Legenda starego dworu
Rozdział pierwszy
Działo się to pod koniec lat trzydziestych w piękny jesienny dzień. Stał wówczas w Uppsali1 wysoki, żółty dwupiętrowy budynek, usytuowany dziwnie samotnie na niewielkiej łące, daleko na obrzeżach miasta. Dom był dość szkaradny i nieprzyjemny, ale upiększony mnóstwem dzikiego wina, które po słonecznej stronie wiło się tak wysoko po żółtej ścianie, że całkowicie otaczało trzy okna na piętrze.
W pokoju, za jednym z tych obramowanych winem okien, pewien student popijał poranną kawę. Był wysokim, przystojnym mężczyzną o pięknej aparycji. Włosy, które odczesywał wysoko nad czoło, ślicznie się kręciły, a grzywka nieustannie opadała na oczy. Ubrany był w wygodny, luźny szlafrok, a i w tym wyglądał całkiem elegancko.
Przyjemnie miał w pokoju. Stała tam wygodna kanapa i obite krzesła, duże biurko i solidne regały, lecz nie było na nich prawie żadnych książek.
Zanim zdążył dopić kawę, wszedł do niego znajomy student. Ten był zupełnie innego gatunku: niski, krępy mężczyzna, silny, brzydki, o dużej twarzy, cienkich włosach i grubej skórze.
— Ty, Hede — powiedział — przychodzę, żeby poważnie z tobą pomówić.
— Spotkało cię coś przykrego?
— O nie, nie mnie — odparł tamten — chodzi o ciebie. — Na chwilę zamilkł i spuścił wzrok. — Cholera, niemiło jest o tym mówić.
— To nie mów! — rzucił Hede. Chciało mu się śmiać z tej uroczystej powagi.
— No właśnie już nie mogę — odezwał się gość. — Dawno miałem to zrobić, ale widzisz, jakoś mi nie wypada. Nie mogę odgonić myśli, że będziesz potem mówił do siebie: „Ten Gustav Ålin, syn moich dzierżawców, taki się zrobił panisko, że będzie mnie teraz pouczał”.
— Daj spokój, Ålin — wtrącił Hede — wcale tak nie myślę. Toż i mój dziad był z chłopów.
— No, ale dziś o tym nikt nie pamięta — powiedział Ålin. Siedział naprzeciwko Hedego i ciężko wzdychał (z każdą chwilą jego chłopska natura coraz bardziej mu doskwierała), jakby miało mu to pomóc wybrnąć z zakłopotania. — Wiesz, jak sobie myślę o różnicy między twoją rodziną a moją, to uważam, że winien jestem milczeć, ale gdy przypomnę sobie, że to twój ojciec pomógł mi kiedyś, bym dziś mógł studiować, to pewnie słusznie, żebym powiedział.
Hede rzucił mu piękne spojrzenie.
— Mów zatem, żebyś się pozbył tego zmartwienia!
— No więc słyszałem — zaczął Ålin — jak mówią, że nic nie robisz. Mówią, że nawet książki nie otworzyłeś przez te cztery semestry, coś je spędził w akademii. Nie robisz nic, tylko całymi dniami wygrywasz na skrzypcach. A mnie trudno w to nie uwierzyć; w szkole w Falun2 nie chciałeś robić nic innego, choć wówczas musiałeś pracować.
Hede zesztywniał na krześle. Ålin miał coraz bardziej nieszczęśliwą minę, ciągnął powoli, choć zdecydowanie:
— Z pewnością myślisz, że kto ma na własność taki majątek jak Munkhyttan3, powinien móc robić, na co ma ochotę, pracować, jeśli chce, a jeśli nie, odpuścić. Dostanie dyplom, to dobrze. Nie dostanie dyplomu, to niemal równie dobrze; bo i tak nie chcesz być nikim jak tylko nadzorcą, przez całe życie chcesz mieszkać w Munkhyttan. I ja rozumiem, że w ten sposób myślisz.
Hede milczał, a Ålin widział, jak kolegę otacza mur dostojeństwa, ten sam, który w jego oczach otaczał ojca Hedego, radcę, i matkę, radczynię.
— Sprawy mają się jednak tak, że Munkhyttan nie jest już tym, czym było dawniej, kiedy ruda żelaza przynosiła zyski — podjął ostrożnie. — I o tym radca dobrze wiedział, dlatego przed śmiercią postanowił posłać cię na studia. Radczyni też o tym wie, biedaczka, a z nią cała wieś. Jedynym, który nic nie wie, jesteś ty, Hede.
— Chcesz powiedzieć — Hede trochę się zirytował — że nie wiem o nieużyteczności kopalni?
— Ach, nie — odparł Ålin — to wiesz z pewnością, ale widzisz, nie domyślasz się nawet, że Munkhyttan jest zrujnowane. Pomyśl rozsądnie, a pojmiesz, że w zachodnich dolinach nie da się żyć z samego rolnictwa. Ech, nie wiem, dlaczego radczyni trzyma to w tajemnicy. No, ale ona siedzi na całości spadku, nie musi pytać o twoją opinię. W każdym razie, w naszej okolicy powszechnie wiadomo, że klepie biedę. Mówią, że chodzi po ludziach i pożycza pieniądze. Pewnie nie chciała cię martwić, pomyślała raczej, że utrzyma to wszystko, póki nie wrócisz z dyplomem. Nie chce sprzedać posiadłości, póki nie ukończysz studiów i się nie ustatkujesz.
Hede wstał i zaczął przechadzać się po pokoju. Wtem zatrzymał się przed Ålinem.
— Człowieku, siedzisz tu i wmawiasz mi głupoty. Jesteśmy przecież bogaci.
— Dobrze wiem, że w naszych stronach wciąż mają was za panów — odezwał się Ålin. — Ale rozumiesz chyba, że pieniędzy nie starczy, jeśli się tylko wydaje, a nic nie zarabia. Inaczej było, jak mieliście kopalnię.
Hede znów usiadł.
— Matka powinna była mi o tym powiedzieć. Jestem ci wdzięczny, ale wystraszyły cię tylko jakieś głupie plotki.
— Domyśliłem się, że o niczym nie wiesz — ciągnął uparcie Ålin. — Radczyni w Munkhyttan oszczędza i haruje, żeby ci posłać pieniądze do Uppsali i żeby podczas twoich wizyt w domu, między semestrami, było miło i wesoło. A ty w tym czasie nic nie robisz, bo nie masz pojęcia, że coś ci zagraża. Nie mogłem już dłużej patrzeć, jak się nawzajem oszukujecie. Jaśnie pani sądziła, że się uczysz, a tyś mniemał, że ona jest bogata. Nie mogę pozwolić, żebyś zniszczył swą przyszłość przez to, że o niczym nie wiesz.
Przez chwilę Hede siedział zamyślony. Potem wstał i podając Ålinowi rękę, smutno się uśmiechnął.
— Teraz rozumiem, żeś powiedział prawdę, choć nie chcę w nią wierzyć. Dziękuję!
Ålin uścisnął mu dłoń, promieniejąc z zadowolenia.
— Rozumiesz chyba, Hede, że nie wszystko stracone; wystarczy, że będziesz pracował. Z twoją głową możesz ukończyć nauki w siedem, osiem semestrów.
Ålin wstał i ruszył ku drzwiom, choć nieco niepewnie. Nim dotarł do progu, odwrócił się.
— Miałem też inną sprawę — powiedział. Znów był nieśmiały. — Chciałem cię prosić, byś pożyczył mi skrzypce, póki nie zaczniesz się uczyć.
— Pożyczyć skrzypce?
— Tak, owinę je jedwabiem, zamknę w futerale i wyniosę, inaczej nie weźmiesz się do roboty. Ledwie wyjdę za drzwi, jak zaczniesz znowu grać. Przywykłeś do tego, nie będziesz mógł się powstrzymać, jeśli zostaną u ciebie. Tego się nie przezwycięży, jeśli ktoś nie pomoże. To jest zbyt silne.
Hede zaoponował.
— To szaleństwo! — powiedział.
— O nie, żadne szaleństwo. Wiesz, żeś odziedziczył to po radcy, muzykowanie macie we krwi. Od kiedy stałeś się sam sobie panem w Uppsali, nie robisz nic innego. Mieszkasz z dala od miasta tylko po to, by nikomu nie wadzić muzyką. Sam sobie w tym nie pomożesz. Oddaj mi skrzypce!
— Owszem, kiedyś — zaczął Hede — nie mogłem się powstrzymać od grania. Lecz teraz chodzi o Munkhyttan. Bardziej kocham swój dom niż te skrzypce.
Ålin uparcie prosił o instrument.
— W czym to pomoże? — dopytywał Hede. — Jeśli zechcę zagrać, nie muszę daleko szukać, by pożyczyć czyjeś skrzypce.
— Rozumiem — odparł Ålin — lecz nie wydaje mi się, żeby obce skrzypce specjalnie tu zagrażały. To te stare, z Włoch, są dla ciebie zgubą. Poza tym proponuję, żebyś się tu zamknął przez najbliższe dni. Tylko na początek.
Prosił i prosił, lecz Hede się opierał. Nie miał zamiaru poddać się czemuś tak idiotycznemu jak areszt we własnym pokoju. Ålin zaczerwienił się ze złości.
— Zabieram ze sobą skrzypce — powiedział — inaczej na nic się to wszystko zda. — Mówił z zażartym gniewem. — Nie chciałem o tym wspominać, ale wiem, że nie chodzi tylko o Munkhyttan. Zeszłej wiosny widziałem na balu doktorskim dziewczynę, o której mówili, żeś się jej oświadczył. Nie zwykłem tańczyć, ale z przyjemnością patrzyłem, jak ona frunie w tańcu i błyszczy niczym polny kwiatek. A gdym usłyszał, że jest z tobą zaręczona, zrobiło mi się jej żal.
— Naprawdę?
— No tak, wiedziałem bowiem, że do niczego nie dojdziesz, jeśli dalej będziesz postępował tak jak dotychczas. Poprzysiągłem sobie, że dziewczę nie będzie przez całe życie czekać na kogoś, kto nigdy nie nadejdzie. Nie będzie usychać z tęsknoty za tobą. Nie chcę jej spotkać za kilka lat z zasmuconą twarzą i zmarszczkami przy ustach...
Tu przerwał. Spojrzenie Hedego stało się osobliwie badawcze.
Ale Gunnar Hede już zrozumiał, że Ålinowi spodobała się jego narzeczona. Głęboko go poruszyło, że mimo to przyjaciel chciał go ratować z niedoli — ugiął się pod wpływem emocji i oddał mu futerał.
Po wyjściu Ålina Hede przez całą godzinę rozpaczliwie czytał, lecz potem odtrącił książkę.
Cóż mu z tego czytania! Dyplom zdobędzie za trzy, cztery lata, a kto go zapewni, że w tym czasie majątek nie zostanie sprzedany?
Niemal z przerażeniem poczuł, jak bardzo kocha to stare miejsce. Jakby go ktoś zaczarował. Każdy pokój, każde drzewo stanęło mu przed oczami. Nie może mu ich zabraknąć, jeśli ma być szczęśliwy.
I on ma spokojnie siedzieć nad książką, kiedy ktoś mu to wszystko odbiera?
Coraz bardziej się niepokoił, krew pulsowała mu w skroniach jak w gorączce. Był zdesperowany, że nie może chwycić za skrzypce i ukoić rozpaczy graniem.
— Boże — wykrzyknął — zwariuję przez tego Ålina. Najpierw zawiadamia mnie o takiej sprawie, potem zabiera mi skrzypce! Taki człowiek jak ja musi czuć smyczek pod palcami tak w smutku, jak i w radości. Muszę coś zrobić, muszę znaleźć pieniądze, ale w głowie mam pustkę. Bez skrzypiec nie umiem myśleć.
Hede wściekał się na to siedzenie w zamknięciu, skazany na książki. To obłęd ślęczeć tak i z wolna uczyć się do egzaminu, kiedy potrzeba pieniędzy, pieniędzy, pieniędzy.
Nie mógł znieść świadomości, że jest zamknięty. Był wściekły na Ålina, który wymyślił to szaleństwo; bał się, że gdy tamten wróci, zdolny będzie go pobić.
Pewnie, że by grał, gdyby miał tu skrzypce — właśnie tego najbardziej potrzebował. Krew gotowała się w nim tak, że poczuł zbliżający się obłęd.
I kiedy tak Hede tęsknił za skrzypcami, na podwórku usłyszał wędrownego grajka. Był to ślepy starzec, fałszował i grał bez wyczucia, ale Hede tak bardzo się wzruszył, usłyszawszy skrzypce właśnie w tej chwili, że oczy zaszły mu łzami i złożył dłonie.
Po chwili otworzył okno i zszedł na dół, uczepiwszy się dzikiego wina. Nie robił sobie wyrzutów, że porzucił pracę. Uznał, że skrzypce zjawiły się pod jego domem tylko po to, by go pocieszyć w niedoli.
Nigdy wcześniej Hede o nic nie prosił tak czule, jak teraz ślepego o pożyczenie skrzypiec. Przez cały czas ściskał czapkę w dłoni, choć dziadek niczego przecież nie widział.
Nie rozumiał, czego od niego chcą. Odwrócił się do dziewczynki, która go prowadziła. Hede ukłonił się ubogiej panience i powtórzył prośbę. Popatrzyła na niego jak ktoś, kogo oczy służą dwóm osobom. Spojrzenie dużych, szarych oczu rzuciła tak ostre, że Hede poczuł, jak w niego trafia: już było przy szyi, sprawdzało, czy kołnierzyk świeżo wyprasowany, czy marynarka czysta, czy buty wypolerowane.
Hede nigdy dotąd nie przeszedł takich oględzin. Był pewny, że te oczy go odrzucą.
Lecz tak się nie stało. Dziewczyna uśmiechnęła się w osobliwy sposób. Jej twarz była tak poważna, że gdy się teraz rozpromieniła, miało się wrażenie, że po raz pierwszy i jedyny jest zadowolona. I teraz jeden z tych rzadkich uśmiechów wślizgnął się na jej usta.
Wzięła skrzypce od dziadka i podała Hedemu.
— To teraz będzie walc z Wolnego strzelca4 — powiedziała.
Dziwne wydało się Hedemu, że musi grać walca akurat w tej chwili, lecz tak naprawdę było mu wszystko jedno, co zagra — aby tylko potrzymać w dłoni smyczek.
Niczego innego nie potrzebował. Skrzypce natychmiast go pocieszyły. Mówiły do niego słabym, ochrypłym tonem: „To tylko skrzypki starego biedaka, a jednak niosę ślepcowi otuchę i pomoc. Jestem światłem, kolorem, jasnością jego życia. To ja go pocieszam w nędzy, starości, ślepocie”.
Hede poczuł, jak potworny smutek — ten, co zagłuszył mu nadzieję — zaczął ustępować. „Tyś jest młody, tyś silny”, powiedziały skrzypce. „Potrafisz walczyć. Możesz zatrzymać to, co chce ci się wymknąć. Czemuś przybity i zasmucony?”.
Hede grał ze spuszczonym wzrokiem. Teraz podniósł głowę i spojrzał na tych, co stali dookoła. Była to gromadka dzieci i ludzie z ulicy; przyszli na podwórko, by posłuchać muzyki.
Ale nie pojawili się tu jedynie ze względu na melodię. Nie tylko ślepiec i dziewczyna należeli do trupy.
Naprzeciwko Hedego stała postać w trykocie i cekinach, z nagimi ramionami skrzyżowanymi na piersi. Ten ktoś wyglądał na starego i zmarnowanego, ale Hede pomyślał, że to czort, taką miał dużą klatę i długie wąsiska. Obok jego żona — niska i tęga, niespecjalnie młoda, ale przeszczęśliwa w cekinach i spódnicach z tiulu.
Przy pierwszych taktach muzyki stali w bezruchu, licząc. I oto życzliwy uśmiech pojawił się na ich ustach, wzięli się za ręce i zatańczyli na dywaniku.
Hede zauważył, że podczas tej całej ekwilibrystyki, którą wykonali, żona stała w miejscu, a mąż sam pracował. Przeskakiwał nad nią, kręcił się dookoła i robił fikołki. Ona zajęta była posyłaniem widowni całusów.
Hede niewiele o nich myślał. Smyczek zaczął fruwać po strunach. Mówił mu, że w walce i władaniu tkwi radość. Przekonywał go, że ma szczęście, bo to decydujący moment. Hede wygrywał sobie odwagę i nadzieję, nie myśląc wiele o starych linoskoczkach.
Lecz nagle zauważył ich niepokój. Przestali się uśmiechać i posyłać publice całusy. Akrobata dziwacznie skakał, a żona zaczęła kołysać się w rytm walca.
Hede grał coraz żwawiej. Zarzucił Wolnego strzelca i zaintonował starą melodię fauna5, przy której na zabawach ludzie tracili rozum.
Para linoskoczków niemal straciła równowagę, wpadli w zdyszane zdumienie. Aż nadszedł moment, gdy dłużej nie mogli wytrzymać. Ruszyli do przodu, chwycili się za ramiona i zatańczyli walca na środku dywanu.
Jakżeż oni tańczyli, jak tańczyli! Dreptali drobnymi kroczkami, wirowali w małych, szybkich kółkach, nie opuszczając chodniczka. A twarze ich promieniały od tego uniesienia. W starych ludziach obudziły się młodzieńcze pragnienia, miłosna konfuzja.
Na widok ich tańca tłum wiwatował. Na twarzyczce poważnej przewodniczki ślepca pojawił się uśmiech, lecz Hede bardzo się zirytował.
Patrzcie no, do czego zdolne są jego skrzypce — potrafią porwać ludzi! Miał w rękach olbrzymią władzę. W każdej chwili mógł posiąść swoje królestwo.
Wystarczy kilka lat studiów za granicą u jakiegoś mistrza i będzie mógł jeździć po świecie. Dzięki muzyce zdobędzie pieniądze, zaszczyty i sławę.
Hede uznał, że akrobaci przyszli tu, by mu o tym powiedzieć. Oto jego droga, stoi przed nim jasna i otwarta.
Powiedział sobie: „Chcę, chcę zostać muzykiem, muszę nim być. To coś innego niż nauka. Moimi skrzypcami potrafię zaczarować ludzi, mogę być bogaty”.
Hede przestał grać. Artyści natychmiast do niego podeszli, by go skomplementować.
Mężczyzna powiedział, że nazywa się Blomgren. To jego prawdziwe nazwisko, gdy występował, używał innego. On i żona pracowali w cyrku. Pani Blomgren, dawniej miss6 Viola, skakała na końskim grzbiecie. I nawet dzisiaj, choć opuścili cyrk, są artystami, pełnymi ognia artystami. Zresztą już to zobaczył. To dlatego nie potrafili oprzeć się jego skrzypcom.
Hede towarzyszył akrobatom przez parę godzin. Nie umiał rozstać się z instrumentem, podobał mu się zachwyt starych artystów nad ich profesją. Idąc tak, badał siebie. „Chcę sprawdzić, czy i we mnie jest ziarno artysty, chcę sprawdzić, czy mogę budzić zachwyt, czy dzieci i gawiedź pójdą za mną od domu do domu”.
I tak wędrowali między podwórkami. Pan Blomgren zarzucił na siebie stary, zniszczony płaszcz, a pani Blomgren okryła się brązową peleryną. Rozmawiali z Hedem.
Pan Blomgren niechętnie mówił o sławie, jaką oboje zdobyli, gdy należeli do prawdziwej trupy cyrkowej. Dyrektor zwolnił panią Blomgren pod pretekstem, że ma zbyt korpulentną figurę. Pan Blomgren nie został zwolniony, sam zrezygnował. Nikt chyba nie sądził, że będzie pracował dla dyrektora, który zwolnił jego żonę.
Pani Blomgren kochała sztukę — to dla niej mąż postanowił zostać wolnym artystą, by ona nadal mogła występować. Gdy na spektakle uliczne robiło się za zimno, grali w namiocie. Mieli bogaty repertuar: pantomina, magiczne sztuczki i żonglerka.
Cyrk ich odrzucił, powiedział pan Blomgren, ale nie sztuka. Oddali się sztuce, wierni jej aż do grobowej deski. Na zawsze, na zawsze artyści! Oto sentencja pana Blomgrena, jak również i pani Blomgren.
Hede słuchał w milczeniu. Myśli pędziły niespokojnie od pomysłu do pomysłu. Czasem wydarza się coś, co wygląda na symbol, znak, który należy odczytać. W tym, co mu się teraz przytrafiło, tkwił jakiś sens. Jeśli właściwie go zrozumie, doprowadzi go do podjęcia mądrej decyzji.
Pan Blomgren zwrócił uwagę studenta na drobną przewodniczkę ślepego. Czy widział kiedy takie oczy? Czy nie sądzi, że takie oczy muszą coś oznaczać? Czy można mieć takie oczy, nie będąc powołaną do wyższych celów?
Hede odwrócił się i spojrzał na bladą dziewczynkę. Tak, miała oczy jak gwiazdy na smutnej, nieco wychudzonej twarzy.
— Pan Bóg zawsze wie, co czyni — odezwała się pani Blomgren. — Nawet w tym, że pozwala panu Blomgrenowi występować na ulicy, jest jakiś sens. Ale jaki miał zamiar, dając dziewczynie takie oczy i uśmiech?
— Coś panu powiem — rzekł pan Blomgren. — Ona nie ma predyspozycji do sztuki. A z tymi oczami!
Hede podejrzewał, że nie mówią do niego, a tylko pouczają dziewczynę. Szła tuż za nimi, musiała słyszeć każde ich słowo.
— Nie ma więcej jak trzynaście lat, wcale nie za dużo, żeby się czegoś nauczyć; ale to niemożliwe, nie ma w niej krzty talentu. Proszę ją nauczyć szycia, panie studencie, jeśli nie chce pan tracić czasu, ale nie stania na głowie!
— Ten jej uśmiech obezwładnia ludzi — powiedział pan Blomgren. — Ten uśmiech sprawia, że dziewczyna wciąż dostaje propozycje od rodzin, które chcą ją adoptować. Mogłaby dorastać w zamożnym domu, gdyby zechciała porzucić swego dziadka. Ale na co jej ten uśmiech, przez który ludzie szaleją, jeśli za żadne skarby nie chce pokazać się ani na końskim grzbiecie, ani na trapezie?
— Znamy artystów — odezwała się pani Blomgren — którzy biorą dzieci z ulicy i przyuczają je do zawodu, kiedy sami już nie występują. Niejednemu udało się stworzyć gwiazdę, która zarabia dla nich ogromne pieniądze. Ale pan Blomgren i ja nigdy nie myślimy o gażach, chcieliśmy tylko zobaczyć Ingrid, jak skacze przez obręcz, podczas gdy cyrk huczy od oklasków. Byłoby to niczym nowe życie.
— Dlaczego trzymamy jej dziadka? — ciągnął pan Blomgren. — Czy jest artystą, który nas obchodzi? Moglibyśmy wziąć ze sobą byłego członka dworskiej kapeli. Ale kochamy dziewczynkę, nie umiemy bez niej żyć; trzymamy dziadka ze względu na nią.
— Czy to nie okrutne, że nie pozwala nam zrobić z siebie artystki? — spytali.
Hede się odwrócił. Mała przewodniczka ślepca miała na twarzy wypisany ból pełen cierpliwości. Widział po niej, że dobrze wie: ten, co nie tańczy na linie, jest niezdarnym, nędznym stworzeniem.
W tej chwili wmaszerowali na nowe podwórko, lecz zanim zaczęto spektakl, Hede usiadł na odwróconej taczce i wygłosił kazanie.
Oto bronił biedną przewodniczkę ślepca. Potępił pana i panią Blomgren, że chcieli wystawić ją przed wielką, okrutną publiką, która kochałaby ją i oklaskiwała do czasu, a gdy się zestarzeje i zmęczy, zostawiłaby ją na ulicy na pastwę losu, jesienną słotę i chłód. Nie, artystą jest ten, kto uszczęśliwia drugiego człowieka. Ingrid będzie miała oczy i uśmiech dla jednego, oszczędzi je dla tego jedynego, a on jej nie opuści, lecz podaruje jej bezpieczny dom do końca jej dni.
Gdy Hede przemawiał, do oczu napłynęły mu łzy. Bardziej mówił do siebie niż do gawiedzi. Nagle poczuł, jakie to potworne, gdy ciągną cię w świat, z dala od domowego spokoju.
I dojrzał, jak duże, gwieździste oczy dziewczynki zaświeciły. Jakby zrozumiała każde jego słowo. Zdało się, że znów chce jej się żyć.
Lecz pan i pani Blomgren spoważnieli. A ściskając dłoń Hedego, obiecali, że już nigdy nie będą namawiać dziewczyny na karierę artystyczną. Będzie kroczyć tą drogą, którą sama wybierze. Wzruszył ich. Byli artystami, pełnymi ognia artystami, zrozumieli, co miał na myśli, gdy mówił o lojalności i miłości.
Po tym wszystkim Hede pożegnał się i wrócił do siebie. Już nie szukał tajemnego znaczenia w swojej przygodzie. W końcu nie było w tym innego sensu niż ten, że ma wybawić to biedne, smutne dziecko od zgryzoty — bowiem dziewczynka nie miała za grosz talentu!
Rozdział drugi
Majątek Gunnara Hedego, Munkhyttan, znajdował się w ubogiej gminie leśnej, we wschodniej części Dalarny7. Był to duży teren na pustkowiu, którego większość zajmowała surowa przyroda: skaliste wzgórza i jeziorka. Mieszkańcy nie mieliby z czego żyć, gdyby nie pozwolenie na handel obnośny po całym kraju. W okolicy tej roiło się od dawnych legend o biednych parobkach i wieśniaczkach, którzy ruszyli z workiem drobiazgów na plecach, a wrócili w złotej karocy ze skrzyniami pełnymi pieniędzy.
Jedną z najwspanialszych opowieści była ta o dziadku Hedego. Był on synem biednego grajka, dorastał ze skrzypkami i kiedy skończył siedemnaście lat, wyruszył w drogę z workiem na plecach. A gdziekolwiek się pojawił, do pomocy w handlu miał skrzypki; czułymi melodiami zachęcał ludzi do tańca i tak sprzedawał jedwabne chusty, grzebienie i igły. Targi schodziły na żartach i muzykowaniu. Szło mu tak dobrze, że w końcu mógł kupić Munkhyttan wraz z kopalnią i zastąpić znajdującego się na skraju nędzy gospodarza.
Tak został włodarzem i poślubił piękną córkę dawnego właściciela.
Potem starzy państwo — bo wciąż tak ich nazywano — myśleli tylko o tym, jak upiększyć swoje gospodarstwo. To oni przenieśli główne budynki na prześliczną wyspę, położoną blisko brzegu jeziorka, wokół którego rozciągały się pola i kopalnie. Za ich czasów dobudowano piętro (chcieli mieć bowiem przestrzeń do przyjmowania gości), podobnie zewnętrzne schody o dwóch podejściach. Całą świerkową wysepkę obsadzili drzewami liściastymi, a w kamienistej ziemi utworzyli alejki, wybudowali altanki, chylące się nad jeziorko niczym ptasie gniazda. Piękne francuskie róże, otaczające taras, holenderskie meble, francuskie skrzypce — wszystko to sprowadzili do domu. To także oni kazali wznieść mur, który chronić miał sad przed północnym wiatrem, oni też założyli szklarnię z winoroślą.
Starzy państwo byli radosnymi, życzliwymi ludźmi starej daty. Pani pragnęła uchodzić za nieco dostojną, lecz pan ani trochę. W całym tym luksusie, jaki go otaczał, chciał zawsze pamiętać, kim był dawniej — dlatego w gabinecie, gdzie pracował i przyjmował wizyty, nad pulpitem wisiał wór i domowej roboty czerwone skrzypki.
Także po jego śmierci wór i skrzypki pozostały w tym samym miejscu. Na ich widok syn i wnuk za każdym razem czuli wdzięczność. To te proste narzędzia stworzyły Munkhyttan, a Munkhyttan jest najlepszym miejscem na świecie.
Jak do tego doszło? Faktycznie było tak, że miejscu temu towarzyszyło życie dobre, przyjemne i beztroskie, ród Hede ukochał ten dom. Szczególnie Gunnar Hede był przywiązany do Munkhyttan. Mówiono nawet, iż niewłaściwie jest twierdzić, że posiada to gospodarstwo. Przeciwnie, owo pradawne miejsce w zachodniej Dalarnie posiadało Gunnara Hedego.
Gdyby nie stał się niewolnikiem wielkiego, starego budynku smaganego wiatrami, tych kilku akrów ziemi i lasu, tych przerośniętych jabłoni, kontynuowałby naukę lub — lepiej — wyjechał na studia muzyczne, co, zdaje się, było jego właściwym powołaniem. Lecz gdy przyjechał z Uppsali i zobaczył, jak mają się sprawy i że faktycznie należy sprzedać włości, o ile szybko nie zarobi dużych pieniędzy, porzucił wszelkie plany i postanowił wyruszyć z handlem obnośnym, jak uczynił jego dziadek.
Matka i narzeczona Hedego błagały, by raczej sprzedał dom niż żeby w ten sposób dlań się poświęcał, ale był nieugięty. Założył chłopskie odzienie, zakupił towary i ruszył po kraju jako wędrowny sprzedawca. Sądził, że w kilka lat handel przyniesie mu zarobek, którym spłaci długi i ocali majątek.
W kwestii gospodarstwa osiągnął nawet sukces dzięki swej przedsiębiorczości. Ale na siebie samego ściągnął potworne nieszczęście.
Gdy już tak rok chodził z workiem, wymyślił, że spróbuje zarobić dużą sumę za jednym zamachem. Wyruszył daleko na północ i kupił spore stado kóz, pewnie parę setek. I wszystkie te zwierzęta, wspólnie z przyjacielem, miał przeprowadzić na wielkie targowisko w Värmlandii8, gdzie za kozę płacili dwa razy tyle co na północy. Jeśli sprzeda wszystkie, zrobi wspaniały interes.
Był dopiero listopad, a ziemia czysta, kiedy Hede z przyjacielem wyruszyli ze stadem. Pierwszego dnia wszystko szło dobrze, lecz nazajutrz, gdy dotarli do wielkiego, dziesięciomilowego lasu, zaczął padać śnieg. Mocno śnieżyło i wiało. Wkrótce zwierzętom coraz trudniej było brnąć przez białe połacie. Kozy to odważne i wytrwałe stworzenia — długo pokonywały przeciwności, ale śnieżyca nie ustępowała przez kilka dni i nocy, nastał siarczysty mróz.
Hede robił wszystko, by uratować zwierzęta. Ale od kiedy zaczęło padać, nie znajdował dla nich pożywienia ani wody. Po całym dniu wędrówki przez głębokie śniegi zdarły skórę na nogach. Cierpiały, nie chciały ruszyć z miejsca. Pierwszą kozę, która padła na ścieżkę i nie chciała iść za stadem, Hede niósł na ramionach. Ale gdy położyła się druga i trzecia, nie mógł nieść wszystkich. Musiał odwrócić wzrok i iść przed siebie.
Być może wiecie, co znaczy dziesięciomilowy las. Ani jednego domostwa, żadnego schronienia przez kolejne mile — tylko las. Wysokie sosny, twarda kora i gałęzie osadzone daleko w górze, nie żaden młodniak o miękkich, delikatnych gałązkach, którymi mogłyby karmić się kozy. Gdyby nie śnieg, przeszliby las w kilka dni, ale w tych warunkach nie dało się zrobić ani kroku. Wszystkie kozy tam pozostały, a i ludzie omal nie poginęli wraz z nimi.
Przez cały ten czas nie spotkali żywej duszy. Znikąd pomocy.
Hede próbował odgarniać śnieg, by wygrzebać mech dla kóz, ale bez przerwy padało, a kruche gałązki przymarzły do ziemi. Jakże miał zdobyć pożywienie dla dwóch setek zwierząt?
Dzielnie wszystko znosił, dopóki kozy nie zaczęły się poddawać. Pierwszego dnia były radosną, żywą i zadziorną gromadą. Nieźle się namęczył, żeby podążały za stadem i żeby się nie pobodły na śmierć. Ale teraz jakby zrozumiały, że nic ich nie uratuje — ich natura uległa zmianie, stały się wręcz apatyczne. Wszystkie zaczęły meczeć i lamentować, wcale nie cicho i wysokim głosem, jak to zazwyczaj kozy, lecz z mocą i coraz głośniej, im większa była ich niedola. I gdy Hede usłyszał te jęki, zaczął wierzyć, że traci zmysły.
Las był dziki i opuszczony, znikąd pomocy. Jedno po drugim zwierzęta padały na ziemię. Zawieja przykrywała je śniegiem. Gdy Hede się odwracał i widział rząd zasp przy drodze — a każda z nich skrywała zwierzę, a z każdej wystawały rogi i kopyta — kręciło mu się w głowie.
Rzucał się do kóz, które wpadły w zaspy, wywijał witką i bił je. Był to jedyny sposób, by je ocalić, ale nie chciały się ruszać. Chwytał je więc za rogi i ciągnął za sobą. Pozwalały się tarmosić, ale żadna z własnej woli nie zrobiła kroku. Kiedy puszczał ich rogi, lizały mu ręce, jakby błagając o pomoc. Gdy tylko do nich podszedł, lizały mu ręce.
Wszystko to tak potwornie odbiło się na Hedem, że czuł zbliżający się obłęd.
Trudno powiedzieć, czy sprawy poszłyby tak źle (kiedy już wszystko, co przeżył w lesie, się skończyło), gdyby nie pojechał do tej, którą tak kochał. Nie do matki, lecz do narzeczonej. Wyobraził sobie, że natychmiast musi ją powiadomić, iż stracił majątek i przez wiele lat nie będzie się mógł ożenić. Lecz jechał pewnie także po to, by usłyszeć ją, jak mówi, że kocha go niezmiennie mimo tej niedoli. Sądził, że ona potrafi odpędzić jego pamięć o tym, co przeżył w dziesięciomilowym lesie.
I może nawet by się na to zdobyła, ale nie chciała. Już wtedy, gdy wyruszył z workiem i wyglądał jak wieśniak, nie była temu rada. Trudno jej było go lubić jak dawniej. Gdy usłyszała, że jeszcze przez kilka lat będzie tak żył, powiedziała, że dłużej czekać nie może. I wtedy Hede prawie całkiem stracił rozum.
Lecz tak do końca nie oszalał. Miał na tyle rozsądku, by nadal prowadzić swój handel. Robił nawet lepsze interesy niż inni, gdyż ludzie lubili się z niego naśmiewać, do każdej chaty chętnie zapraszali. Drwili i szydzili, ale to działało na jego korzyść — tak bardzo chciał być bogaty.
I w ciągu paru lat zarobił tyle, by spłacić długi i żyć beztrosko w swojej posiadłości. Lecz nie rozumiał tego, w poniżeniu chodził od chaty do chaty i nawet nie myślał, że przecież jest panem.
Rozdział trzeci
Daleko na wschodzie Värmlandii, tuż przy granicy z Dalarną, leżała gmina Råglanda9, z dużą plebanią, lecz tylko małym, skromnym wikariatem. Ludzie, którzy tam żyli, wprawdzie byli ubodzy, ale tak miłosierni, że wzięli pod opiekę dziecko. Dziewczynka o imieniu Ingrid, gdy zamieszkała z nimi, miała trzynaście lat.
Wikariusz10 zobaczył ją na jarmarku, płaczącą przy namiocie linoskoczków. Przystanął i spytał o powód jej smutku. Dowiedział się, że umarł jej niewidomy dziadek, więc nie ma już nikogo bliskiego. Teraz wędruje z parą linoskoczków; są dla niej dobrzy, ale płacze, bo była głupia i nigdy nie nauczyła się tańczyć na linie, żeby pomóc im w zarabianiu pieniędzy.
Było w tym dziecku coś dogłębnie smutnego, co wzruszyło i ujęło kapłana. Powiedział sobie, że pod żadnym pozorem nie może zostawić małego stworzenia na pastwę włóczęgów. Wszedł do namiotu, gdzie spotkał pana i panią Blomgren, i zaproponował, że weźmie dziecko do domu. Starzy artyści cyrkowi zaczęli ronić łzy, mówiąc, że choć dziewczynka nie nadaje się do uprawiania sztuki cyrkowej, chcieliby ją zatrzymać. Sądzili jednak, że będzie szczęśliwsza w prawdziwym domu, u ludzi, którzy przez cały rok mieszkają w jednym miejscu, dlatego zostawią ją u wikariusza, jeśli ten tylko obieca, że Ingrid będzie dla niego jak własna córka.
Obiecał im to i od tamtej pory dziewczynka żyła na plebanii. Była spokojnym i łagodnym dzieckiem, pełnym życzliwości i troski o wszystkich dokoła. Na początku przybrani rodzice bardzo ją kochali, lecz gdy dorosła, rozwinęło się w niej silne pragnienie oddawania się marzeniom i fantazjom. Otworzyło się przed nią królestwo wizji i rojeń; zwodziło ją z taką siłą, że w środku dnia porzucała pracę, by zanurzyć się w jakimś marzeniu. Nie podobało się to żonie wikariusza, gwałtownej i srogiej. Skarżyła się na lenistwo i powolność dziewczyny; dręczyła ją tak, że obudziła w niej strach i poczucie krzywdy.
Gdy Ingrid skończyła dziewiętnaście lat, ciężko zachorowała. Nie było wiadomo, co to za choroba, działo się to bowiem na tyle dawno, że w całej Råglandzie nie było ani jednego lekarza. Nie wyglądało to dobrze. Niebawem uznano, iż jest tak chora, że musi umrzeć.
Ona z kolei tylko się modliła, by Pan Bóg nie kazał jej już dłużej żyć. Tak bardzo chciała umrzeć.
I stało się tak, jakby Pan Bóg chciał sprawdzić, czy dziewczyna myśli poważnie. Pewnej nocy poczuła, że całe jej ciało robi się sztywne i zimne; zapadła w głęboki sen. „To musi być śmierć”, powiedziała do siebie.
Tajemnicze było jednak to, że nie straciła świadomości. Wiedziała, że leży martwa, że owinęli ją w całun i włożyli do trumny. Ale nie czuła lęku przed byciem pogrzebaną, choć przecież nadal żyła. Myślała jedynie o tym, jak bardzo jest szczęśliwa, że mogła umrzeć i opuścić ziemski padół.
Obawiała się tylko jednego: że odkryją, iż jej śmierć była pozorna, i nie pochowają jej. Życie musiało być dla niej ciężarem, skoro w ogóle nie bała się śmierci.
Lecz nikt nie zauważył, że żyje. Zawieźli ją do kościoła, wynieśli na cmentarz i włożyli do grobu.
Jednak nie zasypali jej ziemią, bowiem w Råglandzie panował obyczaj, zgodnie z którym zmarłych chowano w niedzielny poranek, po nabożeństwie. Procesja ruszyła do kościoła, zostawiwszy trumnę w otwartym grobie. Tuż po mszy zamierzano tu wrócić i pomóc grabarzowi w sypaniu ziemi.
Dziewczyna wiedziała o wszystkim, co się działo, nie czuła jednak strachu. Nawet gdyby zechciała, nie mogłaby się poruszyć, by pokazać, że żyje — leżała zatem bez ruchu. Nadal była szczęśliwa, że jest niemal martwa.
Faktycznie nie dało się powiedzieć, że żyje. Była nieprzytomna, nie miała też normalnej świadomości. Żyła jedynie ta część jej duszy, która nocą śni.
Nie potrafiła nawet wyobrazić sobie, jakie to będzie potworne obudzić się w zasypanym grobie. Nie panowała już nad umysłem, niczym osoba zatopiona całkowicie w marzeniach.
„Ciekawam”, zastanawiała się, „czy jest coś na świecie, co przywróciłoby mi chęć życia”.
Gdy tylko tak pomyślała, wydało jej się, że wieko trumny i całun11, leżący na jej twarzy, stają się przezroczyste. Ujrzała przed sobą pieniądze, piękne stroje i cudne ogrody pełne dorodnych owoców.
— Nie, nie obchodzi mnie żadna z tych rzeczy — rzekła, zamykając oczy na wszystkie te wspaniałości.
Gdy znów je otworzyła, skarby zniknęły, a na ich miejscu ujrzała całkiem wyraźnie aniołka, siedzącego na brzegu grobu.
— Dzień dobry, boski aniołku — odezwała się.
— Dzień dobry, Ingrid! — odpowiedział anioł. — Kiedy tak leżysz, nie mając nic do roboty, pomówię z tobą o minionych czasach.
Ingrid rozumiała każde słowo anioła, lecz jego głos nie przypominał niczego, co wcześniej słyszała. Podobny był do dźwięków strun zamienionych w słowa. Nie była to pieśń, lecz muzyka skrzypiec albo harfy.
— Ingrid — rzekł anioł — pamiętasz, kiedy żył jeszcze twój dziadek, spotkałaś młodego studenta, który przez cały dzień chodził z wami po podwórkach, grając na dziadkowych skrzypkach?
Twarz prawie martwej dziewczyny rozjaśnił uśmiech.
— Sądzisz, że zapomniałam? Od tego czasu nie było dnia, bym o nim nie myślała.
— I nie było nocy, byś o nim nie śniła?
— Tak, nie było nocy, bym o nim nie śniła.
— I chcesz umrzeć, choć tak dobrze go pamiętasz? — zapytał anioł. — Wówczas go nigdy więcej nie ujrzysz.
Gdy to powiedział, zdało jej się, że czuje urok miłości, ale i to jej nie zachęciło.
— Nie, nie — odrzekła — boję się życia, wolę umrzeć.
Wtedy anioł pomachał dłonią, a Ingrid ujrzała wielką, jałową pustynię. Nie było tam drzew, tylko bezpłodna, sucha, rozgrzana ziemia, która ciągnęła się w nieskończoność. To tu, to tam na piachu leżało coś, co na pierwszy rzut oka przypominało rozrzucone skały. Lecz gdy się uważniej przyjrzała, spostrzegła, że były to zwierzęta — olbrzymie, żywe potwory o ostrych pazurach i wielkich zębiskach, czyhały na ofiarę. A pośród nich wędrował student; szedł beztrosko, nie przeczuwając, że w bestiach dookoła tli się życie.
— Ależ musisz go ostrzec — rzekła Ingrid do anioła z niepowstrzymanym lękiem — powiedz mu, że one żyją, że musi uważać!
— Mnie nie wolno do niego mówić — odparł anioł swym dźwięcznym głosem — sama musisz go ostrzec.
Na wpół martwa dziewczyna poczuła z przerażeniem, że leży nieruchoma i nie może popędzić, by ratować studenta. Kolejne wysiłki, żeby wstać, były bezskuteczne; śmiertelna niemoc całkowicie ją obezwładniła. Lecz oto nagle, nareszcie! Poczuła, jak serce zaczyna jej bić, krew spływa na powrót do żył, śmiertelna sztywność rozpuszcza się w ciele. Wstała i szybko ruszyła w jego stronę...
Rozdział czwarty
Nic nie jest tak pewne, jak to, że słońce ukochało otwarte przestrzenie za murami wiejskich kościołów. Czyż nikt nie zauważył, że nigdzie nie spotyka się tyle słonecznej światłości, co przed bielonym kościółkiem podczas nabożeństwa? Nigdzie indziej promienie nie plotą tak gęstej siatki, nigdzie indziej powietrze nie ma w sobie tyle pokornej błogości. Tam słońce stoi na straży, by ludzie nie przystawali na kościelnym wzgórzu na pogaduchy. Chce, by każdy godnie zasiadł w kościelnej ławie i słuchał kazania — dlatego bogactwo promieni rzuca za kościelnym murem.
Nie można być pewnym, że słońce czuwa przed kościółkami w każdą niedzielę, lecz tego przedpołudnia, kiedy na wpół martwa dziewczyna wstała z grobu na cmentarzu w Råglandzie, niewątpliwie rozlało promieniste ciepło na placyku przed kaplicą. Krzemienie połyskujące w śladach kół wyglądały, jakby miały się zaraz zapalić. Wydeptana, krótka trawa chrzęściła jak zeschły mech, a żółte mlecze na długich łodyżkach, zdobiące trawnik, rozwinęły się i puchły niczym bujne, wielkie astry.
Drogą szedł Dalarczyk, taki, co to po wsiach sprzedaje brzytwy i nożyce. Był ubrany w długie, białe futro z owcy, a na plecach taszczył duży, czarny wór ze skóry. Wiele godzin wędrował tak wyposażony, nie odczuwając upału, lecz gdy opuścił szosę i dotarł na plac przed kościołem, nie minęła minuta, a już przystanął i zdjął kapelusz, by otrzeć pot z twarzy.
Gdy tak stał z gołą głową, robił wrażenie pięknego i mądrego. Miał wysokie, białe czoło, głęboką lwią zmarszczkę między brwiami, kształtne, wąskie usta. Przedzielone pośrodku i przycięte na karku włosy zasłaniały uszy i kręciły się na końcówkach. Mężczyzna był wysoki i silny, ale nie tęgi — pod każdym względem miał piękną posturę. Jedyną jego wadą było niespokojne spojrzenie; gałki oczne uciekały mu w kąciki, jakby chciały się schować. Wokół warg uwidaczniały się rysy na wpół obłąkane albo wykrzywione; kryło się w nich coś idiotycznego, wiotkiego, co nie pasowało to twarzy — jakby do niej nie należało.
Nie mógł być całkiem normalny, skoro w niedzielę dźwigał swój worek. Człowiek przy zdrowych zmysłach dobrze wie, że to niepotrzebne, bo i tak niczego nie sprzeda. Żaden z Dalarczyków, wędrownych sprzedawców, nie garbił pleców w niedzielę; wolni i wyprostowani szli — jak reszta ludzi — do domu Boga.
Biedaczysko nie miał pojęcia, że jest święto, do chwili, gdy stanąwszy w słońcu przed kościołem, usłyszał, jak śpiewają psalm. Był na tyle rozumny, że natychmiast pojął, iż tego dnia nic nie uhandluje. Umysł zaczął mu ciężko pracować, gdy rozmyślał, co począć z tym wolnym czasem.
Przez długą chwilę stał i patrzył przed siebie. W zwykłe dni radził sobie ze wszystkim. Nietrudno mu było przez cały tydzień wędrować od domu do domu i robić interesy. A do niedzieli nie umiał przywyknąć. Za każdym razem przychodziła jak wielkie, niespodziewane zmartwienie.
Oczy znieruchomiały, żyły na czole nabrzmiały.
Pierwsze, co przyszło mu na myśl, to żeby wejść do kościoła i wsłuchać się w pieśń. Ten pomysł odrzucił. Chętnie posłuchałby śpiewu, lecz nie miał odwagi wejść do kaplicy. Nie bał się ludzi, ale w niektórych kościołach znajdowały się tak dziwaczne i groźne obrazy, przedstawiające potwory, że nawet nie śmiał sobie ich wyobrażać.
Wreszcie doszedł do wniosku, że skoro jest tu kościół, musi być też cmentarz. A jeśli mógł pójść na cmentarz, był uratowany. Nic innego nie stanowiło dlań lepszego miejsca. Gdy tylko z drogi zobaczył cmentarz, przysiadał tam na chwilę, choćby to było w środku tygodnia wypełnionego pracą.
Kiedy miał już ruszyć w stronę cmentarza, pojawiła się kolejna trudność. Miejsce pochówku w Råglandzie nie leży bowiem tuż za kościołem, wzniesionym na skalnym wzgórzu, lecz na łące, kawałek za parafialnym budynkiem. Nie było jak dojść do furtki cmentarza — tylko po ścieżce, wzdłuż której uwiązano konie wiernych.
Wszystkie stały ze łbami zanurzonymi w workach siana i owsa i żuły tak, że pasza zgrzytała im w zębach. Nie było mowy, żeby zrobiły chłopu co złego, lecz on miał własne zdanie na temat niebezpieczeństwa, jakie wiąże się z przejściem obok tak długiego rzędu zwierząt.
Spróbował raz i drugi, ale odwaga go opuściła i musiał zawrócić. Nie bał się, że konie ugryzą go albo kopną. Wystarczy, że stoją tak blisko, iż go zobaczą. Wystarczy, że potrząsną uzdą i poskrobią kopytem o ziemię.
Wreszcie nadszedł moment, gdy wszystkie spuściły łby, jakby ścigały się, który zje szybciej. Wtedy ruszył pomiędzy nimi. Przytrzymał futro, by nie powiewało i go nie zdradziło; szedł na palcach, najciszej jak potrafił. Gdy jakiś koń uniósł powiekę i na niego spojrzał, Dalarczyk od razu stawał w ukłonie. Chciał być uprzejmy w tej sytuacji, ale zwierzęta muszą pojmować, że nie da się kłaniać z worem żelastwa na plecach. Nie pozostało mu nic innego jak dygać.
Westchnął bardzo ciężko, bo lękać się — jak on — czworonożnych stworzeń, było na co dzień bardzo kłopotliwe. Tak naprawdę nie bał się innych zwierząt poza kozami; koni, psów i kotów nie bałby się w ogóle, gdyby miał pewność, że nie są to zaklęte kozy. A nigdy tej pewności nie miał. Zatem nawet jemu zdawało się szaleństwem, że bał się każdego zwierzęcia na czterech nogach.
Na nic zdało się myślenie, jak bardzo jest silny i jak wszystkie te wiejskie konie są całkiem niegroźne. Tak nie potrafi myśleć ktoś z duszą przesiąkniętą trwogą. Strach to niełatwa kwestia, ciężko jest temu, w kim się umościł.
Niezwykłe to było, że minął rząd koni. Ostatni kawałek pokonał dwoma długimi susami, a gdy już dotarł na cmentarz i zamknął za sobą żelazną furtkę, przystanął i uniósł ku koniom pięść.
— Nieszczęsne, przeklęte kozły!
Robił tak z każdym zwierzęciem, nie umiał inaczej, jak nazwać je kozłami. Nie było to mądre, bo zyskał przez to przydomek, którego wcale sobie nie życzył. Wszyscy napotkani wołali na niego „Kozioł”. A on nie chciał być tak nazywany. Chciał, by zwracano się doń jego właściwym imieniem, ale w tej okolicy nikt go nie znał.
Przez chwilę stał przy ogrodzeniu i cieszył się, że uszedł cało przed końmi, a potem ruszył w głąb cmentarza. Przed każdym krzyżem czy kamieniem zatrzymywał się i dygał. Lecz tym razem nie z lęku, tylko z zadowolenia na widok starych, drogich znajomych. Mina mu złagodniała. Te same krzyże, te same kamienie, które tyle razy odwiedzał już w życiu. Nic się nie zmieniły! Jak dobrze je rozpoznawał! Każdemu mówił „dzień dobry”.
Uwielbiał cmentarze! Zwierzęta się tu nie pasły, a ludzie nie żartowali. Najlepiej, jeśli był tam sam, jak teraz, ale nawet gdy natrafił na ludzi, nie wadzili mu bardzo. Znał wprawdzie wiele urokliwych łąk i pastwisk, które jeszcze bardziej mu się podobały, ale tam nigdy nie miał spokoju. W żaden sposób nie można ich było porównać z cmentarzem. Cmentarz był lepszy od lasu, gdyż leśna pustka go przerażała. Tu panował spokój niczym w głębi lasu, a jednak nie brakowało mu towarzystwa — pod każdym kamieniem i każdą kępą trawy spał człowiek. Dość, by nie czuł się sam i nieswojo.
Od razu skierował kroki w stronę świeżo wykopanego grobu. Poszedł tam z powodu kilku drzew rzucających cień, ale też dlatego, że lubił towarzystwo. Pewnie myślał, że nieboszczyk dopiero co ułożony w trumnie lepiej chroni przed samotnością niż ci, którzy dawno zasnęli.
Oparłszy plecy o stertę piachu, uklęknął tuż przy grobie. Odstawił wór, tak by ten stał solidnie, i poluzował skórzane pasy, które go podtrzymywały. To wielki dzień, dzień wolny, więc nawet zrzucił z siebie futro. Z przyjemnością usiadł na trawie przy grobie, tak blisko, że długie nogi w wiązanych u kolan onucach i ciężkich butach zwisały w dole.
Przez długą chwilę nie ruszał się, tylko wbił wzrok w trumnę. Mając w sobie tyle strachu, co on, człowiek nigdy nie jest nazbyt ostrożny. Lecz trumna ani drgnęła; niemożliwe, by kryła jakąś zasadzkę.
Dopiero gdy był całkiem pewny swego, sięgnął do bocznej przegrody worka i wyciągnął skrzypki i smyczek. Jednocześnie skinął głową nieboszczykowi, leżącemu w grobie. Ponieważ się nie ruszał, usłyszy coś pięknego.
Było to bardzo rzadkie, niewielu znało jego muzykę. Nikt jej nie słyszał w domach, gdzie szczuto go psami i przezywano Kozłem. Zdarzało się jednak, że zagrał w tych chatach, gdzie rozmawiano po cichu, poruszano się powoli i nikt nie pytał, czy chce kupić kozią skórę. W takich miejscach wyciągał skrzypki i grał. Było to wielkie wyróżnienie, wyraz najwyższego uznania, jakie mógł komuś okazać.
Nie było nic złego w tym, że muzykował nad grobem. Żaden fałszywy ton nie wyszedł spod smyczka, a grał tak cicho, że ledwo było go słychać przy następnej mogile.
Bo oto wyjątkowość polegała na tym, że to nie Dalarczyk grał, tylko jego skrzypce, które znały kilka melodyjek. Te wyfruwały, gdy on prowadził smyczek. Może dla kogoś nie znaczy to wiele, ale dla niego, który nie pamiętał ani jednej melodii, największym skarbem był ten instrument, grający sam z siebie.
I gdy tak grał, uśmiechał się promiennie, jak ktoś słuchający gaworzenia dziecka. To skrzypce mówiły, a on tylko słuchał. Jakże osobliwe, że te piękne dźwięki rozbrzmiały, gdy tylko lekko przesunął smyczkiem po strunach. To skrzypce się starały, wiedziały, co ma wybrzmieć, a Dalarczyk jedynie siedział i ich słuchał.
Z tych skrzypiec wyrastały pieśni, jak z ziemi wyrasta trawa. Nikt nie pojmował, jak to się działo. Pan Bóg tak to stworzył.
Dalarczyk zamierzał siedzieć tak przez cały dzień, słuchać, jak cudowne tony rozwijają się niczym barwne kwiaty. Chciał wygrać całą łąkę kwietną, całą dolinę, całe wielkie pole.
Lecz na wpół martwa dziewczyna, która leżała w trumnie, musiała usłyszeć grę skrzypek, co miało na nią przecudowny wpływ. Usłyszawszy melodię, zaczęła śnić, a to, co zobaczyła we śnie, tak nią wstrząsnęło, że serce jej zabiło, a krew zaczęła znów płynąć — aż się obudziła.
Dodać trzeba, że wszystko, co przeżyła, gdy leżała niczym martwa — jej myśli, a nawet ten ostatni sen — poszło w zapomnienie w chwili, gdy ocknęła się i odzyskała pełną świadomość. Nie wiedziała nawet, że leży w trumnie; sądziła, że nadal choruje w domowym zaciszu. Uznała tylko za dziwne, że jeszcze żyje. Dopiero co, zanim usnęła, dyszała ciężko, czekając na śmierć. Już dawno temu powinno jej nie być. Pożegnała się z przybranymi rodzicami, rodzeństwem i służbą. Proboszcz przyszedł z ostatnim namaszczeniem, gdyż dla jej przybranego ojca było to zbyt trudne. Wiele dni temu odwróciła myśli od wszystkiego, co ziemskie. Osobliwe, że nie umarła.
Zdziwiła ją ciemność w pokoju. Gdy chorowała, świece płonęły co noc. I jeszcze zdjęto z niej przykrycie. Leżąc tak, poczuła, że marznie.
Uniosła się nieco, by naciągnąć kołdrę. Czołem uderzyła o pokrywę trumny i na powrót opadła z okrzykiem bólu.
Na tyle mocno ją zabolało, że znów straciła przytomność. Znieruchomiała jak wcześniej, jak gdyby życie znów z niej uleciało. Dalarczyk usłyszał stuknięcie i okrzyk; natychmiast odłożył skrzypce i nastawił uszu. Ale nie było słychać nic więcej, nic a nic.
Znów przyjrzał się trumnie, jak zaraz po przybyciu. Kiwał głową, przytakując własnym myślom: a mianowicie, że niczemu na ziemi nie wolno ufać. Napotkał tutaj milczącego, świetnego towarzysza, lecz teraz i jego został pozbawiony.
Oczy wbił w trumnę, jak gdyby chciał przeniknąć wieko wzrokiem. A że nadal było całkiem cicho, w końcu chwycił skrzypce i zamierzał wrócić do grania.
Lecz teraz skrzypce nie chciały. Przeciągał smyczkiem po strunach tak łagodnie i czule, jak tylko potrafił, lecz z instrumentu nie wypływały już żadne melodie. Było to tak przykre, że niemal się rozpłakał. Zamierzał słuchać skrzypiec cały dzień, a te się teraz uparły.
Domyślał się przyczyny. Skrzypki wystraszyły się odgłosów z trumny. Zapomniały melodii, myślały tylko o tym, co takiego załomotało w pokrywę. Tak to już jest: ze strachu wszystko umyka z pamięci.
Zrozumiał, że musi ukoić skrzypce, jeśli chce dalej słuchać melodii.
Było mu tak dobrze w tej chwili, lepiej niż przez lata. Jeśli w trumnie faktycznie jest coś groźnego, to czy nie lepiej to wypuścić? Ucieszą się skrzypce i znowu zaczną pięknie rozkwitać.
Stanowczym ruchem otworzył swój worek; grzebał wśród noży, pił i młotków, aż znalazł śrubokręt. Chwilę później był już w dole i na czworakach rozkręcał pokrywę trumny.
Wyciągał kolejne śruby, aż wreszcie mógł oprzeć wieko o ścianę grobu. W tej chwili całun zsunął się z twarzy na wpół umarłej dziewczyny.
Gdy tylko świeże powietrze dotarło do Ingrid, otwarła oczy. Tym razem dookoła było całkiem jasno. Musieli ją gdzieś przenieść. Leżała teraz w żółtym pokoju, z zielonym sufitem i wielkim żyrandolem.
Pokój był ciasny i łóżko niewielkie. Miała wrażenie, że uwięziono jej ręce i nogi. Czy po to, by ją unieruchomić?
Dziwne, pod brodę włożyli jej śpiewnik. Zwyczaj każe postępować tak z nieboszczykami.
W palcach trzymała maleńki bukiecik. Jej przybrana matka ucięła gałązki mirtowe i włożyła jej w dłonie. Ingrid się zdumiała. Cóż matce wpadło do głowy?
Spostrzegła, że dano jej poduszkę z koronką i batystowe prześcieradło, drobno pofałdowane. Ucieszyła się, lubiła ładne rzeczy wokół siebie. Wolałaby jednak leżeć pod ciepłą kołdrą. Niedobrze jest chyba, gdy chory leży bez przykrycia.
Ingrid zasłoniła oczy dłońmi, była bliska płaczu. Tak bardzo marzła.
W tej chwili poczuła na policzku coś twardego i zimnego. Uśmiechnęła się: to stary, czerwony, drewniany konik — trójnoga Camilla — leżał na poduszce. Braciszek, który nie mógł zasnąć, gdy nie miał go obok siebie w łóżku, położył go tutaj. Jaki kochany ten mały braciszek. Jeszcze bardziej zachciało jej się płakać, gdy pomyślała, jak bardzo brat pragnął ją pocieszyć.
Lecz nie zdążyła zalać się łzami. Dotarło do niej, co naprawdę się stało. Braciszek dał jej konika, matka białe mirtowe gałązki, a śpiewnik leżał pod brodą, ponieważ wszyscy sądzili, że dziewczyna nie żyje.
Ingrid chwyciła oburącz brzeg trumny i gwałtownie usiadła. To ciasne łóżko było trumną, a żółty pokój — jej grobem. Niezmiernie trudno było to zrozumieć. Nie mogła pojąć, że to jej dotyczy, że to ją owinięto w całun i to ją włożono do grobu. Z pewnością wciąż leży w domu, w swym łóżku i tylko śni. Zaraz się okaże, że to wszystko jest nierzeczywiste i że życie nadal toczy się w zwyczajny sposób.
Szybko znalazła wytłumaczenie sytuacji. „Tak często miewam dziwaczne sny”, pomyślała. „To tylko halucynacje”. Westchnęła zadowolona. Na powrót ułożyła się w trumnie. Była przekonana, że to jej własne, stare łóżko. W istocie i ono nie było szczególnie szerokie.
Przez cały ten czas Dalarczyk stał w grobie, u stóp Ingrid. Ledwie parę łokci od niej, lecz ona go nie widziała. Z pewnością nie dlatego, że skulił się w kącie i chciał się skryć, kiedy nieboszczka otwarła oczy i zaczęła się ruszać. Prawdopodobnie by go zobaczyła, choć trzymał pokrywę jak tarczę, gdyby aż do teraz nie zalegała jej przed oczami biała mgła, tak że tylko to, co najbliżej, widziała wyraźnie. Ingrid nie spostrzegła nawet, że dokoła niej wznosiły się piaszczyste ściany. Słońce wzięła za wielki żyrandol, a listowie — za sufit.
Biedaczek Dalarczyk czekał, aż to, co porusza się w trumnie, oddali się jak najprędzej. Miał w głowie tylko jedno: że pójdzie samo z siebie. Pukało przecież, bo chciało się wydostać. Stał tak przez dłuższą chwilę, schowany za wiekiem, czekając, aż odejdzie. Wyjrzał dopiero, gdy zdawało mu się, że powinno już zniknąć. Ale się nie poruszyło, leżało dalej na łożu z desek.
Nie był zadowolony, chciał szybko mieć to za sobą. Od dawna skrzypki nie przemawiały tak pięknie jak dzisiaj, nie mógł się doczekać, aż znów spokojnie zasiądzie sobie z nimi.
Wtem Ingrid, która już prawie zapadła z powrotem w sen, usłyszała, jak ktoś do niej mówi śpiewnym dialektem:
— Pora, by wreszcie wstać.
Wypowiedziawszy te słowa, Dalarczyk schował głowę. Ręce drżały mu tak, że niemal upuścił pokrywę.
Biała mgła przed oczami całkiem zniknęła, gdy Ingrid usłyszała głos ludzki. Dojrzała mężczyznę, wciśniętego w kąt grobu, który trzyma przed sobą wieko trumny. Naraz pojęła, że nie może się znów położyć, udając, że to majaki. Oto rzeczywistość, w której musi się odnaleźć. Niezaprzeczalnie jest tak, że trumna to trumna, a grób to grób i że sama Ingrid kilka minut wcześniej była pogrzebanym trupem.
Po raz pierwszy naprawdę wystraszyła się tego, co się przydarzyło. Ach, tylko pomyśleć... Mogła w tej chwili być rzeczywiście martwa. Mogła być paskudnym, gnijącym trupem. Włożyli ją do grobu, by zasypać piachem i ziemią; nie była więcej warta od byle jakiej kępy zielska — na zawsze porzucona. Robaki chętnie by ją pożarły. I nikt by się tym nie przejął.
W całej tej zgrozie Ingrid niezmiernie potrzebowała mieć obok siebie człowieka. Od razu rozpoznała Kozła, gdy tylko wytknął głowę zza pokrywy. Był to stary znajomy z plebanii, wcale się go nie bała. Teraz chciała mieć go obok siebie. Nie miało dla niej znaczenia, że jest tylko głupkiem. Chciała, by podszedł bliżej, żeby poczuła, iż do żywych należy, a nie do umarłych.
— Och, podejdź tu do mnie, na Boga — odezwała się, bliska płaczu.
Usiadłszy w trumnie, wyciągnęła ku niemu ręce.
Dalarczyk wiedział swoje. A że bardzo go wabiła, zdecydował postawić jej warunek.
— Zbliżę się, jeśli sobie pójdziesz — powiedział.
Ingrid chciała od razu go posłuchać i wyjść z trumny, ale była tak mocno owinięta całunem, że nie mogła się ruszyć.
— Musisz mi pomóc — poprosiła, bo było to istotnie konieczne, ale też dlatego, że tak bardzo się bała; chciała się upewnić, że jednak uniknęła śmierci, musiała się zbliżyć do kogoś żywego.
Podszedł zatem, przeciskając się między trumną a ścianą grobu. Pochylił się nad dziewczyną, uniósł ją i posadził na zielonej trawie przy otworze.
Inaczej się nie dało; musiała objąć rękami jego szyję, głowę oprzeć mu na ramieniu i załkać. Potem nie mogła zrozumieć, jak do tego doszło i że się go w ogóle nie bała. To po części radość, że był człowiekiem, żywym człowiekiem, a po części wdzięczność, że ją uratował.
Dobry Boże, co by to było, gdyby nie ten człek! To on podniósł pokrywę i przywrócił Ingrid do życia. Nie miała pojęcia, jak do tego doszło, ale to z pewnością on otworzył trumnę. Cóż by poczęła, gdyby tego nie zrobił? Obudziłaby się zamknięta w czarnej skrzyni. Łomotałaby, krzyczała. I któż by ją usłyszał, leżącą sześć stóp pod ziemią? Ingrid nie miała odwagi o tym wszystkim myśleć, promieniała tylko z wdzięczności, że ją ocalono. Komuś musi podziękować. Musi oprzeć głowę na ramieniu człowieka i zapłakać z wdzięczności.
Najdziwniejsze, co wydarzyło się tego dnia, to że Dalarczyk nie odtrącił dziewczyny. Nie miał całkowitej pewności, czy nie była jednak nieboszczką, a wiedział, że zmarłym sprzeciwiać się nie należy. Przy najbliższej sposobności uwolnił się od niej i wskoczył do grobu. Ułożył pokrywę na właściwym miejscu i na powrót przykręcił śruby. W ten sposób trumna pozostanie nieruchoma, a skrzypce odzyskają swoje melodie.
Tymczasem Ingrid siedziała na trawie, rozmyślając. Na kościelnym wzgórzu dojrzała konie i wozy. Zaczynała pojmować sytuację. Była niedziela, nad ranem złożono ją do grobu, a teraz wszyscy siedzieli w kościele.
Potworny strach opanował dziewczynę. Nabożeństwo niebawem się skończy, ludzie wyjdą i ją spostrzegą. A ona nie miała na sobie nic prócz całunu. Była prawie całkiem naga. Niech Bóg broni, by tyle osób zobaczyło ją w takim stanie! Nigdy by tego nie zapomnieli. Wstydziłaby się przez całe życie.
Skąd miała wziąć odzienie? Przez chwilę chciała zarzucić na siebie futro Dalarczyka, ale doszła do wniosku, że przez to będzie się za bardzo odróżniać od zwykłych ludzi.
Wtem zwróciła się do obłąkanego, który wciąż mocował się z pokrywą.
— Posłuchaj. Musisz mnie ukryć w swym worze.
W jednej chwili znalazła się przy wielkiej, skórzanej torbie, zawierającej towary, które mogłyby zapełnić całe stoisko, i zaczęła je wyrzucać.
— Och, błagam, wyjdźże i pomóż mi!
Nie na darmo prosiła. Gdy Dalarczyk zobaczył, że dotyka jego wora, natychmiast wyskoczył z dołu.
— Cóż to, ruszasz moje rzeczy? — odezwał się groźnie.
Ingrid nie zwróciła uwagi na ostry ton jego głosu, wciąż miała go za najlepszego przyjaciela.
— Och, mój drogi, mój drogi — błagała — pomóż, żeby ludzie mnie nie zobaczyli! Opróżnij gdzieś wór z tych towarów, daj mi wejść do środka i zanieś mnie do domu! Proszę, zrób to! Mieszkam na plebanii, to tylko kawałek stąd. Na pewno wiesz, gdzie to jest.
Mężczyzna patrzył na nią tępym wzrokiem. Nie mogła się domyślić, czy pojął choćby jedno słowo.
Powtórzyła, lecz jego mina nie zdradzała, że zamierza jej posłuchać.
Znów zaczęła wyrzucać rzeczy. Wtedy tupnął nogą i wyszarpał wór z jej rąk.
Mój Boże, jak Ingrid miała do niego przemówić?
Obok niej na trawie leżały skrzypce i smyczek. Podniosła je, nie wiedząc, dlaczego to robi. Tak dużo czasu spędziła z muzykantami, że nie mogła patrzeć na instrument leżący na ziemi.
Gdy go dotknęła, Dalarczyk puścił wór i wyrwał jej skrzypce.
Rozwścieczyło go, że je ruszyła.
Cóż miała zrobić, by zniknąć, nim wierni wyjdą z kościoła?
Zaczęła mu obiecywać najwspanialsze rzeczy, jak się przyrzeka dzieciom, chcąc je udobruchać.
— Powiem ojcu, żeby kupił od ciebie tuzin sierpów12. Pozamykam psy, żebyś mógł przyjść na plebanię. Poproszę matkę, by podała ci najlepszy posiłek.
Nie wyglądało na to, że ustąpi.
Pomyślała o instrumencie i rzekła zrozpaczona:
— Zanieś mnie do domu, a zagram ci na skrzypcach.
I oto proszę! Na jego twarz wstąpił uśmiech. Oto, czego chciał.
— Będę ci grała całe popołudnie, tak długo, jak tylko zechcesz.
— I nauczysz skrzypce nowych melodii? — zapytał.
— Z radością.
W tej samej chwili Ingrid ucieszyła się i trochę zmartwiła. Mężczyzna chwycił mocno za wór. Ciągnął go po grobach, a tobołki polne i bylica uginały się jak pod walcem.
Doszedł do stosu suchych liści, gałęzi i zwiędniętych bukietów przy samym cmentarnym murze. Tam wyjął wszystko i schował dokładnie pod chrustem.
Gdy już opróżnił wór, wrócił do Ingrid.
— Możesz wejść do środka.
Ingrid wsunęła się do wora i skuliła na spodzie z desek. Mężczyzna zapiął pasy tak dokładnie, jakby to właśnie towary miał przenieść; znów się zgarbił, ugiął nogi, ramiona wsunął w szelki, sznury zacisnął na krzyż na piersi i podniósł się. Zrobiwszy kilka kroków, zaczął się śmiać. Niósł na plecach wór tak lekki, że mógłby zacząć z nim tańczyć.
*
Z kościoła do plebani było nie więcej niż ćwierć mili. Drogę tę Dalarczyk przebył w dwadzieścia minut. Ingrid pragnęła tylko, by szedł jak najszybciej i by zdążyli przed wiernymi i gośćmi, przybyłymi na pogrzeb. Nie mogła znieść myśli, że tylu ludzi mogłoby ją zobaczyć. Najlepiej, gdyby w obejściu były tylko matka przyrodnia i służące.
Dziewczyna zabrała z grobu mirtowy bukiecik. Tak bardzo się zeń cieszyła, że raz po raz całowała płatki. Dzięki niemu myślała o matce z czułością większą niż kiedykolwiek wcześniej. Naturalnie myślałaby o niej z czułością tak czy inaczej. Ten, kto wraca prosto z grobu, ma łagodne i promienne myśli o wszystkim, co żywe i co chodzi po ziemi.
Teraz w głębi serca zrozumiała, że wikariuszowa musiała kochać własne dzieci dużo bardziej, niż mogła pokochać przybraną córkę. A ponieważ doskwierała im bieda, przez co nie mogli mieć piastunki do dzieci, wydało się naturalne, że to ona zaopiekuje się młodszym rodzeństwem. Rodzeństwo nie było dla niej miłe, a to tylko dlatego, że dzieci przywykły do Ingrid w roli opiekunki. Zapominały, że została przyjęta do domu jako ich siostra.
Tak więc wszystko to działo się z powodu biedy. Gdyby się kiedyś zdarzyło, że ojciec zostałby pastorem albo proboszczem, wszystko zapewne by się ułożyło. Wówczas ona odzyska tamten czas, pierwsze wspólne lata, gdy wszyscy ją kochali. Och, jasne, że wszystko będzie wtedy jak dawniej! Ingrid ucałowała kwiatki. Być może przybrana matka wcale nie chciała być taka sroga. To tylko bieda uczyniła ją wyjątkowo okrutną.
Poza tym nie przejmowała się wcale tym, jak się wobec niej zachowywali. Nic nie było w stanie jej zasmucić, albowiem w tej chwili mogła się tylko cieszyć, że żyje. A jeśli znów będzie jej ciężko, pomyśli o mircie od matki i koniku braciszka.
Radował ją sam fakt, że niesiono ją teraz żywą. Nad ranem nikt nie sądził, że jeszcze raz przemierzy tutejsze pagórki. Pachnąca koniczyna, rozśpiewane ptaszyny, przyjemne, rzucające cień drzewa — wszystko to ku radości żywych. Wcale nie miało być dla niej.
Jak wspomniano, nie miała zbyt wiele czasu na te rozmyślenia, bo w dwadzieścia minut Dalarczyk dotarł na plebanię.
W domu była tylko wikariuszowa i służące, jak domyślała się Ingrid. Całe przedpołudnie przybrana matka szykowała stypę. Teraz wyczekiwała gości, bo wszystko było już gotowe. Właśnie wyszła z sypialni, gdzie wystroiła się w czarną suknię.
Spojrzała na drogę, ale nikt nie nadjeżdżał. Poszła więc do kuchni, żeby ponownie skosztować potraw.
Była rada, bo wszystko się udało, a to zawsze daje zadowolenie, nawet jeśli ktoś jest w żałobie. W kuchni zastała tylko jedną służącą, tę, którą zabrała z własnego domu, uznała więc, że może jej się zwierzyć.
— No wiesz, Liso — powiedziała — z takiej stypy każdy byłby zadowolony.
— Chciałabym, by Ingrid spojrzała na ziemię i zobaczyła, jak się państwo dla niej postarali — odezwała się Lisa. — Ucieszyłaby się.
— O — rzekła wikariuszowa — z tego, co ja dla niej robiłam, nigdy nie była zadowolona.
— Dziewczyna nie żyje — odparła służąca — nie mnie mówić o tej, co ledwie ją pochowali.
— Mój mąż często karcił mnie z jej powodu ostrymi słowami.
Wikariuszowa miała potrzebę porozmawiania o zmarłej. Dręczyło ją sumienie, dlatego wydała tak wystawne przyjęcie. Zdawało jej się, że te wyrzuty zelżeją wobec całego wysiłku, jaki włożyła w pogrzeb, ale tak się nie stało. Jej męża także męczyła świadomość, że nie pozwolili dziewczynie czuć się jak ich własne dzieci — a obiecali to, biorąc ją do siebie. Powiedział też, że lepiej by było wcale jej nie przygarniać, skoro nie umieli ukryć przed tym dzieckiem, że bardziej kochają własne. A teraz jego żona chciała pomówić z kimś o Ingrid, dowiedzieć się, czy ludzie mają ją za okrutną przybraną matkę.
Spostrzegła, że Lisa zaczęła z impetem mieszać w garnku, jakby trudno jej było opanować wzburzenie. Była niegłupią dziewczyną, dobrze wiedziała, jak właściwie ułożyć stosunki z panią.
— Można by sądzić — zaczęła Lisa — że mając troskliwą matkę, przy której jest się całym i zdrowym, należy być wobec niej miłym i posłusznym. A skoro ktoś trafi do dobrego domu i jest wychowywany na porządnego człowieka, to raczej powinien przynosić pożytek, a nie robić z siebie wariata i tylko śnić na jawie. Zastanawiam się czasem, jakby to było, gdybyście państwo nie wzięli tego biednego dziecka. Włóczyłaby się z linoskoczkami i dokonała żywota gdzieś na ulicy.
Przez podwórko przechodził Dalarczyk z worem na plecach, choć była niedziela. Cichutko wsunął się przez otwarte drzwi; dygnął, jednak nikt nie odpowiedział na jego przywitanie. Obie go zauważyły, ale nie przerywały rozmowy.
Wikariuszowa chciała dalej rozprawiać o Ingrid. Zrozumiała, że teraz usłyszy dokładnie to, czego potrzebuje, by ulżyć sumieniu.
— Może to i dobrze, że odeszła — rzekła.
— Powiem pani — odezwała się gorliwie służąca — że według mnie i wikariusz tak sądzi albo niedługo zacznie myśleć w ten sposób. W domu zapanuje spokój, pani się przekona, a to go uszczęśliwi.
— O tak — powiedziała przybrana matka. — Dużo musiałam znosić. Wiecznie trzeba było wydawać pieniądze na jej nowe ubrania, to szaleństwo. Mój mąż tak bardzo się troszczył, by czuła się równa innym dzieciom, że czasem dostawała wręcz więcej. A dużo na nią szło, bo dorosła.
— To pewnie Grecie odda pani jej lnianą sukienkę?