Klasztor i morze

Mojej Matce poświęcam.

Ave, Maris Stella!

Witaj nam, Gwiazdo Morza, Panno Przeczysta, witaj! Ponad roztoczą wód, nad bujowiskiem1 fal rozpostrzyj łaskę Twych dłoni i łagodź, uśmierzaj, koj! Ulituj się nad trudem wieczystym przewałów i daj im spocząć na chwilę w godzinę wieczornej zadumy — gdy ląd zmożony znojem dnia na spoczyn2 się kładzie zmierzchowy, gdy po pażycach, po okolach3 rozwieszą się białe giezła mgieł i kończą swe loty rybitwy...

Niech ścichnie na chwilę huk przyboju i złagodnieją szumy morskiej przelewy4, gdy wracający z łowiszcza rybacy przybijają do strądu5 na ciężkich od storni kutrach. Przyjmij ich łaskawie, Matko Przedziwna, przywitaj i przytul do łona — bo utrudzeni wielce po pracy i pieszczot matczynych stęsknieni.

I o tych pamiętaj, co powierzywszy swą dolę odmętom morza, tułają się o tej godzinie po bezkresnym pustkowiu wód. Ześlij im wiatr pomyślny, który wydawszy żagle, zawiedzie ich do bezpiecznej przystani. A gdy już bystrz zdradliwa zaniosła ich między snadzizny6 i rafy, wyprowadź ich na wolne od potrzasków głębie i daj im noc spokojną pod gwiaździstym niebem, Sterniczko Niebieska!...

Lub jeśli gdzieś w krainie wielkich burz schwytany w kręgi dzikich szkwałów7 statek z podartą płachtą żagli i strzaskanym masztem grąży8 się bez ratunku w otchłanne leje bełku9, podaj dłoń zbawczą rozbitkom, o Królowo Morza! Niech litościwa denega10 podsunie pod omdlałe ciała swój grzbiet sprężysty i złoży lekko, jak matka dziecię, na miękkie piachy wyspy...

Bo wszystko możesz, Ty najlepsza z matek, nad ziemię niską, nad nieba wzniesiona — Ty, której berła ląd i morze słucha — o Gwiazdo Morska, o Święta Dziewico!


Przechylone przez parapet tarasu, z oczyma zatopionymi w bezkres przestrzeni żegnały mniszki zachodzące słońce. Tam w dole, u stóp klasztornej góry, jakich 100 m poniżej tarasowego wykuszu pieniła się morska kipiel. Rozkiełzane wełny, wypadłszy z macierzystego miąższu, wspinały się z wściekłym rozmachem na bloki skalnego masywu, zdobywały go do połowy wysokości i osłabłe, wyczerpane wysiłkiem obsuwały się spienionym popluszczem pomiędzy głowice raf. Te chwytały je wlot na ostre swe paliszcza, rozpruwały na bryzgi wrzątku i rozbite na miazgę, rozmielone na zielonawobiały pył odrzucały precz z powrotem ku morskiemu łożysku. I szedł od tego miejsca wiecznej walki i zgiełku głuchy postęk i huk wodogrzmotów i wstępowała ku wiszarom strądu mgławica wodnej kurzawy, przesłaniając co chwila tajnice zmagań się morza z ziemią...

Tam w dali, gdzie sine wzwody fal dotykają horyzontu, opuszczała się powoli ku poziomowi złotoczerwona pawęż słońca. Blaski konającego światła grały na srebrzystych podbrzuszach mew okrążających pożegnalnym lotem klasztorną ustroń, krwawiły się smutnym uśmiechem na grzebieniach pierzatych greling11, muskały pocałunkiem zgonu nadbrzeżne spychy12. W głębi, gdzieś na samych krańcach widnokręgu lśniły w poświetli zachodu dwa metalowe cylindry rotorowca13, co późnym, wrześniowym wieczorem dobijał do portu. A nad tym układającym się do snu światem, nad bezmiarem rozżagwionych skonem słońca wód i zrębem lądu pochylała się w łagodnym skłonie głowy przesłodka postać Madonny.

Stała nad brzegiem przepaści, na samym cyplu tarasu wybiegającym pomiędzy rozdąsane wełny i mocną stopą wparłszy się w epokę, błogosławiła odmętom. Przeogromna słodycz i spokój rozlane na twarzy Dziewicy-Matki zdawały się spływać falą ukojenia wzdłuż fałdów błękitnego Jej płaszcza i udzielać ziemi i morzu. W otoczu jarzących się dookoła Jej postaci lamp, widna z dala na białym tle kamiennego tarasu panowała statua Bogarodzicy, patronki klasztoru panien anuncjatek14. Madonna Maritima...

Mrok gęstniał. Złocista kula słońca zapadła już od chwili pod horyzont i na rozchyle wodne zarzuciła polipie macki noc. Na wschód od klasztornej rozkali w odległości pół wiorsty niby pierwsze akordy morskiego nokturnu rozbłysły wieczorne sygnały latarni: Tomasz Wzorek, niestrudzony strażnik nadbrzeżnej czatowni, czuwał...

Z rękoma opartymi o brzusiec tarasowego parapetu, z pochyloną ku otchłani morskiej twarzą usiłowała siostra Agnes przeniknąć spojrzeniem mroczniejącą przepaść. Lecz nic już nie widziała. Kontury raf i spiętrzonych przy brzegu skał zlały się w jednolitą, czarną caliznę obwieszoną fantastycznie białymi frędzlami pian i wodnych warów; słychać było tylko łoskot przyboju i szum kotłującego pomiędzy złomami bloków wrzątku...

Nagle uczuła na ramionach łagodne dotknięcie czyichś rąk. Odwróciła się. Jej smutne, aksamitne oczy spotkały się z poważnym, do głębi duszy wnikającym spojrzeniem ksieni.

— Matko przewielebna! — szepnęła zmieszana, czując, że silny rumieniec oblewa jej policzki.

— Za wiele przebywasz sama, siostro — zabrzmiał czysty, altowy głos przeoryszy. — Zbyt stronisz od innych sióstr; samotność, wiadomo, złą towarzyszką.

— Patrzyłam na morze, matko — usprawiedliwiała się nieśmiało — dzisiejszy zachód był tak piękny i tak dziwnie smutny.

— Smutek jest chorobą duszy; ty masz wciąż jeszcze chorą duszę, Agnes. Zapomnij o świecie, który pozostawiłaś po tamtej stronie furty, a zwróć się cała myślami ku Bogu i niedoli twych bliźnich. Trzeba się więcej modlić, siostro: gorąco modlić i umartwiać za własne grzechy i za grzechy cudze. Pamiętaj Agnes, że w szczerej modlitwie i umartwieniu cała klasztoru potęga. O innych myśl, siostro, o innych, a najmniej o sobie i o tym, co już bezpowrotnie minęło.

— Modlę się, matko — odpowiedziała bezdźwięcznie.

Kilka zakonnych postaci zbliżyło się ku nim i otoczyło je wieńcem ciemnobłękitnych symar15 i białych kornetów.

— Czas na kompletę16, siostry — przypomniała ksieni skupionym koło niej niby pisklęta koło macierzy zakonnicom.

— Czas już, czas — powtórzyły chórem, ustawiając się w wydłużony orszak.

I ruszyły z tarasu pod przewodem matki przełożonej. Wyniosła, królewska postać ksieni ujęta w ramy surowej, mniszej szaty wysunęła się na czoło pochodu; smukła i arystokratycznie wytworna, mimo woli zwracała na siebie uwagę i odbijała od reszty zakonnych niewiast; nawet ostra, czasami bezlitosna reguła klasztoru, której była najgorliwszą strażniczką, nie zdołała zabić w matce Anastazji Karwickiej wrodzonej, rasowej dystynkcji i wdzięku.

Za ksienią postępowały parami inne mateczki, siostry chórowe, diakonisy, konwerski, postulantki i nowicjuszki. Orszak przesunął się w milczeniu po kwadratowych taflach tarasu, wstąpił w podsienia otwartego na morze krużganku i powoli zanurzył się w otwarty portal klasztornej kaplicy. Wnętrze rozbłysło światłem lamp i świec. Zakonnice, stanąwszy przed prezbiterium, podzieliły się na dwie grupy i zajęły miejsca na skrzydłach świątyni. Przeorysza ujęła w dłonie pastorał, godło swej władzy, i ze stopni swej stalli udzieliła im błogosławieństwa. Siostra Scholastyka, skryptorka zakonu, przystąpiwszy do rozłożonej na pulpicie w pośrodku prezbiterium księgi, dźwięcznym głosem odczytała krótką lekcję z pierwszego listu św. Pawła z Tarsu o czuwaniu.

Nastąpiła śpiewna recytacja modłów wieczornych. Przy akompaniamencie organów zaintonowała pierwsza połowa chóru antyfonę „Deus in adiutorium meum intende17!”.

Gdy przebrzmiały ostatnie słowa modlitwy, popłynęła jakby w odpowiedź ku posowom18 oratorium pieśń drugiej połowy chóru, psalm: „Domine, ad adiuvandum me festina19!”.

Dostojny wtór organów podjął melodię i wzmocniwszy potężnym akordem, poniósł ku wyżom zaświatów. Kilkanaście czystych niewieścich głosów modliło się dla siebie i świata o dobrą noc i cichy spoczynek, o pomoc w walce z pokusami ciała, o uchylenie złej przygody i nagłej, śródnocnej śmierci. Poprzez różańce słów wzniosłych i pełnych mistycznego zachwytu przewijały się dziwnym, niesamowitym ściegiem wyrazy stare, średniowieczem tchnące, zwroty na pół zrozumiałe, zaśniatem wieków sędziwe; na ustach dziewiczych przez wargi mężczyzn nigdy nietykanych wykwitały w kadencji rytmicznej psalmów i pieśni obrazy larw nocnych i lubieżnych inkubów, co wkradłszy się do klasztornych łożnic plugawią czystość snów i rozdmuchują pożogę zmysłów. Przed inwazją tych nocnych zwidów i straszydeł, przed atakiem tych wysłańców piekła błagały o obronę siostry zakonne. Bo zbliżała się noc, powiernica grzechu i nadchodził sen, rodzic zmor i przywidzeń...

Motyw prośby wyczerpał się; z wszystkich piersi wzniósł się ku niebu zgodnym akordem hymn św. Ambrożego: „Te lucis ante terminum20”. Nabożeństwo chyliło się ku końcowi. Gdy siostra zakrystianka zapaliła przy wielkim ołtarzu świece, chór przeszedł do ponurej pieśni Salve Regina. Głęboka symbolika godzin kanonicznych odpowiadających okresom życia ludzkiego od kolebki do zgonu znalazła swój pełny wyraz w melodii, którą odprowadza się zmarłych na miejsce wiecznego spoczynku. Bo sen jest obrazem śmierci i schyłek dnia, który go poprzedza, nasuwa myśli o zgonie...

K’Tobie21 wygnańcy Ewy wołamy, synowie,

K’Tobie wzdychamy, płacząc z padołu więźniowie —

O łaskawa, litosna, o święta Maryja!...

Śpiew umilkł. Na tle głuchnących po wnękach kaplicznych ech rozsypały się teraz cichym szelestem szare, szeptem już tylko stłumionym odmawiane pacierze szkaplerza: Ojcze nasz, Zdrowaś i Gloria.

Potem na chwilę zapadło zupełne milczenie. Na ołtarzu pryskały nikle dopalające się świece, czasem zaskrzypiał pod ciężarem ciała czyjś klęcznik. W symfonii doskonałej ciszy odezwał się Angelus wieczorny dzwonów. Kompleta była skończona. Przy wtórze dzwonowej melodii ze złożonymi w krzyż na piersiach rękoma odchodziły mniszki w zacisza klasztornych dormitarzy22.


Siostra Agnieszka rozbierała się na nocny spoczynek. Rozwiązała obciskający jej biodra sznur, zrzuciła ciężki, błękitny habit, zdjęła kornet i z tajonym westchnieniem ulgi usiadła na brzegu łóżka. W sypialni było cicho. Rząd posłań wyciągnięty w długi, szpitalny szereg pod ścianami nie dawał znaku życia; tylko od czasu do czasu dochodziły stąd i stamtąd jednostajne szmery oddechów lub szelest poruszonej pościeli: towarzyszki jej spały już lub udawały, że śpią, zamknąwszy się w izolacji milczenia.

Agnes z lubością oddała się pieszczotom księżycowego światła, które spływało do wnętrza pełnymi strugami przez strzeliste, gotyckie okna. Chłodne, beznamiętne promienie błądziły po jej bieliźnie, ślizgały się po obnażonych ramionach i całowały małe, dziewicze piersi, których pęcze23 wyglądały zza rąbka stanika. Wtem zadrgały i cofnęły się jak pod dotknięciem czegoś szorstkiego; w wykroju koszuli zaszarzała w zielonawej poświetli włosiennica.

Na ustach zakonnicy zagrał smutny uśmiech. Spojrzała po sobie, ogarnęła ciekawym, jakby zdumionym spojrzeniem swą pełną jeszcze, w ustroniu klasztornym cicho przekwitającą urodę i głęboko westchnęła.

Daleko jej jeszcze było do marmurowej, niczym niedającej się zmącić równowagi i pogody ducha, które tak podziwiała u matki przeoryszy...

A przecież już 10 lat upłynęło od chwili, gdy Hanka Działyńska przestąpiła próg klasztorny. Była wtedy prześliczną, 18-letnią dziewczyną, nad którą dziwny los już w zaraniu młodych lat wypisał Baltazarowe słowa przeznaczenia. Rok przedtem ujrzała po raz pierwszy na publicznym balu Janka Warmskiego, a po trzech miesiącach znajomości została jego narzeczoną. Nastąpił krótki, zaledwie pół roku trwający okres miłosnego uniesienia, cudowna, na zawsze już w przeszłość niepowrotną pogrzebana sielanka na tle staropolskiego dworku i otoczenia jak z bajki. Pod koniec narzeczeńskiej idylli, niemal w przededniu ślubu zaszedł tragiczny a zagadkowy wypadek, który miał ich rozdzielić na zawsze. W któryś ponury wieczór listopadowy znaleziono Janka Warmskiego w jednej z alei lipowych broczącego krwią z przestrzeloną na wylot piersią. Nieznany morderca znikł bez śladu; nie wykryto go nigdy.

Rana postrzałowa była ciężka i groziło zakażenie. Chwile spędzone wtedy przy łożu ukochanego, chwile-harpie, godziny-empuzy24 pozostawiły po sobie niezatarty ślad; srebrną aureolę siwizny, która otoczyła jej dziewicze skronie; straszliwa noc ostatnia, w którą się choroba Janka przesiliła dzięki jej ofierze, noc rozstrzygająca, w którą jak Samson walczyła o jego życie, ubieliła jej krucze włosy przedwczesnym szronem jesieni. W ciągu tej jednej nocy zważyły się losy ich obojga. Pochylona nad majaczącym w malignie Janem, śmiertelnie znużona czuwaniem, chwytała Hanka chciwym uchem jego oddech krótki, urywany i słowa dziwne, bez związku. Chory mówił od rzeczy; z chaosu wyrazów, ze strzępów zdań układała się dziwaczna, nieprawdopodobna sprawa, wynurzały się echa jakichś zdarzeń dla niej niezrozumiałych, niby mgławicowe rozchwieje...

Aż przyszedł moment najstraszniejszy: nagle serce jego jakby zamarło i stanęło w skurczu śmierci. Z piersi konającego wyszło rzężenie agonii i nastąpiła martwa cisza. Obłąkana od bólu rzuciła się na kolana przed obrazem Bogarodzicy wiszącym nad łożem chorego.

— Mateńko Najświętsza — modliła się z głębi umęczonego serca — ulituj się nade mną i przywróć mu życie za cenę szczęścia mego! Wyrzekam się go na zawsze w tej chwili, byle tylko żył i pozostał na świecie. Wszystkoć25 za to ofiaruję, Matko Zbawiciela, tylko go ocal i wyrwij ze śmiertelnej otchłani. A jeśli ofiara wyrzeczenia za mała, to wskaż mi większą, Panno Przeczysta, a spełnię wszystko, czego ode mnie zażądasz.

Ostatnie słowa modlitwy wypowiedziała już słaniając się na kolanach. Co się potem stało, nie pamiętała; pozostało tylko mgliste wspomnienie wizji: postać Bogarodzicy zstępującej z ram obrazu i ukazującej jej w dalekiej, morskiej perspektywie gotycki kontur klasztoru.

Gdy nad ranem odzyskała przytomność i zapytała o Janka, powiedziano jej, że niebezpieczeństwo minęło i chory czuje się znacznie lepiej. Jakoż za tydzień już chodził. — Ofiarę jej przyjęto. W miesiąc potem Hanka Działyńska wstąpiła do klasztoru morskich panien anuncjatek i rozpoczęła nowicjat pod imieniem siostry Agnieszki. Zrozpaczony nagłym jej postanowieniem Warmski nigdy nie dowiedział się właściwej przyczyny; wszelkie prośby, błagania i zaklęcia opadły bezsilne przed nieugiętą opoką jej woli. Została zakonnicą.

Z duszą krwawiącą, w męce i bólu bez miary poszedł Jan Warmski w pusty, obcy świat i przepadł bez wieści; po dziś dzień nawet najbliższa rodzina nie wiedziała nic o jego późniejszych losach; tylko modlitwa siostry Agnieszki w dalekim, nadmorskim klasztorze czuwała wiernie nad zwichniętą w brzasku dni młodzieńczą dolą...

Pierwsze dwa lata nowicjatu były dla Hanki Działyńskiej nadzwyczaj ciężkie. Reguła zakonna anuncjatek, nazwanych przez okoliczną ludność rybacką Morskimi Pannami, była surowa, niemal nieubłagana: bezwzględna klauzura, ścisły post i innego rodzaju umartwienia trzymały w bezlitosnych karbach tę małą, bo zaledwie z 24. dusz złożoną niewieścią gminę powierzoną pewnej, żelaznej pieczy matki Anastazji Karwickiej. Nie od razu poddał się klasztornej dyscyplinie hardy duch siostry Agnieszki i trzeba było lat kilku walki i upokorzeń, zanim nagięła się przynajmniej zewnętrznie do zakonnego posłuszeństwa i karności. Wyrwanej nagle zrządzeniem losu z gniazda rodzinnego, gdzie otaczały ją uwielbienie rodziców i miłość Jana, rozpieszczonej przez ubóstwiające ją otoczenie, rozkapryszonej przez dobrobyt i wygody pannie trudno było przyzwyczaić się do klasztornego trybu. I chociaż głęboka, po przodkach odziedziczona religijność nakazywała posłuch dla woli wyższej, chociaż umartwiane przez włosiennicę i nocne czuwania ciało upadało nieraz pod razami zakonnej pletni26, przecież buntowała się nieustępliwa dusza, odprężając się łukiem rokoszu przeciw zwierzchniczym nakazom. Potem, po 21 roku życia, po złożeniu ślubów pojedynczych przyszło chwilowe ukojenie: spokorniał duch, poddało się skruszone kilkuletnią kaźnią ciało. W siostrze Agnieszce zaczęły rozwijać się cnoty klasztorne, zakiełkowało szczere zainteresowanie dla mistycznego życia, obudziły się ambicje zakonne. W nagrodę otrzymała z rąk ksieni swój pierwszy urząd: została magistrą nowicjuszek i kierowniczką chóru. Głęboka muzykalność i piękny, kontraltowy głos młodej mniszki znalazły w tej dziedzinie klasztornych zajęć wdzięczne i wzniosłe zadanie. Lecz wkrótce przyszły na nią ciężkie chwile: wróciły pokusy i uderzyły na słabe ciało z podwójną furią. Pod zakonną szatą ocknęła się dawna Hanka, piękna, namiętna panna odsunięta od biesiady życia bezlitosnym wyrokiem Nieba. Zdławione gwałtem porywy krwi odezwały się czerwonym krzykiem i zaczęły domagać się swych praw. Nie pomogły okrutne samoumartwienia, dobrowolna chłosta i błagalna rozpacz modlitwy; wielka, niczym niedająca się powstrzymać fala zaczęła przełamywać wszelkie jazy i tamy, przewalając się rozhukaną grzywą nad głową nieszczęśliwej. Te noce grzeszne, te noce purpurowe krwi pożogą, noce nieprzespane! Te godziny rozełkane tęsknotą ku temu, który nie miał przyjść nigdy, nabrzmiałe żądzą rozkoszy, której on nie miał nigdy zaspokoić! Te noce straszliwe, noce samotnego grzechu rozświetlone pożarem wielkich ogni, rozżarzone do oślepiającej bieli, świętokradcze!

A po nich owe brzaski ospałe, wyczerpane, beznadziejnie puste — poranki skruchy i żalu pod glorią zimowych słońc — prostracje27 duszy i ciała wśród chłodnych ścian oratorium — rozkrzyżowania pokutne na posadzkach kaplic przy wtórze głuchych ech odbitych od klasztornego stropu...

Cały rok wrzała zajadła walka, cały rok zmagała się siostra Agnes z własnym ciałem. Wreszcie wyszła z tych zapasów zwycięska; wybladła, wyczerpana od postów i bezsennych nocy, ascetycznie wyszczuplała, lecz zwycięska. Gdy po ukończeniu 24. roku życia złożyła śluby wieczyste i została wikarią, oblicze jej cechował kamienny spokój nagrobnej steli; zdawało się, że w młodej mateczce zakonnej wypaliły się już wszystkie ziemskie ognie i że dusza jej przekroczyła już nieodwołalnie rubieże zaświatów.

Lecz był to tylko chwilowy etap. Ogłuszone obuchem klasztornych praktyk zmysły przyczaiły się jeno, przywarowały gdzieś w najskrytszych zaułkach osobowości i czyhały na sposobność do powrotu. — Jakoż przyszła — powoli, nieznacznie, po kryjomu.

Gdy siostra Agnes, posłuszna woli przeoryszy, zaniechała przez czas pewien surowszych umartwień i dziewicze jej ciało zaczęło nabierać znów kształtów pełniejszych i rozkwitać czarem niewieściej urody, odezwały się dawne tęsknoty i pragnienia. Barwy ich nie były teraz tak krzyczące, tak ogniste jak przed laty — nabrały raczej odcieni dyskretnych, chorobliwie subtelnych i zmatowanych; lecz może właśnie dlatego groziły większym niebezpieczeństwem.

Siostra Agnes tęskniła bez miary. Przychodziły na nią zadumy nagłe a nieuchwytne, zamyślenia głębokie jak otchłań, zasmucenia nieuchronne. Znienacka rozlewał się po bladych jagodach siostry wikarii ceglasty rumieniec sromu28, w oczach dużych, słodkich jak u łani stawały ciche, Bogu i światu skarżące się łzy. Godziny całe przepędzała na klasztornym tarasie zapatrzona w bezkresy morza, pełna nieokreślonych zachceń i nieukojów. Smutek bezmiernych przestrzeni wtórował tęsknocie jak akompaniament do pieśni w głębinach serca łkającej, smutek wielki, nieutulony, żal cichy przekwitającej w ustroniu jabłoni...

Budziły ją z tych zamyśleń dzwony wybijające spiżowym dźwiękiem godziny klasztornych oficjów lub poważny głos matki Anastazji wzywającej na obrady kapituły. Wtedy z tłumionym bezwiednie westchnieniem odrywała oczy od morza i senna, otulona w kwefy zadumy odchodziła do wnętrz ermitażu29.


Zwłaszcza dzisiejszy zachód słońca dziwnie ją rozmarzył. Morze miało takie słodkie, miękkie tony, tak pieściwie grała hen, w dali jego głębinowa fala; jak sarna było konająca, jak młoda, piękna dziewczyna w przeczuciu zgonu. Coś z tego smutku udzieliło się Agnieszce i szła na nocny spoczynek rzewniejsza niż zwykle i bardziej stęskniona. Lecz i ją w końcu uśpiły łagodne pocałunki księżycowej poświetli. Wypuściła z palców czarną pętlicę różańca, przeważyła się wstecz ku wezgłowiu i przymknęła ociężałe powieki. Padła na nie smuga miesięcznego światła i wycisnęła srebrzystym sygnetem piętno snu; po chwili ześliznęła się z twarzy cudnej mniszki i powędrowała dalej; wydłużonym, zielonym klinem przeglądała powoli rzędy łóż, muskała w drodze białe rąbki kornetów, całowała tkliwie błękitne woale i szkaplerze i snuła się sennym szlakiem po ścianach; aż skończywszy tę nocną rewię dormitarza, opuściła się cicho po gzymsie nadpróżka i zajrzała przez zakratowaną szybę w głąb korytarza; wtedy w blaskach zachodzącego księżyca ukazała się w dalekiej perspektywie na tle okiennego witrażu boleśnie przechylona na ramię głowa Ukrzyżowanego...


Dzień powszedni

Było po prymarii i kapitule — czas poranny; najbliższa według jesiennego horarium godzina kanoniczna i związane z nią praktyki duchowe i obowiązki przypadały dopiero na jedenastą: pozostawały dwie godziny na medytacje i przechadzkę po klasztornym ogrodzie. Siostra Agnes postanowiła skorzystać z nich w pełni; należały jej się dziś te dwie godziny względnej swobody i rekreacji; musiała odetchnąć i uspokoić się. Akt pokory i publicznej skruchy, któremu poddała się dobrowolnie dziś rano po mszy św. w sali kapituły, owa pełna zaparcia się spowiedź z grzechów i wykroczeń przeciw regule uczyniona w obecności wszystkich sióstr przed matką przeoryszą zbyt silnie wstrząsnęły całym jej jestestwem; dlatego teraz łaknęła samotności i kojącego wpływu przyrody.

Wyszła na otwarte ku morzu podcienie klasztornego krużganku i oparłszy się o trzon jednego z korynckich filarów, wodziła oczyma po strądzie i bujowisku30.

Morze pokryte było białą kurzawką. Lekka, zachodnia morka kędzierzawiąca powierzchnię wód nadawała mu wygląd wzdymającego się nieustannie runa. Potężna roztocz miała przy brzegu odcień różowoszary, nieco dalej przechodziła w zieleń szmaragdu, by wreszcie tam na krańcach, gdzie już niebo zwierało się z wodą, wysklepić się w bławą, błękitnostalową kopułę odmętu. Od tej wieczyście roztęsknionej w ruchu rozchwiei nadjeżdżały ku brzegowi na grzbietach przewałów mokre, rozczochrane olbrzymy, zesuwały się nagle, niemal w ostatniej chwili, jakby zlęknione bliskością lądu z pierzastych swych grzebieni w dół, nikły gdzieś, rozpływały się i skarlałe już, wycieńczone i potulne wbiegały na plaże po gładkich, wyszlifowanych pochylniach w postaci niewinnych „zalotów” i „wybiegów”...

Hen, w dali, w połowie drogi między rozkalą klasztoru a przylądkiem latarni, na wydźwignionej od niedawna z morskich odchyli wysepce zebrał się sejm ptasi i rajcował nad sprawami wyraju. Pora to była późna, jesienna i zbliżał się okres przelotów. Skrzydlata gawiedź obsiadłszy skalisty wydmuch, obradowała wrzaskliwie. Byli to przeważnie goście z północy, mieszkańcy fiordów i skandynawskiej wierzchowiny, którzy tu ściągnęli na przezimek; tylko drobna ich część odlatywała dalej w cieplejsze dziedziny. Na przyjęcie zwiastunów jesieni zleciały też na morski ostrów całe rzesze tubylców i jakby chcąc zaświadczyć, że rade gościom z tamtej strony bełtu, okrążały przybyszy z wesołym pogwarkiem. Były wśród nich kaczki morskie i dzikie łabędzie, kiełpiami zwane, pobrzeżne brodźce-kuligi, czajki, nurki, kormorany, perkozy czubate, burzyki i alki; gdzieś aż od Helu przywędrowały na powitanie zamorskich włóczęgów poczciwe słonki a ścigłe jak szkwały mewy, rybitwy uwijały się skwapliwie, przejęte rolą gościnnych gospodarzy...

Spojrzenie siostry Agnieszki znużone zgiełkiem wędrownego ptactwa przesunęło się leniwo po piasku najbliższego wybrzeża, musnęło przelotnie przedpola podklasztornego masywu i pomknęło w dal wzdłuż strądu na zachód. Tam, w perspektywie bez końca wyciągała się linia pobrzeża: strome klify, obsuwy, dzikie, złotym jerkiem zarosłe spychy i obrywy, kępami dzikich róż, szafranem strojne uskoki lisich jarów, jaźwców — borsuków przytułki, oślepiająco białe, charszczem po wierzchu zjeżone duny31 i wydmy, lotne, kapryśne, wichrom morskim na wolę zdane stogi piachów, z dnia na dzień wygląd zmieniające obtule i osypiska; a niżej, pomiędzy ścianami spychów i wydm a poszarpaną we frędzle fal i piany linią morza szeroka, złocistym miałem wyścielona płaskoć; spod piasku wyzierające to tu, to tam głowy głazów i buły żwirów z wiszarów nadbrzeżnych rodem, marglowe odpryski lub miotem fal na strąd wyrzucone przybłędy; miejscami zamiast plaży twardy, kamieniem i krzemem nastroszony ździar, pusty, bezpłodny spłacheć lądu — stolemów — wielkoludów nocne koczowisko...

Olśnione bielą piasków oczy mniszki cofnęły się z linii pobrzeża i spoczęły z uczuciem ulgi na zboczach klasztornego przylądka.

Ten występ skalny, wdzierający się ostro w morze wysokim na 100 m wiszarem, był na tym niskim, nigdzie nie przenoszącym 60 m i pozbawionym skał wybrzeżu czymś wyjątkowym. Podobno przed 200 laty nikt nic o nim jeszcze nie wiedział; na miejscu, gdzie teraz wznosił się klasztor Morskich Panien, wyciągała się równo, niby pod sznur, jak gdzie indziej w tej stronie północnego strądu, urwista, pod naporem przyboju krusząca się, nie wyższa ponad 50 m pierzeja marglowych obrywów. Starzy rybacy ze Swarzewskiej Kępy opowiadali, że dzisiejsza rozkal klasztorna była tajemniczym dziełem jednej burzliwej, rozhukanej rykiem bałwanów nocy. Takiego sztormu podobno nie pamiętali najstarsi ludzie. Ziemia drżała w posadach od miotu przelewy, a straszliwa denega32 wdzierała się daleko w głąb lądu. Koło północy, gdy nasilenie szkwału doszło do zenitu, cały strąd zatrząsł się nagle i wśród oślepiającego światła i huku piorunów podniosła się z głębin morza jakaś czarna, gigantyczna masa. Potem od razu wszystko ucichło i nieprzeniknione mroki okryły ląd i wody. Nazajutrz, w ponury, listopadowy świt spostrzegli okoliczni, podle latarni rozewskiej bytujący rybacy po raz pierwszy skalisty blok nowego przylądka wyrzucony z otchłani wolą morza. W parę lat potem wystawiono na tym miejscu klasztor, w którym zamieszkały Morskie Panny. Lecz wśród ludu rybackiego przystrądzia utrzymywało się po dziś dzień mniemanie, że pustelnia nadmorskich klasztornic została właściwie tylko odbudowana na ruinach dawniejszego, zamierzchłych już czasów sięgającego klasztoru; niektórzy nawet utrzymywali, że przed pamiętną nocą listopadową można było dopatrzyć się na nadbrzeżnych spychach szczątków prastarych murów i resztek klasztornego sadu. Ile w tych gawędach było prawdy, nie wiadomo — to pewna, że dzisiejszy klasztor panien anuncjatek był eremem stosunkowo młodym, że smukłe, gotyckie jego wieżyce strzelały w niebo od lat niespełna dwustu...

Zatopiona w kontemplacji siostra Agnes nie zauważyła, że niskie, jesienne słońce zakreśliło tymczasem spory krąg nad wschodnią krawędzią horyzontu i było już na trawersie33 niebieskim latarni. Przeto gdy przyszło na nią ocknienie z zadumy, pożegnała morze ostatnim, miłującym spojrzeniem i zeszła po stopniach w dół, na wysypaną żwirem i piaskiem ścieżkę ogrodu. Owionęła ją woń dojrzałych jabłek i grusz. Wypielęgnowane troskliwą dłonią siostry Benigny, ogrodniczki, podparte starannie na tyczkach i wsparach drzewa godowały w słońcu ważkie od chylących się ku ziemi spławów. Pod murem dziewki służebne otrząsały przeciążone już nad miarę śliwy i zgarniały do koszy i smukłych solówek rzęsny pokot. Na zakręcie ścieżki, u wejścia do alei agrestowej stała siostra Benigna. Ogrodniczka, zakasawszy przydługie rękawy habitu, przechylała „kulą” gałęzie rozłożystej bergamotki i wspiąwszy się na palcach, obrywała dościgłe34 już, cudownie zarumienione gruszki, które w lot chwytała do rozpostartego fartucha obok stojąca Dorotka.

— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! — pozdrowiła pracującą siostrę wikaria.

— Na wieki wieków! — odparła zaróżowiona od wysiłku Benigna i skierowała na towarzyszkę swe łagodne, ciemnoorzechowe oczy.

— Pozwolisz siostro, że ci pomogę przy pracy — zrobiła nieśmiałą propozycję nieco zmieszana Agnieszka. — Doprawdy wstyd mi mego próżniactwa, gdy was widzę tak utrudzone przy drzewach.

— Bóg zapłać za dobre chęci — podziękowała ogrodniczka, oddając „kulę” służebnej dziewczynie. — Wyręczy nas obie doskonale Dorotka. Nie dla ciebie to, siostro, zajęcie; szkoła, chór i biblioteka i tak ci wypełniają dzień cały po brzegi. Lecz teraz, gdy mamy trochę wolnego czasu i nadarza się po temu sposobność, muszę pochwalić się swoim ogródkiem.

— Z prawdziwą przyjemnością obejrzę twe dzieło, siostro.

I ująwszy pod ramię przyjaciółkę, odeszła z nią na lewo, pomiędzy grządki i klomby.

Było tu ciszej niż w reszcie sadu; szum morza przytłumiony wysoką, czterometrową ścianą muru klasztornego, ściszony odsunięciem tej partii ogrodu w głąb lądowej calizny dochodził tu rytmem zgłuszonym, dyskretnym. Cisze porannej godziny podkreślał łagodny blask jesiennego słońca, co kładąc się na prostokąty i kwadraty grządek, znaczyło na nich złocisto-rdzawą minią ślady swej wędrówki.

— Oto mój ogródek liturgiczny, siostro — przerwała milczenie Benigna.

I wskazała na kąpiące się w słońcu kwiaty i zioła.

— Piękna i bogata kolekcja — pochwaliła Agnes, przypatrując się jakiejś roślince o gronkach różowawych na włochatej łodydze. — Co to za kwiat?

— To czarnokwit, zioło poświęcone św. Stefanowi. A ten kwiat obok o barwach miedzianych, gorzki w posmaku i aromatyczny, to wrotycz, przyjaciel skał i kamieni, środek niezawodny na kurcze nerwowe. Sąsiadujące z nim różowe i białe zawilce są, podobnie jak lilie, symbolem dziewictwa; tulipany, dzwonki i słoneczniki przypominają kształtami i barwą monstrancję, rosnąca opodal cierpiętnica, passiflora, naśladuje narzędzia Męki Pańskiej. Ów skromnie kryjący się w cieniu towarzyszy kwiatuszek to baldrian, czyli koziołek lekarski, poświęcony św. Jerzemu; odwar z niego wypity leczy choroby nerwowe.

— Jak widzę — przerwała jej z uśmiechem wikaria — pielęgnujesz twe ziółka, siostro, nie tylko przez wzgląd na ich symbolikę liturgiczną; przy doborze kwiatów kierujesz się też celami praktycznymi.

— Naturalnie, siostro, naturalnie; zastosowuję je w miarę potrzeby też jako lekarstwa dla chorych w naszym szpitaliku; pełnię przecież obok obowiązków ogrodniczki też funkcje przygodnej infimerki przy klasztornej niemocnicy. Lecz może moje szczegółowe wywody i informacje nużą cię, siostro?

— Przeciwnie; słucham z prawdziwym zajęciem. Kocham kwiaty i zioła nie mniej od ciebie, siostrzyczko.

Przeszły do dalszych grządek. Postacie ich wiotkie, dziewicze, w kwef zakonny spowite pochylały się z wdziękiem nad rozsłonecznioną osadą roślin, obejmowały tkliwym, macierzyńskim spojrzeniem zarówno bujną pychę róż i georginii, jak szarą, do podglebia tulącą się pokorę zielnego pospólstwa. Bo i jedne, i drugie miały swe zalety i nieraz nikłe, niepokaźne ziółko posiadało większą moc i siłę leczniczą niż strojni a bezużyteczni towarzysze. Siostra Benigna z zapałem zawodowej ogrodniczki i botanika wymieniała nazwy swych roślinek, tłumaczyła ich subtelną symbolikę i wyliczała własności. Dużą swą erudycję pod tym względem zawdzięczała mniszka starej rybaczce z pobrzeża, Otylii, odwiedzającej często klasztor i pełniącej pewne posługi na zakonnym folwarku, oraz znacznemu oczytaniu w dziełach z zakresu botaniki i florystyki; zwłaszcza z zamiłowaniem wielkim studiowała Benigna prace średniowiecznych uczonych i lubiła powoływać się na nomenklaturę staropolskich zielników-herbarzy. Bezwzględnym autorytetem był dla niej Albert Wielki i jego traktat o zaletach roślin. Stąd poglądy jej botaniczne miały dziwny, swoisty charakter zabarwiony na pół uczonością książkową, na pół naiwną przesądnością i symbolizmem w stylu ludowym. Z objaśnień ogrodniczki wysnuwały się całe girlandy tajemniczych gawęd i opowieści, wyrastał świat baśni i dziwów; w entuzjastycznej interpretacji siostry zakonnej przekształcały się skromne prostokąty grządek i klombów w zaczarowany ogrójec ludowej klechdy i liturgicznego mitu.

Z opowieści tych dowiedziała się siostra Agnes, że jemioła, oplątująca upartymi ramionami pień odwiecznego dębu przy głównej alei „otwiera zamki”, że amarantowa macierzanka leczy ukąszenia węży, a jaskółcze ziele przyłożone do głowy obłożnie chorego przepowiada szeptem jego wyzdrowienie lub śmierć nieuniknioną. Soczewica spożyta na wieczerzę podobno wywoływała złowróżbne sny żałoby, sok rozchodnika wypity na czczo czynił nieczułym na żar ognia i pozwalał chwytać bezkarnie rozpalone żelazo; czosnek chronił przed urokami, korzeń babki polnej pomagał na ból głowy, pierścień uwity z listków mirtu otwierał wrzody; koper przerywał u kobiet zastoiny krwi miesięcznej, biedrzeniec przyłożony do piersi lub brzucha chronił przed myślami lubieżnymi, podczas gdy malwa zdradzała utratę dziewictwa. Szczególną rośliną była paproć, która zasadzona w wazonku rozpraszała nocne zmory i chroniła przed gradem i czarami; szatan unikał jej podobno. Liście słodkiej dziewanny zgotowane i użyte jako kataplazmy koiły bóle żołądka, gorczycznik św. Barbary, ubożuchne ziele przydrożne, leczył gnilec. Dziwne też własności posiadała staropolska bylica, którą przepasują się dziewoje w święto Sobótki u poety z Czarnolasu. Zerwana w cudowną noc św. Jana i zawieszona w izbie u nadproża broni od czarów, pioruna i złowieszczych zjaw.

Część pielęgnowanych przez siostrę Benignę kwiatów i krzewów zawdzięczała swój byt klasztorny wyłącznie związanej z nimi symbolice. I tak tulący się do murów i kamiennych przepierzeń pomurnik poświęcony św. Annie symbolizował ubóstwo — wonna rezeda jako kwiat Najświętszej Panny oznaczała słodycz duszy — powój i fiołek pokorę — tymian pracowitość, a przyziemny mech samotność i oderwanie się od dóbr ziemskich. Te skromne, nikłe kwiatuszki, zepchnięte gdzie indziej na szary koniec, cieszyły się tutaj szczególnymi względami, bo przypominały cnoty zakonne i ewangeliczną prostotę.

I pyszne, purpurowe róże prężące ku słońcu pełne pąki spoza oszklonych ścian cieplarni znalazły się tutaj nie tyle dla swej bujnej krasy, ile przez wzgląd na symbolikę barwy i cierni: oznaczały męczeństwo. Żałobny cyprys, strażnik grobów był wieczystym memento35 śmierci, łagodny mirt uczył współczucia, osty i bodiaki nawoływały do pokuty i ascezy. Trójlistna koniczyna była ziołem Trójcy Św., winograd Eucharystii, a wzgardzone, po kątach ogrodu kryjące się ciernie i chaszcze symbolem bogactwa gromadzonego przez chciwość i zachłanność ze szkodą dla duszy.

— Rewia skończona — rzekła w pewnej chwili siostra Benigna i podniosła od grządek zamyślone spojrzenie w głąb ogrodu. — Muszę wracać do Dorotki i skończyć moje pensum36 poranne przed obiadem.

— A mnie czas do szkółki i dzieci. Żegnaj, siostro!

Rozeszły się. Ogrodniczka pospieszyła z powrotem pomiędzy drzewa owocowe, wikaria skręciła w aleję główną wiodącą ku klasztorowi.

Spoza żółkniejącego już listowia lip i kasztanów rysowały się jego wieże na jesiennym lazurze nieba niby strzeliste, do modlitwy wyciągnięte dłonie. Aleja, zrazu biegnąca równolegle do muru i nadbrzeżnych spychów, załamywała się w połowie i zbaczała w głąb lądu ku masywowi eremu37. Bo bezpośrednio z morzem stykał się klasztor tylko w jednym miejscu, tj. tam, gdzie jego północne skrzydło wydłużało się w stronę roztoczy i przechodziło w terasę przylądka; zrąb pustelni wraz z kościołem i wieżycą dzwonową rozsiadł się w głębi lądowej calizny. Od morza odgradzała go stroma skała występu, na której szczycie rozpościerała się terasa — od lądu okalał go wysoki, czterometrowy, zjeżony bolcami żeleźców mur, poczynający się tuż u nasady przylądka i opasujący wkoło opiekuńczymi ramionami całą dziedzinę klasztorną wraz z folwarkiem w promieniu kilku kilometrów; mur ten zbudowany z bloków i ciosów czerwonego granitu biegł równolegle do morza w pewnej odległości od linii spychów na wschód i na zachód od skalistej wystawy przylądka, po czym pod ostrym kątem zbaczał z obu stron w głąb lądu, odcinając zacisze klasztorne od reszty świata szerokim rozmachem kamiennych skrzydeł.

Wikaria zmierzała przyśpieszonym krokiem ku południowej partii zabudowań klasztornych, gdzie mieściła się szkółka dla sierót i szpital — niemocnica. Mianowana przez ksienię magistrą nowicjuszek i wikarią siostra Agnieszka była też prefektą szkoły i czuwała nad wychowaniem biednych, bezdomnych sierotek.

Właśnie trafiła na przerwę. Z podsieni klasztornych wypadła gromadka jasnowłosych dzieciaków i rozsypała się jak bursztynowe paciorki różańca po wirydarzu pod wieżą dzwonnicy. Za nimi wysunęły się z mrocznych gardzieli korytarza błękitne habity sióstr-nauczycielek i nowicjuszek.

Dzieci, spostrzegłszy z daleka zbliżającą się postać siostry Agnieszki, rzuciły się pędem ku niej wśród objawów żywej radości.

— Mateczka prefekta idzie! Mateczka dyrektorka nadchodzi! — wołało kilkanaście głosów na powitanie. I przypadłszy do Agnieszki, przyciskały do jej rąk różowe usteczka i buziaki; młodsze czepiały się fałdów jej sukni lub zwieszały się całym ciężarem ciała z jej ramion; jakaś czteroletnia sierotka o oczach barwy nadmorskiego chabru, korzystając z tego, że Agnes pod atakiem dziatwy pochyliła się ku ziemi i uklękła, objęła jej rączkami szyję i tuląc się do niej, szeptała w upojeniu:

— Nie puszczę mojej mateczki, nie puszczę.

— Udusisz mnie, Rozalko — broniła się wzruszona Agnieszka, na próżno usiłując oswobodzić się z ucisku sierocych ramion.

— Nie dam nikomu mojej mateczki, nie dam nikomu — odpowiadała mała, garnąc się do jej piersi.

Wtedy mniszka wzięła ją na ręce i powstawszy z klęczek, podeszła do reszty dzieci. Tu przywitały ją starsze dziewczynki, przeważnie sieroty po zaginionych rybakach i marynarzach. „Gospodyni klasowa”, konwerska Marta w kilku słowach zdała sprawę z zachowania się pupilek i prosiła o wskazówki. Prefekta, wysłuchawszy relacji, pochwaliła pilne, skarciła opieszałe, po czym zaczęła przeglądać zeszyty i tabliczki zapełnione pierwszymi, nieudolnymi próbami liter i cyfr. W parę minut potem zabrzmiał dzwonek i nieletnia rzesza odpłynęła powrotną falą do izb szkolnych. Siostra prefekta w towarzystwie magistry Marty przestąpiła próg klasy czwartej, bo chciała przysłuchać się lekcji języka ojczystego. Godzinę poświęcono lekturze Kwiatków św. Franciszka z Asyżu w wybornym przekładzie Leopolda Staffa. Proste a głębokie opowieści Chrystusowego „biedaczyny”, nacechowane ewangeliczną pokorą i miłością porywały ku sobie serca rybaczej dziatwy. Wśród ogromnej ciszy odczytywała „premiantka” klasowa, Elza Mrochówna, sierota po szyprze z Poczernina, jedno z przedziwnych przemówień świętego do „braci zwierząt”. Z zapartym tchem wsłuchiwały się bezdomne córki morza i strądu w słowa ciche, dobre i pełne cudownej poezji, łowiły chciwym uchem wyrazy serdeczne, wprost z duszy do duszy płynące, jak macierzanka wonne. I zdało im się, że to one są siostrzyczkami rybami, do których każe38 święty, że to one wyszły na brzeg z rozpękłej fali i złożyły ciekawe pyszczki na piasek płaskoci, by zachłysnąć się bodaj na chwilę słowem bożym. Jako te rybki były z przypowieści, jako te ptaszki, braciszkowie młodsi...

Godzina lekcyjna minęła jak piękny sen; gdy nagle odezwał się dzwonek na rekreację, zasłuchane dzieciaki nie ruszyły się z miejsca. Słodko uśmiechnięte, z oczyma pełnymi dobrych, rzewnych blasków dały mniszki hasło do opuszczenia klasy. Dziewczątka usłuchały wezwania z widocznym żalem. Nauka poranna była skończona.

Pozostawała do obiadu jeszcze godzina czasu. Należało skorzystać ze sposobności i odwiedzić kochaną siostrę Marię, Augustynę, prokurzystke i zarządczynię klasztornego folwarku. W towarzystwie siostry Bernardy poszła Agnieszka w stronę odległych o kilometr obór i mleczarni. Po kwadransie drogi stanęły u celu. Właśnie siostra pasterka przypędziła krowy z wygonu i ruch wielki wszczął się na folwarcznym dziedzińcu. Dziewki służebne przysiadły się wnet z skopcami do poczciwych krasul i kalin i zaczęły naciskać palcami sutki nabrzmiałych mlekiem ich wymion. Biały, gęsty, słodki płyn wytryskał dużymi kroplami z napęczniałych brodawek i z charakterystycznym, cykającym szmerem ściekał w podstawione naczynia. Udój przypołudniowy był dnia tego nader obfity.

Maria Augustyna krzątała się żwawo koło kurnika i chlewów, doglądając osobiście ważnej sprawy wykarmu swych pupilów. Oparta plecami o ramię studziennego żurawia, otoczona rozkrzyczaną gawiedzią czubatek, kogutów, pantarek-perlic i indyków rozrzucała szerokim, dobroczynnym gestem ręki ziarno i krupy. Z wzniesionego wysoko ponad ciżbiącym się drobiem rzeszota wypływały co chwila w równych, odmierzonych odstępach czasu kaskady złotych pereł i paciorków i półokrągłym ruchem paraboli spadały pomiędzy łakomych biesiadników. Z uśmiechem na dobrych, trochę za szerokich ustach obserwowała zakonnica efekt swej siejby. Lubiła znać bardzo przypatrywać się tej skwapliwej ochocie, z jaką jej „stołownicy” rzucali się na karmię i wydzierali sobie nawzajem smaczniejsze kąski.

— Pomału, pomału, czubatko — upominała od czasu do czasu to tę, to ową żarłoczniejszą kurę. — Nie śpiesz się tak bardzo; będzie dość z ciebie; zostaw trochę i dla innych.

— A ty sobku jakiś! — gniewała się znów po chwili na imponującego koguta, który wszystko chciał zagarnąć dla siebie. — Wstydziłbyś się, nicponiu, porywać sprzed nosa kureczkom najpiękniejsze ziarna! A gdzie kurtuazja dla płci pięknej, samolubie?

Równocześnie nie spuszczała z oka tego, co się działo w sąsiednich partiach folwarku. Opodal przy korytku karmiły dziewki służebne stadko wieprzaków i świń. Ucho siostry z przyjemnością wsłuchiwało się w idące stamtąd szmery i dźwięki: Maria Augustyna lubiła te pochrząkiwania, pomruki, pomlaskiwania, te chrumkające objawy zadowolenia tuczącej się rzeszy.

— A nie szczędź im strawy, Kasina — odezwała się do dorodnej, czarnowłosej dziewuchy stojącej przy jednym z koryt. — Dolej im jeszcze trochę tej „zawłoki” z grysu i pokrzywy, niech sobie pojedzą do syta poczciwe warchlaki.

Jakby rozumiejąc, że o nich mowa, podniosło parę bialutkich jak śnieg świnek ciekawe, różowe ryjki od koryta i wyciągnęło je przyjaźnie w stronę troskliwej o ich dobro i błogostan pani. Lecz Maria Augustyna nie widziała już tych dowodów wdzięczności, gdyż uwagę jej zwróciło na siebie przybycie wikarii z siostrą Bernardą. Z daleka już ujrzawszy nadchodzące, wyrzuciła z przetaku ostatnią przygarść karmy i pełna uśmiechów w siwych, znużonych już wiekiem oczach pospieszyła im na spotkanie:

— Co za goście! Co za mili goście! — wołała, obejmując obie ciepłym, macierzyńskim spojrzeniem. — Venite, appropinquate, ancillae Domini39! — zapraszała gościnnie do wnętrza folwarku. — Właśnie skończyłam karmienie drobiu i zabieram się do przeprowadzenia rachunków i przydziału prowiantów dla klasztoru. Jak się ma dzisiaj matka Beata?

— Nasza święta chora czuje się lepiej. Byłam dziś u niej rano przed jutrznią. Lecz wciąż jeszcze nie może wstawać; jest zbyt osłabiona. Kazała was serdecznie pozdrowić, siostro — objaśniała Bernarda.

Weszły w sień na lewym skrzydle budynku folwarcznego.

— Zanim zaglądniemy do mojej „kancelarii”, może zechcecie obejrzeć sernicę? — zaproponowała siostra prokurzystka.

— Owszem, rade byśmy bardzo przypatrzyć się waszej robocie, siostro; sery z folwarku są niezrównane — odparła z uznaniem Agnieszka, wiedząc, że Maria Augustyna dumna była na40 wytwory swego folwarku i nader czuła na pochwały.

— Musicie znać, siostro, jakieś specjalne arkana wyciskania twarogu — sekundowała jej dzielnie Bernarda. — Podobno i poza granicami klasztoru ludzie się go nachwalić nie mogą.

Maria Augustyna promieniała z zadowolenia.

— Nie tyle może ja, ile nasza poczciwa Otylia — odpowiedziała skromnie.

Cień przesunął się po pięknej twarzy wikarii.

— Otylia, wdowa po Paczuli? Ona wciąż jeszcze na waszym folwarku? — zapytała niechętnie.

— Ta sama, siostro Agnieszko, ta sama. Bardzo dzielna pracownica.

— Wolałabym się z nią tutaj nie spotkać.

— W takim razie proszę za mną wprost do mego „biura”. Dlaczego nie lubicie jej, siostro wikario?

— Sprawia na mnie wrażenie kobiety z gruntu cynicznej. Nie lubię wdawać się z nią w rozmowę.

— Nie zawsze była taka — wzięła ją w obronę Maria Augustyna. — Jestem starsza od was, siostro, i pamiętam ją z dawniejszych lat. Bieda, nieszczęście, utrata męża napełniły jej serce goryczą i stąd może trochę za szorstka w słowach.

— Nie chodzi mi o szorstkość obejścia, siostro, tylko o dziwny, zwłaszcza u kobiety z ludu, sceptycyzm w rzeczach wiary. Rozmawiałam z nią parę razy, lecz zawsze dysputy nasze kończyły się rozdźwiękiem. Jestem głęboko przekonana, że dla Otylii Paczulanki nie ma na świecie nic świętego.

— Być może; nie będę się sprzeczała. Trzymam ją na folwarku, bo biedna i musi zarobić na chleb codzienny a pracuje wybornie. Lecz oto jesteśmy już na miejscu. Proszę: oto moje „biuro” i „kancelaria” folwarczna; rozgośćcie się jak u siebie.

Mniszki weszły do obszernej, starannie wybielonej izby. Na środku stał stół zarzucony arkuszami rejestrów i ćwiartkami papieru zapełnionymi kolumnami liczb i cyfr. Nad tym „biurkiem”, na ścianie wisiał czarny krucyfiks, a nad nim obraz św. Alojzego. Parę krzeseł i duża ława pod oknem uzupełniały urządzenie wnętrza.

Na ławie siedział stary rybak, Kaszub, który spostrzegłszy wchodzące, podniósł się, składając głęboki ukłon.

— Przyszliście nas odwiedzić znów, panie Antoni — powitała go siostra prokurzystka. — A z pełnym?

I spojrzała z uśmiechem na pojemną, wyplataną z prętów wikliny „karznię”, z której wnętrza szedł na izbę mocny, rybi obrzask.

— Ninia41! Z pomocą Pana Jezusa, z pełnom.

I odkrył z dumą płachtę przykrywającą zawartość kosza. Mniszka okiem znawczyni objęła towar.

— Piękny połów, panie Antoni, bardzo piękny.

Z wnętrza karzni błysnęło łuskami podbrzuszy parę łososi, jesiotrów i węgorzy.

— Antoni Pioch, nasz stary przyjaciel i dostawca klasztorny — przedstawiła rybaka siostrom Maria Augustyna.

— Kiedy spodziewacie się ciągu śledzi, ojcze? — zagadnęła go przyjaźnie Agnieszka.

Starzec uśmiechnął się dobrotliwie ubawiony trochę znać naiwnością pytania.

— Śledzi, matko dobrodziejko? Nie pora jeszcze na nie, nie pora. Śledź i szprot, wiadomo: ryba zimowa; od Szwedo ciągne dopiro w czos godów42, a do godnika43 daleko. Pomuchle łowim w te czasy, matko wielebno, dorsze łowim i brzony, gdy głada44 na łowiszczu, a w słodkiej wodze bodzionki45 i jesiotry.

— A piękna pogoda długo jeszcze wytrzyma? — wmieszała się do rozmowy siostra Bernarda.

— Bogać tam! Wnetki przyndą sztormy i dma okrutna zmątwi wodne płanie. Pomykać musim z wątonami46 i drgubą47, póki czas. Gdy zejdze nos wielko wiejbo, porwie postronki i uwięzie, i poniesie na bystrz! Wtedy i kwaczą48 nie zgonisz.

Tymczasem siostra prokurzystka policzyła ryby i należytość. Stary z zadowoleniem odebrał pieniądze i schował do skórzanej sakiewki.

— Ostawajcie z Ponem Jezusem, matki wielebne — pożegnał mniszki, zabierając się do wyjścia. — Za tydzień, gdy wyciągnemy więcerze i pławnice zapuszczone w jeziorze podle Mewiej Rewy, przynde tu snowu. Rybo z cichego połowu peszna49; same snaże50 sztuki.

— Pan Jezus niech was prowadzi, ojcze. Do widzenia! Szczęśliwego połowu! — odpowiedziały mu siostry.

Nacisnął na głowę uszatą „mucę” i zniknął w drzwiach. Z oddali nadpłynął przedpołudniowy Angelus dzwonów. Zbliżał się obiad i meridiana51. Należało wracać do klasztoru. Przeprowadzone przez Marię Augustynę aż do opłotków folwarcznych zakonnice pożegnały ją serdecznie, obiecując rychłą powtórną wizytę, po czym zwróciły się na lewo w kierunku „starego klasztoru”.

Agnieszka, znająca tę partię tylko z planu przechowywanego w archiwum klasztornym, umyślnie wybrała tę drogę, by poznać i to tajemnicze, mało odwiedzane przez siostry zakonne ustronie. Zakątek zwany „starym klasztorem” obejmował odległy, trójkątny wyimek gruntu na zachodnim krańcu klasztornych włości; ujęty z dwóch stron pierzejami granicznego muru, oddzielony od reszty posiadłości żywopłotem cierni i tarniny, stanowił on dla siebie zamkniętą, pełną dzikiego uroku oazę. Wedle podania tam właśnie wznosił się przed wiekami stary klasztor, którego szczątki widziała jeszcze pierwsza ksieni nowego, o parę stajań na wschód zbudowanego monasteru. Podobno z tych właśnie szczątków wystawiono później na pamiątkę małą, skrętami dzikiego wina oplecioną kapliczkę z wizerunkiem Najświętszej Panny we wnętrzu. Prócz tej świątyńki powstałej z ruin dawnego eremu52, jedynym zabytkiem z owych odległych, zamierzchłych już czasów była aleja porzeczkowa, biegnąca od kapliczki równolegle do muru i linii morza. Miejsce to w opinii starszych zakonnic było „partią zakazaną”. Jakoż nie stało się nigdy terenem wspólnych przechadzek i rekreacji; mniszki unikały go widocznie. Mateczki i starsze siostry nie zapuszczały się nigdy same w tę stronę, zaś nowicjuszkom, konwerskom i siostrom postulantkom wzbronione były samotne przechadzki po odleglejszych partiach klasztornej dziedziny. Zagadnięta raz w tej kwestii przez Agnieszkę ksieni Anastazja dała jej wymijającą odpowiedź, nie zabraniając jednak wyraźnie odwiedzania tej części ogrodu. W ogóle z czasem utrwaliło się w wikarii wrażenie, że zwłaszcza starsze, wtajemniczone w przeszłość i dzieje pierwszego klasztoru zakonnice, odnoszą się do zagadkowego ustronia jakby z uczuciem lęku i przesądnej trwogi.

Pewne światło na sprawę rzuciło przypadkowe odkrycie uczynione przez nią przed paru dniami w archiwum klasztornym pozostającym pod jej zarządem i opieką. Porządkując stare rękopisy i ulotne druki, wpadła siostra Agnieszka mimo woli na trop dziwnej opowieści związanej z dziejami starego klasztoru. To, co wyczytała na pożółkłym ze starości, na pół strawionym przez mole skrawku papieru, zdawało się wyjaśniać po części zachowanie się niektórych zakonnic. I chociaż historia brzmiała trochę fantastycznie i nieprawdopodobnie, niemniej podziałała silnie na wyobraźnię wikarii i skłoniła ją do odwiedzenia „zakazanej strony”. A właśnie minąwszy folwarczny wygon i mały olchowy bugaj, zbliżały się do cierniowego żywopłotu. Agnes na chwilę zawahała się:

— Iść dalej, czy zboczyć na prawo?

Lecz ciekawość kobieca przemogła skrupuły i zdecydowanym ruchem pociągnęła za sobą przyjaciółkę ku alei. Nie szukały jej już długo; wkrótce żywopłot rozstąpił się kształtem naturalnej szczerby i przez ten wyłom przepuścił je do wnętrza zakątka. Znalazły się u wylotu długiej, wąskiej ścieżki biegnącej między szpalerami tarnin i porzeczek; na krańcu alei, w odległej perspektywie widniała mała, bluszczem i pnączami winogradu osnuta kapliczka. Owładnięte przez dziwny nastrój, którym tchnęło miejsce, zakonnice mimo woli zatrzymały się.

Oblane rdzawym, jesiennym słońcem krzewy i chaszcze drzemały senne i zadumane; śniły im się może wspomnienia dawnych lat, majaczyły w słonecznej topieli zdarzenia przeszłych dni, co tu się rozegrały fatalnie? Na ścieżkę białą, wyzłoconą słońcem padały w poprzek cienie ich ostre, głębokie i haftowały na piasku krzyżowy wzorzec zagadek. Tam w głębi, pod murem popielata plama świątyńki w oplotach dzikiego wina z rubinowym sercem lampki wieczystej, tam wyżej, ponad zrębem turkusowy strop nieba i wzdęty, bławy53 klosz morza. I żadnego głosu, żadnego dźwięku prócz rytmu jego chorałów — dostojnych, odwiecznych... Wtem uczuła wikaria, że Bernarda drżąca cała opiera się o jej ramię.

— Siostro — szeptała — spójrz w tamtą stronę, siostro! Czy nic nie widzisz?

Na tle kapliczki zarysowała się postać mężczyzny w zakonnym habicie; długa, krucza broda okalała twarz bladą, pociągłą, z parą głęboko osadzonych, płomiennych oczu; te oczy wpatrywały się uporczywie w Agnieszkę. Nieznajomy zakonnik szedł z głębi alei ku nim. Gdy przebył połowę dzielącej ich przestrzeni, wikaria, otrząsając się z odrętwienia, chwyciła krzyż wiszący jej na piersi i wyciągnęła go ku niemu gestem obrony.

Na twarzy mnicha pojawił się uśmiech na pół bolesny, na pół ironiczny; zawahał się, zakołysał i nagle rozwiał bez śladu.

— To było widmo pokutnika — szepnęła siostra Agnieszka, słaniając się w objęciach młodych, silnych ramion Bernardy.

— Co to wam, siostro? — pytała tamta, podtrzymując drżącą i wybladłą.

— Nic już, nic. Przelękłam się trochę. Już przeszło. Lecz proszę cię, siostro, bardzo gorąco proszę: nie mów nikomu o tym, cośmy tu widziały.

— Nie powiem, siostro wikario.

— A teraz pomódlmy się za jego duszę.

— Pomódlmy się, siostro.

I ukląkłszy, odmówiły Ojcze nasz i Zdrowaś. Potem zamyślone odeszły aleją w stronę klasztoru.

Dzieci morza

Słońce przetoczyło się już na zachodnią połać nieba, gdy Antoni Pioch wracał z klasztoru z wypróżnioną karznią. Droga szła mu najpierw urwistym wiszarem przylądka, spadała potem równią pochyłą na wysokość 50 m ponad płań morza i przechodziła w ścieżynę obrzeżającą niby wąska krajka rąbek spychów. Po prawej jeżyła się jesienną szczecią pól ledzena54, drzemały w mrokach pażyce55 i wilgotne okola, po lewej bielała płaskoć strądu i bławiło56 się morze. Lekka morka wiejąca ze wschodu kędzierzawiła fale, wtórząc nieuchwytną gędźbą szumowi bujowiska57.

Pioch wsłuchiwał się z lubością w tę gędźbę58 i w ten szum, jednoczył się z nimi wszystkimi zmysłami, zlewał duszą, chłonął je, upijał się nimi niby trunkiem. Zupełnie jak przed laty, gdy był jeszcze małym böbem remki59 udźwignąć niezdolnym, gdy go nenka60 po raz pierwszy na strąd z checzy wyprowadziła. Od owej chwili nic nie zmieniło w nim uwielbienia dla potężnego żywiołu; pogłębiło się ono może tylko, zmężniało i nabrało cech bałwochwalczej czci i zachwytu. Więc jak przed laty słuchał i podziwiał...

W trzech rytmach uderzało morze o wargi strądu. Pierwszy, wprost z trzewiów otchłani wydarty, z samego podglebia rodem przynosił lądowi głuche, kotłowiskiem wód zmącone wieści o głębinie i śpiewał legendę dna...

Drugi, w ślad za tamtym zdążający, opowiadał światu o wiecznym znoju fal, o tęsknocie włóczebnej ich doli i tułaczce bez kresów — wygrywał na strzępiatych grzbietach greling61 pieśń latających Holendrów...

Ostatni, najcichszy, niby westchnienie ulgi po trudach był rytmem ukojenia; łagodna już, wysiłkiem ataków poprzednich wyczerpana fala głosiła chwilę odpoczynku i wytchnienia...

Antoni Pioch zatrzymał się nad brzegiem Borsuczego Jaru i ogarnął spojrzeniem roztocz. Rozmach morza był o tej godzinie silniejszy niż w południe: spienione jego zasięgi wbiegały daleko w ląd wyciągniętymi ostro jęzorami.

Pioch wpatrzył się w tę wiecznie chwiejną rubież suszy i morza i śledził łamaną linię „zalotów62”. Stary Kaszub znał wybornie każdy kształt fali, każdy ich rodzaj, odmianę, chwytał w lot najlżejszy odcień, najdrobniejszy szczegół, pieścił się niezrównaną ich rzeźbą. Wszystkie kochał po równo: i potworne, spiętrzone przez szkwały denegi, pędzące jak tabuny olbrzymów poprzez zdziczałe bujowisko, i wzdętą, rozdąsaną podczas wiejby przelewę, pierzaste, grzebieniami szumów potrząsające „szelingi”, figlarne „wybiegi” i niewinne, na ustach strądu igrające podpluski i „dokłady”. Miłował z duszy całej zarówno jesienną czy zimową gońbę przewałów, co wspiąwszy się na muskularnych przegubach wygrażają grzywami pian i kędziorów — jak i kapryśną, dziecięcą zabawę „podsypisk”, zlizujących ślinami zalotów brzegowe pochylnie...

W tej chwili plaża była pusta. W błogosławieństwie kłoniącego się ku zachodowi słońca pławiło się tylko parę pustych łódek przycumowanych do palików na wywłoce63, suszyły się pod wantą64 spychów rozpięte na rozszczepach potyczy potrójne sieci drguby i parę wątonów; opodal poza „szperkiem”, wysuwającym się daleko w morze iglicą piasku, stał na kotwicy ze zwiniętymi żaglami samotny kuter.

Pioch odwrócił oczy od toni i okrążywszy jar, zaczął iść w głąb lądu. W oddali zarysowały się przed nim kontury czterech budynków: jego własna checza, sadyba rodziny Kurrów, nędzna, do ziemi przysiadła lepianka Otylii Paczulanki, a obok, na samym krańcu plebania — dogorywające szczątki Jantarowa, ludnej niegdyś i bogatej osady rybackiej. Chociaż od czasu ponownego złączenia ziemi kaszubskiej z prastarą macierzą polską minęło już lat przeszło 300 i wpływ sąsiednich narzeczy zdołał już znacznie przekształcić mowę mieszkańców pobrzeża, przecież zwyczaje ich i wierzenia pozostały prawie nietknięte. Jak przed wiekami mieszkali w kurnych kapownicach z kominem kuchennym, z którego czeluści spadała nieraz do potraw rozmiękczona parą „pecyna65”; jak przed laty „palili i Bogu świeczkę, i diabłu ogarek”, wierzyli w möry — pół tchórze a pół karły cwałujące przez morze na źdźble słomy, drżeli przed zmorą ponocną i unikali jak zarazy stolemów — wyrwidębów; pasterze kaszubscy po staremu trąbili na rogach-bozunach z olszyny, a białki66 łamały len na uświęconych tradycją prababek „cerlecach” i przędły owczy „warp” na kołowrotkach; jak za pogańskich, mgłą lat zasnutych czasów kładziono noworodki męskie pod stół, dziewuchy zawijano w fartuszki matek, a gdy które przyszło na świat z „gażą” lub „mucką” na głowie, palono ją na proszek i dawano pić dziecku po siedmiu latach, aby, broń Boże, nie zostało po śmierci „wieszczym67”...

Checza Antoniego Piocha była najbliższa z brzegu. Zbudowana na hylu68, z wystawką podcieniową na czterech słupkach witała z daleka dziwacznym uśmiechem „dziadka-sztołta” na szczycie dachu. Podle domostwa stał piec piekarski wspólny dla obu sąsiadujących z sobą rodzin i półwieczny chlew sklecony ze szczątków przedziurawionej kwaczy. Dalej, już na granicy pażycy i okola widniała budka na torf zbita lada jako ze spróchniałego kilu69 i burt starej łodzi.

Przed chatą na zydlu siedziała Heda Dorszówna i pomagała Józkowi Piochowi przy naprawie porwanej mreży70. Chłopak patrzał w jasnowłosą dziewczynę jak w tęczę. Toteż robota szła młodym jakoś niesporo i ręce ich znać nad potrzebę często spotykały się na tle sieci.

Stary uśmiechnął się pobłażliwie; nie były mu nowiną uczucia syna dla dorodnej dzewus z sąsiedztwa i przyjaznym okiem patrzył na te zaloty. Bo też pasierbica Zygmy Kurra zasługiwała na to pod każdym względem. Piękna, rosła i silna była jakby stworzona na żonę rybaka. Przędła i haftowała jak mało która białka z okolic przystrądzia, dziergała wątony i uklejnice71 przy pomocy kleszczki niezgorzej od chłopów, a karznie i liszki na ryby z łyka i kory brzozowej wyplatała nawet lepsze i mocniejsze niż te, które wychodziły z rąk zawodowych koszykarzy. Pracowita i gospodarna, dzień cały uwijała się po domu, czuwając nad ładem obejścia. To pewna, że gdyby nie ona, nie wyglądałaby checza Zygmy Kurra tak dostatnio i zasobnie. Bo wiadomym było powszechnie, że nena jej, Elza, wyszedłszy po śmierci starego Dorsza po raz wtóry za mąż za Zygmę Kurra, zaniedbywała gospodarstwo, wciąż jeno nad tym przemyśliwając, jakby się młodszemu od siebie mężowi przypodobać czy to strojną ruchną72, czy złotogłowym czepcem lub rębowaną mycą73; zajęta tylko podtrzymywaniem gasnącej już krasy, nie dbała o dom i oborę, troskę i staranie o gospodarskie sprawy córce zostawiając. Toteż nie dziwna, że stary rybak z duszy całej poszedłby „w rajbi74” do Kurrów z prośbą o Hedę dla syna i rad by był jak najrychlej ujrzeć w swej checzy jej „brutci tońc75” przed północą.

Lecz chęciom obojga młodych i życzeniom starego Piocha stawiał wyraźny opór Zygma Kurr, ojczym dziewczyny. Przypierany do muru, wykręcał się ni tym, ni owym, nie chcąc podać właściwej przyczyny odmowy. Zrazu przypuszczał Pioch, że Kurr nie chce dać pasierbicy Józkowi dlatego, że z jej zamążpójściem utraciłby poważną siłę roboczą. Później zmienił swe zapatrywania na tę sprawę. Spojrzenia, jakie rzucał Kurr na dziewczynę i jego zachowanie się wobec Józka wzbudziły w sercu starego pewne podejrzenia: wydało mu się, że Zygma jest zazdrosny o piękną pasierbicę jak mężczyzna o kochaną kobietę. Lecz z domysłami swymi nie zdradzał się przed nikim — nawet przed Józkiem, chociaż jego by właśnie najwięcej obchodzić mogły. Czy kto inny jeszcze podzielał jego podejrzenia, nie wiedział; być może przeczuwała prawdę sama Heda, lecz, skryta i małomówna, nie lubiła się przed nikim wywnętrzać. Może i coś zauważyła, lecz cóż mogła na to poradzić? Była na pół sierotą, małoletnią i biedną, a zwyczaj nakazywał posłuszeństwo dla ojczyma. Umiała tylko kochać i cierpieć w milczeniu. Miłość jej do Józka Piocha była głęboka jak morze; bo Heda była córką maszopa Dorsza, starego wilka morskiego, co ze śmiercią się kumał po rozłogach wodnych całego świata i odziedziczyła po nim wielki hart duszy wraz z słodyczą gołębiego serca. Widywała się z ukochanym tylko ukradkiem, korzystając z chwil nieobecności ojczyma; matki nie potrzebowała się obawiać; bo Elza, jakby coś przeczuwając, sprzyjała zamiarom młodych i ułatwiała im schadzki...

Toteż stary Pioch, spostrzegłszy teraz oboje na progu domu zajętych niby to naprawą sieci, zapytał wręcz Hedę, przechodząc mimo76:

— Gwes77 ojc na torfowisku, co?

— Poszli za szperk krzewac żaki78 — odpowiedziała, uśmiechając się porozumiewawczo.

Pioch kiwnął głową na znak, że rozumie.

— Za pół godzine odcumujem, Józk, i pójdzemy z botami79 na łowiszcze. — Zwrócił się z kolei do syna. — Będzie dzisia s nomi belna kumpania. Cezy80 przyrychtuj81 no czos!

— A skąd odbijem?

— Od cumowiska za szperkiem.

— Hej, podle kutra Paszkowego na kocwi82, com go widzioł dzisia rano?

— Gwes, podle kutra.

I nie chcąc psuć młodym kilku chwil lubej samotności we dwoje, poszedł ku checzy Otylii Paczulanki. Zastał starą na progu z garnkiem pełnym „gapiego rosołu”, chudej, postnej zupy z chleba pokrajanego w kostki i zalanego juszką czosnkową. Był to jej obiad; tym żywiła się codziennie na „półni”.

— Podzcieno ku nom — zagadał do niej — podjecie se trochę bulwe i golców83; zostało ich noma dość z „podpólnika84”. Najdzecie tyż w garncu na piecu zoczerke85 i bańtke86 smażono.

— Bóg wom zapłać — nie głodnom; jodłom dzisia podpółnik u Morscich Ponienek — odpowiedziała, przechylając brzeg garnka ku bezkrwistym ustom.

Pioch patrzył na nią ze współczuciem. Mimo jej zgryźliwości i ostrego języka lubił Otylię; wdowa po Paczuli, towarzyszu wspólnych wypraw na dalekie morza, przypominała mu dawne, piękne czasy; ponadto oboje byli jedynymi łącznikami między osadą i morzem a klasztorem: on jako dostawca ryb, ona jako pomocnica na folwarku. Za życia męża wiodło jej się niezgorzej; lecz gdy Jan podczas jednego z wiosennych sztormów zaginął bez wieści wraz ze swym botem87, zła dola zagościła na stałe do jej checzy. Odtąd bytowała tylko, nie żyła. Trochę ratował ją klasztor, trochę ludzie dobrzy z pobrzeża, trochę praca własnych, starych rąk. Zgorzkniała, potwornie brzydka, wychudła jak szkielet obnosiła Ota swe stare kości po szarym, obojętnym jej świecie. Na wiosnę i jesienią, czasu wielkich burz trudniła się wyławianiem morskiego przypławku, w porze zimowej i letniej, gdy lód pętał pobrzeża lub na rozlewisku królowała głada88, chodziła po okolicznych osiedlach w roli znachorki-krwawnicy; wypędzała zgagę do morza i przenosiła różę z chorych na członki zmarłych lub na drzewa i kamienie; umiała też wygotowywać przeróżne leki na choroby płuc i nerek, usuwała brodawki i puszczała chętnie krew. Na Oksywskiej Kępie uchodziła za czarownicę; mówiono, że Pomrucz, duży, czarny kot łażący za nią krok w krok był jej kmotrem-diabłem, z którym związała się paktem krwi. I chociaż Paczulanka śmiała się w żywe oczy z tych ludzkich pogadków, przezwisko baby-jędzony, Oty-czarownicy przywierało coraz uporczywiej do jej zawiędłej postaci...

— Zabiore wos dzisia s sobom w bot na łowiszcze — rzekł jej Pioch w tonie propozycji.

— Ceze grędzec89? — zapytała.

— Gwes: grędzec i wyciągać pełne. Pojedziecie s noma?

— Hej, pojode. Na Oksywiu powiodojom o mnie maszopy: „Ota w bot, stornie w bot”.

— To rychtujce sę, bo wnetki odcumujem. Grepą dzisia w morze pożoniem.

— Póde przyrychtowrac karzne.

I zniknęła w głębi checzy. Pioch, wyzyskując resztę czasu pozostającego mu przed połowem, ruszył ku torfowisku; chciał zobaczyć, czy wykopane przed paru dniami cegiełki wyschły i czy można je zabrać do domu. Stąpał ostrożnie po gruncie niepewnym i co krok zapadającym się pod nogami; obchodził co chwila wygarnięte czworokąty rząpów90, czarne, cuchnące zgniłą wodą, podobne do gnojówek. Wreszcie dotarł do ostatnich, świeżo wybranych z podglebia. Opodal na kępach twardszego gruntu wznosiły się piramidy brykietów; dawniejsze, ułożone przed tygodniem, wyschły już galantnie na słońcu dzięki powiewom odmorskiej bryzy i nabrały właściwej sobie, ciemnobrunatnej barwy; świeższe, onegdaj ryskalem z okola wyprute nie pośpiały91 jeszcze z wysuszem i były wciąż mokre, oślizgłe i czarne. Pioch podniósł porzuconą nad brzegiem cembrowiny łopatę i zaczął przy jej pomocy ładować na taczki gotowe już do użytku cegiełki. Kwapił się belnie, bo stanowisko słońca na niebie nakazywało pośpiech. Toteż wrychle zawracał z pełnym w obejście.

A czas był już wielki po temu. Już słońce mocno nachyliło się ku morskiej płani, już chłodniało z chwili na chwilę wieczorne wiodro92, a do niedawna jeszcze złocisto-czerwony wid93 przestworza nabierał rudawych odcieni miedzi. Na rozlewisku wód, hań, za wantami spychów, na obrzeżu strądowej płaskoci coraz to wyrastały białe płachty kutrów i kadłuby botów: schodziły się ze wszech stron na łów maszopy.

Pioch wytrząsł zawartość taczek do wnętrza torfówki i w mig przebrał się, jak należy. Wdział tedy na się mocne, nieprzemakalne bukse94, na grzbiet wciągnął dobrze nawoskowany gumiak, pamiątkę z dawnych, żeglarskich swoich czasów, a nogi obuł w skórznie. Gdy tak przeistoczony wyszedł w podsień domu, zastał już oczekujących go Józka, Hedę i Otę. Młody Pioch gubił się cały w oplączy wyciorków, kaszorów i cez, które tysiącooką powięzią owinęły jego krzepką, dorodną postać. By mu ulżyć, chciał stary ponieść część sieci na własnym grzbiecie. Lecz Józk nie pozwolił na to:

— Niechojce to, ojc: som wydole; bedziecie mieć i tak dużo rwetesu na łowiszczu. Szparujcie sił na później. — I ruszyli grepą95 ku strądowi.

— Ojc nie wrócił? — zapytał Antoni Pioch po drodze Hedę.

— A no nie, gwes czeko no mnie przy cumowisku. Snać nie nolozł nic w żakach.

— I nie wypłaciło mu se wracac do checzy — wywnioskował Józk.

— Rad ta was oboje gwes nie obacy na wywłoce — wtrąciła Ota, patrząc złośliwie na młodych.

— Co wom do tego? — odburknął jej niechętnie Józk. — Pilnujcie woszych karzni i korczaków96.

— A jo ci, Józk, mówię: waruj się Kurra, bo to ćwardy hłop i Hedyć nie odda.

— Nie wasza sprawo, kumo — wmieszał się do rozmowy stary. — Nie strachujem se bele kogo.

Dziewczyna milczała. Głęboki rumieniec wywabiony na twarz pierwszymi słowami Oty nagle zniknął, ustępując miejsca przeraźliwej bladości. Ścisnęła mocno rękę ukochanego i przytuliła się doń jak dziecko.

— Jom twojo, Józk, jom twojo.

Zaczęli schodzić ku cumowisku. Antoni pierwszy spostrzegł Kurra. Ojczym Hedy wyciągnął właśnie na brzeg pławnice.

— Szczęsc Boże! — powitał go Pioch, zbliżając się z resztą towarzyszy. — Połów belny?

Odpowiedziało mu chmurne spojrzenie sąsiada.

— Do stu stolemów! — zaklął ponuro. — Sam czmyr97! Trzo beło wytrząchac ceze z tego plugastwo. Samo płoć marno, garnele i krewety.

— He, he, he! — szydziła Ota, obserwując całe pęki morszczyn uwikłane w niewód Kurra. — I kidzeny98 siła wyłowilisce z morza.

Ogarnął ją wściekłym rzutem oczu.

— A wos, stara, po kiego tu licha nadniosło? — zapytał opryskliwie. — Pomuchle odstraszać od botów?

— Nie strachujcie sę, somsiedzie! — odgryzła się jadowicie. — Nie przysionde se do woszej kwaczy.

— Ponu Jezusowi chwoła! Baba z botu, kweres99 z głowy.

I odwrócił się gniewnie do pasierbicy:

— A ty bez co dopiro teroz zeszło ku płaskoci? Trza beło wprzódzi przyśpiać i ceze na strąd se mnom ciągac.

— Niceście mi wprzódzi nie przykazali, tom i doma przyostało aż do godzine łowby — tłumaczyła się zmieszana.

Nie odpowiedział już nic, jeno chmurny jak noc zaczął spychać łódź z wywłoki.

— Przyprzy bot od bakortu100 — rzucił jej po chwili rozkaz.

Dziewczyna całym ciężarem ciała wsparła się o lewy bok łodzi. Widząc jej wysiłek, Józek przyszedł z pomocą i jednym pchnięciem ramienia zesunął statek po pochylni strądu. Zygma na podziękę spojrzał nań tylko ponuro i wycedził przez zęby:

— O woszom pomoc nie stoje; małe s niej lo mnie wcieszenie.

— Toteż nie wom kciołem pomóc, jeno Hecie — odparował tamten.

Zmierzyli się ostro spojrzeniami; stalowe błyski, wystrzeliwszy z zimnych ich, zawziętych oczu, spotkały się w drodze, zwarły ze sobą i spięły w uścisku nienawiści.

— Ojc! Bot już na fali; wsiodojcie se mnom! — ozwał się drżący głos Hedy.

— Józk, i noma czas na wode — wzywał syna zaniepokojony Pioch.

Mężczyźni, obrzuciwszy się raz jeszcze groźnymi miotami oczu, rozeszli się: Kurr wskoczył za pasierbicą do łodzi, Józk wraz z Otą i starym poszli na koniec szperku, by tu wsiąść do oczekującego ich kutra...

Tymczasem wczesny, jesienny zachód zbliżał się krokami olbrzyma i lada chwila miał się rozlać pokrwawiem blasków po tamtej stronie klasztoru. Toteż kwapili się ludzie ogromnie. Raz w raz nowe boty zjeżdżały w morze po stokach wywłoki lub nadpływały w obręb łowiszcza ze stron obdalnych. Bo połów dzisiejszy obwieszczony już naprzód od tygodnia przez naczelnika maszoperii, Mateusza Chojkę z Oksywia, zapowiadał się rojno i gwarnie. Wkrótce też cały obszar łowiecki zaludnił się bezlikiem łodzi, kwacz i kutrów. Nadciągnęła bo brać rybacka niemal z wszystkich połaci „kraju101” i osad maszopskich na Helu. Były i kościerzyńskie Łyczaki, ludzie leśni, borów syny śwarne, Beloki spod Pucka i Oksywskiej Kępy, słupskie i lęborskie Niniaki, knopy102 rzeźkie i wielmi wesołe, Karwatki w kaftanach przydługich i kartuskie Lesoki; wszyscy — ryboce zawołani, maszopy belne, z chwatem103 wielkim w umozolonych rękach, Kaszuby sprawiedliwe.

Wybrali się na łów jesienny, może ostatni przed godnikiem, w czym kto miał i jak kto mógł. Bo jeden ci wypłynął w zwykłej łodzi, bez masztu, bez szotów104 i wżerał się w głębię jeno gołych rąk belnotą105, co mocno uchwat106 paczyny107 dzierżyły — drugi, zamożniejszy, wybrał się na szor108 w żaglowym kutrze z osprzętem żeglarskim, przystojnie — inny pomykał nurtem na dwumasztowej kwaczy lub czhał po fali motorową szkutą. Łopotały w podmuchach wieczornej morki trójkątne sztaksle, fruwały wesoło na strzałach figlarne „wrony”, odymały się gafle i foki. Pod czerwień zachodu podnosiły się i opadały w rytmicznej kolejności ruchów pałasze wioseł i ciągła rewek, pieniły się szumami bryzgów burty i dolbany109, rozbrużdżało się hen, daleko, poza rufami statków rozorane morze...

Rozrzucone szeroko po płani łodzie i kutry zaczęły powoli skupiać się i ściągać w stronę łowiszcza. Ominąwszy linię tarlisk ochronnych znaczną z daleka beczką pomalowaną na niebiesko u zbocza rewy110, przepłynęli rybacy pas snadkiej zielenicy111 i co sił remkowali112 ku żorowi113.

Pogoda była przecudna. Łagodna bryza zachodnia mierzwiła lekko nawierzchnię toni, kędzierzawiąc ją w łagodne wzwody i wydmuchy. Zresztą, jak daleko okiem sięgnąć, gładź równa, potoczysta, rozlewna. Słońce zwisłe nad płanią, rzewne i roztęsknione jak konające szczęście, osnuwało się powoli śrzeżogą przedzgonnej omroczy. Na fali zaczęły pokazywać się brodate kępy webła i pęcherzykowatych morszczyn, chełbiły się galaretowate parasole bełtwi i przeźrocze jak mgiełki, z czterema różowymi gruczołami kapelusze meduz...

Kuter Piochowy trzymał się najbliżej strądu. Kierowany pewną ręką Antoniego statek wymijał właśnie rząd czarnych, bukowych słupców paliszcza wbiegającego głęboko w morze i podążał w niewielkiej odległości za botem Kurra. Stary maszop z ręką na helmącie114 steru, nie spuszczał z oka zazdrosnego sąsiada i jego pasierbicy; powolny życzeniom syna, czuwał nad nimi z daleka jak Opatrzność. Józk manewrował przy szotach; przytwierdził mocniej do dzióba statku obluźnione trochę stachy115, rozplątał powęźlone przez wiatr rewiny116 do ściągania żagli, po czym rzucił się pomagać zmęczonej już remkowaniem Ocie. Rozkochane oczy jego biegły ku zawietrznej kutra na spotkanie chabrowym oczom umiłowanej, to znów zadumane wałęsały się bez celu ścieżami popławów. Józek Pioch nie miał dziś zrozumienia dla cudów morza i jego wierzchniowej żywizny. Kiedy indziej z ciekawością dziecka śledził rozgospodarowane na słupcach paliszcza osady pąkli, małych, wapienną skorupką okrytych raczków i podziwiał białe, na listkach kidzeny i innych chwastów morskich wyhaftowane koronki mszywiołów lub ślimakowatymi skrętami przylegające do glonów rureczki zawiłka i rozdepki. Teraz obojętnie przepływał obok tego świata umiłowanego, z roztargnieniem przegarniając wodę piórem117 paczyny118; bo myśli jego i serce były przy Dorszównie119.

— Hejno, ceze grędzec pora! — zabrzmiała nagle od steru komenda ojca. — Brodnik120 za rufe!

Józk wyrzucił sieć w morze. Równocześnie stary umiejętnym manewrem opróżnił gaflę121 z wiatru. Kuter, zwolniwszy biegu, wlókł za sobą zanurzony aż po klepki niewód. Za przykładem Piochów poszli inni. Co chwila wypadały za rufę lub burtę cezy i dragi, wątony i pławnice, nurkowały zwykłe ręczne czerpaki i kaszorki, zatapiały się wielookie mreże, matnie i klepy; tu i tam łowiono na spółkę przy pomocy rozpiętych pomiędzy dwoma botami gruntowników. Wrychle też wypełniły się sieci. Doświadczone maszopy wyczuły to zaraz po ruchach łodzi. Uwikłane w potrzask ryby rzucały się, szukając wyjścia z pułapki lub stłoczone w saki macic122 ciążyły bezwładem zbitej masy. Boty zaczęły przechylać się burtami to w prawo, to w lewo lub podnosić dzioby w stronę czołowego nurtu. Chwila była sposobna do wyciągania. Setki muskularnych, nerwistych rąk wysunęły się sponad sztymborków123 i bakortów i chwyciły za końce niewodowych lin; wychylone spoza dolbanów plecy i grzbiety wysklepiały się łukiem wysiłku i z wolna odprężały do linii pionu.

Połów był nadspodziewanie bogaty. W blaskach dogorywającego słońca lśniły płetwy siejbrzon i dorszy, połyskiwały szczeżełą124 wątłusze, drgały w dreszczach przedśmiertnych stornie, gładysy i płastugi. Lecz przeważała pomuchla; wierna ta towarzyszka i przyjaciółka maszopskiej doli setkami wpadała we wnyki i odymała sobą środkowy worek niewodu, tzw. macicę. Tu i tam wydobywano też z żaków brzany-mareny, węgorzyce, skarpie-turboty krągłokoliste jak tarcze, flądry, rapy, pykony i głąbiele; gdzieniegdzie zabłąkał się skądś słodkowodny jesiotr, szczupak, łosoś, sandacz lub okoń, zamotała w oka jader125 sielawka, troć lub limanda. Przyplątało się też, jak zwykle, dużo pospolitego czmyru, nieodstępnej przy połowach gawiedzi. Był więc i długonogi raczek, ulubiona pożywka szprotów i śledzi, i stonoga morska, podwojem zwana, fląder przysmak przedni, była mutka licha i chuda, gleszczka mizerna, omułka i wątła, łososiom na przynętę rzucana rybka Tobiaszowa.

Wkrótce dna botów i kutrów wypełniły się do półburty rozdrganą żywizną, której mocny, rybi obrzask bił w nozdrza belnym odorem...

Słońce zapadło już pod horyzont. Pozostało po nim tylko czerwone wspomnienie rozlane wielką zorzą na niebie. Skądś od północy nadpłynęły ostre, niepokojące podmuchy.

Antoni Pioch objął spojrzeniem mroczniejący gwałtownie wschód i rzekł do Józka:

— Idze dma. Hissuj gafie! Może przyśpiejem do strądu przed sztormem.

I na innych statkach znać było gorączkowe przygotowania do powrotu. Wciągano skwapliwie za burty ostatnie sieci, nastawiano żagle na wiatr, rzucano się do wioseł i sterów. Wielka, ociężała barża portowa, wchłonąwszy w brzuchate swe boki ładunek ryb z kilku kutrów, odpłynęła pospiesznie za swym holownikiem. Szczęśliwe motorówki, nie oglądając się na swe ożaglone lub zgoła bezmasztowe towarzyszki, lotem strzały wzięły kurs na Gdynię, od razu rozwijając najwyższą chyżość. Spieszyło się ludziom okrutnie.

Bo i było czego. Przed chwilą ostra bryza przeszła nagle w dmę. Fala stężała, zjuszyło się morze. Z daleka, od rozlewiska zaczęły nadjeżdżać w rysich skokach ogromne grzywacze, rozległ się ryk jakby spuszczonej ze smyczy bestii. Zgasła wieczorna zorza i nagły zmrok zarzucił na bujowisko ponure mreże; tylko tam, na przylądku rozbłyskiwały w odstępach trzech sekund zbawcze migawki strażującej blizy.

Rozproszone potężnym tchem wichru boty rozpierzchły się po morzu jak stado kiełpi. Każdy myślał teraz tylko o sobie. Rozpoczęła się zajadła walka z morzem na śmierć i życie...

Przywarłszy do rufy łodzi, przemoczona do nitki przelewą nie wypuszczała Heda z rąk helmąta. Zygma zimny i ponury, z namarszczoną brwią przerzucał wściekle pojazdę126 z jednej burty na drugą; jakiś rozczochrany grzywacz wyrwał mu obie paczyny z dulek127 i teraz musiał posługiwać się jedynym pozostałym mu jeszcze w łodzi, nieokutym wiosłem.

Sztorm wzmagał się z minuty na minutę. Rozszalałe olbrzymy wodne przewalały się co chwila przez łupinę botu, dźwigały ją na szczyty spienionych grzbietów lub z furią zmywały w bezdenne bruzdy. Heda oddała wojo128 na łaskę falom i bez wytchnienia czerpała korczakami wodę z dna łodzi. Poprzez brudnozieloną przeponę prysków widziała ojczyma u dzioba statku borykającego się zaciekle z przewałem, jak przez mgłę dostrzegała ruchy jego ramion i oczy wciąż zwrócone w jej stronę. Coś krzyczał do niej, coś przykazywał, lecz nie słyszała: ryk topieli głuszył głosy ludzkie.

Czas dłużył się okropnie, rozciągał w nieskończoność, rozrastał w bezkresy. W jakiejś chwili Heda uczuła silny ból w prawej łopatce; instynktowo wypuściła korczak z mdlejącej już ręki i zasłoniła nią głowę. Jak przez sen prześmignął obok pień wyrwanego z nasady masztu i zaczepiwszy po drodze o nią swym kikutem, sczezł jak mara w chaosie kipieli.

Ochłonęła z przerażenia i znów pochyliła się ku dnu botu.

Czy to dzięki belnocie Kurra, czy to pod wpływem odlądowej bystrzy129 łódź ich zbliżała się ku strądowi; coraz bo wyraźniej rysowały się w świetle sygnałów z rozewskiej blizy nadbrzeżne klify, coraz dokładniej wyłamywał się z mroków nocy strzelisty kontur klasztoru. Wtem wśród największego miotu fali buchnął z klasztornego tarasu ogromny, purpurowo-złoty płomień.

„Morskie Panny rozpaliły lo nos ognie — pomyślała Dorszówna i od razu objęło ją całą uczucie niewysłowionej ulgi. — Tero se ju nie strachujem; już trafim do strądu”.

W tejże chwili w odległości kilku metrów od botu zjeżyła się potworna góra wody i zieloną wantą szła na nich do szturmu.

— Jezusie, Mario! — krzyknęła Heda i wpatrzyła się jak oczarowana w zbliżającą się śmierć. Wtedy na zrębie szczytowym wału, wśród żywopłotu z pian i szumów spostrzegła wysoko nad sobą bladą twarz Józka Piocha; wychylił się poza burtę skołatanego straszliwie kutra i patrzył na nią ze ścinającą krew uwagą. Czy ją widział? Czy poznał?... Wzrok jego szklany, tępy, bez wyrazu uderzył jej oczy jak odblask zimowego słońca na tafli lodu...

Nagle wszystko znikło jak wizja. Potężna denega130 chwyciła bot w sturamienne szpony, podważyła od kilu, podniosła jak pióro i siepnęła nim gdzieś w kierunku strądu. Przez chwilę czuła Heda, jak pędem strzały przelatuje przez wodną rozchyl i jak zapada się w przepaść. Potem usłyszała krótki, suchy trzask, niby odgłos rozpruwanej na drzazgi stępki131, głuchy łomot i odurzający wstrząs.

„Osadziło nos na płaskoci” — pomyślała jeszcze w ostatniej chwili i tracąc już przytomność, wżarła się paznokciami obu rąk w piasek strądu...

Gdy po czasie otworzyła oczy, spotkała się z chciwie zatopionym w jej twarzy spojrzeniem Józka. Uśmiechnęli się do siebie równocześnie.

— Panu Jezusowi bądz chwoło — wyszeptał, porywając ją w ramiona.

Sprężyła się z rozkoszy pod żarem jego pocałunków.

— Zemdliło me zrozu od belnego miotu — mówiła, mrużąc rozkochane oczy. — Siepnęło bo noma jak brzadem132 dostałym o ziemie.

I znów uśmiechnęła mu się słodko w objęciach.

— A ty, Józk, skądeś se ta wziął tutaj koło mnie? — zapytała nagle zdumiona. — Widziołom cie przecie przed tym miotem na wirzchu przelewy.

— Pon Jezus snać se noma opiekował; ta sama denega wyrzuciła nos oboje na strąd. Za to nasz kuter i wosz bot poharatało na szczapy. Patrz ino!

I wskazał ręką na szczątki obu statków rozsypane bezładnie po piachu.

— A twój ojc żyw? — zagadnęła nagle z trwogą.

— Żyw i odpoczywo hań pod wantą spychów — uspokoił ją, odciągając łagodnie w głąb lądu z obawy przed szalejącą wciąż falą.

— A o mnie ani słowem marnym nie zapytosz — odezwał się tuż obok nich czyjś głos chrapliwy. — Gwes, kto ta stoi o ojczyma?

W blaskach ogni spływających z klasztornej terasy wyrosła przed kochankami ponura postać Zygmy Kurra. Z rozciętego o głaz kamienny jego czoła ściekała struga krwi, w oczach umęczonych walką z morzem żagwiła się nienawiść. Brutalnym ruchem wytrącił rywalowi z ramion pasierbicę.

— Noma do checzy pora — rzekł krótko, i pociągnął ją za sobą.

Pioch chwycił go za barki i potrząsnął nim silnie parę razy:

— Szukocie se mnom zwady, Kurr, he? — zapytał, zaglądając mu groźnie w oczy.

— Waruj se mojej dzewus! Nie lo ciebie ona — odpowiedział tamten, zaciskając pięści.

Lecz rozdzieliła ich Heda:

— Nie wstyd wom, ojc, w tako pore swarzyc se z somsiadem, miast Ponu Jezusowi podziękować za ratunek?

I wcisnęła się między nich jasna i cicha jak anioł pokoju.

— A ty, Józk — zwróciła się nakazująco do kochanka — pódz stąd precz do twego ojca hań pod spychem; woła cie i ręką coś ci przykazuje.

I rzeczywiście stary Pioch, zauważywszy z dala groźną postawę przeciwników, przywoływał syna do swego boku. Józk usłuchał niechętnie i rzuciwszy pożegnalne spojrzenie Dorszównie, poszedł ku krzątającemu się wśród szczątków kutra ojcu. Gdy stanął przy nim, postacie Kurra i Hedy rozpłynęły mu się w cieniach nocy.

Tymczasem sztorm hulał po morzu ze wzrastającą wciąż siłą. Rozdąsana fala docierała już prawie do podnóży spychów: mokre bryzgi zaczęły zalewać im twarze.

— Ojc, pódźcie do checzy! — perswadował Józk staremu. — Niechajce kutra; pazurami go morzu nie wydrzecie; i tak z niego same deski i szczapy.

— Mosz racjo — przyznał mu ojciec i wypuścił z rąk szczątek burty.

Ruszyli w głąb lądu. Lecz nie uszli kilkudziesięciu kroków, gdy natknęli na resztę rozbitków; parę ciemnych, obdartych, ociekających wodą sylwetek ludzkich umykało ku spychom przed nacierającym coraz zajadlej przewałem, parę innych pochylonych nad rannymi i omdlałymi usiłowało wyciągnąć bezwładne ich ciała poza zasiąg bałwanów.

Piochowie, zapominając o własnym niebezpieczeństwie, przyszli im z pomocą. Wśród huku pękającej nad głowami fali, wśród ryku rozwścieczonych deneg133 podkładali ręce pod pachy bezsilnych towarzyszy i wlekli ich resztkami sił poza obręb miotu. Woda zalewała im usta, prała w oczy, zwalała z nóg; padali i znów dźwigali się, słaniali się jak kłosy i drzony134 w podmuchach wichru, to znów prostowali hardo i nie dawali się morzu. A na te ich wysiłki i żmudę, na ten braterski trud i harowanie padała łuna klasztornego ogniska, rozświecając mroki sztormowej nocy.

Aż przyszedł ratunek. Gdzieś już niedaleko klifów, na linii spychowej wanty odezwały się nawoływania i błysły światełka latarek. To dziewki z klasztornego folwarku na rozkaz ksieni spieszyły z pomocą; przyniosły wino dla omdlałych i wyczerpanych i kilka par noszy. Przyszły jak Opatrzność w ostatniej już chwili. Bo już przelewa sięgała poprzez plażę drapieżnym szponem ściany spychów, już rozpanoszona fala zdobywszy płaskoć, wdzierała się na zbocza obsypów...

Teraz silniejsi, pokrzepieni trunkiem złożyli rannych i osłabłych na nosze i zaczęli wspinać się ku klasztorowi. Przed nimi szły z zapalonymi latarkami dziewczęta folwarczne i wskazywały drogę. Po półgodzinnej, znojnej wędrówce otwarły się przed nimi gościnne wrota klasztornej niemocnicy i nad bladymi z wyczerpania i utraty krwi rybakami pochyliła się słodka twarz siostry Benigny. A na tarasie przy blaskach dogasającego ogniska odprawiały Morskie Panny przed statuą Bogarodzicy dziękczynne modły za ocalenie rozbitków...

Miało się pod nieszpór

Minęła kanoniczna godzina meridiany, przeszła chwila poobiedniej rekreacji i dzień klasztorny powoli kłonił się ku zachodowi. Na ziemi wierni sposobili się do nabożeństwa wieczornego, w zaświatach Niebieski Wysłaniec wybierał się w daleką drogę, by jak przed wiekami zwiastować ludziom dobrą nowinę: miało się pod nieszpór...

Otulona w czarny, ciepły szal błądziła siostra Agnieszka samotnie wśród grobów klasztornego cmentarza. Oczy jej tułały się po mogiłach sióstr zgasłych tu cicho jak skarga dziecka, współczujące jej usta poruszały się szeptem modlitwy za spokój mieszkanek tego zacisza. Przy niektórych grobach zatrzymywała się dłużej: tu włożyła z powrotem na trzon steli zerwany przez wiatr morski wieniec róż powiędłych, tam poprawiła przekrzywioną na bok latarenkę z pełgającą wewnątrz świecą lub podniosła chylący się ku upadkowi krzyż; to znów, zapominając o zmarłych, zbliżała się ku balustradzie nad brzegiem cmentarnego urwiska i oparta o kamienną poręcz, odpływała rozmarzonymi oczyma w bezkresy morza. Wracała stamtąd zawsze dziwnie pokrzepiona. Gdy pijane wędrówką fal jej spojrzenie ślizgało się ponownie po rzędach mogił, nagrobków i krzyży, nie było już w nim smutku ani rezygnacji; oczy Agnieszki grały teraz rytmem tęsknoty za nieskończonością, a dusza korzyła się w dziękczynieniu:

— O bądź mi pozdrowione, morze!

Orzeźwiona na duchu i pogodna, przymknęła za sobą furtę cmentarza i skierowała się ku dzwonnicy. Wieża dzwonowa była ostatnią, najbardziej ku południowi wysuniętą odroślą klasztornych włości; z resztą monasterza łączyła ją kryta galeria rozpięta między nią a masywem klasztoru na wysokości pierwszego piętra. Na dzwonnicę można było wejść z chóru kościelnego właśnie tą drogą nadpowietrzną lub też wprost z poziomu dziedzińca wąską, wpuszczoną w mur wieży bramką. Wikaria wybrała to drugie wejście. Wspiąwszy się po schodach na wysokość galerii, minęła platformę pierwszego piętra i zapukała do małych, przekrzyżowanych żelaznymi sztabami drzwi.

— Proszę wejść — odezwał się z wnętrza głos siostry Placydy, dzwonniczki.

Agnieszka znalazła się w malutkiej, okrągłej izdebce z jednym przylepionym sieroco do muru łóżeczkiem. Wieżniczka przywitała gościa z miłym uśmiechem; lubiła bardzo wikarię za łatwość w obejściu, prostotę, a najwięcej może za cichą skargę drzemiącą w jej ślicznych, zadumanych oczach.

— Przyszłaś pomóc mi przy dzwonieniu na nieszpory, siostro? — zapytała, zdejmując z muru nad łóżkiem pęk kluczy — właśnie idę do moich dzieci porozmawiać trochę przed wieczorem.

— Więc pójdziemy razem. Chciałam obejrzeć twe dzwony i posłuchać ich muzyki z bliska.

Wyszły z izdebki i po trzeszczących mocno schodach weszły na szczyt wieży i znużone wysiłkiem przystanęły na kolistej platformie. U stóp ich wałęsały się w podrzutach węże sznurów, nad głowami gwizdał wiatr i kołysały się bezgłośnie klosze dzwonów. Było ich cztery: dwa mniejsze, jeden większy i czwarty, średni, na uboczu, jakby umyślnie wysunięty na skrzydło kopuły wieżowej.

— Gabriel i Michał — objaśniła siostra Placyda, idąc za spojrzeniem wikarii — a ten większy, odświętny: to Jan Ewangelista. Można obejrzeć dokładniej z bliska; na dzwonienie jeszcze czas.

— Chętnie obejrzę.

Wieżniczka odchyliła od wnęki muru podwójną drabinkę i rozstawiła ją na podłodze platformy.

— Tędy możemy podejść do samych dzwonów.

Agnieszka weszła pierwsza i wkrótce spostrzegła odbicie swej twarzy w gładkiej, wypolerowanej jak lustro powierzchni Gabriela.

— Stary dzwon, dobry dzwon — chwaliła swe dziecko wieżniczka. — Jeszcze z XV wieku; podobno ze Strzebielinek rodem.

— Co za szlachetna linia profilu! — podziwiała wikaria. — Jak pięknie związana korona!

I z lubością wodziła ręką po karbowanych obłękach przekrzyżowanych potężnym trzpieniem.

— A oto napis na szyi ujęty w koronkę ornamentu!

Vox mea — vox vitae — Vocat vos: ad sacra venite135!”

— Poniżej na ścianie plakieta w kształcie medalionu en relief przedstawia Chrystusa Ukrzyżowanego. Mój ulubieniec — mówiła dalej siostra Placyda, patrząc na faworyta z rozrzewnieniem. — Głos czysty jak kryształ. Prawdziwy spiż. A ten drugi: to jego brat; wtóruje mu altem.

— „Arnoldus me fecit136 — przeczytała Agnieszka początek napisu na szyi — Anno Domini MCDXCII137.

— Też stary dzwon. Pamięta czasy Kazimierza Jagiellończyka.

— A tak, tak: narodził się w roku śmierci wielkiego króla.

— Reszta napisu też w minuskułach gotyckich; treść znamienna: „Vigilate ergo, quia nescitis138”.

— Charakterystyczny szczegół — zauważyła Agnieszka, obserwując dolną krawędź dzwonu.

— Co takiego?