Orso stał też naprzeciw niej, przyglądając się z zaciekawieniem.
— Czy wy jesteście — rzekła wzruszonym głosem — Orso Antonio della Rebbia? Ja jestem Kolomba.
— Kolomba! — wykrzyknął Orso.
I biorąc ją w ramiona, uścisnął ją czule, co zdziwiło nieco pułkownika i jego córkę, jako że w Anglii nie ma zwyczaju ściskać się na ulicy.
— Bracie — rzekła Kolomba — daruj, że przybyłam bez twego rozkazu, ale dowiedziałam się od przyjaciół, żeś wrócił i było to dla mnie tak wielką pociechą ujrzeć cię...
Orso uścisnął ją jeszcze raz; następnie, zwracając się do pułkownika:
— To moja siostra — rzekł. — Nigdy nie byłbym jej poznał, gdyby się sama nie nazwała. Kolombo, pułkownik sir Tomasz Nevil. Pułkowniku, zechcesz mi darować, ale nie będę miał zaszczytu obiadować z panem dzisiaj... Siostra...
— Ech, gdzież tedy, u diabła, chcesz jeść obiad, mój drogi? — wykrzyknął pułkownik. — Wiesz dobrze, że jest tylko jeden stół w tej przeklętej oberży i że zatrzymano go dla nas. Siostra pańska zrobi wielką przyjemność mojej córce, jeśli przyjmie nasze towarzystwo.
Kolomba spojrzała na brata, który nie dał się zbytnio prosić i wszyscy razem weszli do największej sali w oberży, która służyła pułkownikowi za salon i jadalnię. Panna della Rebbia, którą Orso przedstawił miss Nevil, złożyła głęboki ukłon, ale nie rzekła ni słowa. Widać było, że jest bardzo spłoszona i że może po raz pierwszy w życiu znajduje się w obecności dystyngowanych cudzoziemców. Mimo to w obejściu jej nie było nic, co by trąciło prowincją. Oryginalność ratowała u niej nieobycie. Przez to właśnie spodobała się miss Lidii, że zaś nie było w hotelu innego pokoju prócz tych, które zajął pułkownik i jego towarzystwo, miss Nevil posunęła uprzejmość lub ciekawość do tego stopnia, iż kazała ustawić łóżko panny della Rebbia we własnym pokoju.
Kolomba wyjąkała parę słów podziękowania i pospieszyła natychmiast za pokojówką miss Lidii, celem dokonania drobnych starań toaletowych, niezbędnych po konnej podróży w kurz i słońce.
Wracając do salonu, zatrzymała się przed fuzjami pułkownika, które myśliwcy złożyli w kącie.
— Ładna broń! — rzekła. — Czy to twoja, bracie?
— Nie, to angielskie fuzje pułkownika. Są równie dobre jak piękne.
— Chciałabym bardzo — rzekła Kolomba — abyś i ty miał podobną.
— Oczywiście, że jedna z tych trzech należy do della Rebbii — wykrzyknął pułkownik. — Zanadto dobrze się nimi posługuje. Dzisiaj czternaście strzałów, czternaście sztuk zwierzyny.
Natychmiast wszczął się pojedynek na szlachetność, z którego Orso wyszedł zwyciężony, ku wielkiemu zadowoleniu siostry, co łatwo można było poznać z wyrazu dziecinnej radości, jaki błysnął na jej twarzy, przed chwilą tak poważnej.
— Wybieraj, drogi chłopcze.
Orso wzbraniał się.
— Dobrze więc, niech siostrzyczka wybierze za pana.
Kolomba nie dała sobie dwa razy powtarzać: wzięła fuzję najmniej strojną, ale był to znakomity manton65 dużego kalibru.
— Ta — rzekła — musi dobrze nieść kule.
Zakłopotany brat rozwodził się w podziękowaniach, kiedy bardzo w porę zjawił się obiad i przeciął sytuację. Miss Lidia spostrzegła z zachwytem, iż Kolomba, która wzdragała się nieco siąść do stołu i ustąpiła jedynie pod spojrzeniem brata, uczyniła, jak dobra katoliczka, znak krzyża, nim się wzięła do jedzenia.
„Brawo! — pomyślała. — To coś prymitywnego”.
I obiecywała sobie zebrać niejedną interesującą obserwację w towarzystwie tej młodej reprezentantki starych obyczajów Korsyki. Co do Orsa, czuł się widocznie trochę nieswojo, niewątpliwie z obawy, aby siostra nie powiedziała lub nie uczyniła czegoś, co by zanadto trąciło zapadłą wioską. Ale Kolomba przyglądała mu się bezustannie i we wszystkim, co robiła, naśladowała brata. Czasami wlepiała w niego baczny wzrok, ze szczególnym wyrazem smutku; wówczas, jeśli oczy Orsa spotkały się z jej oczyma, on pierwszy odwracał spojrzenie, jak gdyby chciał uniknąć zapytania, które siostra zwracała doń w myśli, a które rozumiał zbyt dobrze. Mówiono po francusku, gdyż pułkownik wysławiał się bardzo ciężko po włosku. Kolomba rozumiała francuski język; wymawiała nawet wcale nieźle tych niewiele słów, które była zmuszona wymienić z gospodarstwem66.
Po obiedzie pułkownik, który zauważył pewne skrępowanie między bratem a siostrą, zapytał, ze zwykłą szczerością, Orsa, czy nie pragnie pomówić sam na sam z panną Kolombą, ofiarując się w takim razie przejść wraz z córką do sąsiedniej sali. Ale Orso podziękował skwapliwie, mówiąc, iż będą mieli dość czasu nagadać się w Pietranera. Była to nazwa wioski, która miała służyć mu za rezydencję.
Pułkownik zajął tedy zwyczajne miejsce na sofie, miss Nevil zaś, spróbowawszy rozmaitych przedmiotów rozmowy i zwątpiwszy, aby zdołała rozgadać piękną Kolombę, poprosiła Orsa, by jej przeczytał coś z Dantego67: był to jej ulubiony poeta. Orso wybrał ową pieśń z Piekła, w której znajduje się epizod Franceski z Rimini68, i zaczął czytać, akcentując, jak umiał najlepiej, cudowne tercyny69, które tak dobrze wyrażają niebezpieczeństwo czytania we dwoje miłosnej książki. W miarę jak czytał, Kolomba zbliżała się do stołu, podnosiła głowę, poprzednio spuszczoną; źrenice jej, rozszerzone, błyszczały dziwnym ogniem; czerwieniała i bladła na przemian, poruszała się konwulsyjnie na krześle. Cudowna dusza włoska, która dla zrozumienia poety nie potrzebuje, aby bakałarz70 wskazywał jej piękności!
Skoro ukończono czytanie, krzyknęła:
— Jakie to piękne! Kto to napisał, bracie?
Orso zmieszał się nieco, miss Lidia zaś odparła z uśmiechem, że to poeta florentyński, zmarły przed kilku wiekami71.
— Będziemy czytali Dantego — rzekł Orso — skoro znajdziemy się w Pietranera.
— Bracie! Jakie to piękne! — powtarzała Kolomba; i zaczęła recytować kilka tercyn, które zapamiętała, zrazu półgłosem, następnie, ożywiając się, oddeklamowała je głośno, z większym wyrazem niż brat włożył go w czytanie.
Miss Lidia zdziwiła się.
— Widzę, że pani bardzo kocha poezję — rzekła. — Jakże zazdroszczę pani rozkoszy, iż będziesz mogła czytać Dantego jako nową książkę!
— Widzi pani, miss Nevil — rzekł Orso — jaką potęgę mają wiersze Dantego, jeśli mogą tak wzruszyć tę małą dzikuskę, znającą tylko swój Ojcze nasz... Ale mylę się: przypominam sobie, że Kolomba należy do cechu. Dzieckiem72 jeszcze, bawiła się układaniem wierszy i ojciec pisał mi, że jest największą voceratrice73 na całą Pietranera i dwie mile wkoło.
Kolomba rzuciła bratu błagalne spojrzenie. Miss Nevil wiedziała ze słyszenia o korsykańskich improwizatorkach i umierała z ochoty, aby którą posłyszeć. Jakoż zaczęła prosić Kolomby, aby jej dała próbkę swego talentu. Wówczas Orso sprzeciwił się, bardzo nierad, że tak nie w porę przypomniał sobie talenty poetyckie siostry. Ale daremnie przysięgał, że nie ma nic mniej interesującego niż korsykańska ballata, daremnie się zaklinał, że recytować korsykańskie wiersze po poezji Dantego znaczy zdradzać swój kraj; tym więcej jedynie podrażnił kaprys miss Nevil, i w końcu zmuszony był powiedzieć siostrze:
— Więc dobrze! Zaimprowizuj, ale coś krótkiego.
Kolomba westchnęła, wlepiła przez chwilę uważny wzrok w obrus, następnie w strop; wreszcie, przysłaniając ręką oczy jak owe ptaki, które czują się bezpieczne i myślą, że ich nikt nie widzi, kiedy nie widzą same, odśpiewała, lub raczej wypowiedziała niepewnym głosem, następującą serenatę:
MŁODA DZIEWCZYNA I DZIKI GOŁĄB
W dolinie, daleko za górami — słońce pojawia się tylko na godzinę w dniu — jest tam w dolinie posępne domostwo — i trawa rośnie tam na progu. — Drzwi, okna zawsze są zamknięte. — Nigdy dym nie wznosi się z dachu. — Ale w południe, gdy zjawi się słońce, otwiera się wówczas okno — i siada w nim sierota, przędąc na kołowrotku — przędzie i śpiewa przy pracy — śpiew żałoby i smutku; ale żaden śpiew nie odpowiada jej głosowi. — Jednego dnia wiosną — dziki gołąb usiadł na sąsiednim drzewie — i usłyszał śpiew młodej dziewczyny. — Dziewczyno, rzekł, nie ty jedna płaczesz, okrutny jastrząb wydarł mi towarzyszkę. — Gołębiu dziki, pokaż mi jastrzębia rabusia — choćby był tak wysoko jak chmury — wnet zestrzelę go na ziemię. — Ale mnie, biednej dziewczynie, któż odda mi brata — brata mego, żyjącego hen, w dalekim kraju? — Młoda dziewczyno, powiedz mi, gdzie twój brat — a skrzydła moje zaniosą mnie ku niemu.
— Oto mi dziki gołąb doskonale wychowany! — wykrzyknął Orso, ściskając siostrę ze wzruszeniem, tworzącym kontrast z żartobliwym tonem, jaki silił się przybrać.
— Piosenka pani jest urocza — rzekła miss Lidia. — Musi mi ją pani koniecznie wpisać w mój album. Przełożę ją na angielski i każę dorobić muzykę.
Dzielny pułkownik, który nie zrozumiał ani słowa, dołączył swoje komplementy do zachwytów córki. Następnie dodał:
— Ów dziki gołąb, o którym pani mówiła, to ten ptaszek, którego jedliśmy dzisiaj z farszem?
Miss Nevil przyniosła album i z niemałym zdziwieniem patrzyła, jak improwizatorka wpisuje swą piosnkę, oszczędzając papieru w osobliwy sposób. Zamiast szeregować się oddzielnie, wiersze biegły za sobą w jednej linii, o tyle, o ile pozwalała na to szerokość kartki, tak iż nie odpowiadały znanemu określeniu poetyckich utworów: „Małe linijki nierównej długości, z marginesem po każdej stronie”. Można było też uczynić parę zastrzeżeń co do kapryśnej cokolwiek ortografii panny Kolomby: ortografia ta wywołała niejednokrotnie uśmiech miss Nevil, próżność zaś braterska Orsa była na torturach.
Ponieważ nadeszła godzina spoczynku, obie panny udały się do swego pokoju. Tam, gdy miss Lidia odpinała naszyjnik, kolczyki, bransolety, zauważyła, iż towarzyszka jej wyjmuje spod sukni coś długiego na kształt brykli74, odmiennego wszakże. Kolomba ułożyła ten przedmiot bardzo starannie i prawie ukradkiem pod mezzaro na stole; następnie uklękła i zmówiła ze skupieniem pacierz. W dwie minuty później była już w łóżku. Bardzo ciekawa z natury i jak prawdziwa Angielka powolna w rozbieraniu, miss Lidia zbliżyła się do stołu i udając, że szuka szpilki, podniosła mezzaro. Ujrzała dość długi sztylet, oryginalnie oprawny w perłową masę i srebro; wykonanie było bardzo staranne i zdradzało starą broń, wielkiej ceny dla amatora.
— Czy to zwyczaj tutejszy — rzekła miss Nevil z uśmiechem — że panienki noszą ten instrumencik w sznurówce?
— Ha, trzeba! — odparła Kolomba z westchnieniem. — Tylu jest niedobrych ludzi!
— I miałaby pani naprawdę odwagę uderzyć w ten sposób?
I miss Nevil, ze sztyletem w dłoni, uczyniła ruch, jak gdyby zadawała pchnięcie, tak jak się je zadaje w teatrze, z góry na dół.
— Tak, gdyby było trzeba — rzekła Kolomba słodkim i melodyjnym głosem — aby się bronić lub bronić mych bliskich... Ale nie tak należy trzymać; mogłaby się pani zranić sama, gdyby osoba, którą chcesz uderzyć, usunęła się. — I podnosząc się na łóżku — ot, tak — rzekła, naśladując uderzenie sztyletem. — W ten sposób podobno cios jest śmiertelny. Szczęśliwi ludzie, którzy nie potrzebują takich broni!
Westchnęła, opuściła głowę na poduszki i zamknęła oczy. Niepodobna wyobrazić sobie piękniejszej, szlachetniejszej, bardziej dziewiczej głowy. Fidiasz, rzeźbiąc swą Minerwę75, nie pragnąłby innego modelu.
VI
Wchodząc w ten sposób po prostu in medias res76, pragnąłem się trzymać przepisu Horacego. Teraz, kiedy wszystko śpi, i piękna Kolomba i pułkownik, i jego córka, skorzystam z chwili, aby powiadomić czytelnika o pewnych właściwościach, które nie powinny mu zostać obce, jeżeli pragnie się zapuścić dalej w tę bardzo wiarygodną historię. Wiadomo mu już, że pułkownik della Rebbia, ojciec Orsa, zginął zamordowany: otóż nie zdarza się na Korsyce, jak to bywa we Francji, aby człowiek padł zamordowany przez byle zbiegłego galernika, który nie znajduje lepszego sposobu, aby ukraść stołowe srebro. Jeżeli się ginie tutaj, to z ręki nieprzyjaciela; ale powód, dla którego ma ktoś nieprzyjaciół, bywa niekiedy bardzo trudny do określenia. Wiele rodzin nienawidzi się ze starego przyzwyczajenia, gdy tradycja pierwotnej przyczyny nienawiści zatraciła się już zupełnie.
Rodzina, do której należał pułkownik della Rebbia, nienawidziła wielu innych rodzin, ale zwłaszcza Barricinich. Niektórzy mówili, iż w XVI wieku jeden z della Rebbiów uwiódł córkę Barricinich i w następstwie padł od sztyletu krewnego zhańbionej dziewczyny. Tyle jest pewne, iż, aby się posłużyć uświęconym wyrażeniem, była krew między dwoma domami. Bądź co bądź, wbrew zwyczajowi, mord ten nie pociągnął za sobą dalszych; a to dlatego, że ponieważ i della Rebbia, i Barriciniowie byli zarówno prześladowani przez rząd i młodym ludziom trzeba było się ekspatriować77, obie rodziny postradały na kilka pokoleń najżywotniejszych swych przedstawicieli.
Z końcem ubiegłego wieku jeden della Rebbia, oficer w służbie Neapolu, wdał się w podejrzanej gospodzie w kłótnię z wojskowymi, którzy, wśród innych zniewag, nazwali go korsykańskim pastuchem. Oficer dobył szpady; ale sam przeciw trzem byłby źle wyszedł z przygody, gdyby obcy jakiś, oddający się właśnie w tej samej mordowni grze w karty, nie wykrzyknął: „Ja też jestem Korsykanin!” i nie stanął w jego obronie. Ten obcy to był Barricini, który zresztą nie znał swego krajana. Skoro przyszło do wyjaśnień, nastąpiły z obu stron wielkie czułości i przysięgi wiecznej przyjaźni; jako iż na stałym lądzie Korsykanie zbliżają się łatwo, zupełnie przeciwnie jak na swej wyspie.
Pokazało się to jawnie w tej okoliczności: della Rebbia i Barricini byli serdecznymi przyjaciółmi, póki bawili we Włoszech; ale za powrotem na Korsykę widywali się już rzadko, mimo iż obaj mieszkali w tej samej wiosce. Kiedy pomarli, powiadano, iż od dobrych kilku lat przestali mówić do siebie.
Synowie ich żyli tak samo „w etykiecie”, jak to się nazywa na wyspie. Jeden, Ghilfuccio, ojciec Orsa, był wojskowym; drugi, Giudice Barricini, adwokatem. Stawszy się obaj głowami rodzin i rozdzieleni zawodem, nie mieli już prawie wcale sposobności widywać się lub słyszeć wzajem o sobie.
Mimo to jednego dnia, około 1809, Giudice, wyczytawszy w Bastii78 w dzienniku, że kapitan Ghilfuccio otrzymał krzyż Legii, powiedział wobec świadków, iż nie dziwi się temu, ile że generał *** popiera jego rodzinę. Odezwanie to powtórzono w Wiedniu kapitanowi Ghilfuccio, który wyraził się do swego ziomka, iż za powrotem na Korsykę zastanie Giudice Barraciniego wielce bogatym człowiekiem, ponieważ jako adwokat ciągnie więcej zysków z procesów, które przegrywa, niż z tych, które wygrywa. Nigdy nie można było dojść, czy kapitan chciał przez to dać do zrozumienia, że adwokat zdradza swych klientów, czy też ograniczał się do wyrażenia tej pospolitej prawdy, że zła sprawa przynosi prawnikowi więcej niż dobra. Jak bądź się rzeczy miały, adwokat Barricini dowiedział się o tym przycinku i nie zapomniał go.
W roku 1812 ubiegał się o godność mera79 i miał wszelkie widoki, kiedy generał *** napisał do prefekta, zalecając mu krewnego żony Ghilfuccia. Po upadku cesarza w 1814 protegowany generała, zadenuncjowany80 jako bonapartysta, musiał ustąpić miejsca Barriciniemu. Z kolei tego ostatniego usunięto podczas Stu Dni81, ale po tej burzy objął z wielką pompą z powrotem pieczęć i regestry82 stanu cywilnego.
Od tej chwili gwiazda jego błysła jaśniej niż kiedykolwiek. Pułkownik della Rebbia, spensjonowany i zamieszkały w Pietranera, musiał cierpieć głuchą wojnę nieustannie wznawianych dokuczliwości: to skazywano go na zwrot szkód, wyrządzonych przez jego konia w zagrodzie pana mera, to znów ten, pod pozorem odnawiania posadzki w kościele, kazał usunąć płytę noszącą herby della Rebbiów i pokrywającą grobowiec członka tej rodziny. Jeżeli kozy objadły młode szczepy pułkownika, właściciele zwierząt znajdowali ochronę u pana mera; stopniowo sklepikarz, który dzierżawił biuro pocztowe w Pietranera, i strażnik polny, stary żołnierz inwalida, obaj klienci rodziny della Rebbia, zostali usunięci i zastąpieni przez kreatury Barricinich.
Żona pułkownika, umierając, wyraziła pragnienie, aby ją pochowano w lasku, gdzie lubiła się przechadzać; natychmiast mer zawyrokował, że ma być pochowana na cmentarzu, zważywszy, że nie otrzymał upoważnienia na pozwolenie oddzielnego grobu. Pułkownik, wściekły, oświadczył, że nim przyjdzie to upoważnienie, pochowa żonę w miejscu, które wybrała; jakoż kazał wykopać dół na cmentarzu i wezwał żandarmerię, iżby, jak mówił, siła stanęła przy prawie.
W dzień pogrzebu dwa stronnictwa znalazły się oko w oko i można było obawiać się przez chwilę, aby się nie wywiązała walka o szczątki pani della Rebbia. Kilkudziesięciu dobrze uzbrojonych chłopów, sprowadzonych przez krewnych nieboszczki, zmusiło proboszcza, aby z kościoła skierował się ku lasowi; z drugiej strony mer wraz z dwoma synami, stronnikami swymi i żandarmerią zastąpił drogę, przeszkadzając temu. Skoro się pojawił i nakazał konduktowi odwrót, przewaga liczebna była po stronie przeciwników, którzy zdawali się gotowi na wszystko. Na widok mera zaczęto nabijać strzelby, powiadają nawet, że jakiś pasterz wziął go na cel, ale pułkownik podbił mu fuzję, mówiąc: „Niech nikt nie waży się strzelać bez mego rozkazu”. Mer, który — jak Panurg83 — „z natury swojej obawiał się guzów”, uchylił się od bitwy, usuwając się wraz z eskortą: wówczas kondukt ruszył dalej, troskliwie wybierając najdłuższą drogę, aby przejść tuż pod oknami merostwa. W czasie tej defilady jakiemuś idiocie, który przyłączył się do pochodu, wpadło do głowy krzyknąć: „Niech żyje cesarz!” Parę głosów odpowiedziało; co więcej, rebbianiści, rozpalając się coraz więcej, już, już, mieli zabić wołu pana mera, który przypadkowo zagrodził im drogę. Szczęściem pułkownik przeszkodził temu gwałtowi.
Można się domyślić, iż sporządzono protokół zajścia i że mer, najgodniejszym stylem jakim rozporządzał, zdał prefektowi raport, wedle którego zdeptano prawa boskie i ludzkie, zapoznano84 i znieważono powagę jego, mera, jak również i proboszcza; pułkownik della Rebbia stanął na czele bonapartystowskiego spisku, aby zmienić porządek dziedzictwa tronu i pobudzić obywateli do bratobójczej walki: zbrodnie, przewidziane w paragrafie 86 i 91 kodeksu karnego.
Przesada skargi osłabiła jej skutek. Pułkownik napisał do prefekta, do prokuratora: krewny jego żony spowinowacony był z jednym z posłów, inny znów skuzynowany z prezydentem trybunału. Dzięki tym stosunkom spisek rozwiał się we mgle, pani della Rebbia została w lesie, idiotę tylko skazano na dwa tygodnie więzienia.
Adwokat Barricini, niezaspokojony rezultatem, obrócił baterie w innym kierunku. Wygrzebał stary dokument, wedle którego postanowił zaprzeczyć pułkownikowi własności strumienia, który obracał młyn. Wszczął się proces, wlokący się długo. Po roku trybunał gotował się wydać wyrok, i to prawdopodobnie na korzyść pułkownika, kiedy pan Barricini złożył w ręce prokuratora list podpisany przez niejakiego Agostini, słynnego bandytę, który groził jemu, merowi, pożogą i śmiercią, jeżeli nie odstąpi od swych pretensji. Wiadomo, że na Korsyce poparcie bandytów jest bardzo poszukiwane i że dla wygodzenia przyjaciołom interweniują oni często w prywatnych sporach. Mer bliski już był wyzyskania listu na swą korzyść, kiedy nowe wydarzenie powikłało sprawę. Bandyta Agostini napisał do prokuratora, skarżąc się, iż podrobiono jego pismo i rzucono wątpliwe światło na jego charakter, przedstawiając go jako człowieka, który frymarczy85 swoim wpływem: „Jeśli odkryję fałszerza — powiadał, kończąc list — ukarzę go przykładnie”.
Jasnym było, że Agostini nie pisał listu z pogróżkami do mera; della Rebbiowie oskarżali Barricinich i vice versa86. Z obu stron padały pogróżki, a organy sprawiedliwości nie wiedziały, po której stronie szukać winowajców.
Wśród tych okoliczności nagle pułkownik Ghilfuccio został zamordowany. Oto fakty, jak je ustalono w śledztwie: Dnia 2 sierpnia 18..., o zachodzie słońca, niejaka Magdalena Pietri, niosąc zboże do Pietranera, usłyszała dwa strzały, jeden tuż po drugim, oddane, jak się jej zdawało, w wąwozie prowadzącym ku wiosce, o jakie sto pięćdziesiąt kroków. Prawie równocześnie ujrzała człowieka, który silnie pochylony biegł ścieżką przez winnicę, kierując się ku wiosce. Człowiek ten zatrzymał się na chwilę i odwrócił, ale odległość nie pozwoliła rzeczonej Pietri rozpoznać jego rysów; zresztą miał w ustach liść winny, który zasłaniał mu prawie całą twarz. Dał ręką znak, jak gdyby kamratowi, którego świadek nie dostrzegł, po czym zniknął wśród wina.
Kobieta, złożywszy swoje brzemię, pobiegła ścieżką i znalazła pułkownika della Rebbia we krwi, przeszytego dwiema kulami, ale oddychającego jeszcze.
Tuż obok leżała jego strzelba, nabita, z odwiedzionym kurkiem, jak gdyby gotował się do obrony przed kimś, kto go napadał z przodu, w chwili gdy drugi napastnik ugodził go z tyłu.
Pułkownik rzęził i pasował się ze śmiercią, ale nie mógł wymówić ani słowa, co lekarze objaśnili charakterem ran, przechodzących przez płuca. Krew dławiła go; płynęła wolno, czerwoną pianą. Na próżno Pietri podnosiła go i zadała kilka pytań. Widziała, że chce mówić, ale nie mógł dobyć głosu. Zauważywszy, że usiłuje ręką sięgnąć do kieszeni, pomogła wydobyć mały notatnik i podała mu go. Ranny wyjął z notatnika ołówek i próbował pisać. W istocie, świadek widział, iż z trudem nakreślił kilka liter; ale nie umiejąc czytać, kobieta nie mogła zrozumieć ich znaczenia.
Wyczerpany tym wysiłkiem pułkownik zostawił portfel w ręce Magdaleny Pietri, którą to rękę uścisnął silnie, patrząc na kobietę w szczególny sposób, jak gdyby chciał powiedzieć (takie były słowa świadka): „To ważne, to imię mego mordercy”.
Pietri wracała do wsi, kiedy spotkała pana mera Barricini wraz z synem Vincentello. Była już wówczas prawie noc. Opowiedziała, co widziała. Mer wziął pugilares87 rannego i pobiegł do merostwa przypasać szarfę i wezwać sekretarza oraz żandarmerię. Zostawszy sama z młodym Vincentello, Magdalena Pietri starała się go skłonić, aby pośpieszył z pomocą pułkownikowi, w razie jeśli jeszcze żyje; ale Vincentello odpowiedział, iż gdyby się zbliżył do człowieka, który był zaciekłym nieprzyjacielem jego rodziny, niechybnie oskarżono by go, że go zamordował. Niebawem przybył mer; zastał pułkownika bez życia, kazał uprzątnąć trupa i spisał protokół.
Mimo wzruszenia, naturalnego w tych okolicznościach, pan Barricini skwapliwie opieczętował portfel pułkownika i zarządził wszystkie dochodzenia, jakie były w jego mocy; ale żadne nie doprowadziło do jakiegoś ważnego odkrycia. Kiedy przybył sędzia śledczy, otwarto portfel: na stronicy, powalanej krwią, ujrzano kilka liter, nakreślonych omdlewającą ręką, ale nieczytelnych. Było tam napisane: „Agosti...” i sędzia nie wątpił, iż pułkownik chciał wskazać Agostiniego jako mordercę. Jednakże Kolomba della Rebbia, wezwana przed sędziego, domagała się, aby jej pokazano notatnik. Przeglądała go długo, po czym wyciągnęła rękę w stronę mera i krzyknęła: „Oto morderca!”
Wówczas ze ścisłością i jasnością, zdumiewającą w porywie boleści, w jakiej była pogrążona, opowiedziała, iż ojciec jej, otrzymawszy przed paru dniami list od syna, spalił go, ale nim to uczynił, zapisał ołówkiem w notatniku adres Orsa, który świeżo zmienił garnizon. Otóż adresu tego w notatniku nie było, z czego Kolomba wnioskowała, że mer wydarł ćwiartkę, na której był on napisany, tę samą najoczywiściej, na której ojciec nakreślił imię mordercy; w miejsce tego imienia mer (wciąż wedle twierdzenia Kolomby) podstawił nazwisko Agostiniego. Sędzia stwierdził w istocie, że brakuje w notatniku kartki, w pobliżu miejsca, gdzie zapisane było imię, ale niebawem zauważył, że brak również kartek w innych miejscach; świadkowie zaś zeznali, iż pułkownik miał zwyczaj wydzierać kartki z notatnika, kiedy chciał zapalić cygaro; nic prawdopodobniejszego zatem, jak to, że spalił przez nieuwagę zanotowany adres. Co więcej, stwierdzono, że mer, otrzymawszy portfel z rąk Magdaleny Pietri, nie mógł nic w nim wyczytać z przyczyny ciemności; udowodniono, że nie zatrzymał się ani na chwilę, nim wszedł do merostwa; dalej, że sierżant żandarmerii towarzyszył mu do biura i widział, jak mer zapala lampę, kładzie portfel do koperty i opieczętowuje ją w jego oczach.
Kiedy sierżant skończył zeznania, Kolomba wpółprzytomna rzuciła się do jego kolan, błagając na wszystko, co ma najświętszego, aby oświadczył, czy nie zostawił mera ani na chwilę samego. Po chwili wahania sierżant, widocznie wzruszony podnieceniem młodej dziewczyny, wyznał, iż poszedł do sąsiedniego pokoju po arkusz papieru, ale nie bawił tam ani minuty i że gdy szukał po omacku papieru w szufladzie, mer nie przestał ani na chwilę doń mówić. Zresztą zaświadczył, iż kiedy wrócił, zakrwawiony portfel znajdował się na tym samym miejscu na stole, gdzie mer zostawił go, wchodząc.
Pan Barricini zeznawał z wielkim spokojem. Tłumaczy sobie, powiadał, uniesienie panny della Rebbia i godzi się poniżyć aż do uniewinnienia. Udowodnił, iż przez cały wieczór nie opuszczał wsi; syn jego, Vincentello, znajdował się wraz z nim pod merostwem w chwili popełnienia zbrodni; wreszcie drugi syn, Orlanduccio, nawiedzony tego dnia febrą88, nie ruszył się z łóżka. Przedstawił wszystkie strzelby z całego domu, żadna nie zdradzała śladów świeżego użytku. Dodał, iż co się tyczy portfelu, zrozumiał od razu jego doniosłość; złożył go pod pieczęcią i oddał w ręce sekretarza, przewidując, iż z racji swych swarów z pułkownikiem może być podejrzewany. Przypomniał wreszcie, iż Agostini groził śmiercią temu, kto napisał list w jego imieniu, i nasunął przypuszczenie, iż ten nędznik, widocznie podejrzewając pułkownika, zamordował go. W obyczajach bandytów zemsta z podobnych pobudek nie jest bez przykładu.
W pięć dni po śmierci pułkownika della Rebbia Agostini, zaskoczony przez oddział woltyżerów89, poległ po rozpaczliwej obronie. Znaleziono przy nim list Kolomby, zaklinający go, aby wyznał, czy jest winny mordu, jaki mu przypisywano. Ponieważ bandyta nie dał odpowiedzi, wyciągnięto stąd dość powszechnie wniosek, że nie miał odwagi wyznać córce, iż zamordował jej ojca. Osoby wszakże, które twierdziły, iż dobrze znają charakter Agostiniego, szeptały po cichu, że gdyby zabił pułkownika, byłby się tym szczycił. Inny bandyta, znany pod nazwiskiem Brandolaccio, wręczył Kolombie oświadczenie, w którym honorem zaświadczał niewinność kolegi; ale jedynym dowodem, jaki przytaczał, było, iż Agostini nigdy nie zdradził niczym, jakoby podejrzewał pułkownika.
W konkluzji rodziny Barricini nie pociągnięto do żadnych dochodzeń; sędzia śledczy obsypał mera pochwałami; ten ostatni zaś uwieńczył swe piękne postępowanie, zrzekając się wszystkich pretensji co do strumienia, o który toczył proces z pułkownikiem della Rebbia.
Kolomba zaimprowizowała, obyczajem krajowym, ballatę nad zwłokami ojca, w obecności zgromadzonych przyjaciół. Dała w niej upust nienawiści przeciw Barricinim i obwiniała ich wręcz o morderstwo, grożąc zarazem zemstą brata. Tę to ballatę, która stała się bardzo popularna, śpiewał majtek w obecności miss Lidii. Dowiadując się o śmierci ojca, Orso, wówczas w północnej Francji, poprosił o urlop, ale nie mógł go otrzymać. Zrazu, pod wpływem listu siostry, uwierzył w winę Barricinich; ale niebawem otrzymał kopię wszystkich dokumentów śledztwa, osobny zaś list sędziego dał mu niemal zupełne przeświadczenie, iż bandyta Agostini był tu jedynym winowajcą.
Co parę miesięcy Kolomba pisała doń, aby mu powtórzyć swe podejrzenia, które nazywała dowodami. Oskarżenia te, mimo jego woli, przyprawiały o wrzenie korsykańską krew Orsa; niekiedy zgoła skłonny był podzielić uprzedzenia siostry. Mimo to za każdym razem, kiedy pisał do niej, powtarzał, że poszlaki jej nie mają żadnego pewnego gruntu i nie zasługują pod żadnym względem na wiarę. Zabraniał jej nawet, ale zawsze na próżno, mówić już o tym.
W ten sposób minęły dwa lata, po upływie których Orsa przeniesiono na pensję; wówczas zamierzył odwiedzić kraj, nie aby szukać pomsty na ludziach, w których niewinność wierzył, ale aby wydać za mąż siostrę i sprzedać szczupłą ojcowiznę, jeżeli się okaże, iż fundusz z niej uzyskany pozwoli mu żyć na kontynencie.
VII
Czy to, że przybycie siostry odnowiło Orsowi z większą siłą wspomnienia domu rodzinnego, czy że czuł się wobec swych przyjaciół zakłopotany nieco strojem i dzikim obejściem Kolomby, dość że zaraz nazajutrz obwieścił zamiar opuszczenia Ajaccio i powrotu do Pietranera. Bądź co bądź pułkownik musiał mu przyrzec, iż jadąc do Bastii, wstąpi na jakiś czas do jego skromnego zameczku; w zamian Orso zobowiązał się uraczyć go polowaniem na daniele, bażanty, dziki itd.
W wilię wyjazdu, zamiast udać się na polowanie, Orso poddał myśl przechadzki po wybrzeżu. Prowadząc pod ramię miss Lidię, mógł rozmawiać zupełnie swobodnie, Kolomba bowiem została w mieście dla sprawunków, pułkownik zaś opuszczał ich co chwila, aby strzelać do mew i głuptaków90 ku wielkiemu zdziwieniu przechodniów, którzy nie pojmowali, aby można było psuć proch dla podobnej zwierzyny.
Szli drogą prowadzącą do greckiej kaplicy, skąd jest najpiękniejszy widok; ale nie zwracali nań najmniejszej uwagi.
— Miss Lidio... — rzekł Orso po dość długim i nieco kłopotliwym milczeniu — szczerze, co pani myśli o mojej siostrze?
— Bardzo mi się podoba — odparła miss Nevil. — Bardziej niż pan — dodała z uśmiechem. — Jest prawdziwą Korsykanką, a pan jest dzikim zanadto cywilizowanym.
— Zanadto cywilizowanym!... Hm, otóż pomimo woli czuję, iż staję się z powrotem dziki, odkąd stąpiłem91 nogą na tę wyspę. Tysiąc okropnych myśli oblega mnie, dręczy... Potrzebowałem trochę porozmawiać z panią, nim zanurzę się w moim pustkowiu.
— Trzeba mieć siłę woli, proszę pana. Niech pan patrzy na rezygnację siostry, ona daje panu przykład.
— Ach! Jakże pani się myli! Niech pani nie wierzy w jej rezygnację. Nie mówiliśmy z sobą jeszcze ani słowa, ale w każdym jej spojrzeniu wyczytałem, czego się spodziewa po mnie.
— Czegóż więc, ostatecznie, chce od pana?
— Och, niczego... tyle tylko, abym wypróbował, czy fuzja ojca pani równie jest dobra na człowieka jak na kuropatwę.
— Co za myśl! I pan może przypuszczać!... Skoro pan sam przyznaje, iż nic jeszcze nie mówiła panu. Ależ to okropne z pańskiej strony!
— Gdyby nie myślała o zemście, byłaby od razu zaczęła92 mówić o ojcu; tymczasem nie. Byłaby wspomniała imię tych, których uważa... niesłusznie, wiem o tym, za morderców. Otóż nic, ani słóweczka! Widzi pani, my, Korsykanie, jesteśmy przebiegłą rasą. Siostra rozumie, że nie trzyma mnie zupełnie w swej mocy i nie chce mnie spłoszyć, póki mogę jeszcze uciec. Z chwilą gdy raz zaprowadzi mnie nad brzeg przepaści, skoro zawróci mi się w głowie, pchnie mnie w otchłań.
Wówczas Orso przytoczył pannie Nevil parę szczegółów tyczących śmierci ojca i przedstawił główne dowody, których zbieg każe mu uważać Agostiniego za mordercę.
— Nic — dodał — nie mogło przekonać Kolomby. Widziałem to z jej ostatniego listu. Poprzysięgła śmierć Barricinim i... miss Nevil, widzi pani, jakie mam zaufanie do pani... może nie byłoby ich już na świecie, gdyby wskutek przesądu, usprawiedliwionego jej dzikim wychowaniem, siostra nie żywiła przeświadczenia, że wykonanie zemsty należy do mnie, jako do głowy rodziny, i że jest to kwestia mojego honoru.
— Doprawdy, panie della Rebbia — rzekła miss Nevil — oczernia pan siostrę.
— Nie, pani sama powiedziała... ona jest Korsykanką... myśli tak, jak oni wszyscy. Czy pani wie, czemu byłem tak smutny wczoraj?
— Nie, ale od jakiegoś czasu podlega pan tym napadom czarnej melancholii... Milszy był pan o wiele w pierwszych dniach znajomości.
— Wczoraj przeciwnie, byłem weselszy, szczęśliwszy niż kiedykolwiek. Była pani tak dobra, tak pobłażliwa dla siostry! Wracaliśmy obaj z pułkownikiem łodzią. Czy wie pani, co mi powiedział przewoźnik w swej diabelskiej gwarze: „Zabiłeś dosyć zwierzyny, Ors’ Anton’, ale okaże się, iż Orlanduccio Barricini jest większym myśliwcem od ciebie”.
— No i co! Cóż tak strasznego w tych słowach?
— Ale czyż pani nie widzi, że ten nędznik chciał powiedzieć, że nie będę miał odwagi zabić Orlanduccia?
— Wie pan, panie della Rebbia, że mnie pan przeraża! Zdaje się, że klimat pańskiej wyspy sprowadza nie tylko febrę, ale i szaleństwo. Na szczęście opuścimy ją niebawem.
— Nie wprzód, aż państwo odwiedzą Pietranera. Przyrzekła to pani siostrze.
— A gdybyśmy chybili93 przyrzeczeniu, trzeba by się nam zapewne spodziewać jakieś zemsty?
— Czy przypomina sobie pani, co nam opowiadał kiedyś ojciec pani o tych Hindusach, którzy grożą dyrektorom przedsiębiorstwa, iż zamorzą się głodem, jeśli nie uzyskają spełnienia jakiejś prośby?
— To znaczy, że pan by się zamorzył głodem? Wątpię. Wytrwałby pan jeden dzień bez jedzenia, po czym panna Kolomba przyniosłaby panu bruccio94 tak apetyczny, że wyrzekłby się pan projektu.
— Okrutna jesteś w swym szyderstwie, miss Nevil; powinna by mnie pani oszczędzać. Widzi pani, sam jestem tutaj. Miałem jedynie panią dla obrony od szaleństwa, jak pani to nazywa; była pani moim aniołem stróżem, a teraz...
— A teraz — rzekła miss Lidia poważnie — ma pan, aby podtrzymać ten rozsądek tak łatwy do zachwiania, swój honor mężczyzny i wojskowego, i... —- ciągnęła, odwracając się, aby uszczknąć kwiat — jeżeli to może coś znaczyć dla pana, wspomnienie swego anioła stróża.
— Ach, miss Nevil, gdybym mógł myśleć, że panią w istocie obchodzi cokolwiek...
— Słuchaj pan, panie della Rebbia — rzekła miss Nevil nieco wzruszona — skoro pan jest dzieckiem, będę postępowała z panem jak z dzieckiem. Kiedy byłam małą dziewczynką, matka dała mi piękny naszyjnik, którego gorąco pragnęłam, ale rzekła: „Za każdym razem, kiedy włożysz ten naszyjnik, przypomnij sobie, że nie umiesz jeszcze po francusku”. Naszyjnik stracił w mych oczach nieco ze swych zalet, stał się dla mnie jak gdyby wyrzutem; ale nosiłam go i nauczyłam się po francusku. Widzi pan ten pierścionek? To egipski skarabeusz, znaleziony, za pozwoleniem pana, w piramidzie. Ten osobliwy znak, który pan bierze pewno za butelkę, oznacza „życie ludzkie”. Są w moim kraju ludzie, którzy uznaliby ten hieroglif za bardzo trafnie wybrany. Ten dalszy to tarcza z ramieniem dzierżącym włócznię: to znaczy „walka”, „bitwa”. Zatem te dwa znaki zestawione razem tworzą godło, które wydaje mi się dość ładne: „Życie jest walką”. Niech pan stąd nie wyciąga wniosku, że ja czytam biegle hieroglify; to pewien uczony, taki z brodą i w okularach, wytłumaczył mi go. A zatem daję panu mego skarabeusza. Kiedy będzie pan miał jaką niedobrą myśl korsykańską, spójrz pan na mój talizman i powiedz sobie, że trzeba wyjść zwycięzcą z walki, jaką wydają panu złe namiętności. Ale przyzna pan, doprawdy, że ze mnie niezły kaznodzieja.
— Będę myślał o pani, miss Nevil, i powiem sobie...