Kobziarz

Od tłumacza

Taras Szewczenko zasługuje na przyznaną sobie nazwę pierwszego dziś śpiewaka Ukrainy. Czując, że jeszcze jest przedwcześnie czynić studia nad życiem i pismami żyjącego autora, przełożyliśmy bez żadnych studiów jego Kobziarza, zbiór dumek i poematów, odznaczających się rzewnością, siłą, głęboką znajomością i pokochaniem ludu.

Poezja ukraińska, która rozpoczęła nową erę naszej, nie może być dla nas obojętną.

W przekładzie naszym opuściliśmy kilka miejsc w Nocy Tarasowej, nie tłumaczyliśmy całego poematu Hajdamacy1: bo tu autor, we krwi maczając pędzel, oszpecił estetyczną piękność swoich obrazów.

Wł. Syrokomla

Kobziarz

Przygrywka (Dumki moje...)

(Думи мої, думи мої...)

Dumki2 moje, źle mnie z wami,

Źle mnie z moim szałem,

Po co ja was z literami

Na karcie spisałem?

Lepiej by was gdzieś przez pola

Zmiotła wiatru siła;

Lepiej by was licha dola

W kolebce zdusiła.

Na żart, na pośmiewisko chyba żyć wam dano;

Polewano was łzami — czemu nie zalano?

Czemu nie zatopiono gdzieś na morskiej fali?

Ludzie by mnie przynajmniej o ból nie pytali,

Dlaczego ja przeklinam mą dolę surową.

«Ot, nie ma czego robić» — mówią, trzęsąc głową.

Dumki, moje wy kwiatki, och, moje wy dziatki,

Za co was pokochałem miłowaniem matki?

Czy płacze nad wami choć jeden człek czuły,

Jak płakałem, gdyście się z piersi mojej snuły?

Może odgłos wasz zawieje

Do duszy dziewczęcej,

Czarne oczka łzami zleje —

Nic już nie chcę więcej;

Jedna łezka pod rzęsami,

Już panem zostałem...

Dumki moje, źle mnie z wami

Źle mnie z moim szałem.

. . . . . . . . . . . . . . . . .

Moje kwiatki, moje dziatki,

Moje wy nadzieje!

Hodowałem sercem matki,

Gdzie ja was podzieję?

. . . . . . . . . . . . . . . . .

Tam w dalekim czeka świecie

Przyjęcie łaskawe,

Szczerą prawdę tam znajdziecie,

A może i sławę.

Ukraino, moja matko,

Gdy ten rój przyleci,

Opiekuj się ich gromadką

Jako własnych dzieci!

Perebenda

Перебендя

Perebenda stary, ślepy,

Jego dobrze znają stepy,

Bo się dziad ten wszędzie włóczy

I przy kobzie3 pieśni mruczy.

Naród boży słucha dziada

I za pieśni dzięki składa.

On im pieśnią wzmacnia siły,

Choć samemu świat niemiły.

Pod czeremchą lub kaliną

Dni i noce jego płyną,

Bo zła dola tak go trzyma,

Że i własnej chaty nie ma.

Choć nad starą dziada głową

Pożartował los surowo,

On nie zważa, siedzi, śpiewa:

«Ej, nie szumcie w lesie drzewa!»

Gdy mu piosnka sercem miota,

Kiedy wspomni, że sierota,

To potęskni — i znów śpiewa

Pod cienistym dachem drzewa.

Tak na świecie żył nasz stary,

A piosenek miał bez miary.

To o Czałym4 dumkę grzmoce5,

To Turkawkę zaturkoce,

Wśród dziewczęcej pohulanki —

Śpiewa Hryca6 lub Wiośnianki;

A młodzieży przy kwaterce

Szynkareczką zrywa serce,

A mężatkom śpiewać woli

O złej teści7 i topoli;

A na rynek kiedy zbacza,

Gra Łazarza i bogacza,

Lub z westchnieniem i goryczą

Nad kozacką płacze Siczą8,

By wiedzieli ludzie młodzi,

Skąd upadek jej pochodzi.

Taki duch był w Perebendzie,

Pieśń i kobzę włóczył wszędzie,

A jak pieśni przysposobi,

To co zechce z sercem zrobi,

Pożartuje jak umyślnie,

Potem krwawą łzę wyciśnie.

Przez szerokie polne łany

Wieje wicher rozhulany.

Kobziarz siedzi na kurhanie

I gra piosnkę nieprzerwanie.

Step, jak dojrzy ludzkie oko,

Legł błękitno a szeroko,

A mogiła przy mogile,

A w mogiłach zmarłych tyle!

Wicher głaska starowinę

W siwe wąsy i czuprynę,

To do ziemi aż przypada,

By wysłuchać pieśni dziada:

Jak nuta grzmi radością lub czarną rozpaczą,

Jak mu się serce śmieje, ślepe oczy płaczą...

Posłuchał i poleciał...

Bo z pieśnią proroka

Dziad ukrył się na stepie od ludzkiego oka,

Aby wiatr dumkę rozwiał na przestrzeń stepową,

Aby nikt jej nie słyszał, bo to boże słowo.

Już to mówi modlitwę Bogu i naturze,

Już to dumka w kraj świata żegluje na chmurze.

Albo jak orzeł piersią uderza w pierś słońca

I silnymi skrzydłami w błękit niebios trąca.

I zapyta u słońca, jakie zbiegło kraje,

Gdzie swą noc przepędza, a gdzie ze snu wstaje.

Zapyta fali morskiej, o czym ona gwarzy,

Zapyta cichej góry, o czym dumki marzy.

Pogada i znów leci w nadobłoczne kraje,

Bo ziemia, choć szeroka, przytułku nie daje.

Och, bo ten, co przeczuje, ten co wszystko zbada,

Gdzie się słońce niebieskie na nocleg układa,

Co gwarzy fala morska z towarzyszki swemi9,

Ten już nigdzie przytułku nie znajdzie na ziemi.

On jak słońce sam jeden krąży na swej osi,

Ludzie niby go znają, bo go ziemia nosi,

Lecz gdyby się dowiedział sąsiad od sąsiada,

Że on śpi na mogile, że z falami gada,

Wyśmiano by dar boży, co mu zaległ łono,

Głupcem by go nazwano i precz odpędzono.

Dobrze czynisz, ojcze siwy,

Że od świata skrywasz dziwy,

Że natchnione twoje chwile

Odprawujesz10 na mogile.

Ej, gołąbku, czyń swe dzieło,

Póki serce nie zasnęło,

Czyń swe dzieło w mogił ciszy,

Niech go człowiek nie posłyszy.

By nie śmiała się gromada,

Potakiwać jej wypada:

Skacz jak każą, pan zapłaci,

Wszak panowie są bogaci...

Tak na świecie żył nasz stary,

A piosenek miał bez miary;

Pożartuje jak umyślnie,

Potem krwawą łzę wyciśnie.

Topola

Тополя

Wieje wicher, wieje srodze,

Aż szumi dolina,

Bije w topól, co przy drodze,

Aż ku ziemi zgina.

Kształt jej wzniosły, liść szeroki,

Po cóż się zieleni?

Jakby morze legła niwa,

W dalekiej przestrzeni,

Idzie czumak11, schyli głowę,

Zatrzyma się chwilkę;

Idzie czaban12 i z supiłką13

Siądzie na mogile.

Wszędzie pustka, podróżnego

Aż serce zaboli,

Drzew tu nie ma — oprócz jednej

Sierocej topoli.

Któż ją sadził, by zmarniała

Do stepu wciśnięta?

Ja rozpowiem całe dzieje,

Słuchajcie, dziewczęta.

Pokochała, ej, Kozaka

Czarnobrewka hoża;

Kozak odszedł i gdzieś zginął

W głębi Zaporoża.

Gdyby wiedzieć, że porzuci,

Toby nie kochała;

Gdyby wiedzieć, że zaginie,

Iść by mu nie dała.

O wieczornej dobie

Nie chodziłaby po wodę,

Aby z lubym14 pod wierzbami

Porozmawiać sobie.

Gdyby zgadnąć, jaka dola

Do nas się uczepi,

Gdyby zgadnąć — ej, dziewczęta,

Nie badajcie lepiej!

Nie pytajcie swego serca,

Co się tam w nim dzieje;

Bo wie serce, kogo kocha

I po kim więdnieje.

Nie na długo czarne oczko

Z czarnej brewki błyska,

Nie na długo białe lice

Rumieńcem wytryska.

Zwiędnie liczko, zgaśnie oczko

W waszych lat połowie...

Kochajcie się, młodzi ludzie,

Jak wam serce powie.

Zaszczebiotał słowik mały,

Siedząc na kalinie,

Młody Kozak śpiewa pieśnię15,

Chodząc po dolinie.

Wyśpiewuje, aż tam z chaty

Wyjdzie czarnobrewa.

Kiedy wyjdzie, on jej pyta,

Czy się matka gniewa.

I uścisną się raz, drugi

Wśród słowiczych treli,

Posłuchają i odchodzą

Oboje weseli.

Nikt nie widzi, nikt nie słyszy,

Nikt u niej nie spyta:

«Gdzieżeś była, coś robiła

U studni koryta?»

Och, kochała czarnobrewa,

Aż serduszko mdlało;

Czuło dziewczę, że przychodzi

Wycierpieć niemało.

Odszedł luby, z nim odeszła

Najsłodsza otucha.

W dzień i w nocy krasawica16

Jak gołąbka grucha.

Już słowiczek nie szczebiocze,

Mętna w studni woda:

Już nie śpiewa pod wierzbami

Czarnobrewka młoda.

Ej, nie śpiewa czarnobrewka,

Boży świat ją nudzi,

Z ojcem, z matką tak jej tęskno

Jak wśród obcych ludzi.

Bez lubego blask słoneczny

To jak uśmiech wroga;

Wskroś by ziemi z drżącym sercem

Skryła się nieboga.

Minął roczek, minął drugi,

A Kozak nie wraca;

Jak badylek schnie dziewczyna,

Dni tęsknotą skraca.

Nie spytała matka córki:

«Co ci truje lata?»,

Lecz za starca, za bogacza

Biedne dziecko swata.

«Wyjdź, córko, w dziewczym wianuszku

Nie zwiekować wieku.

Będziesz panią przy staruszku

I bogatym człeku».

«Nie chcę, matko, twego państwa,

Nie chcę takiej mowy!

Ręcznikami weselnymi

Spuść mnie w dół grobowy.

Niechaj księża zaśpiewają,

Niech się drużki zbiorą,

Wolę leżeć w ciasnej trumnie,

Niźli żyć z potworą».

Nie słuchała matka córki,

Ale sprawia gody17.

Czarnobrewka widzi, milczy,

Mocuje duch młody.

Poszła w nocy do wróżbiarki,

Aby jej wróżyła:

Długoż potrwa, długo z lubym

Rozłąka niemiła?

«Babko-serce, babko-złoto,

Mój kwiecie różowy,

Powiedz prawdę: gdzie mój luby?

I czy żyw, czy zdrowy?

Czy mnie rzucił, czy mnie kocha

Wzajemnym kochaniem?

Powiedz prawdę — na kraj świata

Ja polecę za nim.

Babko-serce, babko-złoto,

Co czynić wypada?

Bo mnie matka za mąż daje

Za starego dziada.

Jego kochać to nad siły,

Sercu nie rozkażę;

Chciałabym się topić w rzece,

Lecz Boga obrażę.

Jeśli luby mój nie żyje,

Zrób tak, babko, raczej,

Bym do domu nie wróciła,

Bo zginę z rozpaczy.

Tam już swaty mnie czekają,

W weselnym zamiarze...»

«Dobrze, córko! Spocznij trochę,

A czyń, co ci każę.

Sama kiedyś w młodej dobie18

Czułam serca władzę;

Przeszło licho — już nie sobie,

Ale drugim radzę.

Twoją dolę, moja córko,

Znam już od dni wiela,

I dla ciebie czarownego

Nazbierałam ziela».

Poszła stara i kosz ziela

Dostała z policy19:

«Masz to dziwo, moje dziecię,

Idź z nim do krynicy.

Twarz kryniczną obmyj wodą

I nim kur zapieje,