Doktor Jekyll i pan Hyde
I
Adwokat Utterson był to człowiek o niezbyt uprzejmej twarzy, której nigdy uśmiech nie opromieniał. Był to człowiek zimny, małomówny, nieskory do rozmowy; nie zdradzał nigdy skłonności do przejawiania uczuć. Był chudy, wysoki, oschły, mrukliwy — a jednak z jakiegoś powodu lubiano go... W towarzystwie przyjaciół, przy winie, z oczu jego wybłyskiwało umiłowanie ludzkości, coś, czego nigdy odkryć nie można było w jego słowach, a raczej w jego czynach. Był surowy wobec samego siebie; pił gin, gdy był sam, by sobie zepsuć smak wina; chociaż był miłośnikiem teatru, od dwudziestu lat nie był na żadnym przedstawieniu. Powszechnie znana była tolerancja, z jaką odnosił się do innych ludzi; dziwił się — a czasem i zazdrościł — namiętności, jaka częstokroć wyładowuje się w postępkach ludzkich: gdy kto znalazł się w biedzie, był gotów raczej pomagać niż ganić. — „Grzech Kaina jest również i moim grzechem” — mawiał w takim wypadku. — „Niech moi bracia grzeszą, każdy na swój sposób”. — Stawał się też często ostatnim przyzwoitym znajomym i ostatnim opiekunem ludzi, którzy stoczyli się na dno nędzy i występku. Wobec takich ludzi nie zmieniał nigdy swego sposobu postępowania, póki do niego przychodzili.
Nie było to zaprawdę rzeczą trudną; Utterson bowiem nie miał absolutnie daru strofowania ludzi; przyjaźni jego opierały się właśnie na tej jego bezwzględnej dobroduszności. Jest rzeczą charakterystyczną dla ludzi skromnych, że przyjaciół swych zdobywają przypadkowo; tak też było u naszego adwokata. Przyjaciele jego byli albo bliskimi krewnymi, albo też ludźmi, których znał od dawna. Życzliwość jego była jak powój; rosła z biegiem czasu i nie troszczyła się o właściwości tej osoby, którą oplatała.
Tak też wytłumaczyć można więzy przyjaźni łączące Uttersona z Ryszardem Enfieldem, człowiekiem znanym w całym mieście. Wiele osób zastanawiało się, co też obu tych ludzi może łączyć. Kto ich spotykał podczas niedzielnych przechadzek, przekonywał się, że nie mówią do siebie ani słowa, nudzą się zapewne i pojawienie się znajomego witają z widoczną ulgą. Mimo to obaj ci ludzie uważali te wycieczki za wielką przyjemność, uważali je za najrozkoszniejszy epizod całego tygodnia, wyrzekali się wszelkich innych rozrywek, odsuwali wszelkie sprawy zawodowe, by tylko bez przeszkody rozkoszować się swymi spacerami.
Podczas jednego z takich spacerów zdarzyło się, że szli boczną uliczką w jednej z najbardziej ożywionych dzielnic Londynu. Była to wąska i spokojna uliczka; lecz w zwykły dzień, a nie, jak dzisiaj, niedzielny, była terenem ożywionego handlu detalicznego. Mieszkańcy byli widać zamożnymi ludźmi i dążyli, by stać się jeszcze bogatsi. Wystawy sklepów były wcale1 zbytkowne i narzucały się oczom przechodniów. Nawet w niedzielę, kiedy to ruch uliczny zamierał, błyskały w tej brudnej uliczce wystawy sklepowe jak płomień w lesie; pstro wymalowane szyldy, polerowane okna, mosiężne ramy skupiały na sobie uwagę przechodniów.
W pewnym punkcie tej uliczki rząd kamienic był przerwany; była tu brama wjazdowa na podwórze, w którym tkwił ponury blok, niepodobny zupełnie do sąsiednich domów. Wysoki na dwa piętra, miał w parterze tylko jedne drzwi; nie widać było ani jednego okna; nad bramą wjazdową wznosił się ślepy mur o wyblakłej barwie. Domostwo to wszędzie wykazywało ślady zupełnego zaniedbania. Drzwi nie były wcale zaopatrzone w dzwonek; drzewo było porysowane i popękane. Ulicznicy siadali zwykle na progu i pocierali zapałki o chropawe, zwietrzałe deski bramy; uczniacy scyzorykami wycinali tu różne figury; od niepamiętnych czasów nikt się nie zjawiał, by tych popsujów2 odpędzić.
Enfield i adwokat szli drugą stroną uliczki, a gdy znaleźli się naprzeciw bramy tego osobliwego domostwa, podniósł Enfield laskę i wskazał na opuszczony dom.
— Czy zauważył pan te drzwi? — zapytał, a gdy towarzysz jego skinął przytakująco głową, rzekł. — Drzwi te łączą się w mej pamięci z bardzo dziwną historią...
— Co to było? — rzekł Utterson, a głos jego zmienił się nieco.
— Tak, to było w tej uliczce — odparł Enfield. — Szedłem do domu, skądś, późno w noc, około trzeciej po północy, w zimie; droga moja prowadziła przez dzielnicę, w której dosłownie nie było nic widać prócz latarni. Ulica za ulicą, wszyscy ludzie śpią... ulica za ulicą, wszystkie tak oświetlone jak podczas procesji, a wszystkie puste... Począłem tęsknić za widokiem policjanta... nagle ujrzałem dwie postaci: jedną był mały człowieczek, który podążał szybkim krokiem, a drugą — dziewczynka ośmio- czy dziesięcioletnia, wybiegająca właśnie z jednej z przecznic. Na skręcie obie te postaci wpadły na siebie — i teraz stała się rzecz ohydna; człowieczek ten spokojnie począł iść dalej, nie troszcząc się wcale o dziewczynkę, która leżała na ziemi i wołała o pomoc. Puściłem się w pogoń za nieludzkim tym człekiem, ująłem go za kołnierz i sprowadziłem na miejsce wypadku, gdzie zgromadziła się już grupa ludzi dokoła krzyczącego dziecka. Ujęty drab zachowywał się zupełnie spokojnie, nie bronił się wcale, rzucił na mnie tylko tak złe spojrzenie, że zadrżałem. Okazało się, że grupa ludzi, która się zbiegła, to właśnie krewni owej dziewczynki; wkrótce pojawił się też sprowadzony lekarz. Ostatecznie dziecku nic poważniejszego się nie stało: przeraziło się tylko. Cała afera mogła była się skończyć, gdyby nie zaszedł dziwny wypadek. Drab od pierwszej chwili budził we mnie wstręt. Że to samo odczuwali krewni dziewczynki, było rzeczą zupełnie zrozumiałą. Zdumiewające było tylko, że to samo odczuwał lekarz. Ilekroć spoglądał na mego jeńca, bladł; miałem wrażenie, że najchętniej zabiłby go. Ponieważ jednak zabić go nie mogliśmy, staraliśmy się ulżyć sobie, besztając go. Powiedzieliśmy drabowi, że sprawa pachnie skandalem, że nazwisko jego będzie w całym Londynie zniesławione, że jest bydlęciem w ludzkiej postaci. Podczas tych wymyślań musieliśmy równocześnie siłą powstrzymywać zebrane dokoła kobiety, by się nań nie rzuciły. Nigdy nie widziałem takiej wściekłości, jaka się malowała na ich twarzach. W pośrodku stał ów człowiek; wyraz twarzy miał ponury, nawet nieco ironiczny; widziałem jednak, że się boi. „Jeżeli państwo macie zamiar żądać odszkodowania za ten wypadek — powiada — dobrze. Noblesse oblige3 — powiada — chcę uniknąć wszelkich dalszych scen; proszę wymienić sumę”. Powiedzieliśmy, by wypłacił 100 funtów rodzinie dziewczynki. Z twarzy naszej mógł wyczytać, że mówimy serio, że nie damy się zbyć byle czym — więc zgodził się ostatecznie. Teraz chodziło o to, by wydostać pieniądze. Dokąd, myśli pan, zaprowadził nas? Właśnie do tych tam drzwi... Wyjął klucz z kieszeni, wszedł i po chwili pojawił się z dziewięciu funtami w złocie i z czekiem na dom bankowy Coutts, płatny na okaziciela i podpisany nazwiskiem, którego nie chciałbym wymienić... Nazwisko to jest bardzo znane i często je spotyka się w druku... Zwróciłem uwagę tego jegomościa, że wydaje mi się to wielce podejrzane: w normalnych warunkach nie zdarza się przecież, by o czwartej nad ranem ktoś wszedł do samotnego domu i po chwili wyszedł z czekiem na sto funtów podpisanym przez inną, i to powszechnie znaną osobistość... Lecz on zachował się wobec tych moich słów zupełnie spokojnie i rzekł kpiącym tonem: „Niech się pan uspokoi, chętnie zostanę z panem, aż otworzą bank, wtedy sam czek wykupię”. Zgodziliśmy się na to; lekarz, ojciec dziewczynki, ja i ten dziwny człeczek spędziliśmy resztę nocy w moim mieszkaniu, a po śniadaniu poszliśmy razem do banku. Osobiście wręczyłem czek, oświadczając, że podejrzewam, iż jest fałszywy. Nie! Czek był prawdziwy...
— Co? Prawdziwy? — przerwał Utterson.
— Tak jest — mówił dalej Enfield — dziwna historia! Człeczek ten robił wrażenie wyrzutka społeczeństwa, a osobistość, która czek wystawiła, była najprzyzwoitsza, jaką sobie tylko wyobrazić można, powszechnie znana i szanowana... Przypuszczam, że wchodzi tu w grę wymuszenie jakieś; zacny obywatel, który płaci za jakąś przygodę młodzieńczą... A jednak i to nie wyjaśnia mi wszystkiego... — zakończył Enfield i popadł w zamyślenie.
Lecz Utterson przerwał je po niejakim czasie pytaniem:
— A czy ten, który czek wystawił, mieszka w tym domu bez okien?
— Nie — odparł Enfield — przypadkowo dowiedziałem się o jego adresie, mieszka tu w okolicy, w domu znajdującym się przy jednym z wielkich placów.
— A nie pytał się pan później o ten ponury dom bez okien?
— Nie, nie zwykłem tego robić — odparł Enfield — nie lubię się rozpytywać i śledzić. Stawia się pytanie i ma się wrażenie, jakby się rzuciło kamień; siedzi się spokojnie na pagórku, kamień stacza się, porywa inne za sobą i trafia wreszcie jakiegoś niewinnego człowieka, o którym wcale nie myślano i któremu zamąca się spokój... Nie, dla mnie jest regułą, by wcale nie zbliżać się do zawiłych afer...
— Bardzo dobra reguła, dalipan — rzekł adwokat.
— Ale zbadałem miejsce, ot tak, dla własnego użytku — mówił dalej Enfield — nie robi to wrażenia zwykłego domu. Są tylko jedne drzwi wejściowe — i czasem tylko, i to bardzo rzadko, wchodzi i wychodzi nimi mój człowieczek z nocnej przygody. Od strony podwórza są trzy okna na pierwszym piętrze; na parterze nie ma żadnego. Okna są stale zamknięte. Z komina unosi się przeważnie dym, zatem dom jest przecież zamieszkały...
Obaj przyjaciele spacerowali czas jakiś w milczeniu, po czym Utterson odezwał się:
— Jedno chciałbym wiedzieć: nazwisko człowieka, który przewrócił dziecko.
— Dobrze — rzekł Enfield — dlaczegóżby nie? Był to człowiek nazwiskiem Hyde.
— Hm... — rzekł Utterson — jak on wygląda?
— Niełatwo go opisać. W jego postaci tkwi coś niechlujnego, nieprzyjemnego. Nigdy nie spotkałem człowieka, który by mi był tak niesympatyczny, a nie zdaję sobie przy tym sprawy, dlaczego... Prawdopodobnie ciało jego jest pokraczne; widać wyraźnie, że nie jest to człowiek normalnie zbudowany, ale na czym ta anomalia polega, nie mogłem sobie uświadomić. Wygląda jakoś „inaczej”, a przecież nie mógłbym wymienić nic niezwykłego. Nie, nie mogę go opisać. A jednak, proszę mi wierzyć, widzę go w tej chwili dokładnie...
Utterson szedł w milczeniu; widocznie był pogrążony w głębokich rozmyślaniach.
— Ale pan na pewno wie, że miał klucz? — dowiadywał się wreszcie.
— Ależ, proszę pana... — przerwał Enfield wielce zdziwiony.
— Tak — rzekł Utterson — wiem, że to się panu wydaje dziwne. O nazwisko tej drugiej osoby tylko dlatego nie pytam, ponieważ je już znam. Widzi pan, mój Ryszardzie, pańska historia dostała się pod właściwy adres. Proszę pana: jeśli pan jakiegoś szczegółu nie podał całkiem ściśle, niech pan, proszę, od razu sprostuje.
— Ależ — odparł Enfield z pewną cierpkością — byłem zupełnie ścisły, by użyć pańskiego wyrażenia. Drab miał klucz; ma go wciąż jeszcze. Niedawno temu, nie ma jeszcze tygodnia, a widziałem, że otwierał...
Utterson westchnął głęboko, nie rzekł jednak ani słowa. Natomiast Enfield rozpoczął:
— To była znowu dla mnie dobra nauczka: nie gadać! Wstydzę się, że jestem takim gadułą. Proponuję panu, abyśmy nigdy więcej tej sprawy nie poruszali, dobrze?
— Z całego serca — rzekł adwokat. — Daję panu słowo, Ryszardzie.
II
Tego wieczora przybył Utterson w ponurym nastroju do swego kawalerskiego mieszkania i bez apetytu zasiadł do jedzenia. Zwykle w niedzielę po kolacji siadał blisko kominka, brał książkę do ręki i rozkoszował się lekturą, aż dzwon na pobliskim kościele wydzwaniał dwunastą godzinę; o tej porze kładł się spokojny i zadowolony do łóżka.
Lecz tego wieczoru bezpośrednio po jedzeniu wziął świecę i poszedł do swego biura. Tu otworzył kasę i wyjął ze skrytki kopertę, na której widniał napis: „Testament dr. Jekylla”; usiadł przy biurku i począł treść aktu studiować. Był to własnoręczny testament; Utterson miał go przechowywać, ale nie znał jego treści; nie brał wcale udziału w spisywaniu tego testamentu.
Zawierał on dwa postanowienia.
Po pierwsze: na wypadek zgonu Henryka Jekylla, dr. med.4, dr. jur. utr.5, członka król. towarzystwa itd., miało całe jego mienie przejść w posiadanie „przyjaciela i dobrodzieja Edwarda Hyde”; po wtóre: na wypadek, gdyby dr Jekyll „znikł lub w niewyjaśniony sposób był nieobecny przez czas dłuższy niż trzy miesiące kalendarzowe”, miał wymieniony Edward Hyde zostać spadkobiercą Henryka Jekylla — i to bezzwłocznie, bez żadnych innych zobowiązań prócz wypłaty niewielkich legatów służbie.
Dokument ten wielce się nie podobał Uttersonowi i jako adwokatowi, i jako człowiekowi; lubił on wszystko, co rozsądne i przeciętne; rzeczy fantastyczne i niestosowne uważał za jedno i to samo. Dotychczas nieznajomość tego pana Hyde budziła jego niechęć; teraz dowiedział się o nim tyle...
— Myślałem — szepnął, wkładając z powrotem dokument do kasy — że to wariactwo, teraz poczynam się obawiać, że to coś hańbiącego...
Zgasił świecę, włożył płaszcz i ruszył w kierunku Cavendish Square, gdzie przyjaciel jego, doktor Lanyon, miał dom i gdzie przyjmował swych licznych pacjentów. „Jeśli ktoś wie coś, to chyba Lanyon” — pomyślał Utterson.
Służący domu znał go dobrze, toteż nie kazał mu długo czekać, lecz od razu wprowadził go do jadalni, w której doktor Lanyon sam siedział przy winie. Był to człowiek miły, zdrowy, o rumianych policzkach i bujnych puklach włosów, które przedwcześnie posiwiały. Gdy ujrzał Uttersona, podskoczył z krzesła i powitał go serdecznie obiema rękami. Serdeczność ta, jak w ogóle całe jego zachowanie się, miała pozór nieco teatralny, lecz mimo to pochodziła z szczerości uczucia. Obaj byli bowiem starymi przyjaciółmi, kolegami z ławy szkolnej, obaj byli pełni szacunku dla siebie i — co nie zawsze się zdarza — zgadzali się ze sobą, ilekroć się spotykali.
Po krótkiej rozmowie na obojętne tematy poruszył Utterson sprawę zaprzątającą w tak nieprzyjemny sposób jego umysł.
— Mam wrażenie, mój drogi Lanyonie — rzekł — że my dwaj jesteśmy najstarszymi z przyjaciół, jakich ma Henryk Jekyll.
— Wolałbym, by ci przyjaciele byli mniej starzy — żartował doktor Lanyon. — Ale i ja mam to samo wrażenie. Ale o co ci idzie? Słyszę teraz bardzo mało o Jekyllu.
— Tak? — rzekł Utterson. — Myślałem, że łączy was jakiś wspólny interes.
— To było niegdyś — brzmiała odpowiedź. — Lecz już od przeszło dziesięciu lat Henryk Jekyll stał się dla mnie zbyt ekscentryczny. Idee jego coraz bardziej ulegały wypaczeniu. Oczywiście, wciąż jeszcze interesuję się nim, by się tak wyrazić: ze starej miłości, ale od długiego czasu go nie widziałem. Takie nienaukowe ględzenia oddaliłyby od siebie nawet największych przyjaciół...
Twarz doktora nagle pokryła się silnym rumieńcem. Z pewną ulgą pomyślał Utterson: „A więc rozdwoiły ich tylko jakieś dyferencje6 naukowe...”.
Nie mówił chwilę, przeczekał, aż się doktor uspokoi, i zapytał wreszcie:
— Czy znasz człowieka, którym Jekyll się opiekuje, niejakiego Hyde?
— Hyde? — powtórzył Lanyon. — Nie, nigdy o takim nie słyszałem...
To była jedyna informacja, którą adwokat otrzymał.
Spędził noc bezsennie. Umysł jego pracował intensywnie. Leżał w wielkim swym łóżku, w ciemności, otoczony pytaniami i widzeniami.
Wybiła godzina szósta na zegarze kościoła znajdującego się w pobliżu jego mieszkania, a Utterson wciąż jeszcze rozpatrywał ten sam problemat. Dotychczas zajmował on tylko jego mózg, obecnie owładnął jego wyobraźnią. Gdy tak leżał i rzucał się na łóżku w ciemności nocy, opowiadanie Enfielda przeciągało przed jego oczyma jakby pasmo świetlnych obrazów. Widział oświetlone rzęsiście miasto, potem postać człowieka pośpiesznie idącego, potem dziecko biegnące od lekarza do domu, potem jakąś poczwarę rzucającą się na to dziecko i pędzącą naprzód bez zwrócenia uwagi na krzyk dziecięcy... To znów widział pokój w bogatym domu, w którym przyjaciel leżał, śniąc, uśmiechając się we śnie, a potem otwierały się drzwi tego pokoju, ktoś wstrząsał śpiącym — i oto obok niego stała jakaś postać... Biedny Utterson czasem na chwilę zasypiał, lecz niebawem się budził i zdało mu się, że coraz szybciej wiruje dokoła jasno oświetlonych domów, że na każdym skręcie ulicy pada z wrzaskiem obalone dziecko, a jakaś postać pędzi, goni, ucieka... I wciąż ta postać nie ma twarzy, po której by ją można było poznać; również i w swych rozlicznych przemianach postać ta nie ma twarzy, a właściwie ma tylko jedną zamgloną, rozpływającą się... W duszy adwokata rosła nieposkromiona żądza zobaczenia rysów twarzy prawdziwego pana Hyde... „Gdybym — myślał — raz tylko mógł mu spojrzeć w twarz, cała tajemnica z pewnością wyjaśniłaby się tak, jak to zawsze dzieje się z tajemniczymi rzeczami, jeśli się je dokładnie obejrzy pod lupą...”. Wtedy znalazłby zapewne też wytłumaczenie dziwnego testamentu swego przyjaciela Jekylla. Co najmniej zobaczyłby twarz godną widzenia. Twarz człowieka pozbawionego litości, twarz, na której widok w duszy tak spokojnego i beznamiętnego człowieka jak Enfield powstało trwałe uczucie nienawiści...
Od tego czasu począł Utterson szpiegować drzwi w małej uliczce, drzwi prowadzące do tajemniczego, pozbawionego okien domu.
Rano przed biurem, w południe podczas przerwy obiadowej, wieczorem przy świetle księżyca, w każdej wolnej chwili, w największej samotności i w największym zgiełku ulicznym zastać można było adwokata na posterunku, na przeszpiegach...
Wreszcie cierpliwość jego została nagrodzona. Było to pewnej pięknej, suchej nocy; powietrze było mroźne, ulice puste, pokryte gołoledzią, latarnie rzucały mgliste światło na mrokami zasnute miasto. Około godziny dziesiątej, gdy wszystkie sklepy były zamknięte a ulice puste, zapanowała wokół taka cisza, iż krok przechodnia dudnił po bruku i z dala można go było usłyszeć. Utterson stał już czas jakiś na swym posterunku, gdy uwagę jego zwróciły dziwne jakieś kroki. Właściwie niczym nie różniły się od sposobu chodzenia zwykłych przechodniów, samotnie skądś idących nocą ulicami — ale jakieś przeczucie, jakiś instynkt podszeptywał mu, że oto zbliża się ktoś, kto odgrywa w trapiącej go aferze wybitną rolę. Wycofał się wtedy do wnęki i obserwował w wielkim napięciu.
Wkrótce dostrzegł adwokat zbliżającego się człowieka. Był bardzo skromnie ubrany, niski; już z odległości budził jakieś nieprzyjemne wrażenie; w całej postaci tkwiło coś niesamowitego. Człowiek ten szedł środkiem ulicy, jakby sobie chciał zaoszczędzić drogi; szedł wprost w stronę domu bez okien, a doszedłszy doń, wyjął z kieszeni klucz.
Utterson zbliżył się i, dotknąwszy ręką ramienia przechodzącego człowieka, zapytał:
— Pan Hyde, jeśli się nie mylę?
Pan Hyde wstrząsnął się i głęboko odetchnął. Z piersi jego dobył się syczący dźwięk. Lecz przestrach jego trwał tylko chwilkę. Nie spojrzał wprawdzie w oczy adwokata, ale odparł zupełnie spokojnie:
— Tak, to moje nazwisko. Czego sobie pan życzy?
— Zdaje mi się, że pan chce wejść do tego domu — odparł adwokat. — Jestem starym przyjacielem doktora Jekylla. Nazywam się Utterson i mam kancelarię adwokacką przy Gaunt Street. Przypuszczam, że zna pan moje nazwisko. A że tak się zdarzyło, że pana tu spotykam, proszę, aby mnie pan wpuścił do tego domu...
— Nie spotka pan tu doktora Jekylla — odpowiedział Hyde i wsunął klucz do zamku; potem nagle zapytał. — A skąd mnie pan zna?
Utterson nie odpowiedział na to pytanie. Powiedział natomiast:
— Czy nie chciałby mi pan wyświadczyć pewnej przysługi?
— Z przyjemnością — odrzekł Hyde — o co chodzi?
— Chciałbym zobaczyć twarz pana...
Hyde przez chwilę zwlekał, potem widocznie zdecydował się, bo wyprostował się, twarz jego przybrała hardy wyraz i spojrzał wprost w oczy adwokata.
— Tak, teraz pana poznam — rzekł Utterson. — Przyda mi się to może kiedyś.
— Dobrze się składa — rzekł Hyde — żeśmy się spotkali; à propos, mogę panu dać również mój adres.
I wymienił numer domu w pewnej ulicy w Soho.
— Teraz — zapytał — proszę mi powiedzieć: skąd mnie pan zna?
— Ktoś mi pana opisał — rzekł Utterson.
— Kto?
— Mamy wspólnych przyjaciół.
— Wspólnych przyjaciół? — rzekł Hyde ochrypłym głosem. — Kto to?
— Na przykład, Jekyll...
— Ten panu nigdy o mnie nie mówił! — zawołał gniewnie Hyde. — Nie przypuszczałem, że pan będzie kłamał!
— Uważaj pan — rzekł Utterson — niech pan liczy się ze słowami!
Hyde parsknął śmiechem. Z niezwykłą zręcznością otworzył błyskawicznie drzwi i zniknął we wnętrzu domu.
Adwokat stał przez chwilę, po czym poszedł powoli, przystając co kilka kroków i pocierając ręką czoło; nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Problem, który rozważał podczas chodzenia, należał do tych, które rzadko można rozwiązać. Hyde był blady i skarłowaciały, na twarzy jego widniał nieprzyjemny uśmiech, miał wobec adwokata minę wykazującą to lęk, to bezczelność, mówił głosem ochrypłym. Wszystko to przemawiało przeciw niemu, ale nie usprawiedliwiało odrazy i pogardy, którą Utterson odczuwał. „Musi być coś jeszcze innego — myślał, idąc miarowym krokiem — gdybym tylko wiedział, co... Do licha, ten człowiek nie ma w sobie nic ludzkiego! Jakby pół zwierz, osobnik z epoki jaskiniowej... A może to tak promieniuje marność jego duszy i zniekształca powłokę cielesną. Chyba tak. Biedny Henryk Jekyll!”
Utterson skręcił w następną ulicę, minął ją i dostał się na plac otoczony starymi domami, które przeważnie przedstawiały obraz zaniedbania; w domach tych mieszkali przeróżni lokatorzy: litografowie, budowniczy, pokątni adwokaci i agenci obskurnych przedsiębiorstw. Tylko jeden dom, drugi z brzegu, pozostał w ręku posiadacza i nie miał odnajemców; już z zewnątrz widać było, że właściciel jego jest zamożnym i wytwornym człowiekiem. Przed drzwiami tego domu Utterson zatrzymał się i zapukał. Starszy wiekiem służący, w nienaganną przybrany liberię7, otworzył bramę.
— Czy pan doktor Jekyll jest w domu, Pawle? — zapytał adwokat.
— Zobaczę, panie Utterson — rzekł Paweł i zaprowadził gościa do przestronnej poczekalni, w której, jak w willi wiejskiej, płonął ogień na jasnym, otwartym kominku. Drogocenne szafy dębowe znajdowały się w poczekalni, której podłoga była kamienna, a sufit ozdobnie rzeźbiony.
— Pan doktor raczy poczekać tu przy kominku; a może mam zapalić światło w jadalni?
— Nie, dziękuję, pozostanę tu.
Utterson zbliżył się do kominka i ogrzewał sobie ręce. Izba ta, w której obecnie sam pozostał, była ulubionym kątem jego przyjaciela, doktora Jekylla; Utterson mówił o niej zwykle jako o najprzyjemniejszym kąciku w całym Londynie. Lecz w tej chwili był on w ponurym nastroju. Twarz Hyde’a całą swą ohydą wbiła się w jego pamięć, odczuwał — co mu się zresztą rzadko zdarzało — wstręt do życia, miał wrażenie, że zewsząd suną groźne zmory; widział je w odblaskach ognia na politurowanych szafach i w niespokojnym drganiu cieni padających na kamienną posadzkę. Wstydził się też ulgi, jaką odczuł, gdy niebawem wrócił Paweł, który zameldował, że doktora Jekylla nie ma w domu.
— Widziałem pana Hyde wchodzącego do budynku, w którym ongiś była trupiarnia — rzekł Utterson — czy to tak ma być, jeśli doktora Jekylla nie ma?
— Zapewne, panie Utterson — odparł służący. — Pan Hyde ma klucz.
— Pański pryncypał8 ma widocznie wiele zaufania do tego człowieka...
— Tak jest, to prawda, mój pan ufa mu zupełnie. My wszyscy mamy rozkaz być mu posłuszni.
— Nigdy tu nie zastałem tego pana Hyde...
— To zrozumiałe, on się tu nie stołuje — odparł Paweł. — A zresztą widzimy go bardzo rzadko z tej strony domu, on przychodzi i wychodzi przeważnie przez laboratorium.
— Pięknie. Dobranoc, Pawle.
— Dobranoc, panie Utterson.
Adwokat wracał do domu z ciężkim sercem. „Biedny Henryk Jekyll — myślał — przeczucie mówi mi, że zaplątał się w jakąś fatalną awanturę! Ma on za sobą burzliwą młodość, ale to tak dawno, a u Pana Boga nie ma przedawnienia... Tak, to zapewne następstwa starego grzechu, trucizna ukrywanej hańby — a teraz przychodzi kara, po wielu, wielu latach, kiedy zagasło już w pamięci wspomnienie błędu...”.
Tymi myślami przerażony, zagłębił się adwokat we wspomnieniach własnej przeszłości, wnikał we wszystkie zakamarki swych przeżyć i badał skrupulatnie, czy tam nie ma jakiegoś ciemnego punktu... Lecz przeszłość jego była nienaganna; niewielu ludzi mogłoby z takim spokojem odczytać rejestr swego życia, co on... Z tym większym niepokojem myślał o swoim przyjacielu, doktorze Jekyllu. „Ten Hyde — snuł wątek myśli — jest bardzo podejrzanym indywiduum, osobnikiem o tajemniczych jakichś planach... Tak dłużej być nie może... Strach pomyśleć, że takie stworzenie zakraść się może do łoża Henryka. Co za niebezpieczeństwo! Jeśli ten Hyde wie o istnieniu testamentu, mógłby nabrać ochoty, by jak najprędzej zostać spadkobiercą. Muszę stanowczo temu przeciwdziałać, muszę coś zasadniczego zrobić! O ile tylko Jekyll zechce...”.
I poczciwy adwokat Utterson ujrzał przed oczyma dziwne klauzule testamentu.
III
W czternaście dni potem zaprosił doktor Jekyll swoich znajomych na jedno z owych przemiłych przyjęć, które zwykł był od czasu do czasu urządzać. Zaproszonych było sześciu starych znajomych; były to poważne i wpływowe osobistości, które umiały należycie ocenić kielich dobrego wina.
Utterson zdołał tak pokierować, że pozostał w mieszkaniu przyjaciela, gdy inni już pożegnali się. Nie było w tym nic osobliwego, zdarzało się to często i nie tylko w domu Jekylla. Poważnego adwokata chętnie zatrzymywano, gdy weselsi i rozmowniejsi goście opuścili już progi; po jakiejś biesiadzie chętnie siedzi się jeszcze przez czas jakiś i uspokaja umysł wymownym milczeniem po wesołej pijatyce.
Siedzieli więc obaj przyjaciele przy kominku i poznać było można, że doktor Jekyll, rosły, przystojny, pięćdziesięcioletni mężczyzna, którego rysy twarzy wyrażały wiele rozumu i serca — szczerze i głęboko jest przywiązany do swego przyjaciela Uttersona.
— Chciałem już dawno z tobą mówić, Henryku — rozpoczął Utterson. — Wiesz, w sprawie testamentu...
Uważny obserwator mógłby zauważyć, że temat ten był niemiły doktorowi Jekyllowi, który jednak na apostrofę swego przyjaciela zareagował w sposób żartobliwy.
— Biedny Uttersonie — rzekł — wiem, że masz kłopoty z takim klientem jak ja. Jeszcze więcej może kłopotał się mną ten mój były przyjaciel Lanyon, ten zatwardziały pedant, oburzający się na moje naukowe kacerstwa, jak je nazywał. O, wiem dobrze, że to zacny człowiek, nie patrz na mnie tak gniewliwym wzrokiem, bardzo to zacny człowiek, chętnie bym się z nim częściej widywał, ale mimo to uważam go za zatwardziałego pedanta, ograniczonego, zawziętego pedanta. Z żadnym człowiekiem nie przeżyłem takiego rozczarowania jak z Lanyonem...
— Wiesz przecież, że ja nigdy nie zgadzałem się... — przerwał Utterson, nie odpowiadając wcale na nowy temat poruszony przez przyjaciela.
— Z moim testamentem? Tak, wiem o tym — rzekł doktor nieco ostrzej — mówiłeś mi.
— Właśnie i dziś chcę ci to powiedzieć — mówił adwokat dalej. — Słyszałem coś niecoś o tym Hydzie...
Szeroka, piękna twarz doktora Jekylla zbladła, oczy jego zasnuła ciemna mgła.
— Nie chcę nic więcej o tym słyszeć — rzekł. — Nie będziemy mówić na ten temat.
— To, co dowiedziałem się, brzmi wprost fatalnie...
— Nie zmienia to postaci rzeczy. Nie pojmujesz wcale mojej sytuacji — odparł doktor — jestem w nieznośnym położeniu, Uttersonie; jest ono bardzo, bardzo dziwne... Jest to jedna z tych historii, które nie stają się lepsze przez mówienie...
— Henryku — rzekł Utterson — znasz mnie: możesz się przede mną zwierzyć. Zrzuć z serca szczerze cały ciężar, mam pewność, że mógłbym ci pomóc.
— Mój drogi Uttersonie, to bardzo pięknie z twej strony, wprost wzruszająco; brak mi słów, by ci podziękować. Mam pełne do ciebie zaufanie, wierzę ci bardziej niż komukolwiek innemu, ba, więcej niż sobie samemu. Ale doprawdy jest tu coś innego, niż przypuszczasz; nie ma w tym nic zdrożnego i abyś był zupełnie spokojny, mogę ci powiedzieć: każdej chwili mogę się pozbyć pana Hyde. Daję ci na to słowo. Dziękuję ci raz jeszcze za twe zainteresowanie, ale powiem ci, Uttersonie, dwa słowa, których nie bierz mi za złe: to jest moja sprawa prywatna; bądź łaskaw nie wtrącać się do niej...
Utterson spoglądał przez chwilę w zamyśleniu w ogień płonący na kominku.
— Bezsprzecznie... masz zupełną rację — rzekł wreszcie i wstał.
— Ponieważ jednak poruszyliśmy tę sprawę i to przypuszczalnie po raz ostatni — rzekł Jekyll — chciałbym ci dać jeszcze pewne wyjaśnienie. Interesuję się, rzeczywiście, bardzo owym biednym panem Hyde. Wiem, że go poznałeś, mówił mi o tym; lękam się, że był wcale nieuprzejmy. Ale zważ: ten młody człowiek budzi moje najgłębsze zainteresowanie, a gdyby mnie już nie było, obiecaj mi, proszę, Uttersonie, że okażesz się wobec niego cierpliwy i dopomożesz mu w sprawach spadkowych. Jestem przekonany, że zrobiłbyś to, gdybyś mógł wiedzieć wszystko... Sprawi mi to wielką ulgę, jeśli mi to obiecasz...
— Nie mogę obiecać, że zdołam go polubić — rzekł adwokat.
— Tego nie żądam wcale — zaprotestował Jekyll i położył rękę na jego ramieniu — proszę tylko o sprawiedliwe obchodzenie się z nim, proszę cię tylko, byś mu pomógł, gdy mnie już nie będzie...
Utterson nie mógł powstrzymać westchnienia.
— Dobrze — rzekł — obiecuję ci.
IV
Niemal w rok potem, w październiku 18... Londyn został zaalarmowany zbrodnią wyróżniającą się niezwykłym okrucieństwem, zbrodnią popełnioną na osobistości o wysokim stanowisku społecznym. Szczegóły były wstrząsające.
Służąca, która znajdowała się sama w pewnym domu położonym niedaleko rzeki, udała się około jedenastej do swej izdebki, by się ułożyć do snu. Zwykle po północy mgły zasnuwają widok; tej nocy jednak panowała idealna pogoda i uliczka, którą widać było z izdebki owej służącej, była jasno oświetlona poświatą księżyca. Widocznie dziewczyna ta była usposobienia wysoce romantycznego, gdyż usiadła na kufrze stojącym obok okna i oddała się marzeniom.
— Nigdy jeszcze — mówiła potem ze łzami, opowiadając o zajściach owej nocy — nigdy jeszcze nie myślałam tak dobrze o ludziach i ludzkości, nigdy nie czułam się tak spokojna i tak pełna poczucia harmonii świata.
Gdy tak siedziała, ujrzała przystojnego, starszego mężczyznę o siwych włosach, idącego ulicą. Naprzeciw niego szedł inny, bardzo niski człowiek, na którego w pierwszej chwili mało zwracała uwagi. Gdy obaj zbliżyli się do siebie, a było to tuż pod oknami domu, w którym znajdowała się owa dziewczyna, starszy pan ukłonił się i przemówił do drugiego przechodnia z widoczną uprzejmością. Treść jego słów nie była snadź wielkiej wagi: sądząc z jego gestów, pytał o drogę; księżyc oświecał twarz jego i dziewczyna obserwowała ją z widoczną przyjemnością — twarz to bowiem była dobroduszna, a zarazem pełna powagi i wzbudzała szacunek. Gdy dziewczyna baczniej przypatrzyła się drugiej osobie, poznała w niej niejakiego pana Hyde, który kiedyś odwiedził państwo, u którego służyła, i od pierwszego wejrzenia był jej wielce niesympatyczny. Miał on w ręce ciężką laskę. Nie odpowiedział na pytanie starszego pana ani słowem, przysłuchiwał się tylko z nietajoną niecierpliwością. Niespodzianie popadł w nieposkromiony gniew, tupał nogą, wymachiwał laską i zachowywał się jakby niespełna rozumu. Starszy pan cofnął się o krok, zaskoczony tym zachowaniem. Wściekłość Hyde’a wzmagała się coraz bardziej. Obalił siwego pana na ziemię i począł z małpią szybkością kopać go nogami i uderzać laską tak, że niebawem na ziemi leżała pogruchotana, krwawa masa. Przerażona tym widokiem dziewczyna zemdlała.
Była druga w nocy, gdy wróciła jej przytomność; natychmiast uwiadomiła policję. Morderca oczywiście zniknął już dawno, lecz ofiara jego leżała na środku ulicy, pokrwawiona, zniekształcona. Laska, za pomocą której zbrodnia została dokonana, pękła na dwoje podczas okrutnego znęcania się nad leżącym; część jej znajdowała się tuż obok zmarłego, drugą jej połowę zabrał morderca. Przy zamordowanym znaleziono portfel i złoty zegarek, nie znaleziono natomiast biletów wizytowych i dokumentów prócz zapieczętowanego listu, zaadresowanego do pana Uttersona, który zapewne człowiek ten zamierzał nadać na poczcie, gdyż list był zaopatrzony w znaczek pocztowy.
List ten doręczono adwokatowi wczesnym rankiem, zanim jeszcze wstał; zobaczywszy kopertę i dowiedziawszy się o szczegółach, przybrał bardzo poważną minę.
— Nie powiem ani słowa, zanim nie zobaczę trupa — rzekł. — Sprawa jest bardzo poważna. Proszę poczekać, aż się ubiorę.
Szybko zjadł śniadanie i pojechał do urzędu policyjnego, gdzie tymczasem przywieziono zwłoki. Gdy je zobaczył, rzekł:
— Tak, poznaję, to straszne odkrycie... Są to zwłoki sir Danversa Carew.
— Mój Boże — zawołał urzędnik — czy to możliwe? Ta sprawa wywoła wielkie poruszenie. Czy może nam pan być pomocny w ujęciu złoczyńcy?
I urzędnik policyjny opowiedział szczegółowo, co służąca zeznała, i pokazał połamaną laskę.
Teraz Utterson nie miał żadnych więcej wątpliwości, że sprawcą jest Hyde. Dziwne było jednak, że laska, którą zamordował Danversa Carew, należała do — doktora Jekylla. Sam mu ją przed laty podarował...
— Czy ten Hyde jest niskiego wzrostu? — zapytał.
— Bardzo niski; ma nieprzyjemną, złą twarz, tak go przynajmniej opisuje dziewczyna — rzekł urzędnik policyjny.
Utterson zamyślił się, potem rzekł:
— Jeśli pan ze mną pojedzie, sądzę, że zdołam panu wskazać jego mieszkanie.
Działo się to około dziewiątej przed południem; był to mglisty dzień jesienny. Jak olbrzymia, czekoladowej barwy płachta, zwisał firmament nisko nad miastem; wiatr rozpędzał gęste kłęby mgły. Dorożka przejeżdżała przez ulicę miasta i zbliżała się do nędznego przedmieścia Soho, miejsca zamieszkania najuboższych, najnędzniejszych ludzi w okolicy.
Gdy dorożka stanęła przed wskazanym domem, mgły poranne nieco się już rozproszyły i widać było brudną uliczkę, szynk, sklepik i wiele obdartusów wylegujących się dokoła bram, i mnóstwo dzieci bawiących się na ulicy, i kobiety dążące do podejrzanych z wyglądu szynkowni, by już od wczesnego ranka zalewać się wódką.
W tym środowisku znajdowało się mieszkanie pana Hyde, protegowanego przez doktora Jekylla, po którym miał odziedziczyć ćwierć miliona szterlingów9...
Stara kobieta o bladej jak kość słoniowa twarzy i siwych włosach otworzyła drzwi. Wyraz twarzy miała złośliwy, maskowany jednak obłudą.
— Tak — rzekła — tu mieszka pan Hyde, nie ma go jednak teraz w domu; był późno w nocy, jednak po godzinie pobytu w mieszkaniu wyszedł. Nie ma w tym nic szczególniejszego. Prowadzi on sposób życia wielce nieregularny; bardzo często bawi czas dłuższy poza domem; wczoraj widziałam go po raz pierwszy od niemal dwóch miesięcy...
— Chcielibyśmy zobaczyć jego pokój — rzekł Utterson, a gdy starucha oświadczyła, że to niemożliwe, dodał: — Więc muszę pani oznajmić, kim jest mój towarzysz: inspektor Newcomen z urzędu policyjnego.
Promień radości pojawił się na twarzy staruchy.
— Ach — zawołała — więc tak się rzeczy mają! A co zbroił?
Utterson i inspektor porozumieli się spojrzeniem.
— Nie jest widocznie tu lubiany i popularny — rzekł Newcomen. — A teraz, moja pani, przeprowadzimy tutaj rewizję.
Hyde zajmował w tym domu kilka pokoi urządzonych wytwornie i z wielkim smakiem. Znajdowała się tu piękna oszklona szafa z srebrnymi przedmiotami zbytkownymi. Na ścianach wisiały piękne obrazy, drogocenne dywany pokrywały podłogi. Utterson przypuszczał, że są to podarunki Henryka Jekylla, który był znawcą sztuki.
Pokoje w chwili obecnej wyglądały tak, iż najwyraźniej niedawno zacierano w nich pośpiesznie niepożądane ślady. Szuflady stołów i biurek stały otworem, na kominku leżała kupka popiołu; widocznie spalono tam jakieś papiery. Z popiołu tego dobył inspektor Newcomen sztywną okładkę książeczki czekowej niestrawioną przez płomienie. Druga połowa połamanej laski stała za drzwiami.
Oczywiście podejrzenia inspektora na ten widok wzrosły niepomiernie. A gdy w banku stwierdzono, że na koncie mordercy wpisanych jest kilka tysięcy funtów — ustały wszelkie wątpliwości.
— Może pan na mnie polegać — rzekł Newcomen do Uttersona — że teraz go z pewnością zdołam ująć. Widocznie postradał zupełnie głowę; przecież nie byłby zostawił laski i nie spalił książeczki czekowej. Wszak nie obejdzie się bez gotówki. Wystarczy, byśmy oczekiwali pojawienia się jego w banku i wysłali za nim listy gończe.
Lecz to nie dało na razie rezultatu. Hyde miał bardzo niewielu znajomych; żadnych jego krewnych nie zdołano odnaleźć; nieliczni ludzie, którzy mogli go opisać, nie zgadzali się ze sobą, zeznania ich różniły się wielce. Tylko pod jednym względem byli zgodni: wszyscy odczuwali jakieś niesamowite, nie do opisania zakłócenie wewnętrzne, jakie ścigany morderca wywoływał u tych, którzy go kiedykolwiek obserwowali.
V
Było to pod wieczór, gdy Utterson przybył do mieszkania doktora Jekylla. Paweł od razu go wprowadził. Szedł z nim przez podwórze, które niegdyś było ogrodem, do budynku nazwanego „laboratorium”. Doktor Jekyll kupił go od spadkobierców pewnego słynnego chirurga, a ponieważ uważał się raczej za chemika niż za anatoma, dał budynkowi w głębi podwórza nowe przeznaczenie.
Po raz pierwszy adwokat udawał się w tę część mieszkania swego przyjaciela; z wielkim zaciekawieniem oglądał stary budynek i z nieprzyjemnym uczuciem rozglądał się po sali wykładowej, ongi10 przepełnionej rozgwarem pilnych studentów, a teraz opustoszałej i bezludnej: na stołach znajdowały się aparaty do studiów chemicznych, retorty, flaszki i flaszeczki; na podłodze było kilka skrzyń i koszyków napełnionych wiórami; przez zakurzoną kopułę padało na salę wykładową skąpe, sine światło. Na końcu sali wykładowej prowadziły schodki do drzwi okolonych czerwonym fryzem; przez te drzwi dostał się wreszcie Utterson do gabinetu doktora.
Był to przestronny pokój z oszklonymi szafami przy wszystkich ścianach; trzy zakratowane okna wychodziły na podwórze. Na kominku płonął ogień, na gzymsie kominka paliła się lampa, a tuż obok siedział doktor Jekyll; miał wygląd ciężko chorego człowieka. Nie wstał celem powitania gościa, podał mu tylko rękę i powitał go matowym głosem:
— Czy znasz ostatnią nowinę? — zapytał Utterson, gdy Paweł opuścił gabinet.
Doktor Jekyll zatrząsł się, jakby go mróz obleciał.
— Słyszałem sprzedawców gazet wykrzykujących na ulicach; krzyki dotarły do mojej jadalni.
— Jeszcze jedno słowo — rzekł adwokat. — Carew był moim klientem, ty nim jesteś także, chciałbym wiedzieć, co mam czynić. Chyba nie popełniłeś tej nieostrożności, by tego mordercę ukrywać...
— Uttersonie, przysięgam — zawołał doktor — przysięgam na Boga, że nie chcę go więcej widzieć na oczy. Daję ci słowo honoru, że zerwałem z nim raz na zawsze. To się już skończyło. On nie potrzebuje więcej mojej pomocy. Nie znasz go tak jak ja... On jest teraz zupełnie zabezpieczony... Słuchaj, co ci powiadam: nigdy nikt o nim więcej nie usłyszy...
Adwokat przysłuchiwał się tym słowom z nietajonym gniewem; wzburzenie przyjaciela nie podobało mu się.
— Czy jesteś tego absolutnie pewien, że on się więcej nigdy nie pojawi? — zapytał wreszcie. — W twym własnym interesie chciałbym, byś miał pod tym względem rację. Gdyby doszło bowiem do rozprawy sądowej, mogłoby i twoje nazwisko być wciągnięte.
— Jestem o niego zupełnie spokojny — odparł Jekyll. — Mam powód tak sądzić; nie mogę jednak tego powodu wymienić... Ale przecież w pewnej sprawie potrzebuję twojej porady. Otrzymałem list i nie wiem, czy mam go przedłożyć policji. Chciałbym list ten tobie oddać, będziesz już sam wiedział, jaki zeń zrobić użytek. Mam do ciebie tyle zaufania...
— Czy obawiasz się, że list ten mógłby doprowadzić do odnalezienia mordercy? — zapytał adwokat.
— Nie — rzekł Jekyll. — Mówiłem ci już, że jest mi zupełnie obojętne, co się z Hyde’em stanie. Ten człowiek dla mnie więcej nie istnieje. Myślałem tylko o własnej osobie, która przez tę wstrętną aferę mogłaby być skompromitowana.
Utterson popadł w zamyślenie. Egoizm przyjaciela wywołał w nim zdziwienie zmieszane z pewną ulgą.
— Hm — rzekł wreszcie — pokaż mi ten list.
List był napisany dziwnym jakimś pismem; widocznie piszący chciał zamaskować swe własne pismo. Podpis brzmiał: „Edward Hyde”. Treść była bardzo krótka; donosił swemu dobroczyńcy, doktorowi Jekyllowi, którego szlachetności tak szpetnie nadużył, by nie przejmował się całą sprawą; Hyde ma wszystkie możliwości ucieczki i wykluczone jest, by go przychwycono...
— A czy masz kopertę? — zapytał Utterson.
— Spaliłem ją — odparł Jekyll — zanim jeszcze wiedziałem, o co w tym liście chodzi i od kogo pochodzi. Ale pamiętam, że na kopercie nie było marki11. List został mi wręczony.
— Czy mam ten list zachować przy sobie? Zastanowiłbym się przez noc, co z nim począć...
— Chciałbym, byś ty za mnie zadecydował. Straciłem do siebie zaufanie.
— Dobrze — odparł adwokat. — A teraz jeszcze jedno: czy Hyde podyktował ci w testamencie owo postanowienie tyczące się wypadku, gdybyś ty „znikł”?
Doktor Jekyll zbladł nagle. Zacisnął wargi i uczynił przytakujący ruch głową.
— Wiedziałem o tym — rzekł Utterson. — Miał on zamiar zamordować cię. Jeszcze stosunkowo dobrze wyszedłeś z tej afery.
— O wiele lepiej, niż ci się wydaje — odparł doktor poważnie. — Miałem nauczkę... O Boże, jaką nauczkę!
Zakrył twarz rękoma i nie rzekł więcej ani słowa.
Wychodząc z domu zatrzymał się adwokat i zamienił z Pawłem kilka słów.
— Właśnie przyszło mi na myśl — rzekł — że dziś doręczono panu doktorowi list; jak wyglądał oddawca?
Paweł był zdumiony tym pytaniem; zapewnił, że dziś żaden posłaniec nie oddał żadnego listu.
Słowa te wzbudziły w Uttersonie wielki przestrach. Widocznie list został doręczony przez drzwi wiodące do laboratorium; a może też został napisany w gabinecie... W tym wypadku należało nań patrzeć innymi oczyma i stosować wszelkie środki ostrożności.
Gdy Utterson szedł ulicami, wykrzykiwali chłopcy, sprzedający pisma: „Nadzwyczajny dodatek! Straszne morderstwo posła!”
Niebawem siedział Utterson przy kominku w swym mieszkaniu, a naprzeciw niego — jego pierwszy sekretarz Guest. W pośrodku między nimi na stoliku stała flaszka wina, które przez wiele lat z dala od światła słonecznego spoczywało w piwnicy domu.
Mgły gęsto kładły się nad miastem, w którym lampy uliczne błyszczały jak karbunkuły. Życie toczyło się na wielkich ulicach miasta, ludzie spieszyli do domów, teatrów, restauracji.
Ale w pokoju, w którym siedział Utterson ze swym sekretarzem, panowała cisza, spokój; płomień kominka wesoło oświecał pokój. Flaszka wina stwarzała przyjemny nastrój; w starym winie znikła już cierpkość; miało ono smak łagodny, miękki.
Z wolna Uttersonem owładnął nastrój spokoju i dobroci. Przed Guestem nie miał żadnych tajemnic; pierwszy sekretarz jego kancelarii adwokackiej bywał często u doktora Jekylla, znał Pawła, słyszał też zapewne o pozycji, którą zajmował Hyde w stosunku do doktora; czy nie należałoby mu pokazać listu? Guest jest przecież doskonałym znawcą rękopisów i w ogóle doświadczonym człowiekiem; zapewne po przeczytaniu tak osobliwego dokumentu poczyni kilka uwag, które przydadzą się Uttersonowi i dadzą mu ewentualne wskazówki, jak ma postąpić.
— To bardzo smutna historia, to zamordowanie sir Danversa... — rozpoczął rozmowę Utterson.
— Tak jest, bardzo smutna, wywołała też powszechne wzburzenie. Powiadają, że zamordował go obłąkaniec...
— Chętnie wysłuchałbym pańskiej opinii. Mam tu list pisany ręką mordercy. Chciałbym, aby to zostało między nami... nie wiem, doprawdy, co począć... Patrz pan, oto ten list...
Guest z wielkim zadowoleniem począł studiować dokument.
— Nie, panie doktorze — rzekł wreszcie — ten, kto ten list pisał, nie jest wariatem, ale bądź co bądź ma pismo bardzo osobliwe...
W tej chwili wszedł Paweł i przyniósł list.
— Czy to od doktora Jekylla? — zapytał sekretarz. — Pismo wydaje mi się znajome. Coś prywatnego, panie Utterson?
— Tylko zaproszenie na obiad. Czy chciałby pan zobaczyć również to pismo?
— Bardzo proszę — rzekł sekretarz i z wielką gorliwością począł studiować oba listy. — Dziękuję pięknie — rzekł wreszcie — to są bardzo interesujące autografy.
Nastąpiła dłuższa pauza. Wreszcie, po dłuższej walce ze sobą, postawił Utterson pytanie:
— Dlaczego pan porównywał oba te listy?
— Wykazują one bardzo dziwne podobieństwo... Pismo w nich obu jest właściwie identyczne; różny jest tylko kierunek stawiania liter...
— To bardzo dziwne... — rzekł Utterson.
— Bardzo dziwne... — powtórzył Guest.
— Prosiłbym pana, abyś istnienie tego listu zachował w tajemnicy.
— Dobrze, panie doktorze — rzekł sekretarz — pojmuję...
Gdy Utterson był sam, otworzył kasę i włożył do niej list.
„Jak to? — pomyślał — Henryk Jekyll fałszuje w interesie mordercy?”
VI
Czas upływał. Kilka tysięcy funtów wyznaczono na wykrycie mordercy; odczuwano bowiem śmierć Danversa jako niebezpieczeństwo grożące porządkowi publicznemu i czyniono wielkie wysiłki, by ująć niecnego sprawcę. Atoli Hyde znikł tak, jakby nigdy nie istniał. Z przeszłości jego ujawniono jednak wiele szczegółów — i to stawiających go w okropnym świetle; wywiedziano się o jego bezlitosnym okrucieństwie, o jego złajdaczonym sposobie życia, o zadawaniu się z najbardziej pogardy godnymi żywiołami. Ale nie było ani śladu wskazującego, gdzie się obecnie znajduje. Od chwili gdy tuż po dokonaniu mordu, o świcie, opuścił dom w Soho — jakby znikł z powierzchni ziemi...
Czas upływał, a Utterson uspokajał się z wolna i podejrzenia jego w stosunku do Henryka Jekylla rozwiewały się. Odkąd bowiem ustał fatalny wpływ, który widocznie Hyde wywierał na doktora Jekylla, rozpoczął tenże jakby nowe życie. Ustało odosobnienie, w którym dotychczas pozostawał, nawiązał z powrotem stosunki ze swymi przyjaciółmi, stał się znowu towarzyszem ich wzajemnych przyjęć biesiadnych. Pracował wiele, bywał często na świeżym powietrzu i czuł się bardzo dobrze. Twarz jego stała się pogodniejsza, jaśniało z niej przeświadczenie, że jest znowu pożytecznym członkiem społeczeństwa. Przeżył tak spokojnie przeszło dwa miesiące.
Dnia 8 stycznia był u niego Utterson na kolacji. Zebrało się niewielkie grono przyjaciół. Między nimi był również i doktor Lanyon.
Gdy Utterson 12 i 14 stycznia chciał odwiedzić Jekylla, zastał drzwi zamknięte. Paweł oświadczył mu, że pan doktor nikogo nie przyjmuje. 15 stycznia znowu został odprawiony z niczym. W ostatnich dwóch miesiącach niemal codziennie widywał się ze swym przyjacielem, więc odczuwał ten nawrót do samotności, zasklepienie się Jekylla w czterech ścianach mieszkania jako recydywę melancholii. Następnego dnia udał się w odwiedziny do doktora Lanyona.
Przeraził się widocznymi zmianami, które zaszły w wyglądzie lekarza. W twarzy jego ostro rysowały się znaki zbliżającej się śmierci. Kwitnąca do niedawna twarz była wybladła i wychudła; lekarz w ciągu tygodnia postarzał się o kilkanaście lat. Ale nie tylko te znamiona fizycznego marazmu zaniepokoiły adwokata; jeszcze bardziej w oczy rzucała się zmiana duchowego ustroju lekarza, przygnębienie, ba, nawet przerażenie. Nie można było przyjąć, by lekarz uczuwał lęk przed śmiercią, a jednak Utterson temu uczuciu przypisywał wszystko. Myślał sobie: jako lekarz zna Lanyon swój stan, wie, że dni jego są policzone, a ta świadomość jest ponad jego siły. Gdy Utterson począł mówić o kiepskim wyglądzie swego przyjaciela, Lanyon oświadczył mu z całą stanowczością i z głębokim przekonaniem, że uważa swój stan za beznadziejny.
— Miałem atak, po którym już więcej nie wydobrzeję. Chodzi jeszcze tylko o tygodnie. Tak, tak, życie było piękne i dobre. Żyłem chętnie, możesz mi wierzyć, żyłem chętnie, bez wszelkiego mędrkowania.
— Jekyll jest także chory — zauważył Utterson. — Czy widziałeś go?
Twarz Lanyona skrzywił grymas. Drżącą ręką zrobił ruch zaprzeczenia.
— Nie chcę doktora Jekylla więcej widzieć ani o nim słyszeć — rzekł głośno. — Zerwałem z tym człowiekiem; proszę cię, zaoszczędź mi wszelkiego przypominania osoby, która dla mnie już nie istnieje.
— Sst, sst... — szepnął Utterson i po dłuższej pauzie zapytał. — Czy nie mógłbym czego tu zrobić? Jesteśmy trzej starzy przyjaciele... W tym życiu nie pozyskamy nowych...
— To niemożliwe — odpowiedział Lanyon — zapytaj go sam...
— Ale nie przyjmuje mnie, gdy chcę go odwiedzić — rzekł adwokat.
— To mnie nie dziwi. Mój Uttersonie, kiedy ja umrę, dowiesz się może o wszystkim i będziesz mógł ocenić słuszność i niesłuszność naszego postępowania. Teraz nic więcej powiedzieć ci nie mogę. A jeśli możesz teraz pogawędzić ze mną o innych rzeczach, proszę, zostań. Jeżeli natomiast nie chcesz ominąć tego przeklętego tematu, wówczas idź sobie, proszę, nie mogę bowiem znieść o tym rozmowy...
Gdy Utterson wrócił do domu, usiadł i napisał do Jekylla. Żalił się na niedopuszczenie go do domu Jekylla i dowiadywał się o przyczyny pożałowania godnego zerwania z Lanyonem.
Następnego dnia otrzymał Utterson w odpowiedzi obszerny list, napisany przeważnie patetycznym stylem; miejscami sens wywodów Jekylla był zupełnie ciemny.
„Spór z Lanyonem — pisał Jekyll — nie da się załagodzić. Nie czynię naszemu staremu przyjacielowi żadnych wyrzutów, ale podzielam jego zdanie, że nie możemy się więcej zejść. Zamierzam odtąd pędzić życie w zupełnym odosobnieniu. Nie dziw się i nie wątp o mojej przyjaźni, choćby mój dom często przed tobą był zamknięty; muszę sam pójść drogą cierpienia i pokuty. Sam na siebie karę nałożyłem. Nie mogę ci wszystkiego opisać. Jestem największym grzesznikiem między żyjącymi, największa czeka mnie pokuta. Nie byłbym uwierzył, że na ziemi może istnieć tak wielkie cierpienie i tak wielki lęk. Jedno tylko możesz uczynić, Uttersonie, by ulżyć mojemu losowi: uszanować moje milczenie”.
Utterson osłupiał. Niesamowity wpływ Hyde’a ustał po zniknięciu mordercy. Doktor Jekyll wrócił do swych prac i przyjaciół; jeszcze przed tygodniem wszystko wskazywało, że uspokoił się znacznie i rozpoczyna normalny żywot — i oto teraz, nagle, wniwecz się obraca cała treść jego życia, zatraca się doszczętnie spokój jego duchowy, zrywają się wszelkie węzły łączące go z przyjaciółmi. Taka wielka i niespodziewana zmiana jest chyba przejawem obłąkania... A jednak gdy Utterson zastanawiał się nad zachowaniem i słowami Lanyona, dochodził do przeświadczenia, że istnieje ponadto jakaś niedopowiedziana, głębsza przyczyna, jakaś tajemnica, której Utterson nie zdołał odkryć...
W tydzień potem doktor Lanyon położył się do łóżka, a w dwa tygodnie potem nie żył...
Wieczorem po pogrzebie zamknął się Utterson w swym gabinecie. Siedział przy biurku przy mętnym świetle świecy i miał przed sobą kopertę własnoręcznie zaadresowaną i zapieczętowaną przez zmarłego przyjaciela.
Na kopercie widniał napis:
„Do rąk własnych I. G. Uttersona. Gdyby zmarł przedwcześnie, zniszczyć i nie otwierać!”
Utterson trzymał kopertę w ręce i bał się ją otworzyć. „Pochowałem dziś — pomyślał — jednego przyjaciela, może po otworzeniu tej koperty stracę drugiego...”.
Przemógł się wreszcie i rozpieczętował kopertę.
Wewnątrz znajdowała się druga koperta, również zapieczętowana i zaopatrzona w słowa:
„Otworzyć dopiero po śmierci lub zniknięciu dr. Henryka Jekylla”.
Utterson nie wierzył swym oczom. Tak, wyraźnie było napisane: „po zniknięciu”, tak samo jak w testamencie... Ale w testamencie słowa te powstały pod nieszczęsnym wpływem owego Hyde’a, tam miały one jasny i straszny cel... Ale cóż to oznacza, że Lanyon tak pisze? Utterson uczuwał nieposkromioną ochotę nieliczenia się z zakazem, otwarcia natychmiast koperty i ujawnienia od razu wszystkich tajemnic; lecz uczciwość zawodowa przemogła, wierność wobec zmarłego przyjaciela stanowiła wiążące zobowiązanie; toteż Utterson schował kopertę w głębi swej kasy.
Od tego dnia Utterson nie tęsknił więcej ze zbytnią namiętnością za towarzystwem żyjącego jeszcze przyjaciela. Był dlań nadal przyjaźnie usposobiony, ale myślał o nim z lękiem i niepokojem. Oczywiście odwiedzał go, ale z pewną ulgą przyjmował, gdy go Paweł odprawiał z niczym, gdy go nie wpuszczano do pokoju dobrowolnego i niewytłumaczalnego samotnika. Zresztą Paweł nie miał do zakomunikowania żadnych radosnych i przyjemnych wiadomości. Doktor Jekyll zamykał się teraz przeważnie w gabinecie nad laboratorium, gdzie nawet często sypiał. Był przygnębiony, cichy; nie czytał niczego. Widocznie serce jego gniotła ciężka jakaś troska.
Utterson przyzwyczaił się zresztą do tych relacji Pawła i coraz rzadziej przychodził.
VII
Pewnej niedzieli, gdy Utterson był na zwykłej przechadzce z Enfieldem, zdarzyło się, że droga ich znowu prowadziła przez ową boczną uliczkę, przy której znajdował się dom bez okien, który swego czasu obudził takie ich zainteresowanie. Gdy obaj znaleźli się tuż obok tego domu, przystanęli i poczęli się przypatrywać jedynym drzwiom wiodącym do wnętrza.
— Historia ta skończyła się — rzekł Enfield. — Nie zobaczymy więcej tego Hyde’a...
— Przypuszczam to także — odparł Utterson. — Czy opowiadałem już panu, że go raz widziałem i że wywarł również i na mnie fatalne wrażenie?
— To zupełnie zrozumiałe. Widok tego człowieka budził obrzydzenie. Mimochodem muszę panu powiedzieć: pan mnie zapewne uważał za głupca, sądząc, że nie wiem, iż ten dom to tylne wejście do domu doktora Jekylla...
— Tak? Wie pan o tym? — rzekł Utterson. — A więc moglibyśmy teraz wejść na podwórze i przypatrzyć się temu osobliwemu domowi. Bo prawdę mówiąc, jestem nieco zatroskany o stan biednego Jekylla. Zdaje mi się, że może uradowałyby go odwiedziny przyjaciela, choćby nawet nie wszedł do mieszkania, a z podwórza z nim zamienił kilka słów.
Podwórze było zimne i wilgotne. Mroki wieczorne zasnuwały już światło, choć słońce jeszcze nie zaszło i na ulicach było jeszcze jasno. Środkowe okno — a było ich od strony podwórza tylko trzy — stało otworem. Siedział przy nim doktor Jekyll. Twarz miał smutną, ponurą; wyglądał jak więzień chwytający nieco świeżego powietrza.
— Hola, Jekyll! — zawołał Utterson. — Spodziewam się, że masz się już lepiej.
— Bardzo mi źle, Uttersonie — odparł doktor smutnie. — Bardzo źle. To już niedługo potrwa, Bogu dzięki.
— Zbyt wiele przesiadujesz w pokoju — rzekł Utterson. — Powinieneś wyjść na powietrze i pobudzić krążenie krwi, jak pan Enfield i ja. Czy wolno mi przedstawić: mój kuzyn, pan Enfield — pan doktor Jekyll. A więc: zejdź, weź kapelusz, przejdziemy się.
— To bardzo pięknie z twej strony — westchnął Jekyll — chętnie poszedłbym, ale nie, nie, nie, to niemożliwe, nie wolno mi. Ale doprawdy, Uttersonie, cieszę się, że cię widzę. Wierz mi, cieszę się z całego serca. Zaprosiłbym ciebie i Enfielda do siebie, ale tu u mnie właśnie wielki nieład...
— Dobrze więc — rzekł adwokat dobrodusznie — zostaniemy tu na podwórzu i porozmawiamy.
— Właśnie to chciałem ci zaproponować — rzekł Jekyll, uśmiechając się.
Ale zaledwie te słowa powiedział, gdy uśmiech na jego twarzy zamarł, a przejawił się tak otchłanny lęk i tak głęboka rozpacz, że obu panom, stojącym na podwórzu, krew w żyłach zastygła. Widzieli tę rozpacz i ten lęk tylko przez sekundę, gdyż natychmiast okno się zamknęło; ale ta sekunda wystarczyła. Opuścili podwórze w milczeniu. Również nie mówiąc ani słowa, przeszli małą uliczkę, dopiero gdy znaleźli się na głównej ulicy, na której mimo niedzieli panował dość ożywiony ruch, spojrzał Utterson w twarz swego towarzysza. Była, blada i przerażona.
— Niech nas Pan Bóg ma w swej opiece... — szepnął Utterson.
Enfield skinął głową poważnie i począł w milczeniu iść naprzód.
VIII
Utterson siedział pewnego wieczora po kolacji przy kominku, gdy ku wielkiemu jego zdziwieniu zjawił się Paweł.
— Cóż pana tu sprowadza? — zawołał Utterson. — Co się stało? Czy pan doktor chory?
— Panie Utterson — rzekł Paweł — tam coś nie jest w porządku.
— Tak? Siadaj pan. Oto szklanka wina, wypij pan i opowiedz szczerze, z czym przyszedłeś.
— Wie pan przecież — rzekł Paweł — jaki jest mój pan, i wie pan, że się ostatnio stale odosabnia. Teraz znowu zamyka się w swej pracowni. Panie Utterson, lękam się...
— Mój drogi — rzekł adwokat — proszę mówić szczerze i wyraźnie: czego się pan lęka?
— Już od tygodnia obawiam się — odparł Paweł — a teraz nie mogę już więcej się opanować...
Zewnętrzny wygląd Pawła jak najdobitniej potwierdzał te słowa. Postawa jego, zwykle poprawna, wiele pozostawiała teraz do życzenia. Siedział na fotelu, trzymał szklankę wina na kolanie, nie wypił ani kropli, oczy miał utkwione w dywan.
— Nie mogę się więcej opanować... — powtórzył.
— Pawle! — rzekł Utterson. — Widzę, że zaszło coś poważnego. Niech pan spróbuje mi powiedzieć, o co idzie12.
— Sądzę, że zaszło coś okropnego — rzekł Paweł ochrypłym głosem.
— Coś okropnego? — zawołał adwokat, przerażony i zmieszany. — Co to ma znaczyć?
— Nie mam odwagi powiedzieć, ale czy nie chciałby pan pójść ze mną i osobiście się przekonać?
Utterson powstał i wziął płaszcz i kapelusz. Zauważył, że na twarzy służącego odmalowała się wielka ulga.
Była to burzliwa noc zimowa. Wiatr uniemożliwiał rozmowę. Ulice były zupełnie puste. Utterson chętnie byłby w tej chwili widział dokoła siebie ludzi; samotność i pustka na ulicach wywoływała w nim nieprzyjemne uczucie.
Gdy przybyli na plac przed domem, Paweł się zatrzymał i mimo silnego mrozu zdjął czapkę i otarł czerwoną chusteczką czoło. Lecz mimo szybkiego marszu nie był to pot wywołany zmęczeniem; czoło jego było wilgotne ze strachu; twarz miał bladą, a kiedy mówił, głos jego był chropawy:
— Oto jesteśmy — rzekł — oby Bóg dał, by nic nie zaszło.
Po tych słowach Paweł ostrożnie zapukał. Drzwi uchyliły się nieco, a głos jakiś wewnątrz zapytał:
— Czy to ty, Pawle?
— Tak, to ja, otwórz.
Przedsionek, do którego weszli, był jasno oświetlony, wielki ogień płonął na kominku, a dokoła niego była zgromadzona cała służba. Na widok Uttersona pokojówka wydała histeryczny okrzyk, a kucharka zawołała:
— Bogu dzięki, pan Utterson! — i pobiegła do niego, jakby go chciała uścisnąć.
— Co wy tu wszyscy robicie? — rzekł adwokat ostrym tonem. — To zupełnie niewłaściwe postępowanie.
— Oni wszyscy się boją — rzekł Paweł.
Pokojówka załkała głośno.
— Stul gębę! — zawołał Paweł z wielką gwałtownością, dowodzącą, jak bardzo jest podniecony.
Gdy dziewczyna poczęła jęczeć, wszyscy obecni skierowali oczy w stronę drzwi prowadzących do wnętrza domu; na twarzach ich malował się przestrach i oczekiwanie.
— A teraz — zawołał Paweł do sprzątacza — podaj mi świecę, nareszcie dotrzemy do prawdy!
Poprosił Uttersona, by poszedł za nim, i zaprowadził go na podwórze.
— Teraz, panie Utterson — rzekł — proszę pójść za mną możliwie najciszej. Chciałbym, by pan słyszał, ale by pana nie słyszano. Uważaj pan: gdyby mu wpadło na myśl pana wezwać, niech pan nie wchodzi!
Te niespodziewane słowa omal nie wytrąciły Uttersona z równowagi duchowej, lecz opanował się i szedł za Pawłem przez laboratorium i salę chirurgiczną aż do schodków wiodących do gabinetu. Tu dał mu Paweł znak, by się nieco usunął na bok. Paweł postawił świecę na podłodze i sam zdecydowanym krokiem wszedł na schodki i zapukał do drzwi otoczonych czerwonym fryzem.
— Jaśnie panie, pan Utterson chciałby z panem się rozmówić — rzekł i raz jeszcze uczynił ruch w stronę Uttersona, polecający baczną uwagę.
Jakiś głos odezwał się z wewnątrz:
— Niech mu pan powie, że nikogo nie przyjmuję!
— Dobrze, jaśnie panie — rzekł Paweł, wziął świecę i zaprowadził Uttersona przez podwórze do wielkiej kuchni, w której wygasł ogień i karaluchy biegały po podłodze.
— Panie Utterson — rzekł Paweł — czy to był głos mego pana?
— Wydał mi się bardzo zmieniony — odparł adwokat.
— Zmieniony? Hm, jestem od dwudziestu lat w tym domu i nie miałbym poznać jego głosu? Nie, panie Utterson, mojego pana zamordowali, sprzątnęli przed ośmiu dniami, kiedyśmy słyszeli, że głośno wzywa pomocy boskiej, a co tam jest zamiast niego i dlaczego tam pozostaje, to Bóg raczy wiedzieć, panie Utterson!
— To bardzo dziwna historia, Pawle. Przypuśćmy, że pańskie przypuszczenie jest prawdziwe, przypuśćmy, że doktor Jekyll został zamordowany, to po cóż morderca pozostaje na miejscu czynu? Nie, nie mogę uznać za słuszne pańskiego przypuszczenia.
— Dobrze, panie Utterson, trudno pana zadowolić, ale zdaje mi się, że uda mi się to wreszcie — rzekł Paweł. — Przez cały ubiegły tydzień on albo ono (mam na myśli to stworzenie, które bawi w tamtym gabinecie) wołało o jakieś lekarstwo, którego ani rusz dostać nie można. Już przedtem miał mój pan niekiedy zwyczaj pisania swych zleceń na kartce papieru i zostawiania ich na schodkach. Przez cały ubiegły tydzień stale zastawaliśmy takie kartki na schodach; drzwi były zamknięte wciąż; jedzenie zostawialiśmy również pod drzwiami; zabierał je, gdy nikogo nie było. Pomyśl pan sobie, codziennie, co powiadam, dwa lub trzy razy dziennie zastawałem na schodach karteczki, które mnie wysyłały do wszystkich większych składów aptecznych i sklepów z chemikaliami. Ilekroć przynosiłem flaszeczkę z zamówioną miksturą, zastawałem niebawem nową karteczkę z wiadomością, bym zwrócił lekarstwo, gdyż nie jest czyste, i zamówił nowe w innej firmie...
— Czy ma pan przy sobie jedną z tych kartek? — zapytał Utterson.
Paweł począł grzebać w kieszeni i dobył zmiętą karteczkę, którą adwokat, pochyliwszy się nad świecą, począł skrupulatnie badać. Treść była następująca:
„Dr Jekyll przesyła panu Maw pozdrowienia i zapewnia, że ostatnia przesyłka jest niezbyt czysta, zatem niezdatna. W roku 18... pobrałem większą ilość tego lekarstwa. Proszę zatem zbadać w składzie, czy nie ma jeszcze pewnej ilości tego samego gatunku i o ile by się znalazło, przesłać natychmiast. Cena nie odgrywa żadnej roli. Zależy mi na tym bardzo”.
— To bardzo dziwna kartka — rzekł Utterson, a potem ostro zapytał. — A jak to się stało, Pawle, że to pismo ma pan przy sobie i to odpieczętowane?
— Sprzedawca w firmie Maw rozgniewał się i cisnął mi kartką w twarz — wyjaśnił Paweł.
— To jest bezsprzecznie pismo doktora Jekylla — rzekł adwokat. — Co pan sądzi?
— Tak i mnie się zdawało — odparł służący i dodał zmienionym głosem: — Widziałem go!