Goście

Epilog dramatyczny w jednym akcie

OSOBY:

  1. ADAM.
  2. BELA, jego żona.
  3. POLA, jego siostra.
  4. GOŚĆ.
  5. NIEZNAJOMY.
  6. PIERWSZY STARZEC.
  7. DRUGI STARZEC.
  8. WODZIREJ.
  9. GOŚCIE.

W pałacu przygrywa muzyka Danse macabre Saint-Saënsa.

Konradowi Rakowskiemu

Park. Noc księżycowa. W dali rzęsiście oświetlony pałac. Po parku przesuwają się z uśmiechem i gwarem pary ludzi — wchodzą do pałacu, to znowu wychodzą. Na scenę wchodzi dwóch starców, siadają na ławie.

SCENA PIERWSZA

STARZEC I i STARZEC II.

STARZEC I

Jak to się wszystko zmienia na świecie. Pamiętam ten pałac, kiedy jeszcze żył stary hrabia. Panie, jakie tu serdeczne, a wesołe były bale... Ale odkąd go ci nowi przybysze kupili — wszystko się zmieniło. Mnie tu coś ciągnie, taki jakiś stary nałóg, ale mi tu już nie miło.

STARZEC II

Skąd oni się tu wzięli?

STARZEC I

Niewiadomo. Spadkobiercy hrabiego właśnie pałac wystawili na licytacyę — oni przyjechali — Bóg wie skąd, no — i kupili...

STARZEC II

W pałacu ukrywa się jakaś tajemnica.

STARZEC I

zamyślony

Jak tu było wesoło! Pamiętam, jak się przed trzydziestu laty tu bawiłem — och, to był inny dom, jak teraz — inny, inny...

STARZEC I

Bo było w nim czyste sumienie i szczęście i spokój.

STARZEC II

A teraz?

STARZEC I

Tam jakaś tajemnica na dnie się ukrywa. Jakaś straszna tajemnica. Mnie nie oszukają pozory, ani te ciągłe bale, ani ta sztuczna wesołość...

STARZEC I

Co się tam na dnie kryć może? Jaka tajemnicza zbrodnia? Co?

STARZEC II

Bo ja wiem? Zbrodnia — hm — wszystko jest zbrodnią — człowiek na to stworzony, by płodził zbrodnię.

STARZEC I

Tak, tak, wszystko może być zbrodnią.

STARZEC II

Życie samo, bo żyjesz kosztem innego.

STARZEC I

zamyślony

Ożenisz się z kobietą, o której nie wiesz, czy cię kocha...

STARZEC II

Przyjdzie dziecko na świat, którego wychować nie możesz...

STARZEC I

Udusisz wstrętnego skąpca, którego pieniędzmi mógłbyś świat cały uszczęśliwić...

STARZEC II

Przekroczysz prawo, które samo może być zbrodniczem...

STARZEC I

Tak! to wszystko może być zbrodnią...

Po chwili.

STARZEC II

Nie wińmy ludzi — oni na to stworzeni, by zbrodnie płodzić, a wszystko może być zbrodnią... Ach! ludzie tacy biedni, tacy biedni...

STARZEC I

I oni, ci nowi przybysze, zdają się być weseli, a taki dziwny lęk wyziera im z oczu...

STARZEC II

Ha, bo dziwni, dziwni goście zapełnili ich dom. Zwłaszcza ten jeden, co krok w krok wlecze się za Adamem: gdzie Adam się ruszy, jest przy nim — taki cień nieoderwany...

STARZEC I

Jakoś mi strasznie niemiło. To jest, jakgdyby jakieś nieszczęście zawisło nad tym domem.

Chwila milczenia.

STARZEC II

Tylko nie wińmy ludzi. Ludzie czasem bardzo biedni — a może nawet żadnej zbrodni nie popełnili. Natura dziwnie bywa czasem złośliwa. Karze za grzechy, która sama w serce człowieka wszczepiła.

STARZEC I

Tak, tak. Dziwnie się mści chwila szału i szczęścia...

STARZEC II

Czasami człowiek nie wie, że zbrodnię spełnił... Nagle w sercu powstaje mała ranka — rozrasta się w straszliwy sposób — człowiek nagle przejrzy, ale wtedy dopiero, jak go już obłęd chwyta... I to czasami nawet w chwili szczęścia jakieś nagłe wspomnienie — słaby jakiś wyrzut — z tym jednym wyrzutem kojarzą się tysiące — coraz silniejsze, coraz cięższe — rozpoczynają się poszukiwania, dochodzenia... najdrobniejszy szczegół, najmniejsza krzywda wyrasta do potwornych rozmiarów — i, ot! dom napełnia ci się dziwnymi gośćmi.

STARZEC I

Tak, tak, to ta tajemnicza ukryta sprawiedliwość wewnętrznego porządku rzeczy...

STARZEC II

Tego ludzie nie wytworzyli — oni znają tylko karę, a sprawiedliwość serce samo wymierza...

STARZEC I

Serce... he, he — za swoje własne złe podszepty i uwodzenia...

STARZEC II

śmieje się cicho

Tak, tak, tak...

Z pałacu dochodzi muzyka — pary się zbierają, wszystko gromadzi się tłumnie na werandzie pałacu.

WODZIREJ

klaszcze w ręce

Panowie i panie, taniec się rozpoczyna!

STARZEC I

do drugiego

Chodźmy i my, niech sobie przypomnę te piękne czasy, kiedy tu było tak dobrze i wesoło...

STARZEC II

I dobre sumienie...

Wychodzą.

SCENA DRUGA

Z werandy pałacu schodzi Adam, głęboko zadumany. Stoi chwilkę, potrząsa głową.

ADAM

po chwili

Straszny gość zagnieździł się w tym domu... zamyślony straszny, straszny...

POLA

schodzi z werandy, podchodzi ku Adamowi, bierze go za rękę.

Adam! Adam! Mój biedny bracie — ja muszę opuścić twój dom.

ADAM

przerażony

Co? co? Ty chcesz opuścić mój dom?

POLA

Tu niema miejsca dla mnie — twój gość mnie wypiera...

ADAM

Co? Miejsca niema? Dla ciebie niema miejsca? No, to ci zbuduję nowe pałace, marmurowe — z kryształu, jeżeli zechcesz, z czerwonego porfiru, zielonego syenitu — miasta ci całe zbuduję — całe miasta — świat cały ci zabuduję — tylko zostań, zostań...

POLA

Och, gdybyś ziemię całą dla mnie zabudował, to jeszcze nie będę miała miejsca. Twój gość zewsząd mnie wyprze... Już ja ci się teraz na nic nie przydam... Ten dom twój, to dom nieszczęścia, lęku — dom złego sumienia...

ADAM

Pola!

POLA

Nic, nic — stało się coś strasznego w tym domu; ja ci się pytać nie chcę, nie chcę nicować twej duszy — o Boże, żeś ty musiał wejść w ten dom! I co cię tu sprowadziło do tego domu?

ADAM

Miłość.

POLA

A spełniłeś zbrodnię...

ADAM

Co? co?

POLA

z cichym uśmiechem

Ja już wszystko przeczułam i przeklinam ten dom, który duszę twą zabił.

Chwila milczenia.

POLA

Tak! na nic ci się już nie zdam. Adam, pomnisz to nasze wielkie szczęście, to spokojne ciche szczęście, zaczem wszedłeś w ten dom? Raz na skałach, na brzegu Oceanu? Morze tak gładkie i miękkie, jak dłoń ukochanej kobiety; jakaś zaświatowa melodya zmroków i gasnącej purpury na niebie wypełniała świat cały — i ocean znikł i świat cały spłynął nam z oczu...

ADAM

nagle

Och jaki ja byłem wtedy szczęśliwy!

POLA

A pamiętasz przed rokiem jeszcze, zaczem wszedłeś w ten nieszczęsny dom, pamiętasz te białe noce nad morzem Północy? Słońce, co właśnie zaszło, skryło się na chwilę za morze — już, już znowu powstać miało — w wielki ogromny majestat purpury, co niebo obciągnął, wcinały się długie, złote gońce światła, co białym żarem za chwilę świat zalać miało. Pomnisz, z jakiem szczęściem chłonąłeś te dziwne czary?

ADAM

Pomnę! Zbyt dobrze pomnę — może, gdybym to wszystko zapomniał...

POLA

To? to?

ADAM

Możebym się wtedy pozbył tego strasznego gościa...

Milczenie.

POLA

Gdzieś ty go spotkał?

ADAM

Gdzie, gdzie? Ha! na drodze życia, droga siostro. Wtedy, jak mi się noga poślizgnęła, jak bez myśli i bez pamięci rzuciłem się na oślep — w to, to... nieszczęście — ha, ha... miało ono być szczęściem... każdy człowiek, któremu się noga poślizgnie... wiesz, dostaje w dom takich gości...

POLA

Adam! Coś ty zrobił?

ADAM

patrzy na nią z cichym uśmiechem — wymijająco.

Gdzie go spotkałem? Ot, widzisz, przyczepił się do mnie po raz pierwszy w wielkiem mieście. Idę późną nocą do hotelu, a droga wypadała przez ciemny i dziwnie ponury park. I nagle, jakby z pod ziemi wyrósł, stanął człowiek przedemną i spojrzał na mnie wzrokiem, ale to takim wzrokiem, który całe ciało wypełnia, rozpiera je, zimnym dreszczem plecy, piersi zbiega. Drżałem, trząsłem się, ale oczy nasze się splotły, oderwać ich nie mogłem, zlepiły się z sobą... On powiedział tylko: odtąd pozostaniemy razem. Przez całe życie pozostaniemy razem...

POLA

Jakąś ty zbrodnię popełnił, Adam?

ADAM

Istnieje jakiś człowiek, któryby zbrodni nie popełnił? Jakiejś, choćby małej zbrodni? Co to znaczy duża, mała zbrodnia? Największa może mieć tak małe skutki, że staje się małą i naodwrót... A czy ty nie masz czasem lęku i trwogi, żeś może nieświadomie spełniła jakąś zbrodnię, taką, o której może nawet nie wiesz? Nie czujesz lęku i trwogi?

POLA

Nie na tyle, bym sama przed sobą uciekać musiała.

ADAM

Szczęśliwa!

POLA

Widzisz moje życie ciche, spokojne, zrównoważone.

ADAM

Zrównoważone... tak — jak było jeszcze przed rokiem nasze wspólne życie.

POLA

Przed rokiem.

ADAM

I jesteś szczęśliwa z mężem?

POLA

Spokojna, spokojna. A to już szczęściem... zamyślona I czemuś tego — takiego gościa wprowadził do twojego domu?

ADAM

Musiałem, musiałem! A, powiedz mi, czy jest jakiś dom, w którymby taki pan nie gościł?

POLA

Straszne, straszne! po chwili wskazuje na pałac, skąd coraz głośniejszy dochodzi oddźwięk muzyki. A to cię nie ogłusza?

ADAM

Nic, nic — chwilami pragnę się oszołomić, ale gość mój nie pozwala mi zapomnieć — to, to wskazuje na pałac to dla niej, dla mej żony: kobietę to ogłuszy, ale mnie — nie...

POLA

Adam, ja muszę cię opuścić, taki dom to jak zaraza... Zarazek nieszczęścia przyczepi się do sukni i wniosę go w mój dom.

ADAM

Tak idź, idź — ale z tobą znika dla mnie reszta spokoju, ukojenia, nagle z rozpaczą. Och, módz zapomnieć, módz zapomnieć!

POLA

opada, głucho

Módz zapomnieć... po chwili A nie mógłbyś opuścić tego domu?

ADAM

I dokąd ucieknę? Przed sobą uciec? Nie można!

SCENA TRZECIA

Z werandy schodzi Bela.

BELA

Adam! Adam!

ADAM

Co? Tu jestem.

BELA

podchodzi

Jesteś niedobry. Czemu gości spraszasz, jeżeli wciąż uciekasz? Co chwilę trzeba cię szukać po wszystkich kątach rozdrażniona, a dziwnych, dziwnych gości sprosiłeś.

ADAM

zamyślony

Tak, straszni goście gnieżdżą się w naszym domu.

BELA

Czemuś ich sprosił?

ADAM

znacząco

Myśmy ich przecież oboje, tak! oboje w dom sprowadzili.

BELA

Co? Oboje? Co?

ADAM

Nic, nic — tylko Pola mi mówi, że odjeżdża do domu.

BELA

Co? odjeżdżasz do domu? Adam zatrzymaj ją! co z nami będzie — Pola zmiłuj się, czy wiesz jaką ty pustkę pozostawisz?

POLA

Wiem niestety, ale muszę już jechać, muszę — tu, tu w waszym domu mi niedobrze, a u mnie tak cicho, tak smutno, ale spokój, spokój...

SCENA CZWARTA

Wchodzi gość niespodzianie.

GOŚĆ

uprzejmie

Ależ państwo, goście was szukają... Chcą twoje zdrowie pić, Adamie, cóż ty taki nieswój — a pani jakoś przygnębiona.

ADAM

nerwowo, do Beli

Idźcie do sali, powiedzcie, że zaraz przyjdę. Głowa mnie boli, chwilę jeszcze pochodzę po parku...

POLA

nieprzyjaźnie do Gościa

To zostawmy go tu chwilę samego — chodź pan...

GOŚĆ

uprzejmie

O nie, ja z nim pogadam, ja go zwykle uspokajam.

BELA

Chodź Pola, chodź — słyszysz? Taniec, taniec...

Odchodzą.

SCENA PIĄTA

ADAM i GOŚĆ.

ADAM

patrzy nienawistnie na gościa

No i cóż? Na krok mnie nie odstąpisz? nie dasz mi chwili spokoju?

GOŚĆ

Wiesz, żem nieodstępnym twoim towarzyszem. Pamiętasz tę noc w ciemnym parku? — Wtedy ci już powiedziałem, że odtąd pozostaniemy razem. To niemiła rzecz, ale już muszę pozostać przy tobie. To takie moje przeznaczenie. — Widzisz, jam twój cień. Co?

ADAM

opada

I nigdy mnie już nie opuścisz?

GOŚĆ

Nigdy.

ADAM

z mocą

A gdy cię z serca wyrzucę, gdy znajdę tyle siły i odwagi, by się zamknąć na ciebie, gdy się stanę tak mocny i powiem ci precz! gdy znajdę kogoś lub cośkolwiek, co mą duszę wypełni, że będziesz się musiał od mych stóp oderwać, że będziesz musiał umilknąć...

GOŚĆ

Hm, — kto inny możeby umiał to zrobić. — Ty nie!

ADAM

A jeżeli rozum mój zyska taką przewagę, że powiem sobie, iż to, co zrobiłem, zrobić musiałem — że była tylko ta jedyna droga?...

GOŚĆ

Do szczęścia?

ADAM

Wszystko jedno, w przepaść, w otchłań, w rozpacz, ale że tak się stać musiało.

GOŚĆ

Rozum dziwnie nierozumny w takich razach...

ADAM

Ale, jeżeli zdołam to zrobić?

GOŚĆ

Wtedy cień mój na ścianę rzucę. Roztoczy nad tobą straszne skrzydła — gdzie się ruszysz, te czarne, upiorne skrzydła — nie! straszne ręce, rozczapierzone, groźne palce, gdyby szpony szatana, co już, już cię pochwycić mają — gdzie się ruszysz, będziesz zawsze widział te straszne, czychające, podstępne szpony — teraz jeszcze ramiona rozwarte, przyczajone, ot — tak, jak pantera do skoku: jedna sekunda, a obejmą cię w piekielne kleszcze, ot! tuż pod gardło — owiną cię piekielnym uściskiem, coraz silniej cię dusić będą, coraz silniej...

ADAM

Aż, aż?

GOŚĆ

Aż uduszą śmieje się. I jesteś mój! mój! mój!

ADAM

zrywa się

A dla czego ja twój?

GOŚĆ

śmieje mu się w oczy

Ach, jak ty pragniesz to zamilczyć, zdusić w swojem sercu — czemu się pytasz, dlaczegoś ty mój? Wiesz przecież sam najlepiej.

ADAM

A jeżeli te ręce nigdy się od ściany nie oderwą?

GOŚĆ

Hm, jeszcze gorzej. Zresztą mówiłem ramiona, ramiona, zda się przyczajone do skoku jak pantera — Ha, ha... Te ramiona ci się rzeczywiście przeistoczą zwolna w takie drapieżne, szatańskie zwierzę — będziesz je miał ustawicznie przed oczyma — i co chwilę czujesz, że to drapieżne zwierzę skacze na ciebie, przedniemi łapami obejmuje twoją szyję, tylnemi wpija się w twoje biodra, a cały pysk wżarty w twoją pierś: rozrywa ją, szarpie w kawały, gruchocze żebra, dogryza się do serca — ha, ha, ha — wyrywa serce, takie biedne serce, krwią ociekające...

ADAM

Dosyć już, dosyć...

GOŚĆ

Wiesz, w starem Mexico u Azteków był zwyczaj, że ofiarowywano serce, świeżo wycięte z piersi człowieka, matce-słońcu...

ADAM

A to słońce, któremu moje serce ma być ofiarowane?

GOŚĆ

Sprawiedliwość.

ADAM

Ludzka?

GOŚĆ

Niema ani ludzkiej, ani boskiej. Jest jeden porządek rzeczy, że tak być musi a nie inaczej — kto go przełamie, serce jego na śmierć skazane...

ADAM

Nieubłagany jesteś?

GOŚĆ

Jestem strasznym gościem — co? Strasznym gościem...

Dolatuje coraz silniejszy oddźwięk muzyki.

ADAM

Och ta muzyka, ta przeklęta muzyka.

GOŚĆ

Nie zagłusza cię? Nie oszołomi cię? Spróbuj, spróbuj — tańcz, upij się, odurz się rozkoszą, tańcem, muzyką... Czemu uciekasz przed tem wszystkiem? Czemu się chowasz ustawicznie w parku, że cię odnaleźć trudno.

ADAM

Nie mogę słuchać muzyki. Nie mogę patrzeć na taniec! Gryzie — gryzie — gryzie. Och te cienie, te uśpione cienie na ścianie. Zawsze je widziałem, zawsze mnie straszyły. Każdy przedmiot wyrastał w to zwierzę, co kłami swymi serce mi wyrywało, szarpało, gryzło...

GOŚĆ

Ha, ha, ha... nachyla się do ucha. Gryzie? he? gryzie?

ADAM

milczy stępiały

GOŚĆ

Ha, ha, — takie szczury, co? szczury? To tak wgryzuje się drobnymi, cieniutkimi ząbkami i szarpie i wcina, i wgryza się — albo co? Jak kret, to tak temi małemi łapkami tę twardą opokę, taką spiekłą ziemię — taką stwardłą skorupę — a zdawało się, że to kamień — to wiesz, temi małemi łapkami tak tę ziemię rozluźnia, wgrzebuje się powoli, powoluteńku, ale głębiej i głębiej z taką wściekłą zapalczywością. Potem już kreta nie widać, tylko kupka — ach nie! mogiłka ziemi rośnie, rośnie — rośnie coraz wyżej, im głębiej się kret wgrzebie — a naraz mogiła usypana; nie rośnie już więcej...

ADAM

To znaczy?

GOŚĆ

Kret zrobił swoje.

ADAM

I ta mogiła?

GOŚĆ

Na rozstajnych drogach.

ADAM

Dla zbrodniarzy? Co?

GOŚĆ

Lub dla samobójcy — ha, ha... żeś też o tem nie pomyślał... Tembyś się odemnie wyzwolił... — A przecież to tak łatwo. My zbyt na seryo bierzemy śmierć... I to tak delikatnie urządzić można, bez rozgłosu, bez ludzkiego gadania. Chcesz uniknąć jakichś przykrych rzeczy, nie chcesz by o tem mówiono — i na to rada jest: tuż za parkiem jezioro, wyjeżdżasz łódką na wodę, nadchodzi nagła burza, albo też łódka zmorszała, no! i toniesz... Nieszczęśliwy wypadek! Pogrzebią w święconej ziemi — he, he... albo też wracasz z polowania: masz strzelbę źle przewieszoną, potrącasz o drzwi — lufa wypali — no! i znowu przypadek... Albo idziesz w góry, ot! to najpewniejsze, noga ci się na mchach obślizgnie, albo się kamień obsunie... a to podobno przyjemna śmierć: lecisz, lecisz; w jednej sekundzie przeżywasz najpiękniejsze chwile twego życia...

ADAM

Więc tylko śmierć mnie od ciebie uwolnić zdoła?

GOŚĆ

zimno

Tylko!

ADAM

Więc tylko śmiercią odk upić się zdołam?