Miasto
Legenda w 4-ch aktach
OSOBY:
- KSIĄŻĘ LESZEK, prawowity władca miasta.
- MŚCISŁAW, naturalny syn ojca Leszka, uzurpator miasta.
- RENATA, babka Leszka, matka ojca jego.
- KINGA, stryjeczna siostra Leszka.
- ZYGWART, najmożniejszy pan na dworze Mścisława.
- HALSZKA, siostra Zygwarta.
- WYSZOMIR, wojewoda, rycerz.
- DAMIAN, syn jego, rycerz.
- GNIEWOSZ, rycerz.
- BOLKO z Mysłowic, rycerz.
- SZALUTA, rycerz.
- WITA, powiernica Kingi.
- Rycerze, damy dworskie, paziowie, giermki, heroldzi, służebne i żołnierze.
AKT I
Scena: świetlica zamku książęcego na przełomie XII i XIII wieku. Poprzez szerokie romańskie arkady pałacu widać czerwoną symfonię dachów starożytnego miasta, które się rozścieliło u stóp zamku położonego na wzniesieniu. Dzień upalny słońcem lipcowem, więc wszystkie kotary, zasłaniające szerokie arkady, są rozsunięte, tak, że widz ma ustawicznie przed oczyma daleką perspektywę miasta, a raczej hardego grodu. Po lewej i po prawej stronie komnaty, zamkniętej w głębi arkadami, duże wejścia, zasłonięte ciężkiemi kotarami, a prowadzącemi do przyległych komnat. Czas późnego popołudnia. Słońce ma się ku zachodowi, ale jeszcze w pełnym blasku, całe miasto tonie w purpurze i złoci się w fioletach i w całej ogromnej fanfarze światła gasnącego dnia.
SCENA I
KSIĄŻĘ MŚCISŁAW i ZYGWART.
ZYGWART
na pozór oddany, ale buńczuczno i hardo.
Wasza mość książęca miała już dosyć dowodów mej wierności, a i tym razem zrobiłem wszystko, co w mej mocy było. Nie jest to wątpliwem, gdy powiem, że samego djabła umiałbym w pole wywieść, ale dusza tego młodzieniaszka dla mnie zamknięta na tysiąc spustów i zgoła niezrozumiała.
MŚCISŁAW
Czyś postępował według rad moich?
ZYGWART
cynicznie.
Wasza książęca mość wie aż nadto dobrze, że we wszelakiej sztuce chytrego podstępu, najkunsztowniejszych przebiegów, jestem niezrównanym mistrzem... poufale wszak tysiąc razy chwiała się głowa na moim karku, zaczem mogłeś się panie tak szeroko rozeprzeć na tym stolcu książęcym.
MŚCISŁAW
patrzy nań z ukosa, nakazująco.
Milcz!
ZYGWART
Nie wypominam tego, panie, boć na nic nie zdałyby się najwięcej kręte drogi, które ryłem do serc twoich poddanych, na nic nie zdałyby się pułapki i wilcze doły, które kopałem dla niechętnych i opornych, gdyby nie twa mężna, iście książęca moc — a jeżeli z mych ust coś się wyrwało, co twoją niechęć wzbudziło, to jedynie to, żem...
urywa
MŚCISŁAW
niespokojny.
Wiem, już wiem!
ZYGWART
Jestem, co prawda, łotrem, jak to ludzie nazywają...
MŚCISŁAW
pogardliwie.
Aż nadto jestem o tem przekonany...
ZYGWART
szyderczo.
O ile oczywiście moją miłość i przywiązanie do waszej książęcej mości można nazwać łotrostwem...
MŚCISŁAW
Ha, ha, ha!
ZYGWART
bezczelnie.
A wierność moja, tak wielka, że nie wahałbym się mojej duszy djabłu zaprzedać chytrym służalstwem i chęcią zysku...
MŚCISŁAW
przerywa gniewnie.
Jeszcze ci mało?!
ZYGWART
składnie.
Obsypałeś mnie panie łaskami bez miary i liku, ale jałową rzeczą mi się wydaje, wyliczać ci, panie, moje zaiste łotrowskie usługi, którem w twej służbie poczynił.
MŚCISŁAW
patrzy na niego podejrzliwie i z pewnym lękiem.
Miarkuj się w twych słowach, kryje się poza niemi harda niechęć i bunt.
ZYGWART
z lekkim uśmiechem.
Panie! Gdyby ktoś lata całe miał smażyć swój mózg, aby wynaleźć sposób, by doświadczyć mej miłości i wierności dla Ciebie, zaiste nie znalazłby takiego, któregobym chętnie na sobie wypróbować nie pozwolił.
MŚCISŁAW
przerywa.
Dosyć już, dosyć — Co wiesz o królewiczu?
ZYGWART
obojętnie.
Nic, zupełnie nic.
MŚCISŁAW
gniewnie.
Jakto? nic?!
ZYGWART
flegmatycznie.
Próbowałem wszystkich dróg, by się do skrytnych komnat jego duszy dostać. Okazywałem mu przyjaźń tak gorącą i oddaną, jakiejby mu żaden śmiertelnik okazać nie mógł: na włosku wisiało moje życie, gdy go z ciężkim trudem dostałem w zasadzkę, która mu niechybną śmiercią groziła, a ja z cięższym jeszcze trudem z niej go wyratowałem, bo aby dać dowód mego wiernego oddania, nasadziłem skrytobójcę, którego potem sam na miejscu ubiłem, by królewicza ratować... Czyż to nie dosyć mości książe? Na nic się nie zdało, uśmiechał się wdzięcznie, dziękował wylanie, nagrodził hojnie, ale do skrytek swej duszy nie przypuścił.
MŚCISŁAW
zniecierpliwiony.
I to wszystko?
ZYGWART
O nie, panie... Zastawiałem dla niego uczty, o których się nawet Lukulusowi nie śniło — chętnie przyjmował moje zaproszenia — pił przez noc całą najcięższe wina, a gdy się już wszyscy pijani pod stół zwalali, on trzeźwy wychodził, pilnował wart po murach i, nie mówiąc słowa i nikomu nie schlebiając, jednał sobie serca żołnierzy.
MŚCISŁAW
coraz więcej rozburzony.
A o najgłówniejszej przynęcie zapomniałeś?
ZYGWART
z obojętną swobodą.
O nie, panie, żaden choćby najwięcej przeżyty rozpustnik nie oparłby się takim pokusom, na jakie ja go wystawiałem. Ale rzecz dziwna: z cichym, obojętnym i prawie szyderczym uśmiechem patrzył na najwięcej ponętne kobiety, głaskał, gdy mu się łasiły i uśmiechał się dobrotliwie, gdy już — już — jakby się zdało — miała go która usidlić, a potem pokłonił się raz, drugi i trzeci — podszedł do jednej, poradził, by się lepiej odziała, inaczej naraża się na zaziębienie — tamtej znów powiedział, że przejrzyste tiule i lekkie tkaniny nie układają się tak dobrze na jej wspaniałych biodrach, jak ciężkie brokaty: jednem słowem kpił sobie z wszystkiego: jak najwyraźniej kpił.
MŚCISŁAW
niespokojnie, wahająco.
A cóż powiedział, gdyś mu oznajmił, że wzywam go na mój dwór?
ZYGWART
Pokłonił się i powiedział, że uważa sobie zaproszenie Twoje za nadmiar zaszczytu i z chęcią Twój rozkaz spełni.
MŚCISŁAW
porywczo.
Rozkaz?
ZYGWART
To też zaraz się poprawił, miłościwy panie, powiedział, że pragnie również poznać swego brata, aczkolwiek nie rodzonego.
MŚCISŁAW
wzburzony.
Co?! Co?!
ZYGWART
Temi słowy się wyraził.
Pauza. Mścisław chodzi silnie podniecony, ale hamuje się.
MŚCISŁAW
To wszystko?
ZYGWART
spokojnie.
Raz tylko udało mi się pochwycić na błysk momentu coś, czem zdradził, co w głębi jego duszy się dokonuje, albo się już dokonało.
MŚCISŁAW
niespokojny.
Co takiego?
ZYGWART
Może się mylę, może dlatego to dojrzałem, żem tak gorąco czegoś się w nim dopatrzeć pragnął i tajemnice jego duszy poznać, ale gdy mu napomknąłem, że spotka na waszym dworze księżniczkę Kingę, córkę jego stryja, a którą sławetny władyka, stary książę na swym dworze razem z młodym królewiczem wychowywał — to przeleciało coś gorącym ogniem po jego twarzy, a potem zastygło... Powiedział, że cieszy się, ujrzeć najbliższą krewną — jak po długim namyśle dodał — a nierównie droższą mu towarzyszkę lat dziecinnych.
MŚCISŁAW
w silnym podnieceniu, chwyta Zygwarta za ramię.
To, to powiedział?
ZYGWART
spokojnie.
Nic więcej ponad to, ale w oczach jego rozkwieciły się dziwne płomyki, których przedtem nigdy tam nie widziałem skłania się, może dlatego, przyznaję szczerze, że w nich czytać nie umiem.
Pauza.
MŚCISŁAW
obiega w najwyższem wzburzeniu komnatę, nagle przystaje przed Zygwartem, ciężko dyszy.
Ty, ty, mówiłeś mi, że jesteś łotrem, a ja widzę, że nim nie jesteś. Powiedziałeś, że umiesz kłamać, a widzę, że kłamstwem się dławisz, że za tysiącem masek się kryjesz, ale w tej chwili musisz być szczerym!
ZYGWART
po namyśle hardo.
Będę nim!
Znowu ciężka chwila milczenia i wyczekiwania, podczas której Mścisław obiega niespokojnie komnatę, jakby się lękał pytać, ale z nagłem postanowieniem staje przed Zygwartem.
MSCISŁAW
z zapartym oddechem.
To oni — oni... wybucha oni się kochają?!
ZYGWART
Nie wiem, panie, waha się chwilę kazałeś mi być szczerym i zrzucić maskę? tak?
MŚCISŁAW
Tak!
ZYGWART
A więc ci powiem szczerze, żeś księżniczkę Kingę sprowadził na twój dwór na zgubę swoją, zaślepiony miłością ku niej.
MŚCISŁAW
gwałtownie.
Milcz! chodzi ciężkim krokiem i znowu przystaje przed Zygwartem Ona go kocha?!
ZYGWART
Nie wiem, panie, ale com zdołał wymiarkować, to jedynie to, że w oczach jego na wspomnienie Kingi rozpaliły się dziwne płomyki i wydało mi się, jakoby chętnie na wasz dwór z tej przyczyny przyjeżdżał.
MŚCISŁAW
pochmurnie, z dalekim zamysłem.
Tak, tak, tego, właśnie tego chciałem po chwili niepewnie i chytrze trze czoło dłonią. Cóż ja to chciałem ci powiedzieć? Aha! Aha! prawie szeptem Słuchaj, ty masz bardzo piękną siostrę — widziałem ją niedawno, bardzo piękna i jak mi się wydaje... rozumiesz?
ZYGWART
wrogo.
Wasza miłość raczy przestać!
MŚCISŁAW
z szyderczą dobrotliwością.
O co ci chodzi? To, że masz piękną siostrę, a znowu wiesz dobrze, że wszystkie serca niewieście lgną do tego pięknego młodzieniaszka, a, o ile mnie pamięć nie myli, toś przed chwilą powiedział, że niema ani zbrodni ani łotrostwa, któregobyś dla mnie popełnić nie mógł...
ZYGWART
patrzy na niego długo, a potem:
Więc co?
MŚCISŁAW
twardo i jakby od niechcenia.
Nic!
ZYGWART
I ja staram się nic nie rozumieć.
MŚCISŁAW
rozdrażniony z szyderczym śmiechem.
Jakto? nagle nic nie rozumiesz? A niedawno chełpiłeś się, że ci żaden łotr nie dorówna?! sycząco Więc raz ci jeszcze powtarzam: twoja siostra piękna, twoja siostra bardzo piękna, rozumiesz teraz?
ZYGWART
wściekły.
Żądaj odemnie, panie, czego chcesz, ale rajfurem siostry mej nie będę!
MŚCISŁAW
podchodzi, uśmiechnięty, lisim krokiem ku niemu.
He, he? Coś ty powiedział?
patrzy wyczekująco na Zygwarta.
ZYGWART
opanowany.
Ja? nic! jeżeli miłościwa wasza łaskawość zapragnęła w nieskończonej swej dobroci, aby moja siostra zasiadła obok królewicza Leszka na waszym stolcu królewskim, to przystoi mi wyrazić wam moją wdzięczność.
MŚCISŁAW
zaskoczony — potem śmieje się i patrzy wrogo na Zygwarta.
Dowcipny jesteś Zygwarcie i jaki nieporównanie sprytny z głuchem postanowieniem Bacz tylko o rycerzyku, czy twoja głowa dość silnie na twym karku siedzi.
ZYGWART
kłania się głęboko z udaną pokorą.
A gdyby się nawet chwiać miała, chętnie ją u stóp miłościwego pana złożę.
MŚCISŁAW
patrzy chwilę, uśmiecha się i popada w roztargnienie.
A i to dobrze powiedziane... przechadza się zamyślony i znowu podchodzi do Zygwarta, surowo i nakazująco. Nie zapominaj, że masz piękną siostrę! Pauza Teraz wiesz, co masz robić. Zdaje mi się, że grzywę jeżysz, ale cokolwiek mówisz, lub czynisz, radzę ci bacz końca i nie waż się o tem zapomnieć, że piękną masz siostrę.
ZYGWART
Posłusznym sługą twoim jestem, ale racz pozwolić, by sługa twój mógł odejść w spokoju.
Mierzą się długą chwilę oczyma.
MŚCISŁAW
jak nieprzytomny.
A jednak, jednak, być może jeden, przeciera czoło. w całem mieście tyś jeden...
urywa, bo wchodzi księżniczka Kinga z służebną Witą.
SCENA II
KINGA
spostrzegłszy Mścisława zatrzymuje się w drzwiach, za nią postępuje powiernica i służebna jej Wita.
MŚCISŁAW
zdumiony.
Jakiż wielki zaszczyt mnie spotyka, iż księżniczka raczyła po raz pierwszy, przekroczyć podwoje mojej komnaty...? Zaiste, ważna okoliczność musiała was, księżniczko, do tego zmusić.
KINGA
wyniośle.
Dowiedziałam się, że bliski mój krewny, książę Leszek, z którym się na dworze jego ojca chowałam, przebywa na dworze waszej książęcej mości, chciałabym go widzieć i z nim pomówić.
MŚCISŁAW
patrzy na nią z dziwnym uśmiechem.
I ja już sam o tem pomyślałem — stanie się według twej woli, księżniczko — uprzedziliście tylko mój zamiar, bo już kazałem księcia Leszka prosić, by zechciał właśnie w tej godzinie swego z naciskiem brata odwiedzić.
KINGA
z ukrytą pogardą.
Brata?!
MŚCISŁAW
uśmiecha się szyderczo.
Oczywiście! Jeden ojciec ale inne matki — i cóż to ma z całą sprawą wspólnego? Ale to są rzeczy jedynie nasz ród obchodzące... Pozwólcie, księżniczko, przedstawić sobie mego znakomitego rycerza i, o ile wymiarkować zdołałem, mego najwierniejszego sługę Zygwarta... ponoć jedyny w całem mojem państwie, który się mnie nie lęka, ani też za srogiego tyrana nie uważa, a nawet twierdzi, że mnie miłuje.
ZYGWART
Po swojemu, książę, po swojemu...
MŚCISŁAW
Dobrze i tak być miłowanym, choćby i tak — jak ktoś głodny to i okruchami się zadawalnia.
ZYGWART
Gorzką jest, królu twoja mowa, ale bywa i tak, że widzi się próżnię tam, gdzie przez brzegi się przelewa.
MŚCISŁAW
Pewno — pewno, gdy się w sobie czuje taką pustkę, i próżnię, której nic wypełnić nie może... Masz słuszność Zygwarcie — idź w spokoju... roztargniony i wybacz jeśli jakieś gorzkie słowo powiedziałem: nie o tobie myślałem.
Zygwart kłania się i wychodzi.
SCENA III
MŚCISŁAW
Zechcijcie księżniczko odprawić swą służebną, nietylko służebną, ale, jak do uszu mych doszło, najbliższą powiernicę, bo nie chciałbym, by rzeczy, tyczące z naciskiem naszego rodu — obce, przynajmniej dla mnie — obce uszy wysłuchały.
KINGA
daje Wicie znak, Wita z głębokim ukłonem wychodzi.
SCENA IV
Chwila milczenia. — Mścisław chodzi roztargniony wokół komnaty — nagle z uśmiechem.
MŚCISŁAW
Raczcie usiąć, księżniczko.
KINGA
siada i milczy, ale śledzi każden ruch jego.
MŚCISŁAW
obrzuca długiem spojrzeniem Kingę — przystaje przed nią.
KINGA
Czy Wasza Książęca mość czeka jakiego słowa odemnie, ma mi coś do rozkazania, lub chce mnie ukarać za jakieś niewczesne słowo? Słowo, które może bezwiednie wyrzekłam?
MŚCISŁAW
Ha, ha, ha... Co też wy, księżniczko, sobie wyobrażacie?! Wprawdzie tam coś niecoś w nieporządku z moim rodowodem... cynicznie ale Zygwart, jedyny mój przyjaciel w całem państwie — a wierzyć mu muszę, że mnie miłuje — twierdzi, że krew królewska nie plami, i ja miałem sam na tyle mocy i siły, że objąłem tron mego ojca, mimo, że mnie bastardem zowią... nieznacznie uśmiechnięty i wy, księżniczko, też musicie się z tem liczyć, że mojej władzy podlegacie...
KINGA
zrywa się.
MŚCISŁAW
sadza ją z powrotem na krześle.
Tylko nie tak gwałtownie — książę Leszek tu zaraz nadejdzie... Ja wiem, aż nadto dobrze, żeście tylko dlatego tu przyszli, boście zapragnęli ujrzeć mego brata Leszka.
KINGA
z wzgardliwem zdumieniem.
O jakim bracie mówicie, książę?
MŚCISŁAW
O bracie Leszku, jak najoczywistszym moim bracie. Wprawdzie przypadek zdarzył, że nasze matki inaczej się mienią — ale to niema nic do rzeczy. Może to tylko dziwny zbieg okoliczności — ha, ha, ha — a może i konieczność — bo ja wiem — ja tego wiedzieć nie mogę — w każdym razie do waszego rodu przynależę i jestem waszym opiekunem poniekąd, jako pierworodny...
KINGA
zrywa się.
Nie potrzebuję opiekunów!
MŚCISŁAW
podbiega ku niej.
Wybaczcie! księżniczka — uniosła się niepotrzebnie — ja całkiem o czem innem myślałem — jestem rozdrażniony przykremi wieściami — nie lękajcie się mnie — wyście wystraszona — wybaczcie. Zygwart powiedział, że bywam czasami gorzki — tak — to mi się raz po raz zdarza — nie wiem dlaczego i czemu bierze ją za rękę. Wierzcie mi, że przemawiało przezemnie li tylko jakieś przesadne pragnienie, by wszystkim było dobrze ze mną, żeby na mnie ludzie nie patrzyli z przestrachem — ale... no, o miłowaniu nie mówię, ale z pewną przychylnością i z tem przeświadczeniem, że djabeł nie taki zły, jak go malują — Ja nic więcej ponadto...
opada w nagłej, ciężkiej zadumie.
KINGA
z odcieniem współczucia.
Dziwną jest wasza mowa, mości książę.
MŚCISŁAW
patrzy się na nią chwilę i uśmiecha się.
To już mi Zygwart powiedział poważnieje nagle i zachmurza się, a nagle z ironią. Księżniczka wybaczy, że zapomniałem o tem, iż oczekujecie niecierpliwie księcia Leszka, więc nie dziw, że gdy mnie spotkał ten głęboki zaszczyt, bym mógł ujrzeć Jej piękne oblicze, posłyszeć Jej wyniosłe słowa, musiałem wprzódy przypomnieć sobie że ja, sierota, prawem mego pierworodztwa muszę być opiekunem sierot...
KINGA
wstaje wyniośle.
MŚCISŁAW
Cóż znowu, księżniczko? Padło znowu jakieś niebaczne słowo, którem cię uraziłem?
KINGA
patrzy na niego hardo i milczy.
MŚCISŁAW
Wybaczcie, raz jeszcze, wybaczcie — wyraziłem się nieoględnie — mówiłem o sierotach, a wyście możniejsi od najmożniejszych możnowładców... Przecież ja wiem, wiem, żeście pragnęli Leszka ujrzeć, jego widokiem się nacieszyć, przypomnieć sobie lata dzieciństwa z nim razem na dworze jego i mego ojca spędzonych — i dlatego sprowadziłem go na mój dwór.
KINGA
surowo.
Nie dlatego go szukam, by cieszyć moje oczy jego widokiem i przypominać dzieciństwo, na dworze stryja mego spędzone, ale dlatego, by go prosić o wstawienie się za mną do waszej książęcej mości...
MŚCISŁAW
zdumiony.
O co?
KINGA
wybucha.
Obmierzł mi ten przepych, którym mnie otaczacie, duszą mnie kwiaty i wonności któremi moja komnata zatruta, nogi moje się plączą w zbyt kosztownych i miękkich kobiercach, nudzą mnie niepotrzebne służebnice — krzyk pawiów i rajskich ptaków sen mi zakłóca, a tu jest klucz od szkatuły, której jeszcze nie otworzyłam, a kosztowności, w niej zawartych, oglądać nie pragnę.
MŚCISŁAW
patrzy na nią w zamyśleniu.
Wybaczcie, księżniczko — jestem głęboko zasmucony moją niedołężną gorliwością. Pragnąłbym, by wam tu na moim dworze było jak najlepiej — ja nie znam się na sprawach niewieścich — mówiono mi, że to wszystko jest dla oczu i reszty zmysłów wysoce urodzonych księżniczek miłem, i ich dostojnego pochodzenia godnem. Nie moją to winą, że mnie w błąd wprowadzono. Pośrednictwa księcia Leszka, z którym razem wychowaną byłaś, nie było na to potrzeba. By pawiom i rajskim ptakom kazać mojemu kucharzowi karki poukręcać — zdadzą się na pieczyste na stół królewski — by kwiaty podeptać i powyrzucać — gdy pogniją będą doskonałą mierzwą, miękkie kobierce przydadzą się pod czułe i powabne kolana służebnic, gdy zechcą na klęczkach wyrażać panu swemu czołobitność swoją: by to wszystko spełnić nie potrzeba zaiste niczyjego pośrednictwa.
KINGA
Dość książę, tych niecnych szyderstw...
MŚCISŁAW
poważnie.
Mylicie się, księżniczko — ja nie szydzę — ja jestem na wasze rozkazy — nie potrzebujecie prosić: rozkazujcie, księżniczko, a w mig jej rozkazy spełnione zostaną.
KINGA
Pastwicie się nademną? Taki możny i silny władca chce się pastwić nad bezwładną niewiastą?!
MŚCISŁAW
ostro.
Dosyć! Nie myślę się pastwić — nagle nie wiem tylko, czem dogodzić? twardo. Nijakiej krzywdy księżniczce nie czynię. Wam się zdaje, żem was, ciebie i Leszka, sprowadził tu w niewolę — mylicie się — chciałem was mieć przy sobie — by... urywa, uśmiecha się. Nie lękajcie się, żadna krzywda wam się nie stanie — dopóki nie zapomnicie, że ja — ja pierworodny — tu w tem państwie jestem panem i władcą.
KINGA
Grozisz?
MŚCISŁAW
Nie, nie grożę, ale przypominam, chodzi wzburzony, po chwili opanowany — zimno. Jestem powolny rozkazom księżniczki. Jakiej zmiany żądasz?
KINGA
Dobrotliwym jesteś — zbyt dobrotliwym. Przytłaczasz mnie nadmiarem swej dobroci.
MŚCISŁAW
Nie jestem ani dobrotliwym, ani dobrym, ani nawet wspaniałomyślnym — najlepszym dowodem, że nie mam ochoty pozbywać się władzy, która, jako pierworodnemu, nie z łaski Boga, ale po ojcu moim naturalnym prawem odziedziczyłem — chcę tylko młodszego mego brata zarówno jak ciebie, już nie jako krewnych, bo tego krewieństwa uznać nie chcecie, ale jako miłych moich gości jak najlepiej wedle sił moich podjąć.
KINGA
Więc daj mi celę — prostą celę — by wreszcie moja niewola się skończyła: prosty, taki zupełnie prosty klęcznik — i sznur i włosiennicę, bym mogła Boga przebłagać za grzechy brata mego ojca.
MŚCISŁAW
patrzy na nią długo, nagle wybucha śmiechem.
Ha, ha, ha! jak doskonale to powiedziałaś — i jak głęboko tkwi niewidzialny korzeń, który syci niebotyczną koronę palmy twej nienawiści ku mnie — ha, ha, ha... chciałaś powiedzieć: stryja twego, który i mnie spłodził... Nie zrywaj się, księżniczko Kingo — gdybyś wiedziała, jak jesteś piękną w tej chwili — jak królewską dumą pała twe oblicze... I o jakiej to niewoli mówisz? Niewola to, że cię otoczyłem zbytkiem i bogactwem, którem gardzisz bo nie Leszek, ale ja, ja je posiadłem? — niewola że pozwoliłem zatrzymać służebną twoją Witę, o której aż nadto dobrze wiem, że mnie z wszystkich sił nienawidzi — a może niewola, żem sprowadził towarzysza twych lat dziecinnych, księcia Leszka, który w tej chwili tu się zjawi, aby ci swym widokiem rozjaśnił twą niewolę? Ha, ha, ha!
bije pałką w tarcz — wpada paź do komnaty.
MŚCISŁAW
W tej chwili wprowadź tu księcia Leszka!
paź wybiega.
MŚCISŁAW
przystaje chwilę przed Kingą, z szyderczym bólem.
Och, jak jesteś teraz podziwu godną! jak błyszczą twoje oczy, jak płoną lica, jak nozdrza twoje się rozdęły, jak gdyby wietrzyły woń świeżej krwi mojej — gdybyś to widziała, samabyś siebie, księżniczko, podziwiać musiała! Ha, ha, ha!
SCENA V
Wchodzi Leszek — patrzy zdumiony i ogarnia oczyma Kingę i Mścisława, kłania się głęboko i przystaje z udaną pokorą.
KINGA
zrywa się.
Leszku! Leszku!
LESZEK
nieśmiało, głosem cichym przytłumionym.
To ty Kingo?
KINGA
Ja, Ja!