Widma moich współczesnych

Fikcyjne portrety satyryczne

[Od Wydawcy. Lwów 1911] Widma moich współczesnych były drukowane po raz pierwszy w „Głosie Warszawskim” w roku 1903 i 1904, skąd je przedrukowujemy bez zmiany.

Tak mówił Homunkulus — cywilizacji współczesnej wizja zbiorowa

Motto zastępujące przedmowę:

„Jeżeli zauważyć — myślał Pécuchet — że w komórce zarodkowej człowieka, nawet po jej zapłodnieniu, nie ma żadnych pierwiastków, których byśmy nie spotykali i w świecie nieorganicznym; jeżeli zważyć dalej, że ciągłe postępy chemii nie pozwalają zakreślić żadnych granic jej możliwemu rozwojowi, a z drugiej strony nadzwyczajny i bardziej szybki jeszcze rozwój techniki, to...” Tu myśl Pécucheta zawahała się trwożliwie przed wyprowadzeniem ostatecznego wniosku, gdy nagle przerażająca go swym zaledwie przeczuwanym bezmiarem treść sylogizmu1 wyłoniła się z duszy niespodzianie i gwałtownie i stanęła przed jego olśnionymi oczami i struchlałą myślą wizja prometeicznie dumna i nadprzyrodzenie dokładna. W pustej i dziwnie martwej przestrzeni, wypełnionej nieznaną dotąd żadnej istocie ludzkiej, a teraz dla Pécucheta jak gdyby widzialną ciszą, obracały się z nadzwyczajną szybkością koła niezmiernie licznych maszyn, połyskujących polerowanym mosiądzem i stalą, olbrzymie transmisje2 warczały i czuć było w tym całym ruchu niezmierną, niczym niepowstrzymaną pewność i prawidłowość raz na zawsze ustalonej harmonii mechanizmów. Z olbrzymiego termostatu wyszła istota ludzka, o rudych bakenbardach3, ubrana w czarny, angielski surdut, popielate spodnie w kratki i szary cylinder; przetarłszy jedwabną chusteczką binokle4, nałożyła je na nos, zakręciła się koło termostatu, coś w nim poprawiła i zwróciła się do innych aparatów i maszyn połączonych z nim rurami i pasami. Wszystko to robiła bez namysłu, bez rozglądania się, z prawidłową, równomierną szybkością...

— Co pan robi? — wybełkotał bezwiednie Pécuchet.

— Rodzę albo wylęgam5 — odpowiedziała wbrew wszelkiej logice wizja (bo jakże może odpowiadać coś, co jest wyłącznie tylko podmiotowe, czyżby więc wszystko było podmiotowe i solipsyzm6 tedy7...?) — gdy się mój następca już wykluje, udam się, dokąd mnie wzywa formuła chemiczna mego powołania.

Pécuchet wstał, wyciągnął rękę, chciał coś powiedzieć, lecz nagle poczuł bezgraniczną niewłaściwość wszystkiego wobec tych maszyn, świat zawirował naokoło niego, odsłaniając swą milczącą próżnię, i Pécuchet krzyknął, zachwiał się i runął pod nogi nadbiegającemu Bouvardowi.

Zdruzgotany bezmiarem własnych nieświadomych głębi, Pécuchet długie lata jeszcze przebył w milczeniu i bezczuciu. I na próżno obwoził go Bouvard po wszystkich zakładach leczniczych Europy — Pécuchet zdawał się nie dostrzegać nawet zmiany miejsc, ludzi ani czasu. Raz jeden tylko na werandzie zakładu leczniczego, w jednym z miast południowych Niemiec, znaleźli się naprzeciwko siebie Pécuchet pod opieką Bouvarda i Nietzsche-Zaratustra8 z siostrą. W pewnej chwili Pécuchet i Nietzsche9 podnieśli jednocześnie swe bezsilnie zwieszone głowy, spojrzenia ich spotkały się i dwa milczenia zajrzały sobie w oczy.

(Z dokończenia dorobionego przez Villiers de l’Isle-Adama1011 do nieśmiertelnej12 powieści Flauberta13 Bouvard et Pécuchet14).

*

Homunkulus15 miał rzadkie blond włosięta, zgarnięte nieco na przód głowy, jak gdyby dla przysłonięcia tworzącej się łysiny, oczki niebieskie, malutkie i śliskie. Śliski wydawał się cały. Pomimo że był starannie ubrany, wygolony i wymyty, doznawało się wrażenia, że ciało jego jest pokryte jakąś cieczą. Ręce jego przy dotknięciu były zimne nieprzyjemnym, wilgotnym zimnem płazu. Najgorszy jednak był uśmiech — jakby przyklejony do jego ust — głupowato-chytry, uniżenie grzeczny, a jednak natrętny i po lokajsku zuchwały. Ruchy Homunkulusa w ogóle były powolne i jakby nieśmiałe, siadał na brzeżku krzesła, starał się chować pod nie nogi, aby jak najmniej zabierać miejsca. Wszystko to drażniło mnie niezmiernie.

Siedział już u mnie dobrą chwilę, nie odzywał się jednak, patrzył tylko na mnie swoim śliskim i jak gdyby lepiącym się wzrokiem, uśmiechał się chytrze i zdawał się na coś czekać.

— Przede wszystkim — zwróciłem się do niego wreszcie wzburzony — ja nawet w pańskie istnienie wcale nie wierzę. Jest pan sobie wprost mitem, alegorią, przywidzeniem, halucynacją i nic więcej.

— Wszystko to być może — odparł skromnie Homunkulus i mrugnął.

— Jak to: być może!? — krzyknąłem z gniewem.

— Tak... To bardzo proste... Nie to jest, co jest, ale to, co będzie. — Tu mlasnął językiem o podniebienie i zrobił bardzo zadowoloną minę.

— A pan skąd wiedzieć możesz, że będziesz?

— Wszystkie znaki są — zaszeptał teraz tajemniczo. — Wszystkie znaki. Oczekują mnie, zapowiadają mnie, przygotowują mnie. Jestem ideałem uczonych, postulatem filozofów, gwiazdą przewodnią moralistów, natchnieniem poezji i sztuki.

Chciałem coś mówić, ale dał mi znak ręką, abym mu nie przerywał, pochylił się ku mnie mocniej i zaczął szeptać jeszcze ciszej. Na twarz wystąpiły mu ceglaste plamy.

— Na początku była maszyna — szeptał — wszystko inne jest tylko złudzeniem — ona jedna tylko jest, jedynie prawidłowa, dokładna i rzeczywista. Ona jedna tylko jest przedmiotowa, obojętna i spokojna, ona tylko jedna jest, zamiast chcieć: maszyna jest absolutem16.

Tu przerwał i zamyślił się.

— Wasi uczeni mówią, że człowiek tworzył maszynę na podobieństwo własnego ciała.

— Teoria projekcji organizmu nie jest bynajmniej ogólnie przyjęta — powiedziałem szczęśliwy, że mogę choć w ten sposób otrząsnąć się z przykrego oszołomienia, jakie z wolna ogarniać mnie zaczęło.

Homunkulus jednak skinął tylko ręką.

— Nie o to chodzi.

Rozsiadł się wygodniej na krześle; wydał mi się teraz wyższy, a głos jego nagle utracił połowę piskliwych tonów.

— Nie o to chodzi. Chodzi o wielką, zapoznaną17 prawdę — chodzi o to, jak maszyna przetwarza, wychowuje człowieka, by wreszcie stać się jego stworzycielką i wzorem.

Utkwiłem wzrok w jego oczkach — nie unikały teraz spojrzenia. Ze śliskich stały się chłodne jak stal bez połysku. Po chwili nie mogłem patrzeć w nie dłużej, wciskały się do mózgu i jakby ciśnieniem ukrytej sprężyny wprawiały w nim w ruch jakiś pozamyślowy, bezświadomy aparat. Za spojrzeniem tym czułem jakąś olbrzymią moc powiązanych trybów i kół i jakąś dziwną łączność ich ze mną. Zdawało się, że oczy te jakby szukały we mnie jakichś dla nich tylko widzialnych kółek, na które można by transmisje18 zarzucić.

Homunkulus zaś tymczasem mówił znów po krótkiej przerwie.

— Maszyna jest doskonała, ale człowiek jest niedoskonały. Człowiek jest rękoczynnym19 uzupełnieniem maszyny. Konieczność rękoczynu jest jego usprawiedliwieniem i celem — oto jego filozofia przyszłości. Wszystko inne ulegnie eliminacji i będzie wyrzucone poza rozwój. Zaniknie więc dusza. Starali się określić ją filozofowie. Określali ją źle. Określać ją można tylko ze stanowiska maszyny. Dusza jest tam, gdzie człowiek się waha, wybiera, myśli; dusza jest chorobą maszyny i jej cierpieniem, dusza jest występkiem człowieka. Wszystkie nieprzystosowania i niedokładności pochodzą z niej. Powiadam: dusza, a nie mózg. Mózg pozostanie. Ręka jest dopełnieniem maszyny, mózg — dopełnieniem ręki, w nim mamy jak gdyby klawiaturę człowieka. Mózg będzie — ale będzie działał zawsze po jednej tylko, możliwej tylko w każdym wypadku linii — nie będzie się zatrzymywał, nie będzie w nim bezładu, a więc nie będzie w nim ani myśli, ani czucia; czucie i myśl są bezładem.

Nie podnosiłem głowy — nie patrząc, czułem, że Homunkulus wzrósł, że przerasta mnie i spogląda na mnie z wysokości strasznej jakiejś mocy.

— Cóż więc będzie wtedy? — zapytałem nieśmiało.

— To będzie doba zupełnego ziszczenia się absolutu — nie będzie żadnych powstrzymań. Zupełnie dokładne rękoczyny nie będą w niczym naruszały boskiej prawidłowości maszyn. Wszystko będzie uregulowane i powiązane ze sobą. Kula ziemska stanie się mechanizmem. Ziści się prawdziwa jedność wszystkości. En kai pan20. Wszystko będzie w sobie, nic nie będzie oddzielne, pojedyncze, bezcelowe. Wszystko brać będzie udział w jednej, ogarniającej wszystko jedności.

— Dobrze — pytałem z coraz to mniejszą pewnością — ale któż będzie korzystał z tej jedności, harmonii i ładu?

Homunkulus uśmiechnął się wzgardliwie.

— Nikt. Maszyna jest absolutem. I oto jest najwyższa zasada moralna: bądź najlepszym środkiem dla swojego celu — ona zaś nie ma celu ponad sobą.

Głos jego brzmiał coraz większym zapałem.

— Zostanie tam przewidziane wszystko, nie zostanie stracone ani jedno źdźbło energii, nic nie zostanie utracone, zniknie całkowicie wielkie nieprzystosowanie bytowe — Dusza.

Kiedym milczał21, on mówił dalej:

— Tam, gdzie przystosowanie jest zupełne, nie może ona powstać. Powstaje tam tylko, gdzie jest rozdwojenie, rozłam. Póki funkcja z funkcją się wiąże, jest tylko ciało. Dusza jest tylko próżnią, w której rozłączone naturalne funkcje usiłują się powiązać ze sobą. Nie będzie więc jej w świecie absolutu i jedności. Świat i byt same w sobie.

Słowa Homunkulusa, jego ton pełen pewności i spokoju, z jakim je on wygłaszał, przygniatały mnie. Szukałem w sobie z febryczną trwogą jakiegokolwiek śladu lub objawu samorzutności psychicznej. Z poczuciem głębokiej bezcelowości wymawianych słów wykrztusiłem:

— To dziwne, że spotyka się tu pan z ostatecznymi wynikami myśli hinduskiej, która również dążyła do roztopienia pojedynczej duszy we wszechjedności. Takie zetknięcie odwiecznej mądrości braminów22 z filozofią manczesteryzmu23 wydaje mi się zastanawiające.

Wyrazu „manczesteryzm” użyłem w intencji ukłucia go.

Homunkulus zaśmiał się tylko.

— Wiele jest dróg, które prowadzą do nieuniknionego, i nie znając celu ich, wchodzicie na nie, bo poprzez was, słabych, chwiejnych, niedołężnych, działa stanowcza i nieugięta Wille zur Macht24 maszyny.

To zestawienie ukochanego terminu Nietzschego z imieniem jego najgłębszej odrazy wydało mi się odwetem za moją nieudałą25 ironię. Homunkulus nie zaznaczył jednak niczym swego triumfu i ciągnął dalej:

— Przede wszystkim kochajcie metodę w waszych myślach, jest to najbardziej mechanizująca cnota. Strzeżcie się myśli, których nie mogliście przewidzieć na miesiąc już przynajmniej przed ich powstaniem — trzeba, aby w myślach waszych była ciągłość, wystrzegajcie się pomysłów bez legitymacji i rodowodu. Kochajcie myśli, które przychodzą wam w ziewaniu, tępcie te, które śpiącym sen przerywają. A przede wszystkim oduczcie myśl waszą nagłych skoków i ruchów. Nie ma w tym żadnego dostojeństwa. Niech ruch jej będzie ruchem maszyny do miażdżenia żwiru na szosie. Jest w tym stateczność i majestat. Przede wszystkim więc w myślach waszych kochajcie metodę, poznacie ją, bo spośród wszystkich dróg będzie to najbardziej wydeptana i wyjeżdżona. Strzeżcie się nawet tych, co26 bokiem idą, bojąc się kurzu i tłoku — zbyt łatwo jest zboczyć całkowicie.

Styl Homunkulusa stawał się coraz bardziej kaznodziejski i uroczysty, głos pełen był namaszczenia.

— Niech myśl uczonego nie buja swobodnie, nie błąka się, niech będzie uzupełnieniem wagi i retorty i tam tylko działa, gdzie tamte działać przestają. Biolog nie powinien zapominać, że jego oko jest tylko najzewnętrzniejszym obiektywem mikroskopu i nie ma zrywać nigdy tego ścisłego związku. Powinien być tylko medium, poprzez które przechodzą preparaty, a wszelki przewodnik jest tym lepszy, im mniej oddziałuje na to, co przeprowadza. Kto umie robić dobre skrawki mikrotomiczne27, ten pożyteczniejszy jest dla mikroskopu niż ten, czyj umysł błąka się nieustannie wśród nowych teorii, bo ostatecznie teorie mijają, a mikroskop i dobre przekroje zostają zawsze — i tak jest wszędzie. Tym lepsza jest nauka, im mniej w niej jest uczony potrzebny; doskonałość astronomii w tym się wyraża, że — przez połączenie teleskopów z optyko-elektrycznymi regestratorami28 i ich wzajemnie korygującą się centralizacją — obserwacje astronomiczne i ich zapisy dokonują się automatycznie. Ideałem nauki — utrzymanie się, wzrost i rozwój bez perturbacyjnego29 zawsze w swym wpływie współudziału człowieka.

Mimo woli prawie zadałem pytanie:

— Więc w pańskim świecie absolutu nauka wykluczona nie będzie?

Homunkulus uśmiechnął się chytrze.

— Wszelkie aparaty, a więc i różne odmiany aparatów notacyjnych, wejdą w skład ogólnej harmonii. Żadna forma energii, żadne jej przetworzenie nie jest w niczym gorsze od innych.

Mówił to dość sztywnie, lecz nagle znów głos jego nabrzmiał zapałem:

— Wszystko, co w nauce jest nauką, jest jednowyznacznością, jest mechanizmem; tam, gdzie nauka kończy, zaczyna się dusza, zaczyna się uczony. Uczony musi się stać tylko sumą potrzebnych rękoczynów30, wszystko inne będzie wyeliminowane.

Przede wszystkim więc kochajcie w myślach waszych metodę, bo, powtarzam, jest ona najbardziej mechaniczną cnotą. Metoda niech rządzi myślą waszą, a reguła — postępowaniem; strzeżcie się czynów bez reguły; gdzie się ta kończy, tam wdziera się uczucie. Niech czyny wasze będą prawidłowe i zimne. Unikajcie miłości, posługujcie się prawidłowo prostytucją. Miłość bowiem powstaje tam tylko, gdzie jest wybór, wahanie się, zwłoka. Niech za popędem waszym następuje prawidłowo zaspokojenie, a raczej zaspokojenie wasze niech będzie prawidłowe i niezmienne, zależne od reguły, a nie od popędu, a miłość nie znajdzie miejsca w mechanizmie ogólnym waszych czynów. Miłość jest nieprzystosowaniem płciowości.

Podniosłem mimo woli oczy. Homunkulus-tytan znikł i zmalał. Ten, który podobny był do kuplera31, uśmiechał się chytrze i mrugał.

Z wolna zdawało mi się, że odzyskuję wobec niego siłę swej pewności, ale on uśmiechał się i nagle zamilkł.

— Właściwie — powiedziałem, starając się być zjadliwy i kładąc nacisk na każdym słowie — mistyfikacja się panu nie powiodła. Chciałeś pan odegrać wobec mnie rolę demona. Nie przestraszyłem się. Jesteś diabłem lichszego nawet gatunku niż ten, który u Dostojewskiego32 ukazuje się Iwanowi Karamazowowi33. Jeżeli zaś przypominasz mi kogoś, to prędzej lokaja Smierdiakowa34 z tejże samej powieści. Oto to, właśnie jesteś Smierdiakow i nikt inny, naczytałeś się lichych książek i wyprowadziłeś z nich najpodlejsze, najsmrodliwsze wnioski — i to nazywasz swoją filozofią.

Zdawało mi się, że go zmiażdżyłem. Homunkulus zrobił istotnie pokorną minę, ukłonił się i rzekł:

— Bardzo to być może. W każdym jednak razie nie moja to wina.

Tu przymrużył lewe oko i przyglądał mi się zupełnie już bez żenady35, drwiąco.

— Jak to nie twoja... nie pańska wina? Cóż to znów za brednie?

— Co innego kuszenie świętego Antoniego36, a co innego — kuszenie Połanieckich37 i Podfilipskich38. Czy ja winien, że wam się śnią takie sny? Ja, sen wasz, przez was, przez wasze ukryte marzenia do życia powołany, z nich się lęgnący.

— Sen?

Ale Homunkulus nie zwrócił uwagi na pytanie.

— Każdej chwili swego lenistwa i zadowolenia zajrzyj w twarz, a mnie w niej zobaczysz, rozkoszy swojej się przyjrzyj, gdy coś nieznanego banalne ci się wyda, a mnie zobaczysz, rozkoszne drżenie „duszy”, gdy symfonią beztreściowych wyrazów się poisz, zanalizuj — mnie na dnie znajdziesz, estetykę swą, estetykę nastroju, muzykalnego słowa i zesztywniałego absolutu w jeden tom opraw i połóż na nim napis: „Estetyka Homunkulusa”.

Wstałem.

— Skoro jednak jesteś snem...?

Uśmiechnął się jeszcze bardziej szelmowsko39 i podle.

— Nie to, co jest, jest — powtórzył — ale to, co będzie.

Wyszedł.

Od tej chwili spotykam go często, pod różnymi tylko pseudonimami, gdyż nad światem naszym panuje jeszcze incognito40.

Zygmunt Podfilipski, Henryka Sienkiewicza apologeta41 pośmiertny

Przebiegałem oczami tak dobrze mi znaną, zanim ją nawet po raz pierwszy czytać zacząłem, przedmowę, w jaką42 zaopatrzył swój francuski przekład wyboru pism Novalisa43 we własnym quand même44 mistycyzmie rozkochany Narcyz współczesnej literatury, seraf45, pszczelarz i cyklista46 — Maeterlinck47. Czytałem z przyjemnością, odcyfrowując48 każdy wyraz tekstu, jakby kluczem pisaną depeszę, przebiegając myślą wijące się pod nim krużganki49 na wpół uświadomionych, na wpół instynktownych autosugestii i omamień, by dosięgnąć wreszcie do istniejącej w każdym, najkłamliwszym nawet i najbardziej unikającym widoku własnego swego „ja” człowieku — jego samotnej, tym samotniejszej, że przez niego samego nieznanej, wewnętrznej prawdy. Nagle zatrzymały mnie i zastanowiły swą własną już, niepalimpsestyczną50 treścią następujące wyrazy: „Gdyby jakaś istota zstąpiła pomiędzy nas i domagała się od nas, byśmy jej pokazali najwyższe wykwity naszej duszy, tytuły szlachectwa naszej ziemi, co pokazalibyśmy jej?”

Pogrążyłem się w smutnej zadumie, w głowie mojej urodziła się nagle zdumiona pewność, że nie pokazalibyśmy temu wysłannikowi wieczności ani Rodziny Połanieckich, ani Quo vadis51, ani Bez dogmatu52, ani nawet Trylogii53.

Czyżby więc...?

U drzwi moich rozległo się wytwornie przytłumione, niemniej stanowcze jednak i jakby niecierpliwe pukanie.

— Proszę — powiedziałem.

Do pokoju wszedł z lekka powłóczącym krokiem przeszło pięćdziesięcioletni chyba, lecz wyśmienicie zakonserwowany dandy54 i na mój możliwie najbardziej wersalski gest zajął miejsce naprzeciwko mnie u mojego biurka, połyskując w pochyleniu głowy z lekka różową łysiną.

— Nie wchodzę bez pukania nawet po śmierci — powiedział z uśmiechem jak gdyby wymuszonym z lekka i nieśmiałym...

— Po śmierci? — wykrztusiłem głosem człowieka lękającego się narazić na śmieszność z powodu przytępionego słuchu. — Wybacz pan, lecz to, co usłyszałem, jest nieco oryginalne...

— Niestety — powiedział gość ze wzrastającym zakłopotaniem — pozycja moja obecnie jest istotnie dość nienormalna. Nie uwierzy pan, jak wiele trosk mi to sprawia. Bo w samej rzeczy, jak to pogodzić z dystynkcją55, z unikaniem wszelkiego afiszowania się...? Upiór... Revenant56... Ależ to pachnie panoptikonem57 Barnuma58. Cóż robić jednak? Zdarzają się rzeczy, o których się dżokejom nie śniło. — Tu uśmiechnął się pobłażliwie, a zarazem smutnie — i wyjąwszy z kieszeni cygaro, zapalił je jakby dla dodania sobie kontenansu59.

Postanowiłem nie nalegać już dłużej w tym punkcie, widząc, że gość sam jest już dostatecznie strapiony niewłaściwością swej roli.

— Czy mogę spytać pana — zapytałem — z kim mam właściwie przyjemność...? Mam krótki wzrok i pamięć w kierunku zachowania rysów twarzy niedostatecznie rozwiniętą.

— O... — odpowiedział gość, odzyskując zupełnie pewność siebie — nie spotykaliśmy się nigdy... Jestem Podfilipski.

— Jak to... Zygmunt! — nie mogłem powstrzymać nieoględnego nieco okrzyku.

— Nie inaczej — odpowiedział mój „rozmówca” z miną z lekka znudzoną. — To wszystko przez Weyssenhoffa60. Bardzo lekkomyślnie sobie postąpił. Społeczeństwo nasze jeszcze niedostatecznie dojrzało... — Tu zasępił się i nagle z miną całkiem już surową zwrócił się do mnie.

— Przyszedłem tu nie dla próżnej gawędy jednak, przyszedłem do pana w chwili, gdyś, człeku małej wiary, powątpiewał o pozaziemskim znaczeniu pism Sienkiewicza61. Otóż trzeba ci wiedzieć, że ja, Podfilipski, rozpamiętuję teraz jeszcze nieśmiertelne stronice mistrza Henryka i dochodzę do przekonania, że gdybym miał raz jeszcze na ziemię powrócić, a Podfilipskim być nie mógł, pragnąłbym być Sienkiewiczem.

To ostatnie zdanie wypowiedziane było tonem niedopuszczającym żadnej repliki62 lub zastrzeżenia. Milczałem upokorzony.

— Jesteście wszyscy głupcy — mówił dalej pan Zygmunt tonem wielkopańskim i pełnym wewnętrznego przekonania. — Zapominacie o rzeczach najważniejszych, wygłaszacie sądy o sprawach, które wam są zupełnie obce.

Pozwoliłem sobie przerwać tę tyradę63:

— Co właściwie jednak ma pan na myśli?

Lecz Podfilipski zmarszczył się tylko.

— Sam wiesz pan najlepiej, o czym mówię: społeczeństwo jest jak okręt, mający kotwicę w niebie — powiedział jeden z Ojców Kościoła64, współcześnik Tertuliana65, Rivarol6667. Społeczeństwa opierają się na powadze i nieomylności — powiedzieliśmy ja i Joseph de Maistre68.

— Nie rozumiem zupełnie jednakże, dokąd pan zmierza. De Maistre pisał o nieomylności papieskiej, której przecież nigdy nie poważyłem się podawać w wątpliwość. Przeciwnie, od czasu, jak69 redakcja „Wieku”70 uznała swoją opinię za rozstrzygającą w sprawie całunu turyńskiego, nie mówię inaczej o panu Zalewskim71, jak Casimirus Zalewski papabilis72.

— Nie przerywaj mi, jeżeli nie chcesz stracić sposobności nauczenia się czegokolwiek — odparł z niecierpliwością Podfilipski. — Wszystko to wykręty tylko, rozumiesz dobrze, o czym mówię. Napadając Sienkiewicza, podkopaliście podstawy bytu społecznego, zrujnowaliście to, na czym społeczeństwo całe się opierało.

— Jak to? Ależ... Przyznajemy, że jest to wielki artysta... ale...

Pan Podfilipski wzruszył ramionami.

— Co mi po artyzmie; nie jestem antyspołecznikiem jak Miriam73; mnie idzie o społeczeństwo, a ono potrzebuje nieomylności Sienkiewicza. On bronił nas, teraz zaleje wszystko...

Tu wstał i proroczym gestem wyciągnął rękę.

— Co? — zapytałem drżącym głosem.

La canaille74 — wyszeptał z tragiczną grozą pan Podfilipski i, wyczerpany, upadł na krzesło.

Przestałem rozumieć zupełnie; utkwiłem zdumione i pytające spojrzenie w Podfilipskim.

On zaś mówił słabym i przytłumionym głosem:

— Wy już zatraciliście zmysł dla takich rzeczy, instynkt samozachowawczy jest w was zupełnie spaczony. Niedobrze się dzieje. Świat wyszedł z karbów jak za nieboszczyka Hamleta75... Biedny Hamlet... On chciał poprawić świat, on, który był właściwie źródłem i początkiem całego zła...

— Jak to? — spytałem, lecz pan Podfilipski machnął tylko ręką i mówił dalej.

— Hamlet myślał o życiu zbyt poważnie, sądził je — w tym właściwie tkwi jego grzech śmiertelny, brak taktu, po tym znaku rozróżniamy to, co jest kanalią, od tego, co nią nie jest.

Kanalia-Hamlet? Nie wierzyłem własnym swym uszom.

— Ależ oczywiście, te wszystkie Hamlety, Fausty76, Konrady77, Irydiony78... c’est de la canaille79... Wszelki dramat, tragedia, c’est de la canaille, pomiędzy ludźmi taktownymi dramat jest niemożliwy. To wprost nieprzyzwoite być bohaterem dramatu. Mój Boże! Co dzieje się z tym biednym krajem; niech mi pan powie, dokąd nas to zaprowadzi, dokąd my idziemy? Où allons-nous?80

Milczałem.

— Nie może pan odpowiedzieć. Otóż to, nieszczęśliwy ten kraj! Trzeba mieć takt — ciągnął dalej Podfilipski — i Sienkiewicz go miał zawsze. Z początku miał kilka słabostek, te różne Bartki zwycięzcy81, Jaśki muzykanty82 i jakże tam... te... te... te... Szkice węglem83. Tak, décidément84 najgorsze były te Szkice węglem; no, ale il faut que la jeunesse se passe85... Za to potem co za takt... Niesłychane... Zwykle ces écrivailleurs86, jakże tam po polsku, te pismaki wiecznie chcą czymś komuś imponować. I to czym... Boże drogi! Podartym na łokciu ubraniem, wykrzywionymi butami. Wprost nie do wiary, do czego to nieraz dochodzi, trudno sobie wyobrazić. Taki pan na przykład cały tom pisze o swoich bólach duszy. Ja, kiedy mnie zęby bolą, zamykam się w domu, żeby mnie nikt nie widział, a przecież zęby są tak niezmiernie plus convenable87; albo jakieś tam sprawiedliwości czy nadużycia — no do tego są przecież sędziowie, urzędnicy, les fonctionnaires88, mówić o tym publicznie to jest wprost quelque chose d’inconcevable89. Trzeba być zupełnie „nie Urodzonym90”.

Zaczynałem rozumieć; punkt widzenia ten wszakże oszałamiał mnie nieco swą nowością.

— Słowem — powiedziałem — być taktownym, znaczy to zawsze wszystko znajdować na swoim miejscu.

— Otóż to. Il ne faut pour chercher midi à quatorze heures...91 To śmieszne, c’est du dernier ridicule92. Sienkiewicz nigdy tego nie robi, on nigdy się nie oburza, nigdy się nie gorszy, nie dziwi, czasem sobie coś skarci, bo przecież trzeba mieć swoje zdanie. Il faut avoir des opinions93.

— A ja myślałem, że przekonanie...

— Przekonanie, któż mówi o przekonaniach...? To tylko w parlamencie. W towarzystwie nie miewa się przekonań, a przede wszystkim nie narzuca się ich nikomu. Ja na przykład wolę baccarat94, pan, dajmy na to, lancknechta95... Czyż to powód, byśmy sobie skakali do oczu? Czyż to nie wszystko jedno? A patrz pan naokoło — ten jest arystokrata, a tamten — demokrata i już niesnaski, spory...

— Sądzę, iż jest to smutna konieczność życia, gdy ktoś pracuje w pewnym kierunku, wszystko, co staje mu na przeszkodzie...

Podfilipski pokiwał tylko głową.

— Praca, tak, to smutna konieczność, tak, ależ o takich rzeczach się nie mówi pod żadnym pozorem i o żadnych kierunkach. Jest niezgoda, ukłonić się, rozejść lub mówić o czymś innym. Sienkiewicz zawsze tak robi, gdy tylko czuje, że ludzie mogliby się rozcietrzewiać96, wpadać w tak zwany zapał (oh, quel abominable état97), kłania się i odchodzi lub mówi o czym innym. To jest nawet zdumiewające. Z początku myślałem, że przymusza się on nieco... ale nie... robi on to z natury. Oh! Il a une âme vraiment gantée...98

— Czyż jednak obowiązkiem naszym nie jest, przeciwnie, całą duszą wnikać w najgłębsze sprawy i zagadnienia?

— Och, młody człowieku, młody człowieku. — Podfilipski potrząsnął głową z ubolewaniem.

— Obowiązek... c’est un très grand mot...99 Nie należy nigdy używać wielkich słów — to parweniuszostwo100. Te wszystkie obowiązki, zadania, zagadnienia, a szczególniej głębokie zagadnienia... Głębokie — też piękne słowo. Gdy ludzie mówią o czymś głębokim, zaraz wpadają w zły ton. Sienkiewicz nigdy tego nie robi i dlatego kanalia tak go nie lubi. Ci ludzie, jak tylko przestają myśleć lub wzruszać się, nie mają już o czym mówić, a przecież właściwa rozmowa dopiero wtedy staje się możliwa. Myśl to coś tak ciężkiego, niewytwornego, c’est tellement roturier101. Można myśleć, ale tylko o kobietach i koniach, a z ich powodu nawet o filozofii i nieśmiertelności duszy, byle nie za wiele, jak Płoszowski102. Tak, Płoszowski myślał stanowczo za wiele. Wielką zasługą Sienkiewicza jest to, że powiedział nam, że myślimy za wiele. Sienkiewicz zrobił więcej; jestem przekonany, że gdyby Kant103 czytał Sienkiewicza przez miesiąc tylko, wstydziłby się tego, że napisał swoją Teodyceę104105, wymierzoną, jak wiadomo, przeciwko Świętej Inkwizycji Hiszpańskiej106. Sienkiewicz w swoich książkach stworzył atmosferę dobrego tonu, jest się w nich zawsze jak w salonie. Na jego bitwy nawet patrzy się zawsze jak gdyby na jakiś turniej z tarasu zamku lub na obrazy kinematograficzne z loży pierwszego piętra. I wychodzi się zawsze zadowolonym i dumnym. Bo Sienkiewicz dał nam dumę, o tym zapominacie zawsze, nauczył nas być dumnymi...

— Ale z czego? — spytałem.

— Wstydź się pan tego pytania. To dorobkiewiczostwo być dumnym z czegoś, duma z niczego — oto sztuka. Duma bez zasługi to dopiero prawdziwa duma. Opowiedziałbym panu — zatrzymał się na chwilę, nagle spostrzegł na moim biurku Claudine en ménage107 Willy’ego108 i przymrużył oko. — C’est compris. Nous sommes bien par delà du bien et du mal...109 nieprawdaż? Otóż raz zrobiłem w klubie woltę110, to jest, źle mówię, raz ktoś bez taktu zaprotestował przeciw temu, że zrobiłem woltę. Wywiązała się awantura, pojedynek, byłem znękany111, ale zacząłem czytać oblężenie Zbaraża112 i na drugi dzień położyłem swego przeciwnika na placu. To znaczy duma i pewność siebie.

Milczałem.

— Innym razem — mówił Podfilipski — myśląc o rozsadzeniu kolubryny113 przez Kmicica114, dokonałem na giełdzie prawdziwego coup d’état115 i wygrałem. Trzeba tylko być rezolutem116, a nie można być rezolutem bez dumy.

Pochyliłem głowę. Podfilipski spoglądał triumfalnie.

— Mam pewną wątpliwość — zapytałem — jak właściwie pan mógł umrzeć?

Na twarzy Podfilipskiego odmalowało się zmieszanie.

— Przecież śmierć, o ile się nie mylę, jest czymś mocno nietaktownym, trzeba się wzruszać, myśleć, a potem, skoro pan błąkasz się po śmierci, musiałeś się przekonać, że pomimo gorliwego czytania Sienkiewicza zachowałeś jednak duszę.

Podfilipski wstał i założył monokl117, wziął rękawiczkę w rękę.

— Powinieneś pan wiedzieć, że się nie tyka tych ludzkich bolączek. Mówić o duszy to jakby umyślnie kogoś deptać w odcisk. Impertinent, blancbec! Voilà.118 To mówiąc, trzasnął drzwiami i wyszedł.

Nikt

Na głowę jego nałożono119 wysoką nagrodę; za samą wskazówkę, gdzie się ukrywa, obiecywano pokaźne sumy; lecz Nikt drwił sobie z tego wszystkiego i nie upływał dzień jeden, niemal jedna godzina bez wiadomości o jakiejś nowej jego okrutnej i w wyrafinowaniu swym często bezinteresownej zbrodni. Można było pomyśleć, że jest on wszechobecny — agentów policyjnych, którym polecono wytropienie go i schwytanie, czepiały się nieraz zabobonne myśli. Najtrzeźwiejsi dziennikarze i reporterzy wygłaszali najfantastyczniejsze, najpotworniejsze nieraz domysły.

A Nikt nie ustawał tymczasem wciąż w swej działalności — zaciążył nad całym krajem i opinią jak zjadliwa zmora, w snach gorączkowych zrodzona. Zajęcie nim zaczęło nabierać charakteru manii — ludzie utracili spokój i pewność siebie, wszystko wchłonęła trwoga, że każdego dnia, o każdej godzinie zapukać może do drzwi ów złowieszczy, nieuchwytny Nikt, pozostawiający po sobie rozpacz, zniweczenie długoletnich nadziei, nędzę lub śmierć. A wiadomości ogłaszane przez dzienniki wzmagały coraz bardziej tę trwogę.

Jednego dnia donoszono na przykład o bankructwie jednego z większych zakładów przemysłowych. Długoletnie oszczędności oficjalistów120, umieszczane przez nich w kasie przedsiębiorstwa, zaległa płaca robotników utonęły w powszechnej klęsce. Wdrożone zostało śledztwo, przeglądano skrupulatnie księgi handlowe, ważono odpowiedzialność osobistą członków zarządu. Nigdzie jednak znaleźć niepodobna było121 śladu sprawcy — człowieka, od którego zażądać można było, aby poszkodowanym krzywdy wynagrodził. Widok nędzy i rozpaczy, trawiących istnienie setek i tysięcy rodzin, napełniał oburzeniem urzędników i sędziów i podżegał ich do gorliwego poszukiwania zbrodniarza.

— Tak, zbrodniarza — mówił pan Kupferschmidt122, prezes zarządu zbankrutowanego przedsiębiorstwa, który tylko szczęśliwym trafem zdołał dość wcześnie wycofać zeń kapitały. Gdyby jednak nie to? Panu prezesowi przebiegł chłodny dreszcz po plecach; znakomite cygaro hawańskie przestało mu smakować na samą myśl, że znaczna część majątku jego mogła być pochłonięta przez krach123.

„...Cały posag Eweliny...” — myślał z tą tak dobrze znaną turystom górskim fascynującą grozą, która towarzyszy myśli o uniknionym124 niebezpieczeństwie. Gdyby jeden miesiąc tylko spóźnił się ze sprzedażą akcji!... Pan Kupferschmidt wzdrygał się, pocierał czoło i jakby dla uspokojenia się, dla zapewnienia, że wszystko jest, zostało nietknięte, przebiegał salony swojego mieszkania, otwierał kasę i liczył listy zastawne125, obligacje126, banknoty. Równowaga wracała z wolna, a wraz z nią budziło się owo uczucie politowania, w którym jest tyle radości z własnego ocalenia, jakiego doznaje wyratowany rozbitek w bezpiecznym porcie na myśl o towarzyszach, którzy znaleźli śmierć w głębinach morza. A ludzie istotnie ginęli. Robotników, którzy utracili pracę i zarobione pieniądze, gnębił głód, dręczyły tysiączne127 troski, zdarzać się zaczęły pomiędzy nimi akty oszalałej rozpaczy i beznadziei. Rodziny całe odbierały sobie życie, dusząc się czadem węglowym. Ojcowie zabijali dzieci, by nie patrzeć dłużej na ich mękę, nie gryźć się ich losem w przyszłości. Życie traciło w ich oczach swą wartość, traciła ją i uczciwość. Wielu prawych ludzi stało się złodziejami i prostytucja zyskała kilkadziesiąt nowych ofiar. Prezes Kupferschmidt o tym wszystkim wiedział i myśląc teraz o tym bezmiarze niedoli, podziwiał własną szlachetność, gdy wtem jak gdyby nad samym jego uchem odezwał się jakiś głos nieznany mu i szyderczy:

— Dlaczego jednak ty nie straciłeś nawet najmniejszej cząstki swego mienia, podczas gdy tamci stracili tak wiele — wszystko: majątek, uczciwość, życie? Pomyśl i zastanów się dlaczego. — Głos stawał się coraz bardziej szyderczy i natarczywy. Pan prezes Kupferschmidt obejrzał się poza siebie, lecz nie zobaczył nikogo.

— Kto to mówił? — wykrzyknął, nie panując nad sobą.

— Ależ nikt, tatku! Co ci jest, czy jesteś niezdrów128? Tak dziwnie wyglądasz... — pytała się troskliwie panna Ewelina, której posag w tak cudowny sposób ocalony został.

— Nic, nic — uspokajał pan Kupferschmidt córkę. W głowie błysnęła myśl — wie, kto jest winowajcą, jest nim Nikt, który — pewien swej bezkarności — ośmiela się szydzić z niego w jego własnym pałacu. Ale wiedziano nie od dziś, że Nikt jest to zbrodniarz nie tylko bezczelny, ale i ironiczny — umiał on płatać przedziwne sztuczki. Czasami, gdy spełniona została jakaś z tych niezliczonych zbrodni, których się tak często rozjuszony i ciemny tłum dopuszcza, sędziom zdawało się, że potrafili odnaleźć prawdziwych winnych i odróżnić ich od tych, którzy byli tylko ślepymi narzędziami ich występnej woli.

Ludzi przekonywano o ich winie, skazywano, karano, na kilka rodzin spadała ciężka niedola. I wtedy właśnie, gdy było już za późno, w głowach niektórych sędziów powstawała myśl, że i ci skazani niewinni byli właściwie, że istotnym sprawcą był Nikt, który przybierał — zwyczajem wszystkich zbrodniarzy — w takich razach inne imiona: nazywał się niekiedy Ciemnota, niekiedy znowu — Zabobon lub Nędza. Ale sędziowie i ludzie biegli129 nie dawali się w błąd wprowadzić, pod pseudonimami domyślali się właściwego zbrodniarza i w triumfalnym poczuciu swej przenikliwości obwieszczali światu, że właściwym winowajcą jest Nikt. A ci, którzy zamiast niego skazani zostali, ginęli tymczasem i rodziny ich marniały. Więc ci z sędziów, którzy mieli więcej czasu lub usposobienie hipochondryczne130, zaczynali się doszukiwać, w jaki sposób powstała pomyłka. Lecz akta sądowe nie dawały żadnych określonych wskazówek i tylko w miarę ich przeglądania narzucało się powstające przez zsumowanie jakichś nieuchwytnych oznak przekonanie, że i tu winowajcą był szalbierski131, nieznający żadnej świętości Nikt.

Domysł pana prezesa Kupferschmidta powitano ogólnym aplauzem. Tak jest, sprawcą klęski był Nikt. Doprowadzeni do nędzy urzędnicy i robotnicy fabryki wiedzieli już, kogo mają przeklinać — zgnębił ich bezlitosny, okrutny Nikt. I posypały się klątwy. Dziennikarze zapełniali szpalty132 pism swym oburzeniem, nie szczędząc przy tym słów uznania dla pana prezesa Kupferschmidta i jego kolegów z zarządu.

Jeden z nich tylko — z zawodu metafizyk133 i z usposobienia optymista — zwrócił uwagę na to, że podczas powszechnego krachu ogólnie znany i szanowany dla zacnych przekonań i tuszy pan radca Sztajerowski zarobił wcale okrągłą sumę, że Nikt zatem nie tylko niszczy, ale także i obdarza. Rehabilitacja jednak się nie udała. Jeden ze znanych teologów zgromił nieszczęsnego filozofa, wywodząc, że pana radcę Sztajerowskiego obdarzył nie Nikt, lecz Opatrzność! Felietonista zaś Kankan134 odrzucił wprawdzie ten pogląd jako zbyt mistyczny135 i dla naszych czasów, po pracach Darwina136, Renana137, Taine’a138, Spencera139, Milla140, Kanta i felietonach samego Kankana, zgoła nieodpowiedni i uznał, że właściwie zysk swój pan Sztajerowski zawdzięcza sobie, własnej zapobiegliwości i cnocie. „Tak to — kończył felietonista »Katarynki« (nazwa dziennika, w którym pisał) — nie potrzeba używać wielkich słów, które maskują tylko zagadnienia, lecz śmiało należy przystępować do ich zbadania, a wykryjemy, że znajdują one swe wyjaśnienie w ludzkich postępkach i dążeniach. »Menschliches, Allzumenschliches141« — mówił Nietzsche, który pomimo że na starość zwariował, niekiedy mówił rozumne rzeczy i wtedy zawsze zgadzał się ze mną”. — Na zakończenie dyskretnie zaznaczył, że do upadku Bismarcka142 przyczyniła się nie żadna Opatrzność, lecz on — Kankan — i że mógłby o tym dużo powiedzieć, gdyby nie to, że nadchodzące konklawe143 i wybór papieża zabierają mu zbyt wiele czasu. „Bo tylko naiwni mogą sądzić, że wybór papieża rozstrzyga się w Rzymie”. — Tu w stylu Kankana było coś jakby dyskretne, a wiele mówiące mrugnięcie. Na tym polemika się skończyła.

Z góry już można było przewidzieć jej rezultat i tylko człowiek zawodowo już zaślepiony jak ów filozof mógł łudzić się, że Nikt może być zrehabilitowany choćby tylko w części. Ciążyło na nim zbyt wiele łez, przekleństw ludzkich i krwi. Bo Nikt i krew często zostawiał za sobą.

Jednego dnia na przykład rzuciła się oknem czwartego piętra na bruk młoda dziewczyna. Sekcja wykazała, że miała niebawem zostać matką.

Sprawcą śmierci był Nikt; wprawdzie ojcem nieurodzonego dziecka był nie on, lecz pewien młody i obiecujący artysta, ale ten ostatni stanowczo w niczym nie był winien znowu śmierci, bo trudno przecież wymagać, aby żenił się z dziewczyną, której niski poziom moralny poznał tak dobrze z własnego doświadczenia. Winna więc była ona? Ależ skądże znowu! Przecież to, co się stało, było tak naturalne — oboje byli młodzi, on był taki przystojny, tak pięknie umiał mówić... Więc kto? Oczywiście Nikt. Podstępny, przewrotny, szyderski Nikt. On to jest sprawcą tysięcy dzieciobójstw, on to zapełnia kadry wielkiej armii prostytucji. On — i tylko on — cyniczny, lubieżny Nikt.

I znów ogłaszano nagrody, rozsyłano listy gończe. Bezskutecznie. Nikt ująć się nie dawał i porywał coraz nowe ofiary. Zielonolicy144 strach zazierał145 ludziom w dusze — oto mam majątek, dobre imię, własny szacunek i wtem przyjdzie ten straszny Nikt i wszystko zniknie. Sprawa ta zaczęła zajmować nawet uczonych. Pewien socjolog poświęcił jej całą książkę, którą nazwał: Nikt — system. Według książki wszyscy ludzie byli sami przez się dobrzy i dążyli do powszechnego szczęścia, lecz — oprócz własnych osobistych popędów — każdy z nich miał w duszy coś, co przekraczało jego indywidualność. Był to jak gdyby czułek jakiegoś mięczaka146. Wszystkie takie czułki łączyły się w ciele olbrzymiego głowonoga147, który żył ponad osobnikami i ich kosztem.

Był to właśnie Nikt. Inaczej zaś nazywał się „Organizm społeczny”148. Życie jego wymagało tego, ażeby niektórzy ludzie, dążąc do dobra, tworzyli zło, a pragnąc szczęścia, kuli dla siebie i własnych ukochanych niedolę. Ale pomimo to trzeba, żeby organizm ten żył. Od dawna już wiadomo, że organizmy żyją kosztem komórek, ale te ostatnie pomimo to nie mają prawa buntować się przeciwko swej Całości, gdyż nie zgadzałoby się to z Prawem Natury. Nikt więc jest koniecznością społecznego istnienia i rozwoju. Nie należy się więc na niego oburzać, lecz — przeciwnie — w dziełach jego najjaskrawszych nawet dostrzegać Rozum Powszechny, zwłaszcza o ile dzieła te nas nie dotyczą. Zawsze zaś można urządzić się tak, by w swych zgubnych działaniach Nikt nas omijał — od czego Rozum Indywidualny?

Pan radca Sztajerowski kupił 500 egzemplarzy dzieła uczonego socjologa i rozdawał je swoim podwładnym tudzież149 znajomej młodzieży.

W prasie dzieło wywołało żywą dyskusję. Kankan twierdził, że zawiera ono głębokie prawdy, gdyż powstało pod jego wpływem, za co zresztą wspaniałomyślnie nie rościł do autora żadnej pretensji. „Udziałem i przeznaczeniem bogatszych jest bowiem rozdawać, a ubożuchnych150 — zapożyczać i czerpać”. Przy tej okazji Kankan przytoczył parę wyjątków z Zaratustry o boskiej rozkoszy darzenia151 i zapomniał przytoczyć źródła. Była to oczywiście drobnostka.

Inaczej na pracę socjologa zapatrywał się poeta i metafizyk Alrun152, redaktor i wydawca „Tuberozy”, która nazywała się czasopismem, gdyż wychodziła tylko czasami. Przyznał on, że socjolog ma w wielu punktach poszczególnych słuszność, na ogół jednak dzieło jego przesiąknięte jest pozytywizmem153 i merkantylizmem154, szczególniej zaś dotkliwie odczuć się daje brak mistycznego pogłębienia. „Autor nie umie wydobyć się poza POZORY i nie sięga do tych głębi, gdzie na łonie wszechbytu, w głębokim MILCZENIU (Norwid155), pogrążona spoczywa odwieczna JEDNOŚĆ (Parmenides156)”. W dalszym ciągu wywodził Alrun, że Społeczeństwo jest czymś o wiele mniej znaczącym od osobnika nawet, a sam osobnik jest snem. Społeczeństwo jest więc SNEM SNU („życie jest snem” — Calderóna157), że więc jest dzieciństwem, godnym Augusta Comte’a158 (w języku Alruna nazwisko to jest synonimem Idioty, człowieka upośledzonego pod względem moralnym i umysłowym, nie mówiąc już o mistycznym) sądzić, że społeczeństwo ma w sobie jakąkolwiek rzeczywistość i może służyć dla czegokolwiek za podstawę tłumaczenia. Nikt i zjawiska z nim związane mają istotnie głębsze źródła, lecz szukać ich należy nie w społeczeństwie, lecz w samej metafizycznej istocie bytu. Jest to kara odwiecznej Jedności, dokonywana na samej sobie, za wniesione w MILCZENIE i spokój BYTU rozpojedynczenie159. Kara ta dosięga jednostek, ale ponieważ jednostki są złudzeniem, więc tym bardziej złudzeniem jest to, co je spotyka. Nie należy więc przypisywać takim zjawiskom jak Powódź, Pogorzele160, Nędza, Rozpusta większego znaczenia niż do fatamorgany161. Prawdziwy mędrzec nie powinien do nich przywiązywać żadnej wagi i przechodzić przez życie w wizjonerskim zapatrzeniu w Boską wszechjedność Bytu. Tu powoływał się na dzieła Ernesta Hello162, Edgara Allana Poe163, Ruysbroecka164, świętej Teresy165, Tertuliana166, Orygenesa167, du Prela168, Kanta, Anaksymandra169 i Antoniego Miecznika170. Poglądy swe wyłożył najpierw prozą, potem w kunsztownym sonecie i miał właśnie uczynić z nich osnowę dramatu w stylu hieratycznym171, asyryjsko-babilońskim (z uwzględnieniem najnowszych zdobyczy Maeterlincka172), gdy „Tuberoza” z powodu regularnego niewychodzenia utraciła ostatniego prenumeratora. Alrun zmartwił się tym zrazu173, zaczął badać przyczyny katastrofy i po długim namyśle przekonał się, że winowajcą jest Nikt. Ponieważ zaś uznał przedtem, że Nikt jest kategorią działania Absolutu, zagłębił się w dociekanie. Przypomniał sobie, że w starożytności pewne bóstwa karały śmiercią śmiałków, którzy starali się wniknąć w ich istotę. Powiązawszy to podanie — oczywiście po należytym pogłębieniu go — z własnym wypadkiem, doszedł do przekonania, że przedwczesna i niewytłumaczona (bo cóż tam wychodzenie czy niewychodzenie pisma — złudna mara, sen snu) śmierć „Tuberozy” jest karą za zbyt głębokie wnikanie w tajemnice Absolutu, karą lub raczej wskazówką, że kto przeniknął tak daleko poza świat złudzeń, zerwać z nim powinien wszelkie związki. Utrwaliwszy się w tym przekonaniu, Alrun uczuł dumę Bezwzględności, która samej sobie wystarcza i żadnych objawów nie potrzebuje. W życiu jego zaczął się okres, oznaczony przez późniejszego biografa, Kusmana, nazwą Fazy integralnego ziszczenia Absolutu.

A tymczasem w tym złudzeniu złudzeń — społeczeństwie — Nikt szalał w najlepsze. Fenomen174: Szczęście zamieniał się na fenomen: Krwawa niedola, a pogrążeni w empiryzmie175 ludzie przywiązywali do tego uwagę, czasami nawet znaczną, cierpieli, szaleli z rozpaczy, szukali środków zaradczych. Szaleństwo rodziło szał.

Pewien starzec, należący do jednej z najlepszych rodzin, którego uwagę Nikt i jego działanie pochłonęły całkowicie, przypłacił to życiem. Pewnego poranka znaleziono go martwego z przestrzeloną skronią. Na biurku zostawił list następującej treści: „Odbieram sobie życie. Zrozumiałem, że Nikt jest we mnie i że tylko we własnym wnętrzu mogę go doścignąć i zwalczyć. Na to jestem za stary. Ohyda zbrodni jego, na którem przyzwalał176, ciąży na mnie zbyt silnie. Umieram”. List miał postscriptum177: „Przypuszczam, że Nikt gości i w innych ludziach! Pozostawiam więc jego rysopis”. Ten ostatni pisany jest pismem magicznym, które miało się uwidocznić wtedy tylko, gdy ktoś w samotności wygłosi nad nim pewne zaklęcie. Znajomi nieboszczyka zaczęli robić próby i ze zdumieniem każdy wyczytywał w dokumencie jak najdokładniej skreślony rysopis własny. Szaleństwo chwytało się tych, którzy doświadczeniu temu się poddali, a dokument ciągnął ku sobie sugestią grozy i tajemnicy coraz liczniejsze tłumy. Kraj ogarnął szał, znany w psychiatrii pod mianem Prawości i Szczerości wobec samego siebie lub Doskonalenia wewnętrznego. Pod jego wpływem wzmiankowany powyżej socjolog zaczął utrzymywać, że potworny głowonóg, o którym mówił, zmienia kształt i staje się Istotą Nieznaną, lecz niewysłowienie piękną. Była to może jednak tylko wizja szaleńca, toteż Kankan wyśmiał ją w „Katarynce” z właściwą sobie wytwornością i smakiem.

On jeden tylko ze wszystkich, którzy czytali testament, pozostawiony przez nieboszczyka, wyszedł z pokoju z miną Prażmowskiego178 w roli bardzo arystokratycznego księcia i obwieścił, że wyczytał najwyraźniej rysopis Arystobuba, z którym w tym czasie prowadził polemikę.

Z życia i myśli Joachima Weltschmerza

Joachima Weltschmerza179 znam od dawna. Pamiętam najzupełniej dokładnie jego tabaczkowy180 surdut, w jaki181 ubierał się przed laty, i jego oliwkowego koloru spodnie, mocno rozepchane na kolanach. Nie było to bardzo gustowne i estetyczne, ale Weltschmerz modę nazywał świństwem, a estetykę — pasibrzuchowstwem182 i bił się, mówiąc to, w zapadnięte piersi długimi, sękowatymi rękoma, a rzadkie włoski jego wąsów i brody jeżyły się każdy w inną stronę z wyrazem bólu i prometeizmu183. Było to istotnie wzruszające. Weltschmerz stawał się wtedy w moich oczach najzupełniej podobny do jednej z tych zbolałych, dziwnie powykręcanych i pokaleczonych wierzb, które rosną przy naszych drogach. Przed oczyma rozsnuwał się swojski, natarczywie uprzykrzony krajobraz błotnistej, rozmiękłej, opuszczonej przez wszelką nadzieję drogi, pod niebem szarym, niskim i do obrzydzenia powszednim. Biedna, bezradna, sękowata wierzba stoi pod mżącym, przenikliwym deszczem, który się nigdy nie skończy, i z wyrazem nieuleczalnej, i wbrew nadziei wytrwałej tęsknoty za ideałem, rozkładając swe niepotrzebne gałęzie i nikłymi listeczkami w pluskot deszczu i bulgotanie błota swe bezużyteczne, niewysłuchane protesty wciąż szumiąc, próchnieje. A Weltschmerz tymczasem walił się czerwonymi pięściami o sęczkowatych palcach we wklęsłe piersi, wywracał szklankę z herbatą, połykał ogromne kawały chleba z masłem i wołał opętanym, przejmującym głosem:

— Znieść nie mogę myśli, że Dreyfus184 siedzi teraz na Diabelskiej Wyspie185 i jada stęchłe konserwy.

Wygłosiwszy coś podobnego, wstawał, wytrzeszczał spod boleśnie najeżonych brwi bladoniebieskie oczy, chodził po pokoju wielkimi krokami i, wzruszając ramionami, powtarzał:

— Nie rozumiem. Nie rozumiem.

Weltschmerz zawsze czegoś nie rozumiał, na coś wytrzeszczał oczy i jeżył brwi. Była to jego funkcja społeczna; sam on wyrażał się o tym tak:

— Każdy kawałek chleba, który spożywam, zlany jest łzami bólu i żółcią goryczy.

To mówiąc, bił się w piersi, a obecni wzdychali ciężko i szanowali go bardzo.

Ból i gorycz Weltschmerza płynęły zawsze z odległych źródeł, bliskimi gardził on i nazywał zajmowanie się nimi oportunizmem186, poddawaniem się pod władzę chwili. Weltschmerz nie poddawał się nigdy, był zawsze samotny, dumny i „kosmicznie” (jego własne wyrażenie) niezadowolony.

Pamiętam, że spotkałem go raz na prowincji w małej, nawiedzonej wtedy przez cholerę mieścinie. Gdym go zobaczył187, stał na błotnistym rynku, wymachiwał z wolna rękoma, a włoski jego wąsów i brwi szeptały coś, niby listki pełne wewnętrznego buntu i bezsiły. Zobaczywszy go, ucieszyłem się.

— Tak, powinienem był wiedzieć, że pana tu przede wszystkim znajdę, tu, gdzie potrzeba nieść pomoc, ratunek nieszczęściu.

Weltschmerz spojrzał na mnie nierozbudzonymi jeszcze, na wpół tylko rozumiejącymi oczyma i powiedział:

— Duszą byłem właśnie z mniszkami i samotnikami Port-Royalu188, rozpędzanymi na rozkaz króla Ludwika XIV189. Stałem przed nim, przed tym majestatem króla-słońca i mówiłem mu prawdy, jakich nigdy żaden potężny tego świata nie słyszał od czasu proroków Izraela.

Umilkł; spojrzałem na niego — był wielki. Był istotnie jakby posągiem bólu i żądzy sprawiedliwości, wyrosłym niespodziewanie na błocie polskiego miasteczka. Naprzeciwko nas, o kilkadziesiąt kroków, na kupie nagromadzonego przed domem gnoju siedział stępiały190 z bolesnego zdumienia i głodu Żyd. Założywszy nogę na nogę, kiwał automatycznie jedną z nich, chudą i dziwnie długą, obutą w zbyt wielki kalosz i wpatrywał się w mosiężne słońce, schylające się ku zachodowi, oniemiałym spojrzeniem i czekał śmierci. Z każdym kiwnięciem nogi kalosz chwiał się na niej w jakimś żałosnym podrygu, jak gdyby miał spaść za chwilę. Wszystkie myśli moje zawisły na tym kaloszu z przygniatającą nieruchomością i trwożnym oczekiwaniem. Kalosz spadł, a Weltschmerz mówił dalej.

— Nie rozumiesz pan, co łączy mnie z tymi istotami pomarłymi w dawno zamierzchłych czasach? Ależ nic ludzkiego nie jest dla mnie obce. Tu stoję ja i biorę w siebie, w duszę swą, wszystkie bóle czasów przeminionych i tych, które przyjdą, w siebie je przyjmuję, wchłaniam, staję się uosobioną skargą dusz, co same skarżyć się umiały, cierpieniom bezimiennym daję głos i imię.

Żyd na kupie gnoju siedział wciąż i z zegarową prawidłowością kiwał teraz już bosą nogą. Była żółta jak zakrzepły płomień gromniczny. Jej mechaniczny ruch działał na mnie jak halucynacja, wypłaszał, tłumił wszystkie myśli i czucia. Było w nim coś niepojętego — nieznanymi krętymi ścieżkami skojarzeń myślowych wywoływał on w duszy mej obrazy wypełnionych brudnożółtym zmrokiem i mdłą wonią jodoformu191 i lizolu192 sal szpitalnych, w których — z wolna opuszczani przez swe niebudzone w ciągu całego życia dusze — konają setki ludzi, wsłuchujących się z trwogą w chorowity szept wielkich ściennych zegarów. Pamiętam, iż wydawało mi się raz, że w takich salach perpendykuły193 poruszają się jakoś szczególnie wolno i ciężko, jakby hamowała je przesycona, ta przesycona ludzką nędzą cisza ckliwych dni i niekończących się nocy. Zdało mi się teraz, że odnajduję ich wahanie w monotonnym kiwaniu się tej szpitalnie żółtej nogi żydowskiej; zdało mi się, że wymierza ona i liczy swymi ruchami jakieś przez tych nawet, co je przeżywają, niepoznane i zapomniane, obmierzłe codzienne istnienia. Zdawało mi się, że każdy dostrzec to, odczuć tak, zrozumieć powinien i wskazałem Weltschmerzowi Żyda.

Weltschmerz spojrzał na niego przelotnie.

— Nie należy się dziwić — mówił — że na tym stopniu kultury nie umie on odczuwać bólu inaczej, jak w sposób czysto osobisty i ciasno-egoistyczny, że zasklepia się w nim, zamiast wniknąć poprzezeń194 w tajniki wszechcierpienia. Czy myślisz pan, że Prometeusz195 czuł fizyczny ból tylko z powodu ukąszeń orła? Nie, ukąszenia te były dla niego symbolem jedynie powszechnego cierpienia. Symbol jest jednak tylko znakiem, nie należy więc tracić z oczu istoty, która się poza nim ukrywa. Poprzez jednostkowe bóle wnikajmy w jądro wszechświatowej krzywdy, utożsamiajmy się z nią, wtedy dopiero cierpienie nasze nabierze wartości. I czyż wobec takiego skupionego w jednej piersi, dobrowolnie przyjętego na się196 cierpienia wszechbytu nie znika zupełnie nędza milionów nawet takich oto istot? — Tu zupełnie wzgardliwie wzruszył ramionami w kierunku Żyda i odszedł zgarbiony, jak gdyby przygnieciony bezmiarem cierpienia, zestrzelającego się w jego ofiarniczej duszy. Szedłem za nim zawstydzony, skruszony poziomością swych uczuć.

Nie dla mnie jednego tylko Weltschmerz był przedmiotem wysokiej czci — we wszystkich kołach ludzi ożywionych najlepszymi chęciami imię jego wymawiano jak gdyby z pobożnym, pełnym skupienia duchowego szacunkiem. Był on dla nas uosobieniem ofiary i ci pośród nas, którzy byli usposobieni mistycznie lub też czytali przynajmniej Huysmansa197, mówili z jego powodu o średniowiecznej teorii „odwracalności (la réversibilité198) grzechów i zasług”.

— Świat moralny stanowi jedność mistyczną — wywodził poeta Elsynojski199 — i nie wątpię, że to właśnie życie takich ludzi jak Weltschmerz, którzy biorą na siebie cierpienie powszechne, nie mając żadnego udziału w winie, wyzwala nas od wielu klęsk i — być może — sprawia wprost, że możemy istnieć.

Całe zachowanie się Weltschmerza było nacechowane pewną, nieafiszującą się i właśnie przez to tym głębszą, pełną bolesnej uroczystości powagą. Każdy najdrobniejszy jego postępek pomazany był majestatem odkupieńczego bólu, każdy gest jego był cichą celebracją.

— Tak to świętość wewnętrzna przeobraża nawet znikome cielesne naczynie — mawiał Elsynojski, wpatrując się z pełnym pietyzmu200 rozczuleniem w mesjanicznie uduchowioną twarz Weltschmerza, w nacechowany głęboką rezygnacją gest, z jakim niósł on do ust zakąskę z kawiorem lub szklaneczkę porteru201. — Wszystko to przecież skropione było prometeicznym, wszechświatowym bólem i goryczą bezgranicznego poświęcenia za wszystkich w zapoznaniu202.

— To mu zastępuje cytrynę — mawiał wprawdzie z szyderskim203 uśmiechem doktor Kryszna, ale na to nikt nie zważał. Kryszna bowiem był to typ niesympatyczny i bezwzględnie nieswojski. Miał przy tym suchoty204, co go czyniło zgorzkniałym i cynicznym.

Zupełnie podziwu godną rzeczą była konsekwencja, z jaką Weltschmerz nie pozwalał drobnym szczegółom życia posiąść nad sobą jakąkolwiek władzę.

— Droga moja jest czysto wewnętrzna — mówił — jest to droga cichego, samotnego męczeństwa i wewnętrznego duchowego protestu. Życie moje to samotny, nieustający ani na chwilę dialog ze stającą się i wyłaniającą stopniowo sprawiedliwością kosmiczną. Czyż nie wszystko jedno, pod jakimi pozorami dialog ten się ukrywa? Szata zewnętrzna nie jest w stanie zmienić w niczym istotnej treści misterium205, gdy nędzne moje ja, ludzkie, osobiste i ułomne, znika, a pozostaje tylko ból powszechny i krzywda, które dostąpiły we mnie samopoznania, i w głębokim milczeniu, w którym dusza moja z bytem powszechnym się zlewa, domagają się poprzez nią rachunku i zadośćuczynienia. Czym jest wobec tego to nasze codzienne, empiryczne życie, do którego taką wagę przywiązujemy?

Słuchaliśmy go w takich razach w milczeniu, z niejasnym przeczuciem, że dane nam jest uczestniczyć w chwili wyjątkowej, świętej i takiej, która w całej ewolucji metafizycznej światów zaważy może. Oczekiwaliśmy niemal, że stanie się coś niezwykłego, że siła duchowa, promieniejąca z tego niepozornego, zgarbionego człowieka o pałąkowatych plecach i czerwonych rękach, zjeżająca Hiobowym206 tchnieniem włosy jego brwi i wąsów, ucieleśni się tu, pośród nas. Nawet na sarkastycznie wykrzywionych ustach Kryszny dostrzegłem coś w rodzaju podziwu. Dziwnie nieprzyzwoite skojarzenie myślowe przywiodło mi na pamięć, że podobny wyraz twarzy widziałem raz już u niego w cyrku podczas przedstawienia, na którym jakiś amerykański ekwilibrysta207 składał zdumiewające istotnie dowody zręczności. Przypomnienie to było mi niezmiernie przykre, zwłaszcza że okoliczności, w jakich zebraliśmy się dnia tego u Weltschmerza, były dość drażliwe i nawet do pewnego stopnia wyjątkowe. Z Kryszną nigdy niczego nie można być pewnym.

Weltschmerzowi, który znał się doskonale na złocie i drogich kamieniach (ojciec jego był znanym jubilerem), zaofiarowano208 posadę taksatora209 w jednym z większych lombardów naszego miasta. Wynagrodzenie było niezłe, oprócz stałej pensji pobierać miał Weltschmerz i dywidendę210. Sprawę zaostrzało szczególniej to, że lombard używał w mieście nieszczególnej opinii, że narzekano powszechnie na pewne nieprawidłowości w jego operacjach i niesłychany rygor, z jakim stosowane były najuciążliwsze dla pożyczających przepisy i prawidła; z oburzeniem przytaczano sobie dywidendy, jakie przynosiło prowadzenie lombardu jego właścicielom. Podejrzewano — nawet nie bez powodu, jak się zdaje — że przy propozycji uczynionej Weltschmerzowi miano na względzie nie tylko jego eksperiencję211 jubilerską, ale także wysoki szacunek, jakim otaczała opinia publiczna jego nazwisko.

Weltschmerz przeżywał ciężkie chwile — w ciągu paru dni pożółkł, wychudł, zgarbił się jeszcze więcej, wreszcie przyjął.

— Teraz dopiero — powiedział — każdy kawałek chleba, jaki zjedzony zostanie pod tym dachem, będzie istotnie chlebem goryczy i niedoli, każda chwila przesiąknięta będzie myślą o ludzkim bólu i cierpieniu. Tak, nie wolno mi się wzdrygać przed spełnieniem tego, co jest moim zadaniem, obowiązkiem i losem.

Głęboka, religijnie poważna cisza zapanowała po tych słowach, jeden Kryszna wydął nagle wargi i zagwizdał. Był to jeden z jego obrzydliwych zwyczajów, jakie nabył za granicą, utraciwszy tam w zamian czystość duchową i zdolność bezinteresownego uwielbienia.

W parę już dni potem widzieć można było Weltschmerza za kratą z okienkiem, poprzez które bieda miejska podawała mu do oszacowania ubożuchne swe kosztowności, obrączki ślubne wybladłe i jak gdyby w ostrym piasku powszednich trosk i drobniutkich dokuczliwych kłopotów wytarte, pierścionki, kolczyki, broszki, z którymi rozstanie było zarazem rozłąką z jakąś jedyną może w szarym paśmie życia promienną smugą. Ale wspomnienia, tęsknota, ból, żal za tym, co niepowrotne, rozpaczliwa trwoga niecofnionego212 nie dodawały ani drobiny wagi złotu, ani jednego promienia blasku skromnym i jak radość biedaka zawstydzonym tym wszystkim, co jest w nich niezupełne i nie w porę, kamieniom.

Weltschmerz cichym, poważnym głosem wymawiał nazwy liczb, najczęściej drobnych, a każdy taki wyrok spadał miażdżącym ciężarem na tę rzecz tak przedziwną — niedorzeczną nadzieję niespodziewanego szczęścia w niedoli. Spoza okienka wychylała się przy tym twarz tak poważna i takim smutkiem przesiąkła, że w pełnym lękliwej litości przeczuciu jakiejś wielkiej niedoli, którą każdym słowem urazić można, biedacy odchodzili od okienka, nie szemrząc213, nie zdobywając się nawet na odwagę prośby. Jeden ze współwłaścicieli lombardu spostrzegł to niebawem i, poradziwszy się ze wspólnikami, kazał Weltschmerzowi obniżyć taksę. Dnia tego Weltschmerz rozmyślał właśnie nad życiem świętej Ludwiny z Schiedam214 i analogiami, jakie jej los zdumiewający przedstawiał z własnym jego życiem. Utożsamiał się tak zupełnie, tak całkowicie z trapioną przez wszystkie choroby i plagi świata świętą, iż obawiał się, aby na ciele jego nie wystąpiły stygmaty215, które przecież mogłyby przeszkodzić mu w jego prometeicznie-mesjanicznym posłannictwie, wymagającym całkowitej, niczym nieuszczuplonej energii cielesnej i duchowej. Gdyby jeszcze można było wiedzieć, że stygmaty nie przybiorą zbyt znacznych rozmiarów i wkrótce przeminą... Nowe rozporządzenie dyrektora przerwało mu na chwilę skupione rozmyślania. Weltschmerz jednak, zgodnie ze swymi zasadami, nie pozwolił okolicznościom zewnętrznym i — rzec można — przypadkowym oddziaływać na przebieg swego duchowego życia. Skinął więc tylko dyrektorowi głową i tegoż dnia postanowienie zarządu w czyn wprowadził. Ludzie próbowali sarkać216, ale spostrzegali skupioną, męczeństwem i bólem świętej Ludwiny upromienioną twarz Weltschmerza i milkli. Lombard w roku tym dał o wiele większą niż zwykle dywidendę.

Wyjechałem w tych czasach i straciłem Weltschmerza na kilka lat z oczu. Gdy po powrocie pewnego dnia Kryszna pokazał mi go w restauracji, nie byłbym go poznał217. Weltschmerz utył, wyrównał się, zaokrąglił i znikły wszystkie jego sęki, które czyniły go tak podobnym do wierzby. Twarz jego była pulchna i nawet rumiana; w fałdach tylko jej i dołkach leżała cicha melancholia. Siedział jak zawsze skupiony i wolno jadł flaki, wzdychając ciężko pomiędzy jedną łyżką a drugą.

— Zmienił się! — powiedziałem wzruszony.

— Utył, ha... ha, utył — zaśmiał się Kryszna — i dlaczegóż nie miał utyć? To, psiakrew, życie daje nieraz człowiekowi takie rzeczy do przełknięcia, że kołkiem w gardle stają, ale on umiał przyprawiać wszystko tak swoim posłannictwem, bólem, prometeizmem, że i brzuszka przybyło, i dusza sama przed sobą przyzwoitość zachowała...

Tu Kryszna zakaszlał się218, a Weltschmerz tymczasem, zwróciwszy się ku swemu sąsiadowi, prowadził dalej widocznie przedtem rozpoczętą rozmowę.

— Do najwyższego stopnia oburza mnie i przejmuje zgrozą wyzysk Murzynów w Kongo. Dusza moja pełna jest milczącego, ale płomiennego protestu.

Tu jednak nie uderzył się w piersi, które zresztą nie były wklęsłe, lecz pogłaskał się po wcale okazałym brzuszku, połyskującym śnieżną białością pikowej kamizelki. Ubrany był w ogóle Weltschmerz bardzo starannie.

— I ubrać się teraz umie — mówił Kryszna — dlaczego by nie? Akcjonariuszem i jednym z dyrektorów lombardu jest. A o cierpieniu wciąż mówi, tylko w piersi się już nie tłucze — doktorzy powiedzieli: „niezdrowo”; po brzuchu gładzi się teraz — metodę zmienił, ale o ofierze, poświęceniu wciąż rozprawia. W nałóg już weszło. Albo może to zapobiegliwość higieniczna taka, żeby odbijać się nie zaczęło całe to świństwo, którego się nałykał; sadełko by można stracić. Życie, psiakrew, śmierdzi jak kloaka219, więc on trzyma flakon z poświęceniem, ideałem i ofiarą pod nosem, aby tylko nie poczuć owego zapachu. I coraz silniej, szczelniej trzyma — wie bestia, że i sam już tym zapachem przesiąkł, samego siebie poczuć się boi. Na to one i są — te flakoniki — aby można żyć, smrodu nie czując.

Spojrzałem na Krysznę z głębokim niesmakiem — człowiek ten grzązł coraz bardziej w cynizmie, już nawet zbliżanie się śmierci — bo znać było, że z nim nietęgo — nie mogło go natchnąć poważniejszymi myślami.

Pożegnałem go i z bijącym od wzruszenia sercem podszedłem do stolika Weltschmerza.

Dusza miast

Dusza miast przeszła mi dziś drogę, do głębi przeniknęła mnie swym pozbawionym samotności spojrzeniem istot, które nawet we własnym wnętrzu są tłumem. Zamarło we mnie wszelkie wspomnienie świeżej zieleni łąk, zgasły gwiazdy i zwarła się nieskończoność. Owionęło mnie niezdrowe, przesycone pośpiechem i gorączką tchnienie, otoczyło powietrze ciężkie i lepkie, niby mgła zjadliwa z potu i mozolnych westchnień beznadziejnej, bezjutrznej220 pracy, wyziewów na oślep gnającego pożądania i zawiści tych, co221 już pożądać nie mogą, wysnuta. Myśli moje poblakły i pokryły się kurzem, marzeniom zabrakło przestrzeni, z ukrytych szczelin wypełzały złe, chytre nędze.

Przesmykami szerokimi jak łożyska rzek wyschłych, wąskimi jak szczeliny górskie, o kamiennych, ślepiami okien chytrze świecących ścianach przewalała się i błąkała fala istot, w których zagłuchły222 nieskończone światy. W żelaznym, ochronnym okuciu przedśmiertnym ruchem konającego dziecka szamotało się dławione, znikczemniałe223 drzewo. Szmer jego liści był zeschły, papierowy, urągliwie oswojony i po ludzku w żałości swej śmieszny. Nie pozostało w nim nic ze swobodnego, szerokoskrzydlatego szumu, który szczytami drzew w nieposkromionych łanach i otwartych polach przewiewa. Resztkami samotności mojej przylgnąłem do niego poprzez ten strzęp Wielkiej Bezimiennej do żelaznej kraty na pohańbienie i urągowisko przykutej, pragnąłem wniknąć w jej od wieków tętniące, wiecznie twórcze, niewypowiedziane tchnienie, jej hymn własnej wielkości śpiewany odnaleźć chciałem w tym żałosnym, wynędzniałym szmerze.

Pragnąłem ukorzyć się przed nią w jej niewoli i hańbie, pragnąłem odzyskać światy moje, gwiazdy moje, nieskończoną samotność mej duszy. Ponad głową moją szumiało drzewo, zapomniany odpadek Przyrody, na śmietnisko życia ludzkiego wyrzucony, i dusza moja wyschła była wciąż i bezgwiezdna.

Gdzieś daleko poza ulicami i murami miasta zapadało poza widnokrąg krwawiące się słońce, gdzieś daleko dusze ludzkie zespalały się z jego skonem i nadzieją zmartwychpowstania w cień własny się zagłębiały, i pod gwiaździstymi bezmiarami nieba wstępowały w skupione, zbożne ukojenie. Gdzieś daleko siwą pianą okryte rozbijały się o brzegi fale, szumiąc pieśń żywiołowej twórczości istnień nieznających ni siebie, ni tego, co zrodzi się z ich przemijania.

A i inne, jak zwierciadło spokojne, jak marzenie miłosne zdradliwe, wabiły swą mieniącą się błękitem i zielenią powierzchnią — w wielką, słodką, rozkołysaną i kołyszącą ciszę Bytu, nieznającego Przemiany ni Liczby. Gdzieś daleko dusza ludzka brała w siebie nieogarnioną naukę i nią rosła, w harmonię wirujących światów się wsłuchiwała, przenikała w pełen nędzy Ziszczenia rozpęd gwiazd, które się rodzą, w niepojętą ciszę zamierania tych, co dopełniły kręgu swoich przemian. Gwiazdy i światy wchłaniała w siebie i ponad nie i poza nie rozpościerała wciąż swą tęsknotę.

A nad moją głową szumiało papierowym, zmiętym szelestem zapomniane, pohańbione drzewo; szumiało wciąż jak ktoś, co224 głosu własnej skargi lęka się i wstydzi, i skarży się, i boi goryczy wysłuchania. Kędyś225 w jakieś nieznane drogi wzywał, wiódł mnie ten sierocy, własnej nędzy sromający się226 szelest, jakąś krainę dotąd zamkniętą, zakrytą przede mną mi odsłaniał, lecz nie była to niewypowiedziana, tchnienie myśli chłodem ponadludzkiej samotności ścinająca dziedzina, w której w szematy227 bytów zapatrzone snują swe bezgraniczne, niewyczerpane dzieło, głuche, nieme i dla pojedynczości zjawisk ślepe, a świat barw, dźwięku i rozgwarów228 tworzące i wyłaniające Macierze. Wyczułem jakieś bliskie, najbliższe mi tętno w kornym229 i poniżonym, samoponiżającym się, stłumionym szmerze, lecz nie było to tętno wielkiego serca świata, które w przypływie i odpływie fal morskich, krążeniu soków drzewnych i życiotwórczym szale dwojga kochających się istot jednako bije. Tu tętniło i szemrało ono, to biedne, nędzne, wstydu własnego od dumy odróżnić nieumiejące, przez samo siebie zapomniane serce moje, serce nas wszystkich, którzy drzewu szemrzącemu wśród ulicznego zgiełku podobni jesteśmy i beznadziejni jak ono.

Do drzewa mojego, drzewa, co na smutki swe, których nazwać nie umiało, na utratę mocy swej, której nie znało nigdy, śmiesznym lamentem zmiętej kartki papieru230, przez wiatr na śmietniku targanej, się żaliło, do kory jego zeschłej i spragnionej przypadłem gorzkimi ustami. W bolesnym smutku zespalałem się ze smutkiem jego, ze smutkiem i pohańbieniem istot zbyt nędznych, by nędzę własną przejrzeć, by gorycz własnego bytu nazwać mogły.

I dusza miast zajrzała mi znów w oczy, lecz teraz znalazłem w niej nieskończony, przez nikogo niewyczuty smutek pogrzebów, za którymi nikt nie idzie, żegnań z życiem, które tęsknymi oczami nie mogą wpoić się w żadną twarz bliską i drogą, które przebrzmiewają nieme w samotności i mroku, wśród sprzętów banalnych i obcych, nieosnutych żadnym pasmem rwącego się na wieki przędziwa. Gorączkę marzeń w czterech gołych ścianach gdzieś hen, na poddaszu młode dusze trawiących, pożogę, która w samotnych głowach światy przepala, by je na nowo wyłonić, ból i rezygnację zapoznania231, tęsknotę za czynem i rozpacz, gdy moc jego w duszy odosobnionej i wśród tłumu jak grób w sobie zamkniętej, w proch się rozsypuje milcząca, w spojrzeniu duszy miast, w szmerze drzewa mego, we własnym wnętrzu z nimi zespolonym wyczułem i odnalazłem.

I spowiadać mi się zaczęła dusza miast z bólów swoich, smutków swoich, marzeń swoich, głosem cichym, jak gdyby to dusza własna myśli mojej spowiedź czyniła. I opowiedziała mi sny swoje wśród nocy i za dnia, na jawie ją nawiedzające: błękitny, purpurowy i cichy.

A błękitny oddychał świeżością majowego poranku, rozbrzmiewał muzyką Szekspirowskiej feerii232, która duszy naszej szczęście prawdopodobnym czyni, a cierpienie zawsze pięknym i kojącym jak w bajce. Rozścielały się w śnie tym zielone łąki i trawa ich naginała się pod lekką stopą przechodnia, by znów powstać świeżą i nietkniętą, z tęczowego cudu rosy mieniącej się w słońcu brutalnym wstrząśnieniem nieodarta. Spośród młodej zieleni wychylały się rośnieniem233 swym rozradowane pączki kwiatów na pół rozwiniętych i żaden rozwój na myśl nie przywodził przekwitania.

Chwila, gdy rozbudzone i drżące kielichy kwiatów ku wschodzącemu słońcu się rozchylają, gdy powietrze pierwszymi promieniami słonecznego złota przenizane234 drga i rozbrzmiewa świeżym, dziewiczym hymnem, gdy nie jest jeszcze żarem i spiekotą upalnej, w rozleniwieniu południa srogiej namiętności; chwila, gdy wszystko jest wobec siebie samego zdumionym przebudzeniem i młodym, nieznającym się cudem; chwila w wieczność zaklęta, od musu przemijania i źrałości235 zezwolona. Kobierce traw świeżych i młodych, zieloności wilgnej i dziewiczej muskały stopy dziewcząt i pacholąt, zbyt pięknych, by ludźmi pełnego wieku kiedyś stać się mogli.

Z zielenią traw, z barwistą świeżością kwiatów, z akordami lekkoskrzydlnych236 zapachów, co przed wietrzną pieszczotą uchodząc z pąków zaledwie ku cudom lazurowego przestworza rozwartych, się unosiły, z muzyką w barwie, dźwięku i woni rozegraną zlewały się i zespalały świeże, naiwne głosy młodych pieśni, które nie zaznały rozczarowania, i wdzięczne, gibkie ruchy ciał, wiążących się w zgodne korowody. I była chwila w cudnym błękitnym śnie znękanej duszy, gdy wszystko zdawało się skupiać w radosnym oczekiwaniu i w drżącym wychylaniu się dusz młodych ku nowemu szczęściu — wstrzymywać oddech, by nie spłoszyć czegoś, co się stać miało, i wtedy łączyły się po raz pierwszy wśród muzyki, kwiatów i tańca, i woni jakieś młodzieńcze i dziewczęce, zaledwie rozkwitłe usta. A w oczach duszy miast, gdy mi sen swój błękitny opowiadała, widziałem dziwne, wstrętem i żałością przejmujące do głębi obrazy. Przesuwały się kobiety w ubraniach jaskrawych, o spojrzeniach wyzywających i tak trwożnych, i bezradnych zarazem pod powierzchnią bezczelną i drwiącą, jak spojrzenie psa — włóczęgi, bitego i wypędzanego wszędzie, który nie miał nigdy ni przytułku, ni pana. I widziałem smutne, z wszelkiego piękna i ludzkości odarte spotkania kobiet tych z mężczyznami, którzy na łup bezbronny wypuszczali trzymane dotąd na uwięzi zwierzę lub też spieszyli się jak ktoś, co237 czyni rzecz, której obmierzłość przeczuwa, i nie chcąc poznać jej, kradnie jej wykonanie przed samym sobą, by dusza jego dostrzec jej nie zdołała. Widziałem zetknięcia te brutalne, pospieszne, nędzne, śmieszne, widziałem w nich rzeczy, w nędzy swej i pohańbieniu duszę bolesnym spazmem238 lęku o człowieka przejmujące, rzeczy, w krótką i nikłą chwilę całe bezmiary niedoli i grozy ujmujące. Widziałem w oczach zaledwie dojrzewających chłopców błysk rozrzewnienia i braterskiego współczucia ku tym, których sprzedajne, na żer wystawione ciało zapoznawało ich po raz pierwszy z miłością. Widziałem rozpacz w oczach zawiędłych239, przedwcześnie zestarzałych mężczyzn, którzy z krótkiego szału oprzytomnieni, w ohydę rzeczywistości i prawdy swego życia wpatrzeni, spoglądali na rozpostarte ciało kobiece, obojętne i gnuśne, z myślą o innych, czystych uściskach, których nigdy nie zaznali, o najbardziej człowieczej ze wszystkich radości — ojcostwa, której nadzieja zagasła na zawsze w ich szarym, spopielałym życiu. I łzę, przez jakieś niespodziewane, z mętów nieszczęsnej duszy wyłonione przeczucie macierzyństwa wyciśniętą, widziałem w oczach nierządnych, majestatem duszy ludzkiej opromienionych w tej dziwnej, krótkiej, na bezpowrotne pochłonięcie w codziennej hańbie i brudzie skazanej chwili, gdy z wyrazem nieznanego, nieśmiejącego się nazwać uczucia spoglądały na jakąś chłopięcą głowę, do piersi sprzedajnej przytuloną. Te obrazy w spojrzeniu duszy miast widziałem, gdym słuchał jej opowieści o śnie błękitnym, śnie czystym — i zlewały mi się one ze słowami w jakiś potworny, w struchlałym wnętrzu rozpościerający się splot, który rozpacz czynił marniejszą, a każde nieziszczalne marzenie — bardziej utraconym.

Dusza miast zaś drugi sen swój opowiadać mi wtedy zaczęła, sen potęgi i przepychu — sen purpurowy.

Powstawało w marzeniach jej miasto nad brzegami szafirowego morza wzniesione, o ulicach przestwornych240, po bokach których wśród zieleni drzew bielały marmury tarasów i portyków241, białymi ławicami zstępowały ku morzu szerokie schody, wysmukłe, krągłe wystrzelały szeregi kolumn o wiązaniach zdobnych w płaskorzeźby i kwiaty. Słońce miotało rude blaski na śnieżną białość marmurów lub krwawiło je w purpurze zachodu. Życie rozlewało się szerokim strumieniem nieokiełznane, przepyszne i bujne. Kobiety żyły dla namiętności, mężczyźni — dla niebezpieczeństwa i kobiet. Wszyscy zaś wielbili piękno. Każdy ruch ich, każdy gest, każda postawa domagały się pędzla lub dłuta! Sztuka była przedłużeniem życia, życie zaś — rzeczywistością sztuki. Nie było tu między nimi granicy ni przedziału i stanowiły one tylko dwa powiaty nieustannie zlewającej się ze sobą krainy Piękna. Namiętności były tu silne i całe — nie znano podziału, obłudy lub kompromisu, nie znano obawy śmierci. Przychodziła nagle, nieoczekiwana jak wszystko, co silne — nie lękano się jej i nie ceniono życia, i nie ważono go po kupiecku na cząstki, lecz oddawano i brano w gwałtownym porywie gniewu, zazdrości, miłosnego szału. Trucizna i sztylet sprzątały więcej ludzi niż choroby i brzydzono się śmiercią naturalną, jeżeli nie „była” to śmierć starca, który nieraz jej szukał, a którego ona unikała, śmierć wśród zgromadzonych naokoło łoża pokoleń, majestatyczna i dumna... Żar południa, pełnia źrałej242 siły o wiecznie pieniącym się poprzez kraj życiowego piękna nadmiarze rozbrzmiewały w cichych słowach duszy miast, gdy opowiadała mi ona sen swój drugi — sen purpurowy.

Naokoło mnie zaś, gdym w opowieść jej się wsłuchiwał, roztaczał się inny krajobraz. Ściany domów wyrosły potwornie ku górze, zbiegły się bliżej ku sobie, owionęła243 mnie stęchła wilgoć miejsc zapomnianych przez słońce. Uliczką wąską i brudną, lepkim błotem pokrytą, snuły się w różnych kierunkach tłumy istot chudych, obdartych i brudnych. Z wąskich, ponurych czeluści bram domostw nieustannie wyłaniały się nowe rojowiska. Wszystko to spieszyło kędyś, bez uśmiechu na ustach, bez przyjaznego spojrzenia ku sobie. Nie mogłem znaleźć w tłumie ani jednego mężczyzny, którego plecy nie byłyby wygięte w pałąk, ani jednej kobiety o świeżej, niezmiętej twarzy. W dzielnicy tej nie znano młodości i dzieci nawet miały spojrzenie poważne i bez wiary w przyszłość. Na twarzach wszystkich czytałem jeden i ten sam wyraz niezmiennej beznadziejności dnia codziennego, w ruchach ich wyczytałem uporczywe z dnia na dzień powracanie jednych i tych samych zabiegów, czynności i trudów. Ze wszystkich spojrzeń tryskała żądza zarobku, obawa przemożnej nędzy. Obok mnie stanął człowiek o brodzie siwej, długiej, wychudły i wynędzniały. Ręka, którą poprawiał sobie strzęp czapki na głowie, trzęsła się od wysiłku dźwigania własnego ciężaru. Był bosy, ubranie jego składało się z samych łat, z których każda niemal innego była koloru, oczy miał wyblakłe zupełnie i jakby raz na zawsze w stępiałym przestrachu zastygłe. Stał oparty o bramę domu, do ust włożył kawałek jakiegoś rzemienia i żuł go bezzębnymi żuchwami.

— Jesteście głodni? — zapytałem.

— Nie — rzekł — ja już przywykłem. Podobno bywają ludzie syci. Dawniej jadałem, nie dużo — trochę. Potem — mniej. Teraz stary jestem. Nie robię nikomu krzywdy.

W oczach jego zamigotało coś, niby trwoga, czy nie krzywdzi nikogo, żując skórę. Zamilkł. Po chwili rzekł:

— Kto nie pracuje, nie może jeść! Wielu ludzi pracuje i też ma niewiele. Nie trzeba zabierać miejsca ludziom na świecie.

Patrzyłem na niego ze zdumieniem, on zaś z wolna opuścił się na ziemię i siadł, podwinąwszy nogi pod siebie; z ust nie wyjmował rzemienia. Głowa jego przechylała się, wreszcie zwisła; tak siedział czas jakiś nieruchomy, zastygły. Pochyliłem się nad nim — był zimny, oczy zaszły mu szkliwem244. Umarł. Brudny, obdarty tłum przelewał się obok niego. Nieruchomość starego zwróciła wreszcie uwagę, ten i ów się zatrzymał. Pochylono się nad nim, powstał gwar coraz głośniejszy. Wreszcie zrozumiałem, że to sprzeczają się o ów kawałek rzemienia, który tkwił w bezzębnych zwartych ustach starego. „Dobry rzemień — wcale dobry” — mówiono — i ku kawałkowi skóry pochylały się pożądliwe, drapieżne, o wydłużonych, pozaginanych jak szpony palcach tłumy. Jedni odpychali drugich. Wrzawa rosła. Padały przekleństwa i groźby. Wtem w czyimś ręku zabłysł nóż, okrzyki trwogi rozległy się w gromadzie, potem szamotanie się dwóch ludzi, krzyk bólu, struga krwi trysła na kamienie. Zwycięzca szarpnął rzemień tak mocno, że głowa starego opadła w tył i stuknęła głucho o kamienną posadzkę ziemi, u wejścia której umarł — bezzębne usta rozwarły się z wyrazem zdumienia i lęku i tak leżał ów kościec, żółtą skórą powleczony, dziwnie długi, z rozwartymi szeroko ustami, a zgromadzony tłum rozchodził się z wolna, zazdroszcząc temu, komu tak piękny i dobry jeszcze kawał skóry dostał się w udziale.

Dusza miast zaś opowiadać mi jęła245 sen swój trzeci, sen najlepszy — sen cichy.

Szum drzew odwiecznych, dobrotliwie nad ludzkim życiem i śmiercią zwieszających swoje gałęzie, szum spokojny i niezamącony, do snu kołyszący i nowych przetworzeń, a poza tym cisza; czasami tylko owad jakiś przeleci w powietrzu, brzęcząc, lub trawa się odezwie albo ptak jakiś zaświergoce. Cicho śpią obok siebie w cieniu drzew zieloną darnią pokryte mogiły miejscowego cmentarza. To, co myślą, niepokojem, troską, lękiem, nieukojone tęsknotą było, tu, na łonie dobrej wielkiej matki spoczywa, w jej objęciach zapomina o ciężkich, złudnych snach życia, jej wielkim, szerokim życiem po latach oderwania znów żyć i czuć się przyucza. Tu wszystko, co w rozpojedynczeniu, rozproszeniu życiowym nie poznawało siebie wzajemnie, wszystko, co było szamotaniem się utarczki i sporu, staje się znowu jednością. Szerokim, wolnym oddechem wznosi się pierś ziemi ponad strudzonymi, zmęczonymi kośćmi, wszystkie je w siebie bierze, ona, która wie wszystko, jest wszystkim — wielka, cicha macierz. I w cieniu lipy, rojem pszczół rozbrzęczanej, ukazywała się w śnie cichym — staruszka, o włosach białych, o uśmiechu spokojnym i mądrym, spojrzeniu siwych oczu przenikliwym i dobrym. Na ludzkie zło i dobro spoglądała z tym samym niezmąceniem. Na głowę zbrodniarza zapowietrzonego jak na głowę świątobliwego człowieka, który przeżył życie w poświęceniu i cnocie, kładła jednako swe ciche dłonie. I nagle milkło dobro i zło, cnota i zbrodnia, i stawały się jednym — myśli rozproszone, biedne myśli ludzkie wnikały w jedyny, wszystkim rządzący Rozum Wielkiego Fetysza ziemi; i woń ziół, i płodność zwierząt, i ludzkie czyny — wszystkie zlewały się tu w jedno, w jej wielkie dobrotliwe życie. I coraz to jakieś tłumnie skupione głowy przypadały do kolan wszystko przebaczającej, wiecznie swe marnotrawne dzieci przyjąć gotowej macierzy — Ziemi. I coraz to nowe wyrastały mogiłki w cieniu drzew na cichym cmentarzu, i zdawało się, że ta ziemia tylko oddycha, i za każdym westchnieniem nowe życie, nowe siły w siebie chłonie.

A przed oczami nowy rozścielał246 się widok — gdzieś wysoko, ponad rzędami czarnych okien świeciło jedno. Światłem tym ciągnęło mnie i nagle ujrzałem to, co było poza nim, jakby nagle kotara jakaś rozwarła się w mej duszy. Wśród gołych ścian, nierównych, mrocznych, źle rozświetlonych przez migotliwy płomień lampki nocnej, na tapczanie, siennikach, ławkach, we wszystkich rogach wielkiej izby spali ciężkim, ołowianym snem mężczyźni i kobiety. W jednym z kątów kobieta chuda i siwa, choć nie stara, karmiła dziecko wyschłą, żółtą piersią. Dziecko krzyczało i miotało się konwulsyjnie. W innym rogu dziecko spało w kołysce, poruszanej automatycznie przez matkę, która już zasnęła na stojącym obok łóżku, lecz przez sen jeszcze wykonywała jeden i ten sam ruch z prawidłowością zegarowego wahadła. Lecz oczy moje w innym pobiegły kierunku i tu przywarły nieruchome, przygwożdżone niewidzialną siłą. Na tapczanie, wśród wysoko ułożonych poduszek, leżał mężczyzna chudy tak, że kości przeświecały przez skórę. Oczy żarzyły się wielkie i czarne w głębokich oczodołach. Przy posłaniu klęczała kobieta blada, o jednym paśmie siwym w czarnych włosach, cała w szept chorego zasłuchana, do ust jego oczyma przykuta. Uliczny gwar wpadał co chwila do pokoju, głuszył ciche, przerywane słowa, zlewał się z krzykiem dziecka, miarowymi uderzeniami kołyski, chrapaniem śpiących.

Za ścianą grał ktoś na harmonijce, od czasu do czasu wykrzykiwał coś pijanym zachrypniętym głosem.

Chory szeptał:

— To jedno wiedz, to jedno pamiętaj, Maniu, o tym jednym myśl, a będziemy razem, nie tu, ale tam, w Wiecznej, niezmiernej Prawdzie Bytu — razem. Wieczność jest i nieśmiertelność jest także. Tylko by być wiecznie, trzeba być. Człowiek zwykle nie jest, jest rozproszony, jest wielością, trzeba, by był jednym; kto zdoła się skupić w sobie i stać się jednym w chwili śmierci, ten będzie na wieki. Inaczej rozproszy się dusza jego, jak i jego ciało. Maniu, Maniu, pamiętaj! Ja to odkryłem. W chwili śmierci stań się jedną myślą, jednym czuciem, wszystkie inne tłum, a będziesz wiecznie, będziemy razem w Wieczności. To wszystko jest tylko sen i próba. Maniu, Maniu! — szeptał, zachłystywał się, brakowało mu tchu. Kobieta łkała cicho głębokim, bezdźwięcznym płaczem. Trwało to godziny, dnie czy tygodnie. Dusza moja stała się duszą chorego człowieka, ja sam znikłem, stałem się sobie samemu przedmiotem obojętnym i obcym.

Nastała chwila, gdy nie mógł, nie mogłem już mówić. Pokój dygotał i trząsł się od turkotu przejeżdżających, ciężkich wozów fabrycznych. Światło migotało, z prawej strony łóżka dochodził płacz, który rwał mi w strzępy zbolałe serce. Pozostało mi tylko to jedno uczucie bólu, wszystko inne znikło. Ciała jakby nie było wcale, widziałem tylko kształt chudych swoich nóg pod kołdrą, ale ich nie czułem. Zza ściany rozlegała się muzyka harmonijki i ochrypła pijacka śpiewka, dziecko płakało wciąż i kołyska wybijała swój rytm jakby w samym wnętrzu mej duszy. Dusza moja była teraz miejscem, poprzez które przesuwały się myśli, uczucia, wspomnienia. Strasznym natężeniem starałem się skupić całe swe światło wewnętrzne na jednym punkcie. Wybrałem myśl, która była treścią całego mego życia; widziałem ją jasno, choć nie mogłem jej nazwać. Zaniepokoiło mnie to, lecz pomyślałem, że to tak być musi, że te słowa tracą władzę nade mną, który wchodzę w wieczność. Lecz ta nowa myśl przesłoniła mi tamtą — nie mogłem jej już odnaleźć. Uczułem straszny żar rozpaczy, prędzej, prędzej; nie mogłem, zdawało mi się, że ją ujrzę za chwilę, lecz co chwila przesłaniało mi ją coś nowego: harmonijka, nie, to śpiew, nie, to płacz żony, a tam płacz dziecka; co to jest dziecko? Wszystko zaczynało krążyć i straszna, niepojęta trwoga, a... Ta myśl zaginiona, za chwilę wszystko się rozstrzygnie — prędzej, prędzej, pokój drży, to wozy, nie, to lampka zgasła... Aa, to ja nie widzę. Mrok, mrok jeszcze, jeszcze czas. Myśl moja, moja myśl! Gdzie ona? Mniejsza o nią, skupić się na czymkolwiek. Bezsilne migotanie czegoś, czego nie można nazwać — coraz słabiej. O!

Teraz widziałem nieboszczyka z wyrazem piekielnej, zastygłej rozpaczy na twarzy, wpatrywałem się w nią i nie mogłem pojąć, czy tę straszną śmiertelną walkę przeżyłem ja, czy on. Nie mogłem odwrócić oczu od twarzy jego, jakby wykutej z przerażenia i buntu.

A dusza miast pochyliła się nade mną i sen swój czwarty, o którym milczała dotąd, opowiadać mi zaczęła — sen straszliwy, błyskawicami Gniewu Pańskiego nad grodami Nieprawości zawisły.

Osobliwe przygody i doświadczenia księdza Dionizego Suchoszczapskiego

Ksiądz Dionizy Suchoszczapski miał umysł żarliwy i skłonny do dociekań; w seminarium już wzbudziło to pewną nieufność w jego zwierzchności.

— Nie lubię ludzi chytrych i traktujących wszystko poważnie — mówił o nim ksiądz regens247 Lizus-Ślizgalski — takim bowiem był Kalwin248. — Ksiądz regens przez codzienne używanie tego porównania przywiązał się do niego tak, jak do swoich safianowych249 pantofli i spoglądał na Suchoszczapskiego podejrzliwie i z pewnym zdumieniem, gdyż widział w nim już przyszłego herezjarchę250, a więc istotę należącą do gatunku głęboko dla niego niepojętego.

Wprost przeciwnego zdania co do przyszłości młodego alumna251 był ksiądz profesor Dogmat-Twardzicki, który w ciasnym i upartym czole Suchoszczapskiego wyczytał uzdolnienie do roli prokuratora Świętej Inkwizycji, na intencję przywrócenia której modlił się co dzień, a suszył252, leżał krzyżem i biczował się co piątku, rozdając w tym dniu także dość hojne jałmużny. Toteż nie wątpił, że Bóg miłosierny pozwoli mu jeszcze przed powołaniem go do Swej Chwały widzieć tak upragnioną przez jego chrześcijańskie serce śmierć na stosie osób, których listę krótszą i szczegółową starannie opracowywał i odczytywał co dzień z lubością253 przed udaniem się na spoczynek i po odmówieniu pacierzy wieczornych, i rano podczas karmienia gołębi, w których niezmiernie był rozkochany. Był to bowiem człowiek cichy i niezmiernie łagodny.

Różnica w zdaniach co do przyszłości Suchoszczapskiego stawała się niekiedy przedmiotem sporów pomiędzy jego zwierzchnikami i kierownikami moralnymi.

— Ten człowiek przywiązuje zbyt wielką wagę do dogmatów254, zajmuje się nimi zbyt uporczywie; wszystko musi zgłębić, poznać, sformułować, nieustannie wdaje się w jakieś rozróżnienia, kontrowersje — mówił ksiądz Ślizgalski.

— W ten sposób może przygotowuje go palec Boży do wielkiego posłannictwa, które go czeka w przyszłości. Znać musi dokładnie dobre ścieżki ten, kto ma kiedyś zbaczających nawracać — odpowiadał ksiądz profesor Twardzicki.

Ksiądz regens zwykle milkł na ten argument, raz jednak, będąc szczególniej podniecony, nie wytrzymał:

— Ksiądz profesor zawsze swoje, a tymczasem Święta Inkwizycja jest bezwzględnie instytucją przestarzałą i z duchem czasu niezgodną.

Usłyszawszy to, ksiądz Twardzicki oniemiał, popatrzył na księdza regensa dziwnym wzrokiem, ale nie powiedział już nic w tym przedmiocie, lecz porozmawiawszy z księdzem Lizusem-Ślizgalskim z niezwykłą uprzejmością i słodyczą o różnych sprawach bieżących, powrócił do siebie i karmiąc swoje gołąbki, wpisał imię księdza regensa zrazu na listę bardziej szczegółową — z dodatkiem „podejrzany”, potem, namyśliwszy się, skreślił je i wpisał na listę krótszą osób szczególniej obciążonych w jego oczach, a obok niego postawił wyraz: „pelagianista”255. To uczyniwszy, podszedł do biurka i podkreślił uczynioną notatkę czerwonym atramentem, przewrócił w notesiku kilka stronic i w rubrykę wydatków osobistych wpisał „grochu cukrowego dla gołębi: kwarta groszy 20”.

Po ukończeniu seminarium i otrzymaniu święceń kapłańskich ksiądz Suchoszczapski ani twórcą nowej herezji, ani członkiem Świętej Inkwizycji nie został, ale objął jeden z wakujących256 wikariatów257 i oddał się całkowicie swoim obowiązkom i systematycznemu zastanawianiu się nad nimi. Ponieważ zaś myślał zarówno wolno, jak wytrwale, więc po upływie dwóch lat zaledwie sformułował wątpliwości, które narzucały mu się z powodu opłaty pobieranej za nabożeństwa żałobne.

„Nabożeństwa te są potrzebne — myślał — do zbawienia duszy, zależy od tego, czy rodzina zmarłego lub osoby o nim pamiętające mają pieniądze; czyżby więc zbawienie miało też od stanu majątkowego zależeć?”. Sformułowawszy ten wniosek, zaniepokoił się i napisał w trapiącej go sprawie specjalny list do dziekana. Zamiast odpowiedzi odebrał wezwanie stawienia się osobiście, które zresztą było zredagowane tak uprzejmie, że wyglądało raczej na zaproszenie.

Dziekan księdza Suchoszczapskiego należał do rasy księży „wytwornie tłustych”, miał dobrego kucharza i podobno niezłą bibliotekę. Przyjął księdza Suchoszczapskiego niezmiernie uprzejmie, posadził go na amarantowym258 fotelu i poczęstował dobrym cygarem.

— Bardzo zainteresował mnie wasz list, księże — rzekł — dziwię się tylko i zrozumieć nie mogę, co was właściwie niepokoi i zatrważa. Skoro okazuje się, że pieniądz jest potrzebny dla zbawienia, grzechem byłoby powątpiewać o tym.

— Jednakże Ewangelia mówi, że „łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niźli bogatemu wnijść259 do królestwa Bożego” — wykrztusił nieśmiało ksiądz wikary.

— Należy oczywiście rozumieć, że tu zostały opuszczone słowa: „jeżeli nie jest dość bogaty”, gdyż mogłyby one zbyt wielu przerażać i zniechęcać.

Ksiądz Suchoszczapski mimo woli roztworzył260 usta z podziwu, wydawało mu się to proste i logiczne.

— Dlaczegóż więc — rzekł po chwili — duchowni czynią ślub ubóstwa?

— Ależ naturalnie dlatego, aby dać poznać, że jedynie tak wysoki Sakrament, jak kapłaństwo, majątek zastąpić może.

Ksiądz dziekan spostrzegł wyraz oszołomienia na twarzy Suchoszczapskiego, uśmiechnął się i rzekł:

— Wydaje się to wam nieco nowe, nic dziwnego, nic dziwnego — w Kościele katolickim wieje dziś nowy prąd, zbliżenie — że tak powiem — do życia i jego wymagań. To trudno, Kościół jest dla ludzi i jeżeli oni oddalają się od niego, to musi podejść do nich. Trudne to nieraz, niewątpliwie, ale przy dobrej woli, stopniowo, wszystko da się wykonać.

Tu ksiądz dziekan zamilkł na chwilę, przełknął ślinę, wreszcie zaczerwieniwszy się z lekka, rzekł:

— Tak na przykład ja pracuję nad dziełem, w którym, gdy wyjdzie, znajdziecie, księże wikary, rozwiązanie niepokojących was pytań. Tymczasem zaś sądzę, że ułatwiłoby wam zrozumienie wielu rzeczy, gdybym wam przeczytał stronicę, którą przed chwilą napisałem.

Ksiądz Suchoszczapski skłonił się, zamamrotał coś i opuścił cygaro na dywan. Wobec tego ksiądz dziekan wziął do ręki gruby zeszyt. Rozdział zatytułowany jest: Neokatolickie pojmowanie zasad wiary, stwierdzone przez zasady oczyszczonego od błędów Darwina. Na brzmienie tego nazwiska ksiądz Suchoszczapski drgnął mimo woli, był bowiem przed kilku laty obecny przy auto-da-fé261 w miniaturze, podczas którego ksiądz Dogmat-Twardzicki spalił na zaimprowizowanym z kilku pudełek zapałek stosie wyciętą z fotografii figurkę, noszącą to właśnie miano i przybraną w sporządzony z bibuły całkowity, zgodny z tradycją kostium kacerski262.

Ksiądz dziekan zaś mówił tymczasem:

— Widzę, że was to dziwi, że mówię o Darwinie, ale zobaczycie, że jeżeli się tylko usunie pewne nieporozumienia, mówi on rzeczy bardzo rozumne i przez Zakon Ojców Jezuitów263 dawno praktykowane.

— Początkowo — mówił — chciałem zatytułować tę pracę: Podstawy neokatolicyzmu, czyli zasady wiary katolickiej na użytek majętnych i dobrze myślących bezwyznaniowców systematycznie wyłożone — odradzono mi to jednak, zmieniłem więc tytuł i dzisiaj brzmi on: Neokatolicyzm, czyli zasady wiary katolickiej, pogodzone z wymaganiami ekonomii politycznej i prawami przemysłowego wzrostu społeczeństw.

To powiedziawszy, zaczął czytać: „Teoria Darwina widzi źródło postępu i rozwoju w walce o byt, w empirycznym swym zaślepieniu jednak i zacietrzewieniu nie dostrzega głębszych przyczyn i praw rządzących tą walką. Czyż bowiem nie jest ona dziełem Opatrzności i czyliż wola Boża nie ujawnia się w niej? Streścić więc całą zdrową istotę darwinizmu można w ten sposób: «Bóg jest zawsze ze zwyciężającymi». Jawną zaś jest rzeczą, że Kościół katolicki w całym rozwoju dziejowym kierował się tą zasadą i brzydził się zawsze słabszym jak potępionym. Słabość bowiem może być tylko skutkiem gniewu Bożego, inaczej niepodobna jej zrozumieć. Tymi prawidłami kierować się powinien i rzeczywiście kieruje Matka Nasza Kościół Święty w trudnych dzisiejszych okolicznościach, jak na przykład w sporze germano-słowiańskim. Tam, gdzie pierwiastek germański jest silniejszy, być Germaninem znaczy to samo, co znajdować się w stanie łaski, a każdy katolik do stanu tego dążyć powinien, a więc starać się winien też, by w najkrótszy i najłatwiejszy sposób stać się Niemcem. Czy znaczy to jednak, aby Kościół nasz sprzyjał szczególniej Niemcom? Nie, jest on wzniesiony ponad narodowości i rasy i skoro się tylko okaże, że Niemcy są słabsi, natychmiast się od nich odwróci”.

Długo jeszcze czytał wytworny dziekan, a gdy wreszcie ksiądz Suchoszczapski do domu powracał, głowę miał pełną nowych myśli i ważnych postanowień.

Jakoż w krótkim czasie rozeszła się po okolicy wiadomość, że odmówił on rozgrzeszenia jednemu ze znanych ze skąpstwa obywateli okolicznych, Kalasantemu Starowieprznickiemu, za to, że w jakimś niepojętym dla samego siebie uniesieniu darował połowę zaległego procentu wdowie jednego ze swych wierzycieli. Ksiądz wikary ujrzał w tym brak troskliwości o zbawienie wieczne, „gdyż łatwiej jest przejść wielbłądowi przez ucho igielne, niźli bogatemu wnijść do Królestwa Niebieskiego”, jeśli ma za mało. Któż zaś może twierdzić, że ma dosyć? Czyliż nie jest pychą szatańską poprzestawać na tym, co się ma i nie starać się o pomnożenie kapitału, który w każdym czasie na mszę żałobną zamieniony być może? Czy może Starowieprznicki sądzi, że modlitwy Kościoła są dla niego zbyteczne i w takim razie istotnie na wskroś grzeszną i zatwardziałą ma duszę?

Skruszony kapitalista, wyjednawszy wreszcie odpuszczenie tak ciężkiego grzechu pychy i zatwardziałości, po powrocie do domu rozpisał do swych dłużników listy następującej treści: „Niniejszym mam zaszczyt zawiadomić Wielmożnych Państwa, że nawrócony przez spowiednika mojego i nie chcąc narażać wiecznego zbawienia duszy mojej, zmuszony jestem podwyższyć procent, jaki od Wielmożnego Państwa pobieram, do wysokości...” — tu następowała cyfra, pozostająca w stosunku wprost odwrotnym do stanu majątkowego adresata, gdyż dla ludzi bogatszych Starowieprznicki, pomny nauk księdza Suchoszczapskiego, żywił pewien szacunek jako dla takich, którzy mają stosunkowo więcej szans.

Współzawodnik Starowieprznickiego, małomiasteczkowy kapitalista Srul Pijawker, dowiedziawszy się o tym, zmartwił się bardzo. Po dłuższym namyśle postanowił przyjąć katolicyzm, co też wykonał ku wielkiej radości księdza Suchoszczapskiego i zawiadomionego o wielkim triumfie swych zasad dziekana.

Na drugi dzień zaś, po chrzcie, dłużnicy pana Stanisława (dawniej Srula) Pijawkera otrzymali okólnik264, w którym zawiadamiał on ich o swoim wstąpieniu na łono Kościoła, a także o tym „że z tego powodu będzie on od dziś pobierał procenty według neokatolickiej normy...” — tu następowały cyfry zupełnie nieprawdopodobne.

Wkrótce potem w wikariacie księdza Suchoszczapskiego zdarzył się inny wypadek, który odbił się przemożnie w całej jego karierze. W jednej z okolicznych wsi zdarzył się wypadek — młocarnia265 urwała rękę parobkowi. Majątek należał do Niemca, Johanna Schweinstimmunga, który bezwzględnie odmówił jakiegokolwiek odszkodowania parobkowi i jego rodzinie, twierdząc, że oni sami sobie są winni, gdyż spowodowali wypadek przez zwykłą głupotę „polskiego bydła” i że dowodem jego niemieckiej wspaniałomyślności jest, że nie będzie on na nich swych strat dochodził.

Ponieważ pan Schweinstimmung był katolikiem, więc chłopi postanowili udać się do księdza, aby on wpływem swym wyjednał dla nich coś od dziedzica.

Ksiądz Suchoszczapski przyjął ich i żony ich z twarzą surową, a razem266 cierpiącą; znać było, że całą duszą boleje nad ich upadkiem.

— Cieszy mnie to, bracia moi — rzekł — że przychodzicie tu z własnego popędu. Świadczy to, że nie wygasły jeszcze wszystkie iskierki prawdziwego światła, jakie Kościół katolicki w duszach wiernych roznieca. Tak jest, bracia moi, nie rozpaczajcie, bo dobroć i łaska Matki Naszej nie mają granic, nie wpadajcie jednak w zbytnie samodufania, lecz, póki czas, wejdźcie na drogę pokuty i żalu za winy. Bo, bracia moi, nie mogę zataić przed wami, że winy wasze są ciężkie, bardzo ciężkie i zważcie tylko: pan Schweinstimmung jest bogaty, a wy go narażacie na straty, jest Niemcem, a wy śmiecie się na niego skarżyć, maszyna jego kosztuje pieniądze, a wy ją niszczycie. A czy wiecie wy, że majątek jest błogosławieństwem i znakiem widomym łaski? — i tak długo jeszcze mówił ksiądz Suchoszczapski.

Chłopi słuchali, wzdychali, a jedna z kobiet, staruszka, wysoka, zupełnie siwa, o czarnych, wielkich oczach i sinych ustach, bólem i znużeniem zwartych, patrzyła na księdza z wyrazem zalęknionej pokory i raz po raz biła się w piersi. Było coś w spojrzeniu tym, co obmotywało267 się naokoło serca księdza Suchoszczapskiego i ściskało mu je jakimś dawno zapomnianym skurczem. Lecz on nie zważał na to i mówił o tym, że siła jest zawsze oznaką i dowodem łaski Bożej, że Bóg jest z silniejszymi, bo i jakże inaczej silniejszymi by być mogli. Rozeszli się, kiwając głowami, a jeden z nich, zwany przez towarzyszy Buhajem, wyprowadził z nauki księdza wniosek, że Bóg jest dlatego z Schweinstimmungiem, iż uważa go za silniejszego. Zaczaił się na dziedzica i bardzo go poturbował, po czym udał się do księdza, obwieszczając mu, że obecnie Pan Bóg jest z nim, z Buhajem, i że pan Schweinstimmung powinien wypłacić odszkodowanie. Sprawa przybrała jednak przykry dla Buhaja obrót, księdza Suchoszczapskiego zaś wysłała zwierzchność jego do klasztoru na rekolekcje „za brak taktu”.

Wyrok ten przyjął ksiądz Suchoszczapski z tępym zdumieniem — zaczęło się w nim dziać teraz coś dziwnego. W głąb duszy wżerały mu się wciąż czarne, zalęknione oczy. Zdawało mu się, że widział on je już kiedyś u kobiety zawiędłej i siwiejącej, którą zwał matką w czasie, gdy jedyną matką jego nie był jeszcze Kościół. Powtarzał „matka” i chciał zbudzić coś, co trzepotało się bezsilnie jak źródło piaskiem zasypane, ale wydobyć się na wierzch nie mogło, by orzeźwić spiekotę jego zaschłego w chudych piersiach serca. I tylko smutne czarne oczy szukały czegoś w duszy, o coś błagały swą trwogą, lecz on na próżno szukał w sobie czegoś, czym mógłby ich niemą, lękliwą prośbę zaspokoić. Nad duszą jego jak ponad drogą, którą jechał, unosiły się tumany żółtego kurzu i nagle poczuł ksiądz Suchoszczapski, że czegoś pragnie, usłyszał w sercu swym jakiś stłumiony, żałosny płacz dziecinnej, nieukojonej tęsknicy. I zdało mu się nagle, że tęskni za zielenią traw i drzew, i za błękitem nieba, i za szerokim oddechem wolnej piersi, i za wilgotnym tchnieniem czarnej ziemi, w którą ojciec jego złote, promieniejące w słońcu ziarno rzucał. Pamiętał, że wydawało mu się raz, iż ojciec światło i promień sieje w czarną rolę — nagle ze wspomnieniem tym owionęło go powietrze dzieciństwa, obudziła się w nim zapomniana, z ziemią zrosła, krzepka chłopska dusza. Ręka jego zapragnęła pługa lub kosy, tęsknym ruchem wyrzucała w żar piasków nieobecne ziarno.

I nagle, z myśli swych zbudzony, spostrzegł ksiądz Suchoszczapski, że nie jedzie sam w bryczce; obok niego siedział w piaskowego koloru kitlu jegomość o zeschłej, pergaminowej twarzy i rękach chudych i długich, dziwnie do łapek pajęczych podobnych. Oczy nieznajomego biegały wciąż tak, że niepodobna było ich spojrzenia uchwycić.

— Tak — rzekł on, niepytany — jestem Hirngespinnst, doktor Hirngespinnst; nazywają mnie także kanonikiem, ale to już drugorzędne. Główna rzecz: nazwisko Hirngespinnst — spinne268 — snuję pajęczynę z myśli... he... he... pomiędzy życiem i duszą dziwną pajęczynę, na której człowiek zawisa, a ona go obmota zewsząd, ze wszystkich stron, w serce się wciśnie, serce oplecie jak kokon, do życia nie dopuści... he... he... I bardzo niepotrzebną jest rzeczą szamotać się, pajęczynka mocna, nie popuści... he... he... Nieprawdaż, księżuniu, mocna. I tak się werznie, wpije, że o wszystkim człowiek zapomni i o niczym innym myśleć nie zdoła...

Bryczka jechała wolno, ksiądz Suchoszczapski jednym susem wyskoczył z niej, rzucił się w bok, na przełaj przez pola, lecz tuż poza sobą słyszał kroki tego niespodziewanego towarzysza podróży i jego śmieszek drewniany i skrzypiący. Ksiądz Suchoszczapski biegł, jak mógł najdalej, zrzucił sutannę, aby nie przeszkadzała mu w drodze, na jedną chwilę przypadł ustami do źródła, tryskającego niby płynny kryształ chłodny i rześki, i biegł znowu, a Hirngespinnst był tuż za nim, tuż za nim.

Dopadł do lasu, upadł bez tchu na miękkie mchy. Drzewa szumiały nad nim poważnie, pochylając swe sękate, dobre gałęzie. Słońce przeglądało poprzez liście wielkie i miłosne. Ksiądz Suchoszczapski uczuł, że tryska w nim źródło długoletnim piaskiem przesypane, że budzi się w nim coś, co go z mchami tymi, drzewami, słońcem zespala.

I tu dopadł go Hirngespinnst, cienkimi rękoma szyję oplótł i śmiał się, ściskając coraz mocniej, mocniej.

Drzewa szumiały uroczyste i bezgrzeszne, słońce spływało miłością i złotem, a Hirngespinnst śmiał się cicho, oplątując szyję Suchoszczapskiego wpijającymi się w nią cienkimi rękoma.

Pan Kajetan Jutro

Pan Kajetan Jutro, niegdyś sklepikarz i karczmarz, a dzisiaj właściciel wcale pokaźnej posiadłości ziemskiej, miał od dwóch tygodni niegolony, szczecinowaty zarost, maleńkie, sprytne ślepki, czerwone policzki, niemniej czerwone ręce o grubych palcach, z wypukłymi, zaniedbanymi paznokciami, szerokie barki i nieco wystający brzuszek. Ocierał nos palcami i pluł przed siebie, spoglądając na mnie z niewysłowioną pogodą. Jechaliśmy razem w przedziale wagonu drugiej klasy. Przez otwarte okno wpadało tchnienie jesieni, ten dziwny zapach roli, w którym zamieranie jednoczyć się zdaje z wieczną, krzepką żądzą życia, domagającego się zapłodnienia, pełną zaufania w niezawodną, niezawodzącą nigdy odnowę.

Pan Kajetan Jutro klepał się po biodrach i kolanach, wciągał w nozdrza powietrze i mówił, nieustannie spluwając, do pana o wielkich, siwych wąsach, wytartym, lecz zgrabnym i niegdyś zapewne modnym surducie i sygnetem z krwawnikiem269 na palcu. Panu przebiegało często po smutnej, zniechęconej twarzy nerwowe drganie, wyradzające się pośpiesznie w żałosny uśmiech, gdy pan Kajetan Jutro śmiać się donośnie raczył. Oczy pan miał niebieskie, wypłowiałe, jakby czymś nieskończenie niespodzianym oszołomione. Takie oczy muszą mieć ludzie, którzy przed chwilą otrzymali tęgie uderzenie po czaszce lub przed którymi ziemia się nagle rozstąpiła. Znałem tego pana dawniej — nosił piękne, historyczne nazwisko i wisiał — jak to mówią — na ostatnim zadłużonym folwarczku. Nie wiedziałem teraz — śmiać się czy litować, patrząc, jak siedział na brzeżku ławki, pokornie zerkając tymi swymi bezradnymi oczyma w kierunku rozpierającego się i rozprawiającego pana Kajetana Jutro. A pan Kajetan Jutro był w wenie270. W oddali — na widnokręgu — wyłoniły się niewyraźne zarysy Warszawy, do której dojeżdżaliśmy właśnie. Pan Jutro patrzał na to jak gdyby z lekkiego obłoku wyłaniające się miasto, na spowite w mgłę i wydzierające się z niego wieże kościelne i kominy fabryk łakomym, oblizującym się wzrokiem.

— Piękne miasto — powtarzał co chwila i patrzał na zygzaki majaczących kształtów okiem właściciela, który potrzebuje tylko rękę wyciągnąć. Przeciągnął się, aż w stawach zachrzęściało.

— Piękne miasto — powtarzał — tylko sprytu jeszcze w nim mało. Tam by potrzeba ot, tak... — i tu wyciągnął przed siebie rękę, rozczapierzył drapieżnie i chciwie grube, niezgrabne palce i nagle ścisnął w kułak271 z lubieżnym zadowoleniem.

— Ot, tak... — powtórzył. A pan z sygnetem zaśmiał się pospiesznie cieniutkim, spękanym śmieszkiem i niespokojnie zajrzał panu Jutro w oczy.

Ciekawość mnie ogarnęła.

— Cóż byś pan tak zawzięcie ściskał w Warszawie? — zapytałem.

Pan Jutro zaśmiał się grubo i splunął przez zęby. Pan z sygnetem spojrzał na mnie z podejrzeniem, jak gdyby z wyrzutem; po chwili przekonał się jednak, że pytanie moje panu Jutro humoru nie popsuło — nabrał więc otuchy i oczekiwał z wyrazem twarzy wyczekującym dalszych rozporządzeń.

— Sentymenty różne przycisnąć potrzeba, uczoności, opery, malarstwa, teatry i inne zbytki; ot, co — powiedział pan Jutro i zaśmiał się zadowolony.

— Ojcowie nasi obywali się bez tego wszystkiego, bez wszystkich nowoczesnych wymysłów, w Boga wierzyli, klejnot swój szanowali i ich szanowano — zaczął siwy pan, nieśmiało muskając wąsa.

— No, już ty mi, jaśnie wielmożny, o swoich ojcach nie opowiadaj. Kupił ja ich wszystkich, tych twoich ojców. W zastawie u mnie niewykupieni — i portrety ich, i papiery, i rodowody. Moje więc to dziś ojce, na to wychodzi. Za krwawicę272 ich od ciebiem kupował273. W spiżarni teraz u mnie leżą ojce; jak274 będzie potrzeba, wydobędę.

Siwy pan skulił się, zmalał, zszczuplał i śmiał się cichuteńko dziwnym, jak gdyby zaplutym śmieszkiem; a pan Kajetan Jutro splunął przed siebie, chrząknął z fantazją i mówił:

— Ale taki myślę275, że to wszystko na nic teraz. Szpargał i tyle. Słuchaj, ty jaśnie wielmożny, jak ty nazywasz tego, co w czerwonej pelerynie, na białym koniu siedzi?

Jaśnie wielmożny wyprostował się:

— Ksiądz prymas, kardynał — od brata jego my wszyscy wywodzimy się.

— A cóż z tego, że się wywodzicie, kiedy on u mnie za dwadzieścia pięć rubli w spiżarni leży. I teraz ja, ile razy zechcę, w pysk mu napluję. He... Ot, tak... napluję.

Słaby rumieniec przebiegł po szarej, jak gdyby na własny pogrzeb od dawna już czekającej i dziwiącej się, czemu tak długo nie nadchodzi, twarzy jaśnie wielmożnego.

— He, he — śmiał się — żartujesz, panie Jutro, żartujesz, a nie godzi się; przeszłość narodu — święta rzecz.

Pan Jutro zachmurzył się.

— Pluję ja na twoją przeszłość i twój naród. I niczego tego nigdy nie było. Wszystko to wasze zbytki. — Nie znałem ja nigdy żadnego narodu: ani ja, ani mój ojciec. Wszystko to wasze zbytki tylko, wasze cugi, wasze lokaje, wasze liberie276 — oto i cały wasz naród. A teraz skończyło się — splunąłem i nogą rozdeptałem. Kto mi zabroni plunąć i nogą rozdeptać? Ja płacę, ja pan, ja Jutro, ja mam pieniądze, wszystko dla mnie.

Jaśnie wielmożny pan krztusił się i rozpaczliwym skurczem rozciągał twarz w uśmiech. A Jutro spozierał277 gniewnie i sapał.

— Przyzna pan jednak — wtrąciłem — że oprócz szlacheckich zbytków, jak pan mówi, przeszłość nasza i teraźniejszość zawiera w sobie co innego. Naród to nie jakaś pojedyncza klasa i jej wspomnienie, to wspomnienie, to wspólna pamięć we wspólnym szczęściu i wspólnej niedoli — to wspólna troska.

Pan Jutro zaśmiał się gardłowo.

— Nijakiej u mnie wspólnej pamięci nie ma i być nie może. I o czym ja pamiętać mam, kiedy mnie aż do tej pory wcale nie było, a teraz jestem i będę, i wszystko, co zechcę, nogą rozdepcę, bo mi to na nic niepotrzebne. Ja jestem, moje dziesięć palców, moje pieniądze — nic więcej.