Katarzyna

Катерина

I

Ej, kochajcie, czarnobrewki

Ale nie Moskala:

Moskal tylko serce zrani,

Dusze porozżala.

Swym kochaniem czy udaniem

Pożartuje srogo,

Pójdzie w swoją Moskiewszczyznę,

A ty giń, niebogo!

Nic by jeszcze, gdyby sama

Skamieniała głazem,

A to nieraz stara matka

Musi ginąć razem.

Nieraz, nieraz serce pęka,

Choć się pieśni nucą;

Ludzie serca nie spytają,

A kamieniem rzucą.

Więc kochajcie, czarnobrewki,

Tylko nie Moskala:

Moskal tylko serce zrani,

Potem się przechwala.

Katarzyna ojca, matki

Głosu nie rozumie,

A Moskala pokochała,

Jak tam serce umie.

I do sadu z młodym chodzi,

I na pierś się garnie,

Póki swojej biednej doli

Nie zgubiła marnie.

Ot, bywało, matka woła:

«Córko, na wieczerzę!»,

Ona syta ze swym lubym1,

Ani sen jej bierze.

I ta miłość jawna była

W oczach całej wioski,

I poczęli już źli ludzie

Puszczać złe pogłoski.

A niech sobie źli tam ludzie

Co ich wola plotą:

Ona kocha — serce pełne

To i mniejsza o to!

Zabębnili, zatrąbili

W wojskowej komendzie:

Moskal poszedł w Turecczyznę2.

Cóż z dziewczyną będzie?

A choć serce się pokryło

Jakby kirem3 grubym,

Miło czasem i zaśpiewać,

I tęsknić po lubym.

On się zaklął, zaprzysięgał

Swojej Katarzynie,

Że powróci, jeśli w bitwie

Kula go ominie.

«On tak kocha! On by nie chciał

Zwodzić mnie w obłudzie.

A tymczasem, co ich wola

Niech gadają ludzie».

Katarzyna łzy ociera,

W sercu jej swobodniej,

Choć dziewczęta na ulicy

Coś tam stronią od niej.

Katarzyna myśli sobie:

«Bóg wie co im chce się».

O północy wiadra bierze

I wodę przyniesie.

Niech wrogowie nie zobaczą,

Wszak blisko krynica.

Stanie sobie pod kaliną,

I zaśpiewa Hryca4.

Aż kalina się rozpłacze,

Kiedy ją wysłucha.

Ona wraca, niewidziana

Od żywego ducha.

Katarzyna błogo marzy,

Do snu się układłszy5,

Lub ubrana w białą odzież

Przez okienko patrzy.

Minął miesiąc, minął drugi,

Minęło półrocze

I krwią czarną okipiało

Jej serce ochocze.

Przyszła boleść... ciężka boleść,

I po krótkiej chwili

Takie piękne jak aniołek

Już dzieciątko kwili.

Już sąsiadka jedna, druga

I matce docina:

«Wy za piecem hodujecie

Moskiewskiego syna».

. . . . . . . . . . . . . . . . .

Katarzyno! Katarzyno!

Nieba cię skarały:

Co ty biedna poczniesz w świecie

I sierotka mały?

Ty bez męża... on bez ojca.

Co wy uczynicie?

Ojciec... matka... cudzy ludzie,

Ej, niedobre życie!

Wyzdrowiała Katarzyna,

Przejrzała po świecie;

Patrzy w okno na ulicę

I kołysze dziecię.

Wyjdzie w ogród, by popłakać,

Do ziemi przypadłszy;

A zły człowiek przez częstokół

Z urąganiem patrzy.

Tam w ogródku zielenieją

Czereśnie i wiśnie,

Wyszła biedna i niemowlę

Do swych piersi ciśnie.

A w ogródku już nie śpiewa

Piosenek swobody,

Jako wtenczas, gdy przychodził

Jej kochanek młody.

Już nie śpiewa w cieniu wiśni

I ciemnej kaliny,

A tymczasem źli wrogowie

Szarpią cześć dziewczyny.

Co ma począć nieszczęśliwa,

Że jej serce ranią?

Gdyby miły wrócił z drogi,

Ująłby się za nią.

On daleko za górami

Gdzieś się w boju trudzi,

Ani też jej nie zobaczy,

Ni śmiechu złych ludzi.

Może leży za Dunajem

Między zabitemi,

Albo może kocha inną

Na moskiewskiej ziemi.

Nie.... jej luby nie zabity

Na żadnej wojence;

Gdzie on znajdzie takie oczy,

Takie brwi dziewczęce?

Choćby schodził na kraj świata,

Opłynął kraj morza,

Jedna tylko jest na świecie

Katarzyna hoża.

Dała matka czarne brewki

I czarne oczęta,

Lecz przy brewkach jasnej doli

Dać jej nie pamięta.

A bez doli piękne lice

Jak piękny kwiat bywa:

Przyjdzie słońce i zapali,

Wicher poobrywa.

Myjże łzami białe lice

I jęcz po kryjomu,

Bo Moskale inną drogą

Wrócili do domu.

II

Siedzi ojciec w końcu stołu,

Na rękach pochyły,

Ciężko duma, bo staremu

Boży świat niemiły.

A opodal siedzi matka

Na dębowej skrzyni,

Cichym głosem gromi córkę

I wyrzuty czyni:

«Kiedyż przyjdzie, moja córko,

Wesele do chaty?

Gdzie są drużki, starostowie?

Gdzie weselne swaty?

Idź na Moskwę, tam cię czeka

Godowa gromadka;

Ale nie mów dobrym ludziom,

Żem ja twoja matka.

O, przeklęta ta godzina,

Co cię na świat zsyła!

Czemum ciebie z jasnym wschodem

W rzece nie topiła?

Nie przyszłoby na niesławę

I na hańbę w świecie...

Moja córko! moja córko!

Mój różany kwiecie...

Hodowałam jak ptaszynę,

Jak krasną jagodę;

Na cóż teraz, na cóż przyszły

Twoje lata młode?

Idź na Moskwę szukać teści6,

Idź sobie za morze!

Nie słuchałaś mojej rady,

Jej posłuchasz może.

Idź, przywitaj — oni ciebie

Przyjmą najgoręcej.

Idź na Moskwę, bądź szczęśliwa,

Lecz nie wracaj więcej.

Ruszaj sobie w cudzą stronę,

Na kraj świata boży...

Lecz któż tutaj moją głowę

Do trumny położy?

Kto zapłacze łzami dziecka

Nad matką rodzoną?

Kto posadzi na mogile

Kalinę czerwoną?

Kto choć jeden pacierz zmówi

Za mą grzeszną duszę?...

Och!... idź, córko nieszczęśliwa,

Ja wyrzec się muszę!»

Kończy mówić, łzy ociera,

Coraz bardziej blada.

Błogosławi... i na skrzynię

Bezprzytomna pada.

«No! — powiada ojciec stary —

Gotuj się do drogi!»

Katarzyna, płacząc, padła

Pod ojcowskie nogi:

«Och, przebaczcie nierozumnej

Młode jej swawole!

Przebacz, ojcze, mój gołąbku,

Mój jasny sokole!»

«Niech twa dola dobrych ludzi

Do litości wzruszy!

Módl się, córko, i idź z Bogiem,

Będzie lżej na duszy!»

Córka wstała, pokłon dała,

Wyszła, milcząc, z chaty:

Już sierotą stara matka

I ojciec brodaty.

Wyszła z chaty i do Boga

Modlitwę posyła,

I rodzinnej szczyptę ziemi

W szkaplerzu7 zaszyła.

«Och, nie wrócę już, nie wrócę

Ani tutaj blisko!

W cudzej stronie cudzy ludzie

Dadzą przytulisko.

Swojej ziemi choć garsteczkę

Ja zabiorę rada:

Niech o mojej gorzkiej doli

Ludziom rozpowiada.

Nie mów, synu, gdzie się zwrócę,

Szanuj me ukrycie...

Ot, kto powie — sad wiśniowy,

Żem ci dała życie.

Ja ucieknę, wpadnę w rzekę

Zalać piersi strute;

Ty sieroctwem za me grzechy

Odbędziesz pokutę!»

Idzie wioską nieszczęśliwa

Szukać doli w świecie;

Na jej głowie biała chustka8,

A na ręku dziecię.

Wyszła z wioski — iść potrzeba

O chlebie żebraczym...

Obróciła nazad oczy

I ryknęła płaczem.

Wyszła w pole i stanęła

Jak samotne drzewa,

I jak rosa przed jutrzenką

Łzami się zalewa.

A dziecina jak aniołek

Nie zna swej niedoli,

Jedną rączką piersi szuka,

A drugą swawoli.

Słońce zaszło za dąbrowę,

Niebo pokraśniało,

Ona z łez otarła oczy,

I wędruje śmiało.

A na wiosce, jak na świecie,

Bajali, co chcieli;

Ale ojciec, ale matka

Tych słów nie słyszeli.

Tak na świecie, na tym świecie

Bywa zawsze prawie:

Ludzie ludzi rżną i topią,

I gubią na sławie.

Za co? za co, miły Boże,

Te brzydkie obmowy?

Świat szeroki, ale nie ma

Gdzie przytulić głowy.

Jeden w świecie ma obszary

Szerokie i szumne,

Drugi miejsca tylko tyle,

Gdzie zakopać trumnę.

Gdzież ci ludzie, co to serce

Dla nich się odsłania,

Żyć by chciało, bić ogniście

I topnieć z kochania?

Jest na świecie dola,

Ale któż ją zbada?

Jest na świecie wola,

Lecz któż ją posiada?

Są na świecie ludzie,

Którym świat się dziwi,

Syci srebra, złota,

Ale nieszczęśliwi.

Żupan9 ich podszyty

Ciernistymi igły10,

Szarpie ból ukryty,

Ale łzy zastygły.

Bierzcie srebro, złoto,

I bądźcie bogacze:

Dla mnie żal z tęsknotą,

Ja tylko zapłaczę.

Zatopię niedolę

Moją łzą niebogą,

Zadepcę niewolę