Pani Marta Oulie
I
„Byłam niewierna mężowi”.
Zapisuję i siedzę wpatrzona w te słowa — całkiem zajmują mi myśli. Tak samo zapisywałam niegdyś nazwisko Ottona i się w nie wpatrywałam: „Otto Oulie, Otto Oulie, Otto Oulie”.
26 marca 1902
Listy Ottona przychodzą niezawodnie jak wtorek i sobota. Jest dobrej myśli i pisze, że u niego coraz lepiej. Po ich lekturze zawsze ogarnia mnie ten sam zawód, takie są bezosobowe — choć pisze prawie wyłącznie o dzieciach i domu, a tak mało o tym, jak żyje im się w sanatorium. Człowiek ma jednak wrażenie, że równie dobrze mogłoby chodzić o jakikolwiek inny dom i inne dzieci.
Sama się wstydzę, że myślę o takich rzeczach — skupiam się na charakterze pisma przedsiębiorcy i stylu przedsiębiorcy — a mimo to w każdym liście wyczuwam, jak bardzo za nami tęskni, mój biedny chłopiec, i jak bardzo nas kocha.
Ja też nie potrafię zresztą sklecić choćby jednego naturalnego, niewymuszonego listu. Piszę jedynie o dzieciach, lecz sama widzę, jak źle napisane są moje listy. Ale Otto pewnie tego nie zauważy.
2 kwietnia 1902
Dzisiejszy list Ottona smutniejszy był niż którykolwiek wcześniej. Tak strasznie tęskno mu do domu. Mówi, że całe popołudnie spędził, czytając stare listy ode mnie i chłopców i oglądając nasze fotografie. „Co wieczór całuję zdjęcia Was wszystkich; to małe, które Henrik zrobił Einarowi i Tobie w domku letnim, wisi nad moim łóżkiem, ale ja je zdejmuję i całuję każdego wieczoru, gdy gaszę światło”.
Prosi, bym wreszcie przyjechała do niego na Wielkanoc; tak, drogi mój, pewnie przyjadę. Och, sama też tęsknię za tobą, Otto. Tęsknię jednak za niemożliwym, życie i duszę oddałabym, aby coś się odstało. Och, czyste mieć, dobre, spokojne sumienie! Nic wtedy nie mogłoby mnie onieśmielić, a każde napisane czy wypowiedziane do ciebie słowo dawałoby ci siłę, nadzieję i życiową energię, dzieciom zaś byłabym i ojcem, i matką pod twą nieobecność.
W ogóle nie myślałabym wtedy o sobie, tylko o was, moich ukochanych, bylebyś tylko wyzdrowiał, Otto. Tak marnie czuję się przez to, że stale chodzę tylko i rozmyślam o swoich sprawach, ale ani na chwilę nie mogę przestać. I boli mnie to tak samo jak na początku albo i mocniej. Bo muszę znosić to całkiem sama, wbijam sobie te myśli do głowy, aż trawią mi umysł niczym nowotwór. I przypomina mi się o tym dwadzieścia razy dziennie — znieść się nie da, gdy Otto pyta, czy widziałam może niedawno Henrika, czy często u nas bywa i tym podobne. Mówi o nim prawie w każdym liście. I jeszcze wszystkie te pozdrowienia dla Åse, „słodziutkiej Maleńkiej, której ojciec prawie nie widział”; wypytuje o wszystko na jej temat.
Bóg wie, co by się stało, gdybym któregoś dnia powiedziała Ottonowi: „Åse to nie twoje dziecko. Henrik i ja, my, którym wierzyłeś najbardziej na całym świecie i których najbardziej ceniłeś, zdradziliśmy cię. To Henrik jest ojcem Åse”.
Nie wiem, co by zrobił — nie potrafię sobie tego wyobrazić. Wiem tylko, że jego życie byłoby doszczętnie zniszczone, że nic by zeń nie pozostało — dokąd miałby się zwrócić ze swym bezgranicznym, straszliwym poczuciem krzywdy? Że zdradziliśmy go, choć sam zawsze był taki wierny — nieznośnie wręcz wierny, pod każdym względem. Odkąd się pobraliśmy, patrzyłam, jak żyje tylko dla swojego domu, dla mnie i dzieci — jakbyśmy byli jego wierzycielami — mieliśmy prawo zabrać mu każdą dostępną godzinę i każde zarobione przez niego øre1.
Pewnie nawet nie wierzy, że coś takiego — niewierność i cudzołóstwo — mogłoby pojawić się w jego życiu. Na peryferiach jego egzystencji zapewne czasem zdarzało się, że jakiś mężczyzna „uwiódł kobietę” czy zdradził żonę albo był mężem „szmaty”, Otto zaś ma na te sprawy pogląd boleśnie nieskomplikowany i zawsze w takich przypadkach mówi, że tego czy tamtą należałoby zastrzelić lub wrzucić w worku w nurt Akerselven2.
Biedny Otto — i biedna ja.
3 kwietnia 1902
Znowu zaczęłam prowadzić dziennik. Prowadziłam go również, gdy byłam zakochana w Ottonie, ale niewiele w nim pisałam — wówczas nie chciało mi się nad sobą rozmyślać.
W dawnych czasach zawsze złościło mnie, kiedy w książkach twierdzono, że kobieta szczęśliwą jest tylko wtedy, gdy absorbuje ją inny człowiek. Teraz mogę się pod tym oburącz podpisać, jak pod innymi wyświechtanymi, oklepanymi prawdami, które kwestionowałam w młodości.
Teraz rozumiem, dlaczego przestępca wyznaje winy, a katoliczki nałogowo się spowiadają. Powiedziałam kiedyś, że zdołam dokonać morderstwa i żyć z własnym sumieniem jako wtajemniczona, sędzia, wyznaczająca karę lub orzekająca o łasce. Boże mój, chodzę tylko i rozmyślam, aby komuś to wyznać — w nocy leżę na przykład i myślę, że któreś dziecko przyjdzie kiedyś dorosłe, udręczone na duszy i zwierzy się swojej matce — a ja powiem mu wszystko, co je przerazi, będzie przestrogą, siłą, pomocą, zbawieniem — uch!
Jakąż rozkoszą byłoby móc uklęknąć w konfesjonale, wyjawić wszystko księdzu za kratką i wrócić do domu z poczuciem ulgi i czystym sumieniem. Albo odpokutować za grzechy w więzieniu.
Ja zaś spisuję kolejne strony. Boże drogi, ależ ze mnie nędzarka! Wyobrażałam sobie, że mniej będę myśleć o tym za dnia i mniej leżeć bezsennie w nocy. Do pewnego stopnia mi się udawało, choć to raczej z powodu wielkanocnych porządków.
Jutro jadę do Lillehammer3.
22 czerwca 1902
Znowu próbuję pisać, bo nie wytrzymuję już własnych myśli. Jakby jakaś nadludzka wyobraźnia wszystko to wymyśliła i uczyniła najbardziej nieznośnym, dręczącym i wzburzającym, jak tylko możliwe. Bliska jestem nawrócenia na wiarę w opatrzność.
Zdradziłam męża — młodego, pięknego, miłego, wiernego, dobrego i szlachetnego — z jego najlepszym przyjacielem i wspólnikiem, a moim kuzynem, którego znam od dziecka i przez którego zbliżyliśmy się do siebie z Ottonem. Teraz zaś Otto leży w Grefsen4, chory na suchoty, a mój kochanek płaci za niego i wszystkich nas utrzymuje. Otto natomiast o niczym nie ma pojęcia, a ilekroć go odwiedzam, opowiada tylko, jak niezrównanym przyjacielem jest Henrik i jak niezrównaną ma żonę. Na dodatek wygląda na to, że z czwórki moich dzieci właśnie to, które jest naszą sprawką, ma za najbliższe i właśnie o nim stale chce słyszeć.
O całym nieszczęściu dowiedziałam się, gdym pojechała do Ottona w Wielkanoc. Chciał wracać do domu, a gdy powiedziałam, że moim zdaniem powinien zostać tam, aż wyzdrowieje, odparł, że nie może ciągle być utrzymywany przez Henrika. Wyjeżdżając, myślał, że wyzdrowieje w parę miesięcy na tyle, by znowu pracować w biurze. Wtedy dowiedziałam się, że kiedy Otto i Henrik zakładali spółkę, Henrik wpłacił cały swój kapitał na rzecz niewielkiego przedsiębiorstwa Ottona. Zawsze myślałam, że Otto coś odziedziczył wtedy po teściu, choćby niewiele; okazuje się jednak, że nic. Przedsiębiorstwo prosperowało, a Otto ma niezłe kontakty, ale za mało środków do pracy, i chociaż jest zdolnym przedsiębiorcą, twierdzi, że Henrik zachował się wtedy jak dobry przyjaciel.
— Harowałem jak wół, pókim był zdrów — powiedział Otto — i nie miałem sumienia, żeby wyjeżdżać, kiedy Henrik to zaproponował, ale nie mogę latami leżeć w bodaj najdroższym uzdrowisku w kraju.
Usłyszawszy to, prawie się wygadałam — tak straszne były to wieści. Ale mogłam jedynie zgodzić się z Ottonem. Zaproponowałam, że wynajmiemy coś za miastem, a ja dobrze się nim zajmę... Boże, jak ja go prosiłam. Również dlatego, że chciałam coś dla niego zrobić, a Otto był mocno wzruszony, płakał z głową na moim ramieniu i bezustannie gładził mnie po policzku i dłoniach. Ale nie chciał ze względu na dzieci — biedaczek, pojęłam, że nie ośmieliłby się żyć z nami w sposób, jaki był teraz konieczny. To okropne patrzeć, jak cierpi i trzyma się życia — boi się.
Pojechał ze mną do domu i spędził tam trzy tygodnie. Cieszyłam się, że jest obok, bo nie mogłam już prawie znieść tej samotności, ale, Boże, było to jednak przerażające. Patrzeć przy tym, jak boi się zarazić dzieci — a przecież stale przy nim były, a on przy nich.
Codziennie siedział w biurze, a ja ciągle musiałam słuchać o Henriku. Otto stale sprowadzał go też do domu na kolację i obiad. Henrik wcale nie czuł się lepiej, co było mi pociechą. Jakie to żałosne. Po cichu przyglądałam się, czy przez ostatnich parę lat bardziej posiwiał, ale pomimo chęci nie wykryłam, żeby cokolwiek się zmienił, odkąd powrócił z Anglii.
Otto jest teraz w Grefsen. Gdy tylko się tam znalazł, zaczął silnie pluć krwią i wciąż pozostaje w łóżku.
Przyjęłam posadę w starej szkole, zaczynam po wakacjach. Oczywiście niezmiernie mnie to raduje; w ten sposób mogłabym żyć z dziećmi bez pomocy przedsiębiorstwa. Z drugiej strony rozleniwiło mnie takie wygodne życie, jakie wiodłam przez ostatnie lata. W zasadzie wolałabym pewnie siedzieć w fotelu i cały dzień rozmyślać nad sobą — obawiam się powrotu do pracy.
Tego popołudnia, kiedy zadecydowano, że Otto pojedzie do Grefsen, Henrik przyszedł do pokoju dziecięcego, w którym siedziałam.
— Marto, dopóki Otto jest chory, musimy udawać, że nic między nami nie było — powiedział. — Musimy!
Ma rację i, jak mawiają, trzeba go powiesić.
25 czerwca 1902
Jutro Åse kończy rok. Był to najdłuższy rok mego życia. Mam wyrzuty sumienia wobec małej; uważam, że nie byłam dla niej dość dobrą matką. Zresztą dla pozostałej trójki też nie — dom w ogóle nie przypomina tego, czym być powinien.
Och, słodkie dziatki, wezmę się w garść, bo w domu powinnyście widzieć jedynie uśmiech i słońce, słyszeć same dobre słowa. Ale ostatnio zaczęło się psuć. Nie tylko dlatego, że chłopcy są starsi, że nie przychodzą już jak kiedyś na pieszczoty — kiedy zbieram troje najstarszych po południu, nie układają mi już głów na kolanach, nie przyciskają się do piersi i nie walczą o moją uwagę.
Obawiam się jutra. Nie mogę przecież odmówić dzieciom tradycyjnego ciasta czekoladowego. Einar i Halfred marudzili już, żebym pomogła im wydłubać pieniądze ze skarbonek — chcieli kupić małej prezenty. Musiałam się powstrzymywać, by nie okazać im zniecierpliwienia, co oczywiście zauważyli; oddalili się chyłkiem niepyszni. Biedne maluchy... Jutro muszę też wybrać się do Ottona.
3 lipca 1902
Dzisiaj jest moja rocznica ślubu.
Zabrałam do niego troje najstarszych; zwyczajnie nie śmiałam jechać tam sama. Jak zauważyłam, Ottonowi nie spodobało się, że ich dziś ze sobą wzięłam. Lał deszcz, przez co również, jak twierdził Otto, nie powinni przyjeżdżać.
— Są chyba dobrze ubrane, co? Niech no ja sprawdzę, jakie macie stopy... Nie jest wam aby zimno? A tobie, Marto? Och, miła moja, chyba uważasz? Wiesz przecież, że trzeba. Pilnuj tylko, na Boga, żeby się nie poprzeziębiali...
Siedział w swoim fotelu. Zbierało mi się na płacz, ilekroć na niego spoglądałam, tak żałośnie schudł, tak wisiały na nim ubrania. Próbował gawędzić ze mną i dziećmi, ale rozmowa się nie kleiła. Einar, Halfred i Ingrid siedzieli ze zwieszonymi głowami na krzesłach. Mieliśmy pić wino, a kiedy stuknęliśmy się kieliszkami, Otto ujął obie moje dłonie i cicho je ucałował.
— Dziękuję ci, moja Marto — powiedział jedynie.
Wtedy już nie wytrzymałam, rozpłakałam się, a Ingrid zaraz zaczęła krzyczeć, podbiegła do mnie i schowała mi główkę na kolanach. Musiałam ją podnieść, pocieszać... Gdy spojrzałam na Ottona, siedział oparty w fotelu, z zamkniętymi oczami; drżały mu wargi.
Na szczęście na trochę przestało padać, więc dzieci można było wysłać do parku. Z okna widzieliśmy, jak cała trójka człapie brzozową aleją.
— Szkoda ich tutaj zabierać, Marto — powiedział Otto — to dla nich żadna zabawa przyjeżdżać tutaj.
Nie odpowiedziałam.
— To dla nich żadna zabawa przyjeżdżać tutaj, mówię — powtórzył zirytowany.
Ze wszystkiego najsmutniejszy jest chyba ten gderliwy, zbolały ton, którego czasem używa. Nie znał go, kiedy był zdrowy.
— Powinniśmy byli przewidzieć to jedenaście lat temu — rzekł powoli. — Szkoda, że tak się nie stało... Bo nie siedziałabyś tu teraz z czwórką małych dzieci i wrakiem zamiast męża. Och, jak inaczej jawiła się nam wtedy przyszłość, Marto. Nie tegośmy się spodziewali. Pamiętasz... — powiedział, ściskając mi dłonie, aż zabolało. — Dziś mija jedenaście lat... Taka byłaś przez wszystkie te lata... Marto moja, najsłodsza. Bo chyba wiesz, jak bardzo cię kocham? Tak bardzo dziękuję ci za te lata...
Znowu zaczęło padać i dzieci wróciły na górę. Było już tak późno, że przyszedł doktor z wieczorną wizytą. Kiedy mieliśmy wychodzić, Otto przywołał do siebie dzieci:
— Chyba jesteście grzeczne i słuchacie się matki, jak ojca nie ma? Cały czas jesteście grzeczne? Dzieci moje, nigdy, przenigdy nie możecie zasmucić matki! Słyszysz, Einarze? Jesteś już na tyle duży, że zapamiętasz, co mówi ci ojciec. Musisz zawsze być dobrym chłopcem, zawsze robić, co możesz, dla matki i dla rodzeństwa... Ty też, Halfredzie, chłopcze mój...
Płakali i ja płakałam. Tworzyliśmy żałosny korowód, idąc drogą pod parasolami na tramwaj. Wtedy Ingrid się zmoczyła, przez co musiałam wziąć ją na ręce — inaczej nigdy nie doszlibyśmy do miasta. Z dzieckiem i parasolem w rękach, w spódnicach mokrych u dołu i z obydwoma chłopcami za mną, tupiącymi niekończącą się polną drogą w ulewnym deszczu!
Dokładnie rok temu leżałam po narodzinach maleńkiej. Otto siedział obok i mnie pocieszał — mogliśmy jeszcze kiedyś świętować złote gody. Bo chyba ani przez chwilę nie myślał inaczej, niż że prędko wydobrzeje.
Dwa lata temu byliśmy w domku letnim, jak zawsze w naszą rocznicę. Wznosiliśmy toasty szampanem, a Otto powiedział, że jest chyba najszczęśliwszym mężczyzną w Norwegii. Ja zaś siedziałam i myślałam, jak bezgranicznie jestem nieszczęśliwa, jak obcy staliśmy się sobie — o czym on nie miał zielonego pojęcia. Nie wiedziałam wtedy, czym naprawdę jest nieszczęście!
Za rok będę może wdową...
Domek wystawiono na sprzedaż. Mam nadzieję, że nie sprzeda się zbyt prędko w tych ciężkich czasach — za życia Ottona.
Kiedy myślę o całym naszym małżeństwie, w pewnym sensie oczywistością jest, że tak właśnie się ułożyło. Z drugiej strony wydaje się to tak bezsensowne... i głupie. Cały mój smutek zlewa się w złość i gorycz, których nie mogę zwrócić ku nikomu innemu niż ku sobie. W zasadzie nie mamy w tym świecie wielkiego wyboru. Gdybym wtedy, kiedy Otto i ja zaczęliśmy się od siebie oddalać, wiedziała to, co wiem teraz, po dziś dzień bylibyśmy szczęśliwi! Mimo to, jeślibym miała ponownie przeżyć ostatnich pięć-sześć lat, będąc osobą, jaką byłam wtedy — wiem, że stałoby się tak samo.
Kiedy pierwszy raz zobaczyłam Ottona, był drugi września. Szłam Kirkegaten5 w pełnym słońcu, w mojej czarnej, jedwabnej sukni i birecie z frędzlem — wraz z kilkoma osobami z tego samego rocznika miałam świętować cztery lata od ukończenia szkoły. Spotkałam Henrika, który mi towarzyszył. Ulicą śpiesznie minął nas jakiś pan, przywitał się. Ognistorude włosy, mnóstwo piegów, dostojna postać — takie odniosłam wrażenie. Zapytałam kto to.
— Och, taki jeden Oulie — mówi Henrik. — Z biura Berga i Bachego. Ścier6 drzewny, wiesz.
— Piękny krok — powiedziałam i się odwróciłam. Pan stał na końcu ulicy i na nas spoglądał.
— Strasznie miły, przyjemny typ — rzekł Henrik.
— Masz pozdrowienia od Ouliego — powiedział po kilku dniach. — Wygląda na to, że wywarłaś na nim duże wrażenie.
Dwa dni później zostałam zaproszona na kawę i poncz na stancji7 u Henrika. Kiedy tam weszłam, pierwszą ujrzałam rudą grzywę Ottona. Byliśmy tam my dwoje i jeszcze jedna kobieta.
Miałam wtedy dwadzieścia dwa lata i nigdy wcześniej w nikim się nie kochałam. Dużo pracowałam, byłam bardzo pilna. Ludzie uważali mnie za sztywną; byłam cicha i wycofana. Naprawdę wynikało to z nieśmiałości.
Jeśli chodzi o Ottona, natychmiast poczułam, że go przewyższam. Od razu zauważyłam bowiem, że, jak powiedział Henrik, wywarłam na Ouliem duże wrażenie; od razu także pojęłam, że to on poprosił Henrika, by mnie go przedstawił. Gdy podziękowałam za jego przywitanie, oblał się pąsem.
— Chyba się panna o to nie gniewa? — pytał po wielokroć. — Bo dobrze wiedziałem, kim panna jest. Ludzie mówią, że jest panna szalenie zdolna, że dostała najwyższą notę z matury i z filozofii na studiach.
Wieczorem odprowadził mnie do domu. Kiedym się położyła, uświadomiłam sobie, że niesamowicie dokładnie pamiętam każdy szczegół wyglądu Ottona Ouliego. Wąska, koścista twarz, rude włosy, duże, jasnobrązowe oczy i mnóstwo ciemnych piegów; usta miał ładne, pięknie zarysowane, do tego okazałe zęby — dwa górne na przedzie nieco nachodziły na siebie. Pamiętam, jak wyraźnie przypominałam sobie jego wargi. Na jego postać zwróciłam uwagę natychmiast, gdy go ujrzałam. W rzeczywistości nigdy nie widziałam mężczyzny o tak pięknej sylwetce jak Otto — szczupłej, silnej i eleganckiej; zarówno w niej, jak i w sposobie, w jaki się poruszał, było coś tak wyszukanego, że myślało się na jego widok o ładnym, rasowym zwierzęciu, wspaniałym psie.
Wyglądał na młodszego, niż był, bo parę miesięcy później skończył dwadzieścia sześć lat. Jednak tamtego wieczoru u Henrika, przez jego gładko ogoloną twarz, po chłopięcemu podwinięty kołnierzyk i niebieską marynarkę, myślałam, że ma najwyżej dwadzieścia dwa-trzy lata.
Nazajutrz spotkałam go w drodze ze szkoły. Od tamtej pory widywaliśmy się codziennie. Najpierw jakby przypadkiem, później zaczęliśmy się umawiać. „Dlaczego nie miałabym spotykać się z przyjacielem?”, mówiłam sobie.
Któregoś popołudnia, kiedyśmy spacerowali, okropnie się rozpadało. Byliśmy właśnie na ulicy, przy której mieszkał.
— Może dałoby się tymczasem zaprosić pannę do mnie na górę? — zapytał z dość nieporadną miną. — Mam zresztą taki ładny pokój — powiedział, otwierając nam drzwi.
W rogu stało metalowe łóżko na wysokich nogach i blaszany stolik z miednicą. Pośrodku ściany, pod jakimś malowidłem, ustawiono pluszową sofę i stół oraz dwa fotele — jak w cukierni. W kącie wisiało lustro, przed nim stała roślina doniczkowa; w dodatku miał też pianino. Był wyjątkowo dumny ze swojego pokoju. Dłużej konferował w korytarzu ze swą gospodynią, która następnie przyniosła nam kawy i domowe wypieki. Miała na sobie fartuch obszyty koronką z Hardanger8 i wyglądała niezmiernie szacownie. Otto przedstawił mnie jako pannę absolwentkę Benneche.
Był strasznie uroczysty jako gospodarz. Nieco drżała mi ręka, gdym nalewała kawy. Ottonowi też, kiedy podawał mi ogień do papierosa. W lustrze ujrzałam, że policzki mam płomiennie czerwone, a włosy mocno pofalowane; to przez deszcz. Dobrze wyglądałam, a po Ottonie poznawałam, że też tak uważa.
Później skłoniłam go do śpiewu. Wiedziałam, że jest w Towarzystwie Śpiewaczym Handlowców.
— W zasadzie to nic nie umiem — rzekł, siadając przy pianinie.
Zaśpiewał „Ciekaw jestem, co ujrzę tam...”9. Miał piękny tenor i śpiewał nieco sentymentalnie.
Cały czas czułam w sobie delikatne drżenie, jakby z ekscytacji. Nabrałam chęci, by chodzić i dotykać rzeczy, które na co dzień go otaczały. Mimo że tak niewiele sobie powiedzieliśmy, czułam, że bardzośmy się do siebie zbliżyli.
Wkładając przed lustrem kapelusz, ukradłam z jego rośliny liść, który schowałam w rękawiczce. Otto umieścił go później w złotym medaliku dla mnie i zawsze świętowaliśmy ten dzień. Kiedy pomagał mi włożyć płaszcz, nagle zapragnęłam odchylić głowę i musnąć jego dłoń szyją. Wiedziałam, że teraz tylko ode mnie zależy, co się stanie. A potem poczułam gwałtowną, zachłanną radość, że wytrzymałam — tego dnia nie mogło wydarzyć się więcej.
Zostałam zaproszona na jego urodziny. Było tam wiele innych osób. Nie widziałam ich. Siedziałam na krześle polowym przy oknie; Otto przysunął do mnie taboret i na nim usiadł. Przesiedział tam cały wieczór — cały czas miałam przed sobą jego twarz. Nie mam pojęcia, o czym rozmawialiśmy, Otto też tego nie wiedział.
— Ależ, Oulie! — zawołał raz Henrik. — Wspaniały z ciebie gospodarz! Twoje zdrowie!
— Och, drogi mój... — powiedział Otto i podszedł do stołu.
Ja opadłam na krzesło, osłabiona jak po dłuższym napięciu — ani na chwilę nie przyszło mi do głowy, że też powinnam wznieść z nimi toast.
Chwilę później znowu siedział na taborecie. Miałam wrażenie, jakby powietrze między naszymi twarzami drgało niczym wokół płomienia.
Gdy wychodziliśmy, umówiliśmy się na sanki.
Otto chciał wciągać mnie na sankach na wszystkie górki. Siedziałam z poczuciem ciężkiego zatracenia, wpatrując się w jego ramiona. „Jaki on silny”, pomyślałam i nagle przeszedł mnie rozkoszny dreszcz. Ostatnie miesiące spędziłam w stanie nieprzerwanej, drażniącej ekscytacji. Jednak dopiero w tamtej chwili uświadomiłam sobie, jak mocno go kocham — co tak bardzo mnie przytłoczyło, że natychmiast ogarnęła mnie zupełna niemoc; czułam lęk, zawstydzenie, dumę i radość zarazem.
Tego wieczoru w sali kominkowej było mnóstwo ludzi, powietrze wisiało gęste od tytoniowego dymu i wyziewów z kuchni, rozmawiano ogłuszająco głośno; wszystko to jednak zdawało się być gdzieś daleko. Otto usiadł naprzeciwko mnie. Rozpiął sportową kurtkę; pod spodem miał niebieską flanelową koszulę z miękkim kołnierzykiem. Był zgrzany, nieco zdyszany. A ja, jakbym się wystraszyła, nie śmiałam spoglądać na skrawek jego klatki piersiowej poniżej gardła, ale nie mogłam powstrzymać ukradkowego zerknięcia — wtedy na mnie spojrzał... Żadne z nas nie spuściło wzroku ani nie wypowiedziało słowa.
— Na zdrowie, Marto — powiedziała któraś z kobiet.
— Och, przepraszam... — odparłam skonsternowana i się zaczerwieniłam.
Kiedyśmy wyszli, Otto rzekł dziwnie grubym głosem (nie odzywał się do mnie, odkąd przyszliśmy z miasta):
— Proszę usiąść, pociągnę panią.
Dotarliśmy do Frognerseteren10, gdzie usiadł za mną na sankach. Opierając się o niego, czułam się, jakbym mu się w pełni oddawała.
Z resztą towarzystwa rozstaliśmy się przy Sporveisgaten11.
— Odprowadzą pannę Benneche do domu — powiedział wtedy.
Dotarliśmy do moich drzwi od ulicy, tam wstałam z sanek. Nie miałam klucza.
— Mój może da radę... — powiedział niewyraźnie. Otworzył.
— Dobrej nocy!
— Dobrej nocy!
Wszedł do środka. I nagle chwycił mnie w ramiona i pocałował. Nigdy wcześniej nie całowałam mężczyzny. Czułam się, jakbym zniknęła.
Kiedym weszła na górę, długo siedziałam na skraju łóżka w mokrym stroju narciarskim. Jak odurzona wyczuwałam jedynie bicie własnego serca, które wzbudzało we mnie silne, kłujące napady drżenia. Boże w niebiesiech, że też spotkało mnie takie szczęście. Zbudziłam się na dźwięk zegara gospodarzy, który wybijał czwartą. Gdy się rozbierałam, parę razy przelała się przeze mnie fala gorąca i lęku. Co, jeśli on nie kocha ciebie w ten sposób? Jeżeli to tylko namiętność? — słowa i myśli innych ludzi pojawiły się na sekundę; prędko jednak zniknęły, pozbawione dla mnie sensu, a ja zapadłam się w odurzenie szczęściem.
Następnego ranka, kiedy wyszłam na ulicę z książkami i zeszytami pod pachą, Otto Oulie stał na rogu. Spojrzał mi głęboko w oczy, wziął zeszyty z wypracowaniami i rzekł:
— Pomyśleć, że chcesz być moją sympatią, Marto!
Roześmiałam się do rozpuku.
— No właśnie, pomyślałby kto!
Później zwierzył mi się, że strasznie długo zastanawiał się, co mi powiedzieć.
— Po powrocie do domu byłem przerażony, bo przecież nic nie powiedziałem!
O drugiej spotkał się ze mną znowu. Następnego dnia natrafiliśmy na Henrika na Pilestredet12. Otto popędził do niego.
— Musisz nam pogratulować, staruszku!
Spacerowaliśmy codziennie po szkole, a wieczorami przychodziłam po Ottona do biura. Uzgodniliśmy, że w wakacje się pobierzemy. Otto zarabiał tysiąc osiemset koron, a ja miałam dalej być nauczycielką. Miało być znakomicie.
Zostałam wzięta z zaskoczenia. Ale w zasadzie nie przez Ottona. Pewne źródła wybiły spod powierzchni mojej istoty. Siedziałam, bez reszty zasłuchana w tę nową muzykę — w długie wieczory, gdy życzyliśmy już sobie dobrej nocy, a ja, po powrocie do siebie, siedziałam cicho, słuchając.
Dzielące nas różnice odbierałam wówczas z radością; trwałam ogarnięta wiecznym, pełnym zachwytu zaskoczeniem, że my, tak bardzo różni, odnaleźliśmy siebie nawzajem.
Nauczyciel rysunku z naszej szkoły był zaręczony z koleżanką, z którą zdawałam maturę. Ta odwiedzała mnie na stancji i zamęczała rozmowami o miłości.
— Ależ czy to nie cudowne? Och! Mieć kogoś, kto w pełni cię rozumie. Z kim można porozmawiać o wszystkim, po prostu wszystkim!
Razem chodzili po Kirkeveien13 i rozmawiali o... po prostu wszystkim.
— Wiesz co, Marto, moim zdaniem poufałość jest niezbędna, jeżeli miłość ma być czymś idealnym. Bez prawdziwego pokrewieństwa dusz, powiedz mi, co z tego wszystkiego zostaje?
— L’amour sans phrase14 — powiedziałam i zaśmiałam się z dumą.
— Ja nazywam to zwykłą namiętnością. To rzecz całkowicie zwierzęca. Och, wybacz!
— Proszę cię! — powiedziałam i jeszcze bardziej się zaśmiałam.
„L’amour sans phrase”, powtarzałam sobie w kółko, gdy byłam sama.
Miłość, miłość, nie ma w życiu niczego innego, co byłoby jego warte. Kochałam tak fanatycznie, że nigdy nie potrafiłam zanurzyć się dość głęboko w miłość własną.
Czułam też, jak miłość ta z każdym dniem czyni mnie piękną, świeżą i promieniejącą — dawała mi niepojęte zrozumienie życia, czyniła odważną, wesołą i nieskończenie arogancką.
Ach, było ze mnie przemądrzałe dziecko, aż do teraz — gdy nagle odmłodniałam.
Wszystko, co przeczytałam, czego się nauczyłam, nadal mnie cieszyło, ale czułam też, że były to tylko środki, nie cel. Były bronią, którą dobrze posiadać, aby dać sobie w życiu radę — miłość jednak była samym życiem.
Czułam się wtedy tak zdrowa, że nigdy nie wątpiłam w miłość własną oraz Ottona ani że to wystarczy. Potrzebowałam kogoś kochać i być kochaną — nigdy nie chodziło mi o mężczyznę, który by mnie „rozumiał”. Och, jakże miałam rację, gardząc prostym, niewychowanym, babskim gadaniem o „rozumieniu” — im zależy, aby mężczyzna był zegarmistrzem ich nudnych, zdziwaczałych główek, trwoniącym czas na pieszczenie się z ich próżnością.
Ach my, niezrozumiane kobiety — mogłybyśmy pokonać cały pułk mężczyzn, a i tak by to nie pomogło. Dopiero gdy serce zaczyna usychać, kiedy same już nie rozumiemy, zaczynamy wołać o zrozumienie.
Wtedy rozumiałam Ottona; sama nie zdawałam sobie sprawy, jak wyraźnie się przede mną jawił dokładnie taki, jakim był. Nie żądałam od niego niczego, czego nie mógłby mi dać — nie dorastał w domu anemicznych moli książkowych, nie mieszkał wśród mahoniowych mebli i haftów koralikowych ciotki Guletty. Jego ojciec handlował drewnem i on był przedsiębiorcą — i to całym sercem i duszą. Był także sportowcem i miłośnikiem ruchu na świeżym powietrzu; jak u siebie czuł się tam, gdzie ja rozkoszowałam się nastrojem i oświetleniem — w naszym lesie. Rześkie powietrze i słońce, przedostające się do mnie, kiedym siedziała zajęta lekturą, sprawiały, że ciskałam książki w kąt i wybiegałam na jasny świat.
Chyba żaden mężczyzna nie obchodził się ostrożniej i lepiej z miłą swemu sercu młodą dziewczyną niż Otto — i to w samym środku naszego niepohamowanego zakochania. Był też taki przez wszystkie lata, któreśmy przeżyli razem.
Gdyby przypuszczał, że czułam, iż mnie nie rozumie, wiem, że uczciwie, rzetelnie spróbowałby wyjść mi naprzeciw — takim do cna sumiennym człowiekiem jest Otto. Ale gdy nie zrobił zupełnie nic, by mnie powstrzymać, wprost przeciwnie, za znakomite miał wszystko, czym się zajmowałam — sprawę kobiecą, szerzenie oświaty i tym podobne — oczywiście uważał, że wszystko jest w najlepszym porządku. Podziwiał moją „wybitną inteligencję”, chociaż stale podziwia wszystko, co kocha: dzieci i mnie, Henrika, swoich rodziców oraz rodzeństwo, swój dom, ogród i domek letni — wszystko, co ma na tym świecie.
Z czasem zaczął mnie drażnić ten jego wieczny, bezkrytyczny podziw wobec wszystkiego, co doń należało; lecz wtedy jeszcze miałam rację, widząc tylko, jaki piękny jest w swojej ożywczej ufności i radości.
Nieistotne, że wielokrotnie, gdy nie rozumiał, wydawał osądy surowe i ograniczone. Był zdrowy i silny, a wtedy często widzi się tylko to, co na powierzchni — i nie rozumie się. Sama osądzam teraz wiele rzeczy łagodnie — ale dlatego, że jestem współwinna. Gdy byłam młoda i czysta, osądzałam surowiej.
Człowiek uczy się całe życie; ale, Boże dopomóż, czego też się uczymy. Rozumienie wszystkiego powinno równać się wybaczeniu wszystkiego. Niech Bóg jednak strzeże mnie przed ludźmi, którzy wybaczają za wiele. Wszak tylko tym się pocieszamy, gdy życie zacznie odciskać na nas swe piętno, a zrobiliśmy różne rzeczy, których wstydzilibyśmy się w lepszych czasach. Albo nie mamy odwagi i energii, aby żyć w zgodzie z własnym duchem. Wtedy obniżamy wymagania — choć ostatecznie jednak dostaje się w życiu tyle, ile się wymaga. Młodzi są jednostronni; dla nich do zbawienia prowadzi tylko jedna droga, a jeśli się do czegoś nadają, to właśnie nią idą. Później dostrzega się wiele innych dróg. Człowiek myśli, że każda może być równie dobra — siada wtedy i każdą uznaje za jednakową. Łatwo jest zrzucać winę na tolerancję i zrozumienie, kiedy nie chce się nam już nic robić z życiem; jednak to jednostronność i zawziętość pozwalają coś osiągnąć. I to młodzież chce czegoś naprawdę.
20 lipca 1902
Dziś po raz pierwszy wysłałam chłopców z domu; mają spędzić miesiąc u ciotki Helene. Tacy byli śliczni w swoich nowych, niebieskich, tweedowych kurtkach z kieszeniami, które dla nich uszyłam.
Odprowadziwszy ich na pociąg, pojechałyśmy z Ingrid do Ottona. Musiałam pokazać mu małą — była przecudna! Trzeba było ją trochę pocieszać, bo nie wyjechała z braćmi, dlatego mogła włożyć sukienkę w róże i wpleść czerwone wstążki w te swoje lśniące, miedziane loki. Aż chciałoby się ją schrupać, tak jasną ma cerę — nie można przestać, gdy zacznie się już całować jej białą szyjkę, schowaną w jasnoczerwonym wycięciu sukienki. I jeszcze te ustka, i duże, jasnobrązowe oczy.
Latała wokół nas, kiedy Otto i ja rozmawialiśmy na ławce w parku. Był dzisiaj w wyjątkowej formie.
Nigdy wcześniej roztaczający się stamtąd widok nie wydawał mi się tak piękny jak dziś. Może to przez słońce — w takie żałosne lato z bezustannym deszczem i zdrowy człowiek by się rozchorował. Rozległe, zielone wzgórza schodzące do fiordu i miasto w dole, niskie obramowanie pagórków, które osłaniają i otaczają, wszystko jednak na tyle przestronne, że nie czuć tutaj zamknięcia — fiord był dzisiaj jasny jak srebro, nad całością unosił się też cienki woal pary wodnej.
Kiedy Otto i ja siedzieliśmy tak i kiedy objął mnie ramieniem, oboje odpłynęliśmy w łagodne i ulotne, melancholijne uczucie szczęścia.
— Nie mogę przestać wierzyć, że pozostaniemy razem — powiedział Otto. — Widzę przecież, jak z każdym dniem zdrowieję. Ty, ja i dzieci, Marto!
Pomyślałam to samo. Mam przecież męża i dzieci; czekają mnie wszak jeszcze nieskończone szczęście i bogactwo. Pewnie nadejdą też dla nas trudne czasy, kiedy Otto wróci do zdrowia — ale co z tego. Uważam, że muszę mieć szczęście, skoro mogę pracować i posiadam zajęcie — oraz wiem, że mogę pracować dla moich najdroższych. Jak daleko od nich kiedyś się oddaliłam, o tym nigdy się nie dowiedzą — sama myślę, że wspomnienie mej błędnej wyprawy przez pusty, beznadziejny krajobraz oraz wstydu, który na siebie sprowadziłam, z czasem zniknie i opadnie na dno mojej duszy. Czegoś mnie to nauczyło — z nieskończoną ostrożnością będę chroniła każdą szansę na ciepło i szczęście w naszym domu. Nie na próżno zapłaciłam za tę lekcję najwyższą cenę. Bo czystość kobiety to żaden frazes, to nieskończenie cenny skarb — dziś to wiem. Ale może będę teraz dawać innym więcej niż mogłam wcześniej, prędzej reagować na każde drobne poruszenie w ich duszach — zwłaszcza dzieci.
Jako młoda dziewczyna zawsze uważałam, że macierzyństwo musi być czymś najważniejszym na świecie. „Jakie to dziwne”, myślałam, „że kiedy mnie samej miało się ono przydarzyć, prawie nie dawałam temu wiary”. Spodziewając się Einara, byłam tym tak przytłoczona, że niemal się wstydziłam, bo naprawdę czułam, jakby nie istniało nic innego na świecie — dziecko, które nosiłam, wypełniało mi myśli dzień i noc, a przecież postanowiłam traktować to niezmiernie rozsądnie i naturalnie. Boże, dzieliłam stan wszystkich przedstawicielek płci żeńskiej na świecie. Choć miałam też wiele obaw, pragnęłam tego każdą cząsteczką siebie — choćbym i miała zginąć.
Ale chociaż kocham swe dzieci tak mocno, jak kochać może tylko matka, i choć uważam, że kochałam je też bardzo po ludzku i obserwowałam najdrobniejsze przejawy rozwoju w ich życiu, tyle szczegółów Otto zauważył przede mną — drobnych cech, właściwych każdemu z nich, na które to on zwrócił moją uwagę. Miałam też inne zainteresowania niż moje dzieci; czuję jednak z niezbitą pewnością, że ani na trochę nie zmniejszyło to mojej troski o nie — dopóki nie zaczęłam zatracać się w sobie i zastanawiać się, czego brakło mojemu szczęściu. I jeszcze mnie kochają, chyba bardziej niż większość dzieci kocha swoich rodziców. A jednak ich relacja z Ottonem jest jakby bardziej bezpośrednia. Może dlatego, że on sam jest bardziej bezpośredni.
Są też do niego podobne. Einar tak mocno, że to aż komiczne. Również osobowością — widziałam tę jego energię wczoraj i dziś; sam chciał spakować rzeczy swoje i Halfreda, a kiedy włożył bilety, portmonetkę, chustkę i kłódki do różnych kieszeni oraz powtórzył moją instrukcję, jak zachować się podczas przesiadki w Hamar15, był to doprawdy mały Otto.
Halfred przypomina go mniej — nie ma też rudych włosów.
— To twoje dziecko — mówi Otto. — Tyle rozmyśla nad istotą rzeczy.
— W każdym razie strasznie jest dociekliwy. Pyta często o najbardziej osobliwe sprawy, zawsze musi wiedzieć: „Ale dlaczego?”. Kiedy mówię, żeby tyle nie pytał, odpowiada tylko: „Ale dlaczego nie, mamo?”.
Åse też przypomina Ottona. Co napawa mnie grozą. Czytałam coś podobnego w jakiejś francuskiej powieści, lecz nie wierzyłam, że to możliwe.
21 lipca 1902
Wcześnie rano pojechałam do Ottona. Zeszliśmy do parku i usiedliśmy na tej samej ławce co wczoraj. A kiedyśmy tak sobie siedzieli, przyszedł Henrik.
Miał rozmawiać z Ottonem o interesach. Chciałam pójść, lecz oczywiście nie pozwolił mi Otto. Nalegał, żebym została, aby Henrik mógł odprowadzić mnie do miasta.
Wszyscy troje szliśmy więc ścieżką przez ogród i rozmawialiśmy. Otto wziął mnie pod rękę, Henrik z drugiej strony. Otto był wesół i mówił głośno; narzekał między innymi, że bardzo przytył. „A Marta tak wzdycha do szczupłych ludzi; może nie chcesz mnie już znać, co?”.
Nie mogę przestać wściekać się na to, że Henrik potrafi zachować aż takie opanowanie. Że może tak naturalnie rozmawiać o mnie z Ottonem.
Jestem teraz mniej więcej tak samo nieszczęśliwa jak przedtem. Udało mi się odnaleźć cichą, radosną nadzieję, odkąd jęłam zagłębiać się we wspomnienia naszej miłości. Zaczęłam wierzyć w przyszłość. Ale wtedy zjawia się Henrik. I pozostanie na zawsze. Nie wyobrażam sobie, jak miałoby się go uniknąć.
22 lipca 1902
Otto nie postrzegał wtedy naszego związku tak samo jak ja. Mnie chodziło jedynie o erotykę, ale dla niego było to też ogromnie poważne zobowiązanie.
Chyba nigdy nie przyszło mi do głowy, aby powiedzieć mu o tym, jak żyłam, zanim go spotkałam, co uważałam i co myślałam. Kiedy zdarzało się nam o ten temat zahaczyć, zawsze zaczynał Otto.
— Marto — powiedział któregoś dnia — nie jestem religijny, w ścisłym tego słowa znaczeniu.
Pamiętam, że była niedziela na początku marca, byliśmy na nartach w lasach Nordmarka16. Pełne słońce i las ciężki od śniegu; przed nam widniała niewielka, biała równina — mokradło poprzecinane śladami nart; w cieniu śnieg był wręcz fioletowy. Odpoczywaliśmy, siedząc i jedząc pomarańcze. Po drugiej stronie pod lodem szumiał strumyk, drzewa wokół były mocno oszronione; niektóre zamarzły, tworząc grube, przezroczyste bryły lodu. Pokazałam właśnie Ottonowi takie zamarznięte drzewko i zapytałam, czy myśli, że kiedykolwiek wypuści pędy — i o tym toczyła się rozmowa.
„Nie jestem religijny, w ścisłym tego słowa znaczeniu” to zresztą znakomite wyrażenie. Wyjaśnił mi, w co wierzył, a w co nie — pełnym zapału tonem, jakby spodziewał się sprzeciwu. Nie widział sensu w tym, że duchowni wymagają wiary od innych, że wystarczy wierzyć we wszystko, co napisano w Biblii, by doznać zbawienia, a kiedy człowiek korzystał ze zdrowego rozsądku, czekało go potępienie. Nie rozumiał na przykład wiary w szatana, który pełza po jabłonkach i kusi ludzi, by kradli; albo że Bóg powiedział Noemu17, jak ma zbudować i wysmołować swą arkę.
To jego zdrowy rozsądek się w nim zbuntował; Otto nie chciał bezkrytycznie wierzyć w to, czego uczyli go inni. Krytykował dość ostro. Nie pomyślał jednak, by spojrzeć na chrześcijaństwo jako religię jak wszystkie inne. Na koniec powiedział:
— Ale wierzę w Boga, wiesz.
— A ja nie — odparłam.
I jęłam rozprawiać o tym, w co wierzyłam, a w co nie. Na pewno nie w Boga w ludzkiej postaci — „świat jest na to zbyt niesprawiedliwy”.
— Sam o tym często myślę — powiedział Otto. Leżał na boku w śniegu i podniósł na mnie wzrok, niemal przestraszony.
— Świat jest zbyt wielki, Otto, a my jesteśmy zbyt mali. Życie nas nie uwzględnia.
— W życie wieczne też nie wierzysz? — zapytał Otto powoli.
— Nie.
Wieczorem, kiedy jak zwykle zakończyliśmy tę narciarską wycieczkę herbatą, którą Otto pił na górze w moim pokoju, znów podjął ten temat. I został u mnie dużo dłużej, niż miał w zwyczaju — on, który poza tym zawsze starał się wychodzić w „odpowiednim” czasie. Na odchodne powiedział:
— W zasadzie niezbyt to chyba dobre, że wiesz znacznie więcej niż ja, Marto!
Trochę było mi wstyd, kiedy poszedł. Możliwe bowiem, że w ogóle byśmy na ten temat nie porozmawiali — może dopiero po ślubie. Częściowo wynikało to z tego, iż w pewnym sensie nie doceniałam Ottona — z wyższością przedstawicielki klasy urzędniczej nad chłopakiem ze wsi. Rozpoznawałam to też nieco w relacji Henrika i Ottona; w wielu kwestiach tylko mój kuzyn był upoważniony do wyrażania opinii i dość wyraźnie zbywał Ottona, gdy ten się wypowiadał. Teraz nagle poczułam z tego powodu złość — nie mieliśmy do tego prawa, ani on, ani ja. Och, ten głupi, studencki snobizm, myślenie, że Otto jest „tylko” przedsiębiorcą. W duchu używałam tego wyrażenia — na wstępie do moich zachwytów nad znakomitym, cudownym miłośnikiem ruchu na świeżym powietrzu, nad atletą. Ale tamtego wieczoru się zawstydziłam, ponieważ nigdy nie interesowało mnie, by poznać jego myśli.
Raz, później, odczułam to jeszcze mocniej.
Było to niedługo przed naszym ślubem. Siedzieliśmy w mieszkaniu. Pamiętam, że Otto urządzał właśnie „turecki kącik” — z niską, przytwierdzaną do ściany ławą i stolikiem. Mieliśmy pijać tam kawę; na ścianach miały wisieć makaty.
— Ma być niebieski — powiedział Otto — intensywnie chabrowy... Do tego mnóstwo niebieskich poduszek we wszelkich odcieniach. Niebieski pasuje ci najlepiej.
Po południu spadł deszcz, ale wtedy, pod wieczór, powietrze było wilgotne i ciepłe jak w szklarni, nasycone wonią kwiatów. Nad całym miastem unosił się zapach kasztanów i bzów, a gdy wspinaliśmy się Kirkeveien, woń była wręcz przytłaczająca; gorzki aromat brzozowych liści i zapach kwiatowych ogrodów. Wyraźnie rozpoznawałam ładną woń piwonii, przywodzącą na myśl japońskie wyroby z drewna, najbardziej jednak czuć było kasztany i bzy. Pamiętam, że zwróciłam uwagę, jak cudnie jasnofioletowe bzy wyglądały na tle ciężkich, siwych chmur, sunących na wschodzie.
Myślę, że świat był tego wieczoru piękniejszy, niż widziałam go kiedykolwiek później. Podeszliśmy do wzgórza naprzeciwko plebanii Vestre Aker18 — w popołudniowym słońcu wszystko się złociło: drobinki chmur na niebieskim niebie, komary nad strumieniem i topole wzdłuż drogi. Wilgoć iskrzyła się w słońcu, na łące i w koronach drzew, z których kapały połyskujące krople, i na starych, niebieskich dachówkach plebanii. Nad płotem otaczającym ogród wisiały białe bzy, a kable telefoniczne ciągnęły się całkiem złote jak struny wielkiej złotej harfy.
Weszliśmy do zagajnika naprzeciwko plebanii. Zawsze było to jedno z mych ulubionych miejsc — niewielki lasek z murowanym nagrobkiem Blinderena19 na wzniesieniu. Myślałam wtedy, że okrągły, kamienny postument wygląda jak ruiny zamku, a w ładnej trawie pod liściastymi drzewami rósł kruchy, bladozielony piżmiaczek20.
Usiedliśmy na kamieniu, gdzie do nagrobka prowadzi swego rodzaju zarośnięta trawą aleja.
Otto całe popołudnie się nie odzywał. A siedząc tam z łokciami na kolanach i głową w dłoniach, po dłuższym czasie wspólnego milczenia powoli rzekł:
— Wiesz... jest jedna sprawa. Uważam... Wiem, że mam obowiązek ci to powiedzieć.
Na chwilę przerwał, po czym podjął:
— Ja... nie jestem... ja... znałem wcześniej w ten sposób... inne kobiety. I pewnie uważasz, że to straszne... Widzę to po tobie — dodał po krótkiej chwili. — Wiem, że na pewno tak uważasz. Nie potrafiłem zmusić się, żeby powiedzieć ci to wcześniej... Oczywiście mnie nie zrozumiesz, a ja nie potrafię wyjaśnić... Nie żebym szukał usprawiedliwienia...
Chciałam mówić, lecz on mi przerwał:
— Ale nie w ostatnich paru latach. Odkąd zmarła moja siostra... wiesz, pani Jensen. Była tak okropnie nieszczęśliwa w małżeństwie. Wtedy coś sobie obiecałem. Ale wcześniej... Nie zrozumiesz tego... Gdy jest się młodszym, nie jest tak...
— Otto, nie mów nic więcej!
— Aż tak to dla ciebie okropne? — Wstał.
Wtedy też wstałam. Czułam jedynie konsternację i wstyd, a na początku, kiedy zaczął, potworne zdumienie; doprawdy było to coś, o czym nigdy nie pomyślałam. To znaczy, odkąd się zaręczyłam — bo rok czy dwa lata temu pewnie bym dyskutowała, do czego powinien przyznać się mężczyzna i tak dalej. Wtedy z lubością oddawałam się dyskusjom — i stawiałabym wymagania. Ale kiedy tak mówił, a ja widziałam, że cierpi i że to dla niego strasznie poważna sprawa, czułam tak wielki wstyd i upokorzenie, że nie śmiałam wręcz podnieść wzroku. Nigdy, przenigdy się nim nie przejmowałam, chciałam jedynie, by mnie miał za uroczą, by mnie całował i pieścił, chciałam kłaść dłonie na jego szerokich, mocnych barkach — nigdy jednak nie poszukiwałam jego duszy, aby być dla niej dobrą, aby ją kochać.
— Nie, nie, Otto, nic już nie mów. Mój drogi, jakim prawem miałabym czegoś takiego od ciebie wymagać. Sama nigdy nie zamierzałam rozliczać się przed tobą za błędy, które popełniłam albo popełniam, za brzydkie, złe, małostkowe myśli i uczynki. Nie pomyślałam nawet, że powinnam się poprawić, skoro mamy się pobrać.
— Marto... och, Marto...
— Powiedz mi wszystko, co chcesz mi powiedzieć… Wiem, że zdołam cię zrozumieć... teraz. Proszę cię, powiedz mi wszystko, czym chciałbyś się podzielić z kimś innym, o czym chciałbyś z kimś innym porozmawiać. Nie wymagam jednak, by o czymkolwiek wiedzieć. Nie uważam też, że mam prawo o coś cię pytać. Bo przecież wiemy, że możemy na sobie polegać i że strasznie, straszliwie się kochamy, prawda?
— Och, słów mi brak, by wyrazić, jak bardzo cię kocham... że tak do tego podchodzisz!
Wtedy zbliżyliśmy się do siebie i szliśmy starą, mokrą aleją, gdzie przez cały ten czas kapały i mrugały krople, ja zaś byłam niewypowiedzianie szczęśliwa, ale trochę też się wstydziłam, że miał mnie za aż tak wspaniałą.
— Tak, kiedy już będziemy po ślubie — powiedział Otto, a potem całowaliśmy się do utraty tchu. A w drodze do domu ogarnęło mnie zabarwione poczuciem wyższości współczucie wobec wszystkich innych, spotykanych przez nas par.
Ojciec i szwagier Ottona przyszli na ślub. Mój teść nie był zadowolony z tego, jak wszystko załatwiliśmy — chciał, żebyśmy pojechali do Løten21 i tam się pobrali, skoro moi rodzice nie żyli. W Wielkanoc odwiedziliśmy Auli22, ale nie było tam nazbyt przyjemnie. I choć wszyscy przyjaźnie mnie traktowali, zrozumiałam, że woleliby, aby Otto znalazł sobie dziewczynę z majątkiem, i że byłam dla nich zbyt „elegancka” — chociaż Bóg wie, jak cicho i skromnie starałam się zachowywać. Ale Otto był taki kochany i tak troszczył się, żebym niczego nie zauważyła, że mimo to cieszyłam się z tego wyjazdu, a moja szwagierka Helene to przecież sama słodycz.
Ślub mieliśmy cywilny, później wyprawiłam obiad w Grand Hotelu23 — załatwiły go dwie moje przyjaciółki i niezwykle się udał, więc teść i Tomas Nordås byli w wyjątkowo dobrym nastroju, zanim Otto i ja rozeszliśmy się do siebie.
Kiedy dotarłam do mojego pokoju, żeby zdjąć elegancki niebieski kostium i lakierki, moja gospodyni zaczęła już tam sprzątać. Bieliznę pościelową zdjęto z łóżka, a obrus leżał złożony w rogu stołu; moje rzeczy osobiste ustawiono na stercie w kącie, wieczorem miały zostać zabrane do mieszkania.
Przebierając się, uroniłam kilka łez z jakiegoś sentymentalnego wzruszenia. Wtedy wszedł Otto, a ja stałam właśnie i zapinałam haftki bluzki; zapomniał zapukać.
— Och, przepraszam... Chyba musisz się trochę pospieszyć, jest już prawie czwarta.
Zaczął pakować mój myśliwski plecak, wyjmował z niego rzeczy i przekładał do swojego. Nagle chwycił jakąś część bielizny i zobaczyłam, jak się zarumienił.
— Zabrałaś chyba dość pończoch? — zapytał, zapinając plecak.
Potem, w promiennym słońcu, szliśmy żwawym krokiem w górę Maridalsveien24. Sprzedawca Ottona, Helgesen z Sandakerveien25, miał zawieźć nas do Nittedal26.
Coś wiejskiego i odświętnego, kojarzącego się z dobrymi dniami mego dzieciństwa, było w rozległym podwórzu Helgesena, otoczonym stajniami i magazynami, z pompą pośrodku i gołębiami na dachu.
— Prawie nie mógł żem się już pana doczekać — odezwał się Helgesen. — A czy to pańska żona, Oulie? Niska, ale ładna, trzeba powiedzieć — dodał i pogratulował mi potężnym uściskiem dłoni.
W drodze Otto rozmawiał trochę z Helgesenem o ludziach z Nittedal i Maridalen27, których nie znałam. Wszystko brzmiało tak spokojnie i przyjemnie — miasto zdawało się tak odległe, nieprawdopodobne. W gospodarstwach wokół jeziora Maridalsvannet28 leżało siano zebrane w kopy; gdzieniegdzie zwożono, a gdzie indziej ledwie zaczęto kosić żyto — zza jeziora dochodziło dzwonienie kosiarki, Otto i Helgesen zaś z zapałem i powagą rozmawiali o widokach na ten rok. Kiedy wjechaliśmy do lasu, Otto chwycił i ścisnął moją dłoń, ale żadne z nas się nie odezwało.
— No, to przyjemności wam życzę. Najlepszego, Oulie, i najlepszego dla pani!
Wysadzając nas, Helgesen posłał nam do przesady promienny uśmiech.
Nie mówiliśmy wiele, idąc leśną ścieżką. Otto parę razy się za mną oglądał, pytał, czy nie idziemy za szybko, rzucił też czasem jakąś uwagę o tym, że wiatr powalił wyjątkowo dużo drzew — ścieżka często była całkiem zagrodzona — i o tym, jak grząskie są teraz mokradła. Raz nazbierał garść białych kukułek i wręczył mi kwiaty:
— Czyż nie są ładne? Przypnij je sobie do piersi, będą tam dobrze wyglądać.
Było dość późno, a słońce nad brzegiem wzgórza roztaczało złoty blask. Czasami jakiś promień omiótł ścieżkę, po której szliśmy — na dnie wąwozu, wzdłuż wzburzonej rzeczki, słońce migotało w pryskających kropelkach piany, na mokrych brzozach i krzewach olchy. Rosło tam mnóstwo dorodnych dzwonków i tojadów.
— Och, jakie wspaniałe — powiedziałam, a Otto się odwrócił.
— Podobają ci się? Tak, piękne są. Dużo ich zaraz przy domku. Cóż... — ciągnął Otto. — Śliczne to rzeczy... I kładkę też zmyło.
Dotarliśmy do niedużego wodospadu; rzeka była tam szeroka i głęboka, a za mostek służyła tylko pojedyncza, okrągła kłoda.
— Podaj mi rękę — powiedział Otto. — Ależ droga, słodka Marto... co się stało?
Serce biło mi tak, że aż cała się trzęsłam, czułam też, że jestem blada na twarzy. Dłoń miałam lodowatą.
— Ależ... droga moja, boisz się? — szepnął Otto.
Założyłam mu ręce na szyję i schowałam twarz. Nie był to lęk — raczej rodzaj napięcia w ciele. Nagle, gdy stopa wpadła mi do dziury w mokradle, a woda wlała się do trzewika, całą mnie aż zmroziło — skóra ściągnęła się i nagle poczułam się w ubraniach naga.
— Zaraz będziemy na miejscu — szepnął znów Otto. — To już na tym wzgórzu.
Było stromo.
— No... — powiedział Otto; zatrzymał się i wypuścił powietrze.
Poniżej, w oddali, widniało duże, połyskliwe jezioro. A nieco dalej, na niewielkim wypalenisku, w wieczornym słońcu, ukazała się nieduża, szara chatka. Podeszliśmy do płotu z poziomych żerdzi, a Otto odłożył kije.
— No to jesteśmy w domu — powiedział Otto i mnie objął.
Pocałował mnie, a ja czułam, że pocałunek ten różni się od wszystkich innych, jakie składał na moich ustach — był pocałunkiem na powitanie. Przeszliśmy przez łąkę; rosło tam mnóstwo fiołków i bratków, w każdym usypisku kamieni kwitły tojady i wierzbówki. Poniżej nas migotało jezioro wśród brzóz i olchowych zarośli.
Na schodkach stało wiadro mleka i kosz ziemniaków; ogromny bukiet polnych kwiatów leżał obok.
Otto otworzył drzwi kluczem i wpuścił mnie przodem do spowitej w półmroku izby.
Spędziliśmy w domku tylko czternaście dni — urlop Ottona. Bóg wie, że minęły dość szybko. Ale gdy wracam myślami do tamtego czasu, rozpływa się on w tysiąc szczęśliwych wspomnień.
Pamiętam, jak jednej nocy obudziłam się bladym świtem. Najpierw długo siedziałam na łóżku, patrząc na Ottona, i strach mnie zdjął niemal przez to moje szczęście — nie mogłam się zmusić, by znów się położyć i zasnąć.
Wreszcie wstałam i tylko w chuście, narzuconej na koszulę nocną, siedziałam w progu, patrząc na łagodny, mglisty poranek.
Długo już tkwiłam tak w miejscu, kiedy Otto nagle zawołał:
— Ależ moja droga... po co tak tam siedzisz? Już wstałaś?
Wiedziona nagłym impulsem, jakby ze wstydu — czy lęku, że mogłabym zdradzić coś, czego on może nie potrafiłby zrozumieć — powiedziałam, że wstałam, aby zaparzyć mu kawy do łóżka.
— Och, niech Bóg ma mnie w opiece. Naszła cię bajeczna energia... i jakaż z ciebie żona! Obudź mnie, jak się zaparzy — powiedział Otto i znów się położył.
Któregoś wieczoru zgubiliśmy się. Było ciemno, jak potrafi być w letnią noc, kiedy dotarliśmy nad brzeg wielkiego, nieznanego nam mokradła.
— Chyba najlepiej będzie się tutaj położyć — rzekł Otto. — Czy strasznie boisz się spać w nocy na dworze?
Pomysł uznałam za wyborny. Jeszcze nigdy nie spędziłam na dworze całej nocy.
Znaleźliśmy sobie wąskie posłanie wśród krzaków jagód; Otto omotał nam stopy swoim swetrem i moją kurtką, ja zaś leżałam z głową na jego ramieniu, patrząc na niebo — jasnoniebieskie, choć było dość ciemno, i na wzgórze naprzeciwko, które rysowało się czarne i ostre na żółtawym horyzoncie; delikatna, bladożółta łuna, przemieszczająca się skrajem nieba na wschód, odbijała się w oczkach wodnych na mokradle.
Niekiedy przysypialiśmy albo leżeliśmy, gawędząc. Nagle Otto powiedział:
— Wiesz co... kiedy urodzi się nam synek, będzie miał na imię Einar. Miałem brata, który nosił to imię.
Wspominał już raz o tym bracie — kiedy byliśmy w Auli w Wielkanoc. Widziałam ich rodzinny grób koło kościoła; Otto powiedział, że Einar zginął od przypadkowego strzału.
A teraz leżał i opowiadał o bracie — o ich dzieciństwie, o zimowym popołudniu, kiedy byli na nartach w górach i cały ładunek strzelby trafił Einara w udo. Jak męczyli się, obwiązywali ranę, ale nie mogli powstrzymać krwi — noga prawie mu się odmroziła, kiedy ciągnęli go w dół na nartach.
— Wtedy Andreas, nasz kolega, zaczął płakać. Nie dało się go powstrzymać. Nie wiedzieliśmy też za bardzo, gdzie jesteśmy, znaliśmy jedynie kierunek. Chyba rozumiesz, czasu było niewiele. Pamiętam, że świeciło tamtej nocy mnóstwo gwiazd, lśnił księżyc, a na zlodowaciałym śniegu położył się świeży puch. Jak ja się wtedy modliłem do Boga; czułem się taki mały. Ale wiesz, w takie chwile jak dziś w nocy czuję się tak samo mały. Myślę o tym, co powiedziałaś, jeśli istnieje Bóg, leżymy tu przed nim jak dwie myszki w swej dziurze.
Mocno się do niego przytuliłam — w cichym, pełnym zachwytu zdumieniu, że powiedział dokładnie to, co sama właśnie pomyślałam.
Spędzaliśmy w domku każdą niedzielę, aż do późnej jesieni.
Było to, zanim posiadanie domku letniego stało się bardzo powszechne. Nasz był jedynie starą chałupą parobka. Wtedy, nim żeśmy ją rozbudowali, była tam tylko kuchnia z kominkiem i łóżko z baldachimem, żadnych innych mebli prócz tych, które zostały po parobku; do tego dwa-trzy krzesła polowe, które Otto przetransportował na górę, i wiele dzbanów na kwiaty. Otto uwielbia kwiaty i ma szczególny dryg do ich układania — wystarczy, że wetknie parę do kubka, a już wyglądają pięknie.
W ciągu lata stale wprowadzaliśmy ulepszenia, jak haftowane obrusy, poduszki i leżanka pod oknem.
W izbie stał piec, na którym gotowaliśmy. Otto był kucharzem; ja, jak twierdził, nic nie umiałam, więc to on urzędował tam w samej koszuli.
— No tak, Marto, bezużyteczna z ciebie istota!
Co wieczór chodziliśmy do Lillerud29 po mleko. Otto przyjaźnił się ze wszystkimi mieszkającymi tam ludźmi, a i mnie prędko przyjęto do rodziny. W długie, chłodne wieczory leżałam na łące, rozmawiając z Ragną i dziećmi, a ze wzgórza słyszeliśmy dzwonki koni, które chodziły luzem po lesie. Słuchałam też głosu Ottona, kiedy siedział na schodach i rozmawiał z matką — matką Ragny — i z Ragny mężem.
Życie w lesie uczyniło nasz związek szczęśliwym i harmonijnym. Czuła i radosna poufałość zjawiała się sama z siebie, kiedy przez całe dni włóczyliśmy się po lesie, zbierając owoce — nad zatrzęsieniem malin wśród bujnych paproci, gdzie bałam się żmii i gdzie borówki czerwieniły się na szarych, starych pniakach, albo na cienistych zboczach pełnych jagód, gdzie złote słońce omiatało miękki jak aksamit mech, na mokradłach, po których Otto biegał, zbierając pojedyncze, mizerne moroszki, które tak bardzo pragnęłam mieć wszystkie. Wtedy powiedział mi, jak wielkie ilości moroszek rosły u niego w domu — przez co zaczęliśmy opowiadać sobie nawzajem rozmaite rzeczy z dzieciństwa oraz młodości, a w końcu wszystko. Otto znał niemal każdą drogę i ścieżkę w całym Nittedal i całej Nordmarce, głos każdego ptaka i życie każdego zwierzęcia, zwiastuny wiosny, gwiazdy i tym podobne — poruszał się wszak po tych lasach i łąkach, odkąd był pacholęciem. A ja tutaj stałam się dziewczynką Ottona, której pilnował.
Domek, w którym mieliśmy nasz pierwszy dom, został zburzony. Czuję, że wręcz mnie to cieszy — boleśnie byłoby teraz go mijać i widzieć, że mieszkają w nim inni. Ale tamtego wieczoru kilka lat temu, kiedy Otto i ja, mijając go, ujrzeliśmy, że zaczęto go niszczyć, zatrzymaliśmy się i popatrzyliśmy na siebie — zaczęłam płakać, Otto był pewnie co najmniej tak samo smutny. Dom był pusty, płot wyrwany, wiele drzew leżało powalonych na krzaki czerwonej porzeczki, które zasadził Otto. Weszliśmy do ogrodu; drzwi na werandę stały otwarte, dlatego weszliśmy do środka i wędrowaliśmy po pustych, pozbawionych okien izbach. Nie widzieliśmy wiele, wracając do domu też nie; oboje byliśmy przybici, jakbyśmy utracili drogą ostoję naszych myśli. Byłam wtedy bardzo niezadowolona z życia i uznałam to za pewien symbol, że oto zamierzano wyburzyć i zniszczyć miejsce, w którym czułam się taka szczęśliwa.
Kiedy wróciliśmy do domu, Otto poszedł do ogrodu, po którym chodził, zajmując się różami, dopiero co okrytymi na zimę — było to późną jesienią. Gdy wyszłam na werandę, żeby zawołać go na kolację, powiedział ze smutkiem:
— Powinniśmy byli zabrać wszystkie nasze róże, kiedyśmy się przeprowadzali. Tak mi ich szkoda. I moje porzeczki, ledwie zaczęły się rozrastać.
Nasz pierwszy dom nie był niczym wspaniałym, ale, Boże, jakiż był przyjemny. Mieściło się w nim kiedyś mieszkanie woźnicy czy podobnego pracownika wiejskiej posiadłości, później doklejono do niego drewnianą werandę. Ślepą uliczkę, na której końcu stał, Otto nazywał „ślepą kiszką”. Klony z ogrodów niemal zlewały się nad nią ze sobą; wiosną i jesienią pokrywały ją nieopisane ilości błota. Dzieci stale wyglądały jak świnki, kiedy wchodziły do środka, ale nie miałam serca ich za to ganić — często sama pragnęłam być dzieckiem, robić babki z gęstego, czarnego błota i urządzać sklepik na desce między dwiema cegłami.
Jakież dziwne rzeczy Otto znosił do domu, żeby go nimi ozdabiać! Często za ohydne uważałam te jego donice i wazony, ale wzruszała mnie też pomysłowość, jaką wykazywał się, aby mnie ucieszyć i udekorować dom, z którego był taki dumny. Zawsze wcześnie wstawał, a kiedy się ubierałam, wybiegał i wpadał z powrotem do środka, żeby powiedzieć mi, które róże rozkwitły przez noc, albo wyrywał rzodkiewki na śniadanie.
Pod wieloma względami był bardzo dziecinny. Podczas naszego narzeczeństwa starał się to ukrywać — strasznie bał się wtedy okazać mi swoją naiwność czy prowincjonalność. Po ślubie w ogóle się już tego nie wstydził; ja też nie mogłam już przecież ukrywać, jak bardzo jestem w nim zakochana — często kokietował mnie swoją chłopięcością. Miał między innymi w zwyczaju mówić rzeczy nieco nieprzyzwoite, ale zawsze w niewinny, dziecięcy sposób, na przykład nigdy nie nudziło mu się wspominać, że to niestosowne, iż nasza służąca nosi imię Olerina — wzbudzające nieczyste skojarzenia z choleryną30.
Wybornie bawiły go moje historie ze szkoły. Którejś niedzieli podejmowaliśmy całą moją klasę czekoladą; Otto był znakomitym gospodarzem dla dziewiętnastu dziewczynek, z którymi żartował, aż cała dwudziestka umierała ze śmiechu. Od tamtej pory cała klasa była na zabój zakochana w „tatusiu naszej pani”. Był to drugi rok naszego małżeństwa, kiedy Einar miał parę miesięcy.
Boże, jakże ja puchłam z dumy przez to dziecko. Ale Otto był dużo gorszy. I jak rozpieszczał mnie przez cały czas do rozwiązania. Biedaczek, gdy ja leżałam, on kupił wiszącą lampę; miała to być niespodzianka, aż wstanę o własnych siłach, ale wygadał się na długo przedtem i zaniósł mnie, owiniętą w wełniany koc, żebym ją mogła zobaczyć.
Dźwięk kosiarki do trawy przywodzi mi na myśl lato, kiedy Einar był mały. Siedziałam na werandzie z książką albo robótką i się leniłam. Patrzyłam na Ottona, jak męczył się z potem na twarzy i w samej koszuli, co najmniej raz na dwa dni kosząc trawnik starą kosiarką, którą kupił na aukcji. Miał cały arsenał sprzętów ogrodowych pod schodkami na werandę; starczyłoby ich, żeby utrzymać w porządku Park Zamkowy. Brzęczenie kosiarki kojarzyło się z letnim spokojem, a ja siedziałam i przysypiałam, aż podchodził do mnie Otto i żądał, żebym wytarła mu czoło, podała lemoniady albo zeszła obejrzeć jego osiem kalafiorów i ogórków. Einar zaś leżał w słońcu i spał pod swoją zasłonką — rumiany, cieplutki i cudny, z tymi słodziutkimi rączkami, które tak mocno chwytały się mojej piersi, gdy go karmiłam.
W zasadzie zaczęło się od swego rodzaju zmęczenia — byłam przesycona szczęściem. Czytałam gdzieś, że szczęście zawsze jest takie samo. I tak było w istocie.
Urodził się Halfred, ja wróciłam do szkoły, a chłopczyk stał się częścią naszego gospodarstwa domowego, z całym aparatem należących do niego prac, zwyczajów i względów, łącznie tworzących dom. Ze strony Ottona pojawiły się dokładnie te same formy kontaktu i te same uczucia — powtórzyło się wszystko, co miało miejsce po narodzinach Einara. Co wtedy mnie cieszyło, teraz wydawało się odrobinę komiczne, nieco smutne, a trochę mnie obrażało. „Boże drogi”, myślałam. Potem Otto chciał, żebym rzuciła szkołę — przedsiębiorstwo, które założył, znakomicie prosperowało; było to w dobrych czasach. Mieliśmy też spory krąg towarzyski, składający się głównie z przyjaciół Ottona od interesów. Z pewnym smutkiem myślałam, że zmieni się w prawdziwego kołtuna — miał na to zadatki — ja zaś oddalę się od mojego kręgu i własnych zainteresowań, które, jak zawsze twierdziłam, dało się pielęgnować również przy mężu i dzieciach. Historia będzie się powtarzać, aż, zmęczona i brzydka po wszystkich porodach, zostanę zredukowana do punktu w długim katalogu błogosławieństw Ottona Ouliego.
Wszystko to nie jawiło mi się nazbyt wyraźnie, ale stanowiło przyczynę mojego melancholijnego nastroju. Czułam wszak, że w takim związku, jaki mieliśmy Otto i ja, istniało ryzyko, iż się od siebie odsuniemy. Trzymałam się więc kurczowo mojej pracy i dzieci, jakbym chciała zachować je sobie w rezerwie na wypadek rozczarowania tym, co wciąż stanowiło najważniejszą część mego życia.
Otto myślał, że jestem chora; natychmiast posłał po naszego lekarza domowego, kazał mi pić wino i zażywać żelazo. Chciał, żebym pojechała do Helene albo do domku letniego, a zwłaszcza, żebym od wakacji przestała pracować w szkole. Nic mi się nie chciało; w zasadzie czymś nowym, ciekawym i przyjemnym było takie siedzenie w smutku, zmęczeniu i zamyśleniu — zwłaszcza kiedy Otto przychodził, siadał przy mnie i pieścił mnie zmartwiony:
— Ależ, moja słodka Martusiu, co ci jest? Droga moja, tylko nam się nie rozchoruj, najmilsza!
— Nic mi nie jest, Otto — powiedziałam, przyjmując jego pocałunek. Może miałam nadzieję, że w ten sposób też go do siebie przywiążę.
A potem, gdy Otto jak co roku wybierał się do Londynu, chciał zabrać mnie z sobą. Ja wolałam nie jechać — po pierwsze naprawdę nie wyobrażałam sobie, żebym mogła zostawić dzieci. A po drugie... Jako młoda dziewczyna tak strasznie pragnęłam gdzieś wyjechać, ale po to, by mieszkać w miastach, poznawać tamtejszych ludzi, chłonąć nastrój miejsca, czuć jego specyfikę. A to byłoby coś zupełnie innego.
Ale oczywiście pojechałam. I znakomicie się bawiłam. A chociaż z początku budziłam się w nocy o porze, kiedy zwykle wstawałam sprawdzić, co u dzieci, czy zrzuciły z siebie kołderki, i dopadała mnie melancholia, gdy orientowałam się, że jestem w pokoju hotelowym i myślę o moich szkrabach daleko w Kristianii31, tęskniłam za nimi dużo mniej, niż się spodziewałam — aż było mi niemal wstyd. Otto wymyślił, żeby od razu pojechać też do Paryża, gdzie spędziliśmy osiem cudnych dni. Ciągał mnie sumiennie po mieście, żeby zobaczyć wszystko, co należało: muzea, teatry i kilka lokali rozrywkowych, które Otto z wielką przychylnością uznał za tajemnice Paryża. Ja zaś dostałam kapelusz i strój spacerowy oraz dwa zestawy jedwabnej bielizny, a także delikatny gorset i jedwabną spódnicę. W tej toalecie zatańczyłam przed Ottonem kankana jednego ranka, kiedy wróciliśmy do siebie o czwartej nad ranem i piliśmy w pokoju szampana, prześcigając się w planach, by opowiadać o naszych ekscesach.
Potem wróciłam do domu, w dobrym nastroju zajęłam się szkołą i dwa spokojne lata później byłam całkiem zadowolona z życia.
W rzeczywistości winne były chyba najmniejsze drobiazgi.
Potrzebowaliśmy większego mieszkania. Było nam już tak ciasno, że ledwie mogliśmy się ruszać, a spodziewałam się właśnie trzeciego dziecka, więc musieliśmy się przeprowadzić. Gdybyśmy mogli korzystać z piętra wyżej, dalibyśmy sobie radę i może wszystko ułożyłoby się inaczej. Ale stolarz z rodziną nie chciał się wynieść.
Już z góry byłam niezadowolona z nowego mieszkania. Nie podobało mi się żadne lokum, któreśmy oglądali, do tego źle się czułam, co mnie złościło, było to też jesienią, w straszliwą pogodę... Otto miał zapisanych co najmniej siedem innych mieszkań — dlatego dałam się przekonać jemu i gospodarzowi. Ale zawczasu zdecydowałam, że nie będzie mi się podobać w naszym nowym lokum.
Ulica była moim zdaniem ohydna — prawdziwa snobistyczna dzielnica małych willi i pustych ogrodów z altaną w rogu, po której dało się poznać, że nigdy nie usiądzie w niej człowiek; granitowe słupy u bram z nudnymi nazwiskami, kremowe firanki i majolikowe donice w oknach, a w salonach przelotem widać było stojące lampy, kolumny, palmy i wszelkie brzydactwo.
Otto uważał, że to śliczna dzielnica. A gdy zawisłam u jego ramienia i udałam wielkie cierpienie, powiedział tylko:
— Jak możesz nie czuć się źle, Marto, skoro nie chcesz słuchać zaleceń doktora.
Musieliśmy też mieć więcej wyposażenia — mieszkanie było dwa razy większe od poprzedniego. Otto wstawił meble ze skóry do swojej palarni, chodziliśmy też i oglądaliśmy meble do salonu, ale nie mogliśmy nic wybrać. Któregoś wieczoru w oknie wystawowym magazynu zobaczyliśmy duży zestaw z drewna jakarandy32. Otto uważał, że jest śliczny. „Rosyjski styl”, powiedział. Bóg raczy wiedzieć, skąd mu się to wzięło. Stwierdziłam, że kolor jest ładny — meble były powleczone turkusowym aksamitem prasowanym. Otto przez tydzień zachowywał się tajemniczo, aż któregoś wieczoru wpuścił mnie do nowego mieszkania. „Rosyjskie” meble stały tam w całej okazałości.
Urodziła się Ingrid. Spełniło się kolejne serdeczne życzenie Ottona. Był nią tak zachwycony i tak zajęty, że niemal mnie to złościło. Za pożałowania godny widok uważałam, kiedy potężny, wysoki mężczyzna chodził z nią wszędzie na ramieniu i stale używał spieszczeń. Wpadał do pokoju dziecięcego zaraz po powrocie z biura — zanim przychodził do mnie.
— Mamciu, idziemy! Cólećka tatusia? No tak, to jeśt właśnie cólećka tatusia! Kochaś mamcię? Nie, mamcia nie kocha nas, Ingli. Chodź, wymyjemy bzidką mamcię...
I podstawiał mi całe dziecko pod nos, nie przejmując się, co właśnie robię.
— Uch, a co ty tu teraz czytasz? — potrafił powiedzieć. — Że też ci się chce!
— Ech, dosyć mam tej durnej dzidzi, bo śmierdzi — powiedział Einar, kiedy Otto wyjątkowo mocno wygłupiał się z małą. Otto się zezłościł, ale ja tylko zaśmiałam się z Einara i wzięłam go na kolana.
Kiedy Ingrid miała przyjść na świat, na dobre zarzuciłam szkołę. Przedsiębiorstwo Ottona prosperowało wyśmienicie, a przez pierwsze lata nie wydaliśmy zbyt wiele. Teraz Otto chciał, żebym miała spokój i tyle pomocy w domu, ile sobie zażyczę, i tak dalej. Zaczęłam wtedy znów dużo czytać, wysłuchałam paru interesujących wykładów, chodziłam na spotkania kilku klubów i stowarzyszeń.
Ottonowi niezbyt się to podobało. Nie powiedział mi nic wprost, ale kiedy odwiedzały mnie koleżanki ze stowarzyszeń, często bywał nieprzyjemny i próbował sprawić wrażenie, że jest prawdziwym domowym tyranem.
Któregoś dnia był z nami podczas pogawędki przy herbacie. W chwili przerwy odzywa się tak:
— Dzieci, o czymś dziś zapomniałem. Ciekawe, co to może być?
A wtedy obaj chłopcy wrzasnęli zachwyceni:
— Zapomniałeś sprawić matce lanie!
— To prawda... Och, przypomnij mi o tym wieczorem, Einarze!
Strasznie to wszystkich trzech ubawiło. Następnie Otto chwycił chłopców za uszy i pociągnął za sobą:
— No, a teraz my, chłopaki, idziemy do mnie.
I szaleli w palarni jak dzikie zwierzęta.
Kiedyś w południe Otto przyszedł do domu ze szczeniaczkiem, którego kupił. Był to terier; nazwaliśmy go Psikus i byliśmy nim ogromnie zachwyceni.
— Wolałbym mieć Psikusa niż Małą — powiedział Halfred.
Biedny mały Psikus. Mieliśmy go tylko pół roku, nim został przejechany. Otto musiał sam go dobić; płakał i dzieci płakały, i płakałam ja.
Aż któregoś dnia, kiedy się ubierałam, Otto zwrócił się do mnie gwałtownie:
— Nie rozumiem, po co ty tak wszędzie chodzisz... Dziwna jesteś, Marto. Jak możesz? Tym razem to tylko biedne zwierzątko... Następne może być jedno z twoich dzieci!
— Wiesz co? Naprawdę poniosły cię nerwy! Ale skoro masz coś przeciwko moim zainteresowaniom, sprawie kobiecej i tak dalej, wolałabym, żebyś powiedział to wprost!
— Wiesz dobrze, że absolutnie nic przeciwko temu nie mam. To dobre i zasadne kwestie, ale mogłabyś na jakiś czas zostawić je innym, dopóki masz trójkę tak małych dzieci.
— Dobry Boże, Otto, jeszcze długo mogę mieć małe dzieci!
— Czy zbrzydły ci te dzieci, Marto?
— Nie chce mi się nawet na to odpowiadać... Zresztą ty robisz, co w twojej mocy, żeby mi je obrzydzić.
— Słuchaj no, Marto. My, mężczyźni, musimy doglądać pracy i interesów. Nie mamy czasu na nic innego. A kiedy wy wychodzicie za mąż, z reguły wiecie, na czym będzie polegać wasza praca. Nie sądzę zresztą, żeby było to strasznie nudne zajęcie: zajmować się własnymi dziećmi i dbać o własny dom. Więc nie jest mi was żal. I jeśli na jakiś czas musisz z tego powodu odstawić na bok zainteresowania, nie inaczej musimy my, mężczyźni. Boże, czy ty myślisz, że ja mam nie wiem ile czasu na pielęgnowanie własnych zainteresowań?