Marzenie o Oriencie
Część pierwsza
I
Said ben Ali był młodym egipskim nauczycielem, którego wysłano do Anglii, by tam doskonalił znajomość języka tego kraju. W szkole Abbey w Kairze pełnił rolę tłumacza, wysoce potrzebną funkcję, gdyż szkołę tę, do której uczęszczali wyłącznie arabscy chłopcy, prowadzili Anglicy, a cała edukacja odbywała się po angielsku.
Kairscy rówieśnicy Saida ben Alego, znający go tylko pobieżnie, choć od czasów ich wspólnych zabaw szeptem nazywali go „nowym Arabskim Paszą1”, obruszyli się na wieść, że Said, słynący z niechęci wobec obcego reżimu, przystąpił do służby angielskiej. Natomiast bliscy przyjaciele Saida, ci, którzy go kochali, a mówiąc o przyszłości Egiptu, używali jego słów i sformułowań; wiedzieli, że uwielbiany przez nich kolega nie przyjął stanowiska, bo było pierwszym, jakie mu zaproponowano, lecz ze względu na określony plan.
Gdy go o to pytali, uśmiechał się.
— Nic się za tym nie kryje, chcę tylko i muszę poznać u Anglików tajemnicę ich sukcesu — odpowiadał.
Dowiedziawszy się, że rząd egipski postanowił wysłać go do Anglii, dodawał ze wzmożonym przekonaniem:
— Bóg chce, bym udał się do Anglii i sprawdził, na czym polega przewaga Anglików nad nami. Zbadam to u źródła, żeby to zrozumieć, a gdy wrócę, opowiem wam, czego doświadczyłem i podług tego będziemy działać. Jeśli w Anglii nie znajdę tego, czego szukam, Bóg z pewnością pokaże mi inne kraje i inne środki. Powiadam wam, gdyby Bóg chciał, żeby wszystkie ludy świata były Anglikami, to tak by nas od początku stworzył. Czyż w Koranie2 nie jest napisane: „Każdy naród ma wyznaczony kres. Kiedy nadejdzie ten kres, to oni nie zdołają opóźnić go nawet o godzinę ani też nie przyspieszą”3. Uważam, że kres Anglików w Egipcie nadejdzie, kiedy my, Egipcjanie, w błogosławionej chwili nauczymy się rządzić własnym krajem. A od kogo Bóg chce, byśmy się nauczyli, jeśli nie od tych, którzy wciąż chwalą się przed całym światem, że to oni uczynili nasz naród szczęśliwym, a kraj nasz bogatym i kwitnącym jak nigdy dotąd?
Said ben Ali zamilkł, jego uśmiech zniknął, a twarz zrobiła się ponura i znękana — jak zawsze, gdy rozprawiał o Anglikach.
Po wyjeździe Saida ben Alego jego przyjaciele, dumając na tym, czego on szuka i co zamierza znaleźć, niecierpliwie i z radością oczekiwali listów i tego, co w nich obwieści. Lecz nie znajdowali w nich nadziei, ton wiadomości był raczej pełen przygnębienia.
„Nie widzę tego, nie widzę”, lamentował Said ben Ali. „Sądziłem, że wiedza spłynie na mnie niczym promienie słońca, tymczasem jest ciemno jak w najczarniejszej mgle. Myślałem, że schwytam to w dłonie, tymczasem znika niczym dym. Nie widzę, w czym tkwi ich przewaga; widzę to równie słabo, jak cokolwiek podczas burzy piaskowej na pustyni. To, co widziałem w Egipcie — lecz tam musiało to być złudzenie — widzę także teraz, a chodzi o to, że my, Arabowie, jesteśmy tak samo uzdolnieni i inteligentni jak Anglicy, a nasi egipscy robotnicy, nasi biedni fellachowie4, pracujący w Asjucie5 i Asuanie6, są bardziej wytrzymali i cierpliwsi od ich robotników i biedoty. W czym tkwi ich przewaga? A jeśli nas nie przewyższają, to czyż ich kres nie nadszedł, a nastał nasz czas?”.
W innym liście pisał: „Jestem w Londynie od blisko trzech lat. Byłem bardzo pilny i uważny, dużo się nauczyłem, lecz nie dowiedziałem się tego, co zamierzałem poznać w Europie. Czy mam wracać do domu, nie nauczywszy się tego? Czy taka jest wola boska?”.
Saidowi ben Alemu nie przyszło do głowy, że to być może jego wina, że nie dostrzegł zasług Anglików, ponieważ przybył do ich kraju z nieufnością i urazą; nie potrafił ocenić ich obiektywnie, gdyż był wobec nich zbyt uprzedzony i nie czuł się dobrze w ich towarzystwie. Oni z kolei uważali go za wyjątkowo nieśmiałego, skrytego i milczącego. To jedyne, co mieli mu do zarzucenia; poza tym wszyscy, którzy się z nim zetknęli, rozpoznali w nim wielki talent, cenili jego łagodne usposobienie oraz szczególną uprzejmość i takt. Jednak kontakt z angielskimi kolegami miał jedynie w godzinach pracy i podczas posiłków. W czasie wolnym unikał ich towarzystwa, spędzał go z paroma innymi nauczycielami z Kairu, podobnie jak on wysłanymi do Anglii przez egipski rząd. W towarzystwie Anglików wszyscy trzej starali się używać sformułowania „egipski rząd”.
*
Said ben Ali był już gotów wracać do swojej kairskiej szkoły, gdy nagle otrzymał pismo z ministerstwa edukacji, w którym namawiano go, by przełożył podróż na jesień, a lato spędził w Szwecji, studiując tamtejszą gimnastykę i slojd7. Oba przedmioty zamierzano wprowadzić w szkole Abbey w zmodyfikowanej formie, dostosowanej do egipskich warunków i kondycji arabskich chłopców. Gimnastykę Said ben Ali miał studiować w Sztokholmie, slojd w Nääs8.
Said ben Ali długo przyglądał się obcym nazwom. Sztokholm znał, ale Nääs... Nääs, zdało mu się, że całkiem niedawno słyszał o tym miejscu — jakby we śnie — ono także znajduje się w Szwecji, a Szwecja w Europie. Westchnął głęboko, bo bardzo tęsknił do domu. Lecz zaraz w duszy pojawiła mu się pełna nadziei myśl: „Być może to wola boska, bym w kraju, o którym wiem mniej niż nic, odnalazł to, czego na darmo szukałem tutaj. Czyżby te dwie rzeczy, gimnastyka i slojd, o których Anglicy mawiają, że muszą opuścić dom, by się ich nauczyć, Bóg miał na myśli — że to je mam sprowadzić do Egiptu i że to one pomogą nam w pokonaniu Anglików, ponieważ są tym, czego oni jeszcze nie mają i o co zabiegają?”.
Wzmocniony tą myślą czytał dalej; miał się niezwłocznie udać do Nääs, z Londynu popłynąć parowcem do miasta Göteborg9 w Szwecji, stamtąd pociągiem do stacji Floda10 — to raptem godzina drogi, a pół godziny stamtąd leżało Nääs. Said ben Ali nie musiał się martwić obcym językiem, bowiem na kursach letnich połowę słuchaczy stanowili angielscy lub mówiący po angielsku nauczyciele i nauczycielki. Po więcej informacji ministerstwo skierowało Saida ben Alego do jednego z czterech Egipcjan, którzy studiowali w Nääs poprzedniego lata, a dwóch z nich nadal przebywało w Anglii.
Nie bez goryczy pomyślał Said ben Ali o wielu osobach mówiących po angielsku. Jeśli nie mógł rozmawiać po arabsku i nie był zobowiązany do mówienia po angielsku, wolał milczeć. Lecz czymże był ten dyskomfort wobec słów, które dotarły do niego podczas powtórnej lektury listu.
Było tam napisane: „nauczyciele i nauczycielki”. Czyżby on, Said ben Ali, miał studiować wspólnie z kobietami?
Nie dość, że nigdy nie pytał o kobiety — nie interesował się nimi, wręcz nimi gardził. Tak wyglądało to w Egipcie, tu, w Anglii, zdecydowanie unikał każdej okazji zbliżenia się do kobiet, przez trzy lata z żadną nie zamienił więcej niż dwadzieścia słów. Poza tym Said ben Ali był w Kairze zaręczony z czternastoletnią kuzynką, której twarzy nie widział, od kiedy skończyła osiem lat, a po powrocie do domu miał się z nią ożenić. Kobiety były dla niego czymś odstraszającym. Ta sprawa z kobietami wydała mu się wielce nieprzyjemna. Musiał dowiedzieć się, jak to działa, dlatego natychmiast skreślił list do Abdallaha El Kebela z prośbą o informacje na temat Nääs; Abdallah El Kebel był bowiem jednym z nauczycieli, którzy wedle danych egipskiego rządu studiowali w tym miejscu.
Odpowiedź nadeszła kilka dni później. Pod pewnymi względami informacje ucieszyły Saida, pod innymi zaniepokoiły.
„Lato w Nääs”, pisał Abdallah, „nie jest znacząco chłodniejsze od zimy w Kairze, ciepłe dni są wyjątkiem, przeważnie pada deszcz. Życie w Nääs jest bardzo osobliwe. Kursanci obojga płci przebywają w tych samych salach, heblownice11, przy których pracują mężczyźni i kobiety, stoją tuż obok siebie, wykłady są dla wszystkich, posiłki jada się wspólnie. Natomiast kobiety i mężczyźni zamieszkują oddzielne budynki”. Ech, trudno to wszystko opisać, Said ben Ali też miałby z tym problem, gdyby był w Nääs. Dużo pracy, dużo rzemiosła, wiele wykładów, niezliczone dyskusje i śpiewanie psalmów, dużo sportu i zabaw. Mężczyźni i kobiety razem wiosłowali po jeziorze, razem spacerowali po parkach, a wszyscy w Nääs byli niezwykle życzliwi. „Tubylcy nie mają bladego pojęcia o mahometańskich zwyczajach”, pisał Abdallah, a ponieważ Said ben Ali winien unikać wszystkiego, czym zwróci na siebie uwagę lub kogoś urazi, Abdallah radził mu zdjąć fez12 natychmiast po wejściu pod dach, podobnie pracować, słuchać wykładów i jadać bez nakrycia głowy.
W liście wspomniano również, że obecność wielu młodych dziewcząt początkowo wyda mu się dziwna, Abdallah jednak zapewniał, że szybko można się do nich przyzwyczaić. Niektóre są piękne, wszystkie — życzliwe. Said ben Ali powinien jedynie unikać dyskusji na temat religii, a poza tym być ostrożnym w tym, co mówi i robi, by nie wzbudzić wobec siebie uprzedzenia jako Egipcjanin, w Nääs studiuje bowiem wielu Anglików. Said ben Ali dużo dumał nad tym wszystkim, a w wyniku rozmyślań uznał, że wyjazd do Nääs w Szwecji byłby mniej kłopotliwy i nieprzyjemny, gdyby nie było tam Anglików, a przede wszystkich kobiet. Niestety nic na świecie nie jest dla Egipcjan proste!
Najtrudniejsze dla Saida ben Alego było rozstanie z dwoma egipskimi kolegami, z którymi studiował w Londynie. Dopóki byli blisko, miał w Europie Egipt, lecz samotny wyjazd do obcego kraju, którego języka nie rozumiał, był naprawdę ciężki i kosztował go wiele wysiłku.
Kilka dni później przeżył trudne chwile, gdy Hassan i Jemeel odprowadzali go do doków. Podczas pożegnania przyjaciele byli przybici i zmartwieni, parowiec był bowiem niepokojąco mały; darzyli młodego Saida wielką sympatią i byli w pełni przekonani, że Allah powierzył mu wielkie zadanie. Lecz gdy ujrzeli go na pokładzie — pośród wysokich nordyckich marynarzy wyglądał jak chłopiec — z przerażeniem pomyśleli, jak da sobie radę pomiędzy obcymi. W pośpiechu i z najczulszą troską dawali mu ostatnie rady. Miał wystrzegać się przeziębienia; sprawdzili, czy ma na sobie wystarczająco ciepłe ubranie, położyli obok niego koc i znaleźli mu zawietrzne miejsce na pokładzie. Uściskom i pocałunkom nie było końca, wszyscy trzej mieli łzy w oczach, kiedy zegar pokładowy oznajmił godzinę rozstania.
Podróż nie była tak nieprzyjemna, jak obawiał się Said ben Ali. Niewielki parowiec trzymał się dzielnie, podobnie Said, któremu nawet się nie nudziło, albowiem od dawna nie był całkiem sam, a uwielbiał samotność.
Podczas przeprawy czytał Koran, snuł marzenia o Egipcie i jego przyszłości. Z nadzieją rozmyślał o tych błogich czasach, kiedy synowie Egiptu wezmą Anglików za słowo i zażądają spełnienia ciągłych zapewnień o tym, że gdy Egipcjanie dojrzeją do samodzielnego zarządzania, Anglicy opuszczą kraj, bo ich zamiarem było jedynie wzięcie go pod opiekę, póki Egipcjanie nie nauczą się gospodarowania i póki nie spłacą długu, do którego doprowadziło szalone marnotrawstwo Ismaila Paszy13.
Owszem, nie dało się zaprzeczyć, że Anglicy pokazali Egipcjanom właściwą drogę do uczynienia kraju bogatym i kwitnącym. Teraz muszą sami na nią wejść, pozbywszy się najpierw intruzów. Said karmił swe pełne nadziei marzenia myślą o tym, z jaką łatwością Egipcjanie pojmują i się uczą — pomyślał o chłopcach w szkole, ale rozumiał też, że łatwość nie wystarczy. Potrzeba ciężkiej, powolnej wytrwałości, nie tylko wytrwałości zwierzęcia zaprzęgowego; należy obudzić i ściągnąć do siebie rzesze bezradnych i ciemnych, biedaków z miast, fellachów z wybrzeży Nilu14 — oto glina, z której ukształtuje się wolny naród Egiptu. Said ben Ali wiedział, że to wymaga, by cały młody Egipt, który rozumie, o co toczy się gra, postawił na tę kartę wszystkie swoje siły, całe serce, całą zaradność.
Muszą nauczyć się od Anglików, jak być finansistami, pedagogami, inżynierami, oficerami. Ponieważ Bóg chciał, by się uczyli, Said ben Ali opuścił swój słoneczny, piękny kraj i wyjechał do mglistej, zimnej Anglii; po to, by się uczyć, płynął teraz przez ołowiane, choć niezaciemnione przez noc morze do jeszcze bardziej obcego kraju.
I tak rozmyślał w tę ostatnią letnią noc, a gdy na horyzoncie zapalił się poranny żar, marzył tak długo i tak jasno, że już widział blask oswobodzenia i wielkości nad Kairem, nad deltą i mrowiem ludzi, nad Nilem, błękitnym, błogosławionym Nilem i jego brzegami, usłanymi żółtą pustynią i sfinksami w czarnych skałach aż do granic Sudanu, gdzie ciała ludzi połyskują czernią jak granit — ach, nad całym błogosławionym Egiptem. „Bóg chce, by chrześcijanie opuścili ten sprzedany, oddany w zastaw kraj i by kwitł on wspaniale i pięknie w rękach własnych synów”, tak szeptał do siebie bez przerwy z łagodnym uśmiechem jak u dziecka.
Niespiesznie wyjął dywanik do modlitwy, który miał przywiązany do koca, rozłożył go na ciemnych, szorstkich deskach pokładu, bo właśnie wschodziło słońce, i zwrócony twarzą do niego i Mekki15, rozpoczął modlitwę.
II
Był to spokojny, szwedzki letni wieczór; piękne jezioro, gładkie i błyszczące, odbijało brzegi i niebo. Niebo widoczne w lustrze wody było niebem z lekkimi, puszystymi, białymi obłokami, na brzegach przyjemnie falowała cienka, wysoka trzcina. Ciągnęła się aż po półokrągły hangar na łodzie, który w odbiciu przybrał formę pełnego koła. Pod połową kamiennego mostu, łączącego oba brzegi starej alei, głębia była ciemna, a szpiczasty dach białej szopy rybackiej był jedyną bielą na wodzie poza obłokami — po tej stronie odbicie ciągnęło się aż po wielki, biały, dwuskrzydłowy zamek. Jego powtórzony obraz padał ze wzgórza na gładkie, przejrzyste lustro wody.
Jezioro jest na tyle rozległe, że w taki bezwietrzy, klarowny dzień lata znajdzie się w nim też miejsce na odzwierciedlenie wszystkiego, co po drugiej stronie. Na lewym brzegu nie ma białego zamku, są stare kamienne budynki porośnięte dzikim winem i jasno malowane wille, zatopione w zieleni; znajdują się tam także przystanie, otoczone białymi balustradami — te doskonale sprawdzają się w odbiciu, i wielkie chaty bijące rudością — nie tyle na brzegu, gdzie stoją, ile w tafli jeziora. Łaciate krowy zeszły do cichej wody, która teraz odbija ich łaciate cielska; podłużne ogrodzenia, ciągnące się aż po jezioro — i one muszą się odbić w jego tafli, podobnie jak zielone pagórki i zalesione, podłużne wzgórza. Ten letni wieczór jest tak cichy, a jezioro tak przejrzyste, że to, co odbija i jest odbijane, zlewa się barwą i konturami, tworząc przeuroczy nordycki pejzaż, pełen spokoju: błękitna woda i jasne niebo.
Tego pięknego letniego wieczoru po przejrzystym jeziorze nadpłynęła duża łódź. Za wiosłami młode dziewczęta w szwedzkich strojach ludowych, na rufie nie umieszczono szwedzkiej niebiesko-żółtej flagi, lecz dużą obcą banderę z białym półksiężycem i białą gwiazdą, ciągnącą po wodzie czerwony rąbek. Młody Anglik w sportowym stroju trzymał stery, paru innych leżało na dziobie, gapiąc się w wodę, gdzie odbijał się piękny krajobraz.
Łódź płynęła z Nääs w kierunku stacji kolejowej, skąd mieli odebrać egipskiego nauczyciela, ben Alego, który przybył kilka godzin za późno, by wziąć udział w uroczystym rozpoczęciu kursu slojdu.
W łodzi toczyły się rozmowy o tym, jaki wspaniały był to poranek, gdy ze śpiewem na ustach i pod powiewającymi chorągwiami i sztandarami maszerowali długą aleją aż do zamku, gdzie miały odbyć się uroczystości, i jakiż był to wspaniały widok, gdy dojrzeli flagi rozkołysane na najwyższym balkonie budynku, po jednej dla każdego reprezentanta narodu obecnego w Nääs — podczas tego kursu w sumie osiem. Dziewiąta, egipska, nie została wciągnięta, gdyż Egipcjanin jeszcze nie dotarł, lecz gdy łódź już wróci, dziewięć nacji rozpocznie naukę rękodzieła w wielkim seminarium nauczycielskim. Nääs jest bowiem niezwykle kosmopolitycznym miejscem, niepodobnym do żadnej szkoły na świecie — co do tego wszyscy w łodzi byli zgodni. Ponadto Nääs jest niezwykle urokliwe w taki spokojny letni wieczór.
To szwedzkie dziewczęta, które teraz siedziały za czterema parami wioseł, zaproponowały, by popłynąć po Egipcjanina. Wielka szkoda, że nie doświadczył atmosfery tego pierwszego dnia w Nääs. Wszyscy uznali, że najbardziej nastrojową rzeczą, na jaką mogą się zdobyć, jest popłynięcie po niego łodzią — nie będzie musiał przybywać prozaicznym parowcem pasażerskim. Nie przepłynęli wiele po lustrzanej tafli Sävelången16, nim zgodnie uznali, że trudno wyobrazić sobie coś bardziej nastrojowego dla Egipcjanina niż przybycie do Nääs w ten wspaniały wieczór. Jakże doceni, że przywitają go angielscy koledzy i mówiące po angielsku szwedzkie damy w strojach ludowych. I jakże miło, że mają egipską flagę. W drodze powrotnej powinni jeszcze śpiewać egipski hymn. Czy ktoś go zna?
— Egipcjanie nie mają hymnu — odezwał się jeden z młodych Anglików na dziobie.
Wielka szkoda, w zamian muszą jak najlepiej użyć egipskiej flagi. Dwie Szwedki, siedzące obok sternika, troskliwie poprawiły czerwone płótno z półksiężycem i gwiazdą, tak by fałdy na ciągnęły się po wodzie. Łódź właśnie dopływała do Flody, a pociąg, którym Said ben Ali miał nadjechać, już wydawał sygnał.
*
Pan Brown, Anglik siedzący wcześniej przy sterze, pobiegł na peron, by przyjąć Egipcjanina, którego czerwony fez dostrzegł przez okno wagonu.
Gdy pociąg się zatrzymał, pan Brown podszedł się przywitać.
— Przybyłem po pana z Nääs, moje nazwisko Brown — powiedział.
Said ben Ali podziękował i uścisnął mu dłoń, Anglik poszedł odnaleźć walizy Egipcjanina, podczas gdy on został na peronie. Dziewczęta w łodzi z żywym zainteresowaniem przyglądały się nowemu koledze przybyłemu z daleka, który stał teraz zamyślony, nie zauważając ani łodzi, ani dziewcząt. Podobał im się piękny wschodni wygląd i aksamitne oczy Saida ben Alego. Gdyby tylko miał na sobie egipski, a nie zwykły, europejski strój, a na głowie turban zamiast fezu...
Wrócił pan Brown i pierwszy wszedł po trapie17. Lecz gdy Egipcjanin ujrzał łódź pełną młodych dziewcząt o błękitnych oczach i z jasnymi warkoczami, wzdrygnął się i stanął jak wryty.
— To chyba nie nasza łódź — szepnął zaskoczony.
— Owszem. Te szwedzkie damy same zaproponowały, by po pana przypłynąć. Pozwólcie, że przedstawię: pan Said ben Ali z Egiptu, a to...
Mnóstwo obcych, niezrozumiałych imion zaszumiało w powietrzu wokół uszu Saida ben Alego, a na koniec dwa angielskie, które zaraz rozpoznał i uścisnął dłoń ich właścicielom. Dziewczętom ukłonił się z powagą, stając się nie napotkać ich gorliwie ciekawskich spojrzeń.
Lecz gdy tylko wszedł na pokład i ujrzał egipską flagę, nieśmiały uśmiech zakradł się na jego poważną twarz. Odezwał się miękkim, melodyjnym głosem, zwracając się do pana Browna:
— Dziękuję, to bardzo miłe z pana strony, że pan o tym pomyślał.
— Nie mnie należy dziękować, to był pomysł dyrektora!
Dziewczęta, które nie wiosłowały, zrobiły miejsce dla Saida ben Alego między sobą a rufą. Siedział milczący i poważny, chroniony przez egipski półksiężyc i gwiazdę, podczas gdy Szwedki wiosłowały, a Anglik sterował łodzią przez lustrzaną taflę jeziora.
Atmosfera była krępująca, dziewczęta zaczęły żałować wyprawy. Nie takiego efektu się spodziewały. Nie mogły pojąć tego poważnego młodego mężczyzny, który wyglądał, jakby cierpiał — unikał ich wzroku i nie odezwał się do nich słowem. Za to kilka razy zagadnął do Anglików.
Może nie wiedział, że go rozumieją i mogą z nim rozmawiać? Więc śliczna dziewczyna w stroju z Rättviku18 odezwała się po angielsku:
— Czy podróż z Egiptu minęła panu miło, panie ben Ali?
Gromada błękitnych oczu skierowała się na Saida ben Alego, a ten odparł tak łagodnym tonem, że zabrzmiało to życzliwiej i delikatniej niż same słowa:
— Dziękuję. Już trzy lata temu wyjechałem z Egiptu.
— W Egipcie z pewnością jest pięknie — ciągnął ten sam dziewczęcy głos — ale chyba nie piękniej niż tutaj!
Said ben Ali rozejrzał się dokoła. Zobaczył blade słońce, jak schodzi po jaśniutkim niebie do bladobłękitnego jeziora. Wszystkiemu, co widział, brakowało konturów — było rozmyte, jasne, bezbarwne i bezkształtne. Nie wydało mu się to piękne.
— Jest tu zdecydowanie inaczej niż w Egipcie — powiedział z powagą.
Jego głos brzmiał jak piosenka; dziewczęta uznały, że nawet wpisuje się w ten harmonijny letni wieczór na spokojnym, przejrzystym jeziorze.
Zrozumiały jednak, że szwedzka przyroda nie urzekła Saida ben Alego, co odbiło się w jego pięknym głosie.
On z kolei był w pełni świadomy, że robił wrażenie człowieka niezdarnego, sztywnego i nieprzyjaznego, więc próbował powiedzieć coś przyjemnego i miłego, by Anglicy i kobiety siedzące dokoła niego w łodzi nie ocenili surowo Egipcjanina. Ale nie mógł. Czuł, że język ma zbyt mało giętki, by nim poruszać — jak po długotrwałym pragnieniu, jak po całym dniu w Egipcie podczas postu ramadanu19, jeśli wypada w środku lata.
Wtem inna dziewczyna zaczęła rozmowę; chyba wszystkie mówiły po angielsku. Said ben Ali westchnął zrezygnowany, gdy tamta się odezwała.
— Proszę spojrzeć na prawo, panie ben Ali! Czyż ta ruda chata nie jest pięknie położona? Zaraz za nią stoi w lesie budynek. To Babel20. Nazywamy go tak, bo zawsze mieszkają tam obcokrajowcy najróżniejszych nacji. Teraz jest Grek, Bułgar, dwóch Amerykanów, Węgier, no i pan. Zamieszka pan w Bablu, panie ben Ali!
Said próbował się uśmiechać, ale marzył tylko o tym, by natychmiast wysadzono go przy Bablu.
Lecz mina pana Browna nie wskazywała na to, że zawróci łódź; skierował ją za to w stronę cypla, o którym Said ben Ali cały czas myślał jako o celu przeprawy. Teraz trzecia dziewczyna siedząca obok niego delikatnie dotknęła jego ramienia.
— Proszę spojrzeć na lewo, panie ben Ali. Oto zamek Nääs. Czyż nie wygląda wspaniale na tym wzgórzu? Z tyłu jest park. Pokażemy go panu.
— Dziękuję — mruknął Said ben Ali, zrozpaczony, gdyż nie wiedział, co ma powiedzieć dziewczętom, które starały się być dla niego takie miłe.
Myślał sobie, że siedzi jak ten idiota, płonąc z pragnienia, by więcej dowiedzieć się o Nääs, choć nie miał pojęcia, jak rozmawiać z zachodnimi kobietami.
Zebrał się w sobie i zwrócił do pana Browna:
— Kto mieszka w zamku?
— Teraz nikt. Ostatni właściciel nie żyje. Przepisał zamek i wszystkie włości państwu szwedzkiemu na cele edukacyjne. Nie wiedział pan? Niewiele pan wie o Nääs, panie ben Ali.
— Nie wiem nic. Wiecie więcej? Sądziłem, że wszyscy przyjechaliście wczoraj.
— Owszem, lecz wielu z nas było tu już wiele razy. Ja na przykład po raz pierwszy przybyłem do Nääs osiem lat temu. Chętnie o wszystkim pana poinformuję. Co chce pan wiedzieć?
— Wszystko. Nie rozumiem. To, co nazywacie zamkiem, jest szkołą?
— Nie, budynki szkolne znajdują się po tej stronie jeziora, a tam jest Vänhem21, z jadalnią i aulą. Biały zamek z dwoma skrzydłami to jest właściwe Nääs. To stara szwedzka rezydencja, która przez stulecia należała do rodów szlacheckich. Wyobrażam sobie, że żyli tak w przepychu i cieszyli się życiem, jak cieszy się z czegoś pięknego i zabawnego. Zawsze myślę sobie, że te stare rody pozostawiły w tym miejscu woń uroczystości i zabaw, przez co nigdzie indziej nie świętuje się jak w Nääs.
— Szczera prawda, panie Brown — odezwał się jeden z Anglików na dziobie.
— No więc, jakieś trzydzieści, czterdzieści lat temu to miejsce, gdzie bawiono się przez kilka stuleci, zostało kupione przez mężczyznę, który nie należał do szlacheckiego rodu; sam dorobił się majątku. Gdy kupił Nääs, był już starym człowiekiem, a pracował od małego. Kochał pracę jak nikt inny.
Said ben Ali zaciekawił się opowieścią; już nie rozglądał się, jak daleko jeszcze do brzegu.
— A jak powstały szkoły? — zapytał.
— Wyrosły z ziemi, tak sądzę, ponieważ ten właściciel Nääs nie potrafił zadowolić się tym, co już go zajmowało: dbaniem o budynki i park i upiększaniem zamku; a ponieważ nie lubił pracować sam, musiał mieć wokół siebie mnóstwo pracujących ludzi. Założył w majątku szkoły rzemieślnicze, początkowo dla dzieci swoich najemników, potem dla szwedzkich nauczycieli i nauczycielek, a następnie dla ludzi z każdego zakątka świata, którzy zaczęli tu napływać, bo można się było nauczyć czegoś nowego i pożytecznego dla przyszłości. Im więcej osób pracowało wokół starego robotnika, tym był szczęśliwszy. Własne dni wypełniał pracą na rzecz szkoły. Budował i wyposażał wszystkie lokale mieszkalne, sale gimnastyczne, warsztaty i boiska. Trzeba było zobaczyć jego szczęśliwą minę, gdy wyposażył pracownie i patrzył na zapał, z jakim się pracowało. Wydaje mi się, że tak bardzo ukochał pracę, że najbardziej cieszyło go oddanie tej radości tym, którzy mieli uczyć innych, tak by szczęście rozchodziło się jak najdalej i jak najszerzej. Mam wrażenie, że podarował tę miłość do pracy wszystkim, którzy studiują w Nääs; nigdzie indziej nie pracuje się z taką radością i zapałem. Zobaczy pan, że mam rację, panie ben Ali.
— To szczera prawda — odezwał się ten sam rozleniwiony głos na dziobie.
— Za życia otworzył swój piękny dom dla ukochanych nauczycieli i nauczycielek, a przed śmiercią oddał to wszystko szkołom, cały swój majątek — ciągnął pan Brown. — To dlatego Nääs jest jak dom dla każdego, kto tu przebywa, a żaden przyjezdny nie czuje się w Nääs jak obcy, nawet jeśli przybywa z odległych stron. Teraz wie pan więcej o Nääs, panie ben Ali, niż wiedział pan chwilę temu, nieprawda?
— Owszem — powiedział Said ben Ali z powagą — bardzo za to dziękuję.
Jego myśli wciąż krążyły wokół woli boskiej, więc i teraz pomyślał: „To po to Bóg mnie tu przysłał, bym się nauczył kochać radość i pracę, gdyż tego tutaj uczą! Ale czyż nie umiałem tego wcześniej? I czy to pomoże mojemu krajowi?”.
— No więc sporo pan wie o Nääs, panie ben Ali, ale nie wie pan wszystkiego, ponieważ nie zdążyłem opowiedzieć o specyfice samej pracy i jej zarządzaniu. Równie dużo można i o tym mówić, ale to innym razem, bo właśnie jesteśmy na miejscu.
Łódź z wolna podpłynęła do brzegu, gdzie chwyciły ją pomocne ręce. Brzęczały radosne, powitalne okrzyki dziewcząt; Said ben Ali dostrzegł fale jasnych sukienek.
Na pomoście stał mężczyzna równie poważny co Said ben Ali. Podał mu dłoń i rzekł:
— Serdecznie witamy w Nääs, Saidzie ben Ali!
*
Podczas pobytu w Anglii Saidowi ben Alemu nie przyszło do głowy, że wiedzione tam życie jest jak marzenie. Z kolei w Nääs to wrażenie uderzyło go od razu. Najpierw przebudzenie w niewielkim budynku w środku lasu. We śnie, gdy przeniósł się do ojczyzny, dopadło go poczucie rzeczywistości, a kiedy się obudził do śpiewu ptaków, zapachu wilgotnego mchu i świerkowego powietrza wpadającego przez otwarte okno, wydawało mu się, że śni.
Także w pierwszym wykładzie, wygłoszonym przez dyrektora, było coś osobliwie baśniowego. Odbywał się na świeżym powietrzu, był to bowiem dzień uznany przez tutejszych za ciepły. Prelekcja ta dała Saidowi ben Alemu dużo do myślenia, dotyczyła bowiem wielkiego znaczenia slojdu. Poprowadziło go to do jego powszedniego świata marzeń, a w szczególności marzenia o wyzwoleniu Egiptu. Czy slojd ma podnieść wartość jego narodu, wyzwolić go? Czy ma na tyle wielkie znaczenie, że jest w stanie do tego doprowadzić? Oczy Saida ben Alego świeciły, kiedy słuchał dyrektora. I marzył, marzył bez ustanku.
I jeszcze sale warsztatowe! Hałas najróżniejszych maszyn był ogłuszający. Said ben Ali rozpoznał ciężkie, głuche uderzenia siekiery, warczenie piły, brzęk szlifierki, lecz jakże niecodzienny był widok mężczyzn i kobiet wspólnie pochylających się nad stołami stolarskimi. Okna po tej stronie warsztatu, wychodzące na jezioro i zamek, były uchylone; ukośne promienie słońca wpadały do dużego pomieszczenia i barwiły na złoto wióry na podłodze i kurz, unoszący się niczym chmura nad głowami pracujących. Said widział ich wszystkich jak we śnie. Zastanawiał się, co myślą i po co oni tu przyjechali. Nagle w sali rozbrzmiała pieśń — to Anglicy śpiewali. Gdy skończyli, zaczęły Szwedki.
„Pan Brown ma rację, w pracy w Nääs jest mnóstwo radości”, pomyślał Said.
Jemu praca przychodziła z łatwością. Miał naturalny dryg człowieka ze Wschodu, a podczas pracy mógł marzyć.
A wieczorem plac zabaw. Tętniło tam życiem i radością, wybuchały wesołe śmiechy i okrzyki; szwedzkie dziewczęta nosiły barwne stroje ludowe, a Angielki i Amerykanki — jasne, krótkie sukienki letnie, czerwone kapelusze powiewały nad wielką murawą. Z wigorem i zdumiewającą powagą mężczyźni trenowali grę w piłkę nożną i tenisa albo grali na tamburynach22 wspólnie z radosnymi paniami. A ci, którzy zmęczyli się sportem i zabawą, wiosłowali po jeziorze albo rozkładali się na trawie i gapili w jasne niebo.
Mężczyźni i kobiety bez skrępowania garnęli się do siebie, spacerowali, siedzieli jedno obok drugiego i rozmawiali na oczach wszystkich — a nikogo to nie zdumiewało, bo dla nich było to tak, jak być powinno. Nic dziwnego, że Said ben Ali miał powody, by sądzić, że śni.
Także wspólne posiłki stanowiły dla niego coś osobliwie nierzeczywistego, ponieważ wszystko było mu tak obce (również to, że jedząc, musiał zdjąć fez) oraz dlatego, że wszyscy wokół niego — dźwięczne głosy mężczyzn i kobiet — mówili w obcym języku. Już pierwszego dnia Said ben Ali opuścił miejsce przy stole Anglików i usiadł ze Szwedami. Lepiej się tam czuł, każda inna nacja poza angielską stanowiła dla niego lepsze towarzystwo. Kobiet unikał jak ognia.
Jednak wszyscy, mężczyźni i kobiety, Anglicy, autochtoni i obcy od pierwszej chwili byli mu bardzo życzliwi. Każdy i każda, którą napotkał, kiedy rano przychodził do Vänhemu, przyjaźnie pozdrawiali go skinieniem głowy, zwłaszcza wtedy, gdy w żaden inny sposób nie umieli się z nim porozumieć. Sam niewiele mówił przez pierwsze dni; nieliczne słowa, które wypowiedział, nie były już automatyczne, jak podczas powitania, ale wyrażane z lekkim uśmiechem pozostawiającym wrażenie, że to, co powiedział, jest dobre, życzliwe i serdeczne. Mimo to wciąż odbierał wszystko jako nierzeczywiste; na darmo wmawiał sobie, że nie śpi i że jest w tym miejscu, by osiągnąć wyznaczony sobie cel.
I tak pierwszy tydzień w Nääs dobiegł końca.
III
W pierwszy niedzielny poranek pogoda była wyśmienita. Wokół Babla rozbrzmiewały ptasie trele i roztaczał się zapach lasu, a nad jeziorem Sävelången unosiła się lekka mgiełka. Said ben Ali wstał jak zwykle wcześnie. Chciał pobyć w jakimś samotnym miejscu; by tam trafić, nie musiał długo iść. Z domu, w którym mieszkał, do lasu było ledwie kilka kroków.
Także ta wędrówka przez las była dla niego jak droga we śnie. Said ben Ali nigdy wcześniej nie widział lasu. W Anglii bywał w parkach, ale nie w lesie. Sam nie wiedział, co bardziej go tu zadziwia. Czy marsz po śliskiej, brunatnej, błyszczącej od igieł ścieżce i po miękkich zielonych kępkach, które łamały się pod każdym krokiem? Czy może widok chłodnego słońca — zawsze myślał o tym słońcu jako o chłodnym — gdy pada na świerki i jasne pnie brzóz? Czy może to rześkie poranne powietrze albo mnogość kolorowych kwiatków, albo donośne ptasie świergoty?
Gdy Said ben Ali uszedł kawałek, padł pod wielkim drzewem, stojącym z dala od ścieżki. Zamierzał tu leżeć całe przedpołudnie. Nie chciał uczestniczyć w mszy Anglików. Na ogół nie przeszkadzało mu to, ale wiedział, że dziś ich psalmy i modlitwy będą dlań męczarnią. Tego dnia odczuwał wobec nich jakąś szczególną gorycz, choć nie dotknęło go nic osobistego. Chodziło o to, że poprzedniego wieczoru w Vänhemie przeczytał w angielskiej gazecie artykuł o Egipcie, w którym grzmiały angielskie bębny i trąby niesprawiedliwości i pewności zwycięstwa, zagłuszając tony autochtonów — uprzejme i życzliwe. Napisano o tym, co Anglia zrobiła dla Egiptu i jak szczęśliwi są Egipcjanie z powodu doskonałej administracji, jaką kraj otrzymał pod angielskim protektoratem23.
Serce Saida ben Alego załomotało na myśl, że Anglicy muszą z góry patrzeć na takiego Egipcjanina jak on, skoro wierzą, że jest szczęśliwy i zadowolony z powodu obecności angielskiego wojska, które zajęło jego kraj, z pobytu angielskich oficerów, stojących na szczycie egipskiej armii, i angielskich inżynierów, którzy uregulowali Nil, oraz z władzy Anglików, administrujących państwowe przychody i międzynarodowe sądownictwo! Czy istnieje choćby jeden Anglik, który przez sekundę byłby zadowolony z takiego stanu rzeczy w Anglii? I jak śmią twierdzić, że Egipcjanie temu przyklaskują?!
Said ben Ali tak intensywnie rozmyślał, że nie zauważył, gdy na ścieżce pojawiła się ubrana na biało postać.
Była to młoda dziewczyna, bardzo niska, o drobnej figurze. Dziewczynka, której można by dać dwanaście lat, gdyby nie wyraz jej twarzy — trzeźwy i uderzający mądrością. Kto choć raz widział tę młodą dziewczynę, musiał zapamiętać głębokie spojrzenie jej oczu, które w zależności od tego, jak padało światło, zmieniały barwę; nieokiełznane, ciemne włosy, zwijające się na karku w drobne loczki, gęsto opadały na czoło, niczym w klatce ukrywając promienistą, opaloną twarz. Ale przede wszystkim zapamiętywano piękne, żywe rysy, zawadiackie skinienia głowy i szybkie ruchy gibkiego ciała.
Gdy zbliżyła się do miejsca, gdzie siedział Said ben Ali, dostrzegła go i radośnie zawołała.
Spojrzał na nią i szybko wstał, gotów do ucieczki.
Lecz ona natychmiast do niego zagadała, szybko i odważnie, płynną angielszczyzną.
— Nie, proszę nie odchodzić, panie ben Ali — powiedziała. — Chciałabym, by opowiedział mi pan o Egipcie. Pojadę tam zimą z bratem i szwagierką. Mój brat jest rosłym, silnym mężczyzną, ale jego głos nagle zrobił się chrapliwy, oto powód naszej podróży do Egiptu. I gdy rodzina dowiedziała się, że w Nääs przebywa Egipcjanin, poprosili mnie w liście, bym zdobyła jak najwięcej informacji o pańskiej ojczyźnie. Jestem jedną ze szwedzkich kursantek, panie ben Ali, nazywam się Stina Brenner.
Said ben Ali, wciąż gotowy do ucieczki, ukłonił się szwedzkiej dziewczynie i wystudiowanym angielskim tonem, którego używał w sytuacjach wymagających od niego europejskiej postawy, powiedział:
— Jestem bardzo rad.
Choć wcale tak nie wyglądał.
— Dobrze, usiądę zatem obok — rzekła Stina Brenner, nie dostrzegając zakłopotania arabskiego kawalera.
Nastała cisza. Nagle dziewczyna wykrzyknęła pospiesznie, tak, jakby miało to przedstawić ją w lepszym świetle w oczach Saida ben Alego:
— Nie popłynęłam przywitać pana we Flodzie, panie ben Ali!
— Dziękuję — odparł Said ben Ali bez namysłu i znów zrobił minę wskazującą na chęć oddalenia się.
Na twarzy Stiny Brenner przysiadł szelmowski uśmieszek. Ani przez chwilę nie uwierzyła w to, że Said ben Ali odejdzie, skoro ona chce, by został.
— Proszę być tak dobrym i wreszcie usiąść — powiedziała w końcu.
Więc Said ben Ali usiadł.
Znów nastała cisza; przerwał ją ptak, ćwierkający na drzewie nad nimi.
Wtedy Szwedka zaczęła mówić, głaszcząc przy tym porośnięty mchem kamień, na którym siedziała.
— Te ptasie śpiewy, zapach lasu, słońce i jezioro. To prawdziwy, szwedzki, letni poranek, panie ben Ali! Proszę wdychać powietrze, głęboko; wdycha pan zdrowie. To dobrze robi, prawda? Nieładnie pan czasem kaszle.
— Nie tu, w Nääs. W Anglii było gorzej.
— Ach, kochany angielski klimat! Sporo bywałam w Anglii. Pan też nie lubi Anglików, panie ben Ali — dodała wprost.
Said ben Ali wzdrygnął się.
— Tego nie powiedziałem. Są dla mnie bardzo mili. Kto pani powiedział, że nie...
— Nikt nie musiał mi tego mówić. Dlaczego miałby pan lubić Anglików? Gdybym była Egipcjanką, nienawidziłabym ich.
Piąstką uderzyła o kamień.
Said powtórzył w głębi duszy: „Dlaczego miałbym lubić Anglików?”. Przyglądał się kępce mchu oderwanej od kamienia, o który się oparł. Było w nim kilka miękkich, czerwonych zagłębień i szarych, chropowatych porostów — wyglądały jak precyzyjnie wycięte gałązki; nigdy nie widział czegoś podobnego. Ale patrząc na mech, myślał o słowach: „Dlaczego miałby pan lubić Anglików?”. Lekko odwrócił głowę i pospiesznie zerknął na dziewczynę. Wyglądała na bardzo mądrą i bardzo przekonaną o swojej racji. Podobał mu się ten inteligentny wygląd.
— Nie nienawidzę ich — odezwał się po sumiennym namyśle.
— Możliwe, ale na pewno wolałby pan, żeby opuścili Egipt. To przecież oczywiste.
Said ben Ali milczał.
— Ale mieliśmy rozmawiać o Egipcie, nie o Anglii — skwitowała Stina Brenner i przysunęła się do Saida ben Alego, żeby pokazać mu książkę, którą trzymała w dłoni.
— Widzi pan, to książka o Egipcie. Czytam wszystko, co mi wpadnie w ręce, żeby przygotować się do podróży. Jest po szwedzku, więc jej pan nie zrozumie. Ale proszę spojrzeć na mapę; która droga morska jest najkrótsza? I czy to trudna przeprawa?
— Nie wiem, którędy jest najszybciej, sam dotarłem do Anglii drogą morską. Morze Śródziemne24 nie jest groźne, ale Zatoka Biskajska25 jest ciężka. Myślałem, że zginiemy.
Poczuł się jak na egzaminie, pragnął się z tego jak najszybciej wywinąć, ale nie chciał być niemiły.
Dziewczyna zadrżała.
— Bał się pan? Co pan zrobił? Modlił się pan do Boga, panie ben Ali?
Said ben Ali zaniepokoił się. W żadnym razie nie chciał ze Szwedką rozmawiać o religii, więc odpowiedział z powagą:
— Nie mogę pani powiedzieć.
Egzaminująca dziewczyna nie obraziła się. Przeciwnie, taktownie odrzekła:
— Rozumiem, ma pan pełne prawo nie mówić o tym. To było głupie pytanie. Dobrze, przyjmijmy, że jesteśmy już w Aleksandrii26. Co należy tam zobaczyć?
Pomyślał: „Skąd mam wiedzieć, co Szwedka powinna zobaczyć w Aleksandrii?”. Ostrożnie zaproponował:
— To, co najbardziej przypomina Europę, to wielki plac Muhammada Alego27 z pomnikiem jeźdźca i ulica Szafira Paszy28; znajduje się przy niej mnóstwo wspaniałych europejskich butików.
Nie powinien był o tym wspominać, Szwedka wykrzyknęła zaraz:
— Ależ, panie ben Ali, na Boga, nie chcę oglądać w Egipcie europejskich butików, to chyba zrozumiałe.
Pan ben Ali jednak nie rozumiał. Dlaczego kobieta miałaby nie chcieć odwiedzać przepięknych butików — europejskich czy nie?
Ale nie powiedział tego na głos. Za to przyznał:
— Niezbyt dobrze znam Aleksandrię. Jedyne, co tam widziałem, to morze. Tego dnia, gdy wypływałem z Egiptu, było wzburzone, pieniło się i ryczało.
— No dobrze, zostawmy Aleksandrię. Proszę opowiedzieć o Kairze! Spójrzmy na mapę. Tędy biegnie linia kolejowa. Najpierw przejeżdża się nad kanałem o bardzo trudnej nazwie.
— Mahmudijja29 — przeczytał Said ben Ali, a oczy mu zabłysły.
— Dalej po lewej mamy jezioro nad zatoką Abu Kir30. — Świerkową gałązką wskazała miejsce na mapie. — Czy droga między Aleksandrią a Kairem jest piękna?
Na twarz Saida ben Alego wkradł się uśmiech, w łagodnych aksamitnych oczach zapaliły się światełka.
— Dla Egipcjanina wszystko w Egipcie jest piękne.
„On jest piękny”, pomyślała Stina Brenner, dojrzawszy jego uśmiech i spojrzenie.
— A jak po arabsku nazywa się to dziwne jezioro Mareotis31?
— To Behajrat Marjut — cierpliwie odparł ben Ali.
— Bardzo bym chciała, żeby opowiedział mi pan jego historię — zagadnęła Szwedka. — Czytałam o nim w tej książce. Gdybym była poetką, napisałabym o nim wiersz.
— O Behajrat Marjut? — zaciekawił się Said, pospiesznie zerkając na dziewczynę.
„Ma oczy jak gazela”, pomyślał.
— I co by pani napisała o Behajrat Marjut, gdyby była pani poetką? — spytał powoli.
Nie odpowiedziała na pytanie, poprosiła za to:
— Proszę mi opowiedzieć o tym jeziorze! Chciałabym usłyszeć jego historię od Egipcjanina.
Ugryzł się w wargę. Czekała. W końcu powoli i z oporem powiedział:
— W starożytności było połączone z Nilem na pomocą niezliczonych odnóg, ale po jakimś czasie jezioro wyschło, a w jego miejsce rozkwitły wioski i miasta. To była najbardziej żyzna, błogosławiona ziemia Egiptu.
Początkowo mówił niepewnie, ale zaraz przybrał ten sam ton, jakim w kairskiej szkole opowiadał różne historie arabskim chłopcom, siedzącym na podłodze. Dobrze znane, ukochane nazwy i obrazy, jakie teraz przywołał, sprawiły, że zapomniał o całym otoczeniu i o swojej nieśmiałości.
Dziewczyna z uśmiechem pospieszała:
— Jeszcze!
Była dumna, że przekonała Egipcjanina do tej opowieści.
Zamachał dłonią przed oczami, jak gdyby przepędzał jakiś cień.
— Najlepiej o tym zapomnieć — mruknął, a Szwedka stukała gałązką w mapę; brzmiało to jak akompaniament do jego słów, gdy ponownie się odezwał tonem bajarza.
— Podczas oblężenia Aleksandrii — chwilę się zastanawiał — w roku tysiąc osiemset pierwszym według waszej chronologii, Anglicy przekopali wydmy nad jeziorem Abu Kir. A dzikie, rozszumiane morze wdarło się przez ląd, zatapiając sto pięćdziesiąt wsi i ich mieszkańców! Muhammadowi Alemu udało się naprawić wydmy tam, gdzie Anglicy je przekopali, ale mimo wysiłków nie zdołał odeprzeć morskiej wody i przywrócić regionowi dawnej żyzności. A teraz jezioro pokrywa czterdzieści tysięcy hektarów błogosławionej ziemi — dodał Said ben Ali.
— Wiem! — wykrzyknęła. — Czytając o tym, pomyślałam, że to straszne, tego nie da się wybaczyć. To nie jak zniszczyć coś podczas krótkiej wojny, ale na zawsze.
Said ben Ali nie odpowiedział.
Szwedka próbowała czytać mu w myślach. Ale on utkwił wzrok w mapie, więc nie mogła spojrzeć mu w oczy.
Po kilku sekundach ciszy odezwała się.
— Proszę opisać resztę drogi między Aleksandrią a Kairem.
— Co mam opisać? — zapytał, a zabrzmiało to, jakby myśli nie podążały za słowami.
I faktycznie tak było. Zdawało mu się bardzo dziwne, że ktoś obcy stoi po stronie Egiptu, a nie Anglii. Z pewnością śnił. W tym osobliwym miejscu wszystko było jak sen.
— Proszę opisać, co widzi się po drodze — nalegała.
Dopiero po chwili zrozumiał prośbę; zebrał się w sobie, a twarz przybrała taki wyraz, jak gdyby to, co opisywał, migało mu przed oczami.
— Najpierw widać wąski, piaszczysty kawałek lądu między morzem a jeziorem. Widać długie karawany obładowanych wielbłądów, sunące po tym pasku. Widać Beduinów32 na szlachetnych koniach. — Nagle przerwał, po czym powoli powiedział: — Przepraszam, przypomniał mi się arabski wiersz; którejś nocy próbowałem go przetłumaczyć. Zaczyna się tak:
„Kiedyż znów przemierzę dumnym, ognistym koniem
szmat pustyni wraz z rodem,
do którego serce me płonie...”.
Przesunął dłonią przed oczami i wrócił do tonu bajarza:
— Wszystko, co widać na tej drodze, opiera się na wędrówce ku morzu albo z powrotem do Nilu. A tam, gdzie kończy się piaszczysty region, zaczynają się pola bawełny. Tam ujrzy pani fellachów, pracujących w błękitnych koszulach i białych turbanach. Koniecznie trzeba zobaczyć te kolory i to światło, to właśnie Egipt, tego nie da się opisać!
— Ależ można, ja to już widzę. Proszę mówić dalej. Nie ma tam domów? I kiedy dotrzemy do Nilu?
— Początkowo żadnych miast, tylko arabskie wioski, maleńkie domki z gliny i słomy. Wokół nich drzewa, ale nie lasy. Tutaj nazwano by je zagajnikami, nie, nawet nie zagajnikami, to rozrzucone tamaryszki33. Z daleka gliniane chatki świecą, drzewa ubrane są w soczystą zieleń. Taka arabska wioska jest z daleka przepiękna. Ale gdy podejdzie się bliżej, gdy podejdzie się bliżej... — Głos Saida ben Alego posmutniał, gdy wzrok natrafił na rudą chałupkę na brzegu jeziora, prześwitującą między drzewami. — Cóż, biedota lepiej u was mieszka niż w Egipcie, ale my mamy lepsze słońce. — Gdy mówił o egipskim słońcu, cała twarz mu się rozpromieniła, jakby odbijała to odległe światło. — I teraz docieramy do Nilu. Przejeżdżamy nad szerokim ramieniem rzeki nieopodal Rosetty34. — Wspominając Nil, ściszył głos, jakby wypowiadał jakieś święte imię; znów zakrył oczy dłonią, by odgonić las, połyskujące jezioro i rudą chatkę. — W oddali widać minarety. Na polach bawełny roi się od ludzi. Im dalej, tym więcej ludzi i zwierząt. Cisną się przy torach, nieskończone karawany obładowanych wielbłądów ciągną jedna za drugą. Pociąg zatrzymuje się na kilka minut w mieście Tanta35 z meczetem Ahmada Al-Badawiego36. Świeci nad nim słońce.
Zamilkł.
— Słyszałam o Tancie — ucieszyła się szwedzka dziewczyna, a oczy jej zabłysły.
„W mieście tancerek, radosnej Tancie
kwiaty bawełny są żółte i białe,
delta Nilu cała w kukurydzy polu,
a woły ciągną koło wodociągu
w radosnej Tancie”.37
Przerwała recytację.
— Przepraszam, panie ben Ali, zapomniałam, że nie rozumie pan po szwedzku. Proszę mówić dalej!
Nie zwrócił uwagi, że się wtrąciła. Siedział z twarzą ukrytą w dłoniach, a jeden obraz pojawiał się za drugim.
— Widać mandarynkowe i pomarańczowe zagajniki nieopodal miasta Banha38. W oddali pojawiają się żółte wzgórza Pustyni Libijskiej39. I widać błękitną wstążkę Nilu. To o nim śpiewa poeta, o którym wspomniałem, chociaż po arabsku brzmi to zupełnie inaczej. Potrafię jedynie oddać słowa, a nie to, co skrywa się pod nimi.
— Proszę i tak je wypowiedzieć — namawiała. Recytował powoli, jakby tłumaczył na bieżąco:
„Och, czy wciąż toczy swą falę bogatą
cudowny Nil, najświętsza z rzek?
Czy ciemną purpurą błyszczy
wzgórze Mokattam40 i jego złoty brzeg?”.
Głos mu drżał, gdy wypowiadał słowa. I mówił dalej:
— A gdy ujrzy się wzgórze Mokattam, jest się już blisko Kairu. Wtedy wysoko, wysoko pojawia się cytadela i minarety przy meczecie Muhammada Alego. Pociąg sunie z wolna obok ogrodów z palmami, drzewami pomarańczowymi, pełnych bordowych pnączy i białych powojów, figowców przy Matai41. Aż do pustyni, gór i Nilu rozciąga się wielkie, jasne, rozmigotane miasto...
Zasłaniał oczy dłońmi, jakby go oślepiło słońce, i śpiewnym tonem wyszeptał:
— To Kair!
Nastąpiła bardzo długa cisza. Stina Brenner zrozumiała, że powinna zostawić Saida ben Alego samego. Szybko wstała i podniosła książkę, która upadła na ziemię.
— Dziękuję, panie ben Ali — rzekła. — Muszę już iść. Będę wdzięczna, jeśli następnym razem zechce mi pan opowiedzieć trochę o samym Kairze.
Wymamrotał kilka niezrozumiałych słów.
— Ależ nie, nie. Ma pan dla siebie jeszcze kilka godzin w lesie, ale proszę nie zapomnieć, że w niedzielę jadamy obiad o wpół do trzeciej. A teraz do widzenia! Dziękuję za opowieść o Egipcie. Wspaniale będzie zobaczyć ten kraj. Gdy pan opowiadał, zatęskniłam.
Odparł ze spokojem:
— Ja również.
Skinęła mu głową na pożegnanie, a jej biała sukienka zniknęła między drzewami.
Kilka godzin później, idąc do Vänhemu, Said ben Ali spotkał na skraju lasu pana Halla, szwedzkiego Amerykanina, z którym parę razy rozmawiał i który sporo mu objaśnił na temat szwedzkich obyczajów.
Ruszyli razem. Said ben Ali zapytał pana Halla, czy ten wie coś na temat zarobków szwedzkich nauczycieli w szkołach ludowych.
— Muszą być bardzo bogaci — wyznał naiwnie. — U nas nauczyciele są bardzo biedni.
Pan Hall oznajmił, że także szwedzcy nauczyciele miewają trudną sytuację.
— To może nauczycielki zarabiają lepiej niż nauczyciele? — dopytywał Egipcjanin.
— Przeciwnie. Skąd taki pomysł?
— Cóż mogę o tym wiedzieć? Pytam dlatego, że jedna z nich zamierza zimą wyruszyć do Egiptu, rozmawiała ze mną o tym. A ja chciałem jej uświadomić, że taka podróż jest bardzo kosztowna. Więc gdy teraz pan mówi, że szwedzcy nauczyciele nie są bogaci, muszę ją ostrzec.
— Pewnie chodzi o pannę Brenner. O nią proszę się nie martwić. Jest bogata, bardzo bogata. Dzieli z bratem wielki majątek pod Sztokholmem. To bardzo zamożna rodzina. A panna Brenner nie jest nauczycielką. Domyślam się, że uczy się rzemiosła, by potem przekazać wiedzę służbie. Stać ją na podróż do Egiptu, panie ben Ali.
— Bardzo się cieszę — odparł Said ben Ali. — Szkoda, gdyby nie zobaczyła Egiptu. Bardzo się cieszę.
Gdy Said ben Ali wszedł do jadalni, wszyscy już tam byli. Rozglądał się za spotkaną w lesie Szwedką. Wcześniej nie zwrócił na nią szczególnej uwagi — ani na nią, ani na żadną inną z dziewcząt, które w jego mniemaniu były do siebie podobne jak dwie krople wody; nie potrafił zrozumieć, że ktoś je rozróżnia. Zdawało mu się, że nie widział panny Brenner aż do poranka w lesie, a teraz bardzo się ucieszył, że jej miejsce przy stole znajdowało się prawie naprzeciwko jego krzesła. Uśmiechnął się i przywitał, a ona przyjaźnie skinęła głową w odpowiedzi. Rozmawiał z nią; miał wrażenie, że dyskutują nie po angielsku, a po arabsku, albowiem mówili o Egipcie.
Zaproponowano popołudniową przejażdżkę po jeziorze i zapytano Saida ben Alego, czy chce popłynąć z resztą.
— A czy pani się wybiera, panno Brenner? — spytał natychmiast.
Przytaknęła, więc i on przyjął zaproszenie.
Podczas przejażdżki Said ben Ali siedział w łodzi obok Stiny. Milczał, dłonią sunąc po wodzie, a dziewczętom zdało się, że jest mu dobrze. Stina nie była tego taka pewna — dotarło do niej, że to nie przez nieśmiałość Egipcjanin jest milczący i wycofany.
Podczas pożegnania Said ben Ali rzekł do Stiny:
— Dziękuję pani, że czyta pani o Egipcie.
Zareagowała zdziwieniem, lecz już po chwili zrozumiała, co ma na myśli.
— Domyślam się, że się to panu podoba. Gdybym była w Egipcie, byłabym zachwycona, gdyby ktoś czytał o Szwecji. Dobranoc!
— Dobranoc.
*
Po przeróżnych pracach w ciągu tygodnia następował leśny spokój niedzieli. Gdy Said ben Ali w poniedziałkowy poranek wszedł do warsztatu Källnäs, miał wrażenie, że nigdy wcześniej go widział.
Wcześniej zauważał tylko to, czym sam się zajmował. Kolegów dostrzegał jak przez mgłę. Z wyjątkiem pana Browna, pracującego przy tym samym stole, o nikim nic nie wiedział. Pan Hall miał swoje stanowisko w innym pomieszczeniu. Pozostałych rozpoznawał raczej po kolorach ubrań niż po twarzach. Przed nim stała dziewczyna w niebieskiej spódnicy i białej bluzce, a naprzeciwko inna w czerwonej bluzce i czarnej spódnicy, trochę dalej jeszcze inna w kombinezonie w odcieniu błękitu, przypominającym koszule fellachów. Mężczyzna obok niej był ubrany na szaro — rybaczki, kraciaste wełniane pończochy i masywne buty, a ten przy oknie miał czarne ubranie i niebieskie okulary. Więcej Said nie widział, a teraz dostrzegł, że stół panny Brenner mieści się tuż przy tym zajętym przez niego i pana Browna.
Mijając jej miejsce pracy, Said ben Ali zauważył, że panna Brenner struga ten sam model, który on właśnie zakończył.
Przystanął, przyjrzał się, jak pracuje, po czym pokazał jej sposób, którego sam użył, by ułatwić sobie pracę.
— Proszę spróbować tak, panno Brenner — powiedział.
— Kto pana tego nauczył, panie ben Ali? — spytała.
— Sam na to wpadłem, tak jest prościej.
— Z pewnością prościej, ale czy właściwie?
— Chyba wszystko jedno, w jaki sposób coś się wykonuje, ważny jest rezultat — odezwał się z powagą.
— Czy to egipska moralność?
W jej oczach pojawił się szelmowski błysk.
Myślał przez chwilę, po czym ostrożnie odparł:
— Bardzo możliwe.
Wystraszyła się, że go uraziła, i aby temu zadośćuczynić, zaproponowała:
— Gdyby nie kończył pan tak szybko i się tak nie spieszył, mogłabym pana dogonić, moglibyśmy wspólnie pracować nad tym samym obiektem. Czy nie byłoby przyjemnie się ścigać?
— Postaram się pracować wolniej — odparł Said ben Ali z lojalnością chłopca.
I Egipcjanin, którego jedynym pragnieniem było wykonać wszystko jak najszybciej, pracował teraz powoli, na co nauczyciel powiedział ze zdumieniem:
— We wszystkim umiar, panie ben Ali.
Said ben Ali uśmiechnął się, sprawdzając, na jakim etapie jest panna Brenner. Pracowała bardzo pilnie, nie marnowała czasu na odpowiadanie na jego pytania. Gdyż dziś to Said ben Ali dopytywał. Wprawdzie jeszcze nie całkiem się obudził — nigdy nie był do końca obudzony w tym dziwnym miejscu, tak odmiennym od wszystkiego, co wcześniej widział, słyszał i przeżył — ale zaczął odczuwać jakby powiew prawdziwego życia, gdy obok siebie miał kogoś, z kim mógł rozmawiać o Egipcie. A gdy już Said ben Ali dostrzegł jedną osobę, zobaczył też pozostałe. Zamglone obrazy, wypełniające hałaśliwy warsztat, zamieniły się w młodych mężczyzn i kobiety, w których rozpoznał kompanię z łodzi pierwszego wieczoru. To był pan Morris, a to pan Walker, dziewczyna w błękitnej sukience to panna Karlsson, jakżesz nazywała się ta Angielka... — musi spytać pannę Brenner — ach tak, panna Davies. Panna Brenner wyjaśniła, że w tej sali są tylko cztery Szwedki, pozostałe kobiety to Angielki, Amerykanki i Dunki. Mężczyzna w okularach jest Rosjaninem, a ten obok — Rumunem. Jej słowa zniknęły w zgrzycie piły, bo panna Brenner postanowiła piłować w samym środku rozmowy.
Kto powiedział, że w Nääs ciągle pada? Said ben Ali przebywał tu od ośmiu dni, a nie spadła ani jedna kropla deszczu; słońce świeciło nad jeziorem i połyskiwało w niezliczonych oknach zamku na wzgórzu. Said ben Ali pomyślał o parku, który ponoć leży na tyłach. Powinien go obejrzeć. I gdy panna Brenner na moment przerwała piłowanie, zapytał, czy któregoś popołudnia nie zechciałaby pokazać mu parku. Obiecała, że to zrobi, dodając, że jest tam nieskończenie pięknie.
IV
Pewnego popołudnia, kilka dni później, Said ben Ali stał przy placu zabaw i czekał, aż panna Brenner skończy grać, tego popołudnia mieli bowiem pójść do parku. Grali w tamburino42; Said ben Ali z wielką powagą przyglądał się, jak piłki leciały w powietrzu, po czym odbijały się od napiętej skóry tamburynu43. Uważał, że żadna z dziewcząt nie rzuca ani nie odbiera piłki tak jak panna Brenner. Nikt nie był tak szybki i zwinny jak ona i nikt nie śledził lotu piłki z tak płomiennym pragnieniem, by ta osiągnęła swój cel. Saidowi ben Alemu zdawało się, że te błyszczące oczy wręcz pomagają i zmuszają przeciwnika, by odebrał ją tak, jak chce ta dziewczyna. A gdy ona miała odebrać piłkę tamburynem, mrużyła oczy, by lepiej widzieć ją pod słońce. Ci, którzy zauważyli, z jakim zainteresowaniem Said ben Ali śledzi grę, nie potrafili zrozumieć, dlaczego w niej nie uczestniczy; w ogóle nie uczestniczył w grach i zabawach w Nääs, a, gdy mu to proponowano, wyglądał na tak nieszczęśliwego, że zaprzestano go namawiać. Stina Brenner zgadywała, że obawiał się okazać gorszym od Anglików w ćwiczeniach fizycznych i zawodach.
Zadziwiające, jak dobrze rozumiała Egipcjanina i jak bardzo się zaprzyjaźnili. Ale nawet jej Said ben Ali niewiele o sobie opowiadał. Większość tego, co Stina o nim wiedziała, odgadła samodzielnie. Nigdy jej nie wyznał, że jest zaręczony i że ożeni się zaraz po powrocie do domu, że z płomienną nadzieją myślał o niepodległym Egipcie, że marzy o tym, by stać się wybawicielem swego narodu — a jednak ona to wszystko wiedziała. Te poufne sprawy — których jej nie zdradzał, ale które ona pojmowała, interpretując jakieś zduszone westchnienie, mimowolny gest, błysk w oku — dawały mu poczucie bezpieczeństwa, którego nie poczułby, gdyby o tym wszystkim musiał rozmawiać z nią otwarcie. Nie dawała po sobie poznać, co i jak dużo wie, ale on i tak odczuwał komfort i szczęście, że nie musi mówić, bo ten ktoś, kobieta — zadziwiające, że to kobieta — wiedziała, co by powiedział, gdyby chciał mówić. Said ben Ali nie potrafił myśleć o pannie Brenner bez zdumienia. Tak było także teraz, gdy czekał na boisku, w bezruchu i z powagą przyglądał się furkoczącemu życiu i postępom różnych gier. Grali, jakby nie chcieli kończyć.
Wreszcie Stina podbiegła do niego rumiana i zdyszana.
— Chodźmy.
Przeszli długim mostem, ale nie skręcili na pnącą się ku górze aleję, jak spodziewał się Said ben Ali, tylko ruszyli wzdłuż brzegu jeziora. Nie szli obok siebie — nie dlatego, że ścieżka między wysokim trawiastym wałem a wodą była zbyt wąska, ale ponieważ Said ben Ali wolał trzymać się z tyłu i iść sam, patrząc, jak ona prowadzi go przodem. Dotarli do parku i przystanęli na szerokiej drodze pod wiekowymi drzewami. Czekała na niego; nie odezwała się, chciała, żeby to on powiedział: „Jak tu pięknie!”.
Stali pod gęstym listowiem, przez które popołudniowe słońce rzucało długie ukośne promienie, a tam, gdzie padły na jasny piasek, rysowały wraz z cieniami listków wykwintne, lekko rozedrgane arabeski. Jezioro chlupotało między sękatymi korzeniami olbrzymich dębów. W parku w Nääs jest bowiem tak wiele olbrzymich drzew, że wszystkie nie mieszczą się na lądzie; niektóre zostały wyparte tak blisko brzegu, że wygląda to, jakby lada chwila miały stracić równowagę i runąć do wody. To jednak tylko złudzenie; drzewa stały tam od wieków i nawet gdyby jezioro Sävelången zdołało oderwać kawałek czarnej gleby, na której rosły dęby — do czego, ściśle rzecz biorąc, miałoby pełne prawo — i gdyby pozostawiło korzenie wyłącznie po stronie wody, to i tak ziemia Nääs z wielką siłą trzyma swoje ukochane stare drzewa; tylko najniższe gałęzie ciągną się po wodzie, tworząc kolejne liściaste sklepienie wzdłuż brzegu.
— Pięknie, bardzo pięknie — powiedział Said ben Ali.
Stina Brenner pokiwała głową.
— Wiedziałam, że się panu spodoba. Po parku w Nääs można spacerować godzinami, całymi dniami, a i tak ciągle znajdzie się coraz piękniejsze miejsca. Widzi pan, to jest wyspa, dlatego widok ciągle się zmienia. Gdzie nie spojrzeć, wszystko staje się tak dojmująco nowe. Widzi pan, jakie miękkie wydają się wzgórza po drugiej stronie i jaki otwarty, radosny jest krajobraz, białe budynki i rudawe chałupy wtulone w zieleń! Widzi pan, jak jezioro się tam rozszerza. Moglibyśmy tak iść wzdłuż wody, tak jest tu wszędzie. To znaczy drzewa, ale za tą plażą droga skręca, dlatego widok się zmienia, a wszystko jest takie piękne, nawet tamta duża fabryka. Kto by pomyślał, że nawet fabryka może tak dobrze się tu wpisać.
— Tak, jest pięknie — powiedział Said ben Ali — zaczynam to dostrzegać.
— To właśnie Szwecja — wykrzyknęła z zachwytem i rozłożyła ramiona, jakby chciała objąć całe to piękno.
— Bardzo kocha pani swój kraj, Miss44 Brenner.
— Tak jak pan kocha swój, panie ben Ali. Bardzo czy tylko trochę?
Zamilkł, na chwilę zakrył oczy dłonią.
Ruszyli dalej bez słowa.
— Dlaczego powiedziała pani któregoś dnia, że gdyby była pani nauczycielką, chciałaby uczyć głuchoniemych? — zapytał znienacka.
— Ponieważ jest mi tak bardzo żal tych, którzy nie mówią i nie słyszą. I wydaje mi się, że odnalazłabym się w tym. Z łatwością odgaduję ludzkie myśli. To chyba dobra cecha u kogoś, kto miałby uczyć tych, którzy nie potrafią w pełni się wyrazić — odparła.
Pospiesznie na nią spojrzał.
— Ma pani na myśli mnie? — spytał.
Potrząsnęła głową z uśmiechem.
— Nie, nie myślałam o panu. Odpowiedziałam na pana pytanie. Zresztą, wydaje mi się, że to cecha większości kobiet: potrafią wiele odgadnąć. Ale nie zawsze, jedynie w odniesieniu do tego, co je interesuje, co dotyczy ich samych lub ich ukochanych. Tak jest też w moim przypadku, różnica jest tylko taka, że mnie interesuje mnóstwo rzeczy i że niemal wszystko, z czym się spotykam, porusza mnie w jakiś sposób. Nie potrafię być obojętna. Gdy nie jestem zainteresowana, czuję się, jakbym umarła, oczami innych widzę tylko tyle.
Podniosła kciuk i palec wskazujący, prezentując, jak mało widzi oczami innych. To było naprawdę bardzo niewiele.
— Tak jest też z myślami, rozumie pan, mam moje własne.
— Rozumiem, że potrafi pani odgadywać rzeczy, których nikt pani nie wyjawił. To, co powiedziała mi pani podczas naszej pierwszej rozmowy, o Anglikach...
— Właśnie. To, co widzę, widzę natychmiast, jakby rozjaśnione błyskawicą, a to, co myślę, myślę natychmiast. Nigdy nie widzę klarowniej ani lepiej niż za pierwszym razem. Jestem pewna, że dostałam szczególny dar i że ludzie z takim darem myliliby się bardziej, gdyby nie patrzyli własnymi oczami albo nie myśleli własnych myśli. I to jest — na chwilę się zatrzymała — takie zachwycające. To jak pisanie wierszy.
Przytaknął.
— Rozumiem.
Mówiła cichym głosem, jakby zwierzała mu się z czegoś cennego.
— Widzi pan, tak wiele mi się wydarza; to, co się wydarza i co nigdy się nie wydarzyło — ciągnęła. — Najwspanialsze jest to, co się nie wydarzyło. Pewnie pan nie rozumie. Ale też to, co się wydarzyło, jest wspaniałe. Że też o tym mówię. Nie mam tego w zwyczaju, nigdy o tym nie mówiłam.
— Dziękuję — odezwał się Said ben Ali.
— Nie musi pan dziękować. Muszę panu wyjaśnić, jak się czuję, gdy rozmawiam z panem o tym wszystkim. To nie panu ben Alemu, jednemu z kursantów w Nääs, się zwierzam. — Uśmiechnęła się nieco, słysząc własny uroczysty ton. — Mówię do człowieka z krainy pustyni i sfinksów, do człowieka Orientu, pełnego baśni i marzeń. Rozumiem, że musicie uważać nas, mężczyzn i kobiety z Zachodu, za konkretną rzeczywistość, podczas gdy dla nas, a przynajmniej dla mnie, wy jesteście jak miraże, które widzi się i z którymi się rozmawia we śnie. Pan, panie ben Ali, też zalicza się do tego, co nigdy się nie wydarzyło.
Raptem przerwała, jakby wystraszyła się, że Saidowi ben Alemu nie spodoba się to, co powiedziała. Miał taką poważną minę. Ciągnęła tonem już mniej egzaltowanym:
— Nigdy nie mylę się, jeśli chodzi o charakter człowieka.
Jej wzrok, bardziej niż słowa, dał mu do zrozumienia, że to o nim. Znów powiedział:
— Dziękuję.
— No, tyle o mnie, ale teraz już nie zajmujmy się mną, tylko parkiem. Tutaj skręcimy, trzeba będzie się wspiąć pod górkę, zobaczy pan coś ładnego, panie ben Ali.
Mijali ogrodzenie, nad którym unosiły się urokliwe gałęzie.
— Jest tu grób — powiedziała, wskazując w głąb.