Życiorys własny przestępcy
Wszystkim tym, których los zepchnął w otchłań wyrzutków społeczeństwa, a którzy dążą ku poprawie, pracę tę poświęca
Autor
„Trzeba mieć więcej odwagi do przyznania się do zła niż do popełnienia go”.
I
Nim przystąpię do opowiadania historii mego życia, która jest jedną z najsmutniejszych, uważam za niezbędne choćby w streszczeniu powiedzieć, jakie okoliczności sprowadziły mnie z drogi uczciwej. Jednak proszę Czytelnika o wybaczenie, że opis tych okoliczności rozpocznę od wizji mego przyjścia na świat.
Oto widzę jak przez mgłę małe miasteczko, rozrzucone nad brzegiem Narwi. W centrum tego miasteczka, w samym prawie rynku stoi murowany, piętrowy dom — który ze swego powierzchownego wyglądu odznacza się od innych, podobnych jemu domów tym, że posiada ganek z dwiema ławkami przy wejściu do sklepu. Nad sklepem widnieje napis: „Targowla muki”1 na nazwisko kobiece N. N.
Właścicielem tego domu jest mężczyzna wysokiego wzrostu, mający lat trzydzieści, o zdrowym wyglądzie i łagodnych, rozbrajających oczach. Przymioty te cechują zwykle ludzi posiadających nadzwyczajną siłę. Żona jego to kobieta lat dwudziestu pięciu, o inteligentnym wyglądzie, typowa blondynka. Ta poniekąd dobrana para należy do żydowskiej inteligencji tego małego miasteczka.
W jednym z pięknych dni czerwca 1897 r. w domu tym, widzę w wyobraźni, sklep jest zamknięty z powodu narodzin pierwszego syna. Widzę panującą tam nie do opisania radość. Krewni i znajomi składają rodzicom życzenia.
Widzę, jak w sypialnym pokoju leży na łóżku matka, cała w bieli, a triumfalny uśmiech macierzyński igra na jej twarzy, nieco przybladłej. Ja leżę w powijakach przy jej prawym boku. Ojciec zaś stoi na środku pokoju i przyjmuje życzenia. Jest poważny i zamyślony. W oczach zaś jego widać blask szczęścia.
Widzę oczyma wyobraźni, jak ludzie do tego domu wchodzą i wychodzą, a na każdej z tych twarzy spostrzegam szczere czy też dobrze udane zadowolenie.
Przed domem skupia się coraz więcej ludzi omawiających fakt mych urodzin. Słyszę też głosy urywanych rozmów:
— Bóg się zlitował i wysłuchał ich, dając im syna.
Dalej słyszę szepty:
— Bogaty ma zawsze szczęście.
Słuchająca Żydówka kiwa głową i nabożnie podnosząc ręce do góry, mówi:
— Prawdziwy cud, pięć lat po ślubie, nu, nu, On jest wszechmogący, u Niego nie ma rzeczy niemożliwych.
Inna znowu blada Żydówka, o kruczych włosach i wyglądzie starożytnej niewolnicy, wstydliwie i nieśmiało rozgląda się wokoło i szeptem zapytuje:
— Czy to prawda, że ona była u cadyka cudotwórcy z Libawy i że wróciła miesiąc temu?
Widzę, jak otyła Żydówka odprowadza ją na stronę i z tajemniczą miną mówi:
— Nikt nie dokona takich cudów, jak cadyk z Libawy. Moja kuzynka piętnaście lat nie rodziła, a gdy za radą rabina pojechała do niego, to wkrótce także porodziła syna.
— Może i mnie warto pojechać do niego — rozpromieniając się, podchwytuje blada Żydówka. — Jak pani wiadomo, i ja jakoś nie... — Tu, zniżając głos, dodaje: — Już siedem lat po ślubie!...
— Ty, moja droga — odpowiada tamta z politowaniem — jesteś za biedna, ażebyś mogła z jego łaski korzystać.
Te i inne podobne rozmowy toczą się na temat mego przyjścia na świat.
Ósmego dnia mego życia widzę w domu ruch i przygotowania do uroczystości. W tym to dniu miał się odbyć rytuał wprowadzenia mnie w szeregi wyznawców zakonu Izraela. Izba błyszczy czystością, świece w mosiężnych i srebrnych lichtarzach płoną na stołach. W innym pokoju, gdzie leży matka, słychać śmiech kobiet. Pełno tam krewnych i sąsiadek. Mężczyźni siedzą w pierwszym pokoju, naokoło stołów ustawionych w półkole. Ojciec i krewni pełnią obowiązki gospodarzy domu, starając się każdego przybysza posadzić na właściwym miejscu, zależnie od stanowiska, jakie zajmuje w hierarchii małego miasteczka.
Rabin z siwą, długą brodą, o pięknie zakręconych pejsach siedzi na honorowym miejscu i coś recytuje na głos, a wszyscy słuchają w skupieniu.
Naraz drzwi szeroko się otwierają, a Żyd o abrahamowym, imponującym wyglądzie wnosi mnie, leżącego na poduszce, ja zaś jak gdyby przeczuwając, co mnie czeka, wrzeszczę na cały głos. Poduszka ze mną przechodzi z rąk do rąk. Jakiś rudy Żyd nachyla się nade mną ze swoim nożem rytualnym, a następnie brudnymi rękoma przystępuje do operacji... Dziecięcy mój głos zamarł na ustach i w izbie zapanowała niczym niezmącona cisza. Stary rabin odprawia modły, poruszając bez szelestu ustami, a po chwili, jakby obudzony ze snu, przerywa panującą ciszę okrzykiem: „Mazel-tow! — Mazel-tow!” (Daj, Boże, szczęścia). Wszyscy obecni ściskają dłoń ojca i składają życzenia:
— Daj, Boże, żeby zdrów się chował!
— Daj, Boże, doczekać jego zaślubin!
— Daj, Boże, żeby wyrósł na cadyka!
— Daj, Boże, doczekać czasów Mesjasza!
Ojciec przyjmuje je z rozpromienionym obliczem, a matka dopomina się o mnie, co natychmiast zostało wypełnione i znów znalazłem się przy jej boku.
Po ukończeniu uroczystości rytualnych na stole pojawiają się rozmaite potrawy i trunki. Zaczyna się biesiada. Wznoszą toasty na moją cześć, sypią się przy tym tłuste dowcipy, a także nie omijają okazji, by porozmawiać o miejscowym życiu i interesach, przeciągając biesiadę do późnej nocy.
II
Od wspomnianego dnia, tj. od dnia, gdym został doliczony do wyznawców Mojżesza2, upłynęło lat pięć. Są to najmilsze lata nie tylko mojego dzieciństwa, ale i całego życia. W tym to czasie rozstrzygnął się mój los co do początkowej nauki.
Pamiętam to jak dziś: w rocznicę ukończenia piątego roku życia, przy obiedzie spostrzegłem, że matka i ojciec coś knują przeciwko mnie, przemawiali się3 ze sobą. Z pochwyconych słów zrozumiałem, że rozmowa tyczy się mnie, ale o co idzie, nie wiedziałem. Później dowiedziałem się, że był to spór o moją przyszłość. Ojciec, pragnąc we mnie rozwinąć rozum, a nie żadne baśni o cudach, diabłach i czarach, chciał, żebym uczęszczał do szkoły publicznej, jaka była w miasteczku. Matka zaś, będąc córką chasydzką4, święcie wierzyła w to, że Pan Bóg obdarzył ją synem za pośrednictwem cadyka nie na to, aby go wychować na goja, lecz na sługę Boga. Pragnęła koniecznie, a nawet twierdziła, że będę cadykiem, a przynajmniej rabinem. W tym to celu obstawała przy tym, bym rozpoczął naukę od tradycyjnego chederu5. Nie mogąc się pogodzić między sobą, uradzili się zapytać mnie, co wolę: szkołę czy cheder.
Ojciec jak i matka, pragnąc mnie ująć każdy na swą stronę, prześcigali się w podarkach i łakociach. Że zaś tego dnia, gdym miał zadecydować o swym losie, matka podarowała mi ładnego konika i ołowianego żołnierza, a do tego plitkę czekolady6, więc zostając pod jej wpływem, udzieliłem swej zgody na uczęszczanie do chederu.
Pamiętam ów dzień, gdy matka po raz pierwszy zaprowadziła mnie do chederu. Widzę siebie, jak przez mgłę, jako małego chłopca siedzącego w chederze, wciśniętego przy dużym stole między kilkunastu pędraków ubranych różnobarwnie, zależnie od zamożności tych, którzy przyczynili się do ich istnienia.
Jesteśmy schyleni nad książką i wykrzykujemy różnymi głosami. Na środku chederu, na brudnej, z gliny ubitej podłodze, siedzi w rozmaitych pozach kilka dziewczynek. Bawią się one, każda na swój sposób. W kącie chederu, wśród dymu przebija sylwetka żony rebego, która coś pod nosem gdera na męża. Izba to nieduża, mieszcząca się w suterenie. Nigdy nie była wietrzona. Stale zapełniający ją uczniowie oddychali dymem i wyziewami. Dym niemiłosiernie gryzł w oczy, a przy tym było tam duszno i gorąco nie do wytrzymania.
Nad tą gromadką dzieci królował rebe, stojąc w środku chederu, wyprostowany, nieomal groźny. W prawej ręce trzymał swoje berło dziesięcioramienne, wszechwładny kańczug7. Od czasu do czasu próbował rebe swej nieograniczonej władzy, śmigając po plecach bliżej siedzących chłopców, więcej dla wprawy niż z potrzeby. Wszyscy zbijaliśmy się w kupkę, tak że szpilki nie zdołałby nikt między nas wcisnąć. Rebe, chcąc nas rozłączyć, śmigał kańczugiem po głowach i wywijał nim groźnie w powietrzu.
Tak wyglądał przybytek wiedzy, któremu ojciec był przeciwny, a gdzie jednak z powodu mej zgody, wydobytej za pomocą podarków, musiałem przebywać codziennie od godziny ósmej rano do dziewiątej wieczorem. Jeden dzień był podobny do drugiego: żadnych zmian. Rebe nigdy nie pozwalał otwierać okien, twierdząc, że może postradać głos, którym upiększał co sobotę nabożeństwo w bóżnicy. Słońce także nigdy do naszego chederu nie zajrzało, albowiem w pobliżu stał chlew, w którym rebe trzymał swój żywy inwentarz, składający się z dwóch kóz i czterech koźląt. Kozy rebego były istną plagą dla całego miasteczka. Wieśniacy okoliczni, przyjeżdżając do kościoła lub do miasta po sprawunki, nie mogli się opędzić przed tymi żarłokami. Wszędzie było ich pełno; nieraz i nasze śniadanie, które przynosiliśmy z domu, porywały z okna, rebe bowiem życzył sobie, żebyśmy je tam kładli; czy robił to z rozmysłem, nie wiadomo. Dla kóz jednak ułatwiało to sytuację. Pomagały nam w spożyciu śniadania. Rebe zaś twierdził, że na całym świecie nie ma poczciwszego stworzenia nad kozę. — Karmić nie trzeba, a smaczne mleko daje.
Bek tych kóz i krzyk dzieci tak mi nieraz dokuczał, że chętnie uciekłbym z tego raju tam, gdzie pieprz rośnie, ale strach przed rebem był większy niż wszystko i to przykuwało mnie do miejsca. Bywały jednak i takie dni, że swobodnie oddychaliśmy na świeżym powietrzu. Bawiliśmy się wówczas na podwórzu, a słońce otaczało nas swą opieką, rzucając na nas swoje ciepłe promienie. Niestety takich dni było niewiele. Zależały one od ilości tradycyjnych ślubów, w których rebe brał udział, odgrywając w nich większą rolę: mianowicie śpiewał nowożeńcom jako „badchon”8.
W takie dni uwalniał nas od swego towarzystwa, pozwalając bawić się na podwórku chederu. Nosiło ono cechy śmietnika, ale dla nas było miłe, bo posiadało wszystko, czego nam było potrzeba do zabawy. Nic więc dziwnego, że uważnie śledziliśmy za nowymi ogłoszeniami zaręczyn.
Wówczas to, mimo młodego wieku, w naszych dziecięcych głowach stawało już pytanie, na co ludzie się żenią. Każdy z nas tłumaczył to zagadnienie na swój sposób, aż syn szewca jako najstarszy, a liczył dziesiąty rok życia, wystąpił naprzód i zaczął opowiadać, że on wie, dlaczego ludzie się żenią, opierając się na spostrzeżeniach u swych rodziców. Opowiadał, jak to ojciec i matka zachowywali się po nocach. Co do mnie, stanowczo temu zaprzeczyłem i ogłosiłem go kłamcą. Srulek, tak było mu na imię, nie dał za wygraną i przyszedł zaraz nam pokazać, jak się to robi. On, rzecz jasna, mianował się „tatem”, a na „mamę” wybrał jedną z dziewczynek. Tu jednak zaszła pewna przeszkoda: chcąc bowiem się żenić, trzeba mieć koniecznie łóżko. Tak przynajmniej twierdził Srulek. Widząc jego niepewność bez łóżka, jednogłośnie uznaliśmy, że połamany kufer, stojący przy oknie, śmiało może zastąpić łóżko. Dziewczyna wszakże, nie mając najmniejszego pojęcia, o co chodzi, odmówiła posłuszeństwa i do kufra nie weszła. Wówczas Srulek ujął ją wpół i siłą pakował do kufra, czemu dziewczyna broniła się zajadle, a widząc przewagę nad sobą, wybuchła takim przerażającym płaczem, jak gdyby nas wszystkich wzywała na pomoc. Bez chwili namysłu stanąłem w jej obronie, co spowodowało bójkę między mną a Srulem. W rezultacie zostałem zwycięzcą i zabawa nie doszła do skutku.
Gdy rebe powrócił i dowiedział się o zajściu, wyliczył mi dziesięć kańczugów w taką część ciała, od czego, jak mówił, głowie nic się nie stanie, a nawet jeszcze rozumu nabierze.
To małe zdarzenie do dnia dzisiejszego tkwi w mojej pamięci, gdyż dziewczynka owa odegrała pewną rolę w mym późniejszym życiu, o czym dalej wspomnę.
III
W chederze mimo wszystko uczyłem się dobrze. Rebe chwalił mnie przed matką i ręczył, że wyrośnie ze mnie „wielki człowiek”, a biedna matka była tego pewna i święcie mu wierzyła. Tak samo i matki wszystkich uczniów wierzyły w opinię rebego, bo i faktycznie los każdego dziecka zależał od niego. On jeden przepowiadał przyszłość. Każdemu z osobna wypowiadał się zwykle: „Z tego wyrośnie apykejres9 — z tego goj — rabin z ciebie już nie będzie” itd. A co do dziewczynek, to na pytanie matek, odpowiadał zwykle machnięciem ręki i mruknięciem czegoś niezrozumiałego pod nosem, tak jak gdyby o tym stworzeniu nie warto było nawet mówić.
Rebe najwięcej złych wróżb wystawiał tym dzieciom, których rodzice byli nieregularni w opłacie za naukę, a ponieważ moi rodzice na czas płacili, a czasem z góry, więc wychwalał mnie, że jestem „cudownym dzieckiem” do nauki. Co prawda i szturchańca oberwałem nieraz, ale tłumaczył to koniecznością, twierdząc, że każdy wychowawca, który naprawdę dba o los ucznia, musi go bić, bo inaczej wyrośnie na „goja”.
Pewnego dnia przypadek otworzył mi oczy; od tej chwili zwątpiłem w prawdomówność rebego. Spowodowała to następująca okoliczność: jedna z matek przyprowadziła do chederu syna lat sześć, o kruczych włosach i delikatnej twarzyczce; po omówieniu warunków i wyjściu matki z chederu chłopiec stał w miejscu, jakby skamieniał, oczy miał szeroko otwarte, usta mu drgały nerwowo. Smutny był to obrazek; żal mi się chłopca zrobiło, gdy zobaczyłem, jak dzieci otoczyły go naokoło, a Srulek zabrał mu małe zawiniątko, w którym były dwie bułki i ogonek śledzia. Z tego Srulek wydzielił coś ponad połowę, tłumacząc się, że każdy daje dla „Rudego” część swego posiłku.
Muszę tu jednak objaśnić, kim był ten „Rudy”; był to wielki, spasiony kot. Temu kotu co dzień przymusowo składaliśmy ze swego pożywienia coś w rodzaju dziesięciny. Odbierał ją Srul, upoważniony do tego przez rebego. Srulek był więc opiekunem „Rudego” i ponieważ baliśmy się go, więc bez żadnego szemrania pozwalaliśmy na zabieranie sobie pewnej części pożywienia. Srulek ów był niezmiernym brudasem, o chytrych oczach, brzydki na wygląd. Na samo wspomnienie o nim każde dziecko odczuwało wstręt, a jednak co rano każdy musiał się z nim spotkać, bo z chwilą przybycia Srulek zaraz rozpoczynał rewizję, kontrolując, co kto posiada. Niektóre dzieci zamożniejszych rodziców przynosiły ze sobą buteleczkę mleka, z którego ponad połowę bez słowa skargi zaraz musiały oddać do wielkiej, blaszanej miednicy. Taką codzienną daninę od wielu dzieci miał rzekomo wchłaniać w siebie „Rudy”, o czym ma się rozumieć, wszyscy byli święcie przekonani.
Oto widząc, jak Srulek po odebraniu śniadania nowo przybyłemu dziecku kieruje się do przyległej izby, gdzie wcale nie było okien, a do której wstęp nam był wzbroniony za wyjątkiem Srula, pobiegłem za nim, postanawiając policzyć się ze Srulem za jego podły postępek.
W owym pokoju, który podobny był raczej do nory, rebe trzymał swe potomstwo, składające się z pięciu synów i dwóch córek. Najstarszy z chłopców liczył lat dziesięć, a wyglądał na lat sześć; z córek jedna liczyła lat sześć, a druga cztery; były one wcale niepodobne do braci, bo dość ładne jak na dzieci wychowane w tak cuchnącej norze. Kiedy wszedłem niepostrzeżenie za Srulkiem do tej izby-nory, ukazał mi się przykry widok. W izbie paliła się lampa naftowa, bez szkła, tak zwany „kopeć”. W wątłym świetle ledwo mogłem odróżnić sprzęty tam się znajdujące. W kącie, przy łóżku siedziały na ziemi dzieci rebego w brudnych koszulach, a dopiero co przybyły Srulek siedział w środku i wszystko, co uzbierał, dzielił na równe części. Każdemu dał jedną porcję, dla siebie zaś zatrzymał „daninę” zabraną nowo przybyłemu. To, co stanęło przed moimi oczyma, zbyt dokładnie objaśniło mnie o postępowaniu rebego; nie namyślając się długo, skoczyłem do Srula i zacząłem okładać go pięściami. Powstał pisk i lament, usłyszawszy to, rebe wpadł do izby, złapał mnie za kołnierz i okładając kułakami, wyniósł z pokoju i rzucił w kąt grożąc, że jeszcze mnie ukarze.
Chłopczyk, przyczyna zajścia, stał jeszcze bardziej odurzony — utkwił we mnie duże, czarne oczy, jakby chciał się spytać: co to za rwetes i co ma robić? Wtem rebe zawołał go po imieniu: chłopczyk spojrzał na mnie jeszcze raz i nie poruszając się, pozostał nadal na swym miejscu. Wówczas rebe spojrzał na mnie z łaskawym uśmiechem i ująwszy struchlałego malca za rękę, poprowadził w stronę stołu, tam wziął go na kolana i wskazując na otwartą książkę, przed nim leżącą, zapytał: „Co to jest?” Zamiast odpowiedzi, chłopiec wybuchnął płaczem. Rebe więc począł go uspokajać: „No, no, nie bój się, patrzaj — to nazywa się syder”10. „Syder” — powtórzył chłopiec. Rebe, pokazując mu następnie literę, dodał: „A to jest ałef”11. „Ałef” — powtórzył malec. Rebe tłumaczył dalej: „A to jest bejs”12. Chłopczyk znów rozpłakał się. Rebe, pragnąc go uspokoić, pocieszał go, wreszcie mówi: „Berul, nie płacz! Gdy się będziesz dobrze uczył, to ci anioł Gabriel rzuci z nieba kopiejkę na cukierki”. Obiecanka ta zainteresowała mnie tym bardziej, że rebe każdemu nowo przybyłemu obiecywał ten podarek anielski, a który, co ciekawsze, często się sprawdzał. Co prawda wątpiłem mocno w te cudowne zdarzenia, tym bardziej wówczas niewiara się spotęgowała, gdy przekonałem się, kto zjada dziesięcinę. Więc siedząc w kącie, przez nikogo nie spostrzeżony, zacząłem pilnie obserwować rebego, równocześnie patrząc w sufit, by móc się przekonać, skąd spada kopiejka anielska. Wątpliwość moja co do prawdomówności rebego pobudzała mą czujność. Wtem, o zgrozo... własnymi oczyma zobaczyłem, jak rebe włożył na jarmułkę kopiejkę, obejrzał się wkoło, kiwnął głową i kopiejka spadła z brzękiem na stół przy samym „syderze”. „Weź ją! — rzekł rebe do malca. — To anioł Gabriel rzucił ci na cukierki, a jak się będziesz dobrze uczył, to ci jeszcze więcej da”.
Malec wziął kopiejkę, obejrzał ją ze wszystkich stron, tak jak gdyby nie wierzył w ten cud i po chwili odrzekł: „Ja mam taką samą kopiejkę w kieszeni. Matka mi ją dała. A anioł Gabriel skąd ma taką kopiejkę, jak moja mama?” Rebe spojrzał badawczo na malca, puścił go z kolan i mruknął: „Ty za mądry jesteś — już rabin z ciebie nie będzie!...”
IV
Po tym zdarzeniu nie chciałem więcej chodzić do tego chederu i za parę dni opuściłem go na zawsze, ażeby wstąpić do osławionego chederu, w którym uczył rebe Jankiel. Uczył on z pięciu ksiąg i słynął z tego, że dzieci bały się go jak ognia.
Jakkolwiek pierwsza młodość i pierwszy cheder nie był szczęśliwy, to dalsze lata mego życia, które spędziłem w kilku chederach, były o wiele smutniejsze, lecz rozpisywać się o tym nie będę, a ogólnikowo powiem, że dziecko żadnego narodu nie przechodzi tak okropnych mąk w szkołach, jak dziecko żydowskie w tych „starotypowych” chederach. A trzeba wiedzieć, iż jeden cheder jest podobny do drugiego, jak dwie krople wody.
Nakreśliłem kilka obrazków z życia w pierwszym chederze po to, żeby czytelnik miał dostateczne wyobrażenie o chederach w ogóle. Przebywałem w chederach do dwunastego roku życia. Przez cały czas mojej nauki nie dowiedziałem się nawet, ile jest części świata. Nigdy mnie o tym nie uczono. Czyż warto jest w takich mądrych chederach, gdzie mowa jest tylko o „Jehowie” i o „narodzie wybranym”, mówić o podobnych głupstwach?
Przez cały czas mojej nauki w chederach ojciec mój ani razu mnie nie odwiedził, ani też się nie zapytał, jak się uczę lub co już umiem. A jednak nie ganił. Matka starała się za to mną interesować i często opowiadała mu o mych postępach w nauce, przy czym zapewniała, że uczę się dobrze, co było poniekąd prawdą, gdyż garnąłem się do nauki.
Po ukończeniu przeze mnie dwunastu lat życia, matka postanowiła mnie wysłać po dalszą wiedzę. Takową miałem otrzymać w osławionym „jeszywecie”13 w Ł.14 Ojciec najzupełniej z tym się zgodził, zrezygnowawszy ze wszystkiego, co dotyczy mego wychowania umysłowego. Nie zaniedbał mnie tylko pod względem rozwoju fizycznego. Każdą chwilę wolną, gdy był w domu, bo często rozległe interesy trzymały go poza domem, poświęcał mi, urządzając tak zimą, jak i latem w dni pogodne przejażdżki i spacery. W czasie tych spacerów uczył mnie ćwiczeń gimnastycznych na swój sposób, a także nauczył mnie pływać. Wszystko to dodatnio wpływało na moje zdrowie, które było narażone na szwank przez długie przesiadywanie w brudnych i smrodliwych chederach. A ponieważ byłem nad wiek rozwinięty, a dzięki troskliwości ojca byłem zdrów, przesiadywanie więc w ciemnych chederach niewiele mi szkodziło.
Z tych chwil nauki pamiętam jeszcze to, że czułem zawsze wstręt do wszystkich niesfornych chłopców. Zachowywałem się dość przyzwoicie i wzorowo. Czasu nigdy nie marnowałem, próżnowanie nie było mi wcale znane, gdyż w wolnych chwilach w domu pomagałem matce w sklepie. Kochałem ją nad życie i starałem się jej dopomóc, w czym tylko mogłem. Pokochałem ją jeszcze bardziej od chwili, gdy zaczęła chorować na ataki serca. Choroba ta powstała z przestrachu. Powody zaś owego przestrachu są niepowszednie, więc muszę je tu zanotować.
Liczyłem wówczas lat osiem. W pewien wieczór sobotni, gdy siedzieliśmy przy wieczerzy, w nastroju świątecznym, do pokoju wpadła przestraszona służąca; usta miała rozwarte, jak gdyby chciała coś mówić, ale głosu nie mogła wydobyć z gardła. Nim ojciec zdołał wstać z krzesła, wkroczyło dwóch bandytów z rewolwerami w rękach, i grożąc nimi ojcu pod samym nosem, zażądali wydania pieniędzy. Na widok niespodziewanych gości osłupieliśmy z przerażenia, ojciec tylko zachował zimną krew i zapytał ich, co to ma znaczyć. Odpowiedź brzmiała:
— Żądamy dziesięć tysięcy rubli, bo inaczej wszystkich wymordujemy.
Ojciec zupełnie spokojnie rzekł:
— Tyle nie mam w domu, ale trzy tysiące mogę dać zaraz.
Bandyci spojrzeli po sobie i po chwili zgodzili się na to pod warunkiem, że ojciec o niczym nie będzie meldował policji. Ojciec się zgodził. Wstał od stołu i wskazując na przyległy pokój, dodał:
— Z powodu szabasu przy sobie nie mam pieniędzy, lecz są one w sypialnym pokoju.
Dla nieproszonych gości to bynajmniej nie utrudniało sytuacji, bez namysłu więc kazali się prowadzić do wspomnianego pokoju. My zostaliśmy, nadal odrętwiali, nie wiedząc, co się wokoło dzieje. Nagle w pokoju sypialnym padły strzały. Odgłos ich obudził nas z letargu. Powstał wówczas pisk i krzyk nie do opisania. Matka zemdlała, a brat i siostra, o których jeszcze nie wspomniałem, przytuleni do omdlałej matki, płakali. Ja, jako najstarszy, górowałem krzykiem nad wszystkimi. Służąca pierwsza odzyskała równowagę i energię. Chwyciła lichtarz, podskoczyła do okna i wybijając szyby, zaczęła wzywać pomocy.
W kilka minut później w domu było pełno ludzi, a na czele stał żandarm. Matkę przyprowadzono do przytomności. Twarz ojca była nieco przybladła. Zamieszanie powoli ustało zupełnie i oto okazało się, że ojciec rzucił się z rewolwerem na nieostrożnych bandytów w czasie doręczania pieniędzy. Napaść ojca zmusiła ich do ucieczki, podczas której oddali kilka strzałów. Na szczęście chybili. Powyżej opisane zdarzenie na słabe nerwy matki wpłynęło nadzwyczaj ujemnie i pozostawiło ślad w postaci częstych ataków serca.
Nie od rzeczy będzie, gdy wspomnę, iż po tym napadzie na nas nastąpiły inne w okolicy. Wszystkie były dokonane wyłącznie na domy żydowskie. Prawie cały więc rok 1905 żyliśmy w ciągłej trwodze. Nas, dzieci, gdy tylko ociągaliśmy się z udaniem do snu, służąca straszyła zwykle złodziejami i bandytami. Miało to ten skutek, iż co rychlej udawaliśmy się do swej sypialni.
A jednak los podrwił ze mnie!...
V
W 1910 roku, gdy rozpocząłem trzynasty rok życia, zasób mej wiedzy obejmował tyle, iż znałem dobrze, jak mnie zapewniali, Pięcioksiąg, Księgi proroków, początki Talmudu i różne inne jeszcze mądrości, które są dostępne tylko dla syna wybranego narodu. Umiałem także pisać po żydowsku i hebrajsku. Z nauk świeckich znałem cztery działania, co ma wystarczyć Żydowi w jego życiu na tym świecie. Tego wszystkiego uczyli w chederze bez żadnego planu, bo i czegóż mieli mnie więcej nauczyć, gdy jestem pewny, że sam rebe nie znał gramatyki, a nawet żargonu. Jednak po studiach, jakie otrzymałem w chederze, uchodziłem w miasteczku za półmędrca, wobec tego rodzice postanowili po dalszą wiedzę wysłać mnie do wspomnianego już poprzednio słynnego jeszywetu w Ł.
Po ostatecznej decyzji co do dalszych mych nauk, pewnego dnia zapanował w domu nastrój bardzo podniosły. Matka promieniała z radości, że jej marzenia stopniowo się realizują. Jej pierwszy syn idzie po drodze tej, która prowadzi do zostania rabinem, a nawet cadykiem. Sama przymierzała na mnie dwa garnitury i palta, które domowy krawiec przyniósł już gotowe do podróży. Służąca, na której rękach wychowywałem się, krzątała się około mnie i znosiła różne specjały i łakocie, umieszczając je w mojej podróżnej walizie, a naznosiła tyle, że aż matka musiała ją powstrzymać w zapale, gdyż nie dałoby się to wszystko zapakować.
Brat, o dwa lata młodszy ode mnie, patrzył na mnie z zazdrością. Maskując swe uczucia, wraz z dziewięcioletnią siostrą oglądał każdą rzecz, zanim została umieszczona w walizie. Przygotowania do niedalekiej podróży czyniły wrażenie, jakbym miał się udać na drugą półkulę świata, a nie o dwadzieścia jeden kilometrów od domu.
Nareszcie nastąpiła chwila mego wyjazdu. Biedna matka ostatnią noc nie spała, spędziła ją nad mym łóżkiem, całowała mnie i ze łzami rozczulenia udzielała praktycznych uwag, jak się mam zachowywać w życiu, ażeby Bóg i ludzie byli ze mnie zadowoleni.
Pamiętam, już dniało, gdy objęła mnie za głowę i patrząc mi czule w oczy, chciała coś powiedzieć, lecz nie miała odwagi, po chwili pocałowała mnie w czoło i puściła z objęć. Wpatrywała się nadal we mnie, tak że nie mogłem jej wzroku wytrzymać i opuściłem głowę. Raptem złapała mnie za rękę i zmienionym ze wzruszenia głosem przemówiła w te słowa:
— Synu mój... Zapamiętaj sobie dobrze to, co ci teraz powiem. Wiesz i rozumiesz, że cię miłuję i kocham nad życie, dlatego pragnę powiedzieć ci to, czego może inna matka na moim miejscu nie powiedziałaby dwunastoletniemu chłopcu, ale ja wiem i przeczuwam, że jesteś nad wiek umysłowo i fizycznie rozwinięty i nie jesteś brzydkim dzieckiem, więc pamiętaj: wystrzegaj się mieć do czynienia z kobietami, bo z tej strony wyczuwam dla ciebie największe nieszczęście, a gdy dorośniesz do lat osiemnastu, dam ci piękną dziewczynkę, która warta będzie twojego serca, a do tego czasu omijaj każdą kobietę! Omijaj!... Rozumiesz? Po pierwsze, jest to śmiertelny grzech, a po wtóre, można także zachorować na taką chorobę, na którą nie ma żadnego lekarstwa i trzeba w bólach, wśród mąk potem umierać. Staraj się natomiast dobrze się uczyć, ażebyś wyszedł na człowieka. Pamiętaj, bym się na tobie nie zawiodła, bobym tej hańby nie przeżyła, gdyż wiesz, że ojciec się z nas podśmiewa, staraj się, żeby on nie triumfował nad nami. Twój ojciec jest dobry i pragnie tak samo jak ja twego dobra, lecz on mnie nie rozumie wcale. O, patrz — dodała, pokazując mi fotografię jej ojca, która wisiała nad mym łóżkiem — to jest twój dziadek. Niech spoczywa w spokoju. Dobrocią i uczciwością odznaczał się od innych. Znał Talmud na pamięć. Idź też w jego ślady, a duch jego niech czuwa nad tobą i strzeże od złego i od wszystkich pokus tego świata. — Dalej ucałowała podobiznę swego ojca, a następnie podała ją mnie do pocałowania.
Dziś, gdy rozmyślam nad tym, że tak pobożna kobieta, jaką była moja matka, nie omieszkała mi wyjaśnić jako niespełna trzynastoletniemu chłopcu, jak groźne są nieraz skutki przygodnych miłostek i wreszcie udzieliła pod tym względem przestróg, zmuszony jestem wierzyć w to, że matka musiała zapewne w natchnieniu odczuwać, skąd jej dziecku największe grozi niebezpieczeństwo. I rzeczywiście moje wykolejenie w dużej mierze przypisać należy kobietom.
Tak, matko droga, twoje ostrzeżenia były trafne, ale na nic nie zdały się, ja, marnotrawny syn, twoich proroczych słów nie uszanowałem... Przebacz więc, kochana mamo, że dopiero będąc dorosłym człowiekiem, zdaję sobie teraz sprawę z tego, czego jako trzynastoletni chłopiec nie rozumiałem...
Na dworze już gościł poranek i słońce zaglądało do okien, gdy drzwi do mojego pokoju roztworzono i na progu ukazał się mój ojciec — zastał nas w rozczuleniu. Uśmiechnął się tylko ironicznie, odzywając się zarazem do matki: „Może już dosyć będzie tych wskazówek, niechaj się szykuje, bo za godzinę wyjeżdżamy”.
Ubrałem się prędko, a matka odeszła przygotować śniadanie. W czasie spożywania owego ojciec bacznie mnie obserwował, a gdy śpieszyłem się w jedzeniu, upomniał mnie lakonicznie, że powinienem od dzisiaj spokojnie i taktownie zachowywać się przy stole, gdyż będę stołował się u obcych ludzi, przy czym zwrócił mi kilka uwag, dotyczących zachowania się przy stole w obcym domu. Nim ukończyliśmy śniadanie, bryczka była już gotowa do odjazdu.
Ojciec wstał od stołu i począł się szykować do podróży, poszedłem i ja wkrótce za jego przykładem. Do bryczki zaprzęgnął chłopiec stajenny pięknego bułanka, ulubionego konia ojca. Domownicy i sąsiedzi otoczyli nas kołem, żegnając nader życzliwie, a kilku kolegów z chederu żegnało mnie wprost ze łzami w oczach. Matka pod pretekstem, że zapomniała mi coś dać, odwołała mnie na stronę i doręczyła mi małe zawiniątko. Żegnała zaś w te słowa:
— Synku mój, masz tu jednego rubla na drobne wydatki, a w papierku dziesięć rubli w złocie. Schowaj je sobie na pamiątkę od twej matki i żebyś nigdy ich nie wydał, chyba w większej biedzie. Kiedy wrócisz do domu, to zawsze mi je pokażesz: będzie to dla mnie znakiem, że szanujesz mą wolę.
Na ostatku, błogosławiąc mnie, obsypała pocałunkami. Czułe to pożegnanie przerwał dopiero ojciec, nagląc do wyjazdu. Szlochając w głos, wsiadłem do bryczki, a ojciec ledwo zdołał odsunąć żegnających się ze mną. Nareszcie, wśród okrzyków pożegnalnych i przesyłanych pozdrowień chusteczkami, wyjechaliśmy za miasto.
VI
Był to piękny, wiosenny poranek. Jadąc, rozglądałem się ciekawie dokoła. Świergot ptasząt, jak i radosne igranie promieni słonecznych usposabiały mnie nader uroczyście. Zdawało mi się, że cały świat uśmiecha się ku mnie, a słońce wyjątkowo dla mnie tak jasno świeci. Będąc tak optymistycznie nastrojony, patrzyłem na ten świat z wielką ufnością, a krajobraz, przesuwający się przed moimi oczyma, usposobił mnie marzycielsko.
Widziałem, jak powracam do domu w sobolowej czapce na głowie jako rabin, jak stoję w bóżnicy i wygłaszam wiernym płomienne kazanie, ci słuchają w skupieniu, a matka w galerii bóżniczej, gdzie są zwykle odgrodzone kobiety, nie może oczu oderwać ode mnie, syna swego, a wszystkie kobiety tam się znajdujące, patrzą na nią z uszanowaniem jako na matkę rabina. Widziałem też ojca, który siedział w tej chwili wraz ze mną na bryczce, a który nie wierzył w to wszystko, co matka we mnie widziała, jak stoi w bóżnicy i jak twarz jego, obecnie pochmurna, promienieje z radości.
Wizje te zachęcały mnie do spełnienia pragnień matki, a rozmyślając o tym, postanowiłem, że muszę zostać rabinem na przekór ojcu, by nie miał powodu triumfować. Nagle jakieś zwątpienie w to postanowienie obudziło się we mnie. Czy naprawdę mam powołanie na rabina? Czy będę mógł przeciwstawić się złemu i przeciwnym myślom, które — jak czułem — instynktownie się we mnie budzą?
Nie wiem i do dziś dnia nie mogę sobie tego wytłumaczyć, dlaczego, będąc jeszcze małym chłopcem, czułem jakiś niewytłumaczony pociąg do tego, co mi inni wyjątkowo zabraniali i ostrzegali, że tego nie wolno czynić.
Zrozumiałem, że nie tą drogą powinienem kroczyć w życiu i że nic z tego nie będzie, bo w mej duszy było pełno wstrętu do tego chederu. A więc czy jeszywet, do którego obecnie jadę, nie okaże się taki sam? Na odwrót, w tej chwili pragnąłem chodzić do szkoły świeckiej i z zazdrością wspomniałem o mym ciotecznym bracie, który był w tych samych latach co i ja, a uczęszczał do szkoły handlowej i od którego, gdy przyjeżdżał na wakacje lub święta, nie odstępowałem na krok, słuchając jego różnych opowiadań, które odczytywał mi z książek. Czasem pożyczał mi kilka książek w języku żydowskim, a najbardziej imponowała mi jego czapka z zielonym otokiem, czarny mundurek i płaszcz z zielonym obszyciem.
W duchu przyznawałem zupełną rację ojcu, gdyż on chciał mnie tak samo do tej szkoły posłać, lecz zanadto kochałem matkę, żeby się sprzeciwić jej woli. Rozmyślając tak, przypomniałem sobie o pieniądzach, które otrzymałem od matki w chwili odjazdu. Nie posiadając jeszcze nigdy takiej sumy do rozporządzenia, nasuwały mi się różne pytania, co by można za nie nabyć15. Przychodziły mi różne myśli. Między innymi rozmyślałem, czy będę mógł użyć je na wstęp do kina czy teatru, chociaż o nich wiedziałem niewiele, gdyż tylko tyle, co mi cioteczny brat opowiadał. Jednocześnie też powstały wątpliwości, czy mnie jako przyszłemu rabinowi przystoi tam uczęszczać. Dużo jeszcze i innych pokus, o których słyszałem od tegoż ciotecznego brata, stanęło przede mną, pociągając ku sobie.
Takie mniej więcej refleksje przesuwały się przez głowę i na podobnych rozmyślaniach upłynął czas mej podróży, a nawet nie minęły i one wtedy, gdy już wjeżdżaliśmy między forty, przez które trzeba przejeżdżać, zanim się wejdzie do miasta Ł., a następnie przez duży most położony nad Narwią.
Ojciec przez cały czas podróży nie odzywał się do mnie ani słowem, lecz przy wjeździe do miasta, gdym zaczął go rozpytywać o tym lub owym, chętnie udzielał objaśnień. A pytań tych było bez końca, bo to wszystko, co ujrzałem, wjeżdżając do miasta, było dla mnie dziwem. Co prawda czytałem coś niecoś o wielkich miastach, ale nie mogłem sobie wyobrazić większego miasta na całym świecie jak to, do którego wjeżdżałem.
Budynki trzy i czteropiętrowe zaimponowały mi przesadnie swym wyglądem, byłem gotów twierdzić, że większych budynków nawet w Ameryce, o której słyszałem, nie ma. Jednym słowem Ł. tak w mojej wyobraźni wyolbrzymiała, że machinalnie złapałem za rękaw ojca, jakbym się bał, że chmura ludzka, którą zobaczyłem, porwie mnie z sobą.
Egzaltacja ta była wynikiem pobytu w chederze, w którym wychowywali i karmili rozmaitymi strachami o szatanach przyjmujących postać pięknych kobiet, żeby człowieka skusić oraz o diabłach przebierających się za Niemców w cylindrach. Podobne legendy są na porządku dziennym, a wspominają o nich na każdej lekcji.
Po przybyciu do zajazdu, który mieścił się w starym rynku, ojciec wskazał mi wejście do niego. Zostałem przyjęty przez otyłą Żydówkę. Była tak zadowolona, że nie wiedziała, gdzie mnie posadzić. Po chwili wszedł ojciec, zapytał, czy nie jestem głodny, czemu zaprzeczyłem. Zostawił więc mnie samemu sobie, gdyż otoczyli go w tej chwili kupcy, z którymi rozprawiał o handlu i innych sprawach. Wszyscy go ciekawie słuchali.
W zajeździe, w którym zatrzymaliśmy się, odbywała się giełda zbożowa. W obrębie zajazdu mieścił się też szereg magazynów mąki, cukru i innych towarów. Były to głównie składy naszych i innych firm. Oprócz tego posiadał ojciec także kilka filii w okolicznych miasteczkach.
W dwie godziny później, gdy już ojciec załatwił ważniejsze sprawy, udaliśmy się do głównego dyrektora jeszywetu. Dyrektor „rosajszywe”16 przyjął ojca z należnym szacunkiem jako dobroczyńcę tej instytucji, mnie zaś obrzucił badawczym wzrokiem, tak że dreszcze przeszły przez całe ciało. Był to człowiek w podeszłym wieku, o okazałej tuszy, z rudą, wielką brodą do pasa, przetykaną już bielejącymi włosami. Podał mi rękę, którą nieśmiało uścisnąłem, myśląc sobie w duchu: „Znów rudy”. Miałem szczęście do rudych nauczycieli, a na sam widok rudej brody jakiś niewytłumaczony strach mnie ogarniał.
Po chwili obserwacji zaczął się wypytywać, czego się uczyłem, a na odpowiedź, ile mam lat, mocno się zdziwił, gdyż faktycznie wyglądałem na lat szesnaście, a nawet siedemnaście dzięki silnej budowie ciała. Potem podał mi wielką książkę Talmud, żebym przeczytał odnośny rozdział.
Po godzinnym rozmyślaniu opowiedziałem zadany rozdział, sam nie bardzo wierząc w prawdziwość tego, co mówiłem — w chederach bowiem rebe nigdy nie dbał o to, czy wykład jego został zrozumiany, więcej mu chodziło o to, żeby powtarzać słowo w słowo to, co on wygłaszał, nic więcej.
Gdy skończyłem opowiadanie, rosajszywe kiwnął głową, mlasnął wargami i tarł niemiłosiernie swą brodę. Z tego zrozumiałem, że nie jest zadowolony. Ojciec widać zrozumiał moją sytuację, bo sięgnął do portfela, wyjął dwa banknoty po dwadzieścia pięć rubli i tym poparł mój egzamin. Rosajszywe momentalnie wypogodził swoje oblicze i zostałem przyjęty do pierwszej klasy, co w moim wieku nie każdemu się udawało. Boże, dokąd to człowiek nie dostanie się za pieniądze!
Rozmawiali ze sobą jeszcze kilka minut, a następnie pożegnaliśmy się i wróciliśmy do zajazdu na obiad.
Przez cały czas od wyjazdu z domu ojciec, jak już podkreśliłem, odpowiadał tylko na moje pytania, a ze swej strony nie rozpoczynał żadnej rozmowy, przy obiedzie zaczął mi się bacznie przypatrywać, podobnie jak w domu i dopiero po długiej chwili przemówił do mnie słów kilka:
— Widzę po tobie i wiem, że nie masz ochoty do dalszej nauki. Pewnie wołałbyś siedzieć w domu i być przy handlu. Ale cóż? Matka twoja uparła się i chce koniecznie widzieć cię rabinem. Co do mnie, wiem z góry, że nie masz do tego powołania, jednak pamiętaj o tym, coś przyrzekł matce. Ucz się wzorowo, zrób to dla niej. Może ona ma rację i lepiej widzi twoje powołanie niż ja.
Po obiedzie zaprowadził mnie ojciec na stancję, gdzie miałem zamieszkać. Udzieliwszy jeszcze kilku pożytecznych słów i wskazówek, pożegnał mnie i wyjechał do domu, pozostawiając mnie samego aż do następnej niedzieli. Po odjeździe ojca posmutniałem, tęskniłem już za domem.
Następnego dnia o godzinie ósmej musiałem już być w jeszywecie na rannej modlitwie, po której rozpoczynały się rozwlekłe wykłady Talmudu. Tak rozpocząłem nowy okres życia.
VII
Budynek, gdzie mieścił się jeszywet, stał mniej więcej w środku miasta na obszernym, wybrukowanym placu, w pobliżu siedziby głównego dyrektora.
Sam jeszywet składał się z dużej sali, tak dużej, iż budowniczy dla podtrzymania sufitu powstawiał szereg słupów. Przy ścianie naprzeciw drzwi schodowych stał na wywyższeniu „Oren kojdesz” (arka przymierza) i ołtarz. Z obu stron sali stały rzędy ławek, na których nawet wśród nocy można było widzieć uczniów rozmaitego wieku, ba, nawet brodaczy, zaczytanych w Talmudzie.
W jeszywecie tym były cztery oddziały. Każdy oddział miał swój dzień wykładowy i tak: oddział pierwszy co dzień, oddział drugi co drugi dzień, oddział trzeci dwa razy w tygodniu, a oddział czwarty składał się ze słuchaczy, którzy po większej części uczyli się samodzielnie. Między tymi ostatnimi byli nawet tacy, którzy mogli być już rabinami. Nieraz patrzyłem z zazdrością na te ascetyczne postacie, gdyż z pierwszego oddziału tak prędko nikt się nie dostaje do czwartego, w każdym z oddziałów musi się uczyć przynajmniej po kilka lat.
W oddziale pierwszym wykładał starzec z siwą brodą, o natchnionej twarzy. Wykładał powoli i zrozumiale, a gdy trafiliśmy na rozdział w Talmudzie, w którym traktowano o stosunkach mężczyzn do kobiet, kazał przepuścić jedną lub dwie strony, ażeby tego tematu nie poruszyć. My jednak ze swej strony nie szczędziliśmy wysiłku, by skrycie przejrzeć, co tam się kryje. Pod strachem i bojaźnią czytaliśmy zakazany artykuł, lecz niestety, nie zawsze dało się to zrozumieć i dlatego treść tam zawartą różnie sobie tłumaczyliśmy. Biedny był jednak ten, kto dał się złapać nauczycielowi przy studiowaniu i rozstrzyganiu podobnych kwestii, każdy więc pilnował się jak tylko mógł i trzymał się na ostrożności, jakby popełniał jakąś zbrodnię.
Starzec ten bynajmniej nie był dziwakiem, iż takich tematów nie wykładał. W jeszywecie wypływało to ze zwyczaju, by nie mówić o tym, co uznają za niezrozumiałe dla młodzieży. Uważali, iż poruszając drażliwe tematy zamiast uchronić od grzechu, wskazuje się tylko łatwiejszą do niego drogę. Widzą największe zło w tym właśnie, co dotyczy takiego nieczystego stworzenia, jakim jest w ich rozumieniu kobieta...
Pomimo wszystko bardzo mi się podobał nastrój i porządek, jaki tam panował. Dumny też byłem z tego, że z dwustu uczniów byłem najmłodszy wiekiem. Nie mniej przyjemniejsza była świadomość, iż przez kolegów byłem lubiany. Lecz z drugiej strony tęskniłem do słońca, lasów i Narwi, które opuściłem. Przymusowe, bezustanne ślęczenie nad Talmudem męczyło mnie niezmiernie, pragnąłem wytchnienia i naprawdę czułem się wtedy szczęśliwy, gdy po ukończonych wykładach opuszczałem ponure mury jeszywetu.
Rodzina, u której mnie umieszczono na stancji, była małżeństwem bezdzietnym, składała się z siedemdziesięcioletniego, pobożnego starca i jego żony, zaledwie dwadzieścia dziewięć lat liczącej. Dziewczyna ta pochodziła z naszego miasteczka, a nawet mieszkała niegdyś w domu mych rodziców, zajmowała się wówczas udzielaniem języka żydowskiego i hebrajskiego dziewczętom. Cztery lata temu wyszła za mąż za starca, który ożenił się na złość swoim dorosłym wnukom. Odwiedzali go oni jednak często, zachęcani do tego jego majątkiem, który im po śmierci przypadał, a był pokaźny, bo składał się z murowanego, trzypiętrowego domu i wielkiego, galanteryjnego sklepu.
Ożenił się, jak twierdził, jedynie dlatego, by mieć nowego spadkobiercę, mniej natrętnego. Ten to cel dodał mu odwagi, by za pomocą „szadhena”17 i majątku ożenić się z tak młodą kobietą, niebrzydką i wykształconą.
Była ona przyjaciółką mojej matki i dlatego znalazłem się pod jej opieką. Mąż jej po całych dniach przebywał poza domem, gdyż nie dowierzał swoim dzieciom, które brały udział w interesie. Ona zaś jako macocha, nie żyjąc w zgodzie z nimi, rzadko kiedy odwiedzała sklep.
Wieczorem, gdy ten zdziecinniały starzec wracał do domu, patrzył podejrzliwie na swój skarb i na mnie, jak widać, nie był zadowolony, a nieraz wyraźnie okazywał ku mnie swoją niechęć. Co prawda, ona więcej zajmowała się mną niż mężem. Toteż czułem się nieźle pod jej opieką. Nieraz w jego obecności tak czule zwracała się do mnie, że starzec patrzył na mnie takimi oczyma, jakby pragnął odgadnąć nasze myśli i zbadać przyczynę, która tak zbliżyła nas ku sobie. Wzroku tego począłem się obawiać. Lecz nie mogłem wówczas zrozumieć, o co mu chodzi...
Ta czuła opieka z jej strony wywołała wdzięczność, później przywiązanie, a nareszcie zaczęło kiełkować coś w rodzaju miłości.
Opiekunka moja w chwilach, gdy znajdowaliśmy się sami, oględnie zapoznawała mnie z teorią miłości. Po pewnym czasie te rozmowy zaczęły na mnie działać do tego stopnia, że zacząłem za nią chodzić jak lunatyk. Pewnego dnia, a było to przed „Świętami Trąbki”18, kiedy to wierzący powinien po północy udać się do bóżnicy na modlitwę „słyches”19, starzec, spełniający przez całe życie uświęconą tradycję, wstał nieco wcześniej i począł się ubierać. Nie zapomniał też o mnie. Starał się mnie obudzić, abym się udał do jeszywetu także na modlitwę. Niestety, byłem tak zaspany, że nie mogłem zrozumieć, o co chodzi. Postał więc chwilę nade mną, a widząc, żem się przekręcił na drugi bok, twarzą do ściany, zostawił mnie w spokoju i sam się udał na modły. Wtem poczułem na sobie czyjąś rękę. Spojrzałem, była to moja opiekunka w nocnej koszuli, piersi były zupełnie odkryte, uśmiechnęła się zalotnie i pieszczotliwie przemówiła:
— Dlaczego nie poszedłeś na słyches?
Dotykając zaś ręką mojej głowy, dodała:
— Jaką masz gorączkę, głowa pewnie cię boli?
Nic jej nie odpowiedziałem, czułem jednak, że mnie ogarnia uczucie błogie, a zarazem wydała się ona dla mnie tak piękna w tej chwili, że nie mogłem od niej oczu oderwać. Siedziała tak czas dłuższy na krawędzi łóżka w kuszącej pozie. Wreszcie uniosła mą głowę i przytuliła do piersi. Bezwiednie, jakby popychany przez jakąś siłę, całowałem ją i wbrew woli zacząłem błądzić palcami po jej ciele, czyniłem to wszakże z jakąś obawą w duszy, jak gdybym się znalazł w objęciach szatana. Sumienie mi mówiło, że postępowanie moje jest śmiertelnym grzechem... „Opiekunka” jednak moja nie dała mi długo zatrzymać się nad tymi refleksjami. Obsypywała mnie wciąż pieszczotami, dla mnie dotąd nieznanymi, tłumacząc, co to jest miłość...
Te stosunki z nią przywiązały mnie tak do niej, że na każde jej skinienie byłbym gotów w ogień skoczyć. Czasami wszakże, gdy siedziałem przy Talmudzie w jeszywecie, budził się we mnie wstręt do podobnych zabaw. Miałem zamiar wszystko opowiedzieć ojcu albo swojemu rebemu. Niestety, jedno jej spojrzenie wystarczyło, bym oddał się jej w objęcia.
VIII
Tak upłynęło pierwsze półrocze nauki. Uczyłem się wzorowo, więc rebe twierdził, że jeżeli dalej będę się tak uczył, to wkrótce zostanę przeniesiony do drugiego oddziału.
O godzinie czwartej każdego dnia opuszczałem jeszywet, gdyż była to godzina obiadowa, a każdy jeszywetanin udawał się na swój „dzień”, by zjeść obiad. Jest tam bowiem zwyczajem, że biedni uczniowie stołują się co dzień w innym domu żydowskim20, a dla tych, którzy nie mają wszystkich „dni” w tygodniu, specjalnie gotuje się kocioł w jeszywecie. Ci biedacy, których karmi kocioł, wyglądają bardzo źle, gdyż te obiady są kraszone najwyżej cebulą i pietruszką. Na temat tego pokarmu krążą różne dowcipy wśród słuchaczy. Między innymi pamiętam taki:
— Mojsze, masz dziś dzień?
— Nie, jem dzisiaj z kotła.
— A wiesz, co dzisiaj na obiad?
— Nie wiem, a ty wiesz?
— Miałbym nie wiedzieć? — odpowiada z goryczą dowcipniś o ascetycznym wyglądzie, czteroletni stołownik kotła. — Dziś na obiad jest „cymes”21 okraszony cebulowymi łzami.
Dla pełności obrazu jeszywetu muszę tu parę słów poświęcić „szamesowi22”, ważną rolę odgrywającemu w naszej gromadzie. Szamesem był ruchliwy Żydek o czarnej, koziej bródce, ślepy na jedno oko, który jednak wszystko widział. Nieraz bywało, że dojrzał i złapał zgłodniałego biedaka, który się pośpieszył „wypić” swój obiad i stanął jeszcze raz w ogonku, by nabrać tego specjału po raz drugi.
Otóż ten to szames, oprócz oficjalnej funkcji zarządzania kotłem, prowadził jeszcze własny handel, składający się z rozmaitych środków żywnościowych dozwolonych nam do spożywania na śniadanie.
Po ukończeniu rannej modlitwy, która trwała przeszło godzinę, niemal wszyscy udawali się do rudery w podwórzu jeszywetu, stojącej prawie do połowy w ziemi. Po prawej stronie, przy wejściu do rudery była jedna olbrzymia izba, w której było więcej okien wybitych niż całych. W izbie tej stało kilka żelaznych łóżek z brudnymi siennikami. Było to pomieszczenie dla bezdomnych uczniów, czyli — że tak się wyrażę — wytrwałych kandydatów na rabinów i zbawców Izraela. Po lewej stronie mieścił się sklepik szamesa, czyli bufet. Co rano można było spotkać stojącą za bufetem żonę szamesa, osóbkę ciężkiej wagi.
Wzdychała zawsze nabożnie, jak grzesznik przed śmiercią. Pomagała jej w pracy osiemnastoletnia córka Zełda, która obsługiwała każdego z tajemniczym uśmiechem na zmysłowych wargach.
Klienci jedli nabyte śniadanie, składające się z chleba, mleka, kawy, bułki, masła lub śledzi, na stojąco. Ryby i gęsie wątróbki należały już do delikatesów. Na nabywców tych ostatnich patrzono jak na wielkich łakomców, a co gorsza, nawet rozrzutników. Można także było często widzieć takiego biedaka, co zamiast „dnia” u ludzi, otrzymał od nich pięć kopiejek na całodzienne utrzymanie. Śniadanie takiego „kapitalisty” najczęściej składało się z gotowanego grochu, który nabywał za dwa grosze.
W każdą niedzielę, gdy ojciec przyjeżdżał do Ł., to zwykle poświęcał kilka minut, by mnie odwiedzić. Gdy go do godziny czwartej po południu nie było, wiedziałem, że nie ma czasu. Udawałem się wtenczas sam do hotelu, gdzie w jego pokoju, na znanym mi miejscu leżała zwykle paczka dla mnie, przysłana przez matkę. Były to prawie zawsze same smakołyki.
Ojciec podczas odwiedzin u mnie był zwykle tak zajęty swymi myślami o interesach, że nie spostrzegał tej wielkiej zmiany, jaka we mnie zachodziła i jak bardzo źle wyglądam.
Upłynęło pół roku. Nadchodziły święta, większość uczniów wracała do rodzin na czas świąteczny, toteż z utęsknieniem czekałem tej chwili, by ujrzeć drogą swą matkę. Nareszcie w jeszywecie ogłosili, że kto chce, może jechać do domu. Tego dla mnie nie potrzeba było dwa razy powtarzać. Tego samego dnia byłem jednym z pasażerów, który udawał się do rodzinnego miasteczka.
Droga ta była bardzo nudna, furmanka, którą jechałem z piętnastoma osobami, toczyła się po roli, ciągnęła ją para koni, a raczej szkielety końskie. Żydek, znany mi furman, którego pradziadek po tej drodze jeszcze furmanił, całą prawie drogę wykrzykiwał na biedne koniska. Przy tym okładał je batem, gdzie popadło. Żal mi ich było, więc dla ulżenia tym szkapiskom więcej szedłem pieszo niż jechałem, drepcząc w błocie za furmanem.
Pasażerowie byli mi wszyscy znani, więc musiałem im się popisywać z mej mądrości, którą nabyłem w jeszywecie. Zadawali mi oni wiele pytań z Talmudu — choć z niechęcią, musiałem na wszystko odpowiadać.
Jazda ta była dla mnie prawdziwą torturą i dziwiłem się, jak ludzie mogą jeździć w ten sposób. Na niekorzyść tych pasażerów muszę to powiedzieć, że żaden z nich nawet pod górę nie zszedł, chociaż patrzyli, jak wraz z furmanem pchałem wóz, by koniom ulżyć. Bo po cóż to, czy nie zapłacili dwadzieścia pięć kopiejek za tę przyjemność?
Biedny furman prosił i błagał ich, by zeszli z wozu, później groził, wreszcie doszło do wzajemnego obsypywania się obelgami i przekleństwami. Po pięciogodzinnej takiej jeździe nareszcie ujrzałem wieżycę kościoła naszego miasteczka, która trzy wiorsty przed miasteczkiem była już widoczna. Dopiero tu wsiadłem z furmanem, a konie ruszyły jakoś żwawiej, pewno przypomniały sobie obrok, który na nich oczekiwał.
Późna już była noc, gdy zapukałem do drzwi rodzinnego domu.
IX
Pierwszą osobą, która mi otworzyła drzwi, była naturalnie matka. Witając mnie, powtarzała:
— Ach, moje drogie dziecię, miałam przeczucie, że cię dziś ujrzę. Nie mogłam też zasnąć. — Przyciągając mnie zaś ku sobie, dodała — Chodź, niech przy świetle przyjrzę ci się, jak wyglądasz.
A gdy bliżej mi się przyjrzała, krzyknęła:
— Boże, jaki ty czarny, mizerny, co tobie jest?
Na ten rozpaczliwy okrzyk wszyscy domownicy, nie wiedząc, co się stało, powstawali na nogi. Ojciec przywołał mnie chłodno i rzucił uwagę:
— Co ci się tak śpieszyło, czy nie mogłeś zaczekać na mnie? Przecież w niedzielę byłbym cię przywiózł. — Mierzył mnie przy tym od nóg do głowy zaspanymi oczyma. Nie zdążyłem nawet odpowiedzieć, gdy już stała miednica z wodą, bo i rzeczywiście byłem cały obłocony.
Po umyciu i przebraniu matka posadziła mnie na kanapie przy piecu i zakrzątała się koło wieczerzy, przypatrując mi się jednocześnie tak, że nie mogłem jej wzroku wytrzymać, próbowała przy tym nawiązać rozmowę na temat, który mnie niezmiernie drażnił. Czyżby domyślała się, jakie stosunki łączyły mnie z jej przyjaciółką? Na samą myśl o tym drżałem. Próbowała matka dość niezręcznie wszelkich sposobów, żeby mnie wybadać. Ja jednak, ogarnięty wstydem i strachem milczałem, co ją jeszcze więcej drażniło, a tym samym upewniało w domysłach.
Po dwugodzinnej rozmowie z matką udałem się na spoczynek, ale nie mogłem zasnąć. Było mi jakoś ciężko na duszy, albowiem będąc nader przywiązany do matki, za nic w świecie nie chciałem sprawić jej bólu, tym bardziej przez wyznanie przyczyny swego tak mizernego wyglądu. Przypomniałem sobie wówczas jej ostrzeżenie przed kobietami. Dusza mi zamierała z bólu i żalu na samo wspomnienie, że ja, beniaminek matki, nie uszanowałem jej przestróg. Wprawdzie niezdolny byłem ocenić należycie swego występku, którego powodem była żona starca, jednak rozumiałem, że zaszło ze mną coś takiego, że gdyby matka o tym wiedziała, to kto wie, jakie skutki by z tego wynikły i jak rozczarowałaby się swą przyjaciółką, której powierzyła z całym zaufaniem swego syna.
Przewracałem się z boku na bok, jakbym leżał na żarzącym się węglu, nie mogłem zasnąć. Z drugiego pokoju dolatywał mnie jakiś szmer rozmowy, coraz to gwałtowniejszej. Była to sprzeczka ojca z matką. Nadstawiłem uszu i zrozumiałem, że spór tyczy się mnie, ale treści nie mogłem uchwycić. Zatopiony w rozmyślaniu, zasnąłem, lecz sen był niespokojny, albowiem zaczęły mnie dręczyć majaczenia. Po jakimś czasie przebudziłem się, drżąc cały, i dopiero nad ranem zasnąłem na powrót, lecz znów wpadłem w labirynt snów niedorzecznych. Obudziłem się zlany zimnym potem, zupełnie złamany na duchu. Matka stała nade mną przestraszona. Wygadywałem podobno niestworzone rzeczy. Zapytała, czym nie chory. Nie odpowiadając, zasnąłem po raz trzeci.
Były to początki ciężkiej choroby. Został sprowadzony znany w Ł. doktor K. Po zbadaniu orzekł, że jestem przemęczony i potrzebuję wytchnienia. Przepisał lekarstwo. Nie chciałem go wszakże brać do ust. Matka wszystek wolny czas spędzała przy moim łóżku i cicho płakała; widać przypisywała sobie winę tego, co się stało.
Nadeszła jesień, a z nią i święta żydowskie. Miasteczko nasze dużo straciło ze swego uroku. Wszędzie było pełno błota i kałuż. Pomału wracałem do zdrowia, wstawałem już z łóżka. Wielka jednak zaszła zmiana we mnie. Stałem się milczący i nieufny, ślad tego został w dalszym mym życiu.
Od kilku tygodni byłem już „bał-micwe”23, to znaczy, że ukończyłem lat trzynaście a więc przepisy religijne wymagały, abym przy rannej modlitwie miał na sobie „tfiłem”24. Nie czyniłem tego wszakże, gdyż rytuał też wymagał pewnych wiadomości i przygotowań, w uzyskaniu czego przeszkodziła mi choroba. Zacząłem więc co dzień uczęszczać na dwie godziny do podrabina, który wykładał mi, co to jest „tfiłem” i jakie odpowiedzialności spadają na mnie od chwili ukończenia trzynastego roku życia. Tak samo matka pragnęła, abym nauczył się „droszy”25 , którą bym mógł wygłosić w dzień „Sudy26” na swoją cześć.
Podrabin między innymi tłumaczył mi, że do tego czasu wszystkie grzechy, jakie popełniłem, szły na rachunek moich rodziców. A teraz za złe uczynki odpowiadać będę przed „Jehową” własną głową. Tłumaczył mi też Haj-odom (Życie człowieka) i co jest grzechem, a co nie. Opowiadał przy tym takie straszne rzeczy, że włosy mi dęba stawały, mówił np., że jak tylko przekroczę przykazanie Jehowy, zostanę zupełnie zgubiony... Tu jakby się namyślił chwilę i ciągnął dalej:
— Bóg tak powiedział do człowieka: „Dwie drogi dałem ci, życie i śmierć. Wybieraj życie!” Tak Bóg radzi człowiekowi. Życie ludzkie jest w ręku Boga, gdyż od głowy człowieka ciągnie się niewidzialna nić aż do tronu jego, gdy zgrzeszy, to Bóg może ukarać karą „kores”, tj. przecina nitkę, a człowiek momentalnie umiera.
Słuchając tego, mimo woli pomacałem się po głowie. Opisał mi też całą zgryzotę gehenny (piekła), a powiedział mi to z takim przekonaniem, jak gdyby wszystko to na własne oczy widział, a gdy zauważył, że bladłem przed taką odpowiedzialnością, wówczas dodawał na pocieszenie:
— Wszystko złe spada wtedy, gdy nie wykonasz jego przykazania. Lecz o ile człowiek prowadzi życie cnotliwe, to nagroda jest tak wielka, że jak jeden rabin określił: „piękniejsza jedna godzina z rozkosznego życia pozagrobowego niż całe życie doczesne”.
Tu opisał mi wygląd raju z takim zapałem i przekonaniem, jakby przed chwilą z niego wrócił.
— Każdy cadyk — ciągnął wytrwale — otrzyma od Jehowy na własność „szaj ej łomis”, czyli 310 światów.
Naiwnie zapytałem go, skąd Bóg tyle światów weźmie, rebe przeszył mnie tak piorunującym spojrzeniem, że postanowiłem w myśli nigdy już nie stawiać podobnych pytań. Po chwili wszakże odrzekł:
— Bóg wszystko może!
Nauka ta na szczęście trwała nie dłużej niż miesiąc, kto wie, czy moje nerwy wytrzymałyby dłużej. Nasłuchałem się takich strasznych rzeczy przez czas tych lekcji, że nieswojo się czuję na samo wspomnienie o tym.
Wówczas się czułem tak nieszczęśliwy po tym miesiącu nauki, że znów zachorowałem ze strachu przed życiem, które mnie czeka.
Choroba tym razem jednak nie trwała długo. Matka nalegała na mnie, to groźbami, to prośbą, żebym powiedział, co mi tak dolega, gdyż doktor orzekł, że nic mi nie jest, a cierpię tylko moralnie, na co nie zna lekarstwa.
Wreszcie nadszedł dzień „Sudy”. W domu znów był świąteczny nastrój. Wygłosiłem wyuczoną, mało mi jednak zrozumiałą „droszę”. Złożono mi za to różne życzenia i podarki. Ojciec podarował srebrny zegarek ze złotym łańcuszkiem, a matka rozpromieniona obiecała, że na moim weselu podaruje mi złoty zegarek. Uczta trwała do późnej nocy, a gdy miałem udać się na spoczynek, matka ucałowała mnie i prosiła, bym jej obiecał, że na wiosnę znów wrócę do jeszywetu. Chętnie się zgodziłem.
Przyznać się muszę, iż nie dlatego się zgodziłem, że pociągała mnie chęć do nauki, lecz że miałem na myśli powrót na tę samą stancję. Upomnienia i ostrzeżenia rebego, że obecnie za wszystkie grzechy sam odpowiadam, choć ostudzały nieco mój zapał, to wszakże nie mogły zwyciężyć moich uczuć.
Chociaż i wiedziałem, że nawet patrzeć na kobietę jest śmiertelnym grzechem, a tym bardziej to, co zaszło na stancji, to jednak pocieszałem się tą myślą, że za dawne grzechy odpowiadać będą rodzice. To znów na przemian skrucha ogarniała mnie, że rodzice mogą być niesprawiedliwie ukarani za moje grzechy i żal mi się ich robiło. Ale to życie na stancji było bardzo jakoś przyjemne i dlatego, nie słuchając żadnych głosów wewnętrznych, zdecydowałem się tam wrócić.
Długo rozmyślałem o tym, dlaczego to wszystko, co jest dla mnie tak pociągające i kuszące, jest grzechem. Dziewczęta na przykład są takie miłe stworzenia, a zakazane jest przez Talmud pod groźbą strasznych mąk w piekle nawet patrzeć na nie.
Albo z Frankiem na przykład zabraniają mi się kolegować, mówią, że on jest goj. A co to jest Żyd? Za nic nie mogłem tego zrozumieć. Nieraz przypatrywałem mu się ciekawie z myślą, że może spostrzegę różnicę między sobą a nim. Ale gdzie tam! Nawet na odwrót, znalazłem wiele, co przemawiało na jego korzyść. Jest ładniejszy, odważniejszy i milszy ode mnie. Co do reszty, tak samo się śmieje i płacze, z wyglądu jest podobny do mnie, składa się z tych samych części ciała co i ja, ba, nawet mówi po żydowsku nie gorzej ode mnie. Więc co jest właściwie za różnica między mną a Frankiem? Aha! Przypomniało mi się, że rebe uczył, iż szatan przebiera się w różne postaci, by zgubić człowieka. A może więc Franek jest tym szatanem i przyszedł, by moją duszę zgubić? Ale w tej chwili oddaliłem tę myśl, śmiejąc się w duchu z tego. Wszak Franek jest synem rzeźnika i mieszka obok nas, znam ojca jego, matkę i jego siostrę Władkę. Są to dobrzy ludzie, gdy przychodzę do Franka, zawsze częstują mnie cukierkami.
Żadną miarą jednak nie mogłem zrozumieć, dlaczego matka zabrania mi tam cokolwiek jeść. Nader trudne było do spełnienia to żądanie matki, gdy mnie zaproszono do nęcącej zapachem kiełbasy i kotletów, które tam często podawano do stołu. Ale cóż? Nie wolno, bo to jest hazer27. Co prawda nie tak zakaz matki trzymał mnie z dala od tych pachnących potraw, jak to, iż święcie wierzyłem, że gdy dotknę do ust hazer, momentalnie się udławię. Strach więc przed karą był większy od wszystkiego.
Pewnego razu Franek ze swą siostrą chcieli mi gwałtem do ust włożyć hazer. Broniłem się z całych sił. Wówczas oni ze złości, że nie chcę jeść, natarli mi słoniną całą twarz. Boże! Co to też było! Gdy wyrwałem się z ich rąk, myłem twarz kilka razy, nawet piachem próbowałem szorować, ale prędko przestałem, bo okropnie ta operacja bolała.
Gdy się matka o tym dowiedziała, zabroniła mi stanowczo tam chodzić. Tylko ojciec wraz z ojcem Franka, gdy tylko mnie ujrzeli, nie mogli się powstrzymać od śmiechu. Jednak do tego Franka coś mnie ciągnęło, nie upłynął tydzień od tej awantury, a już ślizgałem się z nim i jego siostrą po Narwi. Nie mogłem po prostu żyć bez nich, nie pomógł nawet kańczug rebego, który upominał, że z gojem nie wolno nic mieć wspólnego. Rebe nic nie wskórał. Z Frankiem wciąż byliśmy nierozłącznymi przyjaciółmi. Na tę przyjaźń i Żydzi w miasteczku patrzyli krytycznie.
Z myślą o zakazie przyjaźni z Frankiem absolutnie nie mogłem się już pogodzić! Nie mogłem zrozumieć, dlaczego zabraniają mieć z gojem stosunki. Aż jednego dnia zdobyłem się na odwagę i w chederze spytałem rebego, co za różnica jest między gojem a Żydem? Wtedy rebe nam obszernie objaśnił:
— Gdy nadejdzie koniec świata, zjawi się Mesjasz. Stanie on jedną nogą na cmentarzu, a drugą na bóżnicy i zadmie w róg, aż cała ziemia zadrży. On zaś zawoła wielkim głosem, który będzie słychać z jednego końca świata na drugi: „Zmartwychwstanie zmarłym!” W tej chwili strach ogarnie wszystkich jeszcze żyjących. Znaki ukażą się na niebie i ziemi. Archanioł Gabriel Żydów odprowadzi do „Erec Izrael”28, a umarli Żydzi powstaną i podziemnymi gankami przejdą też do „Erec Izrael”. Goj zaś żaden nie zmartwychwstanie. Żydzi wówczas zapanują na całym świecie. Goje natomiast przestaną zupełnie istnieć.
Tu triumfującym wzrokiem spojrzał na nas, dumny z tego, że odkrył przed uczniami wielką tajemnicę, a trzymając się za siwą brodę, dodał:
— Między gojem a Żydem jest jeszcze ta różnica, że żaden goj nie posiada duszy. Po śmierci wędruje prosto do gehenny29. Dlatego też każdy z nas w codziennej modlitwie rannej dziękuje Jehowie za to tymi słowami: „Błogosławiony jesteś, Boże nasz, królu świata, że nie stworzyłeś mnie gojem!!”
Czytelnik więc zrozumie, że od tego dnia, gdy rebe odkrył mi tę tajemnicę o duszach, mimo woli przyjaźń moja z Frankiem stopniała. Głupota rebego górowała nad naszą przyjaźnią.
Przebacz mi, kochany Franku, że pogardziłem wówczas twoją szlachetną przyjaźnią, gdyż byłem święcie przekonany, że ty nie masz duszy... Ja zaś, jako należący do narodu wybranego, posiadając duszę, czy mogłem być przyjacielem takiego jak ty człowieka bez duszy?...
Po przejściu choroby na razie do jeszywetu nie pojechałem. Miałem pozostać do wiosny w domu. Przez ten czas brałem lekcje hebrajskiego i żargonu30 u prywatnego nauczyciela. Warto, żebyśmy się bliżej temu oryginałowi przyjrzeli.
Był to człowiek średniego wzrostu, lat czterdzieści sześć, o chudej, czarnej bródce. Oczy u niego pełne smutku świeciły dziwnym, jasnym blaskiem. Ubierał się stale jednakowo, a to w wytarty, miękki kapelusz, wyszarzały garnitur i brudny kołnierzyk z krawatem prawidłowo zawiązanym, zimą zaś kompletował tę garderobę paltem z aksamitnym kołnierzykiem, które było już tak stare, że rzeczoznawca nie byłby w stanie określić jego koloru.
W miasteczku krążyły o nim różne legendy. Był on bardzo wykształcony i władał kilkunastoma językami. Nikt nie znał wszakże jego pochodzenia. Z powodu jego dziwacznego zachowania się, wszyscy twierdzili, że jest wariatem. Pomimo to miał wstęp do najbogatszych domów, gdzie udzielał dzieciom lekcji, pobierając od ucznia po trzy ruble miesięcznie. Mając ich około dwudziestu, mógł świetnie żyć, a jednak żył w nędzy. Pieniądze, które otrzymywał, rozdawał pierwszemu lepszemu. Dlatego też wyznaczono mu za opiekuna starą kobietę, ta więc się nim zaopiekowała i odbierała należne mu pieniądze. On sam nie upominał się nigdy o wynagrodzenie.
W wolnych chwilach za miejsce przechadzek obierał sobie cmentarz żydowski i katolicki. Oglądał tam stare nagrobki lub rozmawiał ze sobą, a jak ludzie opowiadali, z umarłymi. W domu rozmawiał zwykle ze sobą głosem, w którym czuć było jakiś żal. Nieraz też chodziliśmy pod jego okna, by go posłuchać, lecz niestety nie mogliśmy nic zrozumieć. Gdy wspomnę dziś o nim i jego życiu, zapominam o swoim własnym cierpieniu. Tak! Ten człowiek przeszedł przez jakiś dramat życia, który go złamał ostatecznie. Temu człowiekowi jednak mam do zawdzięczania bardzo wiele: obudził on we mnie uczucie dla piękna przyrody, jak i poezji ojczystej.
Nauka u tego człowieka trwała niedługo, gdyż wkrótce zmarł on na suchoty galopujące. Nielitościwa śmierć zabrała go nam w tak stosunkowo młodym wieku. Przeniósł się więc w zaświaty. Może tam znalazł ukojenie za swój żal i będzie mógł się wypowiedzieć przed tym, który go zrozumie.
Całe miasteczko, bez różnicy wyznania, nosiło żałobę po nim. Ci wszyscy, co go znali za życia, żałowali go niezmiernie. Majątkiem jego w postaci rękopisów o treści naukowej zajęła się policja. Między starymi szpargałami znaleziono też kilka zagranicznych dyplomów wyższych uczelni. Pochowany został ten dzielny człowiek na starym, żydowskim cmentarzu przy samym brzegu Narwi, gdzie za życia często przebywał. Teraz może o nim już nikt nie wspomina.
Kochany nauczycielu, a jednak ja, jeden z tych najnieszczęśliwszych uczniów, o Tobie do grobu nie zapomnę, bo byłeś jedynym człowiekiem, który mnie, młodzieńca błądzącego i słabego, zrozumiał. Gdyby śmierć tak prędko nie wyrwała Cię z szeregów żyjących, może... dziś nie byłbym tak nieszczęśliwy. Ty na pewno nadałbyś inny kierunek memu życiu.
Cześć Twojej pamięci!
XI
Nadszedł rok 1911 i życie w domu płynęło zwykłym trybem, a ja przyszedłem ostatecznie do zdrowia. Zacząłem więc opuszczać mieszkanie, by odetchnąć świeżym powietrzem nadchodzącej wiosny. Nie omieszkałem też pobiec nad brzeg Narwi, by przyglądać się, jak powłoka lodowa zaczęła się ruszać. Słychać też już było świergot ptasząt, a lasy powoli zmieniały kolor. Przyroda rwała się ku życiu. Były to ostatnie dni marca. W miasteczku panował ruch. Zapach macy czuć było wokoło. Nadchodziły bowiem tradycyjne święta żydowskie „Pejsach”31. W samym rynku mieszkańcami byli wyłącznie Żydzi, co chwila można było widzieć, jak z jakiegoś domu wynoszą kosze macy o różnych rozmiarach, przykryte białym prześcieradłem. Co dziesiąty dom piecze mace, więc śpiew i śmiech młodych dziewcząt tam zatrudnionych zewsząd dolatywał do uszu przechodnia.
Getto żydowskie rwie się do życia. Najbiedniejszy jest zadowolony z tych świąt macy, gdyż bezpłatnie otrzymuje wtedy wszystko, czego wymaga rytuał. A także prorok Eliasz odwiedza biedaka, by wypić u niego swój kielich lichego wina, jak u bogacza wina „Karmel”. U nas w domu panuje ruch. Biorę w nim czynny udział i pomagam domownikom.
Ojciec teraz najwięcej przebywał we młynie, położonym o siedem wiorst od naszego miasteczka. Na trzy dni przed świętami wrócił do domu. Był jakoś podrażniony. Krzyczał, przeklinał na wszystkie strony, a przy byle jakiej i okazji denerwował się. Dziwiło mnie to bardzo, gdyż sprzeczne było z jego charakterem. Mnie, najstarsze z dzieci, jakby naumyślnie upatrzył, by na każdym kroku prześladować i cynicznie przezywać „jeszywe bocher”32. Gdy matka próbowała go uspokoić, to ją nawet raz odepchnął tak brutalnie, że upadła mdlejąc. Gdy patrzyłem na to, cała moja czternastoletnia dusza zbuntowała się przeciwko ojcu. Do dzisiejszego dnia obraz ten pozostawił w mej pamięci wrażenie niezatarte. Ojciec co prawda zaraz potem przepraszał matkę, a ta święta kobieta przebaczała mu, ja jednak w głębi duszy nigdy mu tego nie przebaczyłem.
Nadszedł wreszcie pierwszy dzień świąt. W domu zamiast nastroju świątecznego panowała jakaś naprężona atmosfera. Ojciec był czymś nadzwyczaj zajęty. Całe osiem dni świąt chodził jak obłąkaniec. Przeglądał wciąż jakieś rachunki i książki. Matka też coś tam liczyła.
Nareszcie dowiedziałem się, co było przyczyną tego zdenerwowania. Otóż ojciec stał pod groźbą bankructwa — brat jego, związany z ojcem finansowymi sprawami, zrujnował się doszczętnie w interesach i uciekł do Ameryki. W następstwie kilka piekarń ogłosiło także bankructwo, każda narażała ojca na kilka tysięcy rubli. Epilogiem tego było wystawienie na licytację parowej cegielni stryja, z lasem i zabudowaniami. Po spieniężeniu tego wszystkiego brakowało jeszcze piętnastu tysięcy rubli, by pokryć długi stryja. Ojciec zaczął więc układy z wierzycielami, które odbywały się u nas w domu, a podczas których nie obeszło się bez awantur.
Widząc to, wierzyciele ojca pośpieszyli także po swoje długi. Pamiętam jak dziś ten przykry dzień. Było to w sobotę wieczorem. Wierzyciele zgłosili się naraz po swe należności. We wszystkich pokojach pełno było ludzi. Powierzyli oni w swoim czasie ojcu swe zaoszczędzone pieniądze na procent, uchodził on bowiem za majętnego człowieka. Teraz zaś, gdy usłyszeli o bankructwach, nie orientując się w sytuacji i nie pytając, czy i ojciec należy do grona upadłych firm, przyszli i krzyczeli, by im natychmiast zwrócił krwawo zapracowane pieniądze.
Ojcu nie dawali dojść do słowa i kto wie, jak by to się skończyło, gdyby w porę nie przybył ksiądz proboszcz Ch., staruszek szanowany w całym miasteczku nawet przez Żydów, jego uwadze nie uszło żadne poważniejsze zdarzenie w okolicy.
Po zauważeniu go wszyscy ucichli i skierowali swe oczy w stronę przybyłego.
— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! — powitał ich staruszek.
Na te słowa obecni, nie wyłączając i Żydów, porwali czapki z głów. Po serdecznym przywitaniu się ze zgromadzonymi ksiądz porozumiał się z ojcem. Potem zwrócił się do obecnych i przemówił:
— Panowie, opamiętajcie się! Strach przed stratą waszych pieniędzy opętał was do tego stopnia, że sami nie wiecie, co robicie. Pan F...cz33 w zupełności jest w stanie pokryć wszystkie swoje zobowiązania w każdej chwili. Możecie więc iść w spokoju do domu, a w poniedziałek o godzinie szóstej wieczór każdy, o ile chce wycofać swe pieniądze, niech przyniesie weksle czy kwity, a otrzyma należność z procentami.
Spojrzeli po sobie pytająco z pewnym niedowierzaniem, wątpiąc, czy nie będzie już za późno. Myśleli, że jak stryj zrobił plajtę, to i ojca może spotkać to samo. Spostrzegłszy wahanie, ksiądz proboszcz jeszcze raz zapewnił ich, że każdy otrzyma swą należność i że on za to bierze na siebie odpowiedzialność. To ich ostatecznie upewniło. Jeden za drugim zaczęli opuszczać mieszkanie. Po tym zajściu, w rezultacie zostało kilka połamanych krzeseł.
W poniedziałek o umówionej godzinie ojciec zaczął wypłacać wszelkie należności swym wierzycielom. Każdy otrzymał swoje co do grosza. Większa część prosiła ojca, aby z powrotem wziął pieniądze na procent, lecz ojciec stanowczo odmawiał.
Wspominając dość często przykrą sytuację ojca z owej soboty, zadawałem sobie pytanie, czy ten szanowny staruszek, który wybawił ojca z opresji i zażegnał większą awanturę, także nie posiadał duszy, jak to rebe określił. Mocno zwątpiłem w prawdomówność rebego.
Zastanawiałem się również często nad tą sprzecznością, która zabrania Żydom zawierać bliższą łączność z gojami, a jednak w życiu jest inaczej, bo z nimi się łączą i współpracują. Patrzyłem na to codziennie. W domu naszym stałymi gośćmi byli ludzie rzekomo nieposiadający duszy, a jednak mile widziani, bo od nich zależały nasze interesy. Nie mogłem wówczas należycie zrozumieć tego, że w chederze uczą, by się z nimi nie stykać, a w domu bez nich obejść się nie mogą, a ojciec prowadzi z nimi największe interesy.
Muszę jeszcze o jednym z tych ludzi bez duszy wspomnieć, szlachetność jego bowiem pozostawiła we mnie niezatarte wspomnienia. Był nim hr. K.34, człowiek nader dobry. On to założył straż ogniową w miasteczku, której był naczelnikiem.
Przyjazd jego do nas był zazwyczaj związany z pewną ceremonią, gdy bowiem nadjeżdżał swą karetą zaprzęgniętą w czwórkę ładnych koni, lokaj stawał przed gankiem, a hrabia, nie wysiadając, głosem doniosłym sylabizował nazwisko ojca, a nawet śpiewał te sylaby tak długo, aż ktoś nie usłyszał. Wówczas ojciec i matka śpieszyli ku drzwiom, witając go mniej więcej słowami: „najniższy sługa jaśnie wielmożnego pana hrabiego” i powtarzali to przy otwieraniu drzwi licznych pokoi, prowadząc go do salonu. Hrabia krokiem wolnym posuwał się naprzód i wreszcie siadał na podsuniętym fotelu. Podczas rozmowy żartował, rzucając tłuste dowcipy zagraniczne, które często przez słuchaczy nie były zrozumiane. Odwiedziny te były dość częste, gdyż hrabia przesiadywał większą część roku w Monte Carlo. Zmuszony więc był biedak w progi ojca często zaglądać. Wizyta jego u nas nie trwała dłużej niż dwadzieścia minut. Czas ten regulował, kładąc swój złoty zegarek na stole. Był bardzo punktualny. Punktualność jego nieraz przysporzyła ojcu zmartwienia. Zdarzało się to wówczas, gdy hrabia potrzebował większej sumy na termin.
Przyszły już i święta. Wiosna zapowiadała się przepięknie. Wszyscy jeszcze byli pod wrażeniem przebytych dopiero co świąt. Biedacy kończyli resztki macy, a zamożniejsi spieszyli do dentysty, by leczyć zęby. Była to przymusowa kuracja po macach, którymi w przeciągu siedmiu dni przymusowo się odżywiali.
Pewnego dnia przed wieczorem matka znów wzięła się za mnie. Musiałem pokazać otrzymane od niej dziesięć rubli w złocie. Spojrzawszy na datę roku, oddała mi z powrotem, dodała jeszcze rubla na własny użytek, przy czym zawiadomiła, że tym razem sama pojedzie ze mną do Ł. i pomyśli, gdzie ma mnie umieścić. Przy tym wyjazd został wyznaczony na następny dzień.
Próbowałem delikatnie wspomnieć, że pragnąłbym pozostać na tej samej stancji, lecz matka badawczo spojrzała na mnie i zaznaczyła, że nim zdecyduje, musi najpierw pomówić z moją byłą opiekunką, teraz nic nie wie. Zapewniła mnie wszakże, że mogę być spokojny, gdyż otrzymam dobrą stancję.
XII
Po raz drugi szykowanie do wyjazdu. Od różnych przyjaciół z naszego domu znów wysłuchiwałem morały, tylko już z mniejszym zapałem znosiła ta sama służąca dla mnie smakołyki. Tym razem musiała ją matka upominać, co ma przyszykować. Zdaje mi się, że ona pierwsza wówczas zwątpiła w moją gwiazdę rabinowską. Ta poczciwa kobieta była jedyną zwolenniczką matki i przytakiwała zawsze jej poczynaniom. Czyżby ona mnie przejrzała na wylot i wiedziała, że z planów matki zostaną nici?...
W dniu wyjazdu wiosna była już w pełni i śliczny roztaczała obraz. Lasy pachniały świeżością, a ja po raz pierwszy w życiu ujrzałem prawdziwego leśnego zwierza, jak zwinnie przeskakiwał z drzewa na drzewo. Matka wyjaśniła mi, że to jest wiewiórka, co było mi zresztą obojętne. Nie przejąłbym się i nazwą lwa, gdyż ani o jednym, ani o drugim nic nie wiedziałem. W chederze i w słynnym jeszywecie, dokąd obecnie wracałem, o takich głupstwach nie wspominają.
Druga ta moja podróż, już w towarzystwie matki, mniej mnie zachwycała. Byłem jakoś zobojętniały na otoczenie. Świat tym razem wydawał mi się mniej imponujący. Przez cały czas zajęty byłem jedną myślą i starałem się odgadnąć zamiar swej rodzicielki co do oddania mnie znów pod opiekę przyjaciółki. Przeczuwałem, że tego nie zrobi. Próby matki w kierunku nawiązania ze mną rozmowy w tej sprawie nie dochodziły do skutku. Jechaliśmy więc, całą drogę prawie nie rozmawiając ze sobą.
Było już po południu, gdy przybyliśmy do Ł. Zatrzymaliśmy się w hotelu. Po czułym przywitaniu się matki z otyłą właścicielką hotelu, udaliśmy się wprost do dawnej mej stancji. Przyjaciółka rzuciła się do matki z otwartymi rękami, a następnie całowała ją tak czule, że matka ledwo uwolniła się z jej silnych ramiom. Po przywitaniu tym spojrzała na mnie, jakby dopiero mnie zauważyła, a podając mi rękę, którą wahająco przyjąłem, zapytała:
— A co z tobą?... Fe!... — dodała z uśmiechem — rzucić naukę i chorować to nieładnie. Kto chce się uczyć, nie marnuje czasu na choroby.
Mówiąc to, śmiała się głośno. Matka nie spuszczała z nas oczu. Gospodyni zaprosiła nas do drugiego pokoju i tyle różnych zadawała pytań, że matka nie mogła dojść do słowa. Za chwilę przybył starzec. Żona jego przedstawiła go matce. Małżonek, gdy mnie ujrzał, zachmurzył się, a następnie zagadnął matkę, czy ma zamiar zostawić mnie na stancji, a gdy matka odrzekła, że tylko pragnie uregulować rachunek i zabrać moje rzeczy, momentalnie rozpogodził się. Natomiast opiekunka, słysząc to, zachmurzyła się i nie krępując się nas, poczęła kłótnie z mężem o jakieś kolczyki.
Dalsza rozmowa przyjaciółek w cztery oczy musiała być bardzo naprężona, bo gdy matka wyszła z pokoju, w którym była na poufnej rozmowie, chwyciła mnie za rękę i pociągnęła za sobą tak silnie, że się przeląkłem. Wyglądało to tak, jakby chciała mnie uchronić od złego. Natomiast opiekunka rzuciła za mną takie wymowne spojrzenie, że zawahałem się, czy pójść za matką czy też rzucić się do jej nóg. Była w tej chwili szatańsko piękna.
Starzec, gdy opuściliśmy mieszkanie, rzucił straszne przekleństwo za mną.
Do dziś pozostało dla mnie tajemnicą, o czym rozmawiały ze sobą przyjaciółki. Lecz od tej chwili zauważyłem, że matka stała się dla mnie jakby inna... Od tego czasu nie rozprawiała ze mną tak czule i nie pieściła pocałunkami przy pożegnaniu, jak to było dawniej.
W jeszywecie zostałem przyjęty do tej samej klasy. Matka, odjeżdżając, ofiarowała trzy worki mąki dla „ludzi bez dnia”. Ja zamieszkałem w hotelu, w którym zatrzymywała się zwykle rodzina, gdy przyjeżdżała do Ł. Stołowałem się w dni powszednie u pewnego piekarza, któremu ojciec dostarczał mąkę, w soboty zaś u jednego z przyjaciół ojca.
Pokój, w którym zamieszkiwałem, był ładny, ale smutny. Nieraz nawet bałem się zasnąć.
W niedziele jak zwykle przyjeżdżał ojciec i przywoził mi różne łakocie. Od pewnego czasu zauważyłem, że ojciec jest rozgoryczony. Zapytałem go o powody. Wiadomość, jakiej mi udzielił, była dla mnie bardzo przykra. Matka wyjeżdżała za granicę celem przeprowadzenia kuracji, czuła się bowiem źle. Prosiłem ojca, by zezwolił mi pojechać do domu, odwiedzić ją, lecz stanowczo się temu sprzeciwił, obiecując wszakże, że matka będzie przed wyjazdem u mnie, albowiem tak czy owak musi tędy przejeżdżać.
Rychło też spotkałem u siebie matkę. Zajechała do mnie na pożegnanie. Płakała bez przerwy. Całowałem ją i obiecywałem uczyć się pilnie. Ona dała mi do zrozumienia, że kto wie, czy doczeka tego dnia, kiedy zostanę rabinem. Twierdziła nawet, że na pewno tego widzieć już nie będzie. Płakałem wtedy i przysięgałem, że będę się starał osłodzić jej życie. Pisała do mnie często.
Od tego czasu upłynęły dwa miesiące. Matka w listach prosiła, bym pisał o sobie jak najwięcej. Czyniłem temu zadość.
W jeszywecie byłem jak w domu. Miałem przyjaciół, lecz tylko dlatego, że miałem pieniądze. Najbardziej pyszniłem się swoim zegarkiem. Miałem też ku temu okazję, gdyż co chwila koledzy pytali mnie, która godzina.
Między kolegami miałem jednego z trzeciego oddziału, syna fabrykanta z Łodzi. Był on o trzy lata starszy ode mnie, a chodziły o nim pogłoski, że spaceruje z dziewczętami i goli sobie brodę. Ja co prawda nie wierzyłem w oszczerstwa rzucane na niego, lecz jakie było moje zdziwienie, gdy na zapytanie, czy prawdą jest, co o nim mówią, otrzymałem potwierdzenie, a co gorsza przyznał mi się, że nie tylko sam to czyni, lecz goli innych. Po tym wyjaśnieniu nie omieszkał mnie bliżej wtajemniczyć w te sprawki, tak ściśle przez rytuał zabronione.
Pewnego piątku zawołał mnie na sam strych jeszywetu, gdzie już siedziało ośmiu uczniów z trzeciego i czwartego oddziału. Po zaryglowaniu drzwi zaczęli się golić, po kolei prosząc mnie, bym ich mydlił, bo sam nie miałem jeszcze co golić.
Początkowo próbowałem ich upomnieć, że to śmiertelny grzech się golić, lecz oni wyśmiali mnie, a mojego kolegę, co był głównym organizatorem fryzjerni, upominali, że takich głupich wtajemnicza, mogą ich jeszcze wydać. Lecz ten zapewnił, że zna mnie, że nie ma się czego obawiać, jest też pewny, iż niezadługo i ja się będę golił, czemu stanowczo zaprzeczyłem.
Taki stan rzeczy trwał dość długo. W każdy piątek po cichu i dyskretnie wtajemniczeni sunęli bezszelestnie po schodach aż na sam strych. Był tam pokój przeznaczony na stare książki. Otwierano go przy pomocy dobranego klucza. Nikogo tam nie wpuszczano bez hasła, a hasło co piątek było inne. Golić się zaczynali wtedy dopiero, gdy wszyscy byli już obecni. Pokój ten nie tylko służył na fryzjernię, ale także palono tam papierosy, nawet grano w karty, starsi opowiadali przy tym o kobietach, opierając swe twierdzenia na Talmudzie, mianowicie, że rozkosze, jakie kobieta daje mężczyźnie, równają się rozkoszom raju. Śmiali się ze mnie, ponieważ byłem najmłodszy i rumieniłem się, słuchając o tych „nibuł pe”35. Nie wiedzieli oni, że rumieniłem się ze wstydu, przypominając sobie pobyt na pierwszej stancji. Śmiałem się zarazem z nich w duchu, że rozprawiają o tym, o czym nie mają pojęcia i dlatego jedynie fantazjują.
Często też jeden drugiemu się zwierzał, iż swatają mu ładną dziewczynkę — o brzydkiej nikt nie wspominał — i że nawet ją widział bez jej wiedzy36, lecz mały ma posag. Znalazł się wówczas jeden, który twierdził, że gdyby pokochał naprawdę kobietę, to by się nawet ożenił bez posagu, lecz natychmiast go wszyscy wyśmiali.
Był i taki, co na temat miłości pisał już wiersze i nam po kryjomu czytał, przy czym gdy objaśniał o miłości, tak się zapalał, że musieliśmy go uspokajać, bojąc się, by nas kto nie podsłuchał. Twierdził on, że nie tylko ładne i cnotliwe można kochać, ale też brzydkie i lekkich obyczajów. Znalazł się i taki, który przysiągł, że na własne oczy widział w Warszawie kobietę lekkich obyczajów i że go nawet zapraszała do swojego mieszkania. „Ładna była — mówił — i szatan mnie opętał tak, że już gotów byłem udać się z nią, gdy wtem stanęła mi przed oczyma matka, co przed rokiem umarła, musiałem więc uciekać z całych sił, by nie ulec pokusom”.
Temu opowiadaniu przysłuchiwaliśmy się niedowierzająco. Przyszedł mu jednak nasz poeta z pomocą i wyjaśnił nam, że Bóg daje jakiś znak człowiekowi w ostatniej chwili, by go powstrzymać od złego. O podobnym wypadku jest nawet opowiadanie w Talmudzie. Wszyscy nalegaliśmy, aby nam opowiedział tę powiastkę, na co się chętnie zgodził, gdyż nie zawsze chcieliśmy go słuchać.
— Otóż żył sobie człowiek, który był zawsze pilny w noszeniu „cicis”37. Usłyszał on, że w jednym z miast zamorskich mieszka kobieta, która oddaje się za złotych czterysta, płatnych z góry. Posłał więc jej oznaczoną kwotę, wyznaczając termin swego przyjazdu. Gdy stanął u jej drzwi, służąca zameldowała go swej pani. Ta kazała go zaraz wprowadzić, a gdy wszedł, ujrzał siedem łóżek, jedno nad drugim: sześć ze srebra, połączonych ze sobą drabinką srebrną i jedno łóżko złote, połączone z tamtymi drabinką złotą. Kobieta weszła do górnego łóżka i obnażając się, oczekiwała gościa. Gość począł wchodzić na drabinkę, wtem jego czworo „cicis” uderzyło go w twarz. Zszedł więc prędko i usiadł na ziemi. Widząc to, ona zawołała: „Przysięgam ci, że nie wpierw cię puszczę od siebie, dopóki nie powiesz, co za feler ujrzałeś u mnie”. Na to on odrzekł: „Przysięgam ci także, że takiej pięknej kobiety jak ty nie widziałem jeszcze w życiu. Dano mi wszakże jedno przykazanie, które ustanowił nasz Bóg do przestrzegania, a nazywa się »cicis«. W tym to przykazaniu Bóg nam powiedział dwa razy: »Jestem waszym Bogiem. Jam jest, który później będę się domagał rachunku. Wynagradzać będę za dobre uczynki, a za złe będę karał«”. Słysząc to, owa kobieta rzekła: „Ja cię nie puszczę, póki nie powiesz, skąd pochodzisz, jak się nazywasz, jak się nazywa twój rebe i szkoła, w której się uczysz”. Napisał jej to wszystko i opuścił ją natychmiast. Po tym zdarzeniu kobieta owa wszystkie swe dobra rozdzieliła na trzy części: jedną część przekazała państwu, drugą rozdała biednym, a resztę wzięła ze sobą oprócz tych siedmiu łóżek i udała się do wskazanego jeszywetu do rebego. „Rebe Hijo! — rzekła. — Rozkazuj, a przyjmę religię waszą”. Rebe odrzekł: „Córko, może ci się spodobał który z moich uczniów?” Ona mu wtedy podała pismo, a rebe powiedział: „Idź, bierz, co sobie kupiłaś. Na tym samym łóżku, na którym mieliście spać w grzechu, będziecie teraz spać za moim przyzwoleniem. To jest zapłata za dobre uczynki, zapłata na tym świecie, a na tamtym kto wie, jaka jest nagroda...”
Po skończeniu tej opowiastki nasz poeta dodał jeszcze od siebie wyjaśnienie, że tego człowieka Bóg uratował w ostatniej chwili, za spełnienie zaś jego przykazania dał mu kobietę za żonę. Po namyśle dodał: „Czy nie lepiej się żenić i bez grzechu mieć to, co jest najrozkoszniejsze na świecie?...”
XIII
Nie zdążyliśmy jeszcze ochłonąć z wrażenia, gdy ktoś zapukał do drzwi. Zapanowała cisza jak za dotknięciem różdżki. Zapukano jeszcze raz. Nikt się jednak z nas nie odzywał. Źle, co robić? Wtem, o zgrozo, ktoś kluczem otwiera drzwi. Strach nas opanował nie do opisania, gdyż dowody naszych przestępstw, jak brzytwy, miseczki z mydłem, kilka książek treści beletrystycznej itd. mieliśmy przy sobie. Rozmyślaliśmy nad tym, kto to może być.
Upłynęła męcząca chwila i oto w drzwiach stanął szames w całej swej okazałości, uśmiechając się chytrze i mrugając przy tym swym zdrowym okiem.
— No i co? Ładnie wszyscy pogoleni! Muszę iść po rosajszywę, niech wie, kogo on tu ma...
I chciał już zawrócić. Wtem główny organizator całej imprezy, to jest mój przyjaciel, ujął go za kołnierz i przykładając pięść do nosa, począł recytować słowo za słowem:
— Pamiętaj, jeżeli komu piśniesz chociaż słówko, to ci drugie oko wydłubię.
Wszyscy struchleli, widząc taki obrót rzeczy. Szames zbladł jak trup, bo tak silnie ujął go za klapy, że o mało go nie udusił. Skończyło się na tym, że każdy z nas, a była to sama jeszywecka śmietanka, dał mu po pięćdziesiąt kopiejek, za co miał milczeć. Po wtóre musiał się liczyć z tym, że najwięcej targował właśnie od nas za te specjały, które co dzień na śniadanie jego żona z córką nam sprzedawały, dał więc spokój!
Od chwili wykrycia naszej kryjówki obraliśmy sobie na schadzki inne miejsce. Było ono już daleko poza murami szkolnymi. Tam za to bez obawy praktykowaliśmy wszelkie przez zakon i regulamin jeszywetu zakazane sprawki.
Życie tym razem w jeszywecie szło mi nieźle. Miałem wesołych kolegów. W towarzystwie ich dość często, wprawdzie pod wielkim sekretem, udawałem się co sobotę do Turka na kawę i ciastka. Zastanawiając się nieraz nad tymi występkami, czyniłem sobie każdorazowo wyrzuty, że chcąc być rabinem, nie można tak się prowadzić. Ale cóż, byłem tylko człowiekiem, więc i skłonny do grzechu.
Pewnego sobotniego wieczoru, gdy wyszedłem na spacer do ogrodu, ujrzałem, że przy kinie gromadzą się ludzie, więc i ja też się zatrzymałem. Czytając afisz, nic nie mogłem zrozumieć, co składa się na program, ale za to przemawiały do mnie obrazki. Rozglądając się wokoło, czy nie widzi mnie ktoś ze znajomych, wślizgnąłem się do środka i stanąłem przy kasie. Niecierpliwie czekałem na bilet z myślą, że gdyby mnie ktoś ze znajomych ujrzał, miałbym się z pyszna. Nareszcie dostałem bilet i wszedłem do poczekalni. I to, com ujrzał, zdziwiło mnie ogromnie. Nie dowierzałem własnym oczom. Zdjąłem więc szkła, lecz wzrok mój mnie nie mylił. Oto ujrzałem córkę dyrektora jeszywetu w towarzystwie mego przyjaciela Z., tego właśnie, który nas golił. Gdy mnie ujrzeli, zbliżyli się, witając. Powitanie nasze jednak było takie, jakbyśmy się spotkali w piekle, wierząc, że za życia byliśmy najcnotliwszymi ludźmi. Po porozumieniu się obiecaliśmy sobie dla wspólnego dobra nasze spotkanie zostawić w tajemnicy.
Zawstydzony siedziałem w czasie seansu w pobliżu pięknej córki głowy jeszywetu. Śmiała się cały czas, trącając swego przyjaciela, istne żywe srebro i nawet pozwalała się całować, gdy było ciemno. To całowanie się denerwowało mnie bardzo i nie wiedziałem, gdzie mam patrzeć, czy na ekran, czy na całujących się obok.
Ta przyjaciółka z pierwszego seansu wyszła później za mąż za prawdziwego rabina i dziś jest rabinową, a co jeszcze mi kolega powiedział w sekrecie o niej, to nikomu już tego nie powiem...
Pomimo wszystkich mych dziecięcych wybryków, w nauce byłem jednak pilny i rosajszywe obiecał, że po skończeniu półrocza nauki przeprowadzi mnie do drugiej klasy. Nie omieszkałem o tym donieść matce. Wiedziałem, że nic dla niej nie jest milsze niż moje postępy w nauce. Była jeszcze za granicą. Pisała do mnie nieomal co dzień, a do domu raz na tydzień. Doszło nawet do tego, że gdy ojciec przyjechał w niedzielę, to pytał mnie, co słychać u matki. Żalił się przy tym, że do niego nie pisze. W jeszywecie płynęło życie spokojnie, nie było tam żadnego bicia za występki, jeżeli uczeń coś przeskrobał, to bywał tylko przedstawiony przed rosajszywę, a ten umiał tak długo do ucznia przemawiać, że najzagorzalszy grzesznik musiał okazać skruchę, o czym też sam przekonałem się rychło.
XIV
W pewną sobotę po kolacji jak zwykle udałem się na spacer, ale tym razem nie sam, tylko w towarzystwie piętnastoletniej dziewczynki. Była to córka tego piekarza, u którego się stołowałem. Trzeba to wiedzieć, iż od pewnego czasu między nami zawiązała się nić sympatii. Sprzyjało temu odpowiednie traktowanie mnie w ich domu, gdzie przyjmowany byłem jak własny syn. Częste pogawędki w domu były nam niewystarczające, więc umówiliśmy się, że w każdą sobotę po kolacji oczekiwać mnie będzie na wyznaczonym miejscu, gdyż, jak już wspomniałem, w soboty jadałem u przyjaciela, a zarazem wspólnika ojca. Spacery nasze odbywały się po nieoświetlonych ulicach. Unikaliśmy spotykania się z ludźmi. Ku temu były dwa powody: mnie jako uczniowi jeszywetu było zabronione nie tylko spacerować z dziewczętami, ale nawet patrzeć w ich stronę, a ona obawiała się, by się rodzice nie dowiedzieli, iż tak wcześnie garnie się do chłopców.
Towarzystwo jej było dla mnie niebezpieczną igraszką. Na tych bowiem przechadzkach zawsze ktoś nas spotkał, a między innymi widział nas nawet szames pomimo swej ślepoty na jedno oko. Znając mą przyjaciółkę, nie omieszkał więc podzielić się swymi spostrzeżeniami z jej ojcem, a następnie mając porachunki ze mną o należenie do spisku na strychu, pośpieszył zawiadomić i mazgijacha (moralnego opiekuna), a ten znów doniósł o wszystkim rosajszywie. A oto pewnego wieczoru zostałem zawezwany do jego pokoju. Nie wiedząc jeszcze o niczym, z wesołą miną stawiłem się, myśląc, że już przejdę do drugiej klasy.
Niestety, wystarczył jeden moment spojrzenia, by się domyślić, że źle jest ze mną. Każdy wszak z nas wiedział o tym, że gdy staje przed rosajszywą, a ten ma swe okulary zsunięte na koniec nosa i rękoma targa się za brodę, a oczyma patrzy w jakąś książkę, tak że widzi doskonale przybysza, a jeżeli jeszcze i mruczy, to zły znak.
Stałem kilka minut, nie śmiejąc nawet oddychać. Stawiałem sobie pytania, co to być może, a że grzechów miałem sporo, nie wiedziałem, o które jestem podejrzany.
Wreszcie podniósł głowę znad książki, którą się zastawiał, maskując tym swoją obserwację, co dokładnie spostrzegłem. Począł mi teraz patrzeć śmiało w oczy. Ja ze swej strony starałem się ten wzrok wytrzymać, ale daremnie, miał wzrok taki przenikliwy, że oczy spuściłem. Widać na to tylko czekał, zerwał się ze swego miejsca, ręce podniósł ku niebu, jakby szukał tam pomocy, szeptał coś przy tym. Twarz jego, niedawno tak groźna, stała się łagodna. Oczy były jakby zwilgotniałe od łez. Począł znów patrzeć na mnie, lecz tak jakby mnie o coś błagał. Żal mi się go zrobiło i już chciałem się rzucić do jego stóp i wyznać wszystko, co uważałem za grzech, lecz on jakby wyczuł mój zamiar, kazał mi usiąść naprzeciw siebie. Machinalnie rozkaz wypełniłem. Tu prawą ręką począł sobie czoło nacierać, jakby coś chciał sobie przypomnieć i niespodziewanie spytał:
— Wiele masz lat, synu?
— Czternasty rok kończę na drugi miesiąc — odpowiedziałem.
Pokiwał głową, jakby zwątpił w prawdziwość moich słów, a następnie postawił mi pytanie już śmiało:
— W zeszłą sobotę wieczorem, po kolacji, gdzie byłeś?
— Na spacerze, rebe.
— Czy sam spacerowałeś?
Przy tym pytaniu patrzył mi przenikliwie w oczy.
— Niszt-ałejn38 — ledwie wykrztusiłem sylaby z gardła.
— Wiem, synu, że nie sam! Więc kto był z tobą?
Na to pytanie zapłonąłem ze wstydu jak pochodnia, w głowie poczęło mnie coś palić i ciążyć. Żebym mógł, chętnie bym się w tym momencie zapadł pod ziemię. Ale cóż, trzeba odpowiedzieć, przedstawiłem go sobie jako wszechwiedzącego, albowiem nie przyszło mi na myśl, że temu wszystkiemu był winien szames. Wybełkotałem więc: „mit — am — ej — duł”39. I rzecz dziwna, zamiast spodziewanego przekleństwa i kary, łagodnie pytał dalej:
— A co ona za jedna, może siostra?
Po tym pytaniu zacząłem z ulgą oddychać, pragnąłem na to już odpowiedzieć: „tak”. Już otworzyłem usta, lecz zamiast powiedzieć „tak”, powiedziałem „nie”.
— A więc synu kto to był, może któraś z krewnych?
Znów opanowała mnie chęć, by dać odpowiedź twierdzącą, lecz tę myśl od siebie oddaliłem i postanowiłem mówić prawdę, nie zważając na to, jaką dostanę karę.
Zacząłem opowiadać mu całą historię. Naturalnie to, co uważałem za zbyteczne, pozostawiłem w ukryciu. Ale gdzie tam, nic mi się nie udało skryć. Po półgodzinnym badaniu wiedział już tyle co i ja, a nawet więcej niż ja. Teraz począł mnie łagodnie upominać i strofować. Słowa jego, chociaż upłynęło od tego czasu wiele lat, pamiętam doskonale:
— Czy ty wiesz, synu — zapytał — za co Adam, rodzic nasz, został wygnany z raju i kto spowodował pierworodny grzech?
— Wiem, rebe, Ewa.
— Tak, synu, kobieta.
— Czy wiesz, synu, kto zdradził Samsona40?
— Dałłyło41, rebe.
— Tak, synu, kobieta.
— A wiesz, co za przyczyna była do bratobójczej wojny Żydów, w której cały ród Beniamina prawie że wygasł i że znikł dwunasty szczep Izraela i że w tej bratobójczej wojnie zginęło z obydwóch stron przeszło sześćdziesiąt tysięcy ludzi, najlepszy kwiat rycerstwa42?
Nad odpowiedzią na to pytanie musiałem się trochę namyśleć, póki sobie nie przypomniałem całego faktu z dwudziestego rozdziału Sędziów.
— Tak, rebe, przez kobietę.
— A kto był przyczyną, że nasz mądry król Salomon43 zgrzeszył przed Bogiem, czy nie kobieta44?... Czy ty, synu, znasz księgi Salomona, tego znawcy dusz kobiecych, czy wiesz, że Salomon trzymał aż tysiąc żon po to tylko, by jak w laboratorium przeprowadzać różne eksperymenty, ażeby trafne orzeczenia o kobietach wystawić? „Synu mój — mówi Salomon — czy to jest możliwe, żeby człowiek trzymał ogień na swoich kolanach i żeby ubranie jego się nie zapaliło? Czy możliwe, żeby człowiek spacerował boso po żarzących się węglach i sobie nóg nie poparzył?” Tak, ten który się zadaje z kobietą, ponosi złe skutki i bezkarnie to się nie obejdzie!
Nie będę opowiadał o tym wszystkim, co mi naopowiadał, dając za przykłady opowiastki z Talmudu. Zaznaczę jedynie, że po czterogodzinnej, przykrej dla mnie pogawędce, dałem mu rękę „tkias-kaf”45, że dopóki będę uczęszczał do tego jeszywetu, nie będę spacerował z kobietami, a nawet będę się starał je omijać. Wyrażałem przy tym swą zupełną skruchę. Za karę dał mi trzy „mis-merym”, tj. co drugi dzień miałem całą noc nie spać i uczyć się w jeszywecie „szewet musser” (nauka o strofowaniu i pokucie). Na tym się skończyła cała awantura i co prawda jakiś czas trzymałem się tak, że córka piekarza płakała ciągle z tego powodu, żem zupełnie od niej stronił. Czyż mogłem przemawiać do niej i powiedzieć jej przyczynę? Wszak parzyła mnie jeszcze ręka, którą podałem, przez co przyrzekłem, że nawet mówić z tymi stworzeniami nie będę, za które, chociaż były bardzo pociągające, tak mnie prześladowano. Tak zawsze przeszkadzali mi kogoś kochać! Gdy był to goj, nie mogłem go kochać, bo goj nie ma duszy, gdy kobieta, to także niebezpieczna i tak zawsze, co mi się spodobało, było właśnie najgorsze.
W tydzień potem nadchodziły znowu „Święta Trąbki”. W jeszywecie ogłosili znów, że kto chce, może się udać na święta do domu. Za zgodą matki, która wracając z kuracji, była u mnie, postanowiłem tym razem nie jechać do domu na święta ze względu na egzaminy, które miałem zdawać do drugiej klasy.
W całym jeszywecie zostało nas sześćdziesiąt procent. Po większej części zostali ci, którzy nie mieli do kogo jechać. Codziennie od pierwszego dnia miesiąca „Ełeł”46 z większą gorliwością odprawiano modły i po całych nocach siedzieliśmy nad Talmudem. Gorliwie się modląc, skupiłem się, aby przypomnieć sobie grzechy z całego roku. Po raz pierwszy miałem stanąć przed sądem, żeby zdać rachunek ze swych złych występków, które po skończeniu trzech lat życia, od chwili „bałmicwy” uczyniłem. Wierzyłem w to, że jedno jest dla mnie wyjście z tej sytuacji: a to błagać Boga z całego serca o przebaczenie. Więc w sercu swym rzeczywistą nosiłem skruchę.
W święta przy modlitwie „Unsane tejkef” (znaczenie dnia) płakałem przygnębiony. Po „Trąbkach” podczas „Aseres imej trzuwe” (dziesięć dni pokuty) aż do sądnego dnia siedziałem w nocy do godziny trzeciej nad Talmudem. W „Sądny Dzień”47 wieczorem przy modlitwie byłem tak wyczerpany i przejęty, żem zemdlał. Modlitwa dnia tego szczególnie działała na wyobraźnię. Wymawiałem słowa modlitwy „Misper haj odom” (rachunek z życia człowieka) z całym przejęciem się powagą chwili, bo czyż te słowa nie mogą działać na umysł dziecka karmionego nimi jedynie?
„Władco świata, Ojcze miłosierdzia i przebaczenia, któryś zawsze gotów przyjąć nawróconych. Ty stworzyłeś człowieka po to, żeby mu osłodzić jego życie... ” itd.
Cały „Sądny Dzień” pościłem. Po tych strasznych dniach wybladłem nie do poznania, ale jakoś lżej na duszy mi było, byłem pewny, że Bóg był łaskawy, gdy mnie sądził. Dałem sobie słowo, że więcej już nie zgrzeszę. Niestety, należałem do ludzi o słabym charakterze i dlatego słowa nie dotrzymałem.
Po świętach miałem egzamin do klasy drugiej.
Popełniłem znów z półtora tuzina świeżych grzechów, a najwięcej z powodu tego, że lubiłem spoglądać na spotykane kobiety, a nawet spoglądałem na gojki. Nieraz, idąc trotuarem, starałem się patrzeć w dół, widziałem wówczas nóżki, których widok zmuszał mnie, by zobaczyć właścicielkę tych pięknych nóżek. I oto pewnego dnia spotkałem na ulicy dawną mą opiekunkę. Nie widziałem jej od chwili, gdy byłem z matką u niej. Przyglądała mi się ciekawie, a ja stałem, patrząc na nią jak skamieniały i nie mogąc wymówić słowa. Była jeszcze piękniejsza niż dawniej. Miała na sobie eleganckie futro i kapelusz najnowszej mody. Ona też pierwsza przemówiła do mnie:
— Co, kochany, gniewasz się na mnie? Nieładnie, żeś mnie nie odwiedził, pewnie matka ci zabroniła, co? Ja cię jednak jeszcze kocham, nie gorzej niż twa zacofana matka. Chodź więc do mnie. Męża już nie mam. Zrobił mądrze, przenosząc się na tamten świat, już cztery miesiące temu. Ty przez ten czas wyrosłeś i wypiękniałeś! Chodź! Czemu nic nie mówisz?
Ja wybełkotałem coś o tkias-kaf, którą dałem, jednak poszedłem za nią do znanego mi domu. I od tego dnia co wieczór byłem jej gościem. Tym razem ona już nie potrzebowała mnie atakować i prawić o miłości, teraz już wszystko zrozumiałem...
XV
Po roku nieobecności znów przyjechałem na święta Paschy do domu. Wszyscy byli ze mnie zadowoleni, nawet siostrzyczka, która przyszła na świat w czasie mej nieobecności, też zdawała się uśmiechać do mnie. Matka patrzyła na mnie jak na jaki skarb, ciesząc się, żem dość poważny jak na swój wiek, tym bardziej, że dobra opinia przyszła za mną z jeszywetu. Widziałem, że czuje się szczęśliwa, patrząc na mnie. Ach, biedna matka, nie domyślała się, jakie syn wówczas już prowadził życie. Dobroć i zaślepienie macierzyńskie nie pozwoliły jej spostrzec zła, które już we mnie zapuściło swe korzenie. Pamiętam, jednego razu coś zbroiłem i siostra matki poczęła mnie strofować. Słysząc to, matka natychmiast upomniała się za mną. Wtedy tamta odpaliła:
— Ty mu za dużo pozwalasz. Zobaczysz, że wychowasz go jeszcze na katorżnika.
Boże, co to wówczas było, matka rzuciła się na nią i gdyby ona nie uciekła, kto wie, na czym by się ta awantura skończyła. Po tym zajściu dłuższy czas ze sobą nie rozmawiały. Tak broniła mnie matka przed jakimkolwiek zarzutem.
W domu naszym, o ile pamiętam, zawsze najweselszymi świętami była Pascha. Jeździliśmy wówczas w gości do krewnych, a ja do znajomych ojca, wyznania nieżydowskiego, dokąd też nieraz nosiłem dla poczęstunku macę i wino, za co w zamian otrzymywałem ładne owoce i jaja pomalowane na różne kolory.
Pamiętam dobrze ten podniosły nastrój, jaki panował u nas w pierwsze dwa dni świąt przy obrządku „sejder” (uczta wieczorna). Ojciec siedział zawsze na honorowym miejscu, oparty na śnieżnobiałych poduszkach, w pozycji półleżącej, według wymagań. Matka, jako królowa tego święta, cała w bieli, siedziała po lewej stronie ojca, my zaś, dzieci, na pół śpiące, siedzieliśmy przy nich, śledząc każdy ich ruch z zaciekawieniem i naśladując w wykonaniu. Po każdym kilkuminutowym opowiadaniu ojca o wyzwoleniu z niewoli „egipskiej” popijaliśmy smaczne wino. Ach! Piękne to wspomnienia z lat dziecięcych, lat bez troski, lat, które nigdy już nie wrócą... Wiele takich wspomnień mam przed oczyma, ale po cóż je wygrzebywać z pamięci i czuć się jeszcze więcej nieszczęśliwym niż obecnie. Wszystko zostało stracone bezpowrotnie.
Jedno jeszcze zdarzenie z lat dziecięcych wygrzebuję z pamięci. A było to tak: