Ludzie żywi
Przybyszewski
Blaski i nędze mowy polskiej
Umarł Stanisław Przybyszewski. Smutek, jaki towarzyszy każdej takiej śmierci, tym razem inne jeszcze ma zabarwienie. Raz dlatego, że w chwili zgonu ten niestary człowiek od dawna był cieniem samego siebie; żył w próżni; mówił — o ile się jeszcze odzywał — w pustkę. I jeszcze z drugiego powodu. Zazwyczaj, kiedy umiera wielki pisarz, umiera człowiek, żyje jego dzieło. Gdzie jest dzieło Przybyszewskiego? Linia jego twórczości jakże nierówną idzie koleją. Całe pierwsze bogactwo swej duszy zaklął zrazu w cudzej mowie; błysnął jak meteor w obcym piśmiennictwie i zniknął zeń. Powrócił do kraju. Stał się sztandarem walk. Wpływ jego osobisty był niemal większy niż wpływ jego utworów. Był zjawiskiem więcej jeszcze życiowym niż literackim. Potem wstrząsnął scenę polską swymi utworami scenicznymi, których dziś żaden teatr nie ma odwagi wznowić, tak wytlały jest ich ogień. Potem zaczął pisać powieści! I te, niestety, są dziś jedyne na placu. Wszystko znikło, to zostało. Mało kto zna dziś poetę, którego rapsody są rzadkością antykwarską; niebawem zapomną może o pisarzu scenicznym: zostaną skrzętnie a niechlujnie przedrukowywane powieści — powieścidła — te niezbyt godne odpadki jego twórczości. I mimo wszystkich żarów, jakimi rozgorączkował naszą mowę, nie zostawił może polskiego dzieła, w którym by dał swoją pełną miarę.
Bo oto wystarczy okiem rzucić bodaj na wspomnienia pośmiertne, aby spostrzec dziwne rozbieżności. Przybyszewski, mistrz formy, Przybyszewski, władca mowy polskiej — to najpotoczniejsze tytuły glorii pisarza, nawet dla tych, którzy walczyli z jego treścią. A oto czytajmy numer pamiątkowy1: tu ktoś otrząsa się na wspomnienie „częstokroć niechlujnego języka autora Synów ziemi; tam znów drugi dobry pisarz mówi wręcz o jednej z książek Przybyszewskiego (Il regno doloroso): „Przerażać może tylko styl i język. Wygląda to chwilami jak liche tłumaczenie, pełne złej ortografii i błędów gramatycznych. Metafory są rozpaczliwe, dialogi jak z zeszytowych powieści. Okropność”.
Jak pojąć te bluźnierstwa, jak pogodzić te sprzeczności? Spróbujmy. Spróbujmy znaleźć klucz do sekretów tego, co jest najistotniejszą cząstką każdego pisarza, do języka Przybyszewskiego, a może ten klucz otworzy nam i niektóre inne zakamarki jego udręczonej duszy.
Przybyszewski był fenomenem. Młody chłopak, rzucony na obcą ziemię, zaczyna pisać w obcym języku, staje się w nim mistrzem, zdobywa w nim sławę, osiąga pełnię rozwoju, daje wszystkie swoje zasadnicze nuty. Bo są w jego niemieckiej twórczości i owe wspaniałe krytyczne studia-poematy, i jego filozofia, i poezja, i powieść, i teatr. Jest już cały. Można powiedzieć, wbrew temu, co on sam chciał mniemać o swej twórczości, że do tego, co stworzył w pierwszych kilku latach, przydał w następnych trzydziestu bardzo niewiele. Zjeżdża do kraju, przetwarza swoje utwory niemieckie na polskie. Przeucza się. Potem zaczyna pisać oryginalnie po polsku. Ileż tu ciekawego materiału dla badań nad pisarzem, nad językiem! Nie zdaje mi się, aby im poświęcono wiele uwagi. Nie widzę, aby nasi germaniści zajęli się Przybyszewskim jako pisarzem niemieckim. Nie widzę, aby przeprowadzono porównanie tych samych utworów w języku niemieckim a polskim. Nie widzę, aby zajęto się ewolucją językową tego rodzącego się w tak niezwykły sposób polskiego twórcy. A przecież to są rzeczy jedyne, wyjątkowe; dojrzały, znakomity pisarz, który zaczyna się uczyć pisać rodzinnym językiem i na którego dziele na zawsze wyciskają się pewne właściwości tej bardzo osobliwej i niedokładnej nauki.
Wszystko to zbywano najczęściej ogólnikami. Dam tu poufnie jaskrawy przykład, jak niedbale krytyka nasza odnosiła się do tych rzeczy; do tego języka, o którym się tyle u nas gada. Kiedy Przybyszewski przybył do Polski, do Krakowa, pewien księgarz nabył u niego szereg jego utworów, które pisarz zobowiązał się przełożyć z niemieckiego. Poematy przełożył sam, z powieściami zaś załatwił się w osobliwy zaiste sposób. Patrzałem, jak się to odbywało. Na stole w saloniku stała flaszka wódki, obok leżała książka niemiecka i czysty papier. Ten i ów z młodych łazików pociągał z flaszki i tłumaczył kilka stronic, potem luzował go inny; gdy brakło pomocników, a czas naglił, zasiadał do stolika sam Przybyszewski. Kto tam głównie zawinił, nie wiem; dość, że powieści te roiły się po polsku od okropności językowych: to trylogia Homo sapiens i Dzieci szatana. Otóż nie tylko krytyka — zajęta walką o moralność i niemoralność Przybyszewskiego — nie zwróciła na to uwagi, ale nawet jeden z najpoważniejszych krytyków, który po Wigiliach pisał, że „tyranem mowy polskiej jest Przybyszewski, ale jest i jej władcą”, po owym wydaniu Homo sapiens stwierdził... postęp w opanowaniu polskiego języka. Przybyszewski śmiał się tylko... Stał się w tych rzeczach dziwnie niedbały i obojętny. (Pamiętam takie zdarzenie z owych czasów; wydawano jakiś jego utwór po czesku; zobowiązał się napisać przedmowę, nie napisał. Doniesiono mu z Pragi, że jeżeli nie nadeśle jej na czas, będą zmuszeni zamieścić przedmowę innego pióra, a podpiszą jego! Przybyszewski śmiał się, bardzo go to bawiło: przedmowy nie nadesłał).
Później wydano na nowo te powieści. Reklama śpiewa: „...w transkrypcji polskiej — tłumaczeniem bowiem przetworzenia tego nazwać nie można — pojawia się obecnie po raz wtóry, jeszcze raz gruntownie opracowana...”.
Porównałem to nowe wydanie z pierwszym: to samo, te same okropności: „musimy usiąść przy wspólnym stole, inaczej pomyślą, że się odtrącamy...”, „dostanie się ochoty wypocząć przy matce...”, „był za zmęczony, nie miał energii przełamać jej opór...”. Nawet „obcasowo” zamiast „obcesowo” przetrwało!
To jest ta transkrypcja, to przetworzenie — ot, przekład, i to lichy, a sygnowany nazwiskiem wielkiego pisarza niby utwór oryginalny. O, biedny czytelniku polski, jak ty masz być mądry, kiedy cię tak tumanią! Ale i w oryginalnych utworach Przybyszewskiego czegóż nieraz nie znajdziemy! Bo polski jego język to niby skrzydła: latał na nich nieraz wspaniale, ale chodzić nie nauczył się nigdy...
*
Rozważania te pozwolę sobie zacząć od wspomnienia.
Pierwszym utworem, który Przybyszewski spolszczył, był jego poemat prozą Wigilie. Kiedy skończył, zawołał nas kilku z wiernej jego gromadki, aby nam je przeczytać dla porównania, najpierw po niemiecku, potem po polsku. Przybyszewski przepięknie czytał swoje utwory po niemiecku; niezwykły czar miał ten język w jego ustach. „Um dein Haupt ein Kranz welker Blumen...” — ta niemczyzna stawała się dziwnie śpiewna, miękka. A kiedy powracało niby refren owo „O Sehnsucht du!”, miało to przejmującą wymowę, jakieś bezmierne skupienie męskiego bólu, nostalgię wieczności. Bo też to był ów fragment, po którego przeczytaniu Dehmel pisał w Berlinie do Przybyszewskiego kartką pneumatyczną: „Ten poemat uprawnia cię do zabiegów o wieczność!”.
Potem czytał to samo po polsku. Słuchaliśmy pamiętam, z pewnym zakłopotaniem: to już nie było to! To samo, a nie to samo... I kiedy doszedł do owego „Tęsknoto ty!”, miałem uczucie, że coś padło na płask. I nic dziwnego: od tylu lat, a zwłaszcza w owej epoce, wierszyki polskie tak były przekarmione ową tęsknotą, tęsknicą, we wszystkich przypadkach i odmianach, że słowo to, spospolitowane, nie wyrażało już nic... Po niemiecku miało ono jeszcze swoją dziewiczość, swój wstyd. I zdaje mi się, że wszyscy, ilu nas było, odnieśliśmy wrażenie zawodu, ale tego nie można było Stachowi powiedzieć; ciężko by go obraził i zmartwił, kto by szepnął, że jego język niemiecki piękniejszy jest od polskiego. A jednak!
Kiedy dziś, po latach, kontroluję to moje wrażenie, utwierdzam się w tym, że było ono słuszne i nawet umiałbym wskazać retrospektywnie jego przyczyny.
Porównajmy tekst zaraz pierwszego zdania:
„Um dein Haupt ein Kranz welker Blumen, wie ein Gurt erloschener Sterne...” i po polsku: „Wokół twej głowy wieniec zwiędłych kwiatów, gdyby korona czarnych słońc...”.
Co można by wyczytać w tych tekstach? „Um dein Haupt” jest wyrażeniem bardziej potocznym niż polskie „wokół”, które jest uroczystsze: potocznie by się tak nie powiedziało. Toż samo proste „wie” zmieniło się na rzadsze „gdyby”. „Gurt” (przepaska) awansowało na koronę; „gwiazdy” — na słońce... Nawet niemieckie „Kranz” może znaczyć po polsku wieniec, ale może znaczyć i skromniejszy wianek.
Ileż różnic w tych kilku słowach, i jak doniosłych, mimo że drobnych na pozór! Jak głęboko sięgają one w psychikę polskiego, a niemieckiego Przybyszewskiego. W polskim języku Przybyszewski od początku wchodzi niebacznie na koturn „poetyckiej prozy”. Język niemiecki jest dlań bardzo czułym narzędziem, z którego lekkim dotknięciem wygrywa przedziwne melodie; zaczynając pisać po polsku, od pierwszej chwili czuje potrzebę wzmocnienia, przyciskania pedału, krzyku słów.
*
Nie tylko nie zachwiało, ale raczej utwierdziło mnie w tej obserwacji uważne porównanie polskiego i niemieckiego tekstu paru utworów Przybyszewskiego. Biorę De profundis, biorę W godzinie cudu. Wszędzie w języku polskim uderza jedna cecha: wzmacnianie wyrażeń, wzmacnianie pozorne, bo często ta zmiana, banalizując, rozwadniając wyrażenie, osłabia je. Horchte auf das Fieber — „wsłuchiwał się w szał gorączki”. Sein Herz lief — „serce latało jak przerażony ptak”. Zdawałoby się, że ze stąpieniem na ziemię polską Przybyszewskiego opada nagminna choroba naszych pisarzy: przymiotniki. Traum staje się „głębokim snem”; er schlief sofort ein2 — „usnął snem kamiennym”; er begehrte sie (wyrażenie dość mocne, zwłaszcza gdy chodzi o siostrę) brzmi po polsku: „zapragnął jej dzikim, namiętnym szałem”. Powtarzają się pewne słowa, stają się uprzykrzone, jak właśnie ów „szał”. Grässliches Fieber3 staje się „szałem gorączki”. Goss sich kochend über — „rozlewało się w gorących warach”... Skromne: sagte er erstaunt zmienia się na „patrzył na nią długim przeciągłym wzrokiem”. Proste Ruhekissen zmienia się na niezręczne „miękka poduszka spoczynku”. Mädchen4 awansuje na „dziewicę”; fahl zmienia się na „upiorny”; „świetlista łuna upiornie rozświeca straszne uroki bagniska...”. Upiorne masło maślane! Wieder5 zmienia się na poetyckie „od nowa”. Dużo martwych słów: „dziwnie”, „stanowczo”, „wysoce”; temu zaś przydawaniu zbędnych słów towarzyszy opuszczenie innych, istotniejszych; stąd deficyt podwójny...
Po niemiecku, nawet w gorączce, umiar, oszczędność, dbałość o słowo jedyne, swoiste i celne; po polsku linia mniejszego oporu, powtarzanie się natrętnych słów; później zmieni się to nieraz w fortissimo tłumiące odcień i stępiające w końcu wrażliwość. Taki niepokój wywołuje w nas studiowanie tych pierwszych po polsku wydanych poematów. Jak ekonomista w pewnych objawach może zawczasu widzieć niebezpieczeństwo przyszłej inflacji, tak i tutaj w tych drobnych rysach znaczy się groza owej dewaluacji słowa, która później zaciąży nad stylem Przybyszewskiego. Spiętrzy on potem tyle przesady, tyle superlatywów, że nikt nie będzie mógł w końcu znieść tej histerii słowa, tego tańca św. Wita6.
W świetle tych narzucających się spostrzeżeń tym ciekawsze jest to własne zeznanie Przybyszewskiego:
„Ja, mimo że język niemiecki do tego stopnia opanowałem jak żaden z Polaków przede mną — to mogę śmiało twierdzić — zrozumiałem nagle z wielkim zdumieniem, że nigdy nie doszedłem do tego, by po niemiecku myśleć: wszystko, co w niemieckim języku pisałem, było tylko niesłychanie szybkim tłumaczeniem polskiego tekstu — tego wszystkiego, com w polskim języku myślał — polska myśl przyoblekała się z zawrotną szybkością w obcą szatę. A ponieważ te przyobłóczyny odbywały się z tą niepojętą szybkością, miałem nawet sam wrażenie, że piszę po niemiecku, kiedy ja tylko na język niemiecki tłumaczyłem”.
Nie mamy prawa wątpić o szczerości tego wyznania (por. to, co Żeromski we wstępie do Fantazji Almayera pisze o angielszczyźnie Conrada); tym bardziej interesujący staje się fakt, że kiedy Przybyszewski te myśli „pomyślane po polsku a przełożone w duchu na niemieckie” stara się z powrotem z niemieckiego na polskie przywrócić, stają się one uboższe, obrazy bledsze...
Porównajmy ten opis kwiatów z Godziny cudu (Androgyne);
...er sah Orchideen auf heissgeöffneten Lippen lustheischenden, giftigen Lippen, und Lilien mit weitgebreitetem Mutterschoss der keuschen Lüste, und Narzissen und Bionen, Begonien und Kamelien — eine ganze Sintflut von berauschendem Farbengift berückendem saugenden Duft uberströmte seine Seele.
Po polsku:
...widział orchideje z otwartemi usty, ziejące obezwładniającym czarem, i lilie z rozwartemi kielichami, pijące diamentową rosę, i narcyzy, i biony i begonie — całe powodzie różnobarwnego kwiecia upajającej woni spłynęły do jego duszy...
Widzimy tu zwłaszcza różnicę w przymiotnikach: każdy niemiecki przymiotnik jest tu doraźnie poczęty, drażniący niemal zmysłowo. Po polsku stają się te przymiotniki banalne: otwarty, rozwarty, diamentowy... Paleta niemiecka Przybyszewskiego o ileż jest bogatsza, subtelniejsza...
Im weissen kalten Glanz tantzen um ihn die Tuberosen... „Świetlistym blaskiem okoliła go woń tuberozy”... Czyż blady pleonazm „świetlistego blasku” oddaje sugestywność pierwotnego obrazu?
Kiedy się czyta jeden z owych poematów Przybyszewskiego po polsku, myśli się: „to bardzo piękne”; ale po pewnym czasie ogarnia znużenie, obojętność. Porównywa się z niemieckim i widzi się tego przyczynę: brak po polsku owego ciągłego dopingu języka, owych drapieżnych skoków słowa na słowo, elektryzującej perwersji przymiotników. Niemiecki język Przybyszewskiego — to upojenie walki, polszczyzna jego — ta najlepsza — to po trosze dostojna emerytura. Język niemiecki brał Przybyszewski gwałtem, do polskiego się modlił; a język — jak czasem kobieta — woli tamto.
Ale jeżeli jest różnica w poetyckiej mowie Przybyszewskiego po polsku a po niemiecku, tym bardziej jeszcze staje się ona dotkliwa w zwykłym stylu. Tego zwyczajnego języka Przybyszewski nigdy się właściwie nie nauczył. Nie nauczył się go za młodu, gdy w niemieckim gimnazjum czytał Genezis z Ducha7 lub Ojcze nasz Cieszkowskiego; nie nauczył się go i później. Jego potoczny język — to żargon knajpy z jego trywialnościami, z jego uprzykrzonym powtarzaniem się słów („ohydny”, „zniechluić” itd.). Nigdy nie dowiedział się Przybyszewski np., że istnieje słowo „niż”, zawsze używa „jak” („Wyczytano w tej książce co innego jak w niej było”). Bohaterowie jego dramatów i powieści nie znają „wołacza” („Tak, pamiętam, Łucja”, zamiast „Łucjo”). Zawsze niewyraźnie z gramatyką („przeświadczony sił swoich skrzydeł” itp.), zawsze gotów zabrnąć w dziwne konstrukcje, które przyganiał mu słusznie Żeromski.
Aby zauważyć te różnice potocznego języka, wystarczy przeczytać list żony w De profundis po niemiecku i po polsku. W niemczyźnie Przybyszewskiego nie ma tego kontrastu między odświętnym a codziennym mówieniem; poezja ma prostotę, proza pewną elegancję. Po polsku odświętnemu słowu grozi bombastyczność, na potoczne czyha wciąż trywialność. Znałem pisarkę francuską polskiego pochodzenia, która mówiła dziwną polszczyzną, wyuczoną z czytania Słowackiego i z rozmów ze służbą. U Przybyszewskiego coś podobnego. Genezis z Ducha pomieszane z knajpą.
Sądzę, że wszystko to, co Przybyszewski sam mówi o stosunku swojej polszczyzny do niemczyzny trzeba brać bardzo krytycznie, jak w ogóle wszystko to, co on mówi o sobie. „Nie, panie Stefanie! — odpowiada w Moich współczesnych Żeromskiemu. — Jeżeli znajdują się w moich po polsku pisanych rzeczach »błędy i usterki«, to całkiem rozmyślne. Nie ja językowi podlegam, ale język mnie podlegać musi”. Niestety, zbyt często jest inaczej.
Wróćmy do owej „inflacji języka”, którą pozwala stwierdzić pobieżne choćby zestawienie tekstów. W tych ciągle nowych emisjach słów bez pokrycia — skoro mamy już zostać na gruncie giełdowego porównania — tkwi przyczyna bankructwa. Nie da się czytać czasem Przybyszewskiego, tak drażni. Weźmy książkę Szlakiem duszy polskiej. Wszystko jest „ponad wszelką ludzką miarę bohaterskie, przedziwne, niedościgłe, przewspaniałe, niepojęta wielmożna siła”, tak całe stronice. W końcu wszystko mu za słabe: mamy więc wyrażenia takie jak „rozmonarszy się w przeolbrzymim majestacie”, jak „tytaniczna Niagara potęgi”... wszystko oczywiście dusza polska. Przypomina to trochę styl reklam kinowych. Groźne jest, że słowo i myśl są to rzeczy spojone tak ścisłymi a tajemniczymi węzłami, że przerost jednego powoduje puchlinę drugiego. Kiedy Przybyszewski tłumaczy się przed redakcją i czytelnikami „Wiadomości Literackich”, że nie napisał przyrzeczonego artykułu o Kasprowiczu, pisze, iż spostrzegł się, że przyrzeczenie dał lekkomyślnie, bo aby napisać ten artykuł,
„musiałby w obłąkanym szale wziąć się z Bogiem za bary, by za chwilę rzucić się w rozpacznej pokorze przed tron tego, który był razem z nami od początku...” itd., itd., crescendo.
To jedno zdanie wystarczy, aby wytłumaczyć, czemu czytelnicy opuścili Przybyszewskiego. Nie podobna żyć w tej atmosferze. Na wyżyny, na jakie Mickiewicz raz wzbił się w Improwizacji, Przybyszewski chciał chodzić co dzień spacerem. Nie wolno ględzić na górze Synaj. A wszystko ma to źródło, które wskazałem na początku: brak dyscypliny języka.
*
Kiedy Przybyszewski, dwudziestoparoletni chłopak der geniale Pole, jak go rychło zaczęto zwać w kołach artystycznych w Berlinie, zaczął być znany w Niemczech, był on w istocie niby kocioł kipiący genialnością. Młody student architektury modlący się do gotyku, rzuca ją rychło dla medycyny, aby się poświęcić badaniom systemu nerwowego i psychologii doświadczalnej. Fabrykuje tezy doktorskie dla zamożniejszych kolegów, aby zdobyć środki do życia. Chłonie niemiecką filozofię i literaturę, Stirnera, Nietzschego i Schopenhauera, i młodą poezję niemiecką, i skandynawską, i demonologię, i wiedzę tajemną, i wszystkie osobliwości historii, i malarstwo, i rzeźbę, roztapia się w muzyce, oszołamia Niemców swoim Szopenem, a potajemnie kryje w duszy wyniesioną z domu matki poezję polską i obraz rodzinnych pól, i muzykę organów wioskowego kościółka, i niezmożone poczucie polskiej odrębności. To był w istocie okres genialności; ówczesna temperatura mózgu młodego Przybyszewskiego, chłonność jego są czymś zadziwiającym. Ten opętany demonem płci poeta-filozof staje się wspaniałym prekursorem Freuda, złym duchem Weiningera, natchnieniem Schleicha, wynalazcy znieczulenia miejscowego; w studium o Oli Hanssonie przeczuwa niejako Prousta... Wszystko to topi się w tyglu na metal, z którego bić będzie — własnym stemplem — monetę swej wspaniałej niemczyzny.
Cóż za człowiek ten „Przybysz” w owej epoce, wobec której boje krakowskiego „Życia” robią wrażenie dziecinnych igraszek! Jakże oryginalna jest koncepcja pierwszego jego studium, które zwróciło nań uwagę: Chopin und Nietzsche. A Totenmesse, ten spazm rozśpiewanego mózgu! Na to, co chce wyrazić, musi sobie stworzyć własny język, w żaden gotowy by się nie pomieścił. Jednego ma chyba poprzednika: Nietzschego. Bo Nietzsche, którego polskie pochodzenie może przesadnie akcentuje Przybyszewski — to dlań pomost między mową polską a niemiecką. „Język Nietzschego w Zarathustrze — to język Krasińskiego w przedmowie do Irydiona i w interludiach Nie-Boskiej” — pisze w Moich współczesnych.
Można sobie wyobrazić, w jakim napięciu musiał pisać pierwsze swoje utwory młody Polak zaczynający tworzyć po niemiecku w stolicy Niemiec, występujący ze swym dziełem przed publicznością wrogiego narodu. Cóż za droga, jaką ta słowiańska dusza, przepojona muzyką i tęsknotą, musiała sobie żłobić! Jaki gwałt musiał zadać niemieckiej mowie, aby język Lutra, Goethego, Kanta, Schopenhauera, Bismarcka śpiewał na jego gęślach, huczał w jego organach! Polski liryzm parzy się tu z najbardziej fachowymi terminami naukowymi, uczucie zapładnia się aż do rozpusty myślą. Co za nowalie językowe, owe „Gebärmuttergehirn”, owe „zukunftsgährende Sauerteig des Lebens”... Co za niezwykłe wyznania miłosne:
Um deine Augen war es wie Protuberanzenschein bei Sonnefinsternissen, wie eine Phospohoreszenz der Fäulniss, and sie glühten wie zwei liefe Sterne einer schwarzen Herbstnacht in den Abgrund meiner Seele hinein...
albo:
Du bist aus meinem Gehirn verschwunden, wie ein Blutextravasat wenn es von Phagocythen resorbitr wird... Ich habe dich weggestossen, wie das Eichen die Polarkörperchen wegstösst, sobald es reif wird...
Są w tym wspaniałym gwałcie poezji na nauce rzeczy, które czyta się dziś z uśmiechem, rzeczy nadto trącące młodym studentem biologii; ale daje to miarę owych gąszczów, przez które przedzierał się Przybyszewski, aby znaleźć — w tej samej Totenmesse — istne cuda niemieckiego języka.
To władztwo nie przyszło mu samo. Czytajmy Moich współczesnych, ten jakże piękny pamiętnik pierwszej epoki życia Przybyszewskiego, ile tam uwag poświęconych językowi. Jaka surowa analiza niemieckich „Kraftgenies”:
Nabrzmiałe napęczniałe, nadęte słowa, chorujące na elephantiasis, do potwornych rozmiarów opuchłe słowa, hydropsja słowa, potworna retoryka wrzaskliwa, wyjąca, hucząca...
Niestety, ileż z tej krytyki dałoby się później odnieść do polszczyzny Przybyszewskiego...
W pracy nad językiem niemieckim miał Przybyszewski nieocenionego przyjaciela, owego Richarda Dehmla, którego nauczył nas kochać i któremu w swoich Współczesnych tak piękne karty poświęca. Ten Dehmel, surowy sędzia, mający „chorobliwy wstręt do wszelkiego rodzaju frazesu lub płaskiego patosu”, był niezastąpionym przyjacielem dla swoich bliskich; oceniał, dyskutował, poprawiał ich utwory. „Lilienkron — pisze Przybyszewski — nie napisał jednego utworu, którego by nie przesłał Dehmelowi do oceny. Całe noce trawił na kreśleniu tych rzeczy, które nazywał lirische Dummheiten, a które się i największemu lirykowi zdarzają... Ile godzin spędziliśmy razem na cyzelowaniu, doskonaleniu i wykańczaniu moich utworów!... Dehmel wtajemniczył mnie w najskrytsze piękności języka niemieckiego, nie przepuszczał mi żadnego niedbalstwa, a podniecał mnie ciągle rozkoszną ostrogą: »To byś ty właśnie mógł daleko lepiej zrobić!«”.
Trudno się oprzeć myśli, przy czytaniu wielu utworów Przybyszewskiego, że brakło mu owego Dehmla, że zapomniał jego doskonałych przestróg...
*
W pełni rozgłosu, w zaraniu sławy, Przybyszewski rzuca Niemcy, przenosi się do kraju. Co go skłoniło do tego kroku? Tęsknota, znużenie? Wszystko po trosze. Pobyt w Berlinie był trudny, „Młode Niemcy” cierpiały srogą nędzę. Przybyszewski ożenił się, miał dzieci. Miesiące całe przebywać musiał w Norwegii. Z kraju zapraszano go serdecznymi listami. Zmiana miejsca nie przerażała tego cygana, dopiero co był w Hiszpanii, w Paryżu, w Pradze. Przybywa do Krakowa; entuzjastyczne przyjęcie, oddanie mu w ręce czasopisma młodych, wszystko to przywiązało go. Dojrzała decyzja, która kiełkowała w nim już w Niemczech: zerwać z niemiecką mową, być polskim i tylko polskim pisarzem. Na początek zaczyna przetwarzać na polskie swoje dawne utwory.
Trzeba o tym pamiętać. Po niemiecku tworzył je, po polsku przetwarzał. Czy w tej samej temperaturze ducha? To rzecz nie do pomyślenia. Przybyszewski był zanadto impulsywną naturą, aby drugi raz mógł rzecz przeżyć w tym samym napięciu. To był, powiedzmy po prostu, przekład — często pośpieszny, w ostatnim momencie — dla czasopisma, dla owego krakowskiego „Życia”, którego objął redakcję. Tam młody Polak piszący po niemiecku stwarzał sobie każde słowo; tutaj namaszczony zagraniczną sławą mistrz rzucał je z nieomylną wiarą w siebie. Tam był w pełnym bojowym rynsztunku; tutaj, zmęczony po trosze, włożył szlafrok i pantofle. Tam czuł surowy krytycyzm i kontrolę, tutaj bezkrytycyzm zarówno w uwielbieniach jak w napaściach.
Powiedzmy przy tym, że przetworzenie tych utworów na polski było zadaniem niesłychanie trudnym. Ten język wyrosły z podłoża nauk przyrodniczych, filozofii, czerpiący swoje porównania ze wszystkich dziedzin nowoczesnej myśli, te właściwe niemieckiemu duchowi składane słowa, przymiotniki w których miesza się niby dwie farby na palecie, aby stworzyć nową, wszystko to jakże trudno mogło znaleźć odpowiednik w polskiej mowie.
Są przyczyny tej różnicy, niezależne może od większej lub mniejszej czujności językowej pisarza. W zetknięciu z Polską Przybyszewski uległ znamiennej przemianie. Odrzucił z siebie wiele rzeczy, które w nim stworzyło obce środowisko; rozlewny — z czasem nieco rozmazany — liryzm wziął górę w jego usposobieniu. Zbrakło owego płodnego kontrastu, owej cudownej kopulacji myśli z uczuciem, która wydała pierwszy rzut jego twórczości; brakło tego zderzenia się twardego dłuta z twardym materiałem, tego żłobienia sobie ścieżek nietkniętych stopą ludzką. I nie mogło być inaczej. Nieść do Polski poezję tęsknoty, poezję ziemi polskiej — to było po trosze tyle co nieść wodę do Wisły. „Szopenizacja” języka w ojczyźnie Szopena nie mogła być tym samym co szopenizacja niemczyzny; poetycka proza, choćby najpiękniejsza, nie była w ojczyźnie Anhellego, Ksiąg pielgrzymstwa, Irydiona zdobyczą ani odkryciem. Tam był Przybyszewski śmiałym nowatorem, tu — mimo wszystko — epigonem. Tam buntuje się hardo i przeciwstawia wszystkiemu, tu wciąż korzy się i pielgrzymuje po „szlakach duszy polskiej”.
Już ten pierwszy okres spędzony w Polsce ma znamiona mniejszego wysiłku, rozluźnienia mięśni, znużenia. Z powrotem do kraju skończył się prawdziwie twórczy okres w życiu Przybyszewskiego; może to go bezwiednie skłoniło do powrotu, jak zranione zwierzę do matecznika? O ziemio polska, jakże bywasz niebezpieczna dla artysty! Brak umiaru, brak dyscypliny, brak kontroli samego siebie, miały się stać straszliwym niebezpieczeństwem.
*
Jest w tym wszystkim przejmujący smutek. Pomyśleć, że aby Polak wiedział, jakiego Polska miała w Przybyszewskim poetę, musi sięgnąć do jego niemieckich utworów! Mówi się o tragicznej doli Conrada; ale o ileż boleśniejszy jest los Przybyszewskiego! Tamten jako artysta dał swoją pełną miarę w jednym kraju, w jednym języku. Przybyszewski błysnął w piśmiennictwie niemieckim, porzucił je przedwcześnie, przebiegł przez nie zbyt szybko, aby w nim — on, Polak — miał pozostać; jako zaś polski pisarz był bladym — mimo wszystko — odbłyskiem tamtego. Tak, jest w tym coś bardzo smutnego i stąd może ten głęboki smutek jego życia. Nikt go już naprawdę nie znał i umierając, nie zostawił swego dzieła! Znała go jedynie ta garstka Polaków, którzy go poznali jako niemieckiego pisarza. A te jego pierwsze, wszystką krwią i mózgiem tworzone utwory czy nie są — dosłownie — skazane na zagładę? Kto je wyda na nowo, kto je kiedy przedrukuje? Niemcy nie, Polacy też nie; — najwspanialsze jego utwory są jak gdyby niczyje. O melancholio!
*
Zestawienie niemieckich i polskich tekstów Przybyszewskiego nastręcza poza tym niejedno spostrzeżenie tyczące się metod jego tworzenia. Nie było człowieka mniej dbającego o swój utwór. Kiedy jego transkrypcje, czynione — zwykle pośpiesznie — dla „Życia”, wychodziły później w książce, nie wracał już do nich, nie korzystał z możności rewizji, dociągnięcia; nie dbał o to, nie miał cierpliwości, rzecz szła do druku w pierwotnym kształcie. Jest jeden przykład bardzo charakterystyczny tej obojętności. De profundis ukazało się po niemiecku jako privatdruck z obawy konfiskaty. Przekładając je dla „Życia” Przybyszewski wiele zmieniał przez wzgląd na cenzurę, łagodził; nie mówiąc o tym, iż bardzo często skracał dla pośpiechu, jakby z niecierpliwości, nieraz w sposób szkodliwy dla utworu. „Życie” skonfiskowano, ale De profundis wyszło po polsku, znów jako „druk prywatny”, w którym autor mógł utworowi prawdziwy jego kształt przywrócić. Gdzie tam! Wyszło nietknięte, po prostu jako odbitka w tej okrojonej postaci, a kiedy w szereg lat potem wydano je na nowo w dobie, gdy pojęcia cenzury były już zmienione, również nie uległ tekst żadnej rewizji.
Nawiasem wspomnę tutaj, że bardzo interesującą i potrzebną rzeczą byłoby sporządzenie bibliografii8 polskich i niemieckich tekstów Przybyszewskiego. To np. co po niemiecku wyszło pt. Androgyne, po polsku nosiło w „Życiu” tytuł W godzinie cudu, pomnożone fragmentem zamieszczonym w nr 17–18 r. 1899; to natomiast, co ukazało się w „Życiu” jako Androgyne wcale nie weszło w utwór niemiecki pod tym tytułem. Zestawienie dat i kolejności (są bowiem i rzeczy najpierw pisane po polsku, a potem przełożone na niemieckie) byłoby również rzeczą pożądaną.
Zająłem się w tym szkicu głównie owym przejściowym okresem, w którym Przybyszewski z pisarza niemieckiego przeobrażał się w polskiego, gdyż moment ten wydał mi się szczególnie znamienny. Później tworzył już po polsku. I polski jego liryzm coraz bardziej nuży swoją lejącą się ciurkiem egzaltacją. Słowo jego kołysze jak muzyka, odurza tak, że zatraca swoje pojęciowe znaczenie, rzecz dla słowa zawsze niebezpieczna, bo w tej sferze nigdy nie wytrzyma konkurencji z prawdziwą muzyką. „(...) Ku tobie rwała się ma tęsknota, gdym spoczywał w głuchych ciemnych jarach, wdzierał się myślą poprzez upłazy i stoki ku niebosiężnym szczytom i nagim postrzępionym turniom, hen aż na ostre granie, co swe kły w bezsilnej niemocy ku niebu szczerzą (...)” itd. To bardzo pięknie powiedziane, ale takich stron kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt... Nie można cały dzień i cały tydzień śpiewać Święty Boże... Liryzm jego zautomatyzował się niejako, robił wrażenie przyrządu, który za naciśnięciem guzika gra znaną melodię.
Zresztą twórczość Przybyszewskiego w Polsce poszła niebawem inną drogą; nie jako liryk objawił się głównie, ale jako dramaturg, jako powieściopisarz. Nie mam tu dziś czasu mówić o teatrze Przybyszewskiego. Nie chcę zbyt wiele złego mówić o jego powieściach. Powieść człowieka, który nigdy nie chodził po ziemi, który nie miał pojęcia o świecie i jego mechanizmie, z potocznego zaś życia jedynie znał cygańską knajpę wszystkich krajów, towarzystwo, które się w niej zbiera i które mówi sobie wzajem nieprzyjemne rzeczy... to smutne. Odpadki jego liryzmu pomieszane z kawiarnianym żargonem, w którym subtelne kobiety wymyślają mężczyznom od ordynarnych samców, a dystyngowani książęta prowadzą takie dialogi:
(...) Kelner zniecierpliwiony obchodził dyskretnie a równocześnie znacząco stolik.
Poraja to irytowało, wsunął mu do ręki kilka rubli.
Teraz mieli spokój.
— A co byś pan na to powiedział, gdybym była istotnie kochanką Bieleckiego? — Ada odsunęła nagle stołek i spojrzała wyzywająco na Poraja.
— Zdziwiłbym się tylko, gdyby pani po tym, com dziś widział, chciała nią nadal pozostać... To by mnie zmusiło zmienić doszczętnie kąt widzenia, pod jakim od pierwszej chwili na panią patrzę...
albo:
— Rzadko z kim robiłam sobie „ty”; ale pan jesteś tak wytwornym, że bez obawy jakiegokolwiek nadużycia, mogę ci zaproponować, byśmy dla uproszczenia stosunku naszego zrobili sobie „ty”...
(...) Jakby go ktoś na nagniotek nadepnął (...) itd.
Nie mówiłbym o tych powieściach, których lektura jest czymś przykrym i denerwującym; jeżeli to czynię, to dla dwóch przyczyn. Po pierwsze, jak wspomniałem, one dziś jedne zostały na rynku księgarskim i one w oczach publiczności reprezentują wielkiego pisarza, z jakąż dla niego szkodą! Po wtóre, na domiar złego, sam Przybyszewski starał się to nieporozumienie9 utrwalić i pogłębić. W licznych przedmowach i enuncjacjach silił się w cień zasunąć swe dawniejsze utwory, aby, wbrew oczywistej prawdzie, udowadniać, że linia jego twórczości konsekwentnie pięła się w górę i że właśnie w takich powieściach jak Święty gaj albo Zmierzch doszła swego szczytu. Dlaczego tak postępował, z jakich — poza brakiem krytycyzmu autorskiego — czynił to pobudek, spróbuję wyjaśnić.
Kłamstwo Przybyszewskiego
Kończąc poprzedni szkic o Przybyszewskim, przyrzekłem w dalszym ciągu rozważyć przyczyny, dla których on sam komentarzem swoim mąci dzieje własnej twórczości, wysuwając na jej czoło słabsze nieraz utwory, zasuwając w niepamięć najświetniejsze. Jest to moment ważny10, tu bowiem kryje się po trosze zagadka owego długotrwałego nieporozumienia między Przybyszewskim a publicznością. On, odcięty od świata, ciągle w urojeniu swoim szedł wzwyż, „rozszerzał i pogłębiał drogę, którą kroczył”, podczas gdy tej twórczości towarzyszyła coraz większa obojętność, gdy nawet dawni jego entuzjaści uważali ją za upadek. A oto drobny przykład, jakim niebezpieczeństwem grozi ta automistyfikacja jego własnemu dziełu. W świeżo wydanej antologii Młoda Polska, przeznaczonej „dla szkół średnich i dla samouków”, cytowany jest obszerny ustęp z własnej jego książki Szlakiem duszy polskiej, uważanej — znowuż przez niego samego — za „najdojrzalszą”. W ustępie tym komentuje Przybyszewski we wspomnianym wyżej duchu całą linię swej twórczości, przy czym szczególnie podnosi ostatnie swoje dwie powieści: „najpiękniejszy i najdojrzalszy poemat” Zmierzch... Święty gaj, „najczystszy wyraz”... itd. Wyobraźmy sobie, że młody czytelnik bierze do ręki te „najdojrzalsze”, „najczystsze” i stwierdza, że to są irytujące i liche powieścidła, pisane często okropnym językiem. Wówczas mu to wystarczy, skończy z Przybyszewskim i więcej go do ręki nie weźmie; osądził go krótko i bez apelacji. A grozi to tym więcej, iż — jak zaznaczyłem poprzednio — powieści jego wciąż są, i pewno będą, na rynku księgarskim, gdy innych jego utworów trzeba szukać chyba w bibliotekach. Dlatego uważam za potrzebne położyć palec na istocie nieporozumienia oraz wyjaśnić przyczyny, dla których on sam w ocenie swej twórczości jest tak stronnym11 i niepewnym sędzią. Trzeba go bronić przed nim samym.
Ale, aby to uczynić, konieczne jest dotknąć rzeczy dość drażliwej, osobistego życia pisarza. Osobiste życie pisarza, i to tak świeżo: czy to wolno, czy to się godzi? Nikt z pewnością nie odnosił się z większą niechęcią, nienawiścią wręcz, do tego rodzaju ciekawości co sam Przybyszewski:
(...) A krytyk, czy też tak zwany „historyk literatury” dzisiejszej doby, jest bezwstydniejszy od średniowiecznego kata, który golił czarownicę na całym ciele z każdego włoska... Głupie to, bezwstydne i bezcelowe, bo tajemnicy tworu nie dowiesz się skrzętny zbieraczu anegdot, dat, życiowych przejść, choćbyś odnalazł w życiu Słowackiego jeszcze jakąś nieznaną miłostkę lub w życiu Szopena jeszcze jakiś szczególik, dla którego zerwał stosunek z panią George Sand... Jaką krzywdę te bezduszne hieny rozgrzebujące zewnętrzne życie artysty swymi niedorzecznymi komentarzami, jego utworowi przynoszą, wiem z doświadczenia (...).
Wszystko to pisze w r. 1917, w przedmowie do Krzyku12.
Zdawałoby się, że pisarz, mówiąc w ten sposób: „wara od mego prywatnego życia”, ma słuszność i jest po stokroć w swoim prawie... Zdawałoby się. Ale tylko na pozór. Bo zważmy, co robi często ów tak broniący swych tajemnic pisarz, właśnie ten sam Przybyszewski. Wprowadza je w swoje utwory, nieraz przejrzyście, na sposób pamfletu, pokazując palcem, mieszając szczegóły prawdziwe ze zmyśleniem, zacierając dowolnie tę różnicę. Ale Przybyszewski czyni więcej. W licznych przedmowach, którymi opatruje swoje utwory w drugiej fazie swojego życia, daje wprost komentarz do swej twórczości na tle życiowych zdarzeń. Czy i ten również, gdyby się mijał z rzeczywistością, nie podlegałby kontroli? W enuncjacjach w prasie, w wywiadach znów podaje chętnie komentarze, w których przekształcenie prawdy wkracza nieraz w dziedzinę faktów. Czyli że sam Przybyszewski — a czyni to z rozmysłem i celowo — wprowadza życie swoje nie tylko w literaturę, ale i w krytykę literacką; z tą chwilą przestaje być ono ściśle prywatne i mamy prawo — z zachowaniem oczywiście wszelkiej dyskrecji — je poruszyć.
Trzeba tedy powiedzieć tak. Działalność Przybyszewskiego rozpada się na dwa okresy. Pierwszy — to jego twórczość niemiecka i faza przejściowa, gdy przetwarza swe dawniejsze utwory na polskie. Drugi, to twórczość polska. W pierwszej fazie jest głównie poetą, w ostatniej dramaturgiem, powieściopisarzem. Otóż klucz do wielu zagadek: każdy z tych dwóch okresów związany jest z inną kobietą. W pierwszym — to pierwsza żona Przybyszewskiego Dagny, w drugim żona jego Jadwiga. Jak pierwsza faza przesiąknięta jest osobą Dagny, tak druga jest publicznym hołdem oddawanym raz po raz Jadwidze. Ale jest coś więcej. To drugie uczucie zazdrosne jest o przeszłość. Przybyszewski nie poprzestał na kadzidłach, jakie spalał na cześć Jadwigi. On, można by rzec, znienawidził wszystko, co było jego przeszłością, a z biegiem lat uczucie to rosło. Mówiąc o swej twórczości, zasuwał w cień dawne utwory, nowe sławił jako swoje szczyty. Cały jego niemal natrętnie ponawiany komentarz ma nas przekonać, co niejednokrotnie Przybyszewski powtarza, że dopiero od poznania Jadwigi zbudziła się jego twórczość. Wszystko, co mówi, mówi pod tym kątem, jak gdyby pod nakazem, jak gdyby pod dyktandem. On, który tak się broni przed wdzieraniem się w jego tajemnice, sam ciągle je odsłania: ostatni odczyt, jaki zapowiedział ten stary człowiek, a który uprzedziła śmierć, miał nosić tytuł: Kobieta w mojej twórczości. Wciąż życiowymi wydarzeniami komentuje tę twórczość. Nikt by słowa nie rzekł przeciw temu, gdyby to było tylko na czyjąś chwałę; ale to jest zarazem z czyjąś ciężką krzywdą; i — przede wszystkim — z krzywdą prawdy.
Oto co pisze w Moich współczesnych: „Z chwilą gdy ją (Jadwigę) poznałem, rozpoczyna się najpiękniejsza karta nie tylko w moim życiu, ale i w historii mego tworu”... itd. Korzysta ze sposobności, aby się wypowiedzieć jeszcze konkretniej w tej mierze. W ankiecie „Kuriera Czerwonego” pt. Kobieta w życiu i twórczości artysty pisze: „Aż do czasu, w którym moją żonę Jadwigą poznałem, nigdy żadna kobieta udziału w mojej twórczości nie brała. Istotny okres mojej dojrzałej twórczości rozpoczyna się z chwilą, gdy obecna moja żona Jadwiga wkroczyła w moje życie. Wtedy to powstały: poemat mój Androgyne (W godzinie cudu), wszystkie moje dramaty (a jest ich dwanaście z wyjątkiem Dla szczęścia pisanego w Berlinie), wszystkie moje powieści”.
Czyżby i tu, wobec tak wyraźnego mieszania życia osobistego do twórczości, krytyk miał mieć zamknięte usta, zwłaszcza gdy niemal każde słowo tutaj jest przeciwieństwem prawdy? I nie tylko jako sąd, co zawsze może być rzeczą sporną, ale jako fakty; i kiedy tego rodzaju oświetlenie przynosi szkodę samemu pisarzowi? Nie sądzę.
Powiedzmy tedy: Przybyszewski nie miał prawie poczucia rzeczywistości. Życie było dla niego snem, wizją. Fakt był zawsze tylko materiałem uczuciowym. „Dla duszy dwa razy dwa może być milion”. Kiedy żyłem z nim blisko, nieraz słyszałem, jak opowiadał to samo zdarzenie, nigdy dwa razy tak samo. Dlatego nie dziwmy się, że w rzeczy, która go tak silnie uczuciowo obchodziła, musiał dojść do coraz wyraźniejszego przekształcenia faktów.
Weźmy ten wywiad. Mniejsza o lapsus w słowach „wszystkie moje powieści”, kiedy cztery jego powieści (trylogia Homo sapiens i Dzieci szatana) pisane były w okresie berlińskim po niemiecku. Znamienniejszy jest tu szczegół tyczący owej Androgyne. To kładzie „kropkę nad i” w rzeczy, którą można obserwować przez wiele lat działalności Przybyszewskiego: chęć przekreślenia swej przeszłości, przesunięcia walorów swego dzieła. Kłopot jest w tym, że okres, który pisarz chce przekreślić, jest w istocie najświetniejszy, jest jedyny prawdziwie twórczy w jego dziele; kobieta zaś, którą — choćby fałszując prawdę — chce wyrzucić ze swego życia, była z tym okresem najściślej związana, była jego muzą w najszlachetniejszym tego słowa znaczeniu.
Jestem w tym położeniu, że pierwsze — przełomowe — lata pobytu Przybyszewskiego w Polsce spędziłem z nim dzień po dniu, znam więc doskonale — mimo że nie o wszystkim chcę tu i mogę mówić — szereg okoliczności, które spowodowały przełom; pamiętam daty, nielitościwie prostujące omyłki pisarza. Wskażę tylko jedną, ale jakże znamienną: oto owo W godzinie cudu czyli Androgyne, o którym Przybyszewski pisze, że „kto wie, czy to nie jest najgłębsza jego książka”, a która ma być urodzona z natchnienia Jadwigi. Proszę mi wierzyć, że nie chęć grzebania się w cudzych sekretach powoduje mną, ale bardzo interesujące światło, jakie to rzuca na Przybyszewskiego.
Zatem daty. Przybyszewski zjechał do Krakowa z końcem lata 1898 r., wkrótce zaś potem przybywa żona jego Dagny z dziećmi. Przybyszewski obejmuje „Życie”. Poemat Androgyne zaczął się drukować w „Życiu” w nr 2 r. 1899, dnia 20 stycznia. Tuż po nim, w tym samym numerze, widzimy trzy drobne poemaciki Dagny Przybyszewskiej w przekładzie Przybyszewskiego, mimo że bez jego podpisu. W nr 10 z dn. 15 maja t. r. zaczęto drukować w „Życiu” utwór Przybyszewskiego pt. W godzinie cudu, który w niemieckim wydaniu otrzymał później tytuł Androgyne. Zatem oba te utwory, zarówno Androgyne jak W godzinie cudu, pisane były, zanim Przybyszewski przyszłą żonę Jadwigę widział na oczy i zanim wiedział o jej istnieniu. „Dusza nie zna interwallów...” — powiada gdzieś Przybyszewski. Nie dziwmy się zbytnio, że po trzydziestu latach pomylił te daty. Ale czyżby i ich nie wolno było hienie-krytykowi ustalić?
Czy tylko to?... „Żadna kobieta w mojej twórczości udziału nie brała” — pisał we wspomnianej ankiecie. Każdy, kto patrzał, w Berlinie, czy w Krakowie, na pożycie Przybyszewskiego i Dagny, wie, jak niezgodne z prawdą jest to twierdzenie, inspirowane innym, zazdrosnym nawet o dawno zmarłą, uczuciem. Przypadkowo znalazłem w papierach moich dokument oświetlający poniekąd oba te zagadnienia, faktyczne i uczuciowe. Jest to list mego nieżyjącego przyjaciela, Ludwika Janikowskiego, do Dagny Przybyszewskiej, wówczas bawiącej w Zakopanem. Cały prawie list poświęcony jest owej Godzinie cudu. List pisany jest po niemiecku, w lipcu 1899 r.:
Sobota.
Najdroższa pani Dagny, posyłam pani ostatni numer „Życia”, który świeżo wyszedł. Koniec W godzinie cudów jest przepiękny — to jest nowy, inny ton, w tym stoi może Stach w istocie przed całkiem nową fazą twórczości. Zupełnie cudowny jest w ostatnich paru ustępach łącznik — przejście — do Androgyne, która stworzy dalszy ciąg W godzinie cudu. To jest tak jasne i przekonywujące, że każdy czytelnik sam z siebie musiałby to spostrzec — i co za uderzający przykład zupełnie podświadomego sposobu tworzenia u Stacha: początek Androgyne jest przecież od dawna gotowy, a pierwszą część Godziny cudów napisał mniej więcej przed dwoma miesiącami. Teraz powstaje — to jest właściwe wyrażenie — koniec Godziny cudów, i tworzy się nagle organiczna całość z Androgyne, a zarazem koniec Androgyne. To jest wyraźny przykład tego, co Stach twierdzi o życiu duszy, że nie ma w nim żadnego ciągu czasowego i przyczynowego.
Ton i dźwięk są w Godzinie cudów istotnie nowe — a uderzające jest potężnie wzmożone mistrzostwo słowa, zasuwające w cień pierwsze w Krakowie napisane rzeczy Stacha, np. przetworzenie Wigilii, które wszystkich właśnie wówczas swoim niepojętym i nieoczekiwanym mistrzostwem stylu oczarowało. Język Godziny jest jeszcze o wiele swobodniejszy, giętszy i zarazem potężniejszy.
W tekst jest wplecione owo cudowne zdanie — może najpiękniejsze, jakie Stach napisał — którego pochodzenie jest bardzo tajemnicze: Stach twierdzi, że ono jest pani, że je wziął z listu od pani, i tak jako cytat z podpisem „Dagny”, jest ono przytoczone w czeskim wydaniu Nad morzem. Ale pani Dagny, o ile mogę sobie przypomnieć, stanowczo przeczyła temu autorstwu. Zaraz potem następuje równie cudowny wariant na ten sam temat, który ja doprawdy zuchwałą ręką przewaliłem na niemieckie.
Posyłam pani przekład pierwszego artykułu, aby pani wiedziała o losach „Życia” i była spokojna — ton jest pełen nadziei i otuchy. „Życie” znalazło nowego szczęśliwego przyjaciela, tym razem w Ameryce. Wiersz Władysława Jarzębskiego z Waszyngtonu Promień jest bardzo, bardzo piękny — to jest poemat, który człowiek sobie natychmiast przyswaja, wchłania, asymiluje. Próbowałem go dla pani, jako jej przysięgły nadworny tłumacz, przetłumaczyć, ale będzie pani z tego miała, niestety, jedynie bardzo, bardzo dalekie pojęcie o jego piękności.
Sonet Brzozowskiego jest wspaniały: odwołuję i odszczekuję, jeśli go lekkomyślnie lekceważyłem, to jest artysta. Przekłady z Baudelaire’a są bardzo dobre, natomiast przekład z Verlaine’a uderzająco słaby.
Widziałem wczoraj popołudniu Stacha przez parę godzin u Szmida. Był bardzo szczęśliwy z numeru, który właśnie wyszedł, itd.
(Do listu dołącza Janikowski przekład wiersza Jarzębskiego i przekład słowa Od redakcji z dn. 5 lipca 1899 r.).
Przytoczony list Janikowskiego nie tylko świadczy, że W godzinie cudu należy w całej pełni do owego pierwszego okresu życia i twórczości Przybyszewskiego (czy było pierwotnie pisane po niemiecku czy po polsku, nie wiem); świadczy on zarazem, jak żywo Dagny interesowała się wszystkim, co tyczyło nie tylko twórczości męża, ale i każdego artykułu, wiersza. Każdy prawie numer trzeba jej było tłumaczyć à vista. Daje to nam zarazem miarę, jak ostrożnym trzeba być w przyjmowaniu wszelkiej enuncjacji Przybyszewskiego, gdzie chodzi o kobietę; jest on zawsze, do końca, owym uwodzicielem ze swoich powieści, którego zaklęcia trzeba brać ostrożnie. Ofiarować kobiecie utwór poczęty z innej — to dosyć w stylu Eryka Falka. Historia literatury jest też żeńskiego rodzaju, niech się ma na baczności.
Znalazłem słowa owego listu, których Dagny, przez zrozumiałą delikatność, się wypierała: użył ich Przybyszewski i po polsku, jako motto do Epipsychidiona drukowanego w „Życiu” (jeszcze przed jego przybyciem do Polski); ów Epipsychidion zaś — to jest pierwsza część poematu Nad morzem. Oto owo motto:
...bo się pod taką gwiazdą urodziłam, że ja jedyna mogę położyć koniec twej królewskiej potędze, — bom sama jak zbłąkana gwiazda, co się w żarze twego serca stopiła...
(Ustęp z listu).
To by może wystarczyło, aby ostrzec przed Przybyszewskim, jako przed stronniczym i często najmniej wiarogodnym komentatorem swego dzieła. Ale jest i coś więcej, co przychodzi powiedzieć nie bez przykrości. Kiedy przyszła wiadomość z Kijowa o tragicznej śmierci Dagny, Przybyszewski odczuł ją bardzo boleśnie. Może miał poczucie odpowiedzialności za to młode życie, za tę kobietę, którą „wysłał na śmierć”, jak to nazwał ktoś znający tajemne okoliczności, towarzyszące temu splotowi dwóch samobójstw i zabójstwa. Może uprzytomnił sobie, czym była w jego życiu? W pierwszym wstrząsie napisał piękne wspomnienie, epitafium13. Ale później przyszły inne wpływy. Z czasem w utworach Przybyszewskiego pojawiają się reminiscencje pierwszego małżeństwa (Odwieczna baśń itd.) pełne jadu (Powrót), niesprawiedliwe, krzywdzące, brzydkie. Aż w przedmowie do Krzyku, pisanej w kilkanaście lat po śmierci Dagny, oświadcza wręcz (po co?!) że „(...) to, co w moim Epitaphium po jej śmierci napisałem, zrobiłem jedynie i wyłącznie dla jej dzieci, by je uchronić przed konsekwencjami błędów matki, w tym mniemaniu, że będą w polskim społeczeństwie chowane. I to tłumaczy całą tę nieszczerą, przesadną i w błąd wprowadzającą frazeologię, jakiej użyłem w tym pośmiertnym homagium”...
To było pisane w przedmowie do Krzyku, przepełnionej niedyskretnymi hymnami na cześć Jadwigi i sławiącej najlichsze utwory, jako „najdojrzalsze, najczystsze, najgłębsze” itd. Trudno o coś przykrzejszego z ust człowieka, który wiedział zbyt dobrze, że „błędy” były tu co najmniej zobopólne! Trudno o coś brzydszego, niż ta pośmiertna zniewaga, ten skalp zdarty z kochanej niegdyś głowy przez starego człowieka i obnoszony w jakimś histerycznym tańcu. Potem czyni więcej: chce wymazać w ogóle tę kobietę ze świata, neguje jej istnienie w swoim życiu, odbiera jej — jak widzieliśmy — utwory, których każdą literę przeżywali razem, i niesie je innej kobiecie. Jest coś, co się buntuje przeciw temu, aby to zostawić niesprostowane, niewyjaśnione, aby dać kostnieć fałszywej legendzie. Obrażałoby to zarówno poczucie prawdy jak ludzkości. I zmarli mają prawo do życia. Dziś tedy, gdy po śmierci wielkiego pisarza ani jeden głos jej nie wspomniał, wolno chyba powiedzieć parę słów o tej, która była najściślej związana z Przybyszewskim, owym prawdziwym, a nie tym, który był własnym cieniem i karykaturą.
Kim była Dagny Przybyszewska? Norweżka, starannie wychowana, ale dusząca się w mieszczańskiej ciasnocie Chrystianii, znalazła się w Niemczech, gdzie młoda Skandynawia była wówczas arystokracją w sztuce. Artystka w duszy, kształciła się w muzyce. Tam poznał ją i zaślubił Przybyszewski; zamieszkali w Berlinie. Życie to było oczywiście bardzo skromne, dla kobiety pełne wyrzeczeń; Przybyszewski nie zarabiał prawie nic, ona też nie była zamożna. Mimo to musiał mieć ten dom wdzięk i ciągnąć artystów, skoro po trzydziestu z górą latach tak wspomina go Johannes Schlaf:
Wielki ciemny pokój, oświecony dwiema tkwiącymi we flaszkach świecami. Cudowna gra Dagny Przybyszewskiej. Innym razem znowu na dworze, u Dehmla, w słoneczne jesienne popołudnie. Wysoka, smukła, jasnowłosa Przybyszewska stoi koło męża przy sztachetach, przypiąwszy sobie — co za artystyczny pomysł! — olbrzymi, płomienisto-żółty słonecznik przy piersi.
Wspomina ten dom Przybyszewskich Julius Hart: „Ale nie brakło przy tym godzin najczystszego i najwyższego artystycznego skupienia — zwłaszcza gdy alkoholu nie stało. Kiedy „nasz Stachu” u siebie, we własnym domu, pod oczami swojej żony, pięknej Duchy, grał Chopina...”. Ci, którzy znali Przybyszewskiego w Berline, podnoszą dobroczynną rolę Dagny w jego życiu. Był to jedyny okres, gdy pracował nad sobą: kapitałem, jaki nabył wówczas, żył potem wszak całe życie. Pod wpływem Dagny alkoholizm jego trzymał się w pewnych granicach. Ona dystynkcją swoją dawała cechę godności temu cygańskiemu domowi i ratowała go nieraz z krytycznych sytuacji.
Przybyszewski przybył do Polski sam, jakby na zwiady. Zachwycony przyjęciem, jakiego doznał, i tym że jest między swymi, nie mógł się doczekać chwili przyjazdu żony. Krakowskie łaziki patrzyły z podziwem, jak Przybysz po którejś z pierwszych libacji poszedł, otoczony całą bandą, w nocy na pocztę, i słał do Norwegii pilne depesze tej treści: Komm, liebste, komm, hier wirst du grenzenlos glücklich sein, komm, komm, komm... („Przyjeżdżaj, najdroższa, przyjeżdżaj, tutaj będziesz szczęśliwa bez granic, przyjeżdżaj, przyjeżdżaj, przyjeżdżaj”... I telegrafista myślał sobie zapewne, że rzadko mu się zdarza nadawać tak zredagowane depesze „dringend”, o potrójnej taryfie...
Przyjechała z dwojgiem dzieci, Zenonem i Iwi. Chłopiec miał trzy lata, dziewczynka mało co więcej niż rok. Przybyszewscy zajęli ładne mieszkanko parterowe przy ulicy Siemiradzkiego na rogu Karmelickiej, z maleńkim ogródkiem. (Dom stoi bez zmiany do dziś dnia). On przejął z rąk Sewera czasopismo „Życie”, które stało się szańcem nowej sztuki. A życie w domu Przybyszewskich? Dom od wczesnego popołudnia do późnej nocy przepełniony gośćmi, zdawał się jakąś inną planetą, gdzie nie istnieje nic prócz sztuki. Ściany pokryły się sprowadzonymi obrazami Muncha, Goyi; niebawem Wyspiański, Weiss i inni pośpieszyli je przybrać swymi dziełami. Na głównym miejscu wisiały tam Skarby Sezamu Wyspiańskiego, potem Chopin Weissa, na stołach pojawiły się najpiękniejsze nieznane wprzód u nas artystyczne wydawnictwa. „Stach”, grający godzinami całymi Szopena, przetwarzający go zupełnie indywidualnie. A kiedy on się zmęczył, wówczas siadała do fortepianu Dagny i grała jakieś smutne melodie swego kraju, po których raz trzyletni Zenonek Przybyszewski podszedł do matki i rzekł po norwesku: „Mamo, jakimi ty łzami płakałaś?”. To znów obraz się zmieniał: Stach, wesoły — ową swoją niebezpieczną i jakże bliską rozpaczy wesołością! — siadał na kanapie i kazał sobie godzinami grać kujawiaki i krakowiaki: owo „Słońce i pogoda”, które później znalazło się w Weselu itp. Z niczym nie da się porównać owych nocy, na przemian rozpaczliwej i radosnej egzaltacji, owych nocy, które z tego mieszkania czyniły jakąś zaczarowaną, świetlną wyspę w cichym i zdumionym Krakowie.
Przybyszewscy zdawali się wówczas związani mocną spójnią duchową. Dzielili wszystkie wrażenia, chodzili po pracowniach, cieszyli się każdym spotkanym talentem — Dunikowski, Markus, Weiss — młodziutkich wówczas artystów. Dagny uwielbiała Wyspiańskiego. Ich liebe von ihm jede Zeile, mówiła. Wyspiański bardzo lubił z nią rozmawiać; nieraz, aby ją zabawić, rysował swoich „królów polskich” jedną kreską i inne koncepty. Grywała godzinami sonaty Beethovena z muzykalnym, jak Cygan biednym suchotnikiem Szyszką. Umiała być czarującą, gdy czuła się dobrze; umiała lodowatą impertynencją osadzić na miejscu natręta. Fizycznie była urocza. Smukłej jej linii nie zdołała zniekształcić ówczesna ohydna moda; z królewską dystynkcją donaszała stare suknie, przysyłane ze Stockholmu po bogatej siostrze, bo Przybyszewski nie miał nic zrozumienia dla potrzeb kobiecych i wszelki pieniądz nieprzepity wydawał mu się zmarnowany, łatwiej tedy było o flaszkę szampana, niż o parę pończoch. Przeszłość Dagny spowita była tajemnicą. Była — plotkowano — egerią bohemy skandynawskiej; legenda łączyła jej imię z nazwiskiem Strindberga; odnajdowało się jej rysy na rysunkach Muncha, jej linie w rzeźbach Wigelanda. Dla Przybyszewskiego miała uwielbienie, tkliwość niby starszej siostry (była o rok od niego starsza), interesowała się w jego twórczości wszystkim; kiedy on pisał, panował w domu religijny nastrój; kiedy skończył szczęśliwie jakiś utwór, dom napełniał się radością i gwarem. Pamiętam, jak raz męczył się szalenie, nie mogąc znaleźć logicznej spójni między jakimiś fragmentami i ona wybawiła go z kłopotu, tłumacząc mu porządek tych rzeczy. Bodaj że chodziło właśnie o ową Androgynę. Ducha, Dulinka, Dusia — polszczył to imię już w Niemczech na wszystkie sposoby.
Rola Dagny w twórczości Przybyszewskiego, wbrew jego późniejszym twierdzeniom, była ogromna. W epoce gdy wszystkie hołdy byłby chciał przenieść pod nogi innej, z podrażnieniem odpierał, gdy doszukiwano się w jego dawniejszym — mówiąc jego stylem — „tworze” kobiety, którą (jak pisze z irytacją z okazji Nad morzem) „nawet określić umiano”. Mam w ręku polskie Nad morzem, wydane przez samego Przybyszewskiego: na pierwszej stronicy dedykacja: „Mojej żonie”, na następnej głowa Dagny rysunku Wyspiańskiego...
Jestem przekonany, że udział Dagny, obecność jej, niemało się przyczyniły do owego fantastycznego sukcesu Przybyszewskiego po przybyciu do Polski. To była żywa jego legenda, wdzięk, poezja tych pijackich nocy, które inaczej jakże łatwo osuwały się na poziom zbyt niski. To była dusza domu, na który przez chwilę zwrócone były oczy całej Polski.
Mimo to harmonia była zmącona. Nie ma potrzeby rozwodzić się nad przyczynami, które mogą zamącić pożycie mężczyzny i kobiety. W utworach Przybyszewskiego dość można znaleźć autobiograficznych — które jednak trzeba brać ze zrozumiałą ostrożnością — w tej mierze wynurzeń i fantazji na ten temat, począwszy od samych Wigilii. Zazdrość o przeszłość była w epoce owych sukien z buffami niemal obowiązująca. Potrzeba samoudręki tkwiła głęboko w naturze Przybyszewskiego. I trzeba powiedzieć jedno: o ile w Berlinie, na obcym gruncie, w przymusie pracy i zarobku, alkoholizm jego trzymał się w pewnej mierze, o tyle w Polsce, wśród rozlewności ziomków, w tym życiu fantastycznym, improwizowanym, przechodził wszelką miarę. Odwożenie go w stanie nieprzytomności do domu należało nieraz do codziennych czynności Dagny, z których wywiązywała się ze wzgardliwym nieco wdziękiem.
Było może i inne podłoże rozdźwięku. Przyjazd Przybyszewskiego do Polski mógł się stać w tym pożyciu poniekąd przełomem. W Niemczech, w tym obcym kraju, ojczyzną jego stała się młoda Skandynawia; Ola Hansson był jego chrzestnym ojcem literackim. Tam Dagny była mu najbliższą, niemal krajanką. Inna rzecz po przeniesieniu do Polski. On dopłynął do swoich. „Bliskich” miał aż zanadto; sfera jego zainteresowań stopniowo przeniosła się na polskie sprawy. Skoro zaczął pisać po polsku, rozluźnić się musiała ich spójnia artystyczna. Przybyszewski rad, że może nareszcie mówić i pisać po polsku, z niechęcią zmuszał się do mówienia po niemiecku; przedtem zaś, gdy był niemieckim pisarzem, nie czuł potrzeby nauczenia jej swego języka. Wśród ciągłych rozmów, dysput polskich, Dagny była z nich niejako wyłączona; wytworzyły się dwa „dwory”: Dagny, gdzie mówiło się po niemiecku lub po francusku, i Stacha, gdzie mówiło się po polsku. To sprawiało niewątpliwie, że codzienne pożycie stawało się mniej bliskie, ona mniej nieodzowna. Może wreszcie, kiedy Przybyszewski przetworzył swoje poematy i całe swoje słownictwo na polskie, stało się dla niego paradoksem mówić czułe słowa po niemiecku, może miał podświadomą potrzebę wyładowania tych nowych zdobyczy. Musiał spotkać tę, do której mógłby mówić po polsku. Cudzoziemska „Iza” musiała się zmienić na polską Hankę. Oto okoliczności, które mogły zaostrzyć wiekuisty strindbergowski antagonizm płci.
Był i inny konflikt, niejako rasowy. Ta Norweżka była z twardszego kruszcu niż słowiański. Nie rozumiała tych łatwych rozczuleń, tanich łez, obłudnych pocałunków szafowanych dokoła niej; Przybyszewski natomiast z rozkoszą poddawał się owym rozlewnym serdecznościom odnalezionej ojczyzny, których tak długo był pozbawiony. Na tle tych nastrojów głębokie uczucie Dagny zdawało się niemal chłodem. Przy tym on czuł się już po trosze zmęczony. Może sprawił to alkohol, może natura jego talentu, który rozbłysnął tak wcześnie i znużył się tak szybko. Przybycie jego do Polski — to jakby ciążenie do łatwiejszego, nie tak wytężonego artystycznie życia. Nagromadzony kapitał miał mu wystarczyć na parę dziesiątków lat; można powiedzieć, że nic do niego nie przydał. Nakarmiony w Polsce do syta bezkrytycznym uwielbieniem, ciążył może do odpoczynku, gdy ona wciąż była tą Loreley, dla której ginęli ludzie. To była towarzyszka dla szermierza, dla zwycięzcy.
Weszła w grę inna kobieta. Dagny broniła swego życia, ale czuła, że traci grunt pod nogami. Przypadkowo posiadam jej kartkę14 pisaną do Przybyszewskiego po norwesku z Zakopanego dnia 2 lipca 1899 r.:
Najdroższy, najdroższy.
Błagam cię, nie bądź smutny i przyjedź do mnie jak tylko będziesz mógł. Czekam cię z otwartymi ramionami, tęsknię za tobą i kocham cię.
Twoja Ducha.
Ale gra Przybyszewskiego nie była szczera. Życie ich stało się okropne, pełne niedomówień i dwuznaczności. W atmosferze nieznośnej, ciężkiej, w „malströmie” samoudręczeń, w jakich celowała owa smutna epoka, komplikująca i gniotąca na śmierć każdą sprawę — w oparach alkoholu wreszcie, zaczął się łańcuch powikłań, których tu nie będę opowiadał, a których ofiarą padły w końcu trzy istnienia: poeta Stanisław Brzozowski, który skończył samobójstwem, Emeryk, młody głuptas, który zastrzelił Dagny i siebie. Trudno jest omawiać tu tło tych wydarzeń, w każdym razie o wiele mniej prostych i brzydkich niż to Przybyszewski w swoich późniejszych pamfletach nasuwa. Rzecz szczególna, on sam mówił o Dagny, gdy mówił do tych, co ją znali, ze wzruszeniem: pisał — jakby pod dyktandem — coraz szpetniej, aż wreszcie — rzecz niesłychana! — „odwołał” swoje pozgonne, pod świeżym wrażeniem tragedii pisane wspomnienie15.
„Ożenek mój z Dagny był czystym przypadkiem, jaki się zdarza niejednemu młodemu artyście, któremu niebacznie noga się podwinie” — czytam w Przybyszewskiego autobiografii. A tuż obok leży na stole niemieckie wydanie De profundis z tą dedykacją tak prostą, najpiękniejszą z tych, które napisał: Meinem Freunde, Meiner Schwester, meinem Weibe Dagny („Memu przyjacielowi, mojej siostrze, mojej żonie — Dagny”).
Przejdźmy do konkluzji. Wbrew wszelkim autobiograficznym wyznaniom w życiu i twórczości Stanisława Przybyszewskiego odegrały rolę nie jedna, ale dwie kobiety: Dagny i Jadwiga. Pierwsza jest muzą jego okresu twórczego, bohaterskiego; druga — towarzyszką jego długiego schyłku. Bo znowuż wbrew osobistym komentarzom Przybyszewskiego, twórczość jego szła zupełnie inną koleją niż on w to wierzył czy chciał wierzyć. Rozbłysła w pierwszych kilku latach, wówczas dał już z siebie wszystko; tliła smętnie i... kopciła często w dalszej fazie życia. Przybyszewski jest wręcz zadziwiającym fenomenem jako zjawisko wstrzymania rozwoju. Będąc np. na jego odczycie, słyszało się te same zwroty, te same zdania, co przed dwudziestu pięciu laty: miało się wrażenie, że przez ten czas najpiękniejszych lat męskich nie przybyło mu ani jednej myśli. Zastygł niby urzeczony przez jakiegoś Chochoła. Raz jeszcze się ocknął: to kiedy pisał pierwszą część Moich współczesnych, jedną z najlepszych swoich książek. Bo wtedy wrócił duszą w ów pierwszy okres swego życia, swojej twórczości.
Ślad, jaki Dagny wycisnęła na tym okresie, jest niezatarty. Fizjonomię jej taką, jak ją widział Przybyszewski, odnajdziemy wszędzie, w powieściach, w dramacie, w poematach. I jakby przez ironię wówczas, gdy przeczył jej istnieniu, hymny, jakie pisał później dla innej kobiety, były bladym odbiciem tamtych na gorąco poczętych obrazów. Klepał do końca pacierz, który był niegdyś żarem miłości i poezji.
I stopniowo całe życie Przybyszewskiego, cały jego stosunek do społeczeństwa — i nawzajem — staje się kłamstwem. W miarę jak zanikała twórczość i wpływ istotny, rosło oficjalne uznanie. Urządzano mu kłamliwe jubileusze, przy czym teatry łamały sobie głowę, którą z jego sztuk można by wznowić, nie wywołując uśmiechu zamiast grozy. Darzono go półlitosnym oklaskiem. Znano go coraz mniej i coraz gorzej. Oto był plon tego, co on nazywa swą najdojrzalszą twórczością. Porównajmy to ze szczerością i ogniem wspomnień owych Niemców, którzy po czterdziestu blisko latach wspominają owe dawne dni.
Czy on w to wszystko wierzył? Któż zgadnie, z tą naturą tak boleśnie, tak konwulsyjnie pokręconą. W każdym razie jest coś niesamowitego w tym jego uporze, coś rozbrajającego w tej jego naiwności.
„Mściciela — mówi w tej samej ankiecie »Kuriera Czerwonego« — tworzyłem w ogromnym napięciu, ale i w wielkim trudzie. Często już pryskały wiązadła, fatalnie rysowały się wzniesione już mury, ale tu w całej tej pracy okazała żona moja niezwykły hart i jednocześnie wielką wiarę w moje siły, wiarę, która jej nie pozwoliła cofnąć się nawet przed najostrzejszą krytyką”.
Kto widział na scenie lub czytał Mściciela, uśmiechnie się, czytając te słowa... I kiedy tych dwoje starych ludzi podpierało „fatalnie rysujące się mury” niedołężnej w istocie i nikomu niepotrzebnej budowy, kto wie, czy czasem przed oczami duszy Przybyszewskiego nie zjawiła się owa smukła, jasnowłosa kochanka jego lat młodych, muza jego najpiękniejszych pieśni, Androgyne. I patrzała nań swymi zuchwałymi, poważnymi, mądrymi oczami, a on odpędzał ją może niedołężną ręką i mruczał: „Precz! to nieprawda, ciebie nigdy nie było”... Ale na próżno. Bo ta ukochana niegdyś — to była cała jego młodość, namiętna i górna, to było całe jego życie...
Piszę to wszystko — jak rzekłem — w podwójnym celu. Raz, aby dać świadectwo prawdzie, do której umarli mają prawo. Po wtóre, aby wedle możności pomóc do rozeznania się w tej zawiłej, skomplikowanej psychice. A wreszcie pragnąłbym przywrócić pisarzowi jego prawdziwą fizjonomię, tę, w której ma się utrwalić i pozostać. U pisarza, którego mało kto pamięta w jego rozkwicie, a wszyscy oglądali w długiej dobie zmierzchu, i tak jest to utrudnione; cóż dopiero gdy on sam przyczynia się do nieporozumień. A kiedy się podejmie to zadanie, niepodobna przeszkodzić, aby imię jego, wbrew ziemskim kolejom, nie zostało związane z imieniem tej, z którą w królestwie ducha złączone jest na zawsze, dla której wyśpiewał najpiękniejsze swoje pieśni:
O jasna moja! —
Już tysiąc razy świat się przeobraził, odkąd Twe ostatnie spojrzenie wchłonęło gasnące blaski mej duszy, a wciąż jeszcze widzę Twą drobną twarz dziecka i złotą koronę jedwabnych włosów wokół Twej skroni, widzę, jak dwie łzy spłynęły w blady uśmiech, co tlał na Twych ustach, i słyszę, jak Twój głos ciemną skargą się żali...
Ty, która mi rozrywasz pieczęcie wszelkich tajemnic i czytasz runy ukrytych sił, a po wszystkich szałach mego życia roztaczasz się tęczą łaski od jednego nieba do drugiego —
nigdy jeszcze nie wichrzyły się taką burzą gwiazdy moje, nigdy jeszcze nie promieniała jasność, co Twą skroń wieńczy tak krwawymi błyski, jak teraz, kiedym Cię już na zawsze utracił.
Przed Twe nogi rzucam gwiazdy moje; stopy Twe oplatam snów mych czarnym kirem, a w ręce Twoje wkładam moje serce — me serce...
Tak mówił wielki poeta. I kiedy się spojrzy na koleje Przybyszewskiego, dziwnie wróżebnego charakteru nabierają owe słowa jej listu:
...bo się pod taką gwiazdą urodziłam, że ja jedyna mogę położyć koniec twej królewskiej potędze...
Smutny Szatan
„Kochankowie bogów umierają młodo”... Jak w każdej mądrości narodów, tak i w tym powiedzeniu jest tyleż fałszu, co prawdy. Byron umarł w śliczną porę dla swojej legendy. Słowacki niewątpliwie straciłby na tym, gdyby dożył naszej epoki i jako stuletni ramol był prezesem Straży Piśmiennictwa Polskiego. Ale, z drugiej strony, Molier, Rabelais, Montaigne, Beaumarchais i tylu innych, których twórczość rozwinęła się po czterdziestce, gdyby pomarli młodo, byliby niczym. Bywa i tak, i tak, jak wszystko na świecie.
Bardziej interesuje mnie rzecz inna: mianowicie, czym się dzieje, że pisarz obleka dla potomności tę lub inną fizjonomię; że stawszy się ideą, rzeczą — zdawałoby się — bez wieku, przybiera mimo to pewien określony wiek; oko potomności utrwala go chętniej w pewnym momencie jego rozwoju. Czy widzi kto Woltera inaczej niż jako pomarszczonego starca z sardonicznym uśmiechem na cienkich wargach? A przecie Wolter, mając dwadzieścia kilka lat, był już sławnym poetą, autorem oklaskiwanych tragedii. Przypuśćmy, że u Woltera ta starcza fizys zgadza się z portretem duchowym: ale czemu np. Fredrę widzimy w postaci staruszka, gdy on wszystkie swoje komedie — te, które się liczą — pisał jako mężczyzna trzydziestokilkuletni? Musseta widzimy młodym, mimo że dożył pięćdziesiątki. Czasem decyduje o tym jakiś popularny wizerunek czy rzeźba, czasem nieuchwytny na pozór kaprys historii.
I oto świeżo po zgonie Przybyszewskiego mimo woli zastanawiałem się, w jakiej fizjonomii on się utrwali dla potomnych. Czy jako ten, którego znali wszyscy: potulny, zahukany staruszek, przykładny mąż, gorliwy Polak i obywatel, wciąż kajający się i uwielbiający, czy jako ów „uczeń szatana”, jakim go pamiętają niektórzy, rzucający zuchwałe wyzwanie życiu i śmierci, stwarzający dokoła siebie wir potępieńczy? Otóż tu pośmiertne losy pisarza są po trosze w naszych rękach, w rękach tych, którzy dziś mogą jeszcze ogarnąć całość jego twórczości i życia.
Stosunek opinii do Przybyszewskiego był w istocie dość pocieszny. W pośmiertnym numerze „Wiadomości Literackich” opowiada Jerzy Hulewicz, jak przed kilku laty dom jego w Poznańskiem był przedmiotem bojkotu, ponieważ mieszkał tam Przybyszewski. „Sąsiedzi i krewni, bliscy i dalecy, zaczęli stronić od nas” — mówi Hulewicz. W parę lat potem pisarz staje się „chlubą Wielkopolski”. Co się stało? Czy się odmienił on albo jego czytelnicy? Czy wydał nowe dzieła, czy co nowego stworzył? Nic a nic. Po prostu zamilkł, był już stary, chory, przestano go czytać; stał się „nieszkodliwy”. Dojrzał, na parę lat przed śmiercią, do owej mumifikacji czy beatyfikacji, którą utrupia się u nas znakomitych pisarzy.
Opowiadał mi jeden z uczestników pogrzebu Przybyszewskiego następującą scenę. Dygnitarz państwowy, wysłany przez zwierzchność, aby wygłosił mowę na pogrzebie, odgadawszy z widocznym przymusem zdawkowe frazesy, zeszedł z mównicy i szepnął do kogoś z obecnych: „Pogrzeb pogrzebem, ale co tu gadać, to był demoralizator i tyle”. Nie wiedział szanowny dygnitarz, że w tej chwili właśnie wygłosił prawdziwą mowę pogrzebową, że położył palec na istocie czynu Przybyszewskiego, na tym, za co właśnie — też nie bardzo wiedząc o tym — składano mu wieńce. Demoralizator! Weźmy rzecz filologicznie: jeżeli słowo „moralizator” jest w literaturze pojęciem najbardziej okrzyczanym, w takim razie przeciwieństwo jego — de-moralizator — musi być pojęciem zaszczytnym. Coś tak jak infekcja i dezynfekcja, maskować i demaskować.
Kto znał Przybyszewskiego w ostatnich kilkunastu latach, niełatwo może sobie wytworzyć pojęcie o człowieku, jakim był w epoce pierwszego przybycia do Polski w r. 1898. W jednym z numerów wydawanego przezeń „Życia” znalazła się reprodukcja Szatana Wigelanda, fragment wielkiej płaskorzeźby. Szatana tego krakowska prokuratura skonfiskowała, nie wiem czemu. Jest to rosły, piękny mężczyzna, który siedzi z głową wspartą na rękach z wyrazem bezgranicznego smutku. Na płaskorzeźbie stanowi on centrum kompozycji; dokoła niego tłoczą się potępieńcy. Prawdziwy książę ciemności. Tym księciem ciemności zdawał mi się wówczas Przybyszewski, tymi potępieńcami byliśmy po trosze my wszyscy, którzyśmy się do niego garnęli. Bo jego wpływ osobisty był może większy jeszcze niż literacki; w każdym razie promieniowanie osobistego wpływu było źródłem wpływu literackiego. W innych warunkach Przybyszewski byłby z pewnością założycielem sekty. Kiedy sobie przypominam jego ówczesną gminę krakowską, zdaje mi się, że dosyć niewiele troszczono się tam o „Życie”, o manifesty głoszące sztukę przez wielkie S; wszystko to zdawało się dość blade w stosunku do tego niesamowitego narkotycznego życia, jakie Przybyszewski sam stwarzał dokoła siebie. Tak, „przybyszewszczycy” to była raczej sekta niż szkoła literacka. Zauważyć zresztą należy, że wśród ludzi, którzy się grupowali wówczas koło Przybyszewskiego, nie było ani jednego „firmowego” literata. Wszyscy, nawet ci, którzy go sprowadzili i witali pierwsi, rychło odsunęli się, urażeni jego arbitralnością, ekskluzywnością, obrazoburstwem. Dobór otoczenia odbywał się wedle całkiem innych kategorii: to były, jeżeli wolno tak powiedzieć, dzieci Szatana. Takie sobie niewinne dzieci, dzieciątka.
Książę ciemności! Aby rozumieć Przybyszewskiego z owej epoki, trzeba sobie uprzytomnić atmosferę tragedii, w której żył, w której się pławił. Miał dwadzieścia parę lat, kiedy ginie gwałtowną śmiercią kobieta, którą porzucił dla innej, dla wielkiej miłości swego życia; Przybyszewski dostaje się do więzienia16, podejrzany o udział w tej śmierci. W kilka lat ginie tragicznie owa druga, a towarzyszą tej śmierci dwa samobójstwa. Te dwa zdarzenia spinają jak klamrą najpłodniejszy okres jego życia; a nie są to przypadki, to wykwit atmosfery, w której żyje, którą tworzy i niesie ze sobą. Bez tej ramy, w którą jest ujęta, niepodobna rozumieć jego twórczości.
Człowiek nieszczęśliwy? Och, tak! Przybyszewski był człowiekiem głęboko nieszczęśliwym. Nie przez warunki życia: nieszczęście tkwiło w nim organicznie. Ale było coś więcej. On tej atmosfery nieszczęścia, tego ocierania się niemal o zbrodnię, potrzebował. Zapewne mimo całego egotyzmu twórczości Przybyszewskiego nie można go utożsamiać wprost z jego bohaterami, a jednak, gdy czytam pewien ustęp z Homo sapiens, zawsze widzę jego samego w tej sytuacji. To ta scena — nie bez odpowiedników w jego życiu, tragicznych i komicznych na przemian — gdy Falk skrada się za Grodzkim, wiedząc, że ten idzie się zabić:
Szedł długo za Grodzkim, aż wreszcie spostrzegł go, jak znikł w parku. Falk osłabł tak, że musiał się oprzeć o ścianę, aby nie paść. Wszystko w nim było tak naprężone, że najdelikatniejszy szmer sprawiał mu ból. Słyszał w dali turkot dorożki, posłyszał jakiś śmiech... drżał coraz silniej, zęby mu szczękały. Teraz musi się to wreszcie stać. Zamknął oczy, teraz... teraz... Serce się ścisnęło. Dławił się.
(...) Może Grodzki chciał tylko sobie z niego zakpić. — Naturalnie, że się nie zabije! — powtarzał wściekły.
W tej chwili posłyszał wystrzał.
(Homo sapiens . — W Malströmie).
Tak, ten głęboko dobry człowiek był straszliwym niszczycielem. Musiał żyć tragedią, musiał mieć ją na co dzień i od święta, jak teatr. Bo szatan, jak wszystkie sztuki, tak wymyślił i teatr, i maski. Przybyszewski był wielkim histrionem. Wciąż grał sobie jakąś komedię — tragedię — dell’arte. Obok smutku, czaiła się w nim nieuleczalna nuda — lęk — nieustanny głód podrażnień.
Czegóż on się nie chwytał, aby oszukać tę nudę, aby zakrzyczeć tę rozpacz, ten niepokój! Czynność, jaką rozwija Przybyszewski w pierwszym okresie swego działania, jest niesamowitą. Redaguje „Gazetę Robotniczą” i tuż potem „Metaphysische Rundschau”. Podrabia słynny List księdza Ściegiennego i pomaga — jego własne zeznanie — Strindbergowi przerabiać ołów na złoto (!). Sparza muzykę z filozofią, Chopina z Nietzschem — czegóż zresztą nie sparza z sobą: gotyk z fizjologią rdzenia pacierzowego, diabologię z malarstwem i rzeźbą, wszystko to chłonie, przetwarza, stapia w indywidualną religię... I wciąż z tego arcy-logicznego chaosu wydzierają się te trzy rzeczy, z których jedna wystarcza, aby opętać człowieka: poezja, muzyka i frenetyczna miłość kobiety. Czy był człowiek, który by tak szalenie chłonął życie ducha jak ten dwudziestoparoletni Polak; który by zuchwalszą rękę ściągał ku niebu, tłukąc w nie, aby mu wydało wszystkie tajemnice i wszystkie dreszcze istnienia? Faust w ciszy swej pracowni zgłębiał pół wieku księgi, potem zaś, kiedy zawarł pakt z diabłem i rzucił się pić ze źródeł żywego życia, cisnął księgi w kąt; ale ten nasz młody Faust chciał wszystkiego naraz. Nie dziw, że strumieni alkoholu było trzeba, aby uśpić nerwy rozszalałe takim szarpaniem, że ten mózg chodził krawędziami obłędu.
Taki był, kiedy zjechał do Polski. I w tej swojej nieugaszonej męce Przybyszewski wypełnił jedną rolę. Obudził poczucie tragizmu życia, sztuki. O naszej przedromantycznej literaturze nie mówię, jej wszelki tragizm był obcy. Polem był w poezji tragizm cierpień narodowych, który „przeanielił” dusze naszych poetów. Ale ten książę ciemności był pierwszym, który pochylał się nad wszystkimi przepaściami życia, nad otchłanią nieszczęścia i zbrodni, nie jako pisarz, ale wręcz jako człowiek; który każde słowo płacił krwią swoją i — cudzą. I to jest arcyważne do zrozumienia wpływu Przybyszewskiego. Nie jego programy, nie jego „absoluty” i „nagie dusze” porywały; ale on sam, ten opar demonizmu, ten narkotyk, który sprzedawał. Mefistofeliczne było w nim wszystko. Rozmowa jego z młodym człowiekiem, który się doń zbliżał, zawsze mi przypominała ową scenę z Fausta, gdy Mefisto, przebrany w togę doktorską, udziela rad studencikowi. Robi wrażenie człowieka, który wszystko wie, wszystko przemyślał, wszystko zna. Miał mnóstwo wiadomości, którymi umiał genialnie operować; skąd je miał, licho wie? Bo nikt go nie widział, aby co czytał. Umiał chytrze prowadzić i przecinać dyskusje. Miał olśniewające paradoksy, wybuchy. Był mistrzem szyderstwa, umiał prowadzić sokratycznie dialog, wywieść rozmówcę na manowce i zostawić go na nich, parsknąwszy śmiechem. W utworach wyzuty z humoru, w życiu miał piekielne poczucie dowcipu. Szyderstwem wypalał wszystko jak żrącym kwasem; rozkładał martwe związki, ścigał wszystkie narowy myślowe, niepokoił jakimś bolesnym cynizmem, a zarazem wiązał, przykuwał do siebie sekretną magią słów. Alkohol wypity z nim miał tajemniczy smak: nie darmo wypisywaliśmy wówczas na flaszkach wiśniówki: „Eritis sicut Deus, scientes bonum et malum”.
Nasycało to jakąś żywiołową potrzebę, jakiś głód niedokarmiony nigdy w Polsce od czasów Rzepichy i Piasta. Przybyszewski dał pokarm niedosyconemu demonizmowi duszy. Był w kraju łagodnych Słowian ambasadorem Arymana; w kraju, który umiał przetłumaczyć renesans na treny po Urszulce, rewolucję francuską na Trzeci Maj, a samego Byrona na miłość ojczyzny. On Żywotowi człowieka poczciwego przeciwstawił żywot człowieka szalonego; kazaniom Skargi — chichot sabatu czarownic; różnym synom nieba spreparowanym dla młodzieży — synów ziemi opiłych rozpaczą i bluźnierstwem. A jego alkoholizm, pijaństwo oszalałego swym zuchwalstwem mózgu, czyż nie jest ekspiacją za kufy bezmyślnie wychlane przez starych polonusów? Noch eine Stunde, dann ist Nacht — trinkt bis die Seele überlauft — pijcie aż dusza wykipi — ileż razy powtarzało się za nim to motto ze wspaniałej Pieśni pijackiej Richarda Dehmla! A ta glossa: Am Anfang war das Geschlecht — „Na początku była chuć” — czyż nie jest zapłatą za wszystkie święte Kingi i Bolesławów Wstydliwych, z których utkana jest nasza historia? Potępiano jego „panseksualizm”; ale czy on nie jest późnym wyrównaniem konta za bezpłciowość tylu pokoleń? Jest w tym coś fatydycznego, że właśnie polskim ustom los kazał wypowiedzieć ów werset ewangelii płci. To coś niby starodawny obyczaj „odszczekania”: tak długo Polska zapierała się płci, aż wreszcie ten Polak w gorliwości swojej uczynił z niej alfę i omegę kosmosu. To szatan, mszcząc się, kazał za cały naród temu prostemu Kujawiakowi „odszczekać”.
Bo to pewna, że bies wstąpił w tego człowieka. On był nawiedzony, przez szatana w wielkim stylu. I przez to stał się dla nas bezcennym skarbem. Bo zważcie: myśmy w Polsce nigdy nie mieli szatana; były tylko podrzędne rezydenty i pachołki piekielne: Kusy i Boruta. Przybyszewski spłacił za nas dług tej inkarnacji. Zjawienie się jego było potężnym uzdrowieniem, było rozwiązaniem zahamowanych wiekami kompleksów. On był freudowskim snem naszej duszy, a raczej freudowskim jej snów wykładem. Ale i on sam z dotknięciem gleby rodzinnej stracił swój demonizm, zmienił się w... diabła z pani Twardowskiej. „Jak baba diabła wyonacyła”... O ziemio polska!
Toteż „książę ciemności” kokietował później ze wszystkimi wiarami i liturgiami: z hinduską metempsychozą, katolicką ortodoksją, żydowską kabałą. I tym, co go znali dawniej, nieraz przychodziły na myśl Goethowskie słowa: „Nichts abgeschmackteres weiss ich der Welt, ale einen Teufel der verzweifelt”...
Tak, ten szatan dzwonił potem ogonem na wszystkie kazania. Ale to już nie miało znaczenia. Ten, który w De profundis uwiódł własną siostrę, w Mścicielu groził straszliwymi karami człowiekowi, który uwiedzie (słownictwo jego epoki) siostrę cudzą. Publiczność wołała „autor”, klaskała z uśmiechem, po czym każdy poszedł z czyjąś tam siostrą do Oazy. A jemu, autorowi, wyprawiano jubileuszowy obiad. Powieszono mu na diabelskich obłamanych rogach wysoki order Odrodzonej Ojczyzny. Ten sam order ma może prokurator, który konfiskował niegdyś jego „Życie”. I wszyscy się uśmiechali.
O losie pisarza! Gdybyż był przeszedł jak meteor — którym był w istocie — jak potężne zostawiłby wstrząśnienie, jak wspaniałą pamięć. Jak ożywczą smugą szedłby za nim zapach dobroczynnej smoły, tak zdrowej dla silnych płuc! On nie był z tych, którzy by mogli przejść do normalnej historii literatury. Przeżył samego siebie o parę dziesiątków lat. Wrócił do kraju, aby w nim powoli dogasać. Zniszczył własną legendę. Nie dla wszystkich. Dla Niemców — tych co go pamiętają, którzy pisali o nim po jego śmierci — pozostał owym światoburczym opętanym „Stachu”, o którym tak gorąco mówią Hart i Schlaf. I u nas trzeba by wydobyć jego prawdziwą twarz spod nalotów. Twarz smutnego szatana, twarz udręczonego bez miary człowieka, twarz wielkiego poety.
Poeta a pieniądz
Zdaje mi się, że my nie bardzo lubimy myśleć, nie lubimy zwłaszcza przemyśleć rzeczy do końca. Upraszczamy rzeczy skomplikowane. Frazes czepia się wszystkiego, załatwia wszystko. I dlatego często, nawet gdy sprawa jest słuszna, argumenty trafiają jak kulą w płot.
Umarł niedawno Stanisław Przybyszewski. Umarł w biedzie, jeżeli nie w nędzy. To nieładnie, oczywiście. Nawymyślano też z tego powodu narodowi, nahańbowano. Hańba państwu, hańba ojczyźnie, hańba społeczeństwu.
Równocześnie, to samo pismo, na którego łamach rozbrzmiewają owe „hańby”, zamieszcza szereg fotografii. Fragment mieszkania Przybyszewskiego w pałacu Pod Blachą. Sypialnia Przybyszewskiego w pałacu Pod Blachą. Gabinet, jadalnia... razem z pięć pokoików, miłych, z staroświecka urządzonych, wysłanych pięknymi kilimami, przytulnych. I niejeden sobie myśli: „Mój Boże, zgodziłbym się na taką nędzę”. Zasłużonemu pisarzowi prócz mieszkania przyznano pensję. Niewiele to było, jakieś pięćset złotych, ale zawsze coś.
Ojczyzna, sądzę, rozumuje tak: „Masz oto, mój zasłużony synu, dach nad głową i minimum egzystencji. Coś tam jeszcze piszesz, coś zarabiasz, jesteś sławny, masz za sobą sporo poczytnych książek, sztuk teatralnych które powinny coś przynosić, czasem urządzą ci odczyt, jubileusz, no i zwiążesz jakoś koniec z końcem”.
Przybyszewski końca z końcem nie wiązał. Należało się o to zatroszczyć, niewątpliwie. Wyjątkowym ludziom należą się wyjątkowe względy.
Ale teraz, dla równowagi, jedna anegdota. Pewnej nocy w Monachium Przybysz wraca z kawiarni do domu. Naraz słyszy w oddali śpiew; poznaje polski język, swojacką melodię. To robotnik polski szedł ulicą i śpiewał sobie coś z kujawska. Przybyszewski dogania robotnika, wdaje się z nim w rozmowę, ściska go i w rozczuleniu daje mu swój zegarek i wszystkie pieniądze, jakie miał przy duszy, jakieś osiemdziesiąt marek.
Chętnie wierzę w to zdarzenie, bo widziałem w życiu Przybyszewskiego wiele podobnych. To bardzo pięknie. Ale niech mi kto powie, jak sprawić, aby człowiek z takim usposobieniem nie był w kłopotach? Musiałby chyba minister skarbu chodzić za nim i wkładać mu do kieszeni nowe zegarki i nowe banknoty.
Bo ten satanista miał serce miękkie jak wosk i czułe na biedę ludzką. Stróż czy robotnik mógł zeń wydobyć wszystko, na chorobę żony, na opłatę szkolną dla dziecka. Nie podzielić się, nie oddać, kiedy miał, było dla Przybyszewskiego niemożliwością. Pod tym względem miał zawsze ekonomię czysto ewangeliczną: brać od tego, co ma, dawać temu, co nie ma, i nie troszczyć się o jutro. To wszystko nie sprzyjało „wiązaniu końca z końcem”.
Dodajmy jeszcze — można o tym mówić szczerze, bo i on sam pisał o tym w swoich Wspomnieniach po prostu — jego nałóg, alkoholizm. O ile ten nałóg bardzo sprzyja miękkości serca, o tyle nie ułatwia gospodarki.
Było nawet coś więcej. Przybyszewski — przynajmniej taki, jakim go znałem za jego najbujniejszych czasów — wręcz nienawidził pieniędzy. Pisał gdzieś, że są „wrogie twórczości”. Tępił je też z obrzydzeniem, jak śmiertelnego wroga. Po pijanemu wtykał nieraz banknoty obcemu włóczędze na ulicy, rozdawał, rozrzucał, przehulał je do ostatniego i następnego rana znajdował się wobec pytania: skąd brać?
Zapewne w ostatnich swoich latach Przybyszewski chory, znękany, musiał być inny. Ale i tak nie wierzę w jego talenty gospodarcze. Nie jest więc może państwo tak winne, jakby się zdawało.
A społeczeństwo? Chcę mówić tylko o tym, na co patrzałem z bliska.
Kiedy Przybyszewski przybył pierwszy raz do kraju do Krakowa z Niemiec, gdzie, jak sam opowiadał, cierpiał ciężką nędzę, nie miał w kieszeni, można rzec, ani grosza. Przyjechał, sprowadził z drugiego końca Europy żonę z dwojgiem dzieci; znaleziono mu mieszkanko, miłe cztery pokoje w wybornym punkcie, na parterze, z werandą i z ogródkiem. Jeden entuzjasta mu je umeblował, drugi ofiarował fortepian, malarze pokryli ściany dziełami sztuki. Miał dwie służące. Codziennie paru łazików stanowiących dwór Przybyszewskiego żywiło się przy jego stole, codziennie w domu czy w kawiarni trunek płynął obficie. Lato spędził z rodziną w Zakopanem. Sądzę, że w pierwszym roku pobytu w Krakowie Przybyszewski wydał sumę równającą się co najmniej pensji dyrektora w poważnym banku. Z sumy tej zarobił nieborak maleńką cząstkę; nie było sposobu! Kto pokrył resztę? Kraków, ten najbiedniejszy na świecie, przysłowiowo goły Kraków. Rzucając przeto gromy, łatwo trafić gromem w płot. Nie było może przykładu takiej ofiarności „społeczeństwa” wobec artysty co wobec Przybyszewskiego. Święcie na to zasłużył, bo dawał sto razy więcej, niż brał, ale trzeba rzeczy postawić na właściwym miejscu. Gdyby móc uchwycić pozycję najnieuchwytniejszą pod słońcem, „obrót” Przybyszewskiego, okazałoby się, że przy całej jego biedzie przechodziły przez jego ręce znaczne sumy.
A oto jak. Mały przykład wśród mnóstwa. Jednym z pierwszych, którzy go w Krakowie powitali, był niejaki Zdzisław Gabryelski. Student filozofii niemieckich uniwersytetów, meloman, ekscentryk, trochę buffon, ale i entuzjasta, był on właścicielem pierwszorzędnego składu fortepianów. (Trudno, nawiasem mówiąc, wymarzyć bardziej niesamowitą i fantastyczną ramę dla „orgii”, niż ogromne sale, w których szczerzą słoniowe zęby szeregi czarnych fortepianów. Co tam za noce były w tym narożnym pałacu na rynku w Krzysztoforach!) Ów Gabryelski, mimo że uchodził za skąpego, bywał opatrznością cyganerii w drobnych kłopotach. Od dłuższego czasu toczyły się z nim pertraktacje o znaczniejszą kwotę niezbędną dla uzdrowienia schorzałych finansów „Stacha”. Ale Gabryelski, człowiek dość nieobliczalny, nerwowiec (skończył później samobójstwem) przedzierżgnął się nagle w zimnego handlowca. Tak znaczną sumę, powiadał (chodziło coś o sześćset koron), musi zaczerpnąć z kasy swego przedsiębiorstwa; może ją tedy dać jedynie na bardzo pewny weksel. Mimo iż podrażniony, Przybysz zgodził się na ten warunek. Co to był za weksel! Żyrowały go wszystkie łaziki krakowskie, cała cyganeria; było na nim ze dwadzieścia nazwisk. Stach wręczył weksel, zainkasował pieniądze, po czym zaczął się bawić z Gabryelskim jak kot z myszą, rozwijając całą złośliwość bohaterów własnych powieści. Zaczął go komplementować, że on, p. Zdzisław Gabryelski, ten wielki pan, ten subtelny człowiek, zrobił sobie doskonały żart z owym wekslem; bawi się tym, iż ktoś mógł pomyśleć, że on jest taka świnia, aby od przyjaciela żądać weksla, a teraz ten weksel pańskim gestem podrze, etc. W istocie doprowadził do tego, że Gabryelski, smagany szyderstwem, przypiekany ironią, mieniąc się na twarzy, wyjął weksel i podarł. Wtedy Przybysz, rozczulony, uściskał go i zaprosił całą kompanię do Turlińskiego. Kazał dać ze dwadzieścia flaszek szampana, zapłacił z góry (oczywiście z tych krwawo zdobytych pieniędzy), kazał wszystkie otworzyć, zerkając na bladego ze złości Gabryelskiego i bawiąc się sadystycznie jego męką.
Zaledwie kompania umoczyła usta w szampanie. Przybysz dał znak do „zmiany lokalu”, zostawiając pełne flaszki. Umyślnie; była to wyrafinowana zemsta za ów weksel. I wszyscy wyszli „do innego Żyda”, gdzie oczywiście dokonała się egzekucja na pozostałym kapitale. Tego już biedny Gabryelski nie mógł przenieść; skinął na najgorliwszego moczymordę i zostali we dwóch, wysuszając otwarte butelki do rana, iżby się całkiem nie zmarnowały. Rano znaleziono ich leżących jak trupy na podłodze, obok kilku jeszcze pełnych flaszek. A Przybysz, opowiadając o tym, zanosił się od śmiechu.
Takimi epizodami naszpikowane było jego codzienne życie w owej bohaterskiej epoce. Świat, życie, były dla niego to wściekłym scherzem, to patetyczną symfonią, ale nigdy rzeczywistością. Jeżeli Przybyszewski nie rozwiązał problemu jak „żyć z pióra”, to przede wszystkim dlatego, że nigdy go sobie naprawdę nie stawiał. Przez cały np. ów okres krakowski, budżet jego oparty był na tzw. „podatku narodowym” (wyrażenie jego własne), który wszyscy bliscy chętnie składali. Kiedy nie stało chwilowo podatku narodowego, Przybysz wychodził na miasto, zupełnie jak myśliwiec na łowy. I zawsze przynosił jakiś banknot, czasem większy, czasem mniejszy, ot jak z polowania. A niezależnie od tego przez dwa lata znajdowały się w Krakowie pieniądze na podtrzymywanie deficytowego najzupełniej czasopisma „Życie”. Oczywiście to się musiało wyczerpać. Wówczas Przybysz sprzedał za parę groszy meble i obrazy i przeniósł się do Lwowa, potem do Warszawy...
Dlatego, kiedy w jednym z artykułów pamiątkowego numeru Przybyszewskiego czytam te słowa: „Dla niego sztuka nie była pomostem do sławy, bo jej nie zaznał (?!), nie środkiem zdobycia pieniędzy, bo o to, aby ich nie miał, postarała się wdzięczna ojczyzna17”... mimo woli zadaję sobie pytanie, dlaczego my się musimy ciągle tak załgiwać? Czemu musi być to ciągłe biadkanie i jajczenie? Czemu musimy stosować szablony do rzeczy najmniej szablonowych w świecie?
Jakiż będzie najogólniejszy wniosek? Ten, że są natury, organizacje, przy których niezmiernie trudno jest zapobiec, aby artysta nie był w biedzie. O ile mogą być wielcy poeci skrupulatni i gospodarni, o tyle zdarzają się inni, dla których prawa budżetu nie istnieją, dziurawe worki, których nie ma sposobu napełnić. Takich by trzeba chyba brać pod kuratelę; a niech kto spróbuje: to są ludzie zazwyczaj najdrażliwsi, najbardziej arbitralni. Niegdyś poeta żył na dworze jakiegoś księcia, wolny od trosk materialnych. Dziś egzystencja artysty bywa problemem bez wyjścia. Verlaine wyciągał po kilka franków od księgarzy, a przygodne kochanki wyciągały z niego po parę tysięcy. Jak, skąd? Licho to wie. Żył w szpitalu, umarł w nędzy, w bogatym Paryżu, otoczony zgrają snobów i wielbicieli.
Jaka więc rada? Byłaby może jedna: stworzyć coś w rodzaju dawnego greckiego prytaneum, gdzie zasłużeni ludzie mogliby się żywić na koszt państwa za okazaniem legitymacji. Traktiernia w Hotelu Europejskim ze swymi wygodnymi fotelami dość by się na ten cel nadawała.
„Nonszalancki Paon”
Z okazji wspomnień o Przybyszewskim pisano teraz sporo o krakowskim Paonie. Historia ta pojawia się zresztą w prasie z racji różnych wspominków dość często; przy czym zwykle opowiadają o wielkim płótnie zdobiącym ściany kawiarni Turlińskiego, cytują napisy z tego płótna, czasem reprodukuje się je, wszystko pod firmą Paonu. Otóż, dość ciekawym jest, że płótno to nie tylko nigdy nie znajdowało się w Paonie, ale że, przeciwnie, Paon był poniekąd opozycją przeciw temu płótnu, ucieczką. Było tak. Kiedy w roku 1897 Turliński założył kawiarnię, była ona, już przez swoje położenie (naprzeciwko teatru), predestynowana na kawiarnię artystyczną. Może na wzór blejtramu, który Solski rozpiął w swojej garderobie i który pokryto malowidłami i podpisami, Turliński kazał sporządzić wielkie płótno na całą ścianę jednej z sal kawiarni. Pomysł — tak nowy w Krakowie — spodobał się, posypały się napisy; pierwszy zjawił się na płótnie Lucjan Rydel, co dało powód do równoczesnych docinków w znanych wierszykach Wyspiańskiego i Kazimierza Tetmajera, skreślonych tuż obok18. W tym samym niemal czasie zjechał do Krakowa Przybyszewski, życie artystyczne ożywiło się, kawiarnia Turlińskiego stała się obozem cyganerii.
Płótno to miało jedną ujemną stronę. Było publiczne: kto chciał, ten je „zdobił”, bez ograniczenia. Dosyć naturalnym obrotem rzeczy, im większy pacykarz, tym chętniej pchał się na nie, tym więcej zajmował miejsca. Niebawem, upstrzone malowidłami bez harmonii i smaku, napisami często głupawymi, wielkie płótnisko stało się czymś dość szpetnym. Wściekało to malarza Jana Stanisławskiego, który miał w wysokim stopniu poczucie hierarchii i ekskluzywizmu w sztuce; wymyślał na to płótno, i on to najbardziej propagował potrzebę odseparowania się, tak samo jak wprzód odseparował się towarzystwem Sztuka od powszechności krakowskiej „Zachęty”.
Były i inne przyczyny. Nieprzyjemnie było towarzyskie życie „cyganerii”, niewinne, ale często wymagające pewnej dyskrecji, wystawiać na widok gawiedzi. Przybyszewski nie mógł żyć bez fortepianu, bodaj bez pianina; Stanisławski bez stolika z ulubionym wintem... Wszystko to sprawiło, że dojrzewała myśl stworzenia schroniska niedostępnego dla obcych, gdzie by można malować, muzykować, pić, śpiewać i dysputować do woli.
Po naradach z „Turlem”, uzyskano na ten cel małą oddzielną salkę. Chodziło o nazwę, o godło. Przybyszewski zawsze miał jakieś słowa, które go na przeciąg kilku dni lub dłużej upajały swoim dźwiękiem komicznym lub mistycznym; w owym czasie lubił powtarzać z wiersza Maeterlincka słowa: „les paons blancs, les paons nonchalants”; on też nazwał ten pokoik „pod nonszalanckim paonem”, z czego w skróceniu zrobił się „Paon”.
Wprowadzono się z zapałem. Nie było tam żadnego płótna, tylko obfitość papieru rysunkowego i kredki. Ściany pokryły się rychło pastelami, akwarelami przyszpilanymi na ścianach. Świetny paw, nie pamiętam czyjej roboty, zabłysnął nad drzwiami. W jaki sposób w tej maleńkiej salce bez okna znalazło się miejsce i na pianino, i na stół jadalny, i na stolik do kart, i na przybory malarskie, tego nie podejmuję się wytłumaczyć, ale wszystko to było. Życie wrzało we wszystkich formach, zwłaszcza z początku; tamto wielkie płótno było zdane ludowi.
„Paon” był bardzo zamknięty. Nie jakimś regulaminem, ale faktem despotycznej władzy, jaką wykonywał Stanisławski. Ten olbrzym, ten brzuchacz pąsowiejący w momentach furii, budził taki postrach, że nikt, kto by nie miał jego milczącej aprobaty, nie byłby się tam pojawił. Ale nie były to zgoła hierarchie wyłącznie artystyczne; te nie byłyby do utrzymania przy usposobieniu Stacha Przybyszewskiego. Do gromady „Przybysza” nie należał prawie nikt z uznanych literatów; ci rychło odsunęli się od niego, odstraszeni jego ekskluzywizmem, jego napięciem desperacko-ekstatycznym, jego dotkliwą ironią. Łatwiej było wytrzymać tę atmosferę ludziom, niezaangażowanym swymi ambicjami literackimi i których po prostu łączył ze „Stachem” kult dla maga, sympatia do człowieka, pewne nieokreślone powinowactwo.
Aby kogoś dopuścić do siebie, Przybyszewski nie żądał żadnych legitymacji artystycznych. To go niewiele obchodziło. On potrzebował mieć swoją zgraję „dzieci szatana”, nad którymi panował jak ów Gordon z jego powieści, mniej groźnie zresztą dla społeczeństwa. W każdym widział tragedię; czasem ją w nim stwarzał, częściej wyczuwał, stylizował, wyolbrzymiał. „Drzazga w sercu”, to było jedno z jego ulubionych wówczas wyrażeń; kto miał tę „drzazgę” (a kto tam jakiejś nie ma, zwłaszcza po dziesiątym kieliszku?), ten zyskiwał prawo obywatelstwa w jego gminie. Było to coś jak ów bal des victimes za Terroru, gdzie na taneczną salę miał prawo wstępu tylko ten, kto się wylegitymował śmiercią na gilotynie co najmniej brata. Przybyszewski potrzebował atmosfery desperacji, owej desperacji, która wyła dla niego w mazurkach Szopena i bez której nie było dla niego sztuki. Stylizował też w tym duchu każdego ze swojej zgrai, aby mu nadać niejako patenty duchowego szlachectwa. Kiedy już nie mógł znaleźć w przygodnym kompanie czegoś bardziej interesującego, wówczas kiwał głową i mówił szeptem:. „Taka ci go żre przepotężna, prapolska kiła”... Nie zawsze zresztą chybiał.
Wszystko to sprawiało, że „Paon” był oryginalną mieszaniną ludzi bardzo wybitnych i zgrai „pętaków”, jak np. niżej podpisany, będący wówczas opieszałym studentem medycyny. Było w „Paonie” coś podobnego jak w klasztorze, gdzie istnieją ojcowie i bracia niżsi. Zarazem sprawiało to, że atmosfera była tam dość ciężka. Za dużo było autorytetu i za dużo komparsów. Zeszły się trzy tak despotyczne indywidualności jak Przybyszewski, Wyspiański i Stanisławski; dodajmy do tego czwartego tyranka, Tadeusza Pawlikowskiego. Było tam kilka odrębnych światów, niestopionych z sobą. Co do mnie, wolałem atmosferę domu Przybyszewskich przy ulicy Siemiradzkiego. W Paonie obierałem zwykle najlepszą cząstkę, szedłem do ogólnej sali na bilard z Dagny Przybyszewską, którą wyuczyłem tej gry19. Kobieta grająca w bilard to było dosyć, aby zgorszyć ówczesny Kraków, i niemało przyczyniło się do legend o „orgiach” Paonu.
Może będę miał sposobność powrócić do tych wspomnień; tutaj chciałem jeszcze przytoczyć pewne wydarzenie, niezmiernie charakterystyczne dla Wyspiańskiego. Bywał on często w Paonie, siadywał do późna, zwykle przysłuchiwał się w milczeniu rozmowom, czasem — choć nie pijał na ogół — wypijał duszkiem kilka kieliszków wódki. Było zwykle późno, kiedy brał papier i kredki i zaczynał rysować. Rysował przeważnie portrety obecnych, bez różnicy. Były one może troszeczkę odmienne od innych jego portretów, bardziej idące w kierunku „charakterystycznym”, bliskie karykatury. Portrety te po jakimś czasie zabrał do siebie do domu. W kilka lat potem — Paon był już dawno rozbity — Wyspiański wezwał do siebie Konrada Rakowskiego, dziennikarza, bywalca Paonu. Przyjął go bardzo urzędownie, niemal surowo i oświadczył co następuje: że mianowicie robił w Paonie portrety, w nadziei utrwalenia rysów ludzi wybitnych; widzi jednak po kilku latach (było to, o ile pamiętam, gdzieś w roku 1904), iż została mu w rękach jedynie galeria osób prywatnych, której nie widzi powodu przechowywać. Prosi zatem, aby Rakowski i sam odebrał swój portret, i zawiadomił interesowanych, że mogą się zgłosić po swoje podobizny. Jakoż wszyscy, wpół śmiejąc się, wpół zażenowani, poszli odebrać swoje portrety, i ja w ten sposób doszedłem do mojego, mniej może pohańbiony od innych, jako że w owym czasie byłem w istocie jednostką na wskroś prywatną. Ale trudno w bardziej pański sposób uczynić ludziom wymówkę, że okazali się niegodni jego ołówka! Odbija się w tym owa charakterystyczna cecha Wyspiańskiego: ciągłe budzenie, ciągła czujność, ciągłe żądanie od ludzi, potrzeba wydobywania z nich najwięcej, która tak odbija się w listach Wyspiańskiego do przyjaciół. Cudowny człowiek!
Uzupełnienie do rozdziału Przybyszewski
Artykuł mój pt. Kłamstwo Przybyszewskiego wywołał cały szereg odzewów, polemik i dokumentów, niektórych wręcz rewelacyjnych. Nadesłano mi sporo listów Przybyszewskiego. Najznamienniejsze w swoim zestawieniu są dwa listy ogłoszone w „Wiadomościach Literackich” przez Antoniego Wysockiego, w artykule pt. Prawda Przybyszewskiego. Przytaczam go w całości:
Prawda Przybyszewskiego
Boy-Żeleński w artykule Kłamstwo Przybyszewskiego („Wiadomości Literackie”, nr 247) podjął trud pokazania stosunku Przybyszewskiego do własnych dzieł w świetle uczuciowych przeżyć wielkiego pisarza. Czemu Przybyszewski konsekwentnie zacierał ślady swej przeszłości, czemu twórczość swoją raz po raz opatrywał komentarzem często odbiegającym od prawdy?
Wątpliwości tej kabały wyjaśniają dwa listy Przybyszewskiego, pisane prawie wyłącznie na ten temat. Listy te — to niby splot nerwów wydartych z tego dziwacznego trójkąta, konfliktu rodzinnego między nim, żoną i żoną zmarłą.
A było tak.
W r. 1911 we Lwowie zostałem wybrany prezesem stowarzyszenia p. n. „Koło Dramatyczne”. Zamierzałem urządzić przedstawienie teatralne Koła w Zakopanem. Przebywała tam Gabriela Zapolska i na mą prośbę przyrzekła zająć się próbami.
Wybrałem dramat Dagny Przybyszewskiej Krucze gniazdo. Dramat ten, wątły jak pajęczyna, ale lśni iskrami uczuć, uczuć niedomówionych, nieśmiałych. Nastrojowy. Tajemniczy. Tajemniczość i nastrojowość były wtedy bardzo w modzie.
Zapolska ucieszyła się z wyboru.
Sympatyzowała z Dagny. Nazwała ją „kobietą z morskimi oczami”. Zaczęła czesać się jak ona, oryginalnie, w „nioby”.
— Jaka ona powiewna! — mówiła. — Można by się nią owinąć jak syreną... Czemu taka smutna? Jak męczennica...
W kilka lat później interesowały ją okoliczności towarzyszące śmierci Dagny. Nie poprzestała też na reżyserii Kruczego gniazda, ale chciała przedstawieniu nadać cechy uroczystości, hołdu, przez wypowiedzenie odpowiedniego odczytu. W tym celu napisała do Przybyszewskiego do Monachium z prośbą o dostarczenie szczegółów z życia zmarłej. Stała się rzecz niespodziewana.
W odpowiedzi otrzymała taki list:
Szanowna Pani
Dziś wysłałem pod adresem Koła Dramatycznego lwowskiego w Zakopanem na ręce Szanownej Pani następujący telegram:
„Stanowczo zabraniam grania Kruczego gniazda i urządzania jakiegokolwiek wieczorku, w którym by było związane z imieniem tej pani, która nazwisko to hańbiła”.
Gdym otrzymał list Pani, drżałem z wzburzenia. Wyglądało to na krwawą ironię, bym ja dawał pozwolenie i niejako uczestniczył w wieczorku urządzanym na cześć tej pani, która mi ustawicznie krzywdy wyrządzała.
Nazwała ją Pani grande amoureuse — strasznie się Pani pomyliła. To nie była ta odważna amoureuse, która całemu światu rękawicę pod nogi rzuca, ale ta mała dusza, która się wszystkimi siłami swego męża czepia i puścić go nie chce, by zachować pozory i mieć parawan, za którym razem z wszystkimi kochankami wygodnie ukryć się można.
O nie! Szanowna Pani — tego za wiele, by się na cześć takiej pani wieczorki z moją wiedzą i przyzwoleniem odbywały.
Skąd po tym wszystkim to mniemanie Pani, że byłem jej najbliższym?
Między nami nie było najmniejszego kontaktu duchowego. To, co było dla niej we mnie zrozumiałe — to tylko to, co było na samym wierzchu: plewy, które z mego mózgu zgarniałem. W całym moim tworze nie ma jej ani śladu, ani cienia jednego, jest tylko jedna tęsknota, a Pani chyba wie, że się przy boku ukochanego człowieka nie tęskni, bo wtedy tęsknota przez miłość wypełniona zostaje.
I niech się Pani nie powołuje na moją przedmowę jako wstęp do jakiegoś jej dramaciku. Pani jest zbyt inteligentna, by nie widzieć w niej nic innego prócz biednego i naiwnego kłamstwa, którym chciałem bronić honoru własnego nazwiska i obronić dzieci od wstydu, że taką matkę miały.
Ile mnie to kosztowało, by wyrwać z siebie czcze i kłamliwe frazesy, jak „piękna dusza” — he, he — „piękny kwiat” itd., ten tylko zrozumie, który się znalazł w moim położeniu i rozpacznym kłamstwem broni czci swego i dzieci swych nazwiska.
Utwory jej uważałem za wypływ ambicyjki i próżności, by być też „drukowaną”, i nadmieniam przy tym, że nie ja je tłumaczyłem, ale ś.p. Stanisław Lack20.
Wystawienie dramatu Krucze gniazdo oraz urządzenie wieczorku na jej cześć uważałbym za policzek mnie wymierzony, a przede wszystkim za ciężką zniewagę mojego stosunku z moją obecną żoną.
Za cóż Wy mnie macie, za co uważacie? Czy wam się zdaje, że ja dla zabawki potargałem najsilniejsze węzły, jakie mężczyznę z mężczyzną wiążą, i przyjaźń?
Przecież musiało być we mnie coś silniejszego nad wszystkie inne uczucia, prawa i obowiązki.
Czyżby i Pani miała należeć do tych ciasnych i zakamieniałych ludzi, którzy nas potępiają i związku naszego nie uznają dlatego, żeśmy się odważyli prawo społeczne przekroczyć, bo miłość nasza była silniejsza od niego?
Zapomniała Pani, że ja mam żonę, połączoną ze mmą w najgłębszej miłości, żonę, która razem ze mną myśli i pracuje, i ciężkie moje losy dzieli?
Nie myślałem, żeby właśnie Pani mogła mnie tak dotkliwie i boleśnie urazić w moich najgłębszych uczuciach.
Ale dosyć tego.
Jako spadkobierca zmarłej Dagny i pruski poddany, a więc ochroniony ustawami literackiej konwencji, pozwolenia na wystawienie Kruczego gniazda nie daję i grać go nie pozwalam.
Stanowczo zabraniam wieczorku na cześć zmarłej, bo przysługuje mi prawo obrony mego nazwiska.
Nie będąc jednak pewien, czy lwowskie Koło Dramatyczne do mego wyraźnego zakazu się zastosuje, oddałem całą tę sprawę memu adwokatowi, by moich praw strzegł i pilnie na to baczył, by się coś w tym względzie bez mojej woli i zezwolenia w Galicji nie stało, w danym razie przedstawienie zerwę, a towarzystwo poniesie przez to ciężkie straty i będzie skazane na wysoką karę konwencjonalną.
Upraszam Szanowną Panią o telegraficzną odpowiedź, czy mimo wszystko trwa Pani w zamiarze grać Krucze gniazdo i odbyć wieczorek lub nie? Jest to dla mnie ważne, bo jeżeli otrzymam odpowiedź, że nie, będę miał czas cofnąć kroki, które już dziś rano u mego adwokata poczyniłem.
Z głębokim szacunkiem
Stanisław Przybyszewski
PS
Nie rozumiem tylko, jak Szanowna Pani — poza Jej twórczością tak bystry i wytrawny krytyk — chciała wystawiać tak słaby płód jak Krucze gniazdo, najlichszy epigonizm dramatów Gunara Heiberga?
Monachium, Ansbacherstr. 3, 19 czerwca 1911.
Godzinę później
Już zapieczętowałem list, gdym nagle zaczął się zastanawiać nad szczególnym pietyzmem, jakim Pani Dagny otacza, a stanowiskiem, jakie Dagny od pierwszej chwili wobec Pani zajęła. Długo się wahałem napisać to Pani, ale nierównomierność zobopólnego stosunku wydała mi się tak groteskowo dziwna, że jednak ten dodatkowy list piszę.
Dagny wyśmiewała i krytykowała wszystkie kobiety w Krakowie, ale nie było żadnej, na którą by się tak zawzięła jak właśnie na Panią.
Przypomina sobie Pani, gdy krótko przed wystawieniem Dla szczęścia Pani mnie zaprosiła do dorożki — była słota, a ja szedłem do redakcji. Prosiła mnie Pani o rolę Olgi, ja byłbym ją chętnie dał, bo wiedziałem, że Pani w Paryżu z wielkim powodzeniem Ibsenowskie role grała — Dagny intrygą swoją zrobiła to, że Pani jej nie otrzymała, a zamiast Pani zwołano Siennicką21.
I mógłbym tysiące innych szczegółów przytoczyć — ale właściwie po co? Dla niej Pani była pośmiewiskiem, a Pani jej ołtarze stawia, i to nie wydaje się poniżeniem siebie samej.
I to mnie w tym wszystkim gniewa.
I tylko jedynie dlatego to piszę, bo Pani wie aż nadto dobrze, że mam inną drogę, by nie pozwolić na wystawienie Kruczego gniazda i zaniechanie wieczorku.
W Krakowie chciałem nawiązać bliższe stosunki towarzyskie z Szanowną Panią — nie mogłem, bo milsze jej było towarzystwo hołdowników, smarkaczów i darmozjadów.
A szkoda!
Może by Pani teraz całkiem inaczej na wszystko patrzyła i wszystko by się Pani w odmiennym nieco świetle przedstawiło.
Tyle jeszcze słów musiałem dorzucić do już i tak zbyt obszernego listu.
S. P.
Pani Zapolska tak zdenerwowała się tą aferą, że nie miała sił powiadomić mnie, ale z jej polecenia uczynił to p. Edward Osmólski, utalentowany aktor-amator Koła. Przesyłając list Przybyszewskiego, pisał: „Kochany (...) Pani Zapolska radzi Ci wysłać imieniem Koła list następującej treści: »Nie znając zwrotu w uczuciach Pana względem Zmarłej, mieliśmy zamiar wystawić sztukę, jednak grać nie będziemy, szanując prawa pruskiego poddanego«.”.
Nie.
Nie napisałem tak.
Napisałem per „Mistrzu” i z należną jego geniuszowi, randze i zasługom rewerencją, ale z gorzkim przytykiem, że nas, polskie stowarzyszenie artystyczne, straszy pruską policją.
Przybyszewski odpisał.
List ten, jak i poprzedni, nadane były jako pospieszny, ekspress.
Hotel und Café-Restaurant. — Münchner Hof „Apollo-Theater”
B. Petrolt.
Drogi Panie.
Gdym list Pański przeczytał, miałem to wrażenie, że mam z dobrym i rozumnym człowiekiem do czynienia.
Dlatego jedynie powierzam Panu krwawą tajemnicę mego zakazu grania Kruczego gniazda mej zmarłej żony.
Obecna moja żona jest wprost obłąkana, gdy chodzi o zmarłą. Zdaje jej się, że nikt nie uważa jej za moją żonę, że tylko tamta istnieje i że wciąż tamtą tylko kocham.
To ją doprowadziło do tego stanu, który już z obłędem graniczy, i aby ją z tego ratować, piszę listy tego rodzaju, jak do pani Zapolskiej, wysyłam zakazy i na każdym kroku gotuję sobie tysiące nieporozumień i przykrości.
Listy i zakazy nie ja wysyłam, tylko człowiek, który rozpacznie od kilku lat czuwa nad ciężko chorą kobietą.
Z strasznym trudem wyrzucałem sobie całą prawdę z serca, ale mam zaufanie do Pana — inaczej tego wszystkiego nie byłbym zeznał.
Gdzieżbym ja się na pruskie prawo powoływał, gdyby nie rozpaczny krzyk mej żony: „A jednak będą grali!!”.
Ciężkimi ofiarami zdobywam sobie spokój do pracy i raczcie to uszanować. Zaklinam Was, nie grajcie! Inaczej nie powstrzymam dalszego i, Bóg wie, bardzo tragicznego rozwoju choroby mej żony.
Ja całym sercem Wasz, ja bym wszystko dla Was zrobił — jak Was tak gorąco ukochałem — dlaczegoście we mnie na chwilę wątpili i nic rozumieli, że jeżeli cośkolwiek takiego pisałem, co w moim liście do pani Zapolskiej stało, to byłem zmuszony pisać, by dwa życia od katastrofy chronić?
Przepraszam za nieskładność listu, ale jestem cały roztrzęsiony.
Powiedziałem Panu to, czego nikomu nie mówię — kiedyś — niezadługo, obszerniej do Pana napiszę. Tylko zaklinam Was, nie grajcie Kruczego gniazda.
Z całego serca i duszy Wam oddany
Stanisław Przybyszewski.
Takie są listy i taka prawda Przybyszewskiego.
Pytanie, czy dyskrecja listowa obowiązuje adresata po wielu latach, teraz, gdy wszystkie osoby tego tragicznego tercetu, Dagny, on i Jadwiga, nie żyją, a chodzi o cześć kobiety niewinnej? Aby samemu nie decydować, oddałem tę kwestię do zaopiniowania kilku mym znajomym, literatom i prawnikom.
Tymczasem co się okazało?
Listów zniesławiających było więcej, a następnie w skrytości, strachu, pod dyskrecją, odwoływanie oszczerstw, z tym, że poprzednia oficjalna epistoła pisana była pod przymusem. Toteż — gdyby było rzeczą do pomyślenia, że Duch jego jest między nami i czuje — to pozostaje wniosek, że tak jak za życia starał się wyrządzoną krzywdę naprawić, tak samo dziś pragnąłby i byłby wdzięczny za ogłoszenie tego odwołania, za przywrócenie czci kobiecie, którą kochał.
Antoni Wysocki.
W związku z artykułem A. Wysockiego napisał do redakcji „Wiadomości Literackich” p. W. Buchner co następuje:
Do artykułu p. Antoniego Wysockiego Prawda Przybyszewskiego pragnę dorzucić słów parę.
Stanisław Przybyszewski w pewnym momencie nie był przeciwny wystawieniu na scenie prac dramatycznych zmarłej swej żony Dagny, czego dowodem niech służą dwa dokumenty, których oryginały znajdują się u mnie:
Sprzedałem dyrekcji Teatru Wodewil w Warszawie na wyłączną własność sztukę 3-aktową ś.p. żony mojej, Dagny Przybyszewskiej, p.t. Krucze gniazdo i nie wolno nikomu, bez pozwolenia rzeczonej dyrekcji, sztuki tej wystawiać w Warszawie lub na prowincji. Należność za powyższą sprzedaż otrzymałem i z odbioru niniejszym kwituję.
Warszawa, dn. 18 marca 1902 r.
Stanisław Przybyszewski.
Wszystkie dramaty mojej żony, zmarłej Dagny Przybyszewskiej, oddałem p. Arturowi Zawadzkiemu, dyrektorowi Teatru Wodewil, na wyłączną własność i jemu jedynie daję pozwolenie na granie tych dramatów na jakiejkolwiek bądź scenie, rosyjskiej czy polskiej.
Warszawa, dn. 19 marca 1902 r.
Stanisław Przybyszewski.
Dokument pierwszy jest napisany ręką obcą i podpisany przez Stanisława Przybyszewskiego, dokument drugi jest napisany w całości przez niego.
Poprzestaję na podaniu do wiadomości publicznej powyższych dwóch, że je tak nazwę, zobowiązań Przybyszewskiego, wnioski zaś z nich niechaj wysnują ci, którzy zajmują się rozbiorem życia zmarłego Mistrza.
Władysław Buchner.
Po moim artykule Kłamstwo Przybyszewskiego otrzymałem od znakomitego uczonego, prof. Michała Siedleckiego, następujący list:
Kraków, 25 września 1928
Drogi Panie Tadeuszu.
Proszę mi wybaczyć ten nagłówek listu; nie mogę użyć innego w chwili, kiedy w myśli staje mi tyle lat znajomości, rozpoczętej niemal pół wieku temu. Ale też powodem głównym, dlaczego list ten piszę z całą serdecznością i głębokim uczuciem, jest to, że przeczytałem właśnie Pańskie krótkie, a tak bardzo prawdziwe studium o pani Dagny Przybyszewskiej, zamieszczone w „Wiadomościach Literackich”.
Doprawdy, drogi Panie Tadeuszu, zrobił Pan dobry i piękny uczynek, broniąc tej ślicznej, tak bardzo świetlanej istoty, o której formułowano sądy niesłuszne, często krzywdzące, a niesłychanie płytkie i powierzchowne. Bardzo wiele Pańskich uwag o stosunku p. Dagny do biednego „Stacha”, a także i o stosunku jego dzieł do jego życia — jest jak gdyby wyrwanych z moich własnych myśli, których nigdy zresztą nie głosiłem, choć nieraz mnie dręczyły.
Znałem doskonale p. Dagny w czasie, kiedy z Przybyszewskim bardzo się zbliżyłem podczas jego pobytu w Paryżu. Przyjechali oni wówczas z Hiszpanii, jak się to mówiło — „od Lutosławskiego”. „Stach” był wówczas naprawdę poetą, w tym najświetniejszym okresie, w którym na najwyższe granice ducha spozierał. Dla mnie nie ulega najmniejszej wątpliwości że prowadziła go do tych wyżyn p. Dagny, istota o tak bystrym i przenikliwym umyśle, o tak prostym, a tak czułym i wrażliwym sercu, jak mogą być tylko ci, którzy urodzili się na to, by odczuć i zrozumieć pełnię uczuć ludzkich. Towarzystwo, w którym Przybyszewscy się znaleźli, nie było byle jakie. Pamiętam takie zebranie, które odbyło się w pracowni u mego brata. Franciszka, na którym był Reymont ze swą zwichrzoną czupryną, jego kompanion z owych czasów Lorentowicz, Miriam-Przesmycki, właśnie zgłębiający odnalezione przez siebie skarby Hoene-Wrońskiego, Munch — długi, czarny Norweg, Hettner — Niemiec, filozof i syn filozofa, a z zawodu malarz i rzeźbiarz zarazem, Ślewiński w sabotach z nieodstępną Fifi, irlandzką terrierką — no i cała gromada innych przepysznych typów ludzkich, z nich zaś wielu dziś dobrze znanych. Ja sam byłem tylko przyczepką w tym świecie, patrząc okiem niemal dziecięcym na jasność, którą oni razem tworzyli.
Nie ma dla mnie wątpliwości, że centrum i źródło cudów myśli, jakimi przerzucano i bawiono się w tym gronie, była p. Dagny.
Jej sąd, jej sformułowanie i ujęcie zagadnień było często objawieniem nawet dla „wygów” takich jak Miriam...
To było lat temu trzydzieści. Tyle czasu minęło, tyle zmian, tyle przeżyć zatarło poezję z czasów Wigilii.
Pan, drogi Panie Tadeuszu, teraz wydobył sylwetę p. Dagny taką, jak była. Dobrze Pan zrobił! Piszę te słowa... bo muszę podziękować, bo nie mogłem milczeć...
Serdecznie Pana pozdrawiam, dawny, choć mało znajomy
Michał Siedlecki
Pojawiły się inne głosy, występujące przeciw „profanacji grobów” etc. Na niektóre z nich uważałem za potrzebne odpowiadać. I tak, na artykuł w „Słowie Polskim” umieściłem następującą replikę w „Wiadomościach literackich”:
W związku z artykułem moim Kłamstwo Przybyszewskiego pojawił się w dodatku literackim „Słowa Polskiego” felieton Prawda Boya, pisany zjadliwie, a niezupełnie orientujący się w tym, o co chodzi. Autor felietonu zarzuca mi bezcelowe wygrzebanie kwestii od dawna „zamkniętej i umarłej”. Otóż autor myli się: kwestia ta jest ciągle żywa, żyje na kartach wielu książek i enuncjacji Przybyszewskiego, które przecież są i będą czytane. Listy samego Przybyszewskiego (do Gabrieli Zapolskiej i do Antoniego Wysockiego), dostatecznie oświetlają nastrój, w jakim enuncjacje te były pisane. Z bolesną szczerością prostował je Przybyszewski o tyle, o ile odnosiło się to do listów prywatnych; czyż nie jest o wiele donioślejszą rzeczą — wręcz wobec pamięci samego pisarza — dopełnić tego sprostowania w zakresie jego oświadczeń publicznych, wyjaśniając zarazem ich pobudki? Na pozór razić może to, że porusza się — wbrew przyjętym zwyczajom — stosunki rodzinne tak rychło po jego śmierci; ależ tutaj zachodzi splot okoliczności zupełnie wyjątkowy! Te sprawy, wiadome zresztą wielu osobom stojącym bliżej, musiały być wyświetlone zaraz albo nie byłyby wyświetlone nigdy. Jest jeszcze jedna okoliczność: nikt z osób tego dramatu nie żyje, prócz — dzieci Przybyszewskiego, które mają prawo wiedzieć, czemu ich ojciec przez szereg lat dementował owo piękne epitafium zaadresowane do nich, a poświęcone pamięci ich matki. Przytoczony list p. Michała Siedleckiego dostatecznie objaśni może, jak odnoszą się do mego artykułu ludzie świadomi rzeczy, żywiący równie serdeczny kult dla Przybyszewskiego, jak dobrą pamięć o Dagny. Takich świadectw miałem wiele; toteż na wszystkie osobiste wycieczki, jakimi autor artykulik swój naszpikował, mogę jedynie wzruszyć ramionami. A jako ostatni dowód, jak zbyteczne jest branie w obronę przede mną wielkiego pisarza oraz mieszanie się z małymi dokuczliwościami w sprawy, których się nie zna, przytoczę jeszcze ten list Przybyszewskiego pisany do mnie w r. 1922, kiedy po jego apelu do wydawców przesłałem mu trochę książek dla gimnazjum gdańskiego:
25 kwietnia 1922
Niezmiernie mi drogi i sercu najbliższy Tadeuszu.
Ogromną radość sprawiłeś mi Twoim listem — pierwszym, jaki w ogóle od ciebie odebrałem. Nigdyśmy o tym nie mówili, co nas tak bardzo łączy, — a właśnie „to”, nigdy niewypowiedziane, w najgłębsze milczenie spowite, okazuje się silniejsze nad wszelkie węzły zwykłej przyjaźni, choćby nawet tak serdecznej, jaką żywię dla Jasia Kleczyńskiego.
Bardzo mi drogi ten Twój list, więcej niż „bardzo” — ale milczmy.
Za Twój piękny dar dla mojego gimnazjum — niech nikt prócz nas dwóch nawet nie przypuszcza, że ono jest moje — serdecznie Ci dziękuję.
Swoją drogą nie myślałem, gdym tworzył Złote runo, jak głęboko tkwi we mnie Ruszczyc — zdumiewające to intuicyjne spojrzenie w najciemniejsze zakamarki mej duszy, o których istnieniu wtedy nic jeszcze nie wiedziałem.
Ruszczyc budował szpitale — ja stworzyłem to gimnazjum, ale to drobnostka — teraz nie spocznę, póki nie stworzę Ons Huys — „Nasz Dom” tu w Gdańsku.
Stare serce Ruszczyca bardzo zmęczone, ale dość silne jeszcze, by na wspomnienie o Tobie zabić gorącą miłością.