Wstecz

Nad tych kwiatów wysokich sierścią

grom cieniutki, a jednak stuka

i w widnokrąg jak w strzechę lub w pierścień

wpływa zwięzły jak chłodna jaskółka.

Rąk złożonych wygasło już gniazdo

odkąd sercem zmarszczonym czekam

pod tym gromem jak wieża lub klasztor,

na tych kwiatach jak ciemna kolebka.

Tak być musi, tak będzie do kresu.

Znów potoczę przed sobą dźwięk,

ale łuny cielistej brzeszczot,

mowę broni przypomni mi sen...

I nad walki skupionej tęczą,

w drzew kolumnach i wodzie czarnej

echo małą żelazną piosenką

w młodość wróci po zrudziały laur.

Jaki ton unieść mocno, by ślad

wołań tamtych pozostał pusty.

Pod obłoków jaskrawych wypluskiem

grom pogodny opada jak kwiat

i nad słowem mierzonym męsko,

w którym dym szeleszczący ostygł

— tak być musi — oznajmia — do kresu

twego żalu i śmiesznej miłości.

Nigdy dalej niż jawa i sen.

Nigdy więcej. Nad kwiatów orszakiem

rozchylonych płomieniem trojakim

stoję czujny. Ptaka płynny cień

wprost weselny — wita słowo pierwsze,

gdy wpatrzony w malejący pocisk

snu zbrojnego — unoszę jak serce

chmurny pejzaż upartej młodości.