Ściana śmiechu

Opracowanie tej książki zostało sfinansowane na pamiątkę Wandy Romualdy Malinowskiej z domu Skłodowskiej, 16/04/1940–23/03/2019.

Zwalczajmy Ligę Antyalkoholową

Nie wolno zwalczać alkoholizmu, bo kartofle mogą zrobić karierę jedynie pod postacią alkoholu. Szary kartofel musi wiedzieć, że ma pewne szanse, aby po najdłuższym, pełnym niewygód życiu dostać się do rafinerii. Jeśli szary kartofel nie będzie miał tej świadomości, znudzi mu się rosnąć na polu i pójdzie się utopić w najbliższej rzece. I to niejeden. Całe pola tak będą robić.

W rezultacie ludzie z głodu poumierają.

Należy zważyć, że ogromny procent kartofli ginie jako zwykły, nieprzetworzony pokarm, jako ordynarne pożywienie, z perspektywą mało pociągającej przyszłości i tylko szczupła garstka kartofli, tylko szczęśliwa cząstka kartoflanego społeczeństwa, elita wybrańców losu może zrzucić z siebie swą kartoflaną, ziemską powłokę i przejść do innego wyższego bytu, odsłonić swego ducha, który jest alkoholem, i trwać w kontemplacji, w rozbutelkowanym niebie.

Naturalnie, przeciwnicy alkoholu powiedzą, że nie chodzi im o kartofle, lecz o ludzi. Być może, że postawią to lekkomyślne twierdzenie.

Wtedy będę zmuszony nazwać ich egoistami.

Bo niby jak?

Kiedy ma się do wyboru kartofel albo człowieka, oni stają po stronie człowieka. Człowieka, który jest przecież silniejszy od kartofla. Przeciw słabszemu!!! I w tym celu zakłada się ligę! I to ma być ładnie! I człowiek z poczuciem etyki może to pochwalić!

Nie, panowie.

Jeszcze są ludzie, którzy nawet w dzisiejszych czasach pięści potrafią ująć się za sprawiedliwością. Pomóc słabszemu. Pocieszyć.

Biedne, małe, bezdomne kartofle!

Wódkę chcą zniszczyć, tę jedyną rzecz, która jest ich dumą.

O! Nie! Ja nie płaczę! To tylko głos mi drży tak jakoś dziwnie. Nie wstydzę się tego wzruszenia. Jest ono męskie. Każdy mężczyzna musi się wzruszyć na widok znęcania się nad czymś tak słabym, tak bardzo wymagającym opieki, jak kartofel.

To jest wzruszenie zdrowe i wara tym, co powiedzą, że ja tylko tak mówię, żeby zdobyć sobie popularność wśród kartofli. Nieprawda. Muszę. I to jest właśnie moja nieskazitelna postawa.

Możliwe, że odtąd ludzie zaczną mną gardzić, a kartofle nigdy nie dowiedzą się o tym, że stanąłem w ich obronie, ale ja nie szukałem osobistych korzyści. Zresztą, być może niedaleka przyszłość okaże jeszcze, do czego są zdolne kartofle.

Muszą się tylko wzajemnie uświadomić.

Muszą zrobić po raz pierwszy takie ludzkie prawdziwe wybory i same się rządzić, a nie żeby jakiś pierwszy lepszy człowiek zasadzał je na jak długo chce, a po tym jeszcze je kopał.

Tak. Walka z alkoholizmem godzi w zdrowy interes kartofli. Dlatego w imię ideału należy wypowiedzieć jej wojnę z otwartą przyłbicą!

W kraju kartofli zwalcza się alkoholizm! A gdzie prawa gościnności? Gdzie poczucie sąsiedztwa?

One rosną obok nas!

Gdzie serce?

Czy panowie z kongresu przeciwalkoholowego wzięli pod uwagę zagadnienie, które tu poruszam?

Czy panowie — na przykład — wiedzą ile my, ludzie, władcy świata, zawdzięczamy kartoflom?

Dla czyjego dobra chcecie tak krzywdzić kartofle?

Dla dobra ludzi?

Ależ porównajcie przeciętny kartofel z przeciętnym człowiekiem.

Czy kartofel pcha się na kartofla i nawet nie powie przepraszam?

Czy kartofel mówi „taka twoja nać”? Nie! One żyją w ciszy. Pęczkami.

Czy kartofel ubiera się jak koczkodan i pyta później: „Powiedz, że dzisiaj jestem dobrze ubrana”?

Nie! Kartofel zdobi się tylko we własną urodę.

Czasem wepnie sobie motylka w swoje zielone włosy.

I to jest wszystko.

O! Gdyby choć jeden członek Ligi Antyalkoholowej zadumał się na chwilę nad kartofliskiem, zrozumiałby całe dostojeństwo kartofli, a nazajutrz zrobiłby wszystko, aby rozwiązać swą szkodliwą instytucję.

Dlatego proponuję założenie ligi, która z całą stanowczością, ofiarnością i samozaparciem, w myśl przytoczonych przeze mnie haseł nazwie się Ligą Zwalczania Ligi Antyalkoholowej. A nazwa ta nie będzie frazesem.

Ja pierwszy zgłaszam do niej swój akces i jako człowiek, i jako kartofel.

W żołądku pijaka

Trzeba raz wreszcie oświetlić kwestię pijaństwa od wewnątrz. Trudne to zadanie biorę na swoje barki. Może je udźwignę.

Królikiem doświadczalnym będzie w tym wypadku pan Teofil Brzyd, który zalał się w pestkę w restauracji „Ararat”. Sam pan Teofil Brzyd nic nas nie obchodzi. Oświetlamy bowiem od wewnątrz. Zbrojni we wszystkie narzędzia konieczne do wnikliwej obserwacji podchodzimy do zagadnienia od strony żołądka.

A było to tak. Smutna sardynka — ta spod pierwszego kieliszka wódki, posprzeczała się z piklingiem1, który pływał w jednym piwie. Była to zażarta kłótnia na temat wyższości Morza Śródziemnego nad Północnym.

Obie osobistości sprzeczały się zajadle, zakłócając zacisze żołądka. Pan Teofil poprawiał się tylko na krześle i pośpiesznie zażądał rachunku. Czuł się widocznie nieswojo.

Tymczasem na pomoc sardynce nadpłynęły koleżanki z tej samej puszki, osaczyły piklinga i zaczęły obrzucać go sałatką z mięsa. Samotny i zbity pikling musiał uciekać. Zdecydował się. Dał nura w piwo i pomknął. Sardynki nie dały za wygraną. Ścigają.

Biedny pan Teofil wstał, wyszedł na próg restauracji. Był nieszczęśliwy, bezradny. Maleństwo.

Zapłakał.

Tymczasem dziwna gonitwa rozpętała się na dobre. Zwinny pikling wyprzedzał sardynki o dwie długości. Sardynki szły w cuglach. Lekko im było. Bez głów tak goniły, jak to zawsze bywa z sardynkami z puszki.

Pikling uciekł.

Szczęśliwy odpoczywał sobie na trotuarze2. Sardynki niebawem go dogoniły. Policjant natomiast nie potrzebował gonić pana Teofila. Podszedł. Wziął go za ręce jak niemowlę, ułożył Brzyda w dorożce i zawiózł do komisariatu.

Sąd grodzki skazał pana Teofila Brzyda za opilstwo.

Precz z pośrednictwem

— Precz z pośrednikami!

— Precz z pośrednikami!

— Droga od źródła do konsumenta powinna być skrócona. Jeszcze raz powtarzam, panowie: Precz z pośrednictwem!

Gruby pan, który aż spurpurowiał od tych okrzyków, powiódł szklanym wzrokiem po obecnych, podniósł do góry pusty kieliszek i trzasnął nim o posadzkę, że aż szkło bryznęło jak woda.

Po czym krzyknął raz jeszcze:

— Precz z pośrednikami!

— Należy skracać tę drogę. — Tu porwał trzy kieliszki ze stołu i znowu trzasnął nimi w posadzkę.

— Kieliszki nie są nam potrzebne — zawołał raz jeszcze, tłukąc kilka kieliszków. — Bo co to jest kieliszek? Pośrednik pomiędzy człowiekiem a butelką!

— Ależ niech pan się tak nie denerwuje! — próbowali uspokoić go towarzysze.

— Ja się denerwuję? Ja się wściekam po prostu! Szału dostaję, jak zobaczę kieliszek. O! O! O! Na każdym stole! Wszędzie! Co krok! Kieliszki! Niepotrzebne naczynia!

Tu porwał pięć dalszych i roztrzaskał je niemiłosiernie.

— Nie potrzeba pośredników. Mogę pić prosto z butelki.

I rzeczywiście:

Mógł z jednej, mógł z drugiej, mógł z trzeciej.

Kelner, zaniepokojony tymi możliwościami, zbliżył się z rachunkiem.

Gruby pan zaczął przyglądać się pozycjom.

— A to za co?

— Za potłuczone szkło.

— Nie płacę.

— Pan szanowny potłukł.

— I owszem.

— Więc kto zapłaci?

— Nie ja, bo to były moje kieliszki. Pan nie wie, co pan na stole stawia, drogi panie.

Kelner był zakłopotany.

— Ależ szanowny pan potłukł.

— Tak, ale zawsze noszę z sobą w palcie dużo kieliszków, bo lubię tłuc szkło po pijanemu, a zasadniczo jestem oszczędny. Tak taniej mi wypada. Rozumie pan? Kalkulacja!

Kelner nie dowierzał.

Gruby pan się obraził. Wezwał policję. Spisano protokół. Okazało się, że kieliszki rzeczywiście należały do oszczędnego hulaki.

Samochód pijaka

Nie będę upierał się przy autentyczności mojej opowieści, jednak inteligentny czytelnik zgodzi się, że przedmioty martwe nabierają cech swoich właścicieli. Co ja zrobię, kiedy rzeczywiście nabierają. Inaczej na przykład wygląda krawat pedanta, a zupełnie inaczej krawat pijaka. Ubranie człowieka roztargnionego — przyznacie — jest zupełnie inne jak ubranie faceta, który lubi rozwiązywać krzyżówki, choćby były wykonane (ubrania) z tego samego materiału i u tego samego krawca.

Ale żeby samochody dziedziczyły skłonność swych właścicieli, to już jest przesada.

Niestety. Z obowiązku po prostu muszę przytoczyć fakt może banalny, ale groźny.

Pod wpływem ogólnego zapału do motoryzacji pewna mieszczańska rodzina (sześć osób w formacie gabinetowym) postanowiła nabyć sobie auto.

Była to solidna, trawożerna rodzina i ponieważ jej głowa — pan domu — chciał uniknąć wydatków na szofera, a sam nie był jeszcze dostatecznie wyrobionym kierowcą, kupili na początek używane auto. Biedacy nic nie wiedzieli, że przedmioty martwe zarażają się skłonnościami swych właścicieli, a jeszcze mniej orientowali się w tym, że poprzedni właściciel samochodu był zdeklarowanym, dobrze znanym w naszym mieście pijakiem.

Kiedy mieli już auto, cała famuła3 uplasowała się w jego wnętrzu. Pan domu zasiadł przy kierownicy.

Pojechano do Braci Jabłkowskich4 po jakieś zakupy.

Wszyscy wysiedli z auta. Udano się po zakupy. Jakież było zdziwienie, kiedy wychodząc ze sklepu, skonstatowano5, że auta nie ma.

Zniknęło.

Rozpoczęto poszukiwania.

Okazało się, że stoi przed najbliższą knajpą. Przed Nową Gospodą6.

Ten niewytłumaczalny fakt bardzo wszystkich zdenerwował. Mieli jednak zakupy. Musieli jechać na ulicę Moniuszki. Wsiedli. Pojechali.

Zostawili auto przed sklepem i znowu, kiedy wyszli po załatwieniu sprawunku, przekonali się, że auta nie ma.

Niepomiernie rozgoryczeni rozpoczęli znów poszukiwania.

Auto stało przed Adrią7.

Więc co właściwie?

Ustawia się z przyzwyczajenia? Okropne!!!

Przekonano się wreszcie, że auto zostawiane gdziekolwiek, zawsze stawało przed najbliższą knajpą. Postanowiono jechać do Colombiny8. Żeby nie uciekło.

Ustawiono je przed owym dancingiem i wszyscy weszli do środka, ufni, że tym razem kiedy wyjdą, zastaną je na tym samym miejscu.

Jakież było zdziwienie, gdy opuszczając lokal, nie zastano samochodu tam, gdzie go pozostawiono.

Niestety. Auto stało, owszem, ale przed najbliższym komisariatem.

Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, że nie wolno kupować maszyn u pijaków.

Dziwny fach

Wszystko, proszę wysokiego sądu, było tak: ja jestem fachowiec od noszenia transparentów z napisami, z afiszami. Plakat na deseczkę się przybija, deseczkę na kiju się umieści i ja to wszystko noszę po ulicy, ale chlebodawca nie ma nijakiej pewności, czy gdzie po bramie nie odpoczywam. Znakiem tego w kilku barach kredyt mi otwiera czasowy i ponktualny.

— Jak to „ponktualny”?

— Ano, kredyt ponktualny, to jest taki, że jak ponkt o jakiejś godzinie przyjdę do baru Pod Setkę9, to mi jedną większą na szczot10 chlebodawcy wolno wypić. Jedne takie knajpę mi wyznaczyli na Placu Teatralnym, drugom naprzeciwko dworca, a trzecią na Nowem Świecie. Co godzina z wybiciem zegara mam prawo wypić jedne czystą, na Teatralnym. Trzydzieści minut potem, czyli jak pół godziny bije, mam prawo wypić naprzeciwko dworca, a w tej trzeciej knajpie to wolno pić dopiero, jak do następnej godziny brakuje kwandransa.

— No, dobrze, ale może pan przy tym systemie pić tylko w jedinej knajpie co godzinę i wcale nie chodzić z transparentem.

— E... nie. Pracowity jestem człowiek. Nie ma obawy, żebym opuścił którą kolejkę. Dziesięć lat pracuję w tym fachu. Nawet tak się do tego przyzwyczaiłem, że jak czasem bez pracy jestem, to przez cały dzień od baru do baru chodzę i piję po jednym kieliszku w każdej knajpie. Muszę także dodać, że nie umiem pić w knajpie, która nie znajduje się na rogu ruchliwej ulicy. Bo ja piję pod dzwonki. Czyli jak jest dzwonek, żeby jedna strona jezdni jechała11, to ja piję i już żadnej innej zakąski nie potrzebuję.

— Niech oskarżony się streszcza.

— Wychodzę ja z tego baru i patrzę, a tu przede mną inny z afiszem dyguje12. „Odsuń się, konkurencjo — powiadam — bo nie możemy tak jeden za drugim iść, a ja pod Setkę muszę zdążyć”. A on na to powiada, że także samo pod Setkę idzie i też ma afisz kinowy, tylko innego kina. „Ta sama branża jesteśmy, to chodźmy się razem napić”. Wypiliśmy najpierw te kazionne13 wódki, a po tym częstowaliśmy się sami, aż wieczór się zrobił, więc poszliśmy każdy do swojego kina. Przychodzę, a mój chlebodawca, od bydlaków mi nawymyślał i dniówki nie chciał zapłacić. Więc obiłem go transparentem i dopiero wtedy zauważyłem, żeśmy w knajpie pomylili się z kolegą i każden nie swoją reklamę nosił. Jego też wyrzucili za to z tamtego kina.

Pan Zygmunt Wańtuch został skazany za obicie w stanie nietrzeźwym właściciela podmiejskiego kina.

Tulipan

Pan Marian Kokilka mieszkał w jednym z podwarszawskich pensjonatów i bardzo sobie chwalił takie letnisko. Po polach chodzisz, opalasz się, a jak deszcz zacznie padać, w tramwaj wsiądziesz i za dwadzieścia minut już jesteś u Kleszcza14 lub w Kokosie15, jednym słowem w sercu Warszawy.

Ale życie w pensjonatach ma także swoje wady. Bo to, proszę państwa, obcych się nazjeżdża, obserwują człowieka i zaraz tak obgadają, że suchej nitki na nim nie zostawią. Czasem nie można wytrzymać. Zawziętość i wzajemna nienawiść pensjonariuszy dochodzi pod koniec wakacji do takiego natężenia, że i procesy na tym tle wybuchają, jak to miało miejsce z panem Kokilką.

Bo trzeba państwu wiedzieć, że pensjonat Wanda to nie była żadna knajpa, gdzie jest i „dla pań”, i „dla panów”. Nie! Tam było jak w każdym porządnym domu, to znaczy na końcu drugiego przedpokoju skromnie, cichuteńko i wstydliwie stał sobie jeden jedyny taki pokoiczek — szafa właściwie.

Pan Kokilka już był się do snu przykładnie ułożył16 w długiej, białej, nocnej koszuli, kiedy to pokoik ów uporczywie zaczął mu się przypominać. Wstał, włożył nocne pantofle i wyjrzał przez drzwi, żeby się upewnić, czy w jadalnej sali, przez którą należało przejść, nie ma przypadkiem pań. Nie było nikogo.

Więc poszedł.

Niestety, kiedy zamierzał wrócić, okazało się, że kilka pań szczebiotało w jadalnym. Pan Kokilka, zachowując wszystkie środki ostrożności, wycofał się dyplomatycznie z powrotem do cichuteńkiego i wstydliwego pokoiczku. Czas płynął. Chłodne są wrześniowe noce, a ów pokoiczek miał naturalną wentylację, sprytnie uzyskaną przy pomocy wybicia wszystkich szyb. Pan Kokilka naprawdę chciał już przejść do swojego pokoju. Niestety. Panie nadal ujadały w jadalnym. Wiadomo: zejdą się, o sukniach gadają. Wyjrzał znowu. Było gorzej: usiadły teraz do brydża. Właśnie zaczynały licytację.

Teraz zrozumiał, że jeśli nie chce nocować w pokoiczku, musi przedostać się za wszelką cenę przez zaokupowany pokój. Spojrzał na swój strój i żałośnie westchnął. Długa, biała, nocna koszula! Ręce opadły mu z rozpaczy. Potem podniósł je wraz z koszulą, wymierzył wzrokiem kierunek na drzwi, owinął głowę w biały całun i będąc pewnym swego incognito, szybkim krokiem wszedł między stateczne białogłowy. Nagi był to mężczyzna, a zamiast głowy niósł tulipan, czy turban, który czynił go niepoznawalnym.

Krzyk zrobił się wielki. Panie rozfrunęły się od brydżowego stolika. Ale pan Kokilka już był w przedpokoju i stamtąd przedostał się niepostrzeżony do swego pokoju, gdzie zasnął kamiennym snem ludzi o kamiennym sercu.

Nazajutrz, przy wspólnym śniadaniu, wyczuł z przykrością, że wszystkie oczy zwrócone są na niego. Panie, które wczoraj grały w brydża, nie przywitały się z nim nawet. Nie rozumiał. Przecież wczoraj ukrył twarz, zawinął ją starannie. Wieczorem właściciel pensjonatu wyrzucił go, motywując, że wszyscy uzależniają swój dalszy pobyt w Wandzie od najszybszego wyjazdu pana Kokilki. Dowiedział się także, że panie wniosą nań skargę do sądu.

— Pan się jeszcze dziwi. Bezwstydnie paradował pan wczoraj goły po jadalnym pokoju z głową okręconą nocną koszulą...

— A skąd pan wie, że to ja?...

— Jak to! Przecież tylko pan jest rudy w naszym pensjonacie.

Tak! O tym pan Kokilka nie pomyślał i teraz sąd grodzki skazał go na miesiąc aresztu z zawieszeniem na dwa lata.

Zegary ziewają

Właśnie w tej samej chwili trzasnęło trzysta drzwi w trzystu warszawskich mieszkaniach. Trzysta żon z oburzeniem zrugało trzysta służących, a trzystu mężów usiłowało zagłębić się w przerwanej lekturze gazety.

Trzysta, a może więcej?

Mieszczanie kłócą się codziennie, jednak zasadnicze rozmowy mają zwykle miejsce w soboty wieczorem i w niedziele. Kołtun ma na jeden dzień w tygodniu zdjętą z szyi obrożę. Kołtun w święta ziewa, kwaśnieje i bardzo łatwo może się zirytować.

Wiadomo, że ziewanie jest niekosztowne. Nie ma w tym wysiłku fizycznego ani umysłowego. Ziewaj, a oszczędzasz, ziewaj, a świat wyda ci się błahy. Ziewaj, a nie będzie ci się chciało wyjść z domu czy zabrać się do rzeczowej lektury. Ziewaj, bo ziewając, nie będziesz potrzebował myśleć.

No... co? Spróbowaliście?

Błogo?

Prawda?

Kiedy naziewałeś się dostatecznie, możesz śmiało zabrać się do lektury kryminalnej powieści. Po tym dojdziesz do wniosku, że nie warto iść do teatru. Następnie wcześniej położysz się spać. I oto nie masz żadnych wydatków i jeszcze zaoszczędziłeś troszkę zdrowia. Wypocząłeś.

Życia nie oblicza się przecież na ilość dokonań ani przeżyć. Życie to tylko ilość kartek zerwanych z kalendarza. Niejeden człowiek aż do śmierci nie wie, że nie żył nigdy, a całe życie przeczekiwał obok swego istnienia.

Właśnie owe tłumy bezwolnych kibiców życiowych w niedzielę wysypują się na miasto i leniwie trawią świąteczny dzień.

W dusznych kawiarniach, jak w oborach, siedzą milczący. Odczekują nowy kawałek istnienia. Mąż przegląda ilustracje. Żona gapi się na ciastka przy sąsiednim stoliku. A może na rulon serwetek? Może na łyżeczkę od kawy?

On ziewa i „dyskretnie” zasłania dłonią usta Wtedy jej źle ukarminowane wargi skrzywia grymas, który zostaje opanowany. Połknęła swoje ziewnięcie.

Ba! Zgodne, dobrane małżeństwo.

On ziewa znowu.

Ona powtarza to samo...

Niedziela mija.

Wskazówki zegarów trawią czas systematycznie. Inaczej robią to gorejące serca. Zegarom nie śpieszy się donikąd. Przecież one nie żyją. Trwają bezdusznie. Idiotycznie.

Zegary ziewają także.

Trzysta drzwi trzasnęło w trzystu mieszczańskich mieszkaniach. Ci nie poszli do kawiarni, kin, ani nawet do cyrku. Zachmurzyły się bowiem ich rodzinne sufity.

Nie będą się bili. Nie błyśnie nóż i nie wypali rewolwer. Nie będzie policji ni „szkandalu na całą dzielnicę”. Zwymyślają się tylko, skłócą, wywrzeszczą i zasną obok siebie nadąsani w małżeńskich wspólnych łożach.

Świat idzie naprzód

Mamy rok 1838.

Dyliżans. Żółty dyliżans. Cztery rącze konie. Stangret w zielonej liberii i w brązowym cylindrze. Obok niego strzelec z krętą trąbką, którą wylotem opiera o kolano.

Drogę z Warszawy do Krakowa odbywa się długo. „Poczta” stale zatrzymuje się przed zajazdami. Zmienia się konie. Potem znowu trzaskanie z batów i jedziemy dalej. Czasem koło ugrzęźnie w błocie po osie, czasem znowu dyliżans toczy się wartko po brukach miasteczek.

Podróżni rozpakowują paczki z prowiantem. Jedzą. Zimne kurczęta. Jajka na twardo. Chleb z masłem. Cel podróży daleki. Konie jadą wolno. W gospodach przydrożnych jest drogo i na pewno mają nieświeże produkty.

Minęło pięćdziesiąt lat.

Rok 1888.

Dziwaczna lokomotywa stoi już pod parą. We wszystkich wagonach są otwarte drzwi do wszystkich przedziałów. Na peronie tłum odprowadzających. Kwiaty. Łzy. Powiewania chusteczkami.

Rozlega się pierwszy dzwonek.

Kościelne skupienie, a potem spazmatyczna ruchliwość.

— Wsiadajcie, bo będzie nieszczęście.

Szybkie pożegnania. Okrzyki. Drzwi się zatrzaskują.

Drugi dzwon.

Publiczność cofa się od pociągu. Lokomotywa wydaje przenikliwy gwizd.

Odjeżdżający tłoczą się przy oknach.

Trzecie trzykrotne uderzenie dzwonu...

Pociąg szarpie nagle i rusza. Lokomotywa astmatycznie wypluwa kłęby dymu.

Na peronie zabieliły się chusteczki pożegnania.

Tymczasem podróżni zajęli wygodne miejsca i rozpakowują paczki z prowiantem. Jedzą. Zimne kurczęta. Jajka na twardo. Chleb z masłem. Cel podróży daleki. Wszyscy zaopatrzyli się w coś na drogę. Pociąg leci prędko. Połyka kilometry jak czekoladki.

Mija pięćdziesiąt lat.

Mamy rok 1938.

Ludzie kupują bilety i zajmują miejsca w pociągu na parę chwil przed odjazdem.

Gwizdek.

Pociąg rusza bezszelestnie.

Jeszcze kilka osób wskoczyło na stopnie. Jakieś drzwi trzasnęły w biegu.

W przedziale trzeciej klasy wszystkie miejsca są zajęte, ludzie czytają gazety. Palą. Otyła jejmość kręci się niespokojnie, wreszcie wyjmuje z walizki paczkę i rozwija ją, z przetłuszczonego papieru wyłaniają się zimne kurczęta. Jajka na twardo. Chleb z masłem. Jejmość od pierwszego kilometra zabiera się do jedzenia. Jakiś tłusty kawałek zimnego mięsa poplamił ubranie sąsiada. Robi się awantura, na stacji zostaje spisany protokół.

Pociąg mknie dalej. Za parę godzin będzie w Krakowie.

Mija pięćdziesiąt lat.

Rok 1988.

Na lotnisku tłok. Samolot Warszawa–Kraków odchodzi za minutę i trzydzieści sekund. Podróżni zaczynają zajmować miejsca.

Samolot rusza.

Podróżni zakładają na uszy słuchawki radiowe.

Za godzinę będą w Krakowie.

Ledwie znaleźli się w powietrzu, jakiś pan sięga po paczkę, leżącą na siatce. Rozwija przetłuszczone arkusze, z których wyłaniają się zimne kurczęta, jajka na twardo, chleb z masłem.

Zabiera się do jedzenia.

Nim skończy, będzie u celu podróży, ale widać ma w sobie zakorzenioną epokę dyliżansu.

Fale zdenerwowania

Istnieją fale dotąd nieodkryte. Fale zdenerwowania. Czekają na genialnego wynalazcę, który wyjawi je światu. Jedno jest pewne: zdenerwowanie narasta. Tak: narasta! Służę przykładem.

W miły, letni dzień siadamy sobie przy telefonie. Książka telefoniczna — lektura, którą gorąco polecam melancholikom — dostarczy nam odpowiedniego materiału. Wyszukamy w niej i wypiszemy sobie na karteczce wszystkie numery telefonów, znajdujących się w jednej kamienicy, na przykład przy ulicy Koszykowej 70.

Po dokonaniu swej czynności przygotowawczej zdejmujemy słuchawkę z widełek i łączymy się kolejno z wszystkimi numerami, zadając jednakowo uprzejmym i miłym głosem jedno i to samo pytanie:

— Czy zastałem pana Kopytkiewicza?

Przy pierwszych kilku rozmowach otrzymamy grzeczną odpowiedź, że „tu żaden pan Kopytkiewicz nie mieszka”. Ale w całej kamienicy zaczynają już drgać niewidzialne fale. Przy następnych telefonach zamiast odpowiedzi otrzymamy szereg szybkich pytań: „A z jakim numerem pan chce mówić? Dlaczego pan nieuważnie się łączy?” — oraz rzucą nam radę, żebyśmy nauczyli się telefonować.

Jeśli w takim domu jest wiele mieszkań z telefonami, pod koniec tego doświadczenia ze słuchawki poleje się na nas nieprzerwany strumień obelg.

— Wypchaj się pan. Myli się wariat. Stuknij się słuchawką w czoło, a potem szukaj Kopytkiewicza.

Nie należy jednak robić podobnych doświadczeń w nocy ani wczesnym rankiem. Wtedy bowiem obraz narastania zdenerwowania staje się zbyt jaskrawy.

Nic więc dziwnego, że pan inżynier Z. zbudzony o drugiej w nocy uporczywie dzwoniącym telefonem, kiedy zdecydował się wreszcie podejść do aparatu, nie był nastrojony do pomyłek i uprzejmych wyjaśnień.

— Czy zastałem Miecia Kopytkiewicza? — spytał uprzejmy głosik w słuchawce.

— Bydlę! Pomyłki w nocy wyprawia! Powieś się pan razem z Kopytkiewiczem. — Tu pan inżynier Z. mógł rzucić słuchawkę, ale skamieniał.

Odpowiedziano obelgą na obelgi. Obaj panowie zaczęli się licytować w bombardowaniu wyzwiskami. Doszło do tego, że inżynier Z. przeprosił rozmówcę na chwileczkę, przysunął sobie fotel, usiadł (bo już dłużej nie mógł stać) i kłótnia zamieniła się w długotrwałą wojnę. Po godzinie obaj panowie wyczerpani duchowo i fizycznie już ochrypłym szeptem wymienili swoje adresy i nazwiska i nazajutrz podali się wzajemnie do sądu.

Prezenty

W tę sobotę mieliśmy Marii. W kwiaciarniach i w sklepach z czekoladkami panował ruch większy niż zwykle.

Wiadomo: prezenty.

Ponieważ prawie wszyscy robią prezenty swoim bliskim, chciałem tu ostrzec was po przyjacielsku, moi mili państwo, bo czasem przez prezenty dzieją się rzeczy straszne, od których włosy stają na głowie.

Katastrofa po prostu.

Tak było ze mną.

Mam spokojnego, sympatycznego przyjaciela Janusza, któremu pewnego roku postanowiłem ofiarować jakiś prezent na imieniny.

Kupiłem mu wieczne pióro.

Janusz zdziwił się bardzo. Mile zaskoczony, podziękował mi, a w jego duszy wykwitła niewinna myśl, żeby przy najbliższej okazji odwzajemnić się z nawiązką.

I rzeczywiście. Na Boże Narodzenie otrzymałem od niego srebrną papierośnicę.

Rozczulony darem, wycałowałem go serdecznie i poprzysiągłem sobie, że okażę się godnym takiego przyjaciela i przy najbliższej sposobności zrewanżuję mu się z naddatkiem. Pragnienie to, kiedy nadeszła okazja, wzrosło do rozmiarów pięknego kryształowego wazonu...

Nie był drogi. Kupowałem go jednak już bez zbytniego uśmiechu.

Janusz zachwycił się prezentem, ustawił go sobie na fortepianie i na najbliższe moje imieniny ofiarował mi serwis z saskiej porcelany...

Zrazu niewinna forma zaczęła obecnie przybierać groźne kontury. W moim kredensie stoi wspaniały serwis, w kieszeni mam śliczną papierośnicę, przyjaciel tymczasem otrzymał ode mnie jedynie wieczne pióro,które na pewno już dawno zgubił, i ów wazon, rzecz kruchą i przez kuchty do sprzątania chętnie parcelowaną.

Czaję się więc, czatuję po prostu na najbliższą okazję. O! Nie okażę się niewdzięcznikiem... O! nie dam się zdystansować... Odkładam codziennie... Drobne sumy... Przez rok... Wreszcie kupuję mu na urodziny prezent wspaniały:

Obraz Fałata17.

Janusz po rozpakowaniu przesyłki blednie... Niby dziękuje, ale w gruncie rzeczy nienawidzi mnie, bo musi teraz oszczędzać, żeby się pokazać... Mijają dni... Nadarza się wreszcie okazja... Otrzymuję od niego samochód...

Czuję się zrujnowanym, ale nie daję za wygraną i żyję tylko jedną myślą:

— Zemścić się na nim!

Toteż nic dziwnego, że w dzień imienin Janusza zjawiają się u niego w przedpokoju jacyś ludzie o wyglądzie wilków morskich i meldują, że prezent stoi na podwórzu...

Pobladły Janusz wychodzi, patrzy, przeciera oczy:

Tak. Jacht motorowy z całym urządzeniem. Wielki, na pół podwórka...

Wtedy on we mnie parostatkiem, a ja mu na to kupuję pałac...

Wreszcie obaj nie mamy pieniędzy, jesteśmy zrujnowani, nie znosimy się, zaczynamy ukradkiem sprzedawać nasze prezenty za psie pieniądze.

Czy nie lepiej wcale nie dawać sobie prezentów?

...Można wtedy pozostać przyjaciółmi...

Straszny złodziej

Nie wiedziałem, jak postąpić z owym moim znajomym. Nie wiadomo nawet, gdzie go poznałem. Jedno tylko między nami powtarzało się niezmiennie. Kiedykolwiek mnie spotykał, podchodził i witał się z oznakami wielkiej uprzejmości.

— Co słychać u pana?

Teraz, nie czekając na odpowiedź, zwykł rzucać drugie pytanie:

— W którą stronę mistrz idzie?

— W tamtą — pokazywałem, sądząc, że mu nie będzie odpowiadać, ponieważ właśnie stamtąd nadszedł.

— A ja w przeciwną.

— To bardzo szkoda.

— Niech pan się nie martwi. Mam nieco czasu i odprowadzę pana.

Chcąc nie chcąc, musiałem iść w lekkomyślnie wskazanym kierunku, przeklinając z cicha. Przecież wystarczy dać facetowi w mordę, a na pewno da mi spokój na najbliższe kilka tygodni.

— Co pan pisze teraz?

— Takie tam różne...

— Często bywa pan w teatrze? Ja bowiem przekładam kino nad wszystko. Czasem robię wyjątek dla cyrku.

— To ciekawe. — Ocieram pot z czoła.

Skręcam w czwartą ulicę, nie wiem, dokąd dążę. Idziemy jak przyjaciele.

Wreszcie wchodzę do jakiejś bramy, szczęśliwie pożegnawszy natręta, długo czekam na schodach, wychodzę z powrotem z niedowierzaniem. Czasem mam szczęście i nie napataczam się na niego na najbliższej ulicy.

Nazajutrz spotykam go znowu:

— Co słychać u pana? Wczoraj tak miło się rozmawiało. W którą stronę pan idzie?

— A ja do tego domu naprzeciwko — odrzucam bez zająknięcia.

— Na długo?

— Nie. W każdym razie jednak zabawię z pół godziny.

— Zaczekam na pana.

Zrezygnowany udaję się do owej bramy, choć nie mieszka w niej żadna z moich palących spraw. Wchodzę na schody i czekam z tą świadomością, że po wyjściu natknę się na ugrzecznionego natręta. Minuty snują się wolno. Po upiornym kwadransie wychodzę siwiuteńki i złamany.

— No, pośpieszył się pan. Trwało zaledwie chwilę. Teraz sobie pogadamy.

— Niestety, muszę zajść jeszcze do tego domu — pokazuję na najbliższą kamienicę.

— Czy do Pitulińskich? Oni tu mieszkają.

— Tak — mówię na odczepnego — do Pitulińskich. Ale posiedzę u nich z godzinę.

— Nie będę czekał — mówi z entuzjazmem (z trudem powstrzymuję się od westchnienia ulgi). — Nie będę czekał, bo to moi świetni znajomi. Wstąpimy razem.

Ogarnia mnie przerażenie. Przecież ich wcale nie znam. Co to będzie? Wyrzucą! Kompromitacja.

Jesteśmy tuż koło bramy. Z opresji ratuje mnie przechodzący policjant.

— Niech pan aresztuje tego pana — wołam doń, wskazując na mego towarzysza. — Ten pan mnie okrada. Systematycznie. Codziennie.

— Zabiera panu pieniądze?

— Nie. Zabiera mi czas.

Tramwaj-widmo

Dziwny to był tramwaj. Tramwaj-widmo. Do siódmej wieczorem wąsaty i miły anioł pojazdu, pan konduktor Adam Graal, pełnił dość monotonnie swoje posłannictwo i poziewając, rozmyślał, że nudno, smutno i nic się właściwie nie dzieje.

Ale zgodnie z tym, co mówiły gwiazdy na dzień dzisiejszy, parę minut po siódmej zaczęło narastać zdenerwowanie. Jakieś niewidzialne fale zawładnęły jadącym spokojnie tramwajem. Zaczęło się od drobnego faktu. Po prostu nie było miejsca, a na przystanku wsiadła starsza pani. Starsza pani rozglądała się teraz z oburzeniem, akcentując, że doskonale widzi, iż żaden z mężczyzn na nią nie patrzy, żeby czasem nie być zmuszonym do ustąpienia swego miejsca.

Starsza pani wydęła wzgardliwie swe jaskrawo pomalowane wargi i potrząsnęła parokrotnie pękiem włosów świeżo utlenionych i tak płowych, że można było od nich zapalić papierosa.

Aby zawstydzić pasażerów, jedna z młodych pań ustąpiła jej miejsca.

Starsza pani, pełna sztucznych wdzięków i wrodzonych pretensyj, usiadła z ulgą, lecz zamiast podziękować, wyraziła się głośno:

— Phi... Lubię, jak pod pozorem grzeczności chce się uchodzić za młodszą.

— To dlaczego przyjęła pani moją grzeczność? Mogła pani raczej nie siadać...

— Ale chciałam nauczyć panią prawdziwego... wychowania.

Potem już były inne sprawki. Jeszcze drobne, ale już pan Adam Graal wiedział doskonale, że zdenerwowanie narasta i niebawem zdarzy się jakaś dobra historyjka z protokołem i zatrzymaniem tramwaju.

Ktoś zapalił (w pierwszym wagonie), ktoś chciał mu wkręcić fałszywą złotówkę i oto do tramwaju wsiadł pan w meloniku z pieskiem i z mandoliną.

— Proszę dla mnie i dla pieska po bilecie, a mandolina za darmo.

— Nie dam panu biletu, bo pies zanieczyszcza...

— Ale nie tramwaj, tylko mandolinę. Pies, panie, to nie człowiek. Rozumu nie ma, a jeśli przecieka, to nie jego wina. „Titanic”, panie, też przeciekał, a cóż dopiero taki mały kondel18.

Ponieważ klient nie chciał opuścić tramwaju, pomimo protestów konduktora i publiczności, która zaczęła otwierać parasole, wezwano posterunkowego. Sąd grodzki skazał właściciela psa i mandoliny, pana Euzebiusza Kalkę na 20 złotych grzywny.

Czyżyk fruwał w autobusie

— Czy oskarżony przyznaje się do winy?

— Nie.

— Jak więc wygląda sprawa w autobusie? Oskarżono pana o to, że pan zdarł parasolem dwóm paniom kapelusze z głowy, wszedł na melonik jednego z pasażerów, po czym uderzył trzykrotnie w twarz powoda.

— Nie. Nie przyznaję się do żadnej winy. Wszystko jest względne. Mój znajomy odbył egzotyczną podróż do Liberii. Kiedy zapytał, co jest najciekawszego do obejrzenia, powiedziano mu, że miejscowy ogród zoologiczny. Udał się więc tam natychmiast, proszę wysokiego sądu. Rzeczywiście: frekwencja szalona. Tłumy murzynów przy kasach, tłumy na ścieżkach ogrodu, tłumy przed klatkami. Z trudem się docisnął. I co zobaczył?

W klatkach budzących podziw i głośne pomruki niedowierzania autochtonów19 znajdowały się trzy kury, kogut, krowa, a największą sensację budził zwykły zając europejski.

Był oburzony.

— Dlaczego nie trzymacie hipopotamów, krokodyli, papug? — pytał ze zdziwieniem.

— A po co? Przecież to każdy z nas spotyka co kroku.

Podobnie było ze mną. Kapelusze zdarłem. W mordę dałem trzy razy, ale wszystko jest względne.

Proszę wysokiego sądu. Wchodzę do autobusu. Naprzeciwko mnie siada pan z dwiema paczkami i czyżykiem w klatce i zwraca się do mnie jak najuprzejmiej, żebym je potrzymał, bo on nie może wyjąć z kieszeni portmonetki. Jestem uczynny. Wziąłem paczki. Klatkę. Oglądam ptaszka. Czyżyk.

Tymczasem ten pan dawno wyjął portmonetkę, zdążył nawet kupić bilet, a nie kwapił się z odebraniem paczki, tylko jeszcze gazetę z kieszeni wydobył i zabiera się do czytania depesz.

— Pardon — powiadam — pan zapomniał, że ja pańskie paczki trzymam.

— Nie zapomniałem — mówi — tylko interesuję się sytuacją na Dalekim Wschodzie. Pozwoli pan, że doczytam i zaraz odbiorę.

— Niestety — mówię uprzejmie — uważam to za bezczelność z pańskiej strony. Proszę wziąć paczki.

— Jest pan źle wychowany — powiada mi na to, a mnie już wtedy poniosło i trzask mu paczkami i klatką w gazetę.

Widocznie ptaszek nie był starannie zamknięty, bo zaraz frrrrr... i fruwa po autobusie.

Pasażerowie zaczęli go łowić w meloniki i w parasole, ale ptaszek o szyby się tłucze i nikt go złapać nie może. Mnie tymczasem przykro się zrobiło, że tak porywczo postąpiłem. Zacząłem gonić ptaszka i rzeczywiście dwa kapelusze zrzuciłem, wszedłem na czyjś już uprzednio zgubiony melonik, po czym zamachnąłem się, żeby złowić ptaszka w dłonie i trafiłem w twarz tego pana.

— Trzy razy.

— Liczba się zgadza, ale nie chciałem go spoliczkować.

Sąd nie dał wiary temu oświadczeniu i skazał pozwanego na 50 zł grzywny. Po dwadzieścia pięć za policzek, licząc trzecie uderzenie za darmo, bo to już mogło być tylko przyzwyczajenie...

Marzenia

Kto z nas nie oddawał się marzeniom?

Pod zamkniętymi powiekami słodki snuje się film fantazji. Małe dziecko śni o dowodzeniu armią ołowianych żołnierzyków, brzydka kobieta marzy o gwiazdach, motylach i miłości, starzec spala się w pocałunkach. Ale chwileczkę. Mam wrażenie, że i marzenie można posegregować, poszufladkować i podzielić na kartoteki. Według wieku marzącego.

Jako pięcioletni chłopiec marzyłem w ten sposób:

Cesarz (w najgorszym razie król) jedzie na rowerze po pustej szosie. Nagle rower się łamie i cesarz siada w rowie. Jest bezbronny. Płacze. Ja idę ścieżyną. Spostrzegam cesarza. Nie daję mu poznać, że go rozpoznałem. Podchodzę. Reperuję rower. Cesarz wsiada i jedzie ze śmiechem.

Wracam do domu, a tu już w moim białym, dziecinnym pokoiku stoi trzech generałów z długimi brodami i każdy z nich trzyma kosz zabawek.

— To od króla.

Jako dziesięcioletni chłopiec marzyłem już inaczej:

Idę z flowerem20 podczas wojny i poluję na wróble. Nasza kawaleria szarżuje na tanki21 nieprzyjacielskie. Kim jest nieprzyjaciel, marzenie nie ustala. Szarżuje i nic nie może zrobić tym żelaznym bestiom. Ja tymczasem wchodzę na najwyższe drzewo i strzelam z floweru. Małe flowerowe kulki przedostają się przez szczeliny obserwacyjne w czołgach i wybijają obsługę. Wszystkie tanki są unieruchomione. Dowódca naszej kawalerii częstuje mnie czekoladą i prowadzi do naczelnego wodza, który wręcza mi szablę, motocykl i order. Jestem szczęśliwy.

Kiedy miałem piętnaście lat, moje marzenia przybrały czysto prywatny charakter. Dużo w nich było karminowych warg, błękitnych spojrzeń, spotkań przy strumieniach, a wszystkie te obrazy wiązały się z sylwetką pewnej pensjonarki, którą spotykałem codziennie, idąc do szkoły. Naturalnie chodziło o to, żeby ją tramwaj przejechał. Nadjeżdża tramwaj, już, już będzie miał ją pochłonąć, a wtedy ja się rzucę, wyciągnę ją spod kół i wtedy... Ba! Wtedy!

Jako dwudziestoletni młodzieniec, proszę wysokiego sądu, marzyłem o karierze sportowej.