Co Kasia robiła
Od Autorki
Nie tak dawno siedziałam na łące, w miejscu, w którym płynął strumyk. Było gorąco. Niebo było bezchmurne, a białe chmury — niczym wielkie łabędzie unosiły się tam i z powrotem. Tuż naprzeciwko mnie znajdowała się kępa zielonych krzewów z ciemnymi, miękkimi kolcami, a wśród nich jedna czerwona stroiczka1, która sprawiała wrażenie przeglądającej się w wodzie. Ale stroiczka nie wydawała się próżna.
Widok ten był tak uroczy, że siedziałam tam chwilę, rozkoszując się nim. Nagle w pobliżu mnie dwa głosiki zaczęły mówić lub śpiewać, nie mogłam określić, co to dokładnie było. Jeden z głosów przypominał wrzask, drugi był niższy i brzmiał zdecydowanie i przekornie. Najwyraźniej spierały się o coś, bo cały czas powtarzały te same słowa: „Kasia to zrobiła! Nie! Kasia tego nie zrobiła. Zrobiła. Nie zrobiła. Zrobiła. Nie zrobiła. Zrobiła! Nie zrobiła!”. Myślę, że powtórzyły to co najmniej sto razy.
Podniosłam się, aby zobaczyć rozmówców, i na jednej z pałek dostrzegłam dwa malutkie zielonoskóre stworzonka. Wydawały się mieć problemy z widzeniem, oba nosiły okulary ochronne. Miały po sześć nóg: dwie krótkie, dwie niezbyt krótkie i dwie bardzo długie. Te ostatnie przypominały resory do powozu — kiedy stworzonka wstały, nogi zaczęły z pośpiechem poruszać się dokładnie tak jak resory w staroświeckim dyliżansie. Prawdę mówiąc, gdybym nie była tak duża, myślę, że mogłabym usłyszeć ich skrzypienie. Dopóki obserwowałam te stworzątka, nie powiedziały nic więcej, ale kiedy tylko się obróciłam, znów zaczęły się sprzeczać tymi samymi słowami: „Kasia to zrobiła! Kasia tego nie zrobiła! Zrobiła. Nie zrobiła!”.
Wracając do domu, pomyślałam o innej Kasi, Kasi, którą kiedyś znałam, która planowała zrobić mnóstwo wspaniałych rzeczy, a w ostateczności nie zrobiła żadnej z nich, tylko coś zupełnie innego, coś, co na początku w ogóle jej się nie podobało, ale w sumie było o wiele wspanialsze niż te wszystkie rzeczy, o których marzyła. I z czasem, kiedy ta historia zaczęła mi się układać w głowie, postanowiłam ją dla Ciebie spisać. Zrobiłam to i zatytułowałam ją na pamiątkę moich dwóch małych przyjaciół z łąki. Oto ona: historia o tym, co zrobiła Kasia.
Tłumaczyła Ilona Kalamon
Rozdział pierwszy. Dzieci pana Carr
Kasia Carr mieszkała na końcu miasta Burnet, w domu wysokim, obszernym, białym, z zielonymi żaluzjami i bramą, nad którą róże i powojniki tworzyły gęsty łuk. Cztery duże akacje ocieniały wyżwirowaną drogę prowadzącą do głównego wejścia. Z jednej strony domu było zagajenie, z drugiej stosy drzewa, stodoły i lodownia. Z tyłu ogród warzywny spuszczał się ku południowi, a dalej widać było pastwisko przedzielone strumykiem, orzechy amerykańskie i cztery krowy: dwie czerwone ze spiczastymi rogami, jedną żółtą i jedną białą o imieniu Stokrotka.
Rodzina Carr składała się z sześciorga dzieci: czterech dziewcząt i dwóch chłopców. Kasia, najstarsza, miała lat dwanaście; Filipek, najmłodszy — lat cztery; inne były pośrodku.
Doktor Carr, ich ojciec, był to człowiek zacny, prawy i tak zajęty obowiązkami, że całe dni, a czasem i noce, spędzał poza domem u chorych. Dzieci te nie miały matki, umarła bowiem, gdy Filipek był niemowlęciem, na cztery lata przed początkiem naszej powieści. Kasia pamiętała ją bardzo dobrze, ale dla reszty dzieci było to smutne i słodkie imię wymawiane w niedzielę albo przy pacierzu, lub gdy ojciec był szczególnie w dobrym usposobieniu.
Miejsce matki, którą tak mało pamiętali, zajęła ciotka Iza, siostra ich ojca. Zaczęła się nimi zajmować, gdy matka udała się w tę daleką podróż, z której jeszcze przez długie miesiące dzieci miały nadzieję, że powróci. Ciotka Iza była to osoba małego wzrostu, z twarzą spiczastą, chuda i dosyć już stara. Odznaczało ją szczególne zamiłowanie do porządku i czystości; usiłowała być dobra dla swych wychowanków, ale bardzo ją drażnili i zdawali się trudni do wychowania, gdyż sama, będąc dzieckiem, ani trochę nie była do nich podobna. Ciotka Iza była niegdyś cichą, schludną istotką, która, niczym Curly Locks2, lubiła spokojnie i długo przesiadywać w bawialnym pokoju3, wyszywać, być głaskana po głowie i nazywana „dobrą dziewczynką” przez starsze osoby. Kasia zaś co dzień darła sukienkę, nie cierpiała szycia i nie dbała o to, żeby nazywano ją dobrą, a co się tyczy Józi i Elżbietki, to się rzucały jak rącze4 koniki, kiedy ktoś chciał je pogłaskać. To wszystko bardzo trapiło5 ciotkę Izę i trudno jej było wybaczyć, że jej siostrzeńcy są tak „niezrozumiali” i tak niepodobni do grzecznych chłopców i dziewcząt ze szkoły niedzielnej, a takie dzieci najbardziej lubiła i najlepiej rozumiała.
Doktor Carr również ją trapił, chciał bowiem, aby dzieci jego były odważne, śmiałe, zachęcał do skoków i ruchliwych zabaw, chociaż stąd wynikało obrywanie guzów i darcie sukienek. Prawdę mówiąc, ciotka Iza w ciągu całego dnia tylko przez pół godziny bywała z nich w pełni zadowolona, mianowicie przed śniadaniem, kiedy z jej nakazu wszystkie siedziały na małych krzesełkach, ucząc się wersetów z Biblii przypadających na bieżący dzień. Cały ten czas chętnym okiem na nie spoglądała, były bowiem jak spod igły6 — miały tak czyste ubrania, tak porządnie uczesane główki! Ale wraz z odezwaniem się dzwonka, ustawała jej uciecha, od tej chwili „nie można było na nie patrzeć” według jej wyrażenia. Sąsiadki z wielkim politowaniem rachowały7 sześćdziesiąt białych wykrochmalonych sukienek suszących się co poniedziałek rano, i rozważały między sobą, jak często trzeba prać dla tych dzieci i jak trudnym zadaniem musi być dla biednej panny Carr utrzymywanie ich tak schludnymi, choć pannie Carr wcale nie wydawały się schludne i w tym była największa bieda.
— Józiu, idź na górę umyć ręce! Henrysiu, podnieś kapelusz z ziemi i powieś go na gwoździu! Nie na tym gwoździu, na trzecim od brzegu! — Takie to rzeczy mówiła ciotka Iza przez cały dzień. Dzieci słuchały się jej bardzo, ale nie były do niej przywiązane. Nazywały ją „ciotką Izą”, nigdy „ciocią”, a zarówno chłopcy, jak i dziewczęta dobrze wiedzą, co ta różnica znaczy.
Chcąc wam przedstawić młodszych członków rodziny pana Carr, nie wiem, czy mogłabym znaleźć lepszą sposobność8, niż wtedy, kiedy pięć z tych sześciu osóbek siedzi na dachu od lodowni niby kurczęta na grzędzie. Ta lodownia należała do ich ulubionych schronień, a był to tylko długi dach położony nad dołem wykopanym w ziemi. Ponieważ znajdowała się na środku bocznego dziedzińca, zdawało im się, że najkrótszą drogą do jakiegokolwiek miejsca jest wspiąć się po jednej ścianie, a spuścić się drugą. Lubiły także dostawać się na wierzchołek, a zachowując siedzącą pozycję, spuszczać się powoli po gorących dachówkach na ziemię. Ma się rozumieć, że źle na tym wychodziły buty i ubrania, ale mniejsza o to — wszakże sprawy butów i całego ubrania spoczywały na głowie ciotki Izy, a ich rzeczą było ślizgać się i figlować9.
Józia, najstarsza po Kasi, siedziała pośrodku. Była to ładna, miła, zaokrąglona dziewczynka, miała długie, ciemnoblond warkocze i niebieskie, załzawione oczy. Pomimo jej wielkiej wesołości, z powodu tych oczu i miękkiego, dźwięcznego głosu, wszyscy byli skłonni rozpieszczać ją i stawać po jej stronie. Pewnego razu, będąc jeszcze bardzo mała, uciekła z lalką Kasi, a gdy siostrzyczka ją goniła, chcąc odebrać lalkę, Józia trzymała zdobycz mocno i wzbraniała się oddać. Doktor Carr, który nie zwracał na to wielkiej uwagi, usłyszał tylko rozpaczliwy ton Józi wołającej „Nie oddam! Ja chcę lalkę!” Nie pytając o nic, wykrzyknął ostro: „Wstydź się Kasiu, natychmiast oddaj siostrze jej lalkę”, co też Kasia bardzo zadziwiona uczyniła; Józia zaś miała tryumfującą minę zadowolonej kotki. Józia była wesoła, łagodna, trochę niedbała i bardzo mało skoncentrowana na sobie, chociaż trzeba przyznać, że miała szczególną zdolność do rozmaitych gier, a przy tym była bardzo zabawna i pocieszna mimo cichego zachowania. Wszyscy ją kochali i ona kochała wszystkich, a najbardziej Kasię, w której widziała najmądrzejszą osobę na świecie.
Mały Filipek siedział na dachu obok Józi, obejmującej go ręką, za nim umieściła się Elżbietka, szczupłe, opalone, ośmioletnie dziecko. Miała piękne, ciemne oczka i główkę pokrytą krótkimi lokami. Biedna Elżbietka! Brakowało jej odpowiedniej pary w rodzinie — nie należała do starszych ani do młodszych dzieci. Największym jej życzeniem i najwyższą ambicją było trzymać się blisko Kasi, Józi i Cesi Hall, znać ich tajemnice i nosić bileciki do stacji pocztowych, które urządzały sobie po rozmaitych kryjówkach. One jednak nie chciały jej i zwykły mówić, żeby się „poszła bawić z dziećmi”. Przykro mi przyznać, że gdy się temu opierała, one same uciekały, korzystając ze swych dłuższych nóg. Biedna Elżbietka pozostawiona w tyle płakała gorzkimi łzami, a będąc zbyt dumna, żeby się często zadawać z Henrysiem i Joasią, największą uciechę miała w śledzeniu starszych dzieci. Lubiła wykrywać ich tajemnice, a zwłaszcza pocztowe kryjówki, sprawiające jej najdotkliwszą przykrość. Mając oczka bystre i żywe jak ptaszek, tak długo podglądała, świdrowała, śledziła i czuwała, aż nareszcie w jakimś dziwacznym i niespodziewanym miejscu, na przykład w pniu drzewa, na zagonie szparagów albo na wierzchołku drabiny, wyszpiegowała papierowe pudełko z paczką kartek, kończących się zwykle tymi słowami: „Tylko niech Elżbietka się nie dowie”. Biegła wówczas do dzieci, rzucała im pudełko przed oczy, mówiąc wyzywająco: „Macie waszą pocztę!” i za każdym razem zbierało jej się na łzy. Biedna Elżbietka! Prawie w każdej rodzinie są takie osamotnione dzieci! Chociaż Kasia miała najpiękniejsze na świecie zamiary, by stać się bohaterką i pocieszać smutnych, jednakże biegając swawolnie10 tu i tam, nie spostrzegała, że należałoby osładzać dolę opuszczonej siostrzyczki — i dlatego Elżbietka miała ciągle zbolałe serduszko.
Henryś i Joasia siedzieli na dwóch krańcach dachu. Sześcioletni Henryś był to blady, pulchny chłopiec z poważną twarzyczką i z resztkami konfitur na rękawach od kurtki. Joasia, którą dzieci lubiły nazywać „Jan” albo „Jaś”, była wspaniałym dzieckiem, o rok młodszym od Henrysia. Jej oczy były pełne dobroci, a różowe, szerokie usta zawsze gotowe do śmiechu. Ta dwójka przyjaźniła się z sobą bardzo, chociaż Henryś wyglądał jak dziewczynka ubrana przez pomyłkę za chłopca, a Joasia jak chłopczyk w sukience pożyczonej od dziewczynki. Gdy tak siedzieli, chichocząc i gawędząc, Kasia ukazała główkę w oknie pierwszego piętra i zawołała z tryumfem, pokazując w ręku stos pończoch:
— Hurra! Robota skończona i ciotka Iza pozwala wybrać się na przechadzkę! Czy nie sprzykrzyło11 się wam czekać? Nie jestem temu winna, to dziury były takie duże i przytrzymały mnie długo. Śpiesz się, Józiu, zbierz rzeczy! Za chwilę zejdziemy z Cesią!
Dzieci, zerwawszy się radośnie, zsunęły się z dachu. Józia wzięła parę koszyków, Elżbietka poszła po swego kota, a Henryś i Joasia obładowali się pękami zielonych gałęzi. Gdy już byli gotowi, skrzypnęły boczne drzwi i Kasia z Cesią Hall weszły na podwórze.
Muszę wam coś powiedzieć o Cesi — była to wielka przyjaciółka dzieci pana Carr i mieszkała w sąsiednim domu. Podwórza tych domów były przedzielone od siebie tylko zielonym płotem bez żadnej furtki, Cesia spędzała zatem dwie trzecie czasu z rodziną doktora i należała niejako do jego gromadki. Była ładna, wytworna, o eleganckich manierach, jasne i połyskliwe włosy miała zawsze najładniej uczesane, twarzyczkę delikatnie zarumienioną, a drobne rączki czyste. Jakże się różniła od mojej biednej Kasi! Jej włosy były zawsze w nieładzie, a suknie, zaczepiane o gwoździe, darły się same i pomimo dużego wzrostu i wieku, była tak roztrzepana i naiwna jak sześcioletnie dziecko. Kasia była najdłuższą dziewczynką na świecie. Jakim sposobem tak rosła, tego nikt zgadnąć nie zdołał, ale sięgała już ojcu do ucha i o głowę była wyższa od biednej ciotki Izy. Ile razy pomyślała o swym wzroście, stawała się nieśmiała i niezgrabna i tak się czuła, jak gdyby składała się z samych ostrych kątów, łokci i stawów. Szczęściem miała głowę tak pełną planów, zamysłów i marzeń różnego rodzaju, że nie miała czasu często przypominać sobie, jak jest wysoka. Było to dobre, kochające dziecko, pomimo roztrzepania i pięknych postanowień wznawianych co tydzień, a nigdy niespełnianych. Miewała napady poczucia odpowiedzialności za młodsze dzieci i pragnęła dawać im dobry przykład, ale przy pierwszej lepszej okazji zwykle o tym zapominała. Dni jej przelatywały jak wiatr, bo gdy się nie uczyła, nie szyła lub nie naprawiała, zawsze takie rozkoszne zamiary snuły jej się po głowie, że chciałaby mieć dziesięć par rąk, żeby je uskutecznić. Ta ruchliwość umysłu nabawiała ją często kłopotu. Lubiła stawiać zamki na lodzie i marzyć o dokonaniu czegoś takiego, co ją wsławi tak dalece, że wszyscy będą pragnęli słyszeć o niej i poznać ją. Wątpię, żeby sobie ułożyła w głowie, co to za nadzwyczajna będzie rzecz, ale zamyślając się o tym, często zapominała wyuczyć się lekcji albo zasznurować buciki, za co potem miała naganę od ciotki Izy. W takich razach pocieszała się myślą, że kiedyś będzie piękna, kochana i słodka jak anioł. Zanim by to jednak nastąpiło, miały w niej zajść różne zmiany — i tak: czarne oczy miały się przerobić na niebieskie, nos miał się przydłużyć i wyprostować, a usta, zbyt szerokie dla bohaterki, miały się stać pączkiem różowym, lecz dopóki by te cudowne rzeczy nie nastąpiły, starała się jak najmniej myśleć o swych rysach.
Rozdział drugi. Raj
Miejscem, do którego wybierały się dzieci, był bagnisty gaj położony blisko domu, za polem. Chociaż niewielki, wydawał się duży, bo drzewa i krzaki rosły tak gęsto, że nie można było dojrzeć, gdzie się kończy. W zimie grunt był mokry i błotnisty i nikt tam nie chodził — tylko krowy nieobawiające się zamoczenia nóg. Za to w lecie woda wysychała i wówczas było świeżo, zielono, pięknie, bo wszystko zdobiły dzikie róże, sasafrasy i ptasie gniazda. Gdzieniegdzie wiły się kręte, wąskie ścieżki wydeptane przez bydło chodzące tu i tam. Dzieci nazywały to miejsce „rajem” — wydawał im się rozległy i tajemniczy niby las z zaczarowanej krainy. Na drodze do raju stało kilka drewnianych barier: Kasia i Cesia przeskoczyły je, a młodsze dzieci przechodziły spodem. Wydostawszy się za bariery, już byli prawie w polu i wszyscy razem zaczęli biec aż do samego lasu. Tam stanęli z zabawnym zakłopotaniem na twarzach, było bowiem rzeczą ekscytującą12 pójść do raju pierwszy raz po długiej zimie. Któż wie, co czarodziejki mogły zrobić przez czas ich nieobecności?
— Którą ścieżką pójdziemy? — spytała nareszcie Józia
— A gdybyśmy głosowali? — rzekła Kasia. — Ja wybieram Drogę Pielgrzyma i Wzgórze Trudności.
— Ja także — wtórowała Józia, bo zawsze była tego samego zdania, co Kasia.
— Droga Spokoju jest ładna — odezwała się Cesia.
— Nie, nie! Pójdziemy Drogą Sasafrasów — wołali Joasia i Henryś.
Jednakże — jak zwykle — Kasia wzięła górę. Postanowili najpierw spróbować Drogi Pielgrzyma, a potem zwiedzić całe swe królestwo i zbadać, czy coś się wydarzyło po ich ostatniej obecności. Ruszyli więc w drogę: Kasia i Cesia na czele, a Henryś z pękiem gałęzi podążał ostatni.
— Patrzcie, nasz drogi krzak różany ocalał! — wykrzyknęły dzieci, stanąwszy na szczycie Wzgórza Trudności, gdzie na pniu ściętego drzewa kołysał się krzak róży wypuszczający świeże zielone liście. Ten krzak był czarodziejską rzeczą dla ich główek. Układali historie o nim i byli w nieustannej trwodze, że jakaś zgłodniała krowa upodoba go sobie13 i zje.
— Tak, tak — rzekła Kasia, głaszcząc palcem listek — był w wielkim niebezpieczeństwie jednego wieczoru tej zimy, ale ocalał.
— Cóż to było? Opowiedz! — wołały dzieci, bo opowieści Kasi słynęły w całej rodzinie.
— Był to wieczór Bożego Narodzenia — mówiła Kasia tajemniczo — bogini różanego krzaku zachorowała, strasznie zaziębiwszy głowę, a bogini topoli rosnącej ponad nią powiedziała, że ziółka z sasafrasów dobre są przeciw zaziębieniu. Ugotowała sobie zatem pełen kubek z żołędzi, po czym skryła się w ciemnym i miękkim miejscu w lesie i usnęła. Wśród nocy, gdy mocno chrapała, powstał szmer i przyleciał straszny, czarny byk z płomiennymi oczami. Zobaczywszy nasz biedny krzak róży, chciał go przegryźć na pół, ale w tej chwili wyskoczył spoza pnia mały, tłusty człowieczek. Łatwo się domyślić, że był to święty Mikołaj — tak mocno uderzył on byka laseczką, że ten ryknął strasznie i przednim kopytem macał, czy ma jeszcze nos. Wprawdzie go nie stracił, ale uczuł taki ból, że znów ryknął i co prędzej uciekł w las. Wówczas święty Mikołaj obudził boginię, mówiąc, że jeżeli nie będzie lepiej czuwała nad krzakiem różanym, to sprowadzi inną, ją zaś wyśle do pilnowania ciernistej, drapiącej jeżyny.
— Czy tu naprawdę jest bogini? — zapytał Henryś, który słuchał tego opowiadania z otwartymi ustami.
— Naturalnie — odrzekła Kasia, a nachyliwszy się do Henrysia, dodała ze szczególną słodyczą w głosie — to ja jestem boginią, Henrysiu.
— Ee! — odrzekł tenże. — Ty jesteś żyrafa, papa tak powiada.
Droga Spokoju nazywała się tak z tego powodu, że była ciemna i chłodna. Wysokie krzaki prawie łączyły się nad nią, a drzewa dawały chłód nawet w południe. Rósł tam także jakiś piękny biały kwiat, którego dzieci nie umiały właściwie nazwać, zatrzymały się więc chwilę, żeby porobić z niego bukiety, po czym Joasia i Henryś oblekli się korzeniami sasafry, dlatego nim zaszli na miejsce przeznaczenia, mieli słońce nad głowami i nastało południe.
— Zaczynam być głodny — odezwał się Henryś.
— Nie wolno ci być głodnym, póki nie skończymy altany! — zawołały dziewczęta z przestrachem, bo trudno go było uspokoić, gdy miał czekać na jedzenie. Śpieszyły się ze swą robotą, która też niewiele czasu zabrała, szło bowiem tylko o rozwieszenie gałęzi na sznurach do skakania, przywiązanych do topoli zamieszkiwanej przez boginię, która doradziła tej drugiej ziółka z sasafry.
Po ukończeniu altany wsunęli się wszyscy do niej. Było tam bardzo ciasno i oprócz dzieci pomieścić się tam mogły zaledwie koszyki i kotek — wątpię, żeby się znalazł kącik na jedną osobę więcej albo nawet na drugiego kota. Gdy Kasia —- siedząca w środku — rozwiązała duży koszyk i odkryła wieko, dzieci chciwie zajrzały do wnętrza.
Najpierw ukazały się imbirowe ciastka, które położono na trawie, żeby czekały na swoją kolej, potem biszkopty smarowane masłem i przekładane zimną baraniną, po trzy sztuki dla każdego, nareszcie dwanaście jaj gotowanych na twardo i warstwa grubych kawałków chleba z masłem i piklowanym mięsem. Jak widzicie, ciotka Iza pamiętała o śniadaniu w „raju” i wiedziała, czego się spodziewać po apetytach.
Ach! Jakże wszystko smakowało w tej altanie, gdzie świeży wietrzyk poruszał liśćmi od topoli, gdzie się przedzierały promienie słońca, zapachy leśne i śpiew ptasząt w górze! Żadne przyjęcie dla dorosłych nie sprawiłoby takiej przyjemności! Każdy kąsek budził rozkosz i gdy znikła ostatnia okruszyna, Kasia wydobyła drugi koszyk, w którym — o radosna niespodzianko! — było siedem ciasteczek z konfiturami, upieczonych na spodkach, miały przyrumienione wierzchołki, chrupiące cukrowe brzegi, smak skórki pomarańczowej i różnych dobrych rzeczy razem pomieszanych.
Powstał ogólny okrzyk i nawet poważna Cesia była uradowana, a Henryś i Joasia tupali nogami z uciechy. Siedem par rąk sięgnęło razem do koszyka i siedem szeregów zębów wzięło się niezwłocznie do dzieła. W mgnieniu oka znikł wszelki ślad ciasteczek i zapanowała chwilowa cisza.
— Co będziemy teraz robić? — zapytała Józia, podczas gdy Filipek przewracał koszyki do góry dnem, żeby się przekonać, czy już nie ma nic do zjedzenia.
— Nie wiem — odrzekła Kasia, zamyślając się, i powstawszy, w na wpół siedzącej postawie, oparła się o amerykański orzech, który zwieszał gałęzie prawie nad głowami dzieci.
— Bawmy się w dorosłe osoby — rzekła Cesia — i mówmy, co będziemy robili, kiedy to nastąpi.
— Dobrze — odparła Józia. — Cóż ty będziesz robiła, Cesiu? Powiedz pierwsza.
— Będę miała czarną jedwabną suknię, różowe róże przy kapeluszu i długi szal z białego muślinu. Będę zupełnie tak wyglądała jak Minerwa Clark, będę bardzo dobra, tak dobra jak pani Bedell14, tylko jeszcze ładniejsza. Wszyscy kawalerowie będą pragnęli, żebym się z nimi przechadzała i jeździła konno, ale nie będę o nich dbała, bo jak wiecie, będę zawsze nauczać w szkole niedzielnej i odwiedzać ubogich. Pewnego dnia, gdy pochyliwszy się nad starą kobietą, będę ją karmić galaretką, przejdzie poeta, zobaczy mnie i — wróciwszy do domu — napisze o mnie poemat — tak zakończyła Cesia z tryumfem.
— Ee! — wykrzyknęła Józia — to mi się wcale nie podoba. Ja będę piękną panią, najpiękniejszą panią na całym świecie. Będę mieszkała w żółtym zamku z żółtymi filarami u portyku15 i z taką czworokątną rzeczą na wierzchołku jak u pani Sawyer, moje dzieci będą tam grywały teatr, urządzę też lunetę w oknie do wyglądania. Będę co dzień nosiła złote i srebrne suknie, diamentowe pierścionki, i będę miała białe atłasowe fartuszki do ścierania kurzu i dotykania brudnych rzeczy. Na środku podwórza będzie staw z perfum Lubina, więc ile razy będę potrzebować, pójdę nabrać we flaszeczkę. Nie myślę o uczeniu w niedzielnej szkole jak Cesia, bo tego nie lubię, ale co niedzielę stanę w bramie i powracającym uczennicom skropię chusteczki perfumami Lubina.
— Ja chciałabym to samo! — zawołała Elżbietka, porwana tym świetnym obrazem. — Tylko mój staw będzie większy, a ja będę jeszcze piękniejsza — dodała.
— To być nie może — odezwała się Kasia ze swego wzniesienia — Józia będzie najpiękniejszą panią na świecie.
— Ale ja będę jeszcze piękniejsza od najpiękniejszej — upierała się biedna Elżbietka. — Będę także duża i będę wiedziała wszystkie tajemnice. Wszyscy będą grzeczni i nie będą uciekać ani kryć się przede mną, i nie będzie żadnych poczt ani żadnych przykrych rzeczy.
— A ty Joasiu, co sobie planujesz? — zapytała Józia, chcąc odwrócić rozmowę, bo głos Elżbietki zaczynał być płaczliwy. Ale Joasia nie miała wyraźnego wyobrażenia o swojej przyszłości, zaśmiała się tylko, wyszczypała mocno rękę Henrysia, ale nic więcej. Henryś okazał się mniej tajemniczy:
— Ja chciałbym jeść co dzień indyka i ciastka na mleku, ale nie gotowane, tylko pieczone, rumiane z wierzchu, z sosem jak od budyniu, a będę taki duży, że nikt nie powie „dla małego chłopczyka wystarczą trzy kawałki”.
— Ach Henrysiu, ty świnko — zawołała Kasia; dzieci wybuchnęły śmiechem, co obraziło Henrysia.
— Pójdę zaraz do ciotki Izy i powiem, jak mnie nazwałaś — rzekł ze złością.
Ale Joasia stworzona do roli pojednawczyni, śmiało chwyciła go za rękę i prośbami, błaganiem, tak go ułagodziła, że odstąpił od zamiaru, tym bardziej, że dzieci przyrzekły nie śmiać się więcej.
— Teraz twoja kolej, Kasiu — odezwała się Cesia — powiedz nam, co ty będziesz robiła, jak dorośniesz.
— Nie wiem na pewno. Będę piękna, ma się rozumieć, będę dobra, jeżeli zdołam, tylko nie taka dobra jak ty, Cesiu, gdyż byłoby mi przyjemnie z kawalerami przechadzać się i czasem jeździć konno. Chciałabym też mieć wielki dom i wspaniały ogród, wszyscy mieszkalibyście u mnie i bawilibyśmy się w ogrodzie, a Henryś jadałby pięć razy dziennie indyka, jeżeliby mu się to podobało. Mielibyśmy jedną maszynę do cerowania pończoch, drugą do porządkowania szuflad i nigdy byśmy nie szyły, nie robiły podwiązek na drutach ani też nic takiego, co nam niemiłe. Oto jaka bym chciała być — teraz wam powiem, co bym chciała robić.
— Czy to nie jedno? — zapytała Cesia.
— Zupełnie coś innego — odparła Kasia. — Widzicie, ja bym chciała zrobić coś wielkiego. Jeszcze nie wiem co, ale jak dorosnę, to sobie obmyślę.
Biedna Kasia zawsze mówiła, „jak dorosnę”, zapominając, że już bardzo urosła.
— Może będę pływać statkami i ratować życie ludziom jak ta dziewczyna w książce albo może będę pielęgnować chorych w szpitalu jak panna Nightingale16. Albo stanę na czele krucjaty i jeździć będę na białym koniu w zbroi i z hełmem na głowie, z poświęconą chorągwią w ręku. Albo, jeżeli nie będę robiła tych wszystkich rzeczy, to chciałabym malować obrazy, śpiewać lub... rzeźbić...? Jakże się to nazywa? Wiecie — robienie figur z marmuru. W każdym razie koniecznie zrobię coś. A gdy ciotka Iza to zobaczy i wyczyta o mnie w gazetach, powie: „Drogie dziecko! Ja zawsze wiedziałam, że ona się stanie ozdobą rodziny!”. Bo ludzie bardzo często mówią, że „zawsze wiedzieli”. — Taką to roztropną uwagę dodała Kasia na koniec.
— Ach Kasiu, jak to będzie pięknie! — zawołała Józia, klaszcząc w ręce. Ona tak wierzyła w Kasię, jak w Biblię.
— Nie przypuszczam, żeby gazety były tak głupie i pisały o tobie, Kasi Carr — odezwała się zazdrośnie Elżbietka.
— Owszem, będą pisały — rzekła Józia, dając Elżbietce szturchańca.
Tymczasem Joasia i Henryś umknęli na jakąś tajemniczą wędrówkę.
— Jaki Henryś był zabawny ze swoim indykiem! — zauważyła Cesia i wszyscy wybuchnęli znowu śmiechem.
— Jeżeli mu nie powiecie — rzekła Kasia — to pokażę wam jego dziennik. Pisał go przez dwa tygodnie, a potem zaprzestał. Znalazłam go dziś w dziecinnym pokoju.
Gdy wszyscy obiecali dotrzymać tajemnicy, Kasia wydobyła dziennik z kieszeni. Oto jak się zaczynał:17
„12 marca. Postanowiłem pisać dziennik.
13 marca. Jadłem na obiad pieczeń wołową, kapustę, kartofle z przyprawą z jabłek i leguminę18 z ryżu. Nie lubię takiej leguminy z ryżu, jaka u nas bywa. Sok do herbaty.
19 marca. Nie pamiętam, co robiłem. Oboje z Joasią wzięliśmy swoje paszteciki do szkoły.
21 marca. Nie pamiętam, co robiłem. Krajane kluski na śniadanie. Dorota za mało je przysmażyła.
24 marca, niedziela. Peklowane mięso na obiad. Uczyłem się Biblii. Ciotka Iza powiedziała, że jestem łakomy. Postanowiłem nie myśleć tak wiele o jedzeniu. Chciałbym wyrosnąć na lepszego chłopca. Nic nadzwyczajnego do herbaty.
25 marca. Nie pamiętam, co robiłem.
27 marca. Nie pamiętam, co robiłem.
29 marca. Bawiłem się.
31 marca. Nie pamiętam, co robiłem.
Kwiecień. Postanowiłem nie pisać dziennika.”
Na tym skończyły się zapiski i dzieci śmiały się tak długo, że nareszcie zaczęły padać długie cienie i Marianna zawołała je na herbatę.
Przykro było zbierać puste koszyki, wracać do domu i czuć, że się skończyła długa, rozkoszna sobota, i nie powtórzy się przez cały tydzień. Ale pocieszały się tą myślą, że Raj zawsze zostanie i że kiedy tylko Kasia i ciotka Iza pozwolą, przeskoczą tylko kilka bardzo łatwych zapór, i nie bojąc się anioła z płomiennym mieczem, który mógłby je zatrzymać w drodze, wejdą do swojego Edenu19 i obejmą go w posiadanie.
Rozdział trzeci. Dzień niepowodzeń
Szkoła pani Knight, do której uczęszczały Kasia, Józia i Cesia Hall, znajdowała się na przeciwnym niż dom pana Carr końcu miasta. MIeściła się w niskim jednopiętrowym budynku z podwórzem z tyłu, gdzie uczennice spędzały przerwy. Na nieszczęście, tylko o jedne drzwi dalej stała szkoła panny Miller, równie liczna i popularna, i także z podwórzem w tyle. Ściana z desek oddzielała te dwa place przeznaczone do zabawy.
Pani Knight była kobietą wysokiego wzrostu, łagodnego usposobienia, powolnych ruchów, a twarz jej przypominała spokojną i zadowoloną krowę. Panna Miller przeciwnie — miała czarne oczy, czarne loki nad czołem i była bardzo ruchliwa i ostra. Między tymi szkołami toczyła się nieustanna wojna o wartość nauczycieli i nauk. Uczennice pani Knight z jakiejś niewiadomej przyczyny uważały siebie za osóbki dobrze wychowane, nie ukrywając przy tym opinii, że wychowanki panny Miller są wulgarne — za co te ostatnie odpłacały się im pięknym za nadobne20. Przerwy schodziły im na wykrzywianiu się przez szpary i wierzchołek ściany, gdy się tam któraś zdołała dostać, co nie było łatwą rzeczą, bo ściana była wysoka. Pensjonarki pani Knight również umiały stroić miny pomimo „dobrego wychowania”. Ich podwórze miało wielką wyższość z powodu drewnianej budy, której pochyły dach sterczał nad posiadłością panny Miller, na nim to dziewczęta zwykły siadać rzędami, z nosem zwróconym do sąsiedniego podwórza i drażnić nieprzyjaciółki szyderczymi uwagami. Nazywały się wzajemnie Knightówny i Millerytki, a taka wojna wrzała między nimi, że nieraz było niebezpiecznie spotkać się na ulicy Knightównie z Millerytką. Łatwo się domyślić, jak to wszystko dobrze wpływało na ułożenie i moralność panienek.
Jednego poranku, wkrótce po owej przechadzce do Raju, Kasia spóźniła się, nie mogąc znaleźć swoich rzeczy. Znikła jej gdzieś „algebra”21, jak się zwykła wyrażać, zginęła tabliczka do pisania i oberwała się szarfa od kapelusza. Kasia biegała, szukała, trzaskała drzwiami, aż się ciotka Iza zniecierpliwiła i rzekła:
— Jeżeli nazywasz „algebrą” tę brudną książkę z jedną tylko okładką i zabazgraną na wszystkich kartkach, to znajdziesz ją pod kuchennym stołem. Filipek powiedział przed śniadaniem, że to świnka — i nic dziwnego, bo przyznaję, że zupełnie tak ona wygląda. Nie rozumiem, jakim sposobem można tak niszczyć swoje szkolne książki, nie minął jeszcze miesiąc, jak ci ojciec kupił nową algebrę, a spojrzyj na nią teraz, nie możesz jej już brać ze sobą. Chciałabym, żebyś się zastanowiła, ile kosztują książki. Tabliczki nie widziałam, ale masz tu szarfę od kapelusza — rzekła, wyjmując ją z kieszeni.
— Ach dziękuję! — powiedziała Kasia, zapinając ją spiesznie szpilką.
— Kasiu Carr! — krzyknęła prawie panna Iza — Co ty robisz? Zapinasz wstążkę od kapelusza! Zmiłuj się, jakiegoż ty szaleństwa nie popełnisz! Stójże spokojnie! Nie kręć się! Nie ruszaj się, póki nie przyszyję porządnie!
Niełatwo było stać spokojnie i nie ruszać się, bo ciotka Iza hałasowała, łajała i niekiedy, w chwili zapomnienia, kłuła igłą w brodę. Kasia znosiła to, jak mogła najlepiej, przestępując ciągle z nogi na nogę, i czasem tylko zżymnęła się22 jak zniecierpliwiony konik. Odzyskawszy wolność, wpadła szybko do kuchni, porwała algebrę i wyleciała jak trąba powietrzna ku bramie, gdzie poczciwa Józia czekała cierpliwie, chociaż sama była już gotowa i strach ją ogarniał, że się spóźni.
— Musimy biec — zawołała zdyszana Kasia — ciotka Iza mnie zatrzymała, taka była okropna!
Biegły jak się dało najprędzej, ale czas biegł jeszcze szybciej i zanim uszły połowę drogi, zegar wybił dziewiątą i znikła wszelka nadzieja stawienia się w porę. Zmartwiło to bardzo Kasię, bo chociaż się często spóźniała, zawsze pragnęła przyjść wcześnie.
Zatrzymując się w biegu, rzekła:
— Powiem ciotce Izie, że to z jej winy, tego już za wiele. — I podążyła do szkoły w bardzo cierpkim usposobieniu.
Wiadomą jest rzeczą, że gdy się dzień w ten sposób zacznie, to się też i źle skończy. Cały ranek nie wiodło się. Pomyliła się Kasia dwa razy przy lekcji gramatyki i straciła dobre miejsce w klasie; potem znów gdy przepisywała wypracowanie, tak jej ręka drżała, że jej pismo, niezbyt ładne, stało się prawie nieczytelne i pani Knight kazała jej wszystko przepisać na nowo. To pogorszyło jeszcze usposobienie Kasi i prawie nie pomyślawszy, szepnęła do Józi: „Jakież to nieznośne”. Następnie gdy przed przerwą wszystkim dziewczętom, które rozmawiały w trakcie lekcji, kazano wstać z miejsc, tak ją sumienie ruszyło, że się musiała podnieść wraz z innymi i skutkiem tego zobaczyła czarny znak przy swym nazwisku na liście uczennic. Stanęły jej łzy w oczach, więc z obawy, żeby dziewczęta nie zobaczyły tego, wyskoczyła na podwórze, kiedy tylko odezwał się dzwonek, i wdrapała się na dach od szopy, gdzie siedziała odwrócona plecami do szkoły, usiłując powstrzymać łzy i uspokoić twarz, zanim reszta dzieci nadejdzie.
U panny Miller zegar spóźniał o cztery minuty względem zegara u pani Knight, dlatego sąsiednie podwórze było puste. Był to dzień gorący, ale rozkoszny, bo go chłodził wiatr, który nagle zerwał Kasi kapelusz, na wpół tylko związany, i przerzucił przez dach. Chciała go schwytać w locie, ale za późno. Raz, dwa, trzy razy zakręcił się w powietrzu, potem znikł za szopą, a Kasia, śledząc go okiem, zobaczyła zwinięty kłębek fiołkowego koloru na samym środku nieprzyjacielskiego podwórza.
To było okropne! Nie szło o stratę kapelusza, bo Kasia była zupełnie obojętna na losy swego ubrania, ale o sposób, w jaki go straciła. Za chwilę Millerytki wyjdą na zewnątrz — już jej się zdawało, że widzi, jak rozpoczynają wojenny taniec wokół nieszczęśliwego kapelusza, noszą go na kiju, podrzucając jak piłką, ciskają o ścianę i zupełnie obchodzą się z nim jak Indianie z jeńcem wojennym. Czy można to ścierpieć? Nigdy! Lepiej umrzeć! I z uczuciem osoby, która woli śmierć niż utratę honoru, Kasia zacisnęła zęby i szybko zsunąwszy się z dachu, uchwyciła się ściany, po czym śmiałym skokiem dostała się na podwórze panny Miller.
W tej chwili dzwonek oznajmił przerwę i jedna z małych Millerytek, która siedziała przy oknie i przez parę minut umierała z chęci udzielenia ciekawej nowiny, wykrzyknęła:
— Kasia Carr na naszym podwórzu!
Wszystkie Millerytki wybiegły, tak duże, jak i małe. Ich gniew i oburzenie z powodu tej śmiałej napaści nie dadzą się opisać. Ze wściekłym krzykiem rzuciły się na Kasię. Ale i ona była żwawa, porwawszy więc odzyskany kapelusz, już wdrapała się do połowy ściany.
Słuszny wzrost bywa czasem dobrą rzeczą. Tym razem doskonale Kasi posłużyły długie nogi i ręce, w jednej chwili znalazła się na wierzchołku ściany. Właśnie gdy tam stanęła, jedna z Millerytek schwyciła ją za nogę i o mało nie ściągnęła jej bucika.
O mało, ale niezupełnie, dzięki mocnej nitce, jaką ciotka Iza przyszyła guziki. Kasia wyrwała się silnym ruchem i doznała tej przyjemności, że napastniczka musiała się cofnąć, ona zaś z okrzykiem tryumfu i przestrachu skoczyła między gromadkę Knightówien. Przysłuchiwały się one z otwartymi ustami wrzawie, a potem stały zdumione tym niezwykłym widokiem, że jedna spomiędzy nich wraca żywa z nieprzyjacielskiego obozu.
Nie zdołam opowiedzieć, jakie nastąpiło zamieszanie. Knightówny przejęte były dumą i tryumfem — Kasia ściskana, całowana, musiała ciągle opowiadać swoje dzieje, a szereg uradowanych dziewcząt siedział na dachu od budy, szydząc z zawstydzonych Millerytek.
Gdy po chwili nieprzyjaciel zgromadził siły i zaczął nacierać na ścianę, jedna z większych dziewcząt podniosła na rękach Józię uzbrojoną w młotek, aby mogła nim uderzać po napastniczych palcach ukazujących się na dachu. Tak serdecznie dopełniały tego, że Millerytki co prędzej umykały na dół i znalazłszy się w bezpiecznym oddaleniu, groziły zemstą. Bądź co bądź był to dzień wielki i pamiętny dla szkoły. W miarę jak się to wszystko działo, Kasia gorączkowała się swoją przygodą, pochwałami i pieszczotami starszych dziewcząt tak bardzo, że prawie nie wiedziała, co robi i mówi.
Wiele uczennic mieszkało zbyt daleko od szkoły, żeby chodzić do domu w południe, zwykły więc przynosić w koszyczkach śniadanie i pozostawać w szkole cały dzień. Kasia i Józia zaliczały się do nich. Tego dnia po śniadaniu poszły wszystkie bawić się do klasy, a nieszczęśliwa gwiazda Kasi natchnęła ją pomysłem nowej gry, którą nazwała „grą w rzeki”.
Odbywała się ona, jak następuje: każda z dziewcząt, przybrawszy nazwę jakiejś rzeki, wyznaczała swój bieg, wijąc się przez pokój pośród stołów i ławek, z cichym, głuchym szmerem, naśladującym szmer wody. Cesia była rzeką Platte, Marynia Brooks, słuszna panna — Missisipi; Alicja Blair — Ohio, Józia — Penobscott i tak dalej23. Miały zalecone, aby co minutę wpadać jedna w drugą, tak bowiem dzieje się z rzekami według słów Kasi. Ona sama była Oceanem Wielkim i przeraźliwie hucząc, wskakiwała raz po raz na podwyższenie, zajmowane zwykle przez panią Knight. Od czasu do czasu, gdy inne były na końcu pokoju, nagle wołała: „Teraz zlewają się wody!”. W tej chwili wszystkie rzeki rzucały się, skakały, piszczały, krzyczały, dążyły, płynęły ku Oceanowi Wielkiemu, on zaś huczał głośniej niż one wszystkie i robił krótkie skoki w górę i na dół, chcąc przedstawiać fale uderzające o brzegi.
Takiej wrzawy, jaką spowodowała ta piękna gra, nigdy jeszcze nie słyszało miasto Burnet. Przypominał ryk byka, kwik świni, gdakanie indyków i śmiech dzikich hien. W dodatku rzeki te stukały meblami i tupały o podłogę nieprzykrytą dywanem. Przechodnie zatrzymywali się, dzieci płakały, jakaś stara jejmość zapytała, czemu nikt nie idzie po policjanta, Millerytki zaś przysłuchiwały się ze złośliwą przyjemnością i mówiły każdemu, że pensjonarki pani Knight zwykle tak hałasują w czasie przerwy.
Pani Knight, wracając z obiadu, zadziwiła się bardzo, widząc tłum ludzi przed szkołą. Zbliżywszy się, usłyszała wrzawę, która ją prawdziwie przestraszyła, gdyż przemknęła jej przez głowę myśl, że zamordowano kogoś w jej szkole. Śpiesznie otworzyła drzwi i z wielkim zgorszeniem ujrzała salę w najwyższym nieładzie. Krzesła i stoły poprzewracane leżały na ziemi, atrament płynął po podłodze, a wśród tego zniszczenia wzburzone rzeki rwały się, rzucały i Ocean Wielki z rozognioną twarzą skakał jak szalony na podwyższeniu.
— Co to znaczy? — jęknęła biedna pani Knight, nie mogąc prawie mówić z przerażenia.
Na dźwięk tego głosu rzeki ucichły, Ocean Wielki szybko położył koniec swym skokom i zsunął się z podwyższenia. Zdawało się, że wówczas dopiero dziewczęta spostrzegły, co się dzieje z salą. Mniej śmiałe schowały się za stoły, zuchwalsze udawały, że nie czują winy, a dla pogorszenia stanu rzeczy uczennice, które poszły na obiad do domu, zaczynały powracać i zdumione obrazem zniszczenia pytały cichym szeptem: „Co się stało?”.
Pani Knight zadzwoniła dzwonkiem. Gdy dziewczęta się uciszyły, musiały podnieść krzesła i stoły, a ona sama zaś przyniosła suche szmaty do wyczyszczenia atramentu z podłogi. Wszystko to zostało wykonane w głębokim milczeniu, a wyraz twarzy pani Knight był tak surowy i poważny, że nowa chmura poczucia winy spadła na umysły grzesznych rzek, a Ocean Wielki chciałby się znaleźć o tysiące mil stąd.
Gdy wszystko wróciło do porządku i dziewczęta usiadły na swych miejscach, pani Knight rozpoczęła przemowę:
— Nigdy w życiu nie byłam jeszcze tak oburzona — rzekła. — Zdawało mi się, że mogę ufać, iż wracając po przerwie zastanę grzeczne panienki. Nie przyszło mi na myśl, żebyście mogły nieprzyzwoitym postępowaniem gorszyć i straszyć ludzi, a mnie tak bardzo zasmucić. Jest to zły przykład dla sąsiedztwa — przez co rozumiała współzawodniczącą szkołę, gdyż właśnie przed chwilą panna Miller przysłała od siebie dziewczynkę z zapytaniem, czy się ktoś nie skaleczył i czy ona może w czymś pomóc. Ma się rozumieć, że to pogorszyło sprawę. — Spodziewam się, że jesteście zmartwione. Na pewno jesteście zmartwione i zawstydzone. Łatwo odgadnąć, że czeka na was kara, ale pomyślę jeszcze jaka.
Następnie poleciła, żeby zastanowiły się nad sobą i jeżeli któraś z nich poczuwa się do większej odpowiedzialności, żeby to szczerze wyznała.
Kasi mocno biło serce, ale wstała śmiało i rzekła:
— Ja urządziłam tę grę i byłam Oceanem Wielkim.
Pani Knight ze zdumieniem patrzyła na nią przez chwilę, a potem powiedziała uroczyście:
— Bardzo dobrze Kasiu, usiądź — co też Kasia uczyniła, jeszcze bardziej zawstydzona, lecz spokojniejsza w duszy. Prawda ma jakiś powab, ułatwiający wypowiadanie jej nawet w najtrudniejszym położeniu, o czym przekonała się i Kasia.
Popołudnie było długie i przykre, pani Knight nie uśmiechnęła się ani razu, lekcje się wlokły, a Kasia czuła się zmęczona po zapale i popołudniowej ekscytacji. Dostała niejednego szturchańca przy zlewaniu się wód i prawie bezwiednie uderzała sobą o krzesła i stoły. Wszystko to odezwało się i ogarnął ją taki ból głowy, że nie mogła patrzeć, przy tym jakiś ciężar czuła na sercu.
Po skończonych lekcjach pani Knight wstała i rzekła:
— Te panienki, które brały udział w południowej zabawie, pozostaną tutaj.
Wszystkie inne wyszły, zamknąwszy drzwi za sobą. Była to okropna chwila, której dziewczęta nigdy nie zapomniały, równie jak odgłosu zamykanych drzwi, gdy ostatnia z uczennic odchodziła.
Nie mogłabym powtórzyć, co im powiedziała pani Knight — było to coś bardzo przejmującego — i zanim skończyła, większa część dziewcząt płakała. Karą za ranne przewinienie miało być to, że przez trzy tygodnie będą pozbawione przerwy, ale smutek pani Knight był jeszcze dwa razy przykrzejszy od tego wyroku, przynajmniej tak opowiadała Cesia swojej matce. Szlochające grzesznice wyszły jedna po drugiej ze szkoły. Gdy większość się oddaliła, pani Knight, przywoławszy Kasię na podwyższenie, powiedziała kilka słów wyłącznie do niej. Nie okazała się wprawdzie bardzo surowa, ale Kasia była tak skruszona i rozżalona, że po krótkiej chwili płakała jak fontanna albo jak ocean, który naśladowała rano.
Wrażliwa pani Knight, zmartwiona jej łzami, wybaczyła jej od razu, a nawet ucałowała ją, co skłoniło biedny „ocean” do większego łkania. Szlochała przez całą drogę do domu, a wierna Józia, idąc obok niej, z rozpaczą prosiła, żeby przestała płakać. Na próżno też starały się podtrzymywać kawałki jej sukni, podartej przynajmniej w dwunastu miejscach. Kasia nie mogła powstrzymać płaczu i szczęśliwie się stało, że ciotki Izy nie było w domu, bo tylko niańka Marianna zobaczyła ten jej smutny stan, a do niej właśnie należało czuwać nad dziećmi i w każdej chwili być gotową na ich usługi.
Tak wyprzytulała i ucałowała wówczas Kasię, jakby to była Joasia lub Henryś. Wzięła ją na kolana, obmyła rozpaloną głowę, ugładziła włosy, przyłożyła do ran kupalniku24, ubrała w całą sukienkę, tak że przy herbacie biedne dziecko, z wyjątkiem czerwonych oczu, miało wygląd taki jak zwykle i ciotka Iza nie zauważyła nic szczególnego.
Dziwnym trafem Doktor Carr był w domu tego wieczoru. Była to zawsze wielka uroczystość dla dzieci i Kasia czuła się bardzo szczęśliwa, gdy po rozejściu się młodszych dzieci do łóżek, zostawszy z ojcem sam na sam, opowiedziała mu całe zdarzenie.
— Papo — odezwała się, siadając mu na kolanach, co (choć była dużą dziewczynką) sprawiało jej wielką przyjemność — dlaczego pewne dni są tak szczęśliwe, a inne tak nieszczęśliwe? Dziś na przykład źle się zaczęło i wszystko się nie wiodło, a w inne dni zaczynam dobrze i wszystko potem idzie jak się należy. Gdyby mnie ciotka Iza nie zatrzymała rano, nie dostałabym znaku, nie byłabym zła i przez to uniknęłabym innych zmartwień.
— Ale dlaczego cię zatrzymała ciotka Iza?
— Żeby mi przyszyć wstążkę do kapelusza.
— Jak się to stało, że była oderwana?
— Podobno z mojej własnej winy — rzekła Kasia ze wstydem. — Odpruła mi się jeszcze w czwartek, a ja jej nie przyszyłam.
— Widzisz, że początkiem nieszczęść dnia tego nie była ciotka Iza. Czy słyszałaś kiedyś, dziecko, tę starą opowieść: Przepadł gwóźdź przepadła i podkowa?
— Nie, nigdy! Proszę mi ją powiedzieć! — zawołała Kasia, gdyż lubiła powiastki, jakby była trzyletnim dzieckiem.
Doktor Carr powiedział więc:
Przepadł gwóźdź — przepadła i podkowa,
Przepadła podkowa — przepadł i koń,
Przepadł koń — przepadł i jeździec,
Przepadł jeździec — przepadła i bitwa,
Przepadła bitwa — przepadło i królestwo,
A to wszystko, dlatego że przepadł gwóźdź.
— Ach papo! — wykrzyknęła Kasia i uściskała go, zsuwając się z kolan. — Rozumiem, co chcesz przez to powiedzieć. Kto by pomyślał, że zupełna drobnostka jak nieprzyszycie wstążki spowoduje takie skutki? Ale zdaje mi się, że się już nie narażę na podobne przykrości, bo zawsze będę pamiętać, że gdy:
Przepadł gwóźdź — przepadła i podkowa.
Rozdział czwarty. Kukuryku
Przykro mi wyznać, że moja biedna, nierozważna Kasia zapomniała i naraziła się na nowe przykrości, nie dalej jak w następny poniedziałek.
Poniedziałki bywały zwykle burzliwe w domu pana Carr: przypadało wtedy pranie, ciotce Izie trudniej było dogodzić, a służące były opryskliwsze w porównaniu do zwyczajnych dni. Sądzę, że po części było to winą dzieci, które — po spokojnie spędzonej niedzieli — stawały się szczególnie ruchliwe, hałaśliwe i skłonne do płatania złośliwych figlów.
Dla Józi i Elżbietki niedziela zaczynała się niejako w sobotę wieczór, gdy się kładły spać, a zmoczone włoski miały pozakręcane w papiloty, żeby nazajutrz zwijały się w loki. Elżbietce kręciły się naturalnie, więc ciotka Iza nie widziała potrzeby zwijania ich mocno, ale grube, twarde włosy Józi potrzebowały być mocno ściśnięte, żeby się choć trochę zwijały, dla niej więc wieczór sobotni był umartwieniem. Leżąc w łóżku, rzucała się, kręciła, próbowała kłaść głowę w tę i w ową stronę, ale w jaki bądź sposób ułożyła się, twarde papiloty i szpilki dręczyły ją i zadawały ból. Gdy usnęła nareszcie, miała twarzyczkę spuszczoną, nosek schowany w poduszkę, z czym było jej niewygodnie i dlatego źle spała. Z powodu tych cierpień Józi wywoływanych papilotami wszystkie historie układane dla młodszych dzieci tak się zaczynały: „Włosy pięknej księżniczki były twarde, ale nigdy, nigdy nie zawijano ich w papiloty!”.
Niedziela zawsze się zaczynała od czytania którejś z opowieści biblijnych, po czym podawano na śniadanie pieczony groch, które to dwie rzeczy mieszały się razem w główce Henrysia. Następnie dzieci przygotowywały się do lekcji w szkole niedzielnej25, a gdy to ukończyły, zajeżdżała duża kariolka26 i udawano się do kościoła oddalonego o milę drogi. Był to wielki, staroświecki budynek z galeriami, krużgankami i z długimi ławkami o wysokich czerwonych siedzeniach. Chór znajdował się w samym końcu za krótką zieloną firanką. Gdy się zaczynało kazanie, odsłaniały ją dzieci, żeby pokazać, że są gotowe do słuchania, potem spuszczały ją znowu. Kasia zgadywała, że tam za tą zieloną firanką musi toczyć się jakaś zabawa, że muszą zajadać kandyzowane skórki pomarańczowe albo czytać książki szkoły niedzielnej — i często żal jej było, że nie siedzi z nimi.
Ławka pana Carr była tak wysoka, że oprócz Kasi żadne z dzieci nie dotykało podłogi nawet końcem palców. Gdy im zdrętwiały od tego nóżki i dokuczyło przykre kłucie, wsuwały się całe na ławkę. Siedząc w ukryciu, musiały przecież szeptać między sobą. Ciotka Iza martwiła się, potrząsała głową, ale to niewiele pomagało, zwłaszcza gdy Filipek i Henryś spali, oparłszy główki na jej kolanach, i musiała ich podtrzymywać rękami, żeby się nie zsunęli z ławki. Gdy poczciwy staruszek doktor Stone mówił: „Na koniec bracia moi...”, zaczynała ich budzić. Było to nieraz ciężkie zadanie, ale wykonywała je z powodzeniem, tak że podczas ostatniego hymnu obaj już stali w ławce zupełnie obudzeni i żwawi, i brali książkę z hymnami, udając, że śpiewają wraz z innymi.
Po kościele następowała niedzielna szkoła, którą dzieci bardzo lubiły, potem szły do domu na obiad, składający się co niedzielę z zimnego peklowanego mięsa, pieczonych kartofli i budyniu ryżowego. Po południu szły do kościoła tylko wtedy, gdy miały ochotę, w przeciwnym razie zagarniała je Kasia, żeby odczytać głośno „Niedzielnego Gościa” — religijną gazetę przez nią prowadzoną. W części była ona pisana, w części drukowana na wielkim arkuszu zdobionym u góry ołówkiem, w środku znajdował się napis: „Niedzielny Gość”. Czytanie zaczynało się od nudnej rozprawy, zwanej przez osoby dorosłe „Słowem od redakcji”27, a traktującej „o posłuszeństwie”, „o grzeczności” lub „o punktualności”. Dzieci zawsze się niecierpliwiły, słuchając tego, w części — jak sądzę — z tego powodu, że Kasia przedstawiała jako coś łatwego te cnoty, które jej samej trudno było wprowadzać w czyn. Potem szły anegdoty o psach, słoniach, wężach, brane z historii naturalnej i niezbyt zajmujące, gdyż słuchacze już je znali na pamięć. Następnie jeszcze było parę hymnów albo oryginalny wiersz, a na końcu rozdział O Maryni i jej siostrach. Straszna to była historia, w której Kasia umieszczała tyle morałów i robiła tak osobiste przycinki do swego otoczenia, że trudno było to znieść. Pewnego razu wywołało to nawet bunt w dziecinnym pokoju. Trzeba wam wiedzieć, że kilka tygodni przedtem Kasia, zbyt leniwa, by przygotować nowego „Niedzielnego Gościa”, zmusiła dzieci, by siedząc rzędem, słuchały dawnych numerów od samego początku. Marynia przedstawiała się znacznie gorzej przy odczytywaniu tak wielkich fragmentów, a Józia i Elżbietka, zastanowiwszy się pierwszy raz nad całością, nie chciały więcej słuchać. Skorzystały więc z pierwszej sposobności i całą historię rzuciły w ogień, patrząc, jak się pali, z zabawnym przestrachem, lecz i z rozkoszą. Nie śmiały przyznać się do tego uczynku, ale trudno go było ukryć, gdy Kasia biegała, szukając straconego skarbu, podejrzewała je i złościła się.
Niedzielne wieczory schodziły zwykle na deklamowaniu hymnów przy ojcu i ciotce Izie. To sprawiało dzieciom wielką przyjemność, bo na każde z nich przychodziła kolej, a zupełna wrzawa powstawała, gdyż każde chciało sobie zarezerwować ulubiony hymn. W ogóle niedziela była przyjemnym i wesołym dniem i taka też się wydawała dzieciom, ale z tego powodu, że ją spędzały spokojniej od innych dni, zazwyczaj poniedziałek był pełen życia i figlów. Co chwilę gotowe były wybuchnąć jak butelka szampana, gdy się ją odkorkuje.
Ów poniedziałek, o którym mówimy, był dżdżysty28, nie mogły więc wyjść na powietrze, co było zwykłym ratunkiem dla podnieconych główek. Młodsze dzieci, zamknięte całe popołudnie w dziecinnym pokoju, nieznośnie hałasowały. Filipek nie był do końca zdrowy i brał lekarstwo — ulubione przez ciotkę Izę, która zawsze miała je pod ręką. Butelka ta była duża i czarna, z papierową receptą wokół szyjki, dzieci drżały na jej widok.
Gdy Filipek przestał jęczeć i krzyczeć, rozpoczęła się na nowo zabawa. Ma się rozumieć, że lalki także zachorowały, nie wyłączając żółtego krzesełka Joasi, które ona za lalkę uważała i któremu dała imię Karolek. Zawiązywała mu stary fartuszek na grzbiecie i brała zwykle z sobą do łóżka — nie w środek, bo przeszkadzałby, ale bliziutko siebie. Oznajmiła, że Karolek jest bardzo chory i musi wziąć takie same lekarstwo jak Filipek.
— Daj mu trochę wody — doradził Henryś.
— Nie — odparła stanowczo Joasia — to musi być coś czarnego i z flaszki, bo inaczej nie pomoże.
Pomyślawszy chwilę, przeszła przez korytarz do pokoju ciotki Izy. Nie było tam nikogo, ale Joasia wiedziała, gdzie znaleźć lekarstwo. Wysunęła trochę szufladę, wspięła się i wydobyła je. Dzieci były uradowane, gdy powróciła z flaszeczką w jednej ręce, a z korkiem w drugiej, i zaczęła nalewać porządną dozę na siedzenie krzesełka, które nazywała jego łonem. — No, no, mój biedny chłopcze — rzekła, głaszcząc po ramieniu, to jest po poręczy — przełknij, to ci pomoże.
Właśnie w tej chwili weszła ciotka Iza i z wielkim zdumieniem zobaczyła, że coś czarnego i lepkiego spływa na dywan. Było to lekarstwo, którego Karolek nie chciał połknąć.
— Co to jest? — zapytała ostro.
— Moje bobo jest słabe — wyjąkała Joasia, ukrywając nieszczęsną flaszeczkę.
Ciotka Iza uderzyła ją po głowie naparstkiem, mówiąc, że jest niegrzecznym dzieckiem, skutkiem czego Joasia rozpłakała się i rozdąsała. Ciotka Iza wytarła plamy, odebrała lekarstwo i — wynosząc je do swego pokoju — rzekła:
— Nigdy nie widziałam nic podobnego! Ale w poniedziałki zawsze tak bywa.
Jakie figle wyprawiały się potem w dziecinnym pokoju, tego nie zdołam opowiedzieć. Z wieczora dał się słyszyć krzyk i ze wszystkich stron domu zbiegli się ludzie, pytając: „Co się stało?”. Oto zatrzasnęły się drzwi od dziecinnego pokoju i nie można było wyjść. Ciotka Iza nakazywała przez dziurkę od klucza, żeby jej otwarto, ale taka tam była wrzawa, że nieprędko zdołała usłyszeć odpowiedź. Nareszcie Elżbietka, łkając gwałtownie, objaśniła, że Henryś zamknął drzwi, a teraz klucz nie chce się obracać i nie mogą otworzyć. Wreszcie zapytała z płaczem:
— Czy mamy tu zostać na zawsze i umrzeć z głodu?
— Ależ nie, ty głupiutkie dziecko — zawołała ciotka Iza. — Boże mój, Boże! Czego te dzieci nie zbroją! Przestań płakać Elżbietko, czy słyszysz? Wyjdziecie stamtąd za kilka minut.
Wkrótce dał się słyszeć ruch za żaluzją i służący Aleksander stanął za oknem na wysokiej drabinie, kłaniając się dzieciom. Zapomniały o strachu, pobiegły otworzyć okno, skakały i kręciły się wokół Aleksandra, gdy wszedł i otworzył drzwi. Wydawało im się tak piękną rzeczą wydobyć się w ten sposób, że Henryś zaczął się chełpić swoim dziełem.
Ale ciotka Iza inaczej patrzyła na tę rzecz. Wyłajała ich porządnie i powiedziała, że są męczącymi dziećmi, którym nie można ufać ani chwili, gdy są poza zasięgiem wzroku, i że bardzo żałuje, iż obiecała pójść na wieczorną naukę.
— Zanim powrócę — dodała — gotowiście podpalić dom albo zabić kogoś.
— Nie zrobimy tego, nie zrobimy! — zawołały dzieci wzruszone tym strasznym obrazem, ale w dziesięć minut zapomniały o wszystkim.
Przez cały ten czas Kasia rozpływała się w bibliotece nad Jerozolimą wyzwoloną29 Tassa. Książka ta została napisana po włosku, ale przetłumaczono ją na język angielski — nie była przeznaczona dla małej dziewczynki, ale Kasia ją bardzo lubiła.
Pisano w niej o królach, damach, olbrzymach i bitwach. Czytając, robiło się jej raz zimno, drugi raz gorąco, chciała koniecznie coś złamać albo krzyczeć, albo kogoś uderzyć. Z natury lubiła czytać i do tego zachęcał ją ojciec — zamykał tylko niektóre książki, a z reszty biblioteki pozwalał jej korzystać. Czytywała rozmaite rzeczy: podróże, kazania i stare magazyny. Nie było niczego tak trudnego, żeby nie wytrwała ona do końca, a prawdziwie zajmujące książki tak ją pochłaniały, że nie wiedziała, co się dzieje wokół. Gdy znajome dziewczynki spodziewały się jej na herbatę, chowały wszystkie powieści, bo inaczej zagłębiała się w książce, a wtenczas daremnie ktoś by ją wołał i ciągnął za suknię, bo niczego nie widziała ani słyszała, póki nie nadszedł czas pójścia do domu.
Owego popołudnia czytała więc Jerozolimę, dopóki się nie ściemniło. Idąc potem na górę, spotkała ciotkę Izę w kapeluszu i szalu.
— Gdzieś ty była? Wołam cię od pół godziny.
— Nie słyszałam — odrzekła Kasia.
— Ale gdzie byłaś? — nalegała ciotka Iza.
— Czytałam w bibliotece.
Ciotka Iza skrzywiła się, ale znając usposobienie Kasi, nic nie powiedziała.
— Idę na herbatę do pani Hall i na wieczorną naukę — odezwała się znowu. — Niech się Józia przygotuje do lekcji, Cesię odeślijcie wcześnie, jeżeli przyjdzie jak zwykle, i połóżcie się wszyscy o dziewiątej godzinie...
— Dobrze — odparła Kasia, lecz zdaje się, że nie bardzo słuchała, tylko była zajęta tą myślą, jak dobrze, że ciotka Iza zaraz wyjdzie. Panna Carr była bardzo obowiązkowa i rzadko odchodziła od dzieci, nawet wieczorem, ale gdy się to czasem zdarzało, doznawały wrażenia nowości i swobody, co było równie niebezpieczne, jak i przyjemne.
Jestem pewna jednak, że tym razem Kasia nie miała złych zamiarów, jak wszystkie wrażliwe osoby rzadko broiła z rozmysłem, tylko robiła to, co jej przyszło do głowy. Kolacja odbyła się pomyślnie i wszystko poszłoby dobrze, gdyby nie to, że gdy dzieci się wyuczyły lekcji i nadeszła Cesia, zaczęły mówić o „kukuryku”.
Gra ta cieszyła się u nich wielką popularnością rok temu. Sami ją wymyślili i dobrali tę dziwaczną nazwę ze starej czarodziejskiej bajki. Był to rodzaj ciuciubabki, ale zamiast jednej osobie zawiązywać oczy, wszyscy poruszali się po ciemku. Jedno z dzieci zostawało w sieni, dobrze oświetlonej od schodów, inne zaś kryły się w dziecinnym pokoju. Schowawszy się, wołały: „Kukuryku!”, dając hasło dziecku będącemu w sieni, żeby weszło szukać. Ma się rozumieć, że wchodząc ze światła nie mogło nic widzieć, tamte zaś też niewiele widziały. Bardzo było zabawne przyglądać się z ciemnego kąta postaci, która się potyka, obraca w lewo, w prawo, podczas gdy inne po kolei wymykają się cichym krokiem do sieni zwanej „pałacem wolności”, wykrzykując tam wesoło, „Kukuryku! Kukuryku! Kukuryku!”. Kogo schwytano, ten zajmował miejsce szukającego. Przez długi czas ta gra była rozkoszą dla dzieci, ale tak wiele rzeczy zrzucały na ziemię i tłukły w dziecinnym pokoju, że nareszcie ciotka Iza nakazała, żeby się więcej nie bawiły w ten sposób. Minął już może rok od owego czasu, ale wspomniawszy o tej grze, pomyślały, aby spróbować jej znowu.
— Zresztą nie przyrzekaliśmy — rzekła Cesia.
— Wcale nie i papa nigdy nie zakazywał — dodała Kasia, dla której „papa” był jedynym autorytetem, tym bardziej, że zauważyła, iż nieraz opierał się ciotce Izie.
Poszli więc na górę, Henryś i Joasia chociaż na wpół rozebrani, zostali dopuszczeni do zabawy, a Filipek usnął w innym pokoju.
Doskonale się bawili: Józia od razu wskoczyła na kominek i usiadła, a Kasia, która była szukającą i macała żywiej niż zwykle, śmiało porwała Józię za nogę i nie mogła pojąć, skąd ona się tam wzięła. Henryś dostał mocnego szturchańca i rozpłakał się, Kasia zaczepiła sukienką o róg biurka i rozdarła ją okropnie. Ale to były zbyt codzienne rzeczy, żeby zatruły grę w „kukuryku”. Im dłużej trwała zabawa, tym bardziej wzrastały szał i wesołość. Wśród tego podniecenia nie przyszło im na myśl, że już późno, wtem dał się słyszeć trzask i głośny turkot kariolki przed bocznym wejściem. Ciotka Iza wróciła z nauki.
Jakiż powstał popłoch, jakie zamieszanie! Cesia ześlizgnęła się ze schodów jak węgorz i na skrzydłach trwogi poleciała do domu. Gdy pani Hall rozstała się z ciotką Izą i z hałasem zamykała frontowe drzwi doktora Carr, mógł ją uderzyć jakiś daleki łoskot jej własnych drzwi, ale nie była podejrzliwą kobietą, a jak tylko weszła na górę, ubranie Cesi było porządnie ułożone na krześle, ona zaś leżała w łóżku prawie już śpiąca, tylko trochę bardziej zarumieniona niż zwykle.
W tymże czasie ciotka Iza szła po swoich schodach. Jakiż przestrach miał zapanować w dziecinnym pokoju! Kasia z przeczucia wsunęła się podstępnie do swego pokoiku i z największym pośpiechem ułożyła się w łóżku. Innym dzieciom było znacznie trudniej radzić sobie, bo ich liczna gromadka rozchodziła się w różne strony, a nie było lampy do przyświecania. Henryś i Joasia wsunęli się w pościel na wpół rozebrani, Elżbietka znikła, a Józia, nie mając już na to wszystko czasu i słysząc w sieni kroki ciotki Izy, uczyniła okropną rzecz, bo upadła na kolana z twarzą ukrytą w krześle i zaczęła odmawiać pacierz.
Ciotka Iza, wszedłszy ze świecą w ręku, stanęła na progu zdumiona tym widokiem. Potem usiadła, czekając końca, lecz Józia ze strachu modliła się ciągle z rozpaczą. Nareszcie ciotka Iza odezwała się bardzo cierpko:
— Dosyć już Józiu, możesz wstać! — Józia podniosła się z miną winowajczyni, bo znacznie gorzej było udawać, że się modli niż nie słuchać ciotki Izy i nie leżeć w łóżku o dziesiątej godzinie. Zdaje mi się jednak, iż Józia wówczas nie rozumiała tego.
Ciotka Iza wzięła się zaraz do rozbierania jej i zadała przy tym tyle pytań, że po niedługiej chwili poznała prawdę i dowiedziała się wszystkiego. Surowo zgromiła Józię i zostawiwszy ją, żeby obmyła spłakaną twarzyczkę, poszła do łóżka, gdzie Joasia i Henryś zaczynali usypiać, chrapiąc jak mogli najgłośniej. Coś niezwykłego ją uderzyło, przyjrzała się więc bliżej, podniosła kołdrę i przekonała się, iż są na wpół ubrani i mają na sobie szkolne obuwie. Po tym odkryciu ciotka Iza tak mocno szarpnęła małych przestępców, że obudziłaby nawet parę koszatek30. Henryś i Joasia mimo woli musieli się też ocknąć, znieść klapsy, naganę i rozebrać się, a ciotka Iza przez ten cały czas stała nad nimi jak smok. Otuliwszy ich wreszcie, spostrzegła, że nie ma Elżbietki.
— Gdzie moja biedna Elżbietka? — wykrzyknęła.
— W łóżku — odparła Józia pokornie.
— W łóżku — powtórzyła ciotka bardzo zdziwiona, a pochyliwszy się, pociągnęła mocno łóżeczko na kółkach i okazało się, że Elżbietka w ubraniu i nawet w trzewiczkach, tak szybko usnęła, że szarpanie, szczypanie, wołanie ciotki Izy obudzić jej nie zdołało. Ciotka zdjęła z niej sukienkę, rozsznurowała buciki, ale dziewczynka cały czas spała i ona jedna uniknęła zasłużonej nagany za ów okropny wieczór.
Kasia nie udawała, że śpi, gdy ciotka Iza weszła do jej pokoju. Obudziło się w niej przygłuszone sumienie i leżała w łóżku bardzo zmartwiona, że nabawiła innych i siebie przykrości, i nie dotrzymała ostatniego postanowienia, iż będzie przykładem dla młodszego rodzeństwa. Tak się czuła nieszczęśliwa, że surowe słowa ciotki Izy sprawiły jej niejako ulgę i chociaż płakała, póki jej sen nie ogarnął, to raczej od ciężaru własnych myśli niż dlatego, że została połajana.
Nazajutrz płakała jeszcze bardziej, gdyż pan Carr przemówił do niej surowiej niż kiedykolwiek. Przypomniał, że matka rzekła, umierając: „Jak Kasia dorośnie, to będzie matką dla młodszych dzieci”. Biedna Kasia! Szlochała, jak gdyby jej serce miało pęknąć i chociaż nic nie przyrzekła, sądzę, że już nigdy nie była tak lekkomyślna jak owego dnia.
Co do innych dzieci, to ojciec przywołał je razem i dał im wyraźnie do zrozumienia, że mają się już więcej nie bawić w „kukuryku”. Tak rzadko zakazywał jakiejkolwiek gry, nawet hałaśliwej, że te słowa sprawiły prawdziwe wrażenie na strwożonej31 gromadce i nigdy już nie bawili się w „kukuryku” aż do dziś dnia.
Rozdział piąty. Na poddaszu
— Doprawdy — rzekła panna Pettingill, odkładając robotę — te dzieci coś znowu zbroją! Po co one tam poszły?
Panna Pettingill siedziała w pokoiku na tyłach domu, jak zwykle gdy przychodziła raz w tydzień naprawiać i przerabiać garderobę u państwa Carr. Była to najlepsza i najzabawniejsza staruszka, jaka kiedykolwiek chodziła szyć dziennie. Jej okrągła twarz przypominała bardzo ładne jabłko pieczone, tak była pomarszczona i poorana tysiącznymi bruzdami. Była mała i żwawa, nosiła czepki na złą stronę, zupełnie w tym samym kolorze, co zakurzony grzbiet psa nowoflandzkiego. Oczy miała zamglone i nosiła okulary, ale mimo to była doskonałą robotnicą. Wszyscy lubili pannę Pettingill, chociaż ciotka Iza powiedziała raz, że „ma za długi język32”. Zrobiła tę uwagę, będąc w złym humorze, wcale się nie spodziewając, że Filipek pójdzie zaraz do panny Pettingili z prośbą, żeby pokazała język, co chętnie uczyniła. Reszta dzieci tłoczyła się, żeby także zobaczyć, nie spostrzegły wprawdzie, żeby różnił się czymś od innych języków, ale Filipek upierał się, że widzi coś ciekawego. „Musi w tym coś być, kiedy jest zawieszony w taki dziwaczny sposób”.
Panna Pettingill przynosiła z sobą rozmaite skarby i dzieci cieszyły się jej przybyciem, bo rozpakowanie jej rzeczy było czymś takim jak bajka czarodziejska albo cyrk. Panna Pettingill obawiała się bardzo złodziei i do połowy nocy leżała rozbudzona, nadsłuchując, czy nie przychodzą. Za nic w świecie nie zostawiłaby, wychodząc z domu, swego „srebra”, tak imponująco zwykła bowiem nazywać sześć starych łyżeczek do herbaty, cienkich, błyszczących i spiczastych, i nóż do masła, którego rękojeść świadczyła, że jest on dowodem wdzięczności za ocalenie życia siedmioletniemu Hurielowi Jobson, gdy chorował na mocną anginę. Panna Pettingill dumna była ze swego noża, który wraz z łyżeczkami podróżował w koszyczku zawieszonym u niej na ręku i nigdy nie był spuszczany z oka, chociażby szyła w najporządniejszym domu na świecie.
Oprócz koszyka ze srebrem, panna Pettingill brała z sobą Tomka, prążkowatego kota. Tom był bardzo piękny i znał swoją wartość. Panował nad swą opiekunką z żelazną siłą woli i zawsze siedział na kołyszącym się krześle, chociażby takie było tylko jedno w pokoju. Panna Pettingill zwykła mówić, że jej to obojętne, gdzie sama siedzi, ale Tom jest delikatny i potrzebuje wygód. Nosiła z sobą także rodzinną Biblię, jakąś szczególną poduszeczkę do szpilek z czerwonego merynosu33, parę fotografii starych państwa Pettingill: Piotra Pettingill, który zatonął w morzu, pani Porter, która nazywała się Maria Pettingill, męża pani Porter i wszystkich dzieci Porterów. Zabierała także dużo pudełek i słoików oraz cały szereg flaszek i butelek wypełnionych domowymi lekami oraz ziółkami. Nie mogłaby usnąć, nie mając ich przy sobie, „bo — zwykła mówić — trudno przewidzieć, czy mnie co nagle nie napadnie i czy nie umrę z braku odrobiny imbirowego balsamu albo mięty”.
Dzieci pana Carr robiły zawsze tyle hałasu, że trzeba było czegoś nadzwyczajnego, żeby panna Pettingill rzuciła robotę jak obecnie i pobiegła do okna. Istotnie przerażający był zgiełk; Henryś wołał „Hurra!”, reszta tupała nogami, strasznie krzycząc rozradowanym głosem. Panna Pettingill wyjrzawszy na dół, zobaczyła wszystkich sześcioro – nie, siedmioro — bo i Cesia była, wydobywających się z drewnianej budy, gdzie za drzwi służył duży, rozwarty łuk, i z hałasem biegających po dziedzińcu. Kasia niosła na czele czarną butelkę bez korka, inni zaś trzymali w każdej ręce coś na kształt ciasteczka.
— Katarzyno Carr! Katarzyno! — krzyczała panna Pettingill, pukając głośno w szybę — Czy nie widzisz, że deszcz pada? Powinnaś się wstydzić, że pozwalasz braciszkom i siostrom wychodzić i moknąć w taką niepogodę.
Ale jej nikt nie słyszał i dzieci znikły w drwalni, gdzie było tylko widać z daleka migające sukienki i spodenki na czymś, co się zdawało drabiną opartą o szopę. Pomrukując, panna Pettingill cofnęła głowę i zajęła się naprawą alpakowego34 pledu Kasi, który się rozdarł na samym środku przedniego brytu35. Dziwna rzecz, że Kasia zawsze darła ubranie w tym miejscu!
Gdyby oczy panny Pettingill mogły sięgnąć trochę dalej, zobaczyłaby, że dzieci wspinają się nie na drabinę, tylko na drewniany słup z kołkami powbijanymi o stopę36 jeden od drugiego. Tylko wielkim skokiem można było się dostać z jednego kołka na drugi. Młodsze dzieci nie mogłyby się tam wdrapać, gdyby Józia z Cesią nie podtrzymywały ich z dołu, a Kasia nie ciągnęła z góry, korzystając z długiej ręki. Nareszcie znaleźli się wszyscy na wierzchołku, a potem w rozkosznym ustroniu37, które zaraz opiszę.
Wyobraźcie sobie niski, ciemny spichrz38 bez okien i z maleńkim tylko światłem pochodzącym z dziury w podłodze, o którą był oparty koniec słupa. Unosiła się tam silna woń plew od zboża, chociaż zboża już nie było, za to dużo kurzu i pajęczyny po kątach, wilgotne plamy na ścianach, bo dach zawsze trochę ciekł, gdy deszcz padał.
Nie pojmuję, z jakiej przyczyny dzieci tak lubiły to miejsce w niedzielę, gdy nie mogły się bawić na dworze. Ciotka Iza nie mniej była zaciekawiona ich upodobaniem. Gdy sama była młoda (a sięgało to czasu tak mglistego i dawnego, że aż niewiarygodnego dla jej siostrzeńców), nie miewała tak dziwacznych chęci, by włóczyć się po dziurach, kątach i kryjówkach. Chętnie zakazałaby dzieciom chodzić do spichrza, ale ponieważ doktor Carr nie miał nic przeciwko temu, ograniczała się tylko do opowiadania historii o dzieciach, które połamały nogi na różne okropne sposoby, wspinając się na słupy i drabiny. Nie robiło to jednak żadnego wrażenia na nikim, prócz małego Filipka, i samowolna gromadka wdrapywała się na słup, kiedy tylko przyszła jej ochota.
— Co tam jest w butelce? — zapytał Henryś, dostawszy się do spichrza.
— Nie bądź ciekawy — odrzekła surowo Kasia — dowiesz się w swoim czasie. Jest to coś doskonałego, możesz mi wierzyć.
Uspokoiwszy Henrysia, mówiła dalej:
— Najlepiej wszyscy zrobicie, oddając mi ciasteczka, bo inaczej z pewnością zostaną zjedzone przed ucztą, a w takim razie wiecie dobrze, iż nie będzie z czego zrobić uczty.
Wszyscy oddali jej ciasteczka, tylko Henryś, który swoje napoczął, wszedłszy na drabinę, nie miał na to wielkiej ochoty. Był jednak zbyt przyzwyczajony słuchać Kasi, żeby się sprzeciwić. Postawiono w kącie dużą butelkę, a wokół niej ułożyli stos ciasteczek.
— Dobrze, już dobrze – odezwała się Kasia, która jako najstarsza i największa kierowała zawsze zabawą. — Jeżeli jesteśmy już gotowi, to może się rozpocząć uroczystość. Pierwszym dziełem będzie Tragedia w Alhambrze panny Hall.
— Nie — zawołała Józia — najpierw przeczytajmy Sinego Czarodzieja, czyli Edwitę z Hebrydów, wiesz którą, Kasiu.
— A nie mówiłam, że się z tym zdarzył okropny wypadek?
— Cóż takiego? — wykrzyknęli wszyscy, gdyż Edwita była ulubioną historyjką w całej rodzinie. Zaliczała się do periodycznych39 powieści, które Kasia zwykła pisać. Rzecz szła o damie, o królu, o błękitnym czarodzieju i o pudlu zwanym Bob. Powieść ta ciągnęła się od tak dawna, że wszyscy zapomnieli początku i nie mieli nadziei dożyć końca, mimo to wiadomość o jej nieszczęśliwym losie była jak grom z jasnego nieba.
— Opowiem wam, jak to się stało — rzekła Kasia. — Stary sędzia Kirby odwiedził dziś rano ciotkę Izę. Ucząc się w małym pokoiku, widziałam, jak wszedł, wyciągnął duży fotel i usiadł, a ja wtedy o mało nie krzyknęłam: „Niech pan tam nie siada!”.
— Czemu? — zawołały dzieci.
— Nie domyślacie się? Wsunęłam Edwitę między oparcie a siedzenie, była to wyborna kryjówka, bo siedzenie jest głębokie, ale zrobiła się tak gruba paczka, a sędzia Kirby zajmuje tak wiele miejsca, że bałam się jakiejś biedy. Zaledwie usiadł, papier zaczął trzeszczeć, on zaś podskoczył, wołając: „Co to jest?”. Potem macał, macał, aż znalazł paczkę i włożył okulary, żeby się jej przyjrzeć, wtem weszła ciotka Iza.
— Cóż dalej? — wołały dzieci, cisnąc się wokół Kasi.
— Ciotka Iza także włożyła okulary, przymrużyła po swojemu oczy i oboje z sędzią przeczytali kawałek: pamiętacie, kiedy Bob kradnie błękitne pigułki, a czarodziej próbuje wrzucić je do morza. Nie wyobrazicie sobie, jak to było zabawne słyszeć ciotkę Izę czytającą głośno Edwitę. — Kasia zanosiła się od śmiechu na to wspomnienie. — Gdy przyszła do słów „Ach Bobie! Mój anielski Bobie!”, wsunęłam się pod stół i wpakowałam serwetę w usta, żeby się powstrzymać od głośnego wybuchu. Wkrótce usłyszałam, jak ciotka Iza przywołała Dorotę i rzekła, dając jej papiery: „Masz tę bazgraninę, wrzuć ją zaraz w ogień”. Mnie zaś powiedziała, że jej zdaniem z pewnością przed dwudziestym rokiem życia dostanę się do szpitala wariatów. Tego już za wiele! Nawet ostatni rozdział przepadł! — dodała Kasia, na wpół śmiejąc się i na wpół płacząc. — Mam przynajmniej tę pociechę, że nie znalazła czarodziejskiej bajki, gdyż była głębiej wsunięta.
— Teraz zaczynajmy! Panna Hall będzie łaskawa podnieść się — rzekła mistrzyni ceremonii.
Panna Hall zmieszała się, posłyszawszy swe pełne nazwisko, i wstała z rumieńcem na twarzy.
— „Kiedyś, kiedyś dawno temu — czytała Cesia — światło księżyca spoczywało nad komnatami Alhambry, a król chodził niecierpliwie po korytarzu, myśląc, że już nigdy nie nadejdzie”.
— Kto, księżyc? — zapytała Józia.
— Ma się rozumieć, że nie, tylko dama, w której się kochał. Następny wiersz objaśniłby, kto to taki, ale przerwałaś — odparła Cesia. — „Miała na sobie srebrny turban z diamentowym półksiężycem. Gdy się przesuwała po korytarzu, promienie biły jak gwiazdy. »Przyszłaś nareszcie, Zulejko« — »Tak, mój panie«. W tej chwili dał się słyszeć chrzęst stali. Wszedł ojciec Zulejki w pełnej zbroi i wyciągnął miecz, co również uczynił tamten. Po krótkim czasie obaj leżeli nieżywi i sztywni w blasku księżyca. Zulejka wydała głośny krzyk i rzuciła się na ich zwłoki. Ona także umarła! I tak się skończyła Tragedia Alhambry”.
— To ładne — powiedziała Kasia, oddychając głęboko — ale bardzo smutne! Jakie ty piękne historie piszesz, Cesiu! Tylko wolałabym, żebyś nie zabijała zawsze ludzi. Czy król nie mógł zabić ojca? A prawda, Zulejka nie poszłaby wówczas za niego, ale ojciec mógł... cóż to za kłopot! Dlaczego musi ktoś koniecznie być zabity? Dlaczego wszyscy nie rzucili się sobie wzajemnie w ramiona i nie pogodzili się?
— Ależ Kasiu — wykrzyknęła Cesia — to nie byłaby tragedia. Wszakże wiesz, że tytuł był Tragedia w Alhambrze.
— Dobrze, dobrze — powiedziała co prędzej Kasia, bo Cesi usta zaczęły się nadymać, a ładna, różowa twarzyczka zaczerwieniła się, jak gdyby się jej na płacz zbierało. — Może to ładniej, że wszyscy pomarli, tylko twoi panowie i panie zawsze umierają, więc chciałam odmiany.
Następnie Kasia, przejrzawszy swoją notatkę, rzekła:
— Teraz kolej na Pieska, poemat Józi Carr.
Dzieci zachichotały, ale Józia wstała poważnie i wyrecytowała ten oto wiersz40:
Pepito, rozkoszne stworzenie
Spokojne, łagodne, milutkie,
Ma włosy kręcone w pierścienie,
Ma uszki ruchliwe i krótkie;
Ma łapki i długi ogonek,
I głosik dźwięczący jak dzwonek.
Amator bułeczki i mleka,
Wróg dziadów, żab, ptaków i kotów,
Na starych znajomych nie szczeka,
Dla obcych zachrypnąć jest gotów.
Podziela igraszki dziecinne —
Pepito, stworzenie niewinne.
Dziś jednak do zabaw brak chęci;
Figielki Pepity ustały,
Ogonkiem zalotnie nie kręci,
Pochmurny i smutny dzień cały,
Porzucił przymileń tysiące,
Aż wreszcie... zdechł biedak na łące.
Pod dużym, cienistym jaworem
W grób cichy Pepitę złożono,
I co dzień tam chodzą wieczorem,
Łzą roszą darninę zieloną
I mówią z rozpaczą: «o! czemu!
Pepito się objadł spleśniałego kremu!»
Poemat przyjęto gromkimi oklaskami: dzieci śmiały się, krzyczały, klaskały, aż się echo rozchodziło po spichrzu. Józia zachowała jednak poważną minę i usiadła tak spokojnie jak przedtem, tylko z tą różnicą, że się jej tworzyły i znikały dołki w kącikach ust. Dołki te były po części tylko naturalne, a po części — przykro mi to wyznać — sama je sobie co dzień robiła kredą, mając zwyczaj mazać się nią w trakcie lekcji.
Gdy wrzawa ucichła, odezwała się Kasia:
— Teraz następują wiersze z Pisma Świętego, deklamowane przez panny: Elżbietę i Joannę Carr. Podnieś główkę, Elżbietko, i mów wyraźnie. Joasiu, nie możesz przecież chichotać, gdy przyjdzie twoja kolej.
Ale Joasia po tym zaleceniu śmiała się jeszcze bardziej, zatykała sobie usta i patrzyła przez szpary palców. Elżbietka za to z wielką godnością i z uroczystą powagą sędziego zaczęła deklamować:
Za kary grzechu anioł promienisty
Adama z Ewą wygnał z rajskich wrót;
I gdy przez błękit przechodzili czysty,
Na świat, gdzie na nich czekał pracy trud,
Wzrok ich padł z żalem na te rajskie drzewa,
Które liść z kwiatem różnobarwnym krył.
Zapłakał Adam, wtórowała Ewa —
Taki na ziemi pierwszy koncert był.
Henryś parsknął w tym miejscu, lecz poważna Józia wstrzymała go, mówiąc:
— Nie śmiej się, to przecież z Biblii. No Joasiu, teraz twoja kolej.
Ale Joasia zatykała sobie usta i trzęsła ramionkami ze śmiechu. Nareszcie, po wielkich usiłowaniach, uspokoiwszy twarzyczkę, wypowiedziała co następuje, ale z takim pośpiechem, jak gdyby się bała wybuchnąć.
Osioł Balaama, gdy Anioła zoczył41,
Z przestrachu przemówił i na bok odskoczył;
Lecz któż to zjawisko wytłumaczyć zdoła,
Że prorok Balaam nie widział Anioła?
Potem znów zasłoniła twarz paluszkami, a Elżbietka deklamowała dalej:
Eliasz zagłębion w wodne przestrzenie,
Gdy go znagliła potrzeba,
Brał z kruczych dziobów na pożywienie,
Kawały mięsa i chleba.
— Chodź, Joasiu — rzekła Kasia, lecz niepoprawna42 Joasia znowu śmiała się i można z niej było wydobyć tylko następujący wiersz:
Niedźwiedzie z lasu wypadły
I jadły.
Te wiersze stanowiły cząstkę wielkiego projektu, nad którym Józia z Elżbietką pracowały przeszło rok. Był to nowy układ Pisma Świętego dla dzieci, który chciały wydrukować, dać czerwoną okładkę z fotografiami obu autorek i z tytułem: Poetyczna Biblia dla młodzieży.
Gdy przyszła kolej na Henrysia, pozwolono mu wybrać utwór do wygłoszenia, co okazało się niefortunne: miał on bowiem dziwny, raczej ponury gust. Tym razem zadeklamował wesoły hymn, zaczynający się od tych słów:
Słuchajcie z grobów żałosnego głosu.
Wypowiedział to głosem grobowym i dramatycznym, cmokając przy tym ustami:
Książęta, ten proch będzie waszym łożem,
Pomimo waszej wielkości.
Starsze dzieci słuchały z jakąś osłupiałą trwogą. Przyjemnie im było czuć zimne dreszcze na plecach, przysuwały się do siebie coraz bardziej, gdy głuche tony Henrysia odbijały echem w ciemnych kątach spichrza. Jednakże na Filipku zrobiło to zbyt silne wrażenie — przy końcu wiersza cały tonął we łzach.
— Ja tu nie chcę zostać dłużej i słuchać jęków! — wołał, szlochając.
— Ach ty niegodziwy43 chłopcze! — rzekła Kasia, tym bardziej rozgniewana, że jej samej się to podobało. — Widzisz, co narobiły twoje straszne hymny, które nas wszystkich trwożą śmiertelnie, a Filipka pobudzają do płaczu! — dała Henrysiowi szturchańca, ten zaczął szlochać, a ponieważ Filipek jeszcze płakał, Joasia także rozpłynęła się we łzach przez współczucie: jednym słowem zdawało się, że smutny będzie koniec uczty w spichrzu.
— Pójdę powiedzieć ciotce Izie, że was nie kocham — oznajmił Henryś, wsadzając już nogę w dziurę w podłodze.
— Nie pójdziesz — rzekła Kasia, chwytając go za rękę — zostaniesz, bo zaraz rozpocznie się uczta. Filipku, przestań płakać. Joasiu, nie bądź gąską, tylko podaj ciasteczka!
Słowo „uczta” zrobiło wrażenie na umysłach biesiadników. Filipek rozweselił się zaraz, a Henryś przestał się zbierać do wyjścia. Uroczyście postawiono w środku czarną butelkę, a uśmiechnięta już Joasia podała ciasteczka z ząbkowanymi brzeżkami i z kminkiem w środku. Każde dziecko dostało dwie sztuki tych smacznych ciasteczek. Gdy ostatnie zostało zjedzone, Kasia włożyła rękę do kieszeni i wśród głośnych oklasków wyjęła, jako dodatek wieńczący ucztę, siedem długich, ciemnych lasek cynamonu.
— Czy to nie doskonały pomysł? Kucharka była dziś w bardzo dobrym humorze i pozwoliła mi sięgnąć samej do pudła, więc wybrałam najdłuższe laski, jakie tylko były. Cesiu, napij się pierwsza z butelki, bo ty jesteś gościnią.
Okazało się, że tą „doskonałą” rzeczą był ocet rozrobiony wodą. Chociaż się nagrzał, smakował im bardzo, dlatego że pili prosto z butelki i w spichrzu. Zresztą nie nazywali tego napoju octem, ma się rozumieć, że nie! Każde nadało swojej porcji inną nazwę, jak gdyby ta butelka, jak u Signora Blitza, mieściła w sobie dwanaście rzeczy naraz. Józia nazwała napój ten malinowym sokiem, Henryś imbirowym syropem, a romantyczna Cesia miodem — tłumacząc, że o ile jej się zdaje, jest to rzecz bardzo dobra, zrobiona z wosku pszczelego. Gdy ostatnia kropla została wypita i ostatni kawałek cynamonu schrupany, biesiadnicy znowu wrócili do porządku, aby wysłuchać deklamacji Filipka, zawierającej się w tym jednym wierszu:
Maleńkie kropelki wody.
Zajmujący ten poemat powtarzał co niedzielę, o ile mogli zapamiętać. Potem Kasia oznajmiła, że już koniec literackiej części uczty i że się będą bawić w jazdę dyliżansami44. Chociaż z powodu ciasnoty nieraz uderzyli się o dach, tak im było wesoło, że na odgłos dzwonka wzywającego na herbatę, wszyscy wykrzyknęli „Ach Boże!” z największym żalem. Przypuszczam, że ciasteczka i ocet odebrały im apetyt, bo wcale nie byli głodni, a Henryś bardzo zadziwił ciotkę Izę, gdy spoglądając z niesmakiem na stół, rzekł: „Fe, tylko placek ze śliwkami, ciastka parzone i korzenne biszkopty! Nie chcę wcale kolacji”.
— Co temu dziecku? Musi być chore — rzekł pan Carr, ale Kasia mu objaśniła:
— O nie papo! Tylko wyprawiliśmy ucztę w spichrzu.
— Czy dobrze się bawiliście? — spytał ojciec. Ciotka Iza mruknęła coś niechętnie, ale dzieci wszystkie razem odpowiedziały: