Dla szczęścia
Świetnemu artyście dramatycznemu
Kazimierzowi Kamińskiemu
Stanisław Przybyszewski
OSOBY:
- HELENA.
- OLGA.
- MLICKI.
- ZDŻARSKI.
AKT PIERWSZY
Obszerny pokój z głównemi drzwiami na kurytarz. Na lewo drzwi do przyległych pokoi, na prawo okno, za niem biurko z wysuniętemi szufladami. Na biurku listy, papiery, koperty w wielkim nieładzie. Na stole pali się wysoka lampa; niewyraźne światło. Winieje.
SCENA PIERWSZA
HELENA I MLICKI.
HELENA
siedzi przy biurku, czyta jeden list po drugim, odrzuca je potem ze wstrętem, wstaje i wpatruje się błędnie przed siebie. Słychać jak drzwi od kurytarza się otwierają, a potem z trzaskiem zamykają. Helena drgnęła, idzie do okna i przyciska skronie do szyby.
MLICKI
wchodzi, zatrzymuje się zdumiony, niespokojnym wzrokiem mierzy Helenę, przystępuje do biurka, wrzuca bezładnie papiery i listy do szuflad i zamyka je. Potem bierze papierosa, zapala go powoli, siada na krześle. Po chwili zmęczonym głosem.
Ty otworzyłaś moje biurko?
HELENA
zwraca się wolno ku niemu, stoi chwilę tyłem ku oknu odwrócona, śmieje się urwanym, ochrypłym śmiechem.
Tak! — może ci to niemiło?
MLICKI
Dlaczegoś to zrobiła?
HELENA
patrzy nań pogardliwie i milczy.
MLICKI
rozdrażniony.
HELENA
śmiejąc się ironicznie.
Bo chciałam wiedzieć, jaka jest treść listów owej pani — owej pani, o której tyle słyszałam. A przecie przyznasz, że to rzecz dla mnie bardzo ważna patrzy chwilę na niego. Sądzisz, żem nie wiedziała, iż mnie od kilku tygodni oszukujesz? Gdzie spędzasz całe wieczory? na konferencyi redakcyjnej? ha ha ha!
MLICKI
podrażniony.
Mogłaś trochę cierpliwiej czekać. Dziś byłabyś się o wszystkim dowiedziała i nie potrzebowałabyś...
Wskazuje na biurko.
HELENA
Byłabym się dowiedziała? Od ciebie? Od ciebie? Gdyby się Zdżarski nie był przypadkowo wygadał, nicbym nie wiedziała. O wstydź się, wstydź, jakiś ty nikczemny! Za kilka tygodni masz wziąść ślub z tą — z tą panią, a słowaś mi jeszcze o tem nie wspomniał. Bałeś się, co?...
MLICKI
chodzi po pokoju z udanym spokojem.
Więc do rzeczy. Miło mi bardzo, że o wszystkim wiesz i oszczędziłaś mi długich wyjaśnień... przeciągle, ja wyjaśnień strasznie nie lubię...
HELENA
z wzrastającym oburzeniem.
Boś nędzny tchórz! krzyczy, na coś grał tę nędzną komedyę? Śledziłeś każdy mój ruch, chciałeś wyzyskać chwilę, w której byłabym przystępną dla twoich wyjaśnień. Ha! ha! Szukałeś sposobności, żeby wszystko powiedzieć, a nie odważyłeś się na to... nie odważyłeś się na to, żeby twojej dawniejszej kochance powiedzieć „kocham inną” — a kłamałeś — kłamałeś bezustannie! O! Jak ty nędznie kłamałeś!
MLICKI
tracąc spokój.
Proszę cię, daj teraz pokój! Mam dosyć twoich życzliwych uwag. Wymówki są zupełnie nie na miejscu. Powinnaś być mi wdzięczną, że tak długo ci przykrości oszczędzałem... Więc wiesz już, że się musimy rozstać!...
HELENA
z wściekłością.
Rozstać!... rozstać!... Ha, ha, ha! Nie, nie, mój kochany, tak szybko to nie idzie! Krew mi wyssałeś, duszę mi zniweczyłeś, ze czci mnie odarłeś, a teraz chcesz mnie wyrzucić?!... Oddałam ci wszystko, co tylko kobieta dać może!... Dla ciebie porzuciłam rodziców, dla ciebie wytykają mnie ludzie palcami... A teraz, teraz mamy się rozstać!! Ha, ha, ha!... jak pies będę szła za tobą, jednej minuty spokoju ci nie dam — o ty — ty!... zanosi się płaczem. O Boże! Boże!...
MLICKI
W ten sposób oczywiście się nie porozumiemy. Trzeba wreszcie, żebyś spokojnie całą rzecz rozpatrzyła. Kocham inną. Długo walczyłem z tem uczuciem, by nie robić cię nieszczęśliwą. Uległem, bom musiał uledz. Są uczucia, wobec których obowiązki i tem podobne rzeczy są czczym frazesem. A zresztą o ile cię znam, nie chciałabyś, bym tylko z obowiązku został przy tobie... Wątpię, czybyś chciała żyć z człowiekiem, który przez całe życie będzie cię uważał za kulę u nogi, za... za... zaporę do szczęścia.
HELENA
przerywa mu gwałtownie.
Ja kulą u nogi? Ja?.... A czem ty się dla mnie stałeś? — Byłam dzieckiem prawie, gdyś mi raj obiecywał, by mnie tylko posiąść, a teraz jestem kulą u nogi? Ja tobie zaporą? a tym mnie czem?... czem?... Co się ze mną stanie?... Gdzie ten raj... ta... ha, ha, ha, ta wieczna rozkosz, którąś mnie nęcił?
MLICKI
Nie unoś się. Zapędzasz się coraz bardziej w twoim niesprawiedliwym żalu. Przecież nie poszłaś za mną dlatego, żem ci raj obiecywał, tylko dlatego, żeś mnie kochała. Więc cię tylko ta niespodziewana rozkosz nęciła, a nie miłość twoja, he?...
HELENA
patrzy błędnie przed siebie.
MLICKI
A więc, gdybyś była wiedziała, że pójdziesz w nieszczęście ze mną...
HELENA
Tak, w nieszczęście, ale z tobą! Z tobą, a nie dlatego, byś mógł po trzech latach mnie opuścić — dla innej — dla tej pani — nagle spokojna. Zresztą po cóż te długie rozprawy. Jesteś przecież wolny, niczem nieskrępowany. Nie kochasz mnie, więc idź, idź, gdzie ci się podoba, idź do niej, idź!
MLICKI
siada naprzeciw niej, wolno i łagodnie.
Słuchaj Hela, mówże ze mną rozsądnie.
HELENA
prostuje się gwałtownie.
Ale dajże mi raz przecie spokój! Czego chcesz jeszcze odemnie? Czy lękasz się o mnie?...
MLICKI
Tak — zanadto jestem do ciebie przywiązany, żeby mi to miało być obojętnem.
HELENA
Przywiązany! przywiązany! Ha, ha, ha, może poczuwasz się do wdzięczności za tyle rozkoszy? Może mi chcesz dać odszkodowanie?... z dziką ironią. Wiesz co? Sprawa załatwi się najlepiej, jeżeli mnie wydasz za kogo.
MLICKI
z tłumioną wściekłością.
Podła!
HELENA
Ty, ty jesteś podły! Dlaczego mnie wziąłeś? Dlaczegoś mi całe dwa lata miłość kłamał w najwyższem oburzeniu. Płaciłeś moją miłość!... Strawą i odzieniem płaciłeś moją miłość! Jezu! Jezu! Jakie to obrzydliwe porywa się. Czego chcesz, czego?... Mamże prosić niebios, by wszelkie błogosławieństwo na twoją głowę zlały, mamże cię w czoło całować i mówić: Idź mój Stefanie, idź, szukaj dla siebie innego szczęścia?!...
MLICKI
patrzy na nią cały czas, potem śmieje się krótko.
All right! To wcale nie źle powiedziałaś. Więc dobrze, będziemy żyć dalej spokojnie i szczęśliwie. Wiesz aż nadto dobrze, że cię nie opuszczę, dopóki ci twej przyszłości nie zapewnię... Spodziewałem się, że serce twoje delikatniej odczuwa...
HELENA
oburzona.
Niecny z ciebie komedyant! Chciałeś powiedzieć, ze zostajesz ze mną, bo cię do tego zmuszam?...
MLICKI
Otóż to właśnie powiedziałem.
HELENA
patrzy na niego z osłupieniem.
Ja cię chcę zmusić?... Ja?...
MLICKI
Rozumie się — skoro mówisz: nie chcę twojej pomocy — to znaczy tyle, co: będziesz mnie miał na sumieniu.
HELENA
Na sumieniu?
MLICKI
Oczywiście! bez mojej pomocy zmarniejesz.
HELENA
A cóż ciebie to obchodzi? Daj mi zmarnieć! Daj mi skosztować tych rozkoszy, tych rajów, któreś mi obiecywał!
MLICKI
Chciałabyś sobie zdobyć koronę męczeńską? Nie, moja złota, pomyśl tylko co to za przykra rzecz, dostać się na języki tych panien i pań, żądnych równouprawnienia. We wszystkich petycyach wskazywanoby na nasz stosunek — He, he, pan się ożenił, a opuszczona dama zmarniała!
HELENA
O! jakiś ty nędzny! Jakiś ty podły!
Rzuca się z płaczem na kanapę.
MLICKI
zgryźliwie.
Nie pojmuję, dlaczego płaczesz? Chcę iść — płaczesz — chcę zostać — także płaczesz. Obrzucasz mnie niesłychanie pochlebnymi epitetami. Nasza cała rozmowa była okresem pełnym obelg — pauzy wypełniałaś płaczem... No powiedz tylko, czy nie dobrze się stało, żeś wcześniej o tem nie wiedziała? Te same sceny byłyby się już od kilku tygodni powtarzały, a to chyba nie byłoby zbyt miłą strawą.
HELENA
wstaje i idzie ku drzwiom.
MLICKI
A wiec skończmy raz... Zostaję przy tobie! Będzie nam dobrze razem uśmiecha się ironicznie. Tak, tak dobrze, bardzo dobrze...
Słychać pukanie do drzwi; Helena wychodzi.
MLICKI
Proszę!
SCENA DRUGA
MLICKI, ZDŻARSKI.
ZDŻARSKI
wchodzi. Powierzchowność zaniedbana, niespokojne ruchy.
Dzień dobry!
MLICKI
Skąd się tu wziąłeś?
ZDŻARSKI
Wydarzyła mi się przykra rzecz.
MLICKI
Cóż takiego?
ZDŻARSKI
Kazano portierowi, aby nie puszczał mnie do hotelu, dopóki nie zapłacę rachunku.
MLICKI
Przecież miałeś dziś w nocy pieniądze?...
ZDŻARSKI
Wszystko przegrałem!
MLICKI
Pociesz się, ja też się mocno zgrałem.
ZDŻARSKI
Mogę u ciebie parę dni pozostać? W tych dniach nadejdą pieniądze dla mnie.
MLICKI
Bez wątpienia, miejsca jest aż nadto.
Gasi lampę i chodzi do koła niespokojnie.
ZDŻARSKI
Jesteś bardzo niespokojny?...
MLICKI
Ty byłeś tu wczoraj?
ZDŻARSKI
Tak; nie zastałem cię w domu!...
MLICKI
Ale z Heleną rozmawiałeś?
ZDŻARSKI
Niestety, nie wiedziałem, że ona o niczem nie wie. Przypadkowo zgadało się o Oldze, ja w tej myśli, że ona o wszystkiem wie...
MLICKI
uśmiecha się.
Przypuszczałeś to rzeczywiście?
ZDŻARSKI
kręci papierosa.
Tak! Nie spodziewałem się, że chcesz nadal ukrywać ten głośny stosunek.
MLICKI
śmieje się nerwowo.
ZDŻARSKI
Czemu się śmiejesz?
MLICKI
Dziwna rzecz, jakiś ty czasem naiwny.
ZDŻARSKI
patakując.
Aha!
MLICKI
No i cóż dalej?...
ZDŻARSKI
A nic. Helę jakby piorun raził. Ale to kobieta hartowna. W jednej chwili się opanowała. Nieczem się przedemną nie zdradziła.
MLICKI
To ci się podobało?... Co?...
ZDŻARSKI
Bardzo. Zrozumiałem, że gdybyś ją kochał, gdyby była z tobą szczęśliwa, byłaby mogła być czemś więcej dla ciebie, jak tylko...
MLICKI
Masz niezrównany zmysł psychologiczny.
ZDŻARSKI
Jak czasem... No, w każdym razie dobrze zrobiłem, że ją przygotowałem?
MLICKI
Lepiej, niż się tego spodziewałeś.
Chwila milczenia.
ZDŻARSKI
No i na czem obecnie stanęło?
MLICKI
Na czem? hm! jedno z nas zmarnieć musi.
ZDŻARSKI
Ty nie zmarniejesz. Ale Hela z pewnością.
MLICKI
No i co potem?
ZDŻARSKI
O to cię właśnie chciałem zapytać...
MLICKI
Ja na to rady nie mam, nic a nic pomódz jej nie mogę. Stanowczo wszelką moją pomoc odrzuciła.
ZDŻARSKI
Hm, to jasne, że Hela, właśnie Hela nie chce być dalej twoją utrzymanką...
MLICKI
Utrzymanką?...
ZDŻARSKI
No, nazwij to jak chcesz, nie będziemy się o słowa sprzeczać... Hm!... Podła sprawa... Ty rzeczywiście żadnej odpowiedzialności nie masz. Cóżeś ty winien, że inną pokochałeś... Ale... ale... jakżeż z sumieniem? to głupie sumienie, co się w żaden sposób nie chce ucywilizować!?...
MLICKI
A cóż mnie sumienie obchodzi! Chcę szczęścia! Chcę żyć, a pozostać tu dłużej, to dla mnie zguba!
ZDŻARSKI
A wiec zdecydowałeś się Helę poświęcić?
MLICKI
Jeżeli tak być musi!...
ZDŻARSKI
Aby żyć!... Żyć w szczęściu!... He, he, a jeśli to szczęście nie spełni twych oczekiwań, jeśli wszystkie te ofiary pójdą na marne?...
MLICKI
To wszystko możliwe.
ZDŻARSKI
Mam na myśli całkiem specyalny wypadek.
MLICKI
śmieje się ironicznie.
Wiem, wiem... wreszcie dosiadłeś swego konika. Nieprawdaż? Stare teorye o czystości, o instynktach samczych...
ZDŻARSKI
Możeby było lepiej, gdybyś trochę poważniej zajrzał w twoje serce.
MLICKI
Dla mnie Olga pozostanie czystą i dziewiczą, choć — choć już należała do innego.
ZDŻARSKI
Jakie to jasne w teoryi! — śmieje się. Jasne jak słońce! Bo cóż ona temu winna, że cię ktoś uprzedził, że oddała serce swe, zanim mogła przeczuwać, iż jakiś Mlicki istnieje? Cóż do djabła ona temu winna, że ten ktoś żądał pochwytnej rękojmi jej miłości — to znaczy he, he, wiesz już czego się żąda od dziewicy. Cóż wreszcie winna, że się oddała? Oddać się musiała — bo przecież miłość silniejsza od rozsądku. Podobno to nawet jest siłą charakteru, odwagą, szlachetną dumą, jeźli kobieta nie czeka, aż otrzyma państwowe zezwolenie na — na ową he, he, rękojmię miłości. No proszę cię, czyż można coś piękniej uzasadnić, można coś głębiej zrozumieć, jak właśnie to? Więc nie zważam na nic: żenię się. Naraz odzywa się samiec. Prosty ordynaryjny samiec, samiec, który jest równie silny w duszy parobka, jak naprzykład w duszy człowieka tak moralnie przerafinowanego, jakim ty jesteś. Rozpoczyna się pierwszy akt szczęścia. Czujesz, że wszystko, co kobieta po raz pierwszy daje, to wszystko, co w duszy kobiety jest tylko przeczuciem, obawą dziwną a tajemniczą, pełną strachu i pragnienia, to wszystko już duszy twej, no, dajmy na to, żony — dawno przekwitło: już dawno zapomniała tego pijanego szału, z jakim się po raz pierwszy oddawała; he, he... jest doświadczona, może trochę zimna... bo, bo wiesz w tych chwilach budzi się w kobietach doświadczonych zmysł spostrzegawczy, a wiesz, że my mężczyźni jesteśmy właśnie w tych chwilach niezrównanie komiczni — he, he. Ale może ci przykro, że tę sprawę poruszam?
MLICKI
I tobie się zdaje, że mnie to boli? he, he...
ZDŻARSKI
Nie boli cię to? Toś niezwykły człowiek; nie boli cię nawet to nawet, jeśli pomyślisz, że Olga mogłaby być już matką?
MLICKI
wściekły.
Milcz!
ZDŻARSKI
Po co mam milczeć, kiedy to cię nie boli? zapalczywie. Od człowieka, którego serce szanuję, żądam tego instynktu! Wolno parobkowi go nie mieć, wolno mu brać za żonę kobietę, która mu w posagu przynosi dzieci z innym spłodzone. Ale tobie nie wolno brać kobiety za żonę, któraby ewentualnie...
Urywa.
MLICKI
siada na krześle.
Dosyć tego! jeśli ci na tem zależy, bym ci się przyznał, jak bardzo nad tem cierpię — to tę satysfakcyę możesz mieć, Ale nie męcz mnie teraz. To się na nic nie zda. Ja bez Olgi żyć nie mogę. Jest coś, co jest silniejszem we mnie nad wszystkie cierpienia, nad wszystkie inne instynkty macha ręką. Nie idzie wszystko na marne, jeśli tak być musi...
Pauza.
ZDŻARSKI
Kiedyż Olga wróci?
MLICKI
Dlaczego właśnie pytasz o to?
ZDŻARSKI
Możeby to lepiej było, gdyby nie była wyjeżdżała?
MLICKI
Czemu?
ZDŻARSKI
Na dystans wydaje się zawsze, że żyć bez tego kogoś nie można.
MLICKI
wstaje rozdrażniony.
Jakoś niezwykle przyjacielsko jesteś dziś do mnie usposobiony. Powiedz tylko, kochasz ją jeszcze? Kochasz ją więcej niż dotąd!?
ZDŻARSKI
pogardliwie.
Mylisz się mój drogi!
MLICKI
Nie, nie, nie mylę się.
ZDŻARSKI
wzrusza ramionami.
MLICKI
Skądże ta nienawiść ku niej?
ZDŻARSKI
Nienawiść? Ja jej bynajmniej nie nienawidzę, ale nie mam powodu zachowywać dla niej w mem sercu wdzięcznej pamięci.
MLICKI
Aha! aha! Za dalekoś się zapędził w twoich nadziejach?
ZDŻARSKI
Ja ich w sobie nie robiłem, ktoś inny je we mnie wzbudził.
MLICKI
A! a! To podczas waszego pobytu w Paryżu?... N’est ce pas? Raz mówiłeś coś o tem! Ale jak to było?
ZDŻARSKI
śmieje się.
Masz dobrą pamięć! Tylko wtedy — ot, niewinne głupstwo.
MLICKI
No opowiedzże!
ZDŻARSKI
A, drobnostka! Siedzieliśmy w zamkniętym pokoiku jakiejś winiarni i piliśmy szampana. Olga namiętnie lubi szampana. Wprawdzie trochęśmy dużo wypili...
MLICKI
No i...?
ZDŻARSKI
Nic więcej... zjadliwie. Mój przyjaciel szukał mnie... taki prosty łatęda, który miał też ochotę na szampana...
MLICKI
z sztuczną wesołością.
Padliście zatem, że tak powiem ofiarą — przerwanej miłości. Czytałem raz pyszną balladę na ten temat.
Pauza.
Teraz jej już nie kochasz? Toś się szybko odkochał! Jakże to się stało, że twoja miłość tak gwałtownie zamilkła?
ZDŻARSKI
Wcale nie gwałtownie... zwolna, kawałek po kawałku gniła moja miłość, zresztą poznałeś ją w tem samem męskiem towarzystwie co i ja. Zanadto był mi wstrętny widok tylu pożądliwych rąk, które i po nią się wyciągnęły.
MLICKI
z tajoną wściekłością.
He, he — przedziwnie to powiedziałeś... Ale, ale... twa pamięć kiepska. Nigdy nie zapomnę, z jakiem uwielbieniem o niej mówiłeś zaczem ją poznałem. Wtedy była dla ciebie piękną, odważną, coś w rodzaju nad-kobiety, co depcze wszelkie prawa, co stoi ponad wszystkimi tymi przesądami, których teraz tak zapalczywie bronisz... pamiętasz?
ZDŻARSKI
Owszem, pamiętam. Nie znałem jej jeszcze wtedy. Sama sobie stawiała ideały, którym się dziś sprzeniewierza.
MLICKI
Przedziwny z ciebie dyalektyk. Wyrażasz się bardzo niejasno; przynajmniej pojąć nie mogę, dlaczego się tak gorąco moim stosunkiem zajmujesz.
ZDŻARSKI
Ja? Ależ niech Bóg broni! Poprostu mnie zmuszasz do tego. O niczem innem nie jesteś w stanie mówić. Wypytujesz mnie ustawicznie, krążysz naokoło mnie jak kot koło gorącej miski. Przypuszczasz, że wiem coś o niej, czego ty nie wiesz, chciałbyś mnie znienacka podejść...
MLICKI
zapomina się i przerywa mu szyderczym śmiechem.
He, he! powiedzno tylko kochany Janie, czy cię naprawdę nie wpuszczono do hotelu?
ZDŻARSKI
uśmiecha się.
Mam się oburzyć?
MLICKI
z zjadliwą ironią.
Czy pokazuje na drzwi czyś nie słyszał z kurytarza mojej rozmowy z Heleną?
ZDŻARSKI
cynicznie.
Mam cię wyzwać?
MLICKI
śmieje się coraz pogardliwiej.
Rzeczywiście myślałeś wczoraj, że Helena wie o wszystkiem?
ZDŻARSKI
A do djabła! Tyś jakby stworzony na małżonka, który świetnie będzie umiał dogryzać swej doświadczonej pani.
MLICKI
przypatruje mu się chwilę.