Żegluga wzdłuż brzegów zachodniej Afryki na lugrze Łucja-Małgorzata 1882–1883

Cieniom Filipa Sulimierskiego i Klemensa Tomczeka

Zgasły mój mistrzu! Wieczny mój druhu!

Wspomnijcie tu ze mną te dnie, gdy jeden duch nas ożywiał — kiedy wśród ciosów i trosk w Was jednych czerpał otuchę. Z Wami dzieła zaczątki powstały i z Wami wzrosły się w czyn.

Wam więc jasno, drogie me postacie — gdziekolwiek krążycie wolni od kajdan śmiertelnych — niech będą oddane te wspomnień pełne ćwiartki.

Przedmowa

Niniejsza praca przedstawia relację z żeglugi odbytej w latach 1882–1883 na lugrze1 „Łucja-Małgorzata” w celach naukowych wzdłuż brzegów zachodniej Afryki i jej wysp — po drodze do Kamerunu, dokąd dążyłem, obrawszy sobie wtedy ów punkt za bazę operacyjną dla badania wnętrza afrykańskiego lądu.

Pragnę przez te opisy, które powstały przeważnie na pokładzie „Łucji-Małgorzaty” w drodze lub też na stacji Mondoleh — najczęściej, gdy wrażenia były jeszcze świeże i niezatarte — zapoznać mych ziomków z owymi stronami, wśród których, o kilka staj2 zaledwie od brzegu oceanu, drzemią jeszcze olbrzymie obszary kuli ziemskiej w dziewiczym śnie nietkniętej przyrody, nieznane i ciemne.

Ostatnie lata wzbudziły wprawdzie szczególny interes3 dla badań afrykańskiego lądu i nie tylko jednostki, lecz rządy całe zajęły się takowym — czy zawsze w tych samych celach, czy zawsze dla zdobywania nowych prawd tylko i mając dobro ludów ziemie te zamieszkujących na oku — to inne pytanie nie nas się tyczące.

Skromne rozmiary ekspedycji musiały się stosować do środków, jakimi rozporządzałem, a stanowiły one wyłącznie prawie fundusze własne, prywatne. Kilku tylko szlachetnych przyjaciół przedsięwzięcia — którym cele jego były zrozumiałe — poparło wyprawę materialnie. Cześć zaś złożyłem na wstępie przede wszystkim pamięci i imionom dwóch zgasłych przedwcześnie przyjaciół, których światłe umysły i wzniosłe dusze główną były dźwignią przedsięwziętego dzieła. Wypada mi tu złożyć należny wyraz uznania panu Leopoldowi Janikowskiemu, który wytrwałą i sumienną pracą na swoim stanowisku podtrzymywał praktyczną stronę ekspedycji.

Kiedym wyruszał pod równik, zmarły Filip Sulimierski był może jedynym, który czuł ze mną w zupełności, że nie knujemy awanturniczych planów, jak sądziła większość naszego ogółu, i że nawet najbiedniejszy kraj nie ma prawa hamować kroków tych jednostek swego społeczeństwa, których powołanie wypiera poza obręb własnych interesów do szerokiej międzynarodowej areny wiedzy, „gdzie nie ma narodów, lecz jest ludzkość jedna”.

Te dalekie pionierki, jakkolwiek skromne będą owoce każdej z osobna, mają swe wielkie znaczenie: z nimi nowe drogi, nowe odsłaniają ziemi obszary, powołując całe ludy pod sztandar cywilizacji. Dozwólcie po całej ziemi swobodnie wymieniać myśli, dajcie wszędzie drogi i komunikacje, a nie będzie przesądów, niech znikną przesądy, a zajaśni4 światło! Niech każdy tę składa cegiełkę, którą złożyć pragnie do tego gmachu.

Biada temu społeczeństwo, które nie chce brać udziału w tym ogólnym turnieju we wszystkich kierunkach wiedzy, które samo ścieśnia swój horyzont i spycha się w zastój, nie dozwalając wszystkim gałęziom swego drzewa się rozwinąć! To początek jego końca; schnącej gałęzi tu odciąć nie można — odcięcie czy obumieranie jednej z nich znaczy, że cały pień próchnieje.

Jako notatki pisane prawie zawsze, jak wspominałem, w podróży, wymagają te opisy pobłażania za liczne niedostatki; może nam się uda w przyszłości przejrzeć lepiej i uzupełnić takowe. Żegluga „Łucji-Małgorzaty” tworzy odrębną całość, może być jednakże również uważaną za część pierwszą wyprawy, po której ukaże się niebawem druga, zawierająca wyprawy lądowe w krajach kameruńskich i Bakundu.

Londyn, we wrześniu 1886 r.

S. S. Rogoziński

Rozdział I

Kilka słów do czytelnika. — Cel i zadanie wyprawy. — Tomczek i Janikowski. — Zwłoka i walka o byt. — Załoga „Łucji-Małgorzaty” i urządzenie okrętu. — Pożegnanie i pożegnalne uwagi. — Stary Vattier. — Wypłynięcie z Hawru.

Ktokolwiek poznał życie marynarza lub może miał sposobność oswoić się z oceanem, jego burzami i słońcem, jego poważnymi i wesołymi pieśniami i z ciężką po nim wędrówką — ten nie weźmie mi za złe, że w tym opisie trzechletniej podróży w Afryce poświęcę też kilka ustępów państwu Posejdona5, po którego sinych obszarach krzyżowaliśmy6 przez cztery miesiące, zanim stanęliśmy u brzegów, u których rozpoczęła się główna działalność ekspedycji.

Kto jednak nie czuł nigdy pociągu do dalekich podróży, do badań geograficznych, kogo nie ożywiało pragnienie odkrycia stron jeszcze nieznanych, zdobycia nowych pól pracy, a dla przeładowanej ludnością starej Europy nowych gruntów więcej przestrzeni i ruchu, słowem, komu wystarczała działalność na własnej glebie, ten niechaj nie żałuje, że nie poszedł tą drogą — jest on szczęśliwszy, bo życie eksploratora to życie ciągłych trosk i cierni, ciągłego pragnienia i ciągłych zawodów; choć i on ma swe chwile duchowej rozkoszy — ale tylko, gdy zdołał krok nowy naprzód uczynić. Po pierwszym jednak już widzi przed sobą drugi, poznaje obszar pozostałej pracy i niejednokrotnie przygnieciony jej ciężarem poznaje, że dla dokonania całego dzieła życie to za krótkie, że zaledwie wystarczy na rozkołysanie kolebki swej myśli, która już zrosła się z jego duszą; że nie zobaczy jego końca i że może nieubłagane prawa przyrody przerwą iskrę żywota przed chwilą zwycięstwa.

Otóż do tych pielgrzymów bez spokoju i strzechy, których cały świat jest mieszkaniem, ziemia pościelą, a rafa koralowa lub step daleki stanie się grobem — do takich, mówię, mnie losy zaliczyły. W zamorskich podróżach przeczytałem kilka kart z najżywszej księgi, ze świata samego; za siną falą, na południu, poznałem ląd inny, który zaczął mnie silnie pociągać ku sobie, następnie zastanawiać, a wreszcie zrósł się z mymi myślami — była to Afryka!

Tam, między Sudanem a Kongo, poza brzegami, które oblewa Ocean Atlantycki, ukrywa ta część świata olbrzymi pas ziemi nieznanej jeszcze zupełnie, w której Kongo i Niger czerpią wielką część swych wód. Tych pól żaden pług badacza jeszcze nie orał i ta właśnie zasłona pociągała mnie ku sobie, jak również też zgasłego przedwcześnie Klemensa Tomczeka, geologa, z którym niejeden długi wieczór na północy minął nam na rozprawach o nierozstrzygniętych jeszcze zagadkach, jakie te przestrzenie zawierają.

Postanowiłem je rozwiązać, a podana mi dłoń drogiego mi przyjaciela stwierdziła, że stanęło nas już dwóch do pracy, owianych jednym duchem.

Porzuciłem więc w styczniu 1882 r. mą służbę marynarską, w której byłem porucznikiem floty7, i dn. 5 marca tegoż roku opuściłem starą naszą, a jednak wiecznie młodą i żywą Warszawę, dążąc do Hawru, gdzie nabyłem dla zamierzonej podróży żaglowiec „Łucję-Małgorzatę” i rozpoczęto przygotowania, ekwipowanie wyprawy. Wkrótce przyłączył się do nas trzeci, sumienny i poczciwy towarzysz, Leopold Janikowski, jedyny z innych ochotników, który wytrwał w zamiarach przy zadaniu naszym.

Długa jednakże jeszcze i ciężka była walka o byt ekspedycji; niejednokrotnie dzieło chwiało się w całej swej podstawie — zdawało się czasami, że runie lada chwila, gdyż prawie wszystkie wydatki własnymi musiałem opędzać środkami. Minęło lato, jesień przeszła prawie cała, rozpoczęły się wichry i słoty, a „Łucja” wciąż jeszcze stała przykuta do mętnych wód Hawru. Nikt już prawie nie wierzył, że ona w ogóle podniesie kotwicę; wreszcie w grudniu nadeszła upragniona ta chwila — udało się rozbić ostatnie przeszkody!

Hawr, scena ciągłych tych walk o byt ekspedycji, Europa wreszcie cała wraz ze swą wielką, symetrycznie przyciosaną cywilizacją wydawała mi się duszna, straszna, przygniatająca: wszystko wołało na ocean, na pole działania, do pracy otwartej, choć cięższej może — pragnąłem nareszcie odetchnąć wolną, swobodną piersią.

Celem podróży morskiej były Góry Kameruńskie, położone na brzegach Zatoki Biafryjskiej8, w których postanowiłem utworzyć stację stałą, niejako podstawę operacyjną dla badania przyległych stron lądu. Po drodze jednak pragnąłem zwiedzić jak najwięcej części brzegów — i to krzyżowanie wzdłuż nich zawiera ta pierwsza część, czyli Żegluga „Łucji-Małgorzaty”.

Załogę okrętową zaangażowałem francuską, na miejscu. Z niektórymi typami takowej musimy tu na wstępie się zapoznać, gdyż spotkamy się z nimi później. Oto kapitan Boutes — mały, krępy, dzielny marynarz, jeden z tych synów Neptuna9, którym po zżyciu się z falą już za sucho na lądzie. Był on już po kilkakrotnie w Gabonie, na zachodnioafrykańskim brzegu, znał Fernando Poo10 wraz z sąsiednimi wyspami i brzegami; był to więc człowiek cenny dla nas i okazał też niejednokrotnie niemałą pomoc. Botsman11 okrętowy (przywódca majtków) znał już także afrykańskie brzegi; dobry to był marynarz, lecz niestety zbyt buńczucznej natury, do czego dodawała mu pochopu12 herkulesowa13 jego zaiste postać, którą zawsze można było odróżnić pomiędzy brodatymi jego podwładnymi — majtkami, także dziarskimi charakterystycznymi twarzami wiarusów morskich, którzy od dawna zapomnieli pierwszego chrztu Neptuna14. Jedyny chłopiec okrętowy, który zajmował się kuchnią, częste sprawiał kłopoty członkom ekspedycji. Małe omyłki, które mu widocznie nie sprawiały wielkich zgryzot sumienia, bezwarunkowo nie chciały się zgadzać z przyzwyczajeniami kajut-kompanii. Niewinne napełnienie samowaru morską wodą zamiast słodką, małe podsmażenie bigosu łojem masztowym — wywoływały pioruny i gromy zgorszonych pasażerów na poczciwą głowę zdumionego chłopaka, który zupełnie pojąć nie mógł, jak można być tak wybrednym, kiedy się ma apetyt. Przypisywał więc to niezadowolenie morskiej chorobie i choć szczerze się przyznawał do „pater peccavi15, również szczerze o tym zapominał.

Ponieważ mamy na „Łucji” daleką odbyć podróż, trzeba nam się także i z nią zapoznać.

Trzy bretońskie maszty, wyekwipowane16 większymi niż zazwyczaj żaglami, i wysmukła jej kibić dozwalają nam poznać ją z daleka, obszerna zaś markiza17, czyli tent, rozciągająca się nad całym pokładem, oznajmiają, że to okręt przeznaczony dla stref tropikalnych. Otóż poznaliśmy ją z daleka.

Siadajmy do łodzi i przybywajmy na pokład. Napotykamy w zbiorowej kajucie członków ekspedycji, przede wszystkim dobrych już naszych znajomych, K. Tomczeka i L. Janikowskiego; zajęci są właśnie pakowaniem, oczekując, jak i ja, z niecierpliwością chwili wypłynięcia. Kajutę tę tworzy podługowaty salonik, otrzymujący światło z góry i zawierający w pośrodku stół obiadowy otoczony krzesłami; wzdłuż ścian bortowych18 łóżka członków, w głębi wielką mapę Afryki, na której czarna linia wskazuje cel i zadanie wyprawy, z prawej zaś i lewej strony mapy — półki noszące około 400 tomów biblioteki ekspedycyjnej.

Przy wejściu do zbiorowej kajuty znajdują się drugie drzwi, prowadzące do magazynu, w którym spostrzegamy szczelnie poukładane skrzynie i beczki, zawierające przedmioty zamiany i podarki dla Murzynów. Wyszedłszy ze zbiorowej kajuty na pokład, widzimy na przodzie oddział dla majtków, kuchnię i galion19; za nią zaś, idąc ku sterowi i minąwszy średni maszt, przechodzimy przez część pokładu, gdzie podczas pięknej pogody pasażerowie „Łucji-Małgorzaty” obiadują na świeżym powietrzu — i schodzimy wreszcie do biura okrętowego, gdzie poustawiane instrumenty nawigacyjne i mapy marynarskie czekają chwili, w której kotwica się podniesie i gwizdawka botsmana ożywi pokład, wzywając wszystkich do wspólnej pracy. Nad stołem nawigacyjnym znajduje się apteczka okrętowa i ekspedycyjna, wreszcie repozytoria, na których tykają chronometry okrętowe; z prawej zaś i lewej strony są kajuty: moja, jako naczelnika ekspedycji, i kapitana Boutes. Dalej pod sterem leżą zapasy okrętowe, prowiant. Dwie czterowiosłowe szalupy: „Warszawianka” i „Syrena”, uzupełniają inwentarz, Dolar zaś, wielki pies Janikowskiego, i trzy w magazynie polujące koty — liczbę pasażerów.

Gdym ostatecznie przybył z Paryża na okręt po załatwieniu tam ostatnich interesów, kapitan Boutes spoglądał już ze wzrastającą niecierpliwością na ląd, który nas otaczał. Trudno byłoby obliczyć, ile razy dziennie spoglądał on na barometr, grożąc mu rozbiciem na kawałki, jeżeli się wkrótce nie podniesie. Czy przestraszony losem, jaki go czekał, czy rzeczywiście zmęczony ciągłym opadaniem — udobruchał się wreszcie okrętowy aneroid20 i wkrótce zawiał też świeży NE21, od dawna oczekiwany. Nie było czasu do stracenia, trzeba było korzystać z pogody; podniesiono więc szalupy, umocowano wszystko, co było ruchome, i oczekiwaliśmy pierwszej porannej fali odpływowej, by nareszcie wyruszyć z portu. W wilię22 dnia wypłynięcia „Łucja” zawizowała swe papiery w konsulatach i nastąpiły pożegnania, przy których po raz setny obiły się o uszy dobrze już znane zapytania i wykrzykniki: „Więc pan rzeczywiście jedziesz?”, „Czegóż panu brak w Europie?”, „Po cóż panu ta szalona wyprawa!”.

Na próżno starałem się w takich razach przekonywać, że gdyby wszyscy tak myśleli, każda jednostka nie znałaby nic nad własne swe kąty. Perswazje na nic się nie przydały! Co nie podlega ogólnemu szablonowi codziennego życia, to zawsze jeszcze uważane bywa za pewnego rodzaju herezję, a co najmniej za dziwactwo. Ogół pojąć nie chce, a w naszym kraju czułem to podwójnie, że nie posiadałby wygodnego sposobu zapoznania się ze światem w swym północnym gabinecie przy pomocy martwej głoski, gdyby nie było jednostek przejętych żądzą poznania ziemi naszej z żywszej księgi, z największej — z łona samej przyrody.

Otoczenie zwykle nie pojmuje badacza. Od pierwszego do ostatniego kroku swej ciernistej drogi napotyka on nieufność w swe czyste zamiary; to podsuwają mu cele handlowe, to żądzę sławy, to widoki kariery — nikt mu wierzyć nie chce, że powoduje nim miłość jedynie. Inna to miłość! Nieskierowana ona ani do drogiej kobiety, ni do swej chaty, ni do swej rodziny — lecz do celów wyższych, dręczących go nigdy nienasyconym pragnieniem: miłość do prawd wiecznych wszechświata! A jak ciągną ku sobie głębie nurtów wodnych, przestrzenie niezbadanych lądów i przestwory powietrznego oceanu! Kto by poczuł ten magnes, ten za mną by poszedł!

Tak rozmyślając, kroczyłem ostatniego wieczora ku okrętowi. Przy słowie „ostatni” serce zabiło mimo woli; bałem się, by między wieczorem tym a chwilą podniesienia kotwicy nie stanęła jeszcze jaka nowa zwłoka. Przechodząc około hawrskiego ratusza, zauważyłem światło w oknach kółka „Wilhelm Tell”, a mając w nim poczciwych przyjaciół: profesora hydrografii Vattiera i p. Le Jolis, poszedłem się z nimi pożegnać.

Sędziwy profesor przyjął mnie ze zwykłą swą ujmującą serdecznością.

— Nareszcie więc, nareszcie — zawołał — jesteś pan u celu! Wypływasz pan! Obyście pamiętali, że tu w „Gabinet de lecture” nad „Wilhelmem Tellem” pilnie będzie śledził za wami stary przyjaciel.

— Panie profesorze — odparłem — jeżeli wrócimy z Afryki, pierwszy krok po wylądowaniu w Hawrze będzie ku wam skierowany.

— Dobrze, dobrze, odszukacie mnie tam, na górze, wtedy.

— Ależ, panie profesorze — zawołałem zasmucony — tu, tu was odnajdziemy! Przecież ja przez ten czas bliżej może będę kosy!

— Nie, młody przyjacielu, to są wieczne prawa natury, a mnie je wreszcie dają me siwe włosy. No, ale mniejsza, kto kogo szukać będzie, aby wam się tylko udało, aby się spełniły wasze życzenia. Jakże finansowo teraz z ekspedycją?

Zachmurzyło mi się czoło...

— Niestety — odparłem z westchnieniem — pozostał jeszcze dług na rachunku pana X., lecz ten przyrzekł czekać powrotu „Łucji-Małgorzaty”.

Stary profesor posmutniał. Chciał coś powiedzieć widocznie, ale ciężko mu było się wysłowić... Przemógł się wreszcie, wstał nagle, podał mi obie dłonie i rzekł głosem stłumionym, spiesznie, urywkowo, jak gdyby się bał, że nie zdąży wypowiedzieć, co myślał:

— Chciałbym, byście wyjechali bez długu w mieście... Kto to zrozumie, ile walki kosztowało was to lato, nim nadeszła chwila wypłynięcia... Przecież widziałem to codziennie... Po co mają się chwalić wasi nieprzyjaciele, żeście dług pozostawili tu w Hawrze! Nie jestem bogaty, ale tę rzecz załatwimy. Mam parę franków w domu, a jak mi zabraknie, to mi pożyczycie, panie Le Jolis, nieprawda? — rzekł, zwracając się do swego towarzysza. — Przyjmijcie tę pożyczkę! Ja obgadywać was nie będę, a jak będziecie mogli, wiem, że mi oddacie. Proszę, nie odmówcie! Zadanie wasze, zadanie miejcie przed oczyma!

Do głębi poruszony, nie byłem w stanie nic odpowiedzieć, trzymałem tylko staruszka za rękę, chcąc go wstrzymać od spełnienia takiej ofiary, gdyż przecie wyruszałem na bardzo niepewne losy, ale poczciwy profesor się wyrwał i ze słowami: „Alfons, vite!23 znikł w przedsionku.

Pozostałem sam w pokoju z panem Le Jolis i poprawiając węgle w kominku, starałem się ukryć wewnętrzne wzruszenie.

Stary profesorze Vattier, jeżeli ród ludzki zawiera jeszcze takie perły, warto dla niego pracować!

Staruszek wkrótce powrócił, wręczając mimo oporu należność winną panu X., i ze słowami „Do widzenia, do widzenia!” podał mi jeszcze raz obie dłonie na pożegnanie.

Było późno w nocy, gdy po załatwieniu interesu pana X. wracałem do okrętu! Jeżeli z niewielu szczęśliwych chwil życia była jednak jedna taką w zupełności, była nią owa wieczorna godzina! Ostatnia chwila na lądzie ukazała mi jeszcze człowieka, w jakich już nie wierzyłem — jak gdyby los był chciał zaświecić nam z lądu na pożegnanie tym jasnym świecznikiem na daleką drogę.

„Łucja” leżała we śnie pogrążona. Światło księżyca oświecało jej liny i maszty, na których jutro rozwinąć się miały żagle. Spojrzałem na nią jakby na drogą wierną kochankę! Ileż krwawego potu, ile żółci, ile nocy bezsennych kosztowała mnie walka o twój byt, ma „Łucjo”, wie to tylko w zupełności jedyny tylko Tomczek śpiący już w grobie!

Dziś jesteś wolna — jutro popłyniemy! Dobranoc ci w ostatnim dniu tym na lądzie!

Następnego dnia, 13 grudnia 1882 r., podnieśliśmy kotwicę. Dzień był śliczny, jasny, słoneczny — świeży NE poruszał z lekka falą, gdy wypływaliśmy z portu, z brzegu śledziło liczne grono widzów za wypływającymi. Wreszcie „Łucja” minęła ostatnią latarnię morską, na portowych wałach powiewały kapelusze, ktoś nas żegnał jeszcze; schwyciłem lunetę — był to poczciwy nasz stary profesor Vattier i nasz przyjaciel, pan Le Jolis.

— Pod sztandar! — zakomenderowałem. — Trzy saluty! — i trzy razy podniosła się flaga Warszawy na głównym maszcie „Łucji-Małgorzaty”, żegnając się ze starym naszym druhem, podczas gdy brzegi Hawru znikać zaczęły na horyzoncie.

Rozdział II

W Kanale Angielskim. — Różnica francuskich i angielskich brzegów. — Pierwsze chwile żeglugi. — Wiatr się wzmaga. — Barometr. — Charakter majtka. — Wichry zmuszają „Łucję” do szukania schronienia w Falmouth.

Żegluga po Kanale Angielskim24 należy do najnieprzyjemniejszych w świecie. Gęsta mgła i ciągłe „dawanie drogi” (wymijanie) przepływającym okrętom — największe zwykle przyczyny gniewu dla marynarza — prześladują go tu prawie nieustannie. Sławne w historii te wody, oddzielające wesołą Francję od poważnej Anglii, są zawsze ożywione, wskazując liczne maszty, żagle i smugi dymu parowców. Nie można nazwać Kanału burzliwym, fale jego są jednakże częstokroć bardzo niesforne, szczególniej podczas zachodniego wiatru, który już niejeden okręt rozbił o skaliste brzegi Bretanii. Dla lądów, które oddziela, Kanał był dziwnie niesprawiedliwy, rozmywając wapienne swe łoże, obdarzył z jednej strony Anglię wygodnymi dla żeglugi brzegami, mnóstwem obszernych i bezpiecznych portów, podczas gdy z drugiej utworzył ponure rozciosane skały północnej Francji. Cherbourg, Hawr i inne porty w Kanale leżące są tak niespokojne i mają tak trudne wejścia, iż podczas złej pogody pomiatają odpoczywającymi w nich okrętami jak otwarte morze, a cały brzeg Bretanii jest prawie nieprzystępny. Wybrzeża angielskie przeciwnie, posiadają mnóstwo wygodnych zatok i zatoczek oraz porty, w których ani odpływ i połączony z nim niski stan morza, ani prąd fali przypływowej, ani wreszcie wichry jesienne zbytnio okrętom szkodzić nie mogą.

Ponieważ po długim panowaniu północno-zachodnich wiatrów wypływaliśmy z NE-em, spodziewałem się więc, iż dopisze on nam przecież dni kilka i dozwoli przynajmniej „zakasać rękawy”, co przetłumaczywszy na język lądowy, znaczy wydostać się z La Manche. Niebo było też jasne i zdawało się potwierdzać mniemanie. Gdy się uspokoiło na pokładzie, po postawieniu żagli siedliśmy do stołu. Nareszcie na pełnym morzu, nareszcie płyniemy!

Tysiące myśli strzelało mi po głowie, tysiące uczuć ożywiało piersi. Opuszczałem więc Europę, udało się urzeczywistnić dzieło. Przeżywałem ową chwilę, o którą pytałem sam siebie czasem rozpaczliwie podczas długich miesięcy walki, czy nastąpi ona w ogóle? Dla uświęcenia wpłynięcia dobyto starego oporto25, przeznaczonego umyślnie w tym celu; był to podarek jednego z hawrskich liwerantów26 ekspedycji, który tak mnie oszukał na winie, że przy pożegnaniu aż się popłakał poczciwiec, tracący nadzieję służenia „Łucji-Małgorzacie” dalej z równą skrupulatnością.

Każdy wyjazd wiąże jakoś silniej człowieka z tym, co mu drogie, toteż najpierw sprowadził myśli do kraju i poświęciwszy jemu pierwsze zdrowia, okrążyliśmy wspomnieniem jeszcze raz na wschodzie pozostałych przyjaciół. Długo stara ojczysta Warszawa zajmowała rozmowę pierwszego obiadu, potem wzniósł Janikowski zdrowie naczelnika ekspedycji. Podziękowałem poczciwemu towarzyszowi i wstaliśmy od stołu.

Wróciłem na pokład. „Łucja” żwawo niosła nas naprzód. Podług logu27 przekonałem się, że chociaż wiatr nie był zbyt wielki, płynęliśmy 7 węzłów28. Niestety jednakże wszystko przepowiadać zaczęło zmianę wiatru i wbrew oczekiwaniu nagle około wieczora żagle bić zaczęły o maszty. Prędkość okrętu zmniejszała się znacznie, a z nadejściem nocy, będąc około Cherbourga, nie poruszaliśmy się prawie z miejsca. Tymczasem członkowie ekspedycji ulegli morskiej chorobie. Neptun zażądał swego, tak że przy kolacji towarzyszył mi tylko kapitan Boutes.

Korzystając z ciszy i niekołysania się okrętu, dokończyłem korespondencji ekspedycyjnej, czego ostatnie zajęcia, jak pakowanie i formalności portowe, nie dozwoliły mi uczynić w porcie. Miałem nadzieję, że około angielskich brzegów spotkamy rybaków, byłem opatrzony w angielskie marki29 i sądziłem, że będę mógł w ten sposób przesłać ostatnich kilkanaście listów.

Dlatego kazałem wziąć kurs na Start Point30, gdzie prawie zawsze napotkać można rybackie łodzie. Tymczasem po nagłej ciszy morze na inną przeszło nutę. Następnego dnia, 14 grudnia, wiatr znów się podniósł, i to tak silnie, że żal mi się zrobiło, gdy zszedłem do zbiorowej kajuty. Biedna kajut-kompania! Przemieniła się w lazaret31. Sam nigdy nie doznawałem morskiej choroby, nie mogę więc sobie przedstawić cierpień, jakie sprawia, lecz sądząc po chorych, których często widziałem, musi to być rzecz dolegliwa.

Podnoszący się wiatr wzmagał się ciągle, skręcając na W, a prąd przypływowej fali stawał się coraz silniejszy, myląc znacznie obrachowania nawigacyjne. Powinniśmy byli wieczorem spostrzec Start Point i jego białą latarnię morską, natomiast nieoczekiwanie ukazał się o siódmej i pół wieczorem czerwony rotujący płomień, świadczący, że prąd znacznie był nas odsunął na wschód. Wolałem zrezygnować z wyekspediowania listów i kazałem dla bezpieczeństwa zmienić kurs na SSW. Wiatr tymczasem przemienił się w wicher, który doszedł do takiego stopnia, iż piętnastego rano na okręcie już trudno było utrzymać się na nogach. Rzucał „Łucją” crescendo32 to na prawo, to na lewo i utrzymywał załogę przy ciągłej robocie. Podróżnicy moi najbardziej na tym cierpieli; była to zbyt nagła lekcja Neptuna. Widząc, jak wszystko tańczy naokoło, nie opuszczali prawie swych kabin, a ci, którzy się na to odważyli, musieli przywiązywać swe krzesła, by nie polecić na drugi bort. W takich razach, gdy morze się sroży, najważniejszym przedmiotem okrętu staje się barometr. On decyduje o wszystkim i on jest regulatorem humoru. „Cóż barometr?” — oto pierwsze zapytanie z rana. „Czy barometr się podnosi?” — oto ostatnie wieczorem. A jeżeli stoi nisko albo opada, to trudno pójść spać, czuwa się przy nim, wpatruje w niego, czy się nie udobrucha, nie podniesie o milimetr i dozwoli położyć się w weselszym usposobieniu. Niestety, tym razem humor upadał, bo nieubłagany prorok zapowiadał ciągle burzę. Załoga się srożyła. „Jak to — krzyknął botsman, przygotowując się do straszliwej klątwy — od samego początku?!”, „Do miliona piorunów, czy to kto widział na świecie!”, „Zaledwie na soli” — i posypał się zapas wykrzykników tak czysto marynarskich, że trudno byłoby podać tu ustępy z owego oryginalnego słownika terminów morskich naszego botsmana. Leży to w naturze majtka — mówi Arago33 — jak w ogóle każdego, który walczyć musi z ciężką pracą, ulżyć sobie, wymyślając na wszystko, co otacza. Zdaje mu się, że im dobitniejszy wynajdzie termin, tym dotkliwiej drasnął wrogie siły, a tym więcej ulżył sobie. Toteż majtek zawsze wymyśla, bo dzień i noc musi pracować. Jeżeli wiatr zawiał pomyślny, wołają go postawić żagle — wymyśla dlatego, że nie zawiał silniej; jeżeli wiatr przeciwny albo podniósł się do huraganu, wymyśla crescendo za każde popchnięcie, jakiego doznaje, za każdy łokieć liny, który przeciągnąć musi. Będąc na okręcie, przeklina i okręt, i budowę jego, w której nic dobrego wynaleźć nic może, budowniczego i robotników portowych, i port, i rok, w którym okręt na morze spuścili, i wreszcie siebie samego. Trudno jednak brać ów gniew marynarski na serio; to ciężka praca wyrwała go z piersi, wkrótce on przeminie, a kiedy majtka spotkasz potem na brzegu, żującego flegmatycznie swój tytoń i zapytasz się o okręt, o! wtedy nie będzie lepszego okrętu na święcie, rozumniejszego życia nad życie marynarza, nic lepszego nad morze. Ale wtedy wszystko, co lądowe, odpłacić musi za jego udobruchanie. Gniewa się na kurz lądowy, który nie pozwala mu dokończyć ulubionej prymki34, jeżeli ta przypadkiem spadła w piasek, śmiercią grozi komisarzowi policji, który wsadził go na odwach35 za rozbite szyby jakiej portowej karczemni i przeklina każdego lądowca, który wchodzi mu w drogę i nie dozwala po ostatnim kieliszku spokojnie polawirować do domu.

Przy tym wszystkim jednakże wicher rzucał „Łucją” coraz silniej po Kanale. Dnia szesnastego rano wreszcie przyszedł do mnie kapitan Boutes z zapytaniem, czybym nie zechciał zawinąć do jakiej zatoczki i tam doczekać się zmiany pogody, zanim puścimy się na ocean. Po krótkiej naradzie postanowiliśmy tedy36 zmienić kierunek i wpłynąć do Falmouthu. Niechętnie zdecydowałem się na tak prędką stację, i to wyłącznie na najkrótszy czas, lecz rzeczywiście uważałem za pożyteczniejsze skorzystać jeszcze z bliskości brzegów, gdzie równocześnie można było dać chwilę odpoczynku podróżnikom naszym, po raz pierwszy po większej części znajdującym się na morzu, oraz wyekspediować ostatnie listy z Europy.

Postanowienie to wywołało ogólną radość w kabinach. Wkrótce też zarysowały się jasno wybrzeża Anglii i około wpół do czwartej po południu stanęliśmy 16 grudnia na kotwicy w Falmoucie.

Rozdział III

Falmouth. — Korzystne jego położenie. — Komora angielska, jej ścisłość. — Wycieczka do miasta. — Konserwatyzm angielski. — Angielska kawiarnia. — Uprzejma straż. — Policeman angielski i kolonialny. — Chronometry ekspedycji. — Pogoda się uspokaja. — Na ocean.

Falmouth, aczkolwiek niewielkie miasteczko, mające zaledwie 13 000 mieszkańców, jest jednakże ważnym portem dla marynarki handlowej jako punkt leżący przy wyjściu z Kanału na Ocean Atlantycki, armatorowie okrętów i wielkie firmy handlowe wybierają go przeto często jako punkt zborny, w którym ich statki przed rozpoczęciem transatlantyckiej żeglugi czekają na instrukcje. Obronne zaś położenie i wysokość brzegów czynią z niego dobrą przystań wojenną. Od strony morza nie widać portu, zauważa się tylko wąskie wejście do obszernej zatoki, która w kształcie ręki wcina się w ląd, przypominając piękne i obronne porty: Brest i Helsingfors37. Dopiero przepłynąwszy cieśninę, która dzieli zatokę od otwartego kanału, i stojąc na otwierającej się przed nami rejdzie38, ujrzeliśmy miasto, ciągnące się w głębi u stóp gór kornwalijskich. Zaledwie spadła kotwica, a już zjawiła się łódź parowa pod rządową flagą z urzędnikami komory39. Po wymianie kilku grzeczności oświadczyłem, że okręt wiezie naukową ekspedycję, że żadnych towarów nie będę wyładowywał w Falmoucie, do którego zawinąłem, jedynie chroniąc się przed niepogodą. Zapisawszy tonaż, nazwę okrętu i cel podróży i przejrzawszy papiery okrętowe, urzędnik oświadczył się zadowolonym, zażądał tylko tytoniu i spirytualiów40 do opieczętowania. Anglia przede wszystkim dba o swój handel. Opieczętowano więc nawet kilka paczek przeznaczonych na codzienny użytek, aby majtkowie nie mogli praktykować bardzo rozpowszechnionego handlu zamiany tytoniem i arakiem41 z miejscowymi majtkami i rybakami, a tym sposobem nie wprowadzali do Anglii zagranicznego nieoclonego towaru. Ta skrupulatność może się wyda przesadzona, jednakże jest ona bardzo pożyteczna. W każdym angielskim porcie stoi codziennie mniejsza lub większa ilość okrętów zagranicznych. Każdy majtek na nich się znajdujący nie ma może pensa przy duszy, ale ma zawsze pewien zapas tytoniu, bez którego istnieć nie może, a który w danym razie zamienia w porcie na inne potrzeby. Otóż gdyby Anglia nie była zapobiegła temu, przybywałaby codziennie dzięki rozwojowi jej handlu morskiego ilość znaczna tytoniu do państwa, nieopłacająca swego wstępu. Toż samo odbywa się z arakiem i spirytusem. Dlatego komora angielska zaraz po przybyciu okrętu kładzie pieczęcie nawet na małe ilości wymienionych artykułów, pozostawiając załodze tylko jej dzienną porcję. Biada okrętowi, gdy przed jego wypłynięciem z portu pieczęcie okażą się naruszone. Zapłaci on wtedy więcej kary niż warta potrójna ilość całego opieczętowanego materiału. Dopiero gdy opuści angielskie brzegi, gdy już nie ma styczności z terytorium państwowym, może sobie postąpić z pieczęciami, jak mu się podoba. Mimo nieprzyjaźni do naszego zagranicznego rumu jednakże przybyli z konieczności goście bynajmniej nie czuli do niego wstrętu. Zauważyłem, że spoglądają z wielkim zamiłowaniem na beczki i butelki; wypiłem więc w ręce najstarszego zdrowie królowej Wiktorii42, starszy wypił do młodszego, a wymieniwszy znów kilka grzeczności, pożegnali się z nami i opuścili pokład okrętu.

W kajut-kompanii kotwica przywróciła ogólne zdrowie. Podróżnicy wyszli na pokład oglądać rysujący się port. Neptun jest wprawdzie burzycielem zdrowia lądowego, ale nie pastwi się długo nad swą ofiarą. Jest z nim jak z gniewem majtka.

Ponieważ bliskość brzegów i portu pociągała naszych rekonwalescentów z nadzwyczajną siłą ku sobie, kazałem więc spuścić szalupę i popłynęliśmy do portowej przystani. Było około piątej po południu. Szalupa miała zlecenie być znów w przystani wieczorem o dziesiątej, mieliśmy więc dosyć czasu, aby zwiedzić kilka uliczek, z których miasteczko się składa. Nie będę takowego opisywał, bo kto widział jakikolwiek mały port północny, ten zna je wszystkie. Kto zaś nie widział żadnego, ten znajdzie w opisach Anglii wiele ściślejszych, a zapewne i barwniejszych szkiców, niżby znalazł w tych prostych notatkach marynarskich. Falmouth jest to stare zgrzybiałe miasteczko o wysokich ostrych dachach. Główny jego ruch panuje na długiej ulicy Market Street, gdzie znajdują się również wyróżniające się budynki: stary poważny kościół i kilka gmachów rządowych.

Ponieważ to była sobota, dzień, w którym rzeczywiście kończy się tygodniowa praca w Anglii, a oprócz tego czas adwentowy, panował więc w miasteczku pewien parafialny nastrój. Przed kościołem stała grupa ludzi naokoło chorągwi cechowych; śpiewami obchodzono adwent, a przez oświetlone okna kawiarń, właściwiej piwiarń, rysowały się inne grupy, odpoczywające przy fajkach i pintach (miara dla płynów).

Wszystko w Anglii, nawet przyjemności i rozrywki, odbywa się podług ścisłych zwyczajów i starych tradycji. Innowacje i cudzoziemszczyzny nie podobają się poważnemu synowi Albionu43 i będąc pomiędzy nimi, radzę podróżnikowi jak najmniej odróżniać się od ogólnego trybu, jeżeli nie chce zrazić ku sobie swych gospodarzy i otoczenia.

Ruchliwemu Francuzowi nie podoba się ten zastój, jak się mylnie wyraża, a jednak w tych zwyczajach jest wiele powabu i bardzo łatwo można je polubić.

W sobotę wieczorem klasa robotnicza i wolni marynarze zbierają się zwykle w stale obranej kawiarni. Spracowany przez tydzień John Bull44 wchodzi do niej wtedy z wolną piersią, siada spokojnie na wielkiej dębowej ławce przy ścianie albo na jednym ze starych krzeseł otaczających okrągły stół w pośrodku pokoju stojący. Znana mu gospodyni przynosi zwykłą pintę ale’u45, fajkę, która do pinty dodaje się darmo, i wkrótce przybyły puszcza gęste kłęby dymu, przysłuchując się pieśniom grającej na pianinie córki gospodarskiej i wpatrując się w dogorywające na kominku kłody. Tego wszystkiego albowiem potrzeba mu do szczęścia i żadnej ze wspomnianych rzeczy nie powinno mu brakować przy jego sobotniej pincie. Przypomina to brodatemu majtkowi daleką rodzinę, własny dom, własny kominek, jego spokojną wieś, jego port, który mu się wydaje poczciwszy, i ułatwia obrachowanie, kiedy znów zawita do swoich.

Po wyekspediowaniu listów i przejściu się po mieście, odbyciu właśnie opisanych obserwacji przy regulaminowej pincie i fajce nadeszła dziesiąta, powróciliśmy więc do przystani. Łodzi naszej jednakże nie było; majtkowie moi musieli się pomylić co do przystani. Skorzystaliśmy więc z szalupy portowej, by powrócić na okręt. Szalupa ta należała do straży morskiej, która właśnie miała odbywać zwykłą swą rondę po rejdzie, a widząc nasze zakłopotanie, zaproponowała nam, nie zważając na znaczną liczbę pasażerów, swe usługi. Powróciwszy na okręt, spostrzegłem, że własnej szalupy nie było u bortu; majtkowie rzeczywiście do innej byli dopłynęli przystani, gdzie za karę niedbałości czekać musieli do drugiej w nocy, dopóki nie spostrzegli pomyłki. Uprzejmi nasi strażnicy tymczasem, wypiwszy po szklance dżynu46, kończyli swą rondę.

Policja angielska zawsze odznacza się grzecznością, przeciwnie francuskiej. Jeżeli cudzoziemiec potrzebuje jakiejkolwiek wskazówki, otrzyma ją najprędzej i najchętniej od policemana. W koloniach wielkobrytańskich policjanci często bywają nie-Europejczykami, w takim razie jednakże rząd postępuje nadzwyczaj umiejętnie i pomysłowo, wybierając na posady stróżów porządku nie tubylców, lecz krajowców innego plemienia, niecierpiącego kolonialnej ludności. Tak np. częstokroć w Indiach napotyka się jako policjanta Chińczyka, w Hong-Kongu przeciwnie, Hindusa. Każdy z nich z zamiłowaniem, jakie wzbudza w nim wzajemna nienawiść tych narodów, poluje na naruszycieli ogólnego spokoju.

Następnego dnia rano poznałem dopiero, jak dobrześmy uczynili, zawijając do Falmouthu. W Kanale szalała burza i kilkanaście okrętów naśladujących nasz przykład stanęło przez noc także na kotwicy. Pogoda jaka panowała w La Manche, dała się uczuwać nawet w porcie, w nim albowiem okręty tak zaczęły się kołysać, że podnieśliśmy kotwicę i schroniwszy się jeszcze dalej, zarzucili ją bliżej brzegów; tu dopiero byliśmy w pokoju, który postanowiłem poświęcić chronometrom. Przedsięwzięliśmy z kapitanem Boutes dwie obserwacje, jedną na okręcie, drugą na brzegu, by mieć jak najściślejszą ich korekcję. Instrumenty te, naumyślnie obstalowane47 dla ekspedycji, dały w rzeczy samej wyśmienite rezultaty.

Już dyrektor paryskiego obserwatorium, admirał Mouchéz, chwalił mi nasze chronometry, które więcej niż przez pół roku obserwował codziennie sam w swej wspaniałej pracowni. Korzystam z okazji, by w tym miejscu szczere złożyć mu dzięki.

Dziewiętnastego około południa pogoda zaczęła się uspakajać, wystąpiło słońce, niebo było czyste, poczekaliśmy więc, dopóki falowanie się nie uspokoi, co nastąpiło dnia następnego, i dwudziestego około południa opuściliśmy Falmouth, wypływając na ocean.

Rozdział IV

Żegnaj, Europo! — Zmylone rachuby. — Burze. — Wigilia Bożego Narodzenia. — Złamany bukszpryt. — Chronometry stanęły. — Nowy Rok. — Zmiana pogody. — Nowa burza. — Ostateczny zwrot pogody. — Przylądek Bocca. — Na wodach afrykańskich. — Połów tona. — Porto Santo. — Przybycie do Madery.

Żegnaj, Europo! Przez długie może lata cię nie zobaczę, a może i na innym lądzie kości me pozostaną; w takim razie którykolwiek z mych towarzyszów przywiezie ci „ultimum vale48, a ty z zachodnimi wiatry49 prześlesz je na wschód do Polski i złożysz je nad Wisłą na ojczystej ziemi.

Wypływając z Hawru, mniemałem, iż na Boże Narodzenie mniej więcej będziemy na Maderze, teraz jednakże przez falmoutską zwłokę trzeba się było rozstać z tą myślą, odkładając ją do Nowego Roku. Niestety, ocean jednakże, w grudniowym znajdujący się humorze, nie pozwolił i na to liczyć żaglowcowi. Dzika Zatoka Biskajska, znana z swych wiecznych burz, miała dłużej nas kołysać po sobie, jak się wkrótce okaże.

Pierwszego dnia żeglugi wszyscy siedzieli na pokładzie; pogoda była cicha, spokojna, wiatr z lekka nadął żagle, nie poruszając prawie ciemnolazurowej powierzchni morza. Białe mewy okrążały maszty i dążyły za okrętem, dopóki znaczna odległość nie zmusiła ich do powrotu ku opuszczonym brzegom Kornwalii, podczas gdy nam znikały z oczu kolejno: Lizard, przylądek Landsend, a wreszcie i brzegi. Nic nie przerywało horyzontu, dokoła niebo i woda — szerokie państwo oceanu.

Nagle zachmurzyło się, barometr zaczął opadać, morze się zakołysało. Drobne fale zaczęły gonić naokoło okrętu, rozpryskując białą pianę; wszystko zapowiadało nową niepogodę. Zaczęto opuszczać pokład i powoli zapanowała na nim cisza, przerywana tylko złowrogim szmerem w linach i ponurym pomrukiwaniem majtków.

Na ten raz jednak Neptun długo się przygotowywał do boju, by tym straszniej na nas uderzyć. Podnosił fale powoli, ale spotężniając je z każdą dobą; barometr także powoli, ale stale opadał; w atmosferze miała zapanować długa, ciężka walka.

Dwudziestego drugiego rano widok, jaki się przedstawił bortem, był godzien pędzla wielkiego malarza. Góry wody podnosiły się z jednej, otchłanie otwierały się z drugiej strony, a w pośrodku mała „Łucja”, to wlatująca na szare masy, to spadająca z nich lotem błyskawicy, by znów być wyniesiona w powietrze i znów spłynąć na dół.

W zbiorowej kajucie, jak i w każdym oddziale okrętowym, trzeba było jeszcze raz przedsięwziąć przegląd ruchomości i poprzywiązywać wszystkie. Po stole kazałem przeciągnąć storm-ramę. Są to sznury związane w siatkę, w które wstawiają się podczas obiadu talerze i najniezbędniejsze sprzęty. Samowar nosi oddzielne podwójne hamulce, na nim imbryk swoje, wazę zaś i inne naczynia, wszystko z emaliowanego żelaza, zaledwie do połowy napełniać można było płynem, a i wtedy nawet trudno utrzymać przygotowane w nich potrawy. W kuchni okrętowej przysposabianie pokarmów naturalnie również ciągłej wymagało gimnastyki.

Zresztą wtedy, gdy człowiek każdej chwili musi się bronić od napaści walczących żywiołów, staje się on mało wymagający. Muskuły rąk i nóg pracują nieustannie celem utrzymania ciała w równowadze, przez to męczy się organizm i zaspakajając apetyt czymkolwiek bądź, mieszkaniec okrętu nie analizuje podanych mu potraw, a jeżeli i wtedy znajduje się ktoś wybredny, to żałują majtkowie, że nie pozostał na lądzie!

Tak nadeszły dnie świąt Bożego Narodzenia. Ponure były to święta. W Europie, na lądzie, wieczór 24 grudnia zebrał rodziny w ściśle połączone grona, mimo woli myśl sięgała w dawne czasy, budziła wspomnienia; lecz długo z nimi obcować nie było można, żywioły spłaszały marzenia, szalejący wicher rozbijał widzenia wyobraźni. Połamaliśmy się warszawskim opłatkiem. Duszony stokfisz50, bigos, szklanka wina — oto na co była w stanie zdobyć się szarpana w prawo i w lewo kuchnia okrętowa. Wspomnienia dodały resztę, a orkan intonował nam dziką, urywaną swą muzykę.

Dwudziestego szóstego zasnąłem zmęczony w kajucie, gdy obudził mnie nagle przyspieszony krok wchodzącego botsmana. „Co się stało?” — krzyknął p. Boutes, którego kajuta była naprzeciwko mojej, zrywając się na równe nogi. Niedawno był dopiero zszedł51 z pokładu, by chwilkę odpocząć. „Orkan strzaskał bukszpryt, kapitanie”. (Bukszprytem nazywa się rodzaj leżącego masztu, wysuniętego nad przodem okrętu). Boutes znów wyskoczył na górę. Trzeba było ratować bukszpryt, gdyż strata jego pozbawiała nas wielu żagli. Było to ciężkie zadanie podnieść z rozhukanych bałwanów, co chwila wrywających się na pokład, kilkucentnarowy52 maszt — a jednakże trzeba było! Raz, drugi i trzeci odrzucił bałwan pracujących majtków; na nowo jednak zarzucono linę i wreszcie nad ranem bukszpryt był wyratowany. Piękny, sążnisty maszt leżał niby liche drewno strzaskany na pokładzie.

Po ciężkiej nocy nastąpił cięższy jeszcze dzień. Wiatr ani myślał się uspokoić i pozostając ciągle SW, wyczerpywał ostatnie siły załogi. Wycieńczeni majtkowie nie mogli wypocząć ani na chwilę. Wtem o dwunastej w południe skoczyłem jak piorunem rażony — zdawało mi się... tak! nie myliłem się — że przy ogólnym zmęczeniu zapomniano o chronometrach. Trzymając się za napotykane przedmioty, pobiegłem niespokojny do repozytoriów; tu spotkałem Boutesa, który już był spostrzegł, co się stało. Przysłuchiwałem się nieszczęsnym skrzynkom: nie słychać było regularnego tykania odbijającej pół sekundy wskazówki. Rzeczywiście zapomniano je nakręcić — chronometry stanęły. Wolałbym stracić wielki żagiel, niż uczynić to spostrzeżenie. Wszystkie uczynione obserwacje były więc na nic, piękna moja korekta, ścisły chód dzienny, otrzymany dzięki admirałowi Mouchéz — wszystko na nic! Zapomniałem na chwilę i o morzu, i o burzy, myśląc tylko nad tym, jaki wpływ na regularność chodu instrumentów będzie nadal wywierało to nieszczęśliwe zajście.

Wzmagająca się pod wieczór siła burzy nowe wyrządziła szkody okrętowi. Pękały liny, rwały się żagle, biedna „Łucja” zaskrzypiała we wszystkich swych częściach, a gdy przy tym wyje orkan, ryczą rozhukane bałwany, a wrywająca się przez bort woda szumi nad głową i to wszystko podczas czarnej, ciemnej nocy, wtedy powiem temu, który może przebiega te słowa w swych spokojnych czterech ścianach — wtedy, powtarzam, niewesoło na oceanie; mimo woli pyta się człowiek: „cóż pozostanie całe?”, i żal mu swej nicości.

Dwudziestego ósmego niepogoda doszła do swego maksimum. Od dawna nie mieliśmy słonecznego dnia, chronometry stały, nie mieliśmy więc ani szerokości, ani długości obserwowanej, a prąd, fale i wichry powinny były spędzić nas z kursu. Podług nawigacyjnego obserwowania, powinniśmy byli być około brzegów Hiszpanii; nic jednakże nie dozwalało stwierdzić rachuby. W nocy z 29 na 30 dopiero spostrzegliśmy nieoczekiwanie płomień wieży przylądka Estaca de Varres53. Wicher więc rzeczywiście był nas wpędził do Biskajskiej Zatoki. Znajdowaliśmy się u brzegów Corunii54, około najpółnocniejszego przylądka Hiszpanii. Odkrycie to było w każdym razie pożądane, wizowanie55 płomienia albowiem dozwoliło określić miejsce okrętu, bliskość zaś brzegów na chwilę nasunęła mi myśl schronienia się do Corunii. Na próżno jednak usiłowaliśmy to wykonać. Brzegowe buruny56, wiatr i bałwany bijące od brzegu czyniły przedsięwzięcie niebezpiecznym. Trzeba więc było znów wypłynąć na ocean, nie zważając na bliskość portu, i na nowo rzucić się w ten taniec piekielny.

Była to noc sylwestrowa, 31 grudzień 1882 roku; następnego dnia albowiem, kiedym wyszedł na pokład, życzył mi botsman i sternik szczęśliwego Nowego Roku.

— Więc to Nowy Rok? — zapytałem, zapomniawszy zupełnie podczas ostatnich utrapień o kalendarzu.

— Nowy Rok — odparli majtkowie. — Oj, żeby nam pogodę przyniósł.

Spojrzałem na barometry i o radości! wszystkie trzy podniosły się. Zakomunikowałem to załodze. „Vivat 1883 rok!” rozległo się po pokładzie i rozdano podwójną porcję rumu z przyczyny Nowego Roku, co także wznieciło długo wstrzymywany dobry humor załogi, mogącej nareszcie wypocząć.

Byliśmy w 45 stopniach północnej szerokości, wiatr zdawał się mieć lekką inklinację57 ku północy, pojawiła się ogólna nadzieja i wiara, że nareszcie pogoda się zmieni, i rzeczywiście się zmieniła; był to najlepszy podarek noworoczny.

Uporczywy SW przeszedł na zachód i zawiał wreszcie z NW, niebo się rozjaśniło, morze uspokajało stopniowo i powoli „Łucja-Małgorzata” mogła znów regularnie podążać na południe ze wzrastającą szybkością.

Stado igrających na słońcu delfinów otoczyło lewy bort i wywołało na pokład spektatorów58. Wydobywszy się z surowych wód biskajskich, każdy był zadowolony i witał zwinne zwierzęta jako znak pomyślny. Wojowniczy nasz botsman tylko żywił dla nich mniej przyjazne usposobienie i zajął się urządzeniem harpuny59 w nadziei, iż uda mu się urozmaicić nasza kuchnię delfinią piersią. Okrętowa harpuna okazała jednakże za mała, a podczas roboty nad nową delfiny, na swoje szczęście, a strapienie czatującego na nich majtka, znów ukryły się w głębi.

5 stycznia na szerokości północnej 42° wiatr ucichł zupełnie, okręt prawie nie poruszał się z miejsca i na dobę całą dał załodze odpocząć. Barometr podnosił się ciągle. Chętnie byłbym przybliżył się do brzegów, by zająć się chronometrami, lecz charakter takowych nie dozwalał tego. Niskie brzegi portugalskie, zawierające mało przystani, są nadzwyczaj niebezpieczne dla żeglugi, szczególnie podczas zachodnich wiatrów. Mimo gorącego żądania, by widzieć instrumenty znów w porządku, musiałem odłożyć spostrzeżenia do korzystniejszej chwili.

Chwila ta jednakże jeszcze nie miała być bliska. Jeszcze jedną walkę miała odbyć „Łucja” na wodach Europy.

Barometr, który siódmego stał nadzwyczaj wysoko, spadł nagłe do przerażającego minimum. Twarz kapitana Boutesa sposępniała.

— Ktoś nas przeklina — rzekł mi wieczorem, schodząc do kajuty — bo się znowu zanosi na taniec.

I rzeczywiście następnego dnia, 8 stycznia, napadł orkan na okręt, tak silny, iż patrząc na zanurzający się przód „Łucji-Małgorzaty”, zdawało się, że na wieki zniknie w bałwanach. Szarpnięcia były tak silne, że krzesła przywiązane do kabin odrywały się i tłukły po kajucie. Wpadające na pokład fale potokami wlewały się przez okna zbiorowej kajuty i zalewały podczas nocy łóżka miotanych w nich podróżników. Do kajuty mojej, podczas gdy drzwi prowadzące z pokładu były otwarte, wpadł olbrzymi bałwan, przemieniając ją w jezioro. Wszystkie rzeczy zamokły, co w niemały wprawiło mnie kłopot. Nie dbałem już o prywatne skrzynki, zawierające ubiory etc. Szło mi głównie o instrumenty i naboje, zająłem się więc rewizją60 takowych. Na szczęście miejsce zawierające te przedmioty, osobno strzeżone i znajdujące się w najbezpieczniejszej części okrętu, pozostało suche i ani instrumenty, ani naboje nie uległy uszkodzeniu.

Dziesiątego wieczorem dopiero wiatr znów zmienił się na północny i sprowadził ostateczny zwrot pogody, przez wszystkich powitany radośnie. W mokrych i wilgotnych kajutach stał się bowiem pobyt nadzwyczaj nieprzyjemny, trzeba było świeżym odetchnąć powietrzem, przyjść nieco do siebie, osuszyć i przewietrzyć nieco kajuty. Byliśmy prawie miesiąc w drodze, od Hawru mając tak nieszczęśliwą żeglugę, jak rzadko który okręt. Z niecierpliwością więc pytano się mnie codziennie, ile nam jeszcze mil61 pozostało — niestety był jeszcze dobry kawał drogi, a od brzegów oddalać się było trudno. Abordować ląd bez chronometrów byłbym się odważył, lecz szukać małą wyspę wśród oceanu było ryzykowne. Dlatego powitałem dwunastego rano z wielką radością wiadomość, że ukazał się na horyzoncie przylądek La Rocca62!

Wzięliśmy kurs okrętu na SE, stanęli pomiędzy przylądkami Espichel i Pascueiras i określiwszy wizowaniem rzeczonych przylądków ściśle miejsce okrętu, odbyliśmy spokojnie obserwacje chronometryczne, choć w ten sposób mając nareszcie znów ich korekcję podług południka Greenwicha.

Odtąd żegluga szła regularnym trybem. Wiatr był północny. W niedzielę 14 stycznia minęliśmy równoleżnik Taryfy63 i wstąpili na wody afrykańskie.

Ogólna rozmowa skierowała się ku nareszcie zbliżającej się Maderze64, na której jednakże czekał niemały kłopot: przyprowadzenia okrętu do porządku po zniszczeniach, jakie pozostawiły po sobie przebyte burze. Planowano wycieczki, oglądano mapy Madery, wszystkich ogarnęła nadzieja upragnionego odpoczynku. Urozmaicenie obiadowego menu stało się też przyjemną przerwą w tej jednostajności, gdyż chłopiec okrętowy, zajmujący się, jak wspominaliśmy dawniej, sztuką kulinarną na „Łucji-Małgorzacie”, w ostatnich czasach mimo chęci nieraz nie mógł dogodzić żołądkom kajut-kompanii. Biedaka, który sam ledwo zdołał utrzymać się na nogach, kuchnia jego przyprowadzała do rozpaczy. Żądano od niego obiadu, podczas gdy wiatr i fale bez jego żądania przyprawiały takowy dymem i wodą morską albo rozpraszały kociołki po pokładzie.

Afryka jednak postanowiła przyjąć nas gościnnie, nawet pod względem kuchni. Szesnastego rano zbudził mnie krzyk chłopca: „Kapitanie, kapitanie!”. Wkrótce usłyszałem na pokładzie trzepotanie się silnej ryby, a wyszedłszy z kajuty, ujrzałem olbrzymiego tona65, który się był złapał na wyrzuconej wędce. Zdobycz ta ostatecznie wprawiła całą załogę w dobry humor i zachwycała apetyt naszych podróżników do samej prawie Madery.

Nareszcie, boć66 przecie wszystko na tym świecie się kończy, okazała się i ona, dawno upragniony pierwszy cel żeglugi. Osiemnastego rano ujrzeliśmy pierwszą jej grupę, wyspy Porto Santo, przedstawiające z zachodniej strony górzyste pasmo o siedmiu wierzchołkach. W pośrodku wyspy głównej, na południowym jej brzegu, leży miasteczko Baleira67, ciągnące się w malowniczej dolinie od zachodu na wschód pomiędzy górami.

Zamierzałem z początku stanąć na godzin kilka na kotwicy przed Baleirą, by uporządkować okręt przed wpłynięciem do Funchalu68, gdzie pragnąłem zawinąć w nie tak opłakanym stanie, w jaki wprawiła „Łucję-Małgorzatę” ostatnia niefortunna żegluga, tym bardziej że mieliśmy w Funchalu dobrego znajomego, hr. Benedykta Tyszkiewicza, szczerego przyjaciela ekspedycji, przemieszkującego wtedy na Maderze.

Porto Santo nie posiadało jednak odpowiedniej przystani, popłynęliśmy więc dalej ku Maderze, która też wkrótce ukazała się na horyzoncie. Około szóstej zarysował się jasno Funchal, podnoszący się ze swymi kształtnymi willami na południowych skłonach gór, a około dziewiątej stanęliśmy na kotwicy na 11 sążniach69 głębokości.

Rozdział V

Notatki geograficzne o Maderze. — Funchal z morza. — Port. — Grzeczność Portugalczyków dla ekspedycji. — Niefortunne wylądowanie. — Osobliwości Funchalu. — Poczta z Europy. — Hr. Benedykt Tyszkiewicz. — Jego willa i obserwatorium. — Przerwana komunikacja z okrętem. — Gościnny redaktor.

Statek przypływający z Europy zauważa najpierw 2000 metrów wysoki Pico Ruivo70 i wyniosły grzebień Torrinhas, najwyższe punkty królujące nad wyspą, która tworzy nieregularny czworobok, ze sterczącym na wschód długim skalistym przylądkiem Laurenco. Niegdyś wszystko to pokryte było gęstymi lasami, od których wyspa wzięła swą nazwę (madera po hiszpańsku, madeira zaś po portugalsku znaczy drzewo); dziś jednak lasy te są w znacznej części wycięte, szczególniej na południowym wybrzeżu.

Formacja wyspy jest wulkaniczna i zawiera wielkie masy bazaltu oraz tufu, powierzchnię zaś stanowi gruba skorupa, którą wytworzyły erupcje trzeciorzędowego periodu71.

Różne fosylie72, liczne zoofity73 i morskie testaceae74, jako też masy wapienne urozmaicają całość formacji. Wszystko to ciągnie się jako górzysty, 60 kilometrów długi łańcuch, dążący w zachodnio-wschodnim kierunku. Pasmo to, główny grzbiet wyspy, posiada mniej liczne lub więcej wysokie wierzchołki (piki), z których najwyższymi są, oprócz wyżej już wymienionych: Pico Arceiro 1940 metrów wysoki, Boa Ventura 1890 metrów, Curral 1880 m, Cidrào 1815 m, Pico Grande i inne.

Kierunek, w jakim ciągnie się główny grzbiet, dzieli wyspę na południowe i północne wybrzeża, pełne malowniczych przepaści i górzystych skłonów, które od wierzchołków ciągną się ku morzu. Największa i najpiękniejsza z tych przepaści przerzyna południowe brzegi: jest to cudowny Curral das Freiras, czyli Grand Curral. Podług wszelkiego prawdopodobieństwa przedstawia ta 530 m głęboka kotłowina75, mająca otwór ku południowi, stary, wygasły krater.

Koryta rzeczne, jakie spotyka się na wyspie, są prawie wszystkie skaliste, nader głębokie, lecz pozbawione wody. Największą z rzek jest Janella, należąca do północnego wybrzeża. Wydaje się niemożliwe, ażeby te niewinne wyschłe rzeczki mogły tak wezbrać, iżby się stały niebezpieczne, a jednak sprawiały już groźne powodzie, jak np. w latach 1803–184876 i 1857, powodzie, które poczyniły liczne szkody i zniszczenia.

Gdyśmy stanęli na kotwicy, Funchal jaśniał rozrzuconymi po górach płomykami will i domków. O brzegi biły fale morskie, a gdy spływały po drobnych lądowych kamykach, zdawało się przy szmerze, jaki sprawiały, że w mieście panuje zgiełk i wrzawa. Często szmer fal jest przyczyną podobnych złudzeń. Cichy Funchal bynajmniej nie jest gwarnym miastem, tym bardziej zaś wieczorem; zasypia on wtedy spokojnie. Dzienne ekskursje77 turystów były ukończone, mieszkańcy odpoczywali na tarasach swych domów — tylko morze gwarzyło, nucąc nieustanną swą pieśń. Nad górami rozciągała się mgła. Ruivo i parne wyżyny pokryły się szarawą, przezroczystą szatą. Na morzu zaś stało kilka okrętów: pakboty78 do Europy, do brzegów Afryki i Brazylii, a pomiędzy nimi odpoczywała kołysząca się z lekka „Łucja-Małgorzata”, której Neptun w porcie nawet nie dozwolił odpocząć zupełnie. Port Funchalu nie należy bowiem do najlepszych pod względem bezpieczeństwa przystani i spokoju. Zatoka za płaska, południowe wiatry często wzburzają morze, tak że stojący na kotwicy okręt podczas niepogody i SW-ów znajduje się w większym niebezpieczeństwie niż na otwartym morzu, a jeżeli łańcuchy kotwic nie są w zupełnie dobrym stanie, może być łatwo rzucony o skały nadbrzeżne. Rząd przy tym nic nie czyni dla ulepszenia portu i zabezpieczenia okrętów, chociaż byłoby to nie tak trudne i nie wymagałoby wielkich kosztów. Blisko zachodnich brzegów zatoki znajduje się wielka wysoka skała Loo Rock, służąca jako fort, którą nietrudno byłoby połączyć z brzegiem, tym bardziej że podwodne jej połączenie jest bardzo wysokie. Osiągnięto by w taki sposób wał, który stworzyłby aczkolwiek niewielką, lecz dość spokojną przystań dla mniejszych okrętów.

Po długiej a ciężkiej żegludze byłem jednakże kontent79, że w ogóle znajdowaliśmy się w porcie. Ze smutkiem tylko spoglądałem na pogruchotane przez burze przednie części masztu, potrzebujące większych reperacji, zanim się było można puścić dalej.

Po długich refleksjach nad tym, co będzie trzeba uczynić w porcie, zszedłem do kajuty, bo było późno. Mijając stół nawigacyjny, zauważyłem leżące jeszcze mapy przebytej drogi i rzuciłem okiem na linię żeglugi. Co za droga! Przedstawiając linię kursu, mapa streszczała w sobie całą naszą odyseję. Około brzegów północnej Hiszpanii linia przedstawiała zawikłany poligon — to grudniowe wichry tak nami rzucały na prawo i lewo; dalej na południa seria zygzaków — to styczniowe, a pomiędzy nimi ciągnie się długi rząd dat i cyfr, oznaczających obserwacje w południe odbyte, a dających w sumie 35 dni — 35 dni z Hawru do Madery.

Wspominając inne żeglugi, porównywałem je z obecną. Raz tylko odbyłem straszniejszą i dziwnym trafem w tej samej Biskajskiej Zatoce, lecz było to na wielkiej pancernej fregacie i przez kilka dni tylko. Ponieważ jednak nie ma złego, co by na dobre nie wyszło, zasnąłem dnia tego, notując w pamięci jeden rezultat pomyślny, a mianowicie ten, że przez owe 35 dni przybyło mi wiele doświadczenia, najdrogocenniejszego skarbu ma świecie, którego nikt wydrzeć nie może.

Następnego dnia doniósł mi wcześnie majtek, że przybyły dwie szalupy portowe z urzędnikami. Wziąłem więc papiery okrętowe i wyszedłem na pokład, przygotowany na długie ceremonie, jakie się zwykle napotyka w portach portugalskich. Jeden zwyczaj głównie, którego spełnienia oczekiwałem ze strony przybyłych, zawsze mnie gniewał, a mianowicie, że okręt obcy, stojąc w porcie Portugalii lub jej kolonii, otrzymuje zwykle nieproszonego gościa, którego musi nolens volens80 przyjąć ma cały czas pobytu w porcie. Kwaterunkiem tym jest żołnierz komory celnej, którego utrzymanie rząd ułatwia sobie w taki sposób. Postępowanie to oburza kapitanów.

Szalupy stały u bortu, jedna z nich mieściła urzędnika komendanta portu, druga rewizora81 komory celnej i „niezbędnego gościa”. Były to łodzie dobrze utrzymane, załoga zaś przedstawiała się również wcale nieźle. Będąc w ogóle uprzedzonym do portugalskich instytucji, które nie należą do najlepszych i najprostszych w świecie, doznałem przyjemnego wrażenia, dobrze uprzedzającego o tutejszym zarządzie portowym.

Vous parlez français?82 — zapytał się naczelnik wysłanych, z zupełnie czystym francuskim akcentem.

Oui, monsieur83 — odparłem. — Żądasz pan papierów okrętowych?

— Kto jest kapitanem okrętu?

— Ja, nazwisko znajdziesz pan w papierach.

Urzędnik ukłonił się i wziął podane dokumenty.

— Skąd płynie okręt?

— Z Hawru.

— Jak długo był w drodze?

— Trzydzieści pięć dni.

Urzędnik spojrzał z niedowierzaniem.

— Trzydzieści pięć dni — powtórzyłem mu.

— Cel żeglugi? — pytał dalej.

— Płynę do Fernando Poo, z naukową ekspedycją.

— Aa, pamiętam! — zawołał nagle przybyły nader grzecznie. — Mon commandant84, jesteśmy uprzedzeni, nie potrzebuję żadnych papierów, okręt wolny od wszelkich formalności. Mam pod tym względem instrukcje!

I dał znak drugiej szalupie, mającej wydać nam ze swego wnętrza ów nielubiany kwaterunek, by się oddaliła.

— Serdecznie dziękuję panu — rzekłem, kłaniając się.

— Przepraszam, nie ma za co, wszystko w porządku.

To rzekłszy, zakomenderował: „Na wiosła”; wymieniliśmy jeszcze ukłon i szalupy odpłynęły do portu.

Formalności okrętowe były załatwione w nadzwyczajny krótki sposób. Dla funchalskiego portu byłem więc niesprawiedliwy; pragnął ułatwić ekspedycji, o ile mógł.

Zaledwie odpłynęły urzędowe łodzie, gdy zjawiły się przy borcie prywatne, przywożąc osoby ofiarujące swe usługi. Każdy port ma podobnych „przyjaciół podróżnika”. Są to właściciele hotelów, obiecujący złote góry w swoich, „podług najlepszych sposobów urządzonych hotelach”, dostawcy prowizji85, ożywieni pragnieniem sprzedania obcym po podwójnych cenach tego, czego mieszkańcy miasta już nie chcą, krawcy, szewcy i praczki, malarze i fotografi86, proponujący przybyszom widoki miejscowości.

Jeżeli jednakże przyszły podróżnik zechce dobrej rady, niechaj nie otwiera kłaniającym się nieznajomym ani swego serca, ani swej kasy. Niech ich zostawi najspokojniej na boku; udawszy się bowiem na ląd, znajdzie w mieście ofiarowane usługi za połowę ceny, a nawet taniej. Przy tym niechaj nie będzie zbyt delikatny, nie troszczy się o to, że oni czekają: gdy im czasu zabraknie — choć na południu mają go zawsze za wiele — zapakują znowu swe skarby i powrócą do domu. Toż samo zaleciłem na „Łucji-Małgorzacie” i zapobiegłem zwykłym zakupom fotografii po 4 lub 5 franków za sztukę, kosztującą w zakładzie franka. Natrętni przybysze wkrótce też zauważyli, że nadzieje ich zawiodły i opuścili pokład. Równocześnie spuszczono szalupę i oprócz załogi wszyscy podążyli do portu, by nareszcie znów przejść się po lądzie.

Na próżno jednak szukaliśmy przystani dla łodzi; jakkolwiek Portugalczycy są przez 400 lat panami wyspy, jednakże nie mieli czasu do wybudowania takowej. Za Loo Rockiem są wprawdzie schodki, ku którym można z trudnością podpłynąć, lecz leżą one prawie za miastem i przybywający ich nie dostrzega. Zmierzaliśmy więc wprost ku brzegowi, o który wprawdzie biły buruny, wdrapujące się na kamyki, lecz na których, jak zauważyłem, lądowały miejscowe łodzie.

Gdyśmy się zbliżali do brzegu, czyniono nam z niego znaki, byśmy się zatrzymali i przesiedli do krajowego czółna, dając do zrozumienia, że na naszej okrętowej szalupie nie dostaniemy się na brzeg. Rzeczywiście każdy grzebień fal nadchodzących z morza podnosił się, uderzając o brzeg wysoko, i groził zalaniem; jednakże nie przypuszczałem, że wylądowanie na niekrajowym czółnie jest niemożliwe, i pomimo głosów z lądu, które przypisywałem chęci wyzyskania nas, kazałem wiosłować naprzód. Nadchodzący wał wodny popchnął szalupę ku brzegowi i w chwili kiedy spłynął nazad, przygotowaliśmy się do wyskoczenia na kamyki, w których ugrzęzło kilka łodzi. Lecz nim zdołaliśmy się wydostać, nadszedł drugi wał, wrywając się lotem błyskawicy pomiędzy nas, po nim trzeci i czwarty. Zmoczeni jak po tropikalnym deszczu, stanęliśmy na brzegu, otoczeni tłumem widzów, podczas gdy majtkowie nasi, stojąc po biodra w wodzie, usiłowali znów oswobodzić zalaną szalupę. Długo próbowali na próżno, nareszcie barczyste ramiona botsmana zepchnęły „Warszawiankę” z brzegu, wyczerpano wodę, majtkowie schwycili za borty i wskoczywszy szybko na wiosłowe ławy, powrócili na okręt. Byłem kontent, że się na tym skończyło, teraz bowiem przekonałem się rzeczywiście, przypatrzywszy się lekkim miejscowym łódkom i krajowemu sposobowi prędkiego wyciągania ich na brzeg wraz z pasażerami, że jest to rzeczą prawie niemożliwą dla przypływającego okrętu przybijać do brzegu zwyczajną szalupą. Miejscowe są do tego celu zupełnie inaczej zbudowane, posiadają płaskie dno i trzy kile. Samo lądowanie zaś odbywa się w następujący sposób: każda z tych łodzi, zbliżając się do brzegów, jest oczekiwana przez kilku ludzi mających w pogotowiu okrągłą belkę. Wyczekawszy korzystnej chwili, tj. nadejścia silnej fali, która by popchnęła łódkę daleko naprzód, starszy z wioślarzy daje znak brzegowej załodze, by była gotowa, sam zaś ze swymi towarzyszami, skierowawszy łódź tyłem do brzegu, daje jej silny rzut naprzód. Czółno, pchnięte oprócz tego nadchodzącym wałem, zostaje wyrzucone na brzeg, gdzie już też oczekujący ludzie podrzucili przygotowany wałek i ciągną je szybko dalej, zanim nowe fale zalać je zdołają.

My jednakże musieliśmy chrztem opłacić doświadczenie i długie suszenie się na bulwarze przy pomocy południowego słońca zdołało zaledwie jako tako uporządkować zrujnowane kostiumy. Tu nastąpiło formalne oblężenie, prowadzone natarczywie przez różnego rodzaju przewodników, ofiarujących swą znajomość miejsca, i żebraków, których wszędzie pełno na południu, szczególniej w Hiszpanii, Portugalii i ich posiadłościach. W żadnym kraju żebractwo nie jest doprowadzone do takiego stopnia i nie czyni tak przykrego wrażenia, jak w wymienionych stronach. Biedniejsza klasa ludności, rzekłbyś, rodzi się tu nie do pracy, lecz do żebractwa i małe, często sześcioletnie dzieci wyciągają ręce z nałogu, z przyzwyczajenia, ile razy zobaczą cudzoziemca.

Samo miasto nie jest wielkie, górzyste i dość źle utrzymane. Krótki bulwar, który tworzy niejako połączenie części will i części handlowej miasta, mógłby być pięknym miejscem przechadzki, gdyby był w energiczniejszych rękach, w obecnym jednak stanie zaniedbania czyni on niekorzystne wrażenie.

Ogólną uwagę cudzoziemców zwracają na siebie sposoby komunikacji. Arystokracja miejscowa i cudzoziemcy jeżdżą konno lub używają palankinów87, ostatni jest szczególniej przeznaczony dla dam i chorych, średnie zaś klasy używają oryginalnego ekwipażu88. Są to niezbyt foremne, wołami zaprzątnięte sanie z podrezami89, kryte rodzajem baldachimu. Sanie te co do szybkości nie dorównują nawet niemieckim dorożkom, wyszorowały zaś do takiego stopnia drobny bruk (przeprowadzony nie jako płaska, lecz jako falista powierzchnia), że chodzenie pieszo w pośrodku ulicy staje się prawie niemożliwe, tym bardziej że większa część ulic prowadzi pod górę lub na dół. Woźnica idzie zwykle obok sani, poganiając długim kijem swe woły.

Ponieważ wszyscy z niecierpliwością wyczekiwali listów i wiadomości z Europy, udaliśmy się najprzód na pocztę po korespondencję. Wieleż90 zajść w przeciągu kilku tygodni! Naokoło naszego kraju zanosiło się na wojnę — same smutne wiadomości.

Lecz stroniąc od zajść burzliwych i przygotowań zniszczenia, zajdźmy tu na Maderze do ustronia szczęścia i ciszy — w najpiękniejszy kącik Funchalu, i to jeszcze należący do zacnego gościnnego rodaka. Jest to hr. Benedykt Tyszkiewicz z Czerwonego Dworu, dla przyjaciół ekspedycji dobrze znana osobistość. Nad samym brzegiem, na wysokich skałach wznosi się w zachodniej części zatoki bujna południowa zieleń, wśród której wysokie królewskie palmy poruszają z lekka swe pierzaste korony na cudownym lazurowym tle nieba Madery, ocieniając taras ślicznej willi. W niej niegdyś cesarzowa austriacka przychodziła do zdrowia, a dziś obrał tu swą siedzibę z żoną, dziećmi i garstką służących Polaków niezmęczony nasz rodak. Zadzwoniłem do bramy i przeszedłszy śliczny cienisty park, którego południowy koloryt zachwycał wzrok, ujrzałem, wchodząc do willi, piękną, delikatną kobietę siedzącą przy pianinie. Była to hrabina, której jeszcze nie znałem. Domyśliła się jednakże, kim jestem, gdyż żaden okręt nie wpływa do portu niepostrzeżony przez ostry teleskop hrabiego, zajmującego się żywo wszystkim, co jest połączone z podróżą i morzem, i który dlatego na wystającej brzegowej skale parku przemienił śliczny pawilon na małe obserwatorium morskie. Zauważa się takowe już daleko z morza, po blisko stojącym wysokim maszcie z powiewającą na nim flagą morskiego jachtklubu.

Niczego tu nie brak w tej małej morskiej stacji, pod którą niedawno jeszcze kołysał się na dole w porcie piękny jacht hrabiego, wyglądający raczej na wzorowy okręt wojenny niż na prywatny jacht. W pawilonie znajduje się kompletna seria sygnałów, często wznoszących się i spuszczających po maszcie dla zasięgania wiadomości od znajomych okrętów; jest tu również i teleskop rzadkiej doskonałości, latarnia z reflektorami i mapy, nawet armatka sygnałowa. Słowem jest to prywatna kompletna stacja morska, we wzorowym utrzymywana porządku.

Rano zaraz spostrzegli nasz okręt, a widząc na głównym maszcie flagę Warszawy, wiedziano, że to „Łucja-Małgorzata”, od dawna zresztą oczekiwana. Przedstawienie się hrabinie było więc nietrudne i wyszliśmy razem na taras, z którego był już zauważył nas gospodarz, siedzący przy kawie ze starym swym przyjacielem Polakiem. Szlachetny przyjaciel ekspedycji przywitał mnie serdecznie na Maderze.

Przeprosiłem towarzystwo za rozstrojony mój kostium, którego słońce jeszcze nie było wysuszyło w zupełności, lecz znajdowałem się w rzeczywistym kółku podróżników; tak hrabia bowiem, jak i jego małżonka niejeden raz przepłynęli wzdłuż i wszerz ocean, a w bagnach Florydy i indyjskich dżunglach przebywali całe miesiące dla ekskursji i polowania. Siedliśmy więc na tarasie, przed którym rysowały się piękne grupy cyprysów, agaw, bananów, palm i innych przedstawicieli południowego roślinnego świata — i musiałem opowiadać walki ekspedycji odbyte od czasu widzenia się naszego w Paryżu oraz długą naszą odyseję po oceanie.

Czas mijał szybko w miłym tym gronie osób żyjących cicho i spokojnie, w otoczeniu kwiecistego bukietu pięknej przyrody południa, odbijającego na wszystkim, co ich otaczało, wewnętrzny spokój i jasny horyzont. Jako wielki przyjaciel przyrody i piękna, zajmował się hrabia ze szczególnym zamiłowaniem fotografią. Całe godziny poświęcał temu zajęciu i w rezultatach doszedł rzeczywiście do doskonałości. Widziałem fotografie zdjęte przez niego, nieustępujące wyrobom pierwszych zakładów: widoki gór, portrety, lecz zawsze przedmiot musiał odpowiadać estetycznemu gustowi miłośnika.

Po kilku dniach naszego pobytu, który prawie ciągle koncentrował się naokoło gościnnego i serdecznego rodaka, hrabia, pragnąc nas zapoznać z wyspą, zaprosił ekspedycję na wycieczkę w góry. Kawalkada ta na długo pozostanie w pamięci tych, którzy razem spędzili ów dzień ochoczo. W wigilię wycieczki byliśmy wszyscy w willi na obiedzie, umawiając się co do dnia jutrzejszego. Jednakże już przedtem zajmowano się widocznie u hrabiego planem ekskursji, gdyż z parkowego masztu sygnalizował na okręt, dowiadując się o ilości potrzebnych koni. Przy obiedzie poznaliśmy też trzech nowych towarzyszów wycieczki; byli nimi książę Karageorgiewicz i dwóch Polaków chwilowo bawiących na Maderze: inżynier Rutkowski i pan Weidlich z Wołynia. Towarzystwo więc stawało się coraz liczniejsze, co obiecywało jeszcze więcej uprzyjemnić zabawę.

Po ożywionej rozmowie na tarasie, zawierającej wiele ciekawych wspomnień z podróży i polowań, hrabia pokazał nam przy wyjściu plan jutrzejszej drogi. Wybrał ją wzdłuż pięknego Grand Curralu, na którym chciał dać z dwóch różnych pików widoki na malowniczą kotłowinę, by inną drogą, z zachodu, znów wrócić do Funchalu.

Tymczasem jednakże zapadła noc i naznaczywszy sobie schadzkę rano na siódmą i pół w willi następnego dnia, pożegnaliśmy się, by powrócić na okręt. To jednakże stało się niemożliwe. Gdyśmy wyszli z parkowej bramy, zauważyłem śpiącego lazarona91, który kilka razy służył mi już jako przewodnik po mieście. Hałas wychodzących osób zbudził śpiącego, widocznie czekał na nas w nadziei otrzymania kilkudziesięciu rejsów92 za doniesienie, że powstał silny południowy wiatr i że wszelka komunikacja z morzem przerwana. Ponieważ poleciłem na okręcie, by wieczorem czekała na nas szalupa przy odszukanych schodkach za Loo Rockiem, skierowaliśmy się więc ku niemu, by przekonać się o stanie morza i albo powrócić na okręt, albo odesłać szalupę. Portugalczyk, który był świadkiem upartego pierwszego naszego lądowania i kąpieli, myśląc, że chcę mimo to puścić się na morze, prosił usilnie, by tego nie czynić, i szedł w ślad za nami. Przybywszy na miejsce, zauważyłem rzeczywiście, że nie można było myśleć o popłynięciu na okręt. Fale biły o skały, rozpryskując białą pianę i zalewając co chwila schody. Szalupa nasza trzymała się jednak w pogotowiu o jakie 30 m od brzegu. Krzyknąłem jej więc, by powróciła na okręt, lecz łoskot fal był tak silny, że kilkakrotnie trzeba było powtórzyć rozkaz, zanim go usłyszano i łódź nawróciła.

Portugalczyk tymczasem wyszukał nam hotel i otrzymawszy 100 rejsów na wino (½ fr.), dla których tak długo był wartował przed willą, oddalił się wreszcie, podczas gdy gospodyni hotelu dokładała wszelkich starań dla ulokowania tylu gości w przepełnionym swym domu. Miała tylko jeden wolny pokój, a oprócz mnie było czterech towarzyszów. Na szczęście zastaliśmy w gościnnym pokoju jakiegoś litościwego jegomościa, który odstąpił nam jeszcze swój własny. Był to pan Joa de Nobrega Soares, redaktor jednego z miejskich dzienników, „Diario popular”. Ów nadzwyczaj miły i serdeczny przyjaciel podróżnych był zajęty korektą jutrzejszego dziennika; zapewniał, iż to mu zajmie całą noc, że mu więc pokój będzie niepotrzebny i prosił, bym go przyjął. Uczyniłem to z wdzięcznością i wypiwszy z uprzejmym literatem, który, jak się okazało, był autorem kilku dzieł portugalskich, butelkę malwazji93, zajęliśmy zdobyte kwatery, zbierając siły do jutrzejszego dnia.

Rozdział VI

Wycieczka po wyspie. — Ludność Madery. — Szkice fizjograficzne. — Krajobrazy. — Śniadanie nad przepaścią. — Fotografie. — Hr. Tyszkiewicz jako strzelec. — Powrót do Funchalu. — Reparacje okrętowe. — Pożegnanie z hrabią. — Wypłynięcie.

Gdyśmy nazajutrz wchodzili do parku willi, konie już czekały i zaopatrywano palankiny w żywność, aby mogły przed nami wyruszyć wraz ze służbą, która miała nas oczekiwać na szczycie, nad samym kraterem Grand Curralu.

Jak się okazało, stanęła ekspedycja pierwsza na placu. Przyjął nas doktor Gąsowski i poprosił na kawę. Wkrótce też nadszedł książę Karageorgiewicz, inżynier, p. Weidlich, i wreszcie hrabia, który był zajęty wyekspediowaniem awangardy94.

Czas był prześliczny, lekki wietrzyk zapowiadał dzień łagodny, niezbyt gorący. Pożegnawszy się więc z szanownym doktorem, skoczyliśmy na konie i wyruszyli naprzód. Wkrótce pozostałym w willi znikły z oka kaski i białe ubiory dziewięciu jeźdźców, z których składała się kawalkada. Droga prowadziła z początku przez wioskę i była otoczona z obu stron murami, spoza których wyglądały ciekawe głowy dzieci wieśniaków, to przyglądających się licznym jeźdźcom, to skrywających się za naszym przybliżeniem w rosnące za murkiem banany lub trzcinę cukrową. Wąskość drogi zmuszała nas do jazdy po dwóch, a potem pojedynczo. Otwierał rząd ks. Karageorgiewicz, zamykał go hrabia ze mną.

Niejeden z czytelników zastanowi się może nad tym, jakiej rasy są wieśniacy tutejsi. Otóż gdy w 1419 r. Joao Gonsalves Sargo i Tristao Vaz Teixera odkryli wyspę (uwagi godny jest fakt, że bliska Porto Santo, z której przy jasnym powietrzu widać Maderę, odkryta została o rok wcześniej przez Bartłomieja Perestrello. Było to pierwsze odkrycie Portugalczyków), znaleźli ją niezamieszkałą, pokrytą tylko gęstym lasem. Po dokonanym odkryciu otrzymało ją kilku portugalskich magnatów, z prawem przesiedlenia na nią części Maurów95, Cyganów i Żydów z Portugalii. Nowo odkryty jednakże kraik przyciągnął swoją pięknością także licznych Portugalczyków i Hiszpanów; inkwizycja systematycznie wygładzała różnicę wyznań i powstała z wiekami śniada, niby portugalska ludność, nadzwyczaj leniwa, żebracza, lecz spokojna i potulna. Z dawnych czasów pozostały w niej zwyczaje, a nawet część kostiumu. Równie jak nasz wieśniak, krajowiec tutejszy kłania się przejeżdżającemu cudzoziemcowi, chwytając za czubek swej czapki, o której pozwolę sobie powiedzieć słów kilka. Jest to może jedno z najoryginalniejszych pokryć głowy, rodzaj małej jarmułki, zszytej z czterech klinowych płatków czarnego sukna i mającej 3–4 cali96 długi, w górę sterczący ogonek. Które z pierwotnych plemion przesiedlonych na wyspę dało wieśniaczemu ogółowi to oryginalne nakrycie głowy w spuściźnie i jakie kombinacje przekształciły jego pierwotną, prawdopodobnie inną formę — trudno dziś powiedzieć. Owo nakrycie głowy nazywa się carapuza.

Reszta kostiumu nie zawiera nic, co by można przedstawić jako charakterystyczne dla wieśniaka Madery. Noszą zwyczajne spodnie z grubego płótna i takąż koszulę, kobiety — płócienne suknie kupowane w Funchalu lub wyrobu domowego.

Maderscy Portugalczycy nie różnią się w ogóle niczym prawie od swych europejskich ziomków. Są to zwykle typy dość chude, o ostrych rysach, śniadej twarzy i czarnych włosach i oczach. Pomiędzy mężczyznami zauważa się rzadko twarz piękną, postać imponującą; płeć piękna zaś ma swe bardzo ponętne reprezentantki, lecz starzeją się one niezwykle prędko, mając wtedy skłonność wielką do jeszcze większego zaostrzania się rysów, głównie podbródka, oraz do brodawek.

Ludność, jak na przesiedloną, jest dość gęsta na wyspie. Na 1550 kilometrów kwadratowych powierzchni liczy ona 134 000 mieszkańców, czyli 86 mieszkańców na kilometr kwadratowy; ilość zaś dymów wynosi 28 000 (ludności tej na Funchal przypada 29 000).

Wkrótce wioska się skończyła i zaczęliśmy się podnosić w górę. Krajobraz zmieniał się co chwila, to okazując przed nami grzbiety gór, to zielone piękne doliny, to znów głębokie kotliny i kamieniste koryta rzeczek. Chociaż rzeczki te, jak wspominałem wyżej, przedstawiają smutny widok wyschłych łożysk, podobnych raczej do przepaści i porosłych krzewami, wyspa jednak posiada wodę w obfitości. Mnóstwo strumyków tryska z zielonych kobierców wśród skał, a sztuczne dukty97 sprowadzają je na dół wzdłuż wiosek, gdzie wino, trzcina cukrowa i banany, główne plantacje ludności, wzbogacają dzięki wododajnym górom rynek Funchalu i stanowią, szczególnie pierwsze, dobrze znany artykuł wywozowy do Europy98.

Po dwóch stacjach w małych wiejskich wentach (wiejski sklepik, rodzaj małej karczmy), gdzie poczęstowano nas bananami, daleko dojrzalszymi i słodszymi, niż napotykaliśmy w Funchalu, rzuciliśmy ostatni raz okiem na morze. U stóp zielonych skłonów gór, które z naszego posterunku wyglądały jak kolorowa szachownica, rozciągało się ono niby jasne, sine zwierciadło, w którym niebo odbijało swój spokój. Funchal już dawno znikł za górami, a wkrótce zniknie i morze, droga bowiem stromo prowadzi nas w góry. Nagle stajemy na wysokim górnym łańcuchu, wzrok sięga daleko dokoła, serce bije raźniej i swobodniej na wyżynie. Odkrywa się przed nami cudna, rozległa kotłowina, dążymy na dół ku mostowi, który ją przerzyna, by z drugiej strony podnieść się na nowe pasmo. Wąska naturalna galeria prowadzi ku dołowi; uroczy widok na bazaltowe skały głębokiego wąwozu nie dozwala oderwać oka od tej żywej panoramy. Niebezpieczna jednak droga wymaga ciągłej baczności i uwagi: jedno fałszywe stąpnięcie konia zrzuci nas w przepaść, roztrzaska o ostre kolumny bazaltowej świątyni przyrody, pogrzebie w niej jeźdźca i wierzchowca. Lecz przyzwyczajone do swych wąwozów zwierzę niesie nas bezpiecznie naprzód. Stajemy na murowanym dukcie, który na wysokich arkadach łączy dwie strome ściany przepaści; puszczamy wodze koniom i ruszamy galopem, korzystając z równości gruntu, na przeciwległe pasmo, dokąd książę już dawno nas wyprzedził. Oddycha on pełną piersią; może marzy, że koń niesie go nad brzegami Driny, że to jego serbskie wąwozy albo kryjówki Czarnogóry.

Wesołe „hop! hop!” rozlega się nad rozciągniętą u stóp naszych doliną, echo kilkakrotnie odbiło je o skały i droga prowadzi nas znów przez góry, to przecinając pasma obrośnięte lasem, to prowadząc nad krawędzią nowej przepaści. Nareszcie przybyliśmy do Grand Curralu. Las, przez który ciągnęła się ostatnia część jazdy, nagle się kończy i przed nami podnosi się między dwoma wyniosłymi pikami zielony taras, u stóp którego zsiadamy z koni, by wejść na górę i odpocząwszy, zasiąść do przyniesionego w palankinach śniadania.

Biedne zwierzęta pokryte pianą, droga bowiem była daleka, a słońce, które stało na południku, piekło odbite o skały. Zatrzymawszy się chwilę przy koniach, naokoło których zgromadzili się także ludzie z góralskimi kijami oraz pewna liczba kobiet i dzieci, powiększających po drodze nasz orszak podróżny, weszliśmy na krawędź tarasu. Co za widok! Na próżno szukałem w pamięci czegoś podobnego.

Przed nami roztwierała się olbrzymia, tysiące stóp głęboka kotlina. Pod krawędzią, na której staliśmy, zionęła bezdenna przepaść, a z prawej i lewej strony ostrokanciaste skały tworzyły jakby olbrzymie kulisy dzikiej scenerii, która sterczała przed nami. Oto stary krater sławnego Grand Curralu na Maderze. Tworząc ten obraz, przyroda chciała chyba przedstawić światy Plutona99, kryjówki Hadesu100, jak je tylko zarysować zdołała wyobraźnia starożytnych. W dali, przebijając się przez niebieskawą parę, sterczał Pico Grande, a przed nami za kraterem — wysoki Ruivo i bazaltowe kolumny Torrinhas, które można by wziąć za olbrzymie stare ruiny. Widok był jeszcze wspanialszy z lewego piku, tak nazwanego Cidrao, na który wszedłem z członkami ekspedycji. Panoramy stąd widzianej nie śmiem znieważać bladym mym opisem.

Zszedłszy z Pico Cidrao, znaleźliśmy rozłożone obrusy i dywany zastawione śniadaniem, a opodal niezmęczony hrabia ustawiał aparat fotograficzny, który rzadko nie towarzyszy mu w wycieczkach. Rzeczywiście każdy żywił pragnienie uwiecznienia cudownego krajobrazu. Żądanie to często zdarza się w podróżach; niejednokrotnie czuje wędrowiec żal do siebie samego, że nie może zabrać z sobą szkicu napotkanego przypadkiem pięknego widoku dla późniejszych wspomnień i podzielenia się nimi z ziomkami. Podróżny aparat, szczególniej udoskonalony, jaki jest teraz, daje w takim razie ową możliwość każdemu, nawet nierysującemu i powinien być niezbędnym towarzyszem podróżnika w dalekich wycieczkach.

Hrabia pomyślał o wszystkim: był aparat fotograficzny i skrzynka z kliszami, winchesterski karabin do strzelania do celu, kule do rzucania jako cel do wystrzału, słowem nie brakło niczego, co może się przyczynić do wesołości w górach, na świeżym powietrzu. Hrabia pragnął zachować biesiadującą naszą grupę i gdyśmy zasiedli do śniadania, oddał nam jego aparat żądaną przysługę.

Śniadanie było nader ożywione i wesołe, tylko osy i moskity nakazywały co chwila mieć się na baczności. Co do owadów, Madera w ogóle posiada wielką ilość rodzajów, głównie pająków i różnego rodzaju moskitów. Wyspa liczy ich do 1200 gatunków. Po owadach największą rozmaitość przedstawia fauna Madery co do ryb, konch101 morskich i lądowych; tych ostatnich posiada 155, morskich 156, ryb zaś około 186 gatunków.

Mając fotografię grupy przedśniadaniowej, poprosiliśmy hrabiego o pośniadaniową; ta ostatnia, której tło tworzyła gromada górali i dzieci, udała się wyśmienicie.

Tymczasem wydobyto karabin i ochoczy nasz gospodarz dał nam żywą ilustrację do swych polowań w Indiach i Florydzie odbytych. Byłem zdumiony, jak i wszyscy obecni, jego zręcznością. Z wolnej ręki trafiał, odwróciwszy się, podrzucony przez chłopca krąg, i to z ciężkiego karabinu Winchester. Było to rzeczywiście zastanawiającym; na dziesięć strzałów, osiem, często dziewięć przebijało drewniane kółko. Nie życzyłbym nikomu spotkać się z kulą hrabiego.

Wreszcie wyruszyliśmy dalej. Ponieważ nieco na południe od miejsca, na którym znajdowaliśmy się, leżał inny punkt dający piękny widok na Curral i odsłaniający nową jego odnogę, punkt, do którego konno dojechać było trudno, odesłano więc konie na umówione miejsce, sami zaś udaliśmy się pieszo do owego celu, który nosił ponętną nazwę „Boca dos amorados”102. Ścieżka prowadziła przez stary las słodkich kasztanów103, który jednakże, sądząc po regularnych odstępach drzew, zdawał się być sadzony. Opadłe żółte liście, bo znajdowaliśmy się w styczniu, pokrywały kamienisty grunt, szeleszcząc pod naszymi krokami. Jeden z wieśniaków niósł aparat, palankiny zaś z resztą bagażu odesłano do domu.

Po godzinie marszu okazała się rzeczywiście czarująca „Boca dos amorados”. Słońce, które już od kilku godzin przeszło było południe, ozłacało amfiteatralną, skalistą, uroczo piękną scenerię, która leżała pod nami. Na dnie jej, ku przeciwległej ścianie stał jakiś biały domek w parowie, lecz w niezmiernej głębokości położony, wydawał się jak biały kamyk.

Znowu musiał służyć aparat i tu zdjął hrabia grupę członków ekspedycji. Potem jeszcze jedno długie „adio104 uroczej dolinie, „adio” na długie lata i schodzimy z wyżyny, by powrócić do koni. Ogólne jednak zmęczenie już dawało się uczuwać; ścieżka prowadząca do koni była tak spadzista i przy tym tak śliska, że z trudem tylko można było przejść po niej.

Siedliśmy więc na grupie kamieni w lesie i posłali po konie. Wkrótce też dało się słyszeć parskanie wierzchowców, rozmowa ludzi; konie nadeszły i nareszcie znów było się na siodle.

Droga na dół do brzegów przedstawiała inne widoki. Hrabia wybrał śliczną linię, schodzącą najpierw ku małej zatoczce Camara de Lobos; potem droga zawijała się raz jeszcze naokoło skał tuż nad morzem, by nam pozwolić pożegnać się z nimi; następnie wjechaliśmy na most, wiodący nad nowym korytem wyschłej rzeczki, poza którą rozciągała się piękna szeroka aleja aż do miasta. Tu grunt był tak równy, tak starannie uszosowany, że mimo woli zachęcał do wyścigów i niebawem też część kawalkady puściła się galopem, podczas gdy reszta, śledząc za ścigającymi się, powoli zbliżała się do miasta, aż nareszcie wszyscy znów stanęli przed willą.

Odbyliśmy mniej więcej pięćdziesiąt kilometrów drogi. Słońce zaszło, gdyśmy powracali, przy tym byliśmy zakurzeni i zmęczeni; pożegnaliśmy się więc z gościnnym gospodarzem i rozjechaliśmy się po domach.

Lecz dość zabawy; poznaliśmy wyspę, wracajmy znów na okręt. Poczciwy hrabia przysłał nam robotników, naprawy okrętowe poszły szybko i wkrótce „Łucja” była gotowa do drogi. Silny nowy bukszpryt zajął miejsce strzaskanego, nowy gig105 wysunęliśmy nad sterem i nowe wanty (grube liny smolone, związane w formie drabin, trzymające maszt z prawego i lewego bortu) wzmocniły przedni maszt. Przy pierwszym pomyślnym wietrze mogliśmy rozwinąć żagle.

Trzeci to już raz hr. Benedykt Tyszkiewicz przychodził w pomoc ekspedycji. Przy pożegnalnym śniadaniu w jego gościnnym domu pragnąłem mu wyrazić głęboką swą wdzięczność. Niestety, niepodobna było wyrazić ją słowami. Szczerego, głębokiego uczucia, które żywię w sercu dla niego i jego domu, pragnąłbym żywo, pragnąłbym inaczej kiedyś mu dowieść. Jeżeli dojdą Cię kiedykolwiek, zacny protektorze106 sztandaru „Łucji-Małgorzaty”, te słowa, zechciej je przyjąć i wierzyć, że poza szczytami Mongo-ma-Loba107 i kameruńskimi skałami będę często powracał myślą na wybrzeże Madery, ku gościnnej twej willi, w cień cichych, szczęśliwych twych progów.

Dwudziestego siódmego stycznia przybył pakbot dążący do Europy, wysłaliśmy więc korespondencje i następnego dnia w niedzielę postanowiłem wyruszyć w dalszą drogę do Wysp Kanaryjskich. Krótko przed podniesieniem kotwicy zauważyłem odbijającą od brzegu łódź, ku nam płynącą, pod flagą jachtklubu. Był to raz jeszcze hrabia, wiozący nam koszyki konserw i litewskiej starki108 na drogę; przybywał ostatecznie się pożegnać. Wypiliśmy kieliszek strzemiennego i pożegnaliśmy się serdecznym „Do widzenia”.

Czy wrócę na Maderę, czy zastanę wszystko na niej tak jak dziś? Bóg wie! Lecz czymże byłoby życie bez nadziei?

Hrabia siadł do szalupy. Długo jeszcze powiewały kapelusze, potem zakomenderowałem „pod flagę” i jak starego naszego profesora w Hawrze żegnała trzy razy syrena Warszawy zacnego tego przyjaciela wyprawy. Hrabia odpowiedział swoją flagą i znikł wkrótce w obrębie portu. Za godzinę zaszło słońce i podniesiono kotwicę, a gdy „Łucja” rozwinęła żagle, wybrzeża Madery pokryły znów nocne cienie. Ruivo otulił się w mglistej oponie109 do snu, a w pawilonie na skale błysnęło światło migotające po zatoce: z willi świecono nam na drogę — i „Łucja-Małgorzata” zaczęła powoli pruć ciemne fale, podążając na południe.

Rozdział VII

Na Kanaryjskie Wyspy. — Jacht angielski. — Pierwsza wiadomość o Kanaryjskich Wyspach. — Kartagińczycy. — Ekspedycja króla Juby. — Pliniusz. — Bracia Maghruini. — Juan de Bethencourt i zdobycie wysp dla Hiszpanii. — Guanczowie. — Pierwsza arystokracja wysp. — Mumie Guanczów i ich kryjówki.

Noc była nadzwyczaj spokojna, mogłem nawet narzekać na brak wiatru. Toteż powoli tylko posuwaliśmy się naprzód. Wypływając z portu, mijaliśmy jacht angielski, który już od kilku dni tu się znajdował. Zauważyłem przedtem, że ciekawie śledził za ruchami „Łucji-Małgorzaty”, widział, że płyniemy na południe, flaga świadczyła o przybyciu z dalekiej północy i nie chciało się widocznie wierzyć właścicielowi jachtu, że mały nasz lugier w tak daleką puścił się drogę. Na przednim maszcie błyszczała podniesiona regulaminowa latarnia, oświecając nam jego pokład. Ujrzeliśmy brodatego majtka wychodzącego naprzód i opierającego się na galionie w chwili, gdyśmy mijali bukszpryt jachtu.

Where are you going to?110 — zapytał się brodaty.

To Fernando Poo111 — kazałem mu odpowiedzieć.

Majtek znikł, donosząc zapewne otrzymaną wiadomość, następnie powrócił za chwilę. „Farewell!112 — rozległo się za nami; posłałem im serdeczne „Thank you113 i minęliśmy jacht.

Następnego rana jaśniała Madera na horyzoncie jako biały mglisty pas, blednący z każdą chwilą; wkrótce zaś zawiał świeży NE, sylwetka wyspy zatonęła w falach i z szybkością 7–8 węzłów oddaliliśmy się od niej.

Z początku, przed przybyciem do Funchalu, zamierzałem zawinąć do Lanzarote, najbliżej ku Afryce posuniętej wyspie z kanaryjskiego archipelagu. Zamierzałem stamtąd zabrać pewną ilość mułów i osłów dla przyszłej stacji kameruńskiej i ekspedycji.

Jednakże po bliższym rozpatrzeniu się poznałem, że umieszczenie ich na okręcie byłoby nadzwyczaj trudne i że w razie potrzeby będzie odpowiedniejsze sprowadzić je potem parowcem do Fernando Poo. Ponieważ więc nie mieliśmy celu zatrzymywać się na Lanzarote, wzięliśmy kurs wprost na Teneryfę, która miała być naszą ostatnią „białą stacją”. Chciałem zwiedzić botaniczny ogród Orotawy114, jeżeli będzie możliwe Pico de Teyde115, a głównie uskutecznić w Santa Cruz116 ostatnie zakupy dla Afryki.

Zdecydowałem się więc zawinąć najprzód do Orotawy, leżącej na północnym brzegu, z której prowadzi droga najbliższa do sławnego wierzchołka i ogrodu, stamtąd zaś dopiero udać się do Santa Cruz.

Zanim jednakże wylądujemy na Teneryfie, musimy się zapoznać z owymi wyspami, znanymi już starożytnym pod nazwą Hesperyd. Pliniusz117 przezwał je potem Kanaryjskimi, od wielkiej ilości psów, które tam napotkano. Następnie Hiszpanie nadali im znów miano „szczęśliwych”, podług starożytnych, zwąc je „Las Afortunadas”, nowsze wieki jednak zachowały słowo Pliniusza i wyspy są nam znane jako Kanaryjskie, „Las Canarias”.

Kto chce poznać ściślej urocze te wyspy, niechaj przeczyta ważne dzieło Berthelota Ethnographie et annales de la conquête des îles Canaries par Sabin Berthelot. Ścisły znawca archipelagu, który należy do najciekawszych w świecie, był przez 46 lat konsulem francuskim na Wyspach Kanaryjskich. Czas ten oddał ścisłym studiom wysp i ważnej ich archeologii, wydając o nich dzieło po dziele. Jeżeli zaś zadowolę czytającego moim pobieżnym opisem, traktującym głównie o Teneryfie — uprzedzam, że oparty na Berthelocie — skreślę tylko wstępne notatki. Do obszerniejszej pracy o Wyspach Kanaryjskich zamierzam siąść kiedyś oddzielnie, gdyż powinny one stać się przedmiotem poważnych studiów, których śmierć nie dozwoliła dokończyć nieodżałowanemu pracowitemu Francuzowi.

Kto pierwszy odkrył Hesperydy, Afortunady, czyli Kanaryjskie Wyspy i jakiego pochodzenia byli ich pierwotni mieszkańcy zwani Guanczami, których zastali hiszpańscy zdobywcy w XV w., jest to zagadką jeszcze nierozstrzygniętą, której zasłona jednakże choć w części spadnie, gdyż skały i kryjówki Teneryfy są pełne czaszek i mumii starych Guanczów, którzy balsamowali swe trupy i składali takowe w najniedostępniejszyck kryjówkach i grotach.

Przedsiębiorcze okręty Kartagińczyków, a mianowicie Tyru118, zakładały tu już swe osady w odległej starożytności, ale ich wielkość zbladła pod mieczem Rzymu i jego legiony objęły posterunki przedsiębiorczego narodu. Nie puściły się jednakże rzymskie floty ku dalekim Hesperydom, o istnieniu których zwyciężeni milczeli może umyślnie, i odległe Kanaryjskie Wyspy znów zasnęły w zapomnieniu.

Następnie za panowania Augusta119 mauretański król Juba120, zapewne wskutek wiadomości i wskazówek otrzymanych z wnętrza swego państwa, znad brzegów dzisiejszego południowego Maroko, wysłał ekspedycję do odszukania owych wysp. Jako syn Juby starszego, króla Numidii zwyciężonego przez niezwalczone zastępy znad Tybru, był on wychowany w Rzymie, gdzie nabrał gustu do podróży i geografii i nasłuchał się wiele o starożytnych Hesperydach. Otrzymawszy więc od Augusta królestwo mauretańskie w zamian za utracone ziemie swego ojca, wysłał on na Wyspy Kanaryjskie ową ekspedycję, o której Pliniusz podaje nam relację (Pliniusza komentarz o Libii: lib. 7, cap. 37).

Gran Canarię, środkową z archipelagu, nazywa starożytny geograf, jak wspominaliśmy już, „Canaria” (Canariam vocari a multitudine canum ingentis magnitudinis, ex quibus perducti sunt Jubae duo121). Wyspę Ferro nazywa „wyspą kóz” (Capraria) od stad kóz w niej napotkanych przez posłańców mauretańskich122. Palmę nazywa „cienistą” od bujnej jej roślinności. Fuertaventurę i Lanzarote — wyspami mauretańskimi123 (Nec Mauritaniae insularum certior fama est. Paucas modo constat esse ex adverso Autololum, a Juba repertas, in quibus Getulicam purpuram tingere instituerat124, lib. 6, cap. 36). Pliniusz nic nie wspomina o mieszkańcach, podaje tylko, że napotkano ruiny starożytnych budowli (aparent que ibi vestigia aedificiorum). Bynajmniej jednakże nie wynika z tego wniosek, że wyspy były niezamieszkałe; jeżeli bowiem ekspedycja króla Juby napotkała psy, to już obecność takowych świadczy o bytności człowieka. Prawdopodobnie więc mieszkańcy ukryli się w górach, widząc nadpływającą mauretańską flotę.

Przez długie wieki nie słyszymy następnie nic o archipelagu, o którym na nowo zapomniano. Wreszcie na początku XII wieku wypływa, podług arabskiego geografa Edrisi125, z Lizbony, którą nazywa Aszboną (wtedy jeszcze znajdującą się pod panowaniem arabskim), ciekawa i uwagi godna ekspedycja: ośmiu braci Maghruinów.

Bracia Maghruini widzą Wyspy Azorskie, Maderę i przybywają wreszcie na Kanaryjskie. Napotykają tu ludność i zasiane pola, mężczyzn wysokiego wzrostu z włosami niekędzierzawymi, koloru śniadego, lecz rasy białej, kobiety nadzwyczajnej piękności. Ziemię widzą obrobioną i nadzwyczaj żyzną. Mieszkańcy biorą ich do niewoli i prowadzą przed swego króla, który zapytuje się przez tłumacza mówiącego po arabsku, jaki był cel ich podróży. Otrzymawszy odpowiedź, że ekspedycja wypłynęła dla odkrycia granic oceanu, król śmieje się z nich i objaśnia przez tegoż tłumacza, że ojciec jego próbował uczynić toż samo, lecz że okręty jego zaginęły. Następnie odsyła ich z zawiązanymi oczyma na okręt, na którym odwożą ich od wyspy.

„Płynęliśmy — opowiadają — trzy dni i trzy noce i przybyliśmy do nieznanej ziemi, na której wysadzili nas na ląd, z rękami związanymi na plecach. Następnie, pozostawiwszy nas na jakiejś równinie, odpłynęli. Tam pozostaliśmy do wschodu słońca, w smutnym stanie z przyczyny więzów, które trzymały nas w niemocy i męczyły nadzwyczajnie. Słysząc wreszcie wołanie i głosy ludzkie, zaczęliśmy krzyczeć. Wtedy przybyło kilku mieszkańców z okolicy, którzy znalazłszy nas w tak przykrym położeniu, rozwiązali ręce, stawiając różne zapytania. Zdaliśmy więc relacje z naszego zajścia. Byli to Berberzy. Jeden z nich rzekł: »Czy wiesz, jaka jest odległość, która was dzieli od kraju?«. A kiedyśmy odpowiedzieli przecząco, dodał: »Z miejsca, w którym się znajdujemy, jest do waszej ojczyzny dwa miesiące drogi«. Jeden z tych ludzi, który wydawał się być naczelnikiem, powtarzał ciągle: »Wasafi!« (Oj! oj!) i to jest przyczyną, że nazwa tego miejsca pozostała do dziś dnia jeszcze: Asafi. Jest to port, o którym już mówiliśmy, że leży na końcu zachodu”.

Oto relacja odważnych arabskich nawigatorów. Edrisi podaje ją w zupełności126. Z relacji tej widzimy, że już wtedy udało się owym Arabom zwiedzić Maderę, Azory i Kanaryjskie Wyspy. Widzimy te ostatnie wyspy zaludnione, i to rasą nieafrykańską. Widzimy również, że miały stosunki z brzegiem Afryki, o czym świadczy tłumacz arabski, o którym wspomina relacja, oraz że mieszkańcy ściśle wystrzegali się przybyszów.

Kto byli atoli127 ci mieszkańcy, skąd się wzięli i z jakich składali się szczepów — to pozostało dotąd tajemnicą. Prawdopodobnie pozostali oni jeszcze z resztek osad kartagińskich. Floty owych starożytnych przemysłowców przywiozły ich tu może z jednej z licznych swych posiadłości, a z czasem domieszała się do tych osadników część mieszkańców z brzegu, dalej z krain króla Juby, może i Rzymian nawet. Każdego dnia odkopujemy nowe pomniki, uzupełniając powoli wiadomości o nich, które prawdopodobnie rzucą wkrótce światło na pochodzenie zagadkowej rasy.

Znów minęło kilka wieków, ostatnich dla kanaryjskich wyspiarzy, przez które mogli cieszyć się swobodą i zapomnieniem ze strony Europy. Lecz nie na długo. Nadszedł wiek XV, a z nim zdobycie Kanaryjskich Wysp dla Hiszpanii przez Juana de Bethencourt, normańskiego barona. Rozpoczęły się rzezie i krucjaty, od chwili gdy okręty Normańczyka wspierane, a następnie wysyłane przez Hiszpanów, ukazały się na wodach długo szczęśliwego archipelagu. Najpierw (1402) zdobył Bethencourt Lanzarote, Fuertaventurę i Ferro, na których został przez Kastylię uznanym i upełnomocnionym władcą pod jej zwierzchnictwem. Po śmierci jego, która nastąpiła w r. 1406 w Normandii, reszta wysp uległa losowi pierwszych. Padła Gomera, Gran Canaria, głównie pod Hermanem Peraza, potem Palma i wreszcie Teneryfa z jej dzielnym królestwem Guanczów. Długo i rozpaczliwie broniła się nieszczęśliwa ta wyspa. Waleczni jej mieszkańcy mieli atoli także zginąć pod krwawym mieczem Hiszpanów, choć drogo musieli opłacić zdobywcy swą zdobycz. Każda piędź128 ziemi pięknej Teneryfy okupiona była strumieniami krwi. Później zwiedzimy miejsce ostatnich zaciętych bitew, teraz zaznaczam tylko, że ludzie i przyroda były w przymierzu przeciw osaczonym Guanczom. Zaraza zdziesiątkowała ich szeregi, a jednak szeregi te nie poddawały się dotąd, dopóki z ostatnią grupą swych wojowników nie uległ i ostatni król Guanczów, Bencomo, cofając się od świata i zamykając w najniedostępniejszych wąwozach gór.

Nastąpiły teraz rządy Hiszpanów. Liczne familie Kastylii spokrewnione ze zdobywcami uzyskały tu posiadłości i tytuły. Obciążone kajdanami barki pozostałych zwyciężonych Guanczów znosić musiały kamienie przeznaczone na pałace zwycięzców, które szybko się wznosiły, jako siedziby prędko wytworzonej kanaryjskiej arystokracji.

Odtąd wyspy żyły wprawdzie jako prowincja hiszpańska, lecz oddzielnym życiem. Pierwszą rezydencją hiszpańskich magnatów i stolicą Teneryfy była wysoko położona Laguna, następnie zakwitła Orotawa i Santa Cruz. Z każdym rokiem przybywało ludności, a z Guanczów nie pozostało nic oprócz mumii, kości i licznych pamiątek cichego ich żywota.

Tylko na południowym brzegu, w najdzikszej i najnieprzystępniejszej części Teneryfy, żyje oddzielnie do dziś dnia lud wieśniaczy zawierający resztki krwi ostatnich Guanczów z przymieszką krwi Hiszpanów. Czaszki tych górali mają wiele podobieństwa do starych odkopanych czaszek i przedstawiają ciekawe pole do badań dla tych, którzy zajmują się Teneryfą i starożytnymi jej mieszkańcami. Każdy, kogo losy zbliżą ze wskazówkami ich przeszłości, mimo woli zatrzymuje się nad grobami i zastanawia się nad zagadkami, jakie powoli odsłania Teneryfa. Co za dziwny naród przedstawiają ci pierwotni mieszkańcy jaskiń. Nie znali oni metalu i wyrabiali wszystkie swe narzędzia i sprzęty z drzewa, kamienia, gliny, kości i rogu. Otaczali jednak głęboką czcią zmarłych i dokładali wszelkich starań dla utrzymania jak najdłużej ich ciał: balsamowali je i przechowywali w najniedostępniejszych kryjówkach.

Mumie Guanczów nadzwyczaj trudno odszukać; jaskinie, które obierane bywały na grobowce, bywały ściśle zamykane i pilnie zasypywane ziemią, by nie pozostawało nad nimi żadnego śladu. Dlatego przypadkowo tylko odkryć je można, najczęściej w miejscach dających przy stąpaniu głuchy odgłos podziemnego sklepienia. Jeden austriacki podróżnik, zauważywszy podobny odgłos, kazał prześwidrować grunt, na którym stał, i rzeczywiście natrafił na grobowisko Guanczów. Mumie, zaszyte w kozie skóry, leżały albo na drewnianych noszach, albo były oparte o ścianę; niektóre zaś, co jest zastanawiające, leżały na ziemi, mając tylko pod nogami podłożone deski. Męskie mumie mają ręce spuszczone na dół po bokach, żeńskie skrzyżowane nieco niżej piersi. Pomiędzy mumiami znalazł ten sam austriacki uczony, jak nam mówiono, w owej jaskini także — co najbardziej go zdziwiło — mumię olbrzymiej jaszczurki.

Jak już wspomniałem, kiedyś pomówimy obszerniej o Guanczach i przeszłości Wysp Kanaryjskich — teraz opuśćmy dawne wieki i wracajmy do teraźniejszości.

Rozdział VIII

Przybycie do Teneryfy. — Pilot — Port Orotawy. — Ogród botaniczny. — Pan Wildpret. — Plany wycieczki. — Fonda Espanola. — „Łucja-Małgorzata” odpływa naprzód do Santa Cruz. — Powrót do pana Wildpreta. — Panna Luiza. — Droga do miasta. — Pik Teneryfy. — Las Canadas. — Formacja wyspy. — Przybycie do miasta. — Hotel de Teyde. — Piękne damy Orotawy. — Ogrody. — Stary smok. — Wyjazd.

Okręt nasz, który po wypłynięciu z Madery wstąpił w granice pasatów129, posuwał się bystro naprzód i już 31 stycznia przed południem ujrzeliśmy kształtny, 13 497 stóp130 wysoki wierzchołek Teneryfy — Pico de Teyde. Rzadko komu kanaryjski olbrzym ukazuje się w całej swej wspaniałości z daleka; zwykle pokrywa go pas chmur, ponad którymi sterczy szczyt jego biały. Nam jednakże odsłonił się cały około drugiej po południu.

Port Orotawy, do któregośmy dążyli, widocznie nie jest wiele uczęszczany; mapa nie wskazywała nawet latarni morskiej, a natomiast liczne skały i rafy podwodne. Wieczorem więc dla okrętu nieznającego tych wód zawinięcie do portu Orotawy jest niebezpieczne. Toteż kazałem podnieść sygnał żądający pilota i oczekiwaliśmy go z niecierpliwością, gdyż wieczór się zbliżał. Sygnał jednakże wisiał już dobrą godzinę, podczas której lunety nasze były skierowane ku portowi, a nie mogliśmy nic zauważyć, co by odpowiadało naszemu żądaniu. Port podnosił się na małym wzgórzu, przed którym na zupełnie otwartej zatoce sterczały rzeczywiście czarne rozsypane skały. Morze pieniło się naokoło nich i biada łodzi, która by odważyła się zmierzać ku wirującym tym falom. Nieco dalej, o jakie dwie mile morskie od portu, leżało nad nim, w rozległej pięknej dolinie, właściwe miasto Orotawa. Słońce zachodziło właśnie i ozłacało drobne okienka białych domów.

Urocza, nadobna dolino Orotawy, jakże gościnnie przyjęłaś podróżników z północy!

Pilota jednak jak nie było, tak nie było. W porcie w ogóle nie stał ani jeden okręt, tylko wzdłuż brzegów pod samymi skałami płynęła lekka biała goeleta131. Musiała dobrze znać brzegi i wody orotawskie, gdyż pruła fale śmiało, wymijając jak stary bywalec niebezpieczne miejsca. Tymczasem zapłonęły szczyty gór, krajobraz zajaśniał złoto-purpurowym blaskiem i za chwil kilka skryło się słońce.

Nagle goeleta zmieniła kurs, jak gdyby chciała się zbliżyć ku nam, i postąpiwszy w nowym kierunku kilkadziesiąt metrów, spuściła łódź. Spostrzegliśmy na niej flagę pilota, wypłynęła więc na nasze spotkanie podług sygnału. Zatrzymano okręt i wkrótce przewodnicza szalupa znalazła się obok bortu.

Saludo, senores!132

Gracia! Buena tarde!133

— Czy nie ma chorób na okręcie?

Jako odpowiedź poleciłem mu spojrzeć na nas. Byliśmy wszyscy przy nadzwyczajnym zdrowiu i w dobrym humorze. Pilot się zaśmiał, podczas gdy szalupie podano linę, by mogła z okrętem podążać naprzód. Lecz nagle po 20 metrach drogi pilot zakomenderował: „Zarzucić kotwicę!”. Staliśmy jeszcze tak daleko od brzegu, że dla odbycia tych kilkudziesięciu metrów zaiste nie było potrzeba pilota.

— Jak to, senor piloto, więc to nazywacie portem? Mamy stanąć na pełnym morzu? — zawołał kapitan Boutes zdziwiony. — Nie możesz prowadzić nas dalej?

— O nie! — odparł flegmatycznie wyspiarz. — Teraz w nocy to trudna sprawa.

Musieliśmy więc stanąć na kotwicy, rzeczywiście prawie na otwartym morzu.

— A gdzież port, przystań jaka dla okrętu?

— Tu port — odparł lakonicznie, wskazując miejsce, w którym staliśmy. — Nie ma innego.

To rzekłszy, zapytał, czy nam jeszcze czego nie potrzeba, a otrzymawszy przeczącą odpowiedź, ukłonił się i powrócił do portu. Doświadczeniem więc przekonaliśmy się, że Orotawa nie posiada właściwie portu. Mapy nautyczne134 twierdzą jednakże swoje i oznaczają Orotawę jako port, ponieważ posiada stację pilocką, ową goeletę i portowego kapitana.

Rozstawszy się z pilotem i zapuściwszy jeszcze kilkanaście sążni łańcucha, staliśmy bowiem na 20 sążniach głębokości — widziałem, iż tu z okrętem pozostać nie będzie można, i postanowiłem albo odesłać go następnego dnia do Santa Cruz, zwiedzić wyspę z Orotawy i przybyć do owego portu lądem na spotkanie okrętu, albo zwiedziwszy rano wyłącznie ogród botaniczny, wprost popłynąć do Santa Cruz.

Okrętowej szalupy nie chciałem już tym razem narazić na podobne zajście jak na Maderze zajście, które z powodu skał nadbrzeżnych łatwo mogło przybrać dla nas obrót daleko fatalniejszy. Gdy więc następnego rana odbyły się formalności co do stanu zdrowia osady okrętowej, umówiłem się z pilotem, przybyłym po honorarium za niewielkie swe wczorajsze trudy, by przewiózł nas do portu. Po krótkim targu pilot zgodził się za dwa i pół dolara na żądaną usługę; razem więc z członkami ekspedycji, jako też z kapitanem Boutes pojechaliśmy do Orotawy, by korzystać z okazji i zwiedzić sławny jej ogród botaniczny.

Udaliśmy się tedy do portu. Podchodząc ku brzegom, przekonałem się, że rzeczywiście byłoby niebezpiecznie narażać okrętowe łodzie na buruny, bijące jeszcze silniej niż na Maderze, bo chociaż port miał kamienną przystań dla szalup, jednak fale, odbijane od skał zakrywających wejście, piętrzyły się około nich i tylko przy pomocy podanych z brzegu ramion licznych widzów wydostaliśmy się bez kąpieli na ląd.

Poleciłem szalupie, aby czekała na nas o trzeciej po południu, i postąpiwszy kilka kroków naprzód, znajdowaliśmy się na małym, brudnym portowym wybrzeżu.

Donde es la capitania?135 — zapytałem jednego z eskortujących nas licznych ciekawych chłopców, zamierzając udać się naprzód do naczelnika portu.

Aqui, senor, esta casa136 — wskazał zapytany i pobiegł naprzód ku drewnianemu domkowi, którego budowa i stan obecny pozostawiały nader wiele do życzenia.

Krzywe schodki prowadziły na mały ganek z obu jego stron, a na nim stał otoczony kilkunastu ludźmi średniego wieku mężczyzna, przyjemnej powierzchowności, z długą czarną brodą. Był to kapitan portu, który spostrzegłszy przybywającą od okrętu szalupę, wyszedł na ganek i przypatrywał się przybywającym. Widząc, że się z kapitanem Boutes kieruję ku niemu, ukłonił się grzecznie i postąpił kilka kroków naprzód. Przedstawiliśmy się wzajemnie, zapytał nas o zdrowie, o cel dalekiej podróży i o przyczynę przybycia do rzadko odwiedzanego portu Orotawy. Objaśniłem go w krótkich słowach i poprosiwszy o przygotowanie papierów okrętowych na godzinę drugą i pół, pożegnaliśmy się i ruszyli przez portowe uliczki ku ogrodowi.

Port Orotawy, który dla odróżnienia od miasta Orotawy (La Villa de Orotava) nosi nazwę Orotava el Puerto lub też wprost el Puerto, był widocznie niegdyś założony na większą skalę. Blisko brzegu za kapitanerią zauważyliśmy rozległy plac, w pośrodku którego znajduje się skwer z wielką kamienną fontanną. W wodzie jej basenu igrają drobne złote rybki w towarzystwie mniejszych ryb morskich; woda jednakże mętna, a skwer i plac, niegdyś może okazałe, dziś zaniedbane i obrośnięte trawą. Nieco dalej, za krótką uliczką, piękny stary kościół, także na placu; wszystko jednakże uległo niszczącemu zębowi czasu. Założyciele portu lub następne pokolenia musiały się przekonać, że marynarze wolą bezpieczną zatokę Santa Cruz niż skaliste brzegi, przy których zarzuciliśmy kotwicę. Na założonych placach nie zapanował ruch oczekiwany i port podupadł zupełnie.

Podczas gdyśmy kroczyli naprzód w kierunku, w którym leżał ogród na mapie, gromada dzieci towarzysząca nam od brzegu ani myślała nas opuścić. Kapitan Boutes znalazł jednakże na to radykalny sposób. Wybrawszy sobie w cieniu alei, przez którąśmy przechodzili, mocną gałąź eukaliptusową i sporządziwszy z niej odpowiedni instrument, wpadł nagle pomiędzy natrętne towarzystwo, które też w mgnieniu oka rozproszyło się po okolicy i nie pokazało więcej. Drogę stanowiła z początku górzysta, kręta ścieżka, prowadząca najpierw wzdłuż skał morskich przez piękną aleję, następnie oddalała się od brzegu, wreszcie rozpoczęła się na wyżynie szeroka, agawami wysadzana szosa, na której zauważyłem pierwszych wieśniaków i wieśniaczki. Trzeba podziwiać zręczność kobiet tutejszych, z jaką noszą ciężary na głowie. Używają do tego celu płaskich, twardych, słomianych kapeluszy. Na tej przygotowawczej podstawie umieszcza wieśniaczka swój kosz, wielkie krajowe gliniane naczynie używane do wody lub podługowatą kanaryjską beczułkę i śmiało wędruje z tym ciężarem do miasta, pnie się po górach i schodzi w doliny, bez obawy o chwiejący się na głowie przedmiot.

Po półgodzinnym marszu znaleźliśmy się na zielonej wyżynie, na której zarysowały się też wkrótce mury i drzewa ogrodu. Poza nami w dole widniał port i wybrzeże morskie.

Ciche, szczęśliwe wy mury, poza którymi nigdy nic nie zakłócało spokoju; jak przyjemne były krótkie chwile spędzone pomiędzy wami!

Przed furtką stał rząd kilkunastoletnich smoczych drzew (drakonów)137, zatrzymujących na sobie ciekawy wzrok moich podróżników, widzieli je bowiem po raz pierwszy. Drzewa owe, których zawsze zielone gałęzie podnoszą się jak ramiona świeczników w górę, od dawien dawna odgrywały ważną rolę na wyspach i są ściśle złączone z ich historią. W Orotawie nabrał szczególnego rozgłosu zgrzybiały ich patriarcha: sławne na całą kulę ziemską smocze drzewo Orotawy, którego wiek oznaczył Humboldt138 na 4200 lat. „Czternaście osób, siedzących naokoło stołu, jadało w jego spróchniałym pniu” — pisał Clavijo139, zmarły botanik wysp, wspominając niezwykły ten pomnik roślinnego świata. Później zwiedzimy miejsce, na którym się znajdował; silny orkan bowiem strzaskał olbrzymiego staruszka w 1868 r.

Główną sławę zdobył drakonom (Draco Canariensis, Dracaena Draco Lin.) właściwym Wyspom Kanaryjskim, lecz napotykanym także na Maderze i Porto Santo — czerwony purpurowy sok, który jakby krew wycieka z pnia podczas lata i zsycha się jako kolorowa żywica. Już Rzymianie znali tę smoczą krew kanaryjskich drakonów, którą nazywali crinabaris. Pliniusz wspomina o niej w swej Historii naturalnej140. Żywica ta nie rozpuszcza się w wodzie bez pomocy alkoholu. Posiadając własności wysuszające i ściągające, bywała używana przez starych Guanczów przy balsamowaniu ich mumii, lecz ma ona oprócz tego ważny użytek w medycynie, gdzie jako środek wewnętrzny służy przeciw dyzenterii141 i utracie krwi, używana zaś zewnętrznie jest wyśmienitym środkiem dla wzmacniania i ściągania dziąseł, toteż zawierają ją wszystkie proszki przygotowywane w tym celu. Ponieważ oprócz tego sok Dracaeny jest pożądany do farb, kolorowych atramentów, werniksów142 i laków, stanowi więc ważny artykuł handlu, dający dziesięciokrotne zyski. Szkoda tylko, że ważne i pożyteczne to drzewo staje się coraz rzadsze i że niestety prawdopodobnie z czasem wyginie, jeżeli mieszkańcy nie uczynią większych niż dotąd starań celem jego rozmnożenia.

Zatrzymawszy się tedy około zewnętrznego rzędu drakonów, weszliśmy następnie do sławnego ogrodu. Zapytałem o dyrektora i czy można będzie z nim się zobaczyć. Otrzymawszy odpowiedź, że jest przy śniadaniu, prosiłem by go nie trudzono, i posłałem swój bilet, rozpatrując się tymczasem bez przewodnictwa.

Ogród, założony w r. 1796 przez markiza de Villanueva del Prado i podarowany w testamencie rządowi, leży na wysokości 85 metrów ponad powierzchnią morza. Nadzwyczajna jednostajność temperatury (średnio 18° Reaumura143) nastręczyła założycielowi myśl użycia pięknego tego punktu orotawskiej doliny do aklimatyzowania roślin stref tropikalnych i przesyłania aklimatyzowanych okazów do metropolii i innych stolic Europy. W tym celu też ogród został założony.

Znajdowaliśmy się w rodzaju przed-ogrodu, w pośrodku którego biła fontanna, ocieniona rozłożystymi drzewami i niższą roślinnością. Gęste korony utrzymywały przyjemne półświatło, poza fontanną zaś, o kilka stopni wyżej, otwierała się, przecinając niski murek, perspektywa na długą, szeroką aleję, w całej długości ogród przerzynającą.

Nie zdołaliśmy się jeszcze rozpatrzyć wokoło, gdy wszedł młody człowiek, syn dyrektora, przepraszając, że ojciec za chwilę dopiero będzie mógł nam towarzyszyć, lecz że z miłą chęcią sam nas tymczasem oprowadzi po ogrodzie. Podziękowałem serdecznie za propozycję i zaczęliśmy rozmowę o ogrodzie, jego założeniu i teraźniejszej dyrekcji.

Wkrótce nadszedł też sam pan Wildpret, serdeczny, gościnny Szwajcar, ogólny ulubieniec wyspy, a duch opiekuńczy ogrodu. Pan Wildpret oświadczył mi, iż jest tylko głównym ogrodnikiem, w rzeczy samej zaś jest on wszystkim dla ogrodu. Sam dyrektor, Don Nicolas Benitez de Lugo, rzadko kiedy znajduje się w ogrodzie, zawsze prawie jest w podróży i o ile mi się zdaje, posiada tylko tytuł nominalny. Natomiast dla poczciwego pana Wildpreta nie ma nic droższego na świecie nad powierzony mu ogród. Dwadzieścia sześć lat pracuje już nad nim przez rok cały, gdyż nie ma tu zimy, dozwalającej odpocząć ogrodnikowi. Panuje tu wieczna wiosna, a dla niego jest ciągła praca. Toteż tylko zamiłowaniu, zaparciu się siebie samego i zupełnemu poświęceniu p. Wildpreta ogród zawdzięcza swój byt. Rząd płaci mu tak mało, że wątpię, czy znalazłby się kto inny, który by się zdecydował na ćwierć wieku opuścić Europę dla ciągłej pracy w odległej, choć pięknej dolinie.

— A jednak — rzekł mi smutnie — rozstać się z Orotawą i z mym ogrodem nie mogę. Mówię: mój ogród, boć przecież ja sadziłem te drzewa, w których cieniu przechadzamy się. Delikatną roślinkę tej wysokiej palmy trzymałem w ręku, sadząc ją w tym miejscu, gdzie od dawna dom mój przerosła. Kiedym objął ogród, było w nim sześćset roślinek; dziś posiada on przeszło trzy i pół tysiąca przedstawicieli egzotycznego świata. Wtedy — dodał z westchnieniem — byłem młody i silny. Dziś, choć siwy, nie zostawię ogrodu bez opieki, przeciwnie, boję się nawet, by mnie z niego nie wyrzucili na starość.

Nigdy nie widziałem tak cichego, zupełnie oddanego swemu powołaniu pracownika. Nikt go prawie nie wspiera, rząd wyznacza na utrzymanie ogrodu sumkę nadzwyczaj szczupłą, bo rząd nie jest bogaty, Orotawa daleko od Madrytu, a pan Wildpret dokłada swego grosza, aby tylko nie brakło niczego roślinnym jego oblubieńcom.

Śliczne palmy przede wszystkim zwracają na siebie uwagę zwiedzającego. Wysoka palma kanaryjska (Phoenix canariensis), palma królewska (Oreodoxa regia)144 i australijski kokos (Cocos australis)145 królują blisko wejścia. W niewielkiej odległości od nich ciekawa zagadka przyrody: madagaskarskie „drzewo podróżnika”, wspaniała musacea146, Urania speciosa147. Oryginalna ta roślina rozsyła ze swej korony olbrzymie zielone wachlarze, kierujące się zawsze podług słońca i dające pod sobą cień zmęczonemu podróżnikowi. Pożyteczne łodygi i pień tej rośliny są wewnątrz puste i podczas tropikalnych deszczów napełniają się obficie wodą, którą potem krajowcy Madagaskaru przez uczynione nacięcie toczą z zielonego źródła, dostarczającego jej w znacznej ilości.

Olbrzymie eukaliptusy, wprowadzone przez p. Wildpreta, dają ogrodowi wiele cienia. Niezmęczony botanik zwrócił mą uwagę na ośmioletni Eucalyptus globulus, który doszedł już do 32 metrów wysokości. W ogóle wyspa zawdzięcza swemu botanikowi dotychczas przeszło 5000 tych pożytecznych drzew. Drzewo papierowe (Azabia papyrifera148), dające sławny chiński papier, prosperuje tu również. Obok pięknej grupy bambusów stoi wielki jawański Pandanus, lecz głównie zwraca uwagę naprzeciwko niego z drugiej strony alei stojący afrykański Pandanus utilis. Oryginalne to drzewo, z którego korony i pnia wrastają w ziemię drewniane kolumny, rodzaj pustych powietrznych korzeni, niewstrzymywanych nawet najtwardszym gruntem, wygląda z daleka jak olbrzymi żyrandol. Spód zaś, to jest pień, wydaje się jak gdyby był poobstawiany naokoło znaczną ilością pałek. Ojczyzną tego drzewa, dającego niewielki jadalny owoc, jest dolina rzeki Kongo, odkrył je zaś wielkiej pamięci Livingstone149. Główny ogród, tj. część przecięta aleją, leży kilka stóp wyżej od powierzchni fontanny wspomnianego już przedtem ogrodu, w końcu zaś alei podnoszą się znów schodki do ostatniej, jeszcze wyżej leżącej części. Tu znajduje się granitowy basen, którego woda, sprowadzana z gór przez dreny i sztuczne kanały, służy do potrzeb ogrodu podczas zbyt długiej suszy. Tu też zastaliśmy bujne, zielone grupy bananów, rosnących naokoło olbrzymiego abisyńskiego bananu, niedającego owoców. Mierzyłem jeden z ich liści: miał 2 i ½ stopy szerokości na 7 długości. Piękne te liście są jednakże nader delikatne; lada świeży wietrzyk przerywa owalną, podługowatą powierzchnię aż do środka i czyni je podobnymi do wielkich piór powiewnych.

Środek głównego ogrodu zajmuje także obszerna fontanna, której kamienny obwód jest obrośnięty kanaryjskimi euphorbiami150 i drobnym fioletowym kwiatem teneryjskich nieśmiertelników. Kiedym przystąpił do fontanny, by bliżej obejrzeć tę drobną barwną roślinę, objaśnił mnie p. Wildpret, że posiada ona wielu amatorów, a właściwie amatorek; nieśmiertelnik ten bowiem, mimo żywego swego koloru, nigdy go nie traci, toteż dość znaczne transporty jego wypływają corocznie do Francji, by spocząć na główkach paryżanek. Zapytałem starego botanika, czyby mi nie udzielił pęczka tych faworytek, abym mógł kiedyś przywieźć je nad Wisłę, dla paryżanek północy. Serdeczny Szwajcar napełnił nam nimi kieszenie i butonierki. Czy je wam zdołam przewieźć w całości, nadobne151 me rodaczki, po dalekich marszach, jakie mnie czekają, prawdziwie nie wiem i nie śmiem obiecywać, lecz postaram się spełnić.

Po obejrzeniu ogrodu p. Wildpret zaprosił nas, byśmy odwiedzili skromny jego domek; weszliśmy więc i wypoczęli przy kieliszku teneryfy, ciesząc się pięknym widokiem, jaki przez otwarte okna odsłaniał się na morze.

— Może chcecie panowie — zagadnął nagle niezmęczony gospodarz — zwiedzić moje zbiory nasion?

— I owszem — odrzekłem i poszliśmy do jego gabinetu.

Po pracowni poznajesz pracownika. Od posadzki do sufitu ciągnęły się tu półki zawierające uporządkowane nasiona.

— Oto — rzekł p. Wildpret, dobywając kilka kawałków starego spróchniałego, czerwonego koloru drzewa — drogocenne relikwie Orotawy, ostatnie szczątki starego smoka; były one świadkiem czterech tysięcy lat i serce się ściskało wszystkim, gdy kilkanaście lat temu straszny orkan rozbił w proch naszego patriarchę. Zechciejcie panowie przyjąć te jego szczątki od nowego, lecz serdecznego przyjaciela.

Ucieszyłem się drogocenną zdobyczą dla zbiorów ekspedycji, a wkrótce p. Wildpret zbogacił152 nas nowym podarunkiem. Była to starożytna czaszka Guancza, odkopana na południowym brzegu. Nie wiedziałem, jak mu wyrazić swą wdzięczność, lecz radość moja powiększała tylko zadowolenie poczciwego starca, niechcącego nawet słyszeć o podziękowaniu.

— Czy pozostajecie panowie w Orotawie? — zapytał on, gdyśmy wychodzili z gabinetu.

— Nie jestem jeszcze zdecydowany — odparłem. — Port niezbyt bezpieczny, myślę więc wysłać okręt do Santa Cruz z kapitanem Boutes, sam zaś z towarzyszami pragnę udać się tam lądem, by zwiedzić wnętrze wyspy.

— Wyborny plan — zawołał nasz gospodarz żywo. — Mam także interes w Santa Cruz; jeżeli więc pan pozwolisz, pojedziemy razem, a po drodze będzie mi przyjemnie pokazać panu część wyspy.

Byłem uradowany z propozycji.

— Czyż mogłem trafić szczęśliwiej? — odpowiedziałem. — Zejdę więc do portu, by uporządkować papiery w kapitanii, i wyślę okręt.

— Wyśmienicie! A potem bądźcie panowie łaskawi znów wejść na górę do starego Wildpreta. Wypijemy jeszcze kieliszek teneryfy, dzieci moje zagrają nam marsza szwajcarskich strzelców, tymczasem zaś uprzedzę na górze w mieście, by przygotowano kolację w hotelu i ruszymy wieczorem do miasta, droga niedaleka.

Na tym też stanęło. Projekt był doskonały. Rzekłszy skromnemu domkowi do widzenia, powróciliśmy do portu.

Po drodze przypomniał nam żołądek, że pomimo pierwszej godziny po południu, nie mieliśmy dotąd nic w ustach od rana, oprócz teneryfy, która jeszcze zaostrzyła apetyt, weszliśmy więc do hiszpańskiej fondy, napotkanej przy wejściu do portu.

Wszystkie prawie prowincjonalne hotele (fondy), szczególniej na południu w koloniach, są mniej więcej jednakowe. Przeszedłszy bramę, wchodzisz na galerię ciągnącą się dokoła wewnętrznego zamkniętego podwórka, mającego zwykle w pośrodku grupę południowych roślin, aczkolwiek prawie zawsze silnie zaniedbanych. Z przedniej części galerii, przylegającej do schodów, prowadzą drzwi do salonu, zawierającego wielki dywan, sofę, kilka staroświeckich foteli, parę stolików pod lustrami, zegar z przeszłego wieku i obraz jakiego patrona albo patronki. Zupełnie taka sama była i „Fonda Espanola” w porcie Orotawy. Gdyśmy weszli na schody, ukazała się we drzwiach salonu hoża dziewczyna o śniadej cerze i z bujnymi rozpuszczonymi włosami.

Tiene algo que comer, señorita?153 — zapytałem się, zdejmując kask, który ciężył mi na głowie.

Si, siñor154.

I obiecała nam przygotować w przeciągu pół godziny śniadanie, a tymczasem przysłać karafkę teneryfy. Zgodziliśmy się czekać, pod warunkiem że karafkę przyniesie sama.

Hiszpanka zadość uczyniła prośbie i wkrótce siedzieliśmy przy stole w comedorze (pokoju jadalnym).

Kuchnia hiszpańska w koloniach jest nieco odmienna od europejskiej. Potrawy, których zwykle podają od siedmiu do ośmiu, ale każdej niewiele, przygotowane są na oliwie. Nie każdemu trafia to do gustu, lecz oliwa jest świeża. Hiszpanie do niej przyzwyczajeni, a obcy podróżnik, zwykle zmęczony, nie bywa wybredny, gdy ma apetyt. Na szczególną wzmiankę z kuchni hiszpańskiej zasługuje tortilla. Jest to omlet z jaj, batatów155, kartofli i cebuli, ulubiona ogólnie potrawa, rzeczywiście wyśmienita i przygotowywana z wielką umiejętnością. Ryby są prawie niezbędne przy każdym śniadaniu lub obiedzie, podają jednakże takowe, wbrew naszemu zwyczajowi, na końcu.

Od Rafaeli naszej — bo takie było imię usługującej nam gospodyni — dowiedziałem się, że niedawno bawił tu jakiś książę Karageorgiewicz, który na krótki czas przed odpłynięciem z Funchalu także wyjechał parowcem do Teneryfy, prawdopodobnie więc spotkamy się znowu w Santa Cruz.

Powróciwszy do przystani, zastaliśmy o umówionej godzinie pilota czekającego z łodzią. Odwiedziłem więc powtórnie portowego kapitana, wziąłem papiery i powierzywszy otrzymaną czaszkę kapitanowi Boutes, pożegnałem się z nim, polecając mu, aby popłynął z okrętem do Santa Cruz. Myśmy tymczasem wyruszyli na powrót na górę do ogrodu i wkrótce zarysował się nam domek p. Wildpreta, na którego progu przywitał nas sam serdecznie.

— A więc jedziemy! — zawołałem, wyciągając do niego rękę.

— Jak to, chcecie panowie zaraz dalej? — odparł p. Wildpret, wprowadzając nas do pokoju. — Mamy wiele jeszcze czasu. Uprzedziłem w mieście w hotelu del Teyde, że będziemy około siódmej. Do miasta zaledwie pół godziny drogi, a teraz dopiero czwarta, proszę więc, zróbcie mi panowie tę przyjemność i siądźcie. Zagramy, zaśpiewamy, jak gdybyśmy byli u mnie w Szwajcarii. Mój Boże! Co też się tam dzieje w naszych górach! Teraz nie często miewam gości z Europy, patrzę więc na panów jak na starych przyjaciół.

— Służymy panu z całą ochotą — odpowiedziałem — bo z pewnością nikt na całej wyspie nie jest nam szczerzej życzliwy i nie rozporządzi lepiej krótkimi chwilami, które na Teneryfie pozostać możemy.

Siedliśmy przy oknie, rozmawiając o wykopaliskach z przeszłości Guanczów — pragnąłem skorzystać z każdej rozmowy z p. Wildpretem dla dowiedzenia się jak najwięcej na miejscu o przedmiocie żywo mnie zajmującym.

Wkrótce jednakże rozmowa nasza przyjemnie przerwana została wejściem panny Luizy, córki pana Wildpreta.

— Oto moja córka, poczciwe dziecko — rzekł do mnie, wskazując wchodzącą.

Panienka, którąśmy powitali, przedstawiała urocze zjawisko. Wytworny pędzel mistrzów szkoły flamandzkiej156 nie byłby w stanie stworzyć bardziej czarującego obrazu. Czarne, hebanowe sploty otaczały białe lica, ożywione parą ślicznych szafirowych oczu, których długie, jedwabne rzęsy podniosły się powoli, witając licznych przybyszów z wyrazem zadziwienia.

— Jakąż piękną córką obdarzyły pana nieba! — nie mogłem się wstrzymać, by nie powiedzieć półgłosem do p. Wildpreta, spoglądając z zachwytem na gwiazdę Orotawy.

— Och, mój Boże — odparł, uśmiechając się ojciec — każdy młody pączek jest świeży, a skończyła niedawno szesnaście lat.

I przedstawił nas pannie Luizie, zmieszanej ostatnimi słowami ojca, wypowiedzianymi w tak licznym towarzystwie.

Wkrótce jednakże lody były przełamane i uroczy kwiatek pięknej doliny gwarzył swobodnie z przybyłymi. Za chwilę wszedł też i brat, którego poznaliśmy już rano w ogrodzie, i usłyszeliśmy obiecany marsz szwajcarskich strzelców, artystycznie odegrany na cztery ręce.

— Czy nieprawda, że nasz marsz piękny? — zwrócił się do mnie poczciwy Szwajcar.

— Podziwiałem go zawsze — odpowiedziałem — dziś zaś zachwyca mnie jeszcze więcej i każdy ton jego pozostawi echo w mej duszy, przy tym... taka piękna wykonawczyni!

Pan Wildpret się uśmiechnął.

— A czy pan mówisz po hiszpańsku? Bo córka moja, niestety, nie posiada żadnego z północnych języków. Czybym był kiedy przypuszczał, że się ożenię z Hiszpanką, ja Szwajcar? A jednak tak się stało, człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi. Żonę moją poznałem tu, dzieci wszystkie tu się urodziły, a dziewczyna mówi tylko po hiszpańsku.

— Mówię i ja jako tako — odparłem — lecz — dodałem, śmiejąc się — byłoby to nawet niepotrzebne. Patrz pan, jak żywą rozmowę prowadzą z panną Luizą towarzysze moi, choć nie znają języka.