Matka
dramat w IV aktach
Wielkiej artystce
sceny polskiej
Wandzie Siemaszkowej
poświęca Autor
OSOBY:
- WANDA OKOŃSKA
- KONRAD OKOŃSKI, jej syn
- HENRYK BOROWSKI, opiekun jego
- HANKA BOROWSKA, jego córka
- PRZYJACIEL
- MŁODZIENIEC
- GOŚCIE.
AKT PIERWSZY
SCENA PIERWSZA
WANDA
Teraz za chwilę Konrad przyjechać musi. A tak się czegoś lękam. Gdyby1 się tylko, na Boga, nie dowiedział...
BOROWSKI
O czym?
WANDA
O tym... O tym, że ja, która go chowałam w takiej bezmiernej miłości ku zmarłemu ojcu, która mu w serce wpajałam, że nic piękniejszego i szlachetniejszego nad jego ojca nie było, teraz żyję z tobą, który nienawidzisz to jego jedyne dziecko —
BOROWSKI
Ja? Nienawidzę Twojego syna?
WANDA
zmęczona
Nie mówmy o tym. O to jedno cię proszę: unikaj najlżejszego pozoru, by syn mój mógł zrozumieć, w jakim pozostajemy stosunku. Po chwili milczenia. I z jednej strony jeszcze grozi nam wielkie niebezpieczeństwo, bo Hanka, Hanka... tak dziwnie się od tygodnia zmieniła na wieść, że Konrad ma przyjechać. Ustawicznie2 zmieszana, ustawicznie płonie3. Przeczuwam coś niedobrego...
Milczenie.
BOROWSKI
Dlaczegoś wysłała chłopaka za granicę po śmierci jego ojca? uspakajając się. Wiem dobrze, że jeżeli coś we mnie kochasz, to jedynie tylko pewne wspólne z nim cechy. Wiem dobrze, że jego tylko kochałaś i po wszelką wieczność he... he... kochać będziesz. Teraz rozumiem, dlaczego wysłałaś dziecko za granicę. Przez dziesięć lat, pomimo wielkiej tęsknoty, widzieć go nie chciałaś, aby tylko nie zapomniało o swoim ojcu i przypadkowo instynktem rozbudzonego dziecka nie przewietrzyło4 stosunku opiekuna do matki. Rozumiem to wszystko, bardzo dobrze rozumiem. Ale zbytniej rozkoszy to mi nie sprawia. Nagle wściekły. Nienawidzę twego syna! Chciałbym go zmiażdżyć, bo stoi mi na drodze ku szczęściu z tobą.
WANDA
przerażona
Zmiłuj się, nie mów tak!
BOROWSKI
opada
Jakżeż nie mam tak mówić? Jakżeż nie mam być wściekły i smutny. Znowu rozdrażniony. Przecież zawsze przed moimi oczyma tylko twój syn i twój zmarły mąż, i zawsze tylko twój lęk, aby syn twój nie dowiedział się o tym, że ja cię kocham... Bo że ty mnie nie kochasz, nad tym przecież przeszliśmy do porządku dziennego... He... he... Pamiętam dobrze, jakeś na niego wyrzekała, ale od chwili jak umarł, stał się twoim bożyszczem... A czasem tak z cichym uśmiechem patrzę głęboko w moją duszę i pytam naiwnie, jak głupie dziecko: czym ja jestem dla niej? He... he... Zawiadowcą fabryk pana Konrada, puścizny po jego ojcu... Dziś jeszcze, gdy przyjedzie, może mnie jak psa z domu swego wyrzucić, jeżeli przedłożone mu rachunki nie zgadzałyby się z rzeczywistym stanem obrotu, i ja, kochanek jego matki, stanę się podwładnym pani syna, który może mi w każdej chwili powiedzieć: „dziękuję panu za jego sumienną służbę, ale jestem zmuszony, wskutek doświadczeń nabytych za granicą, posługiwać się młodszymi siłami. Otóż to jest kwit na gratyfikację długoletniej służby pańskiej, każ go sobie pan w kantorze wypłacić”......... Ha... ha... ha... Ten, którego jeszcze za życia twojego męża swoim jedynym mężem nazywałaś... ja, który wszystkie moje siły włożył w to, aby ocalić majątek twojego syna, ja miałbym być jego podwładnym! O, nie — nie!
SCENA DRUGA
Od strony werandy niewidzialnej z widowni słychać turkot powozu.
WANDA
prawie przerażona
Zmiłuj się! Jedzie! jedzie! W tej sekundzie tu będzie! Tylko pohamuj się, na Boga! Bądź wesoły, bądź szczęśliwy, że przyjechał. Hamuj się, błagam cię na wszystko, co ci jest świętym.
SCENA TRZECIA
HANKA
wbiega
Ciociu, ciociu, pan Konrad jedzie! Już bramę do podwórza otwierają!
Wszyscy przechodzą przez szklaną werandę. W tej chwili wbiega Konrad i rzuca się matce w ramiona.
SCENA CZWARTA
KONRAD
Matko! Moja droga Matko! Zaledwie mamuchnę poznałem!... Obraca matkę wokół. Niechże się mamuś pozwoli obejrzeć, przecież to już dziesięć lat temu, jak mamy nie widziałem... Nic a nic mama się nie zmieniła.
WANDA
zmieszana
Mój złoty, kochany Konradzie!
KONRAD
spostrzegając Borowskiego
A! Pan Borowski? Serdecznie pana witam!
BOROWSKI
sztywno
I ja serdecznie witam mego nowego pana.
KONRAD
patrzy cokolwiek zdziwiony, ale nagle ujrzał Hankę, która na uboczu silnie wzruszona stoi
Hanuś! Podchodzi ku niej. O! Przepraszam! Po dziesięciu latach niewidzenia, to już mi nie wolno pani mówić „Hanuś”. Więc śmiem tylko powiedzieć Pani, że ogromnie się cieszę, iż będę mógł odświeżyć te wszystkie dziecinne, drogie wspomnienia tych kilku lat, kiedyśmy się razem w tym parku bawili.
WANDA
Mógłbyś do jutra zaczekać. Sprosiłam na uroczystość twojego przyjazdu kilku najbliższych przyjaciół naszego domu. Ale może jesteś zbyt zmęczony?
KONRAD
Och! Nie, droga mamo! Nie! Stężałem, zmężniałem, bo w belgijskich fabrykach trzeba pracować na równi z najprostszym robotnikiem. Cóż mnie obchodzą trudy podróży!
Z przeciwnej werandy słychać turkot.
WANDA
Patrz! Goście się schodzą. Jak się wszyscy spieszą powitać syna człowieka, który był tak kochanym.
KONRAD
Dobrze, mamuś, dobrze. Przywitam ich wszystkich. Ale mama pozwoli i gościom wytłumaczy, że chcę dziś jeszcze obejrzeć każden5 kącik tego parku i domu, którego dziesięć lat nie widziałem. Zwrócony do Borowskiego. Pan pozwoli, że to wszystko obejrzę z córką pana, bo takie dziecięce wspomnienia są najpiękniejsze w życiu, a panna Hanka i ja spędziliśmy tu takie chwile, jakie się nigdy w pamięci nie zatrą.
BOROWSKI
Ależ oczywiście. Panie Konradzie, czy pan tam w Belgii nabrał jakiegoś ceremoniału dworskiego? Pobłażliwie. Pan dzieciak, ona dzieciak... Powoli. Przypominajcie sobie wasze dziecinne lata.
Wszyscy wychodzą na powitanie gości przez drzwi oszklonej werandy do pokoju, który jest salonem. — Pokój jadalny, który widać poprzez na oścień otwarte drzwi salonu, napełnia się już gośćmi. Witają się wszyscy serdecznie z Konradem. Scena pusta, widać tylko pantomimę. Trwa to dosyć długo, a potem Wanda i Konrad proszą gości do salonu.
SCENA PIĄTA
WANDA
do gości w salonie
Dziesięć lat chłopak nie był w swojej ojcowiźnie. Cieszę się serdecznie, że zobaczył dwór, w którym się wychował, park, w którym się bawił. Szczęśliwa jestem, że na obczyźnie nie zapomniał o tym wszystkim, co w swoich najmłodszych latach przeżył... Filuternie, zwrócona do Hanki. Bo Hanka, jak państwo wiecie, towarzyszka mego syna od najmłodszych lat.
Goście śmieją się i żartują.
KONRAD
Ja teraz po tylu latach niewidzenia, wobec panny Hanki jestem tak zakłopotany, że nie śmiem jej prosić, by mnie oprowadziła po parku, żartobliwie w którym mógłbym teraz łatwo zabłądzić.
BOROWSKI
z żartobliwą powagą
Daję na to moje ojcowskie pozwolenie.
KONRAD
A ja panu daję przyrzeczenie, że na razie oglądnę tylko te miejsca, gdzieśmy z Hanką w piłkę grali i w piasku się bawili.
Gwar i ożywiona, wesoła rozmowa w salonie i w jadalnym pokoju.
KONRAD
do Hanki
No to chodźmy, na chwilę.
WANDA
Idźcie dzieci na chwilę, idźcie.
Hanka i Konrad wychodzą na wschody6 werandy.
SCENA SZÓSTA
KONRAD
Wie pani, pragnąłem dziś jeszcze cały park obejrzeć, obejść wszystkie miejsca, w których kiedyś, będąc jeszcze dzieckiem, tak piękne chwile z panią przebyłem... Pamięta pani, jeszcze za tych czasów, kiedy mój ojciec żył, a ojciec pani na kolana mnie brał i huśtał. Pamięta pani?
HANKA
Dlaczegóż pan mówi mi „pani”? Wzruszona. Przecież ja zawsze byłam i jestem dla pana tą Hanką, z którą pan się w piasku bawił.
KONRAD
filuternie
A czemuż ja naraz7 stałem się „panem”?
Chwila milczenia.
KONRAD
śmieje się
No więc zostańmy po staremu. Ty będziesz moją ukochaną Hanką, a ja twoim drogim Konradem, jak mnie dawniej nazywałaś. Rodziców o pozwolenie, byśmy sobie mogli „ty” mówić, prosić nie potrzebujemy, bo widzisz Hanka, właściwie rodziców nie mamy... Ja mam tylko matkę, a ty masz tylko ojca. Śmieją się jak dzieci. Ale pamiętaj, że pomimo tego, iż jutro będę pełnoletnim, jestem jeszcze dzieciakiem. Po chwili, nagle. Wiesz Hanuś, jestem tu zaledwie pół godziny, ale tak mi jakoś ciężko na sercu, tak mi coś to serce przygniata...
HANKA
Cóż panu jest?
KONRAD
I znowu pan?
HANKA
Cóż... cóż... panu... cóż tobie tak smutno?
KONRAD
Nie mówmy dziś o tym! Chodź, Hanuś złota, przejdziemy po tym parku, a przede wszystkim pójdziemy do tej altany, gdzie mój ojciec dzień w dzień, a często i nocami siadywał. Pójdziemy do tej groty, którąśmy zaczarowaną nazywali, gdzie jaszczurki świeciły dla nas złocistą łuską, gdzie świętojańskie robaczki światło rozpalonych szmaragdów rzucały na zeschłe liście burzanów8... Pamiętasz to wszystko? Wtedy gdyśmy gonili za dzikimi królikami, które kapustę w naszym ogrodzie obgryzały? Pamiętasz tę łasiczkę, która nam ulubioną kurę ukradła, a którąśmy potem nieżywą w bruździe pola kukurydzy znaleźli?
HANKA
Chodź Konrad, chodź! Odszukamy te miejsca naszych najświętszych wspomnień. Nagle. I wiesz.... Namyśla się chwilę. Tu jest jedno miejsce, w którym twój ojciec...
KONRAD
Co chcesz powiedzieć?!
HANKA
Nic, nic. Tylko twój ojciec... Konrad, błagam cię, nikomu nic o tym nie mów. Ale to już dawno, dawno temu, gdy go widziałam w tej małej altance, tam na prawo. Tak w południe... Słyszę, że ktoś łka i płacze. Skradałam się po cichu i ujrzałam poprzez drzewiasty powój dzikiego wina twojego ojca. Szlochał i płakał...
KONRAD
Hanka! Czemu on szlochał? Czemu on płakał?
HANKA
Nie wiem, Konrad. To jedno wiem, tak dobrze, jak ty, że właśnie na drugi dzień znaleziono ojca twego w lesie z przestrzeloną piersią.
KONRAD
Tak, to wszystko wiem... Ale — czy sądzisz, że mój ojciec sam sobie życie odebrał? Bo to wszystko było jakieś dziwne i tajemnicze. Nagle, jakby odganiając zmorę. Słuchaj Hanuś, nie mówmy już o tym więcej. Nie umiem inaczej o moim ojcu myśleć, jak tylko jak o jakimś wielkim, świętym człowieku. Zamyślony. Czekaj tylko... Więc widziałaś mojego ojca w przeddzień śmierci jego, jak łkał i płakał w tej tam altance? Wzburzony, szarpie ją za rękę. Widziałaś?!
HANKA
przestraszona
Widziałam...
SCENA SIÓDMA
WANDA OKOŃSKA. Wybiega na werandę. W salonie i jadalni gwar i wesołość.
WANDA
Mówiliście, że chcecie obejrzeć cały ten stary park, a tu nagle widzę was, jak siedzicie na kamiennych płytach schodów. — Wiosna. Wieczór już. Tak łatwo się zaziębić.
KONRAD
całując matkę w rękę
Niech się mamuś nie lęka. Hanka pokazywała mi tylko kierunek alei, którymi najmilej się przechadzać. W tej chwili przyjdę do mych gości...
Schodzi ze sztuczną wesołością ze wschodów werandy, bierze Hankę za rękę i niknie w parku.
SCENA ÓSMA
WANDA chwilę sama, zapatrzona w dal.
BOROWSKI
wychodzi na werandę i woła ją po cichu
Wando! Chodźże. Tak się to wszystko dziwne ludziom wydać musi. Cóż to znaczy, żeś tak nagle wybiegła na werandę?
WANDA
przeciera czoło, w zamyśleniu
Nic... nic... mój drogi. To tylko głos mojego sokoła i twojej gołębicy w moim sercu... Nie dopuśćmy do tego, na Boga, nie dopuśćmy.
BOROWSKI
ponuro
Nie dopuszczę... No, pójdziesz do gości, których sprosiłaś na uroczystość, tę wielką uroczystość, w której ja stanę się podwładnym twego syna?
WANDA
Henryku! Nie męcz mnie tak strasznie! Jak sądu ostatecznego oczekiwałam przyjazdu Konrada. Wiesz dobrze, że przez tyle lat trzymałam go z dala od siebie, wiesz, że Hankę lubiłam i kochałam, bom ciebie kochała. Wiesz dobrze, że twoje dziecko mojego syna mi przypominało, wiesz dobrze, jak nad tym bolałam, więc nie masz prawa robić mi najmniejszych wyrzutów.
BOROWSKI
Po co o tym wszystkim mówić... Tu nie chodzi ani o syna, ani o córkę, tylko o cień twego zmarłego męża.
WANDA
Zmarłego?
BOROWSKI
Zmarłego, powieszonego, zamordowanego lub też samobójczym wystrzałem kończącego swój żywot. Czyż to wszystko nie jest jedno i to samo? Czyż to nie jest proste przejście z bytu do niebytu w tych lub owych warunkach? Więc dlaczegóż robić z tego jakąś straszną tragedię? Zrobiłaś szalone głupstwo, że kazałaś syna za granicą wychować... Dlaczego? He... he... aby świętą pamięć ojca uratować. To była twoja miłość... Ale dajmy temu spokój. Mamy gości. Musimy się teraz przyzwoicie zachować. Nie możemy naszych zwykłych kłótni małżeńskich rozpoczynać. Chodź teraz ze mną. Jeżeli zaprosiliśmy gości, a raczej ty, bo ja teraz, jako podwładny twego syna, nie mam najmniejszego prawa w twoim domu, to w każdym razie aż do końca odegram rolę albo włodarza, lub też wodzireja.
WANDA
Nigdy nie myślałam, żebyś mógł być tak zły i zjadliwy.
BOROWSKI
Dobrze, dobrze, duszko moja, ale teraz musimy iść do naszych gości, bo to byłoby wysoce niegrzecznie pozostawić ich dłużej samych...
Prawie przemocą bierze ją za rękę i wprowadza do salonu. Wanda nastraja minę i prosi gości do nakrytego stołu w jadalni. Borowski pozostaje na werandzie.
SCENA DZIEWIĄTA
BOROWSKI
wychodzi na werandę i woła
Hanka! Hanka!
HANKA
z głębi parku
Idziemy już ojcze, idziemy!
Na werandzie stoi Borowski i czeka. Po chwili wchodzą z parku Hanka i Konrad.
BOROWSKI
żartobliwie z przekąsem
Trzeba też przecież o jakimś posiłku pomyśleć po podróży, a nie od razu o flircie...
KONRAD
Ani mi przez głowę żaden flirt nie przyszedł. Prosiłem wyraźnie pana, aby pan zechciał towarzyszce moich najmłodszych lat pozwolić ze mną obejrzeć miejsca naszych najpiękniejszych wspomnień.
BOROWSKI
Ależ oczywiście, spodziewam się tylko, że za kilka chwil będzie was można w gronie uczestników biesiady powitać?
KONRAD
Ależ tak! Pan zechce tylko wybaczyć, że po trzydniowym znużeniu trudno mi się bawić w gronie choćby najlepszych przyjaciół.
BOROWSKI
żartobliwie
No więc zostawiam pana na opiece mojej córki, ale tylko pod tym warunkiem, że jak się pan dostatecznie ochłodzi, przyjdzie do nas na prawdziwie luksusową kolację. Uśmiecha się szyderczo i wychodzi. Na ostatnim stopniu werandy obraca się raz jeszcze i kiwa po ojcowsku głową, grożąc palcem. Tylko żadnych głupstw, moi państwo — żadnych głupstw!
KONRAD
z dziwnym uśmiechem
Nie, nie będzie żadnych głupstw.
BOROWSKI
uśmiecha się i wychodzi nic już nie mówiąc.
Chwila milczenia.
SCENA DZIESIĄTA
KONRAD
do Hanki
Hanuś? Chcesz tam wejść?
HANKA
O nie, jeszcze chwilę razem z panem pomówić pragnę.
KONRAD
I znowu z „panem”?
HANKA
No, wybacz pan, ja się tak z wolna do tego przyzwyczaję, aby panu mówić „ty”.
KONRAD
pieści jej włosy
Poczekam, poczekam, będę cierpliwy.
Milczenie.
KONRAD
bierze ją za ręce
Słuchaj Hanuś, świat jest taki szeroki i piękny... Chciałabyś razem ze mną zobaczyć jego cuda?
HANKA
patrzy na niego z niedowierzaniem
O czym ty mówisz, Konrad?
KONRAD
Nic, Hanuś nic. Tylko od dziesięciu lat ustawicznie myślę o tobie. Nagle. Hanka, gdybyś ty wiedziała, jak ja za tobą tęskniłem.
HANKA
cicho i nieśmiało
Gdybyś ty wiedział, jak ja za tobą tęskniłam... Te ostatnie dnie oczekiwania....
KONRAD
z wybuchem głębokiej miłości
Tęskniłaś za mną? Prawda to? Prawda?
HANKA
cicho, szybko i namiętnie
Jak tylkom się dowiedziała, że masz przyjechać, to dzień w dzień serce waliło mi jak młotem. A te noce, te straszne noce, tęsknoty i oczekiwania. I wiesz, Konrad, ze mnie jeszcze taki dzieciak... po kilkakroć razy na dzień brałam liście akacji, obrywałam je mówiąc: przyjedzie, nie przyjedzie... przyjedzie...
KONRAD
I widzisz, kochanie moje, przyjechałem. Spełniły się twoje wróżby.
HANKA
nagle
Konrad, wiesz, ja się czegoś tak bardzo lękam.
KONRAD
patrzy na nią przestraszony
Po cóż przypominasz mi ten smutek, który mnie też ogarnął na widok tej altany, w której mój ojciec płakał.
HANKA
Nie wiem, nie wiem, a taki mnie jakiś lęk straszny zbiera, a w tej chwili miałam wrażenie, że musnęło o mój policzek skrzydło nietoperza.
KONRAD
Nietoperza?
HANKA
z cichym uśmiechem
Nie, nie, nie to. Tajemniczo. To jakieś dziwne tchnienie śmierci — Konrad, powiedz, co to jest, w chwili takiego bezmiernego, słodkiego szczęścia, to skrzydło nietoperza — tchnienie śmierci.... Powiedz, Konrad, co to znaczy?
KONRAD
Hanuś, uspokój się. Nagle wystraszony. To nie były skrzydła nietoperza — to nie był dech śmierci — to cień mojego ojca przesunął się nad naszymi głowami.
HANKA
Twego ojca?
KONRAD
jeszcze ciszej
Mego ojca!
SCENA JEDENASTA
WANDA
wchodzi poirytowana
No, moje dzieci, teraz dosyć już tych nocnych przechadzek. Przecież gości na to sprosiłam, kochany Konradzie, by cię powitali. Wszyscy zrozumieli, że chcesz obejrzeć każdy zakątek parku, w którym twoje najpiękniejsze chwile przeżyłeś, ale teraz chodźmy...
SCENA DWUNASTA
BOROWSKI
zjawia się nagle
Tak, teraz już rzeczywiście czas.
KONRAD
bierze Hankę pod rękę i mówi
Tak, teraz już czas...
Wszyscy wchodzą do oświetlonych pokoi.
Zasłona spada.
AKT DRUGI
SCENA PIERWSZA
Wczesny ranek. — Matka i syn na werandzie, przy śniadaniu.
WANDA
Bardzo mi przykro, że uroczystość twego pełnolecia9 trzeba było jeszcze odłożyć. Rada opiekuńcza musi jeszcze pewne formalności załatwić.
KONRAD
Ale cóż mi, droga mamo, na tym zależy, czy ja dziś, jutro lub pojutrze zostanę uznany przez sąd czy radę opiekuńczą pełnoletnim...
piją kawę — po chwili
WANDA
patrząc na Konrada z wielką tkliwością
Jakiś ty dziarski, rozumny i dobry.
KONRAD
Nie wiem, matuś, czy takim jestem, jak mamuś mówi, ale jeżeli coś ze mnie będzie, to tylko zasługa pana Schimera w Brukseli. Musiał być bliskim przyjacielem mego ojca?
WANDA
Tak, od chwili, kiedy ojciec twój z nim się poznał za granicą, zawsze aż do końca pozostawali w ustawicznej korespondencji. Znałam go jako niezmiernie prawego człowieka, bliskiego naszego przyjaciela; dlatego z taką ufnością powierzyłam ciebie jego opiece.
KONRAD
zamyślony
Musiał być niezmiernie przywiązany do mego ojca, bo nie było prawie dnia, żeby o nim nie mówił z najgłębszą czcią i miłością. Tylko niech mi mama wytłumaczy, dlaczego zawsze, gdym go się pytał o tajemniczą śmierć mego ojca, mieszał się i plątał i nic mi o tym mówić nie chciał.
WANDA
wylękniona
Ależ, dziecko najdroższe, tyle razy się już o to dopytywałeś, tyle razy ci na to odpowiedź dawałam. Wiesz przecież, że jesienią poszedł sam jeden na polowanie i zastano go w lesie zabitego.
KONRAD
Ależ któż go mógł zabić?
WANDA
Skąd ja to mogę wiedzieć, moje dziecko. Śledztwo wdrożono, robiłam, co tylko mogłam, by wykryć sprawcę, ale wszystkie zabiegi na nic się nie zdały.
KONRAD
To dziwne i tajemnicze. Kłusowników w naszym lesie nie ma. Przez robotników naszych był ojciec czczony i kochany. Wczoraj jeszcze, gdym chodził z panną Hanką po parku, przyszedł jakiś stary robotnik do moich rąk, całował je, prawie płakał z radości, że widzi syna swego ukochanego pana. Chciał mi coś mówić, ale spojrzał na Hankę i umilkł. Nagle. Niech mi mamuchna tylko powie, jakim jest pan Borowski dla robotników?
WANDA
zmieszana
Może trochę za ostry, ale jednak swojego dokonał. Wszystkie fabryki oczyszczone z długów, produkcja się coraz zwiększa. Nastąpił porządek, a ojciec twój silnie już zaszargał wszystkie interesa.
KONRAD
Tak...?
WANDA
Tak, tak — moje dziecko. Byliśmy już blisko zupełnej ruiny.
KONRAD
zamyślony, podejrzliwie
W jakim stosunku żył mój ojciec z panem Borowskim?
WANDA
Ależ w jak najlepszej przyjaźni. Był powiernikiem i doradcą ojca.
KONRAD
A dlaczego ten przyjaciel i powiernik mego ojca nie zajął się również tak gorąco naszymi interesami za życia ojca, jak po jego śmierci?
WANDA
coraz więcej zmieszana
Może był za delikatny, by się wtrącać w sprawy twego ojca, bo ojciec był gwałtowny i uparty.
KONRAD
Hm, hm... Po chwili. A dlaczegóż pan Borowski odzywa się do mnie takim dziwnie zgryźliwym tonem? Wczoraj przez cały wieczór, tak uszczypliwie przemawiał do mnie, jakby był wysoce niezadowolony z tego, że przyjechałem. Albo jakbym mu w czymś zawadzał. A przecież ja tak serdecznie go witałem. Mama przecież pamięta, jak się bawiłem dzieckiem na jego kolanach, jaka serdeczna przyjaźń wiąże mnie z jego córką...
WANDA
Ale, to ci się tylko tak zdawało. Może był czym innym rozdrażniony.
KONRAD
O nie, nie, moja mamo. To nie było zwykłe rozdrażnienie. Zbyt dużo obcowałem [z ludźmi], nauczyłem się na nich patrzeć i przenikać ich. W tym musi coś innego tkwić.
WANDA
Mylisz się, moje dziecko, mylisz —
Pauza.
KONRAD
Niech mi mama powie, dlaczego z takim niepokojem śledziliście Hankę i mnie, gdyśmy po parku chodzili. To raz mama wybiegała na werandę, to znowu pan Borowski. Co to miało znaczyć? Czyż tu nie wolno obejrzeć starych kątów w towarzystwie dziewczęcia, z którym się razem chowało? —