Nowa Kolchida
Wątłym a bezradnym w Ojczyźnie Rodakom poświęca
Autor
Zamiast wstępu od razu o Nowej Kolchidzie
Dwie są Ameryki na świecie.
Pierwsza z nich to połać wydłużonego, poszarpanego kontynentu, główna treść Zachodniej Półkuli.
Druga to część pierwszej zaledwie, ale część tworząca istotną, prawdziwą Amerykę, a więc Amerykę, która jako siła, energia, pomysłowość, wytrwałość, spryt, zachłanność, pewność siebie — lękiem, podziwem, szacunkiem czy zawiścią przejmować zwykła strupieszałe koliska mieszkańców starego świata.
Druga Ameryka, więc ziemia miodem i mlekiem płynąca, ziemia obiecana, ojczyzna wszechmocnego dolara, kraina miliarderów, ziszczenia szaleństw, kopalnia złota, Nowa Kolchida na stal przekuwająca wątłe mięśnie współczesnych Argonautów1.
Druga Ameryka... więc ten obszar, który zdołał zgromadzić w jednym państwie wszystkich Amerykanów...
W Europie każdy człek należy do jednej, wprawdzie bardzo kłótliwej i nieprzyjemnej w domowym pożyciu, ale tej samej europejskiej rodziny. Grek, Lapończyk, Hiszpan, Łotysz każdy ma prawo legitymować się... Europą, zwać się Europejczykiem.
Ten sam ład panuje w Azji, w Afryce i w Australii.
W Ameryce, tej geograficznej, dzieje się inaczej.
W Ameryce Amerykanie bytują tylko w granicach prawdziwej Ameryki, w granicach Stanów Zjednoczonych. Wszystkie inne ludy podziewające się na tym samym kontynencie muszą poprzestawać na swych terytorialnych nazwach. Są tylko Meksykanami, Peruwiańczykami, Brazylijczykami, słowem, tylko mieszkańcami Meksyku, Peru, Brazylii, Hondurasu — ale nigdy Ameryki.
Nikt zresztą nie waży się uchybić temu ładowi.
Nawet najbliższy sąsiad „Stanozjednoczeńca”, z tej samej krwi i kości zrodzony Kanadyjczyk nie śmie za Amerykanina się podawać, nie umie nawet wymówić wyrazu „Amerykanin”, zdobyć się na to zaciśnięcie zębów, rozszerzenie ust, doprowadzenie szczęk do prostokąta, na to warknięcie harde poprzez ogryzek cygara lub kłębek przeżuwanej gumy: „I am Amerrrrrican”...
Niezwykły ten obyczaj ma swe uzasadnienie...
Stany Zjednoczone były pierwszymi koloniami europejskimi, które się wyzwoliły spod władzy metropolii i osiągnęły niepodległość.
Z tej niepodległości bodaj wywodzi się to legitymowanie się całą Ameryką, całą częścią świata jako przynależnością państwową, jako niemal narodowością.
Droga, wiodąca ubogie kolonie emigrantów od pierwszych zatargów o herbatę i tabakę z londyńską administracją2 do poczesnego miejsca śród największych mocarstw, nie była ani ciężka, ani trudna i do zdumienia krótka.
Od początkowych wątłych trzynastu stanów, które w roku 1790 utworzyły związek wolnych republik, do dzisiejszego olbrzyma potrzeba było zaledwie stu dwudziestu siedmiu lat.
Przestworu wolnego było zadość w pobliżu, czerwonoskórych tubylców do wytępienia stosunkowo niewielu, przybyszów zza oceanu na zawołanie, a co najważniejsze zapoczątkowany system pokojowych układów święcił jeden triumf za drugim.
Na imię temu systemowi było „dolar”.
Tradycja amerykańska powiada, że onego czasu cały półwysep Manhattan, stanowiący rdzeń dzisiejszego Nowego Jorku, został kupiony od Indianina za dwadzieścia i cztery dolary gotówką.
Nie był to zbyt świetny interes na owe czasy.
O wiele korzystniejsza była transakcja z Francją, zawarta w dniu 30 kwietnia 1803 roku. Oto za cenę piętnastu milionów dolarów Stany Zjednoczone powiększyły swoją ojczyznę prawie o 828 tysięcy mil3 kwadratowych... Kupiły od Napoleona I obszar pięć i pół raza większy od dzisiejszej Rzeczypospolitej Polskiej... prawie za bezcen...
Historia powiada, że na Ameryce słabo się rozumiał już i Ludwik XV, jeszcze mniejsze pojęcie miały o niej królewskie damy, wojna kolonialna z Anglią niewarta była zachodu. Napoleon lichym był politykiem. Zbył się kraju, na przestrzeni którego bytują dzisiaj stany Luizjana, Arkansas, Oklahoma, Kansas, Missouri, Nebraska, Iowa, dwie Dakoty, Montana i części Colorado, Minnesoty i Wyomingu — zbył bez żalu...
Wprawdzie do tych piętnastu milionów dolarów Stany Zjednoczone dopłaciły jeszcze w następstwie za wykup prywatnych własności, ale był to w każdym razie „business” bardzo korzystny.
W szesnaście lat po tym zakupie, w roku 1819, udało się nabyć od Hiszpanii po zniżonej cenie, bo tylko za pięć milionów dolarów i to wypłaconych na pokrycie pretensji obywateli amerykańskich do rządu hiszpańskiego — całą Florydę, większą o cztery tysiące mil kwadratowych od Czechosłowacji.
W roku 1845 została przyłączona do Stanów Zjednoczonych Rzeczpospolita Teksasu, więc znów poważny obiekt, liczący trzysta osiemdziesiąt dziewięć tysięcy mil kwadratowych ojczyzny...
Aż nareszcie na lata 1848–1853 przypadł znów poważny dorobek, bo wynoszący dokładnie pięćset pięćdziesiąt osiem tysięcy mil kwadratowych.
Piękny ten plon wojny z Meksykiem, zakończony szlachetnym traktatem „Guadelupe-Hidalgo”, kosztował gotówką około trzydziestu dwu milionów dolarów. Ale za te trzydzieści dwa miliony urosła Stanom Zjednoczonym Kalifornia, Nevada, Utah, Arizona, Nowy Meksyk i reszta Colorado.
W roku 1867, za siedem milionów dwieście tysięcy dolarów zakupiono od Rosji Alaskę, więc pięćset osiemdziesiąt sześć tysięcy mil kwadratowych — a śród nich kopalnie złota, które w ciągu dwu lat początkowej, niedołężnej eksploatacji wróciły całkowicie wyłożone pieniądze.
Po tych wielkich nabytkach przyrost terytorialny Stanów Zjednoczonych, począwszy od roku 1898, zaczął sięgać najbliższych mórz i oceanów.
Stany Zjednoczone zdobyły kolonie, wprawdzie trochę przy huku dział ciężkiego kalibru, jak w wojnie z Hiszpanią, ale stale i zawsze przy ostatecznym zapłaceniu gotóweczką siakiej takiej hurtowej ceny.
W tym porządku rzeczy Wyspy Hawajskie kosztowały cztery miliony dolarów — za Porto Rico i Wyspy Filipińskie na otarcie hiszpańskich łez wypłacono dwadzieścia milionów dolarów — za kawałek Panamy, potrzebny na wybudowanie kanału amerykańskiego, zapłacono dziesięć milionów dolarów Rzeczypospolitej Panamskiej, a dwadzieścia pięć milionów Rzeczypospolitej Kolumbijskiej... Wreszcie w roku 1917 sprawiono sobie parę duńskich wysepek, zezujących pod Zatoką Meksykańską, kosztowało to znów dwadzieścia pięć milionów... cena ziemi oczywiście mocno poszła w górę.
W czasach ostatnich zdołano położyć rękę Wuja Sama na Kubie i do większego posłuchu skłonić hiszpańskie republiczki, położone nad Morzem Karaibskim.
Stany Zjednoczone, a jak wymaga urzędowa nazwa, Zjednoczone Stany Północnej Ameryki, w ciągu stu dwudziestu siedmiu lat utworzyły sobie ojczyznę liczącą dokładnie trzy miliony siedemset trzydzieści osiem tysięcy mil kwadratowych... W tym tylko sto dwadzieścia sześć tysięcy mil kwadratowych wysepkami, a trzy miliony sześćset dwanaście tysięcy mil kwadratowych prawie w jednym kawale.
Poglądowo mówiąc, Stany Zjednoczone są większe od Brazylii blisko o pół miliona mil kwadratowych, niewiele są mniejsze od Europy i mogłyby jako szósta część świata iść przed Australią.
Olbrzymi ten kontynent, jak sobie łatwo wyobrazić, przedstawia niesłychanie skomplikowany splot warunków klimatycznych, geologicznych, różnorodność fauny i flory, a tym samym niełatwe do ogarnięcia kontrasty, wpływające na bytowanie poszczególnych osiedli ludzkich. Co więcej, przestrzeń daje rozpęd, daje każdemu zamierzeniu nieznany krajom europejskim rozmach, i ta przestrzeń amerykańska wszelkie porównania zamienia w żartobliwe prawienie o żelaznym wilku...
O Stanach Zjednoczonych mówi się jako o państwie podobnym do Niemiec, Francji, Szwajcarii, Szwecji czy Wielkiej Brytanii, a może do Rosji. Tymczasem Stany Zjednoczone stoją poza nawiasem wszelkich paraleli.
Szwajcarię można wziąć w dwa palce i wrzucić do jeziora Superior. Zniknie, pogrąży się bez śladu. Francja europejska może wygodnie schować się w jednym tylko Teksasie. Niemcy już nie tylko w Teksasie, ale choćby w dwu stanach, takich jak Nowy Meksyk i Missouri, dadzą się pogrzebać razem ze swymi pretensjami do cudzej własności. Wielka Brytania wobec prawdziwej Ameryki jest podupadłą ciotką, żyjącą na koszt swych kolonii, a Rosja zawsze niekulturalnym, dzikim i zdziczałym wielkoludem.
Dalej pamiętajmy, że najbardziej na północ wysunięte stany, jak Montana, Dakota Północna, Minnesota zaczynają się od szerokości geograficznej Paryża, że się zaczynają poniżej Zaleszczyk — że Nowy Jork leży na szerokości Neapolu, a Nowy Orlean poniżej Kairu w Egipcie, słynne zaś Miami na Florydzie to już bliskie sąsiedztwo z tropikiem, to afrykański brzeg Rio de Oro...
Przy tak bardzo południowej... sytuacji Ziemia Washingtona, dzięki... układowi korytarzowemu gór, idących od bieguna ku równikowi, posiada bardzo osobliwe zmiany atmosferyczne i wystawiona jest na ostre przeciągi...
Temperatura w Stanach Zjednoczonych nie da się ogarnąć byle termometrowi. Idzie od mchu, od porostu żałosnego, śniegiem wyhołubionego do „palmettos”, do palmowego chwastu, zarastającego niby paprocie podcienie florydzkich bagien.
W niektórych punktach Północnej Dakoty różnica idzie od 108 stopni Fahrenheita4 podczas lata sięga 45 stopni poniżej zera. W Alasce od 60 stopni poniżej zera skacze do 90° powyżej. Lecz w tej samej Alasce na południowym wybrzeżu w lecie bywa najwyżej 80°, a w zimie bardzo rzadko termometr do zera się stacza...
A dopieroż różnice temperatury zachodzące w ciągu jednego dnia, kilku czy kilkunastu godzin, dopieroż owe spazmy barometru, wstrząsy powietrzne, huragany upiorne, burze „elektryczne”, leje „tornedos”, cyklony, zamiecie, wichury, walące żarem Meksykańskiej Zatoki w zlodowaciałe puszcze Labradoru lub oddechem bieguna dudniące wprost do pieca, grzejącego wody Golfstreamu...
Dziwny kraj, ciągle przerażający świat czymś nadzwyczajnym, przeolbrzymim, czymś sprzecznym. Dziwny kraj smagany, przeorywany zgrzytami jeszcze biorących się za bary żywiołów...
Snop iskier trysnął śród pęczka leśnego chrustu. Las się pali, bór cały staje w płomieniach... tysiące mil kwadratowych ogarnia pożoga... Ogień trawi całe powiaty... idzie w perzynę więcej niż Belgia, więcej niż Grecja...
Jedna rzeka targnęła okowami, jedna jedyna tylko, a oto wydaje się jakby równocześnie zbuntowały się i Ren, i Dunaj, i Wisła, i Dniepr, i Sekwana, i Tamiza, i Po, i Guadalquivir, i Ebro.
Dziwny kraj, lecz nie kraj, ale kontynent i nie jedno państwo, lecz czterdzieści osiem republik.
Dziwny kraj, skarbnica niewyczerpana dla badacza, dla podróżnika, ale i dla kolorysty, choćby dla przeciętnego gapia, boć wszędy, co kroku, ciżba spragnionych wieści o tym innym, nieznanym, tym niezawodnie lepszym, bogatszym, szczęśliwszym, tym amerykańskim.
Stąd pole do popisów dla byle gadulstwa, dla byle czego, pochwyconego przelotem, przepisanego od kogoś, stąd o Ameryce, niby niegdyś o królewnie Banialuce byle długo, byle coś jeszcze...
Był w Pittsburghu, mówił po angielsku w Bostonie, przejechał się nad Wielkimi Jeziorami, sprawdził, że wodospad w Niagarze jeszcze nie wysechł i napisał księgę o Stanach Zjednoczonych.
Poza Nowym Jorkiem skrawka ziemi amerykańskiej nie oglądał, ćwierć wieku przeżył zamurowany we włoskim zaułku miasta Chicago — lecz za powrotem do Europy, uchodzi za autorytet w kwestiach dotyczących podziewania się ludzi o trzy tysiące mil na zachód lub o dwa tysiące mil angielskich na południe...
Dopieroż gdy w roli urzędowego komiwojażera musnął Ameryki, gdy zajrzał z wagonu w rozwartą szczelinę Gór Skalistych lub wjechał autobusem na Pike of Pike... Wówczas snują się historie, niby za poruszeniem korby aparatu kinematograficznego... Obraz wysnuwa się z obrazu, coraz niezwyklejszy, niby one niewyczerpane nigdy gawędy myśliwskie.
Porywczy sąd zieje sarkazmem, ironia chłoszcze, pobłażliwy uśmiech wykrzywia usta pochylonego wiekiem arystokraty, a tuż... pożądliwość rozpala wyobraźnię, wytwarza coraz zawziętszy pęd w dal, hen, za morza... Byle do niej, do tej Kolchidy, do tej jedynej, do Ameryki, tam ocknienie, tam nowe życie, tam odrodzenie energii, tam natężenie muskułów, tam pogrzebanie fałszywego wstydu, tam przystań tułaczów, ucieczka prześladowanych, królestwo wydziedziczonych — tam w Ameryce...
O tym, co jest prawem, a co jest lewem
Zjednoczone Stany Północnej Ameryki w dokładnym tego określenia znaczeniu są związkiem sfederowanych republik, zapartym o trzy władze naczelne: prawodawczą, sądowniczą i wykonawczą.
Jedynym źródłem, z którego te trzy władze czerpią swą energię, jest ciągle ta sama prastara Konstytucja z dnia 17 września, 1787 roku. Ona to scementowała niegdyś trzynaście początkowych republik i przetrwała po dziś dzień w całym lakonizmie swych siedmiu zaledwie artykułów, wysiliwszy się w ciągu stu czterdziestu czterech lat swego żywota tylko coś na dziewiętnaście poprawek i uzupełnień.
Konstytucja Stanów Zjednoczonych posiada wybitne cechy, wyróżniające ją w szeregu statutów nowoczesnego ludowładztwa. Najgłówniejszą z nich bodaj jest bardzo silne uniezależnienie wszystkich trzech władz naczelnych, przy poddaniu ich jednakże ciągłej i wzajemnej kontroli.
Jeżeli według konstytucji izba poselska stanowi żywioł ulegający bardzo łatwym odpływom i przypływom, gdyż tworzą ją posłowie, wybierani na dwa lata w stosunku jeden poseł na każde trzydzieści tysięcy obywateli uprawnionych (cenzus 1910 roku ustanowił jednego posła na każde dwieście jedenaście tysięcy obywateli), to jednak miarkuje ją w zapałach silny, a z natury swej raczej konserwatywny senat.
Senat amerykański składa się tylko z wybieranych przez każdy stan przedstawicieli na lat sześć z tym, że co dwa lata jedna trzecia część mandatów senatorskich podlega balotowaniu5.
Uprawnienia senatu amerykańskiego są potężne. Jest on kontrolerem izby niższej, jej ciałem apelacyjnym, ale nade wszystko senat jest kontrolerem władzy prezydenta Stanów Zjednoczonych i do pewnego stopnia jego mocodawcą.
Konserwatyzm jego wynika stąd, że każdy stan, bez względu na liczbę swoich mieszkańców, wybiera dwu senatorów. Więc, na przykład, stan nowojorski wybiera do izby poselskiej czterdziestu trzech reprezentantów, a tylko dwu senatorów — stan Montana zaś ma prawo jedynie do dwu reprezentantów, stan Rhode Island tylko do trzech, Południowa Dakota również tylko do trzech, ale każdy z tych stanów wyprawia do Waszyngtonu po dwu senatorów. Czyli stany mniej zaludnione, mniej uprzemysłowione, mniej ulegające prądowi nowoczesności, wpływowi neo-Amerykanów, dominują, rozstrzygają. Czyni to niewspółmierną różnicę pomiędzy wartością istotną mandatów, boć senator nowojorski reprezentuje sześć milionów mieszkańców, pensylwański niemal pięć milionów, senator z Missisipi jeden milion, a senator z Nevady tylko czterdzieści pięć tysięcy mieszkańców.
Prezydent Stanów Zjednoczonych wybierany jest przez elektorów powoływanych przez wyborców danego stanu spośród obywateli, niebędących członkami ani senatu, ani kongresu, ani też nie piastujących w ogóle żadnego urzędu. Każdy stan wybiera tylu elektorów, ilu posiada w kongresie posłów i senatorów. A więc w tym wypadku stany najbardziej zaludnione mają głos decydujący.
Prezydent wybierany jest tylko na cztery lata. Ma więc termin mandatu o dwa lata krótszy od senatorskiego. Ustępujący prezydent może być wybrany na następne czterolecie, prawo obyczajowe wszakże po ośmiu latach urzędowania nie dopuszcza do ponownego wyboru.
Prezydent Stanów Zjednoczonych posiada istotnie bardzo rozległą władzę. Jest wodzem sił zbrojnych, stoi na czele mianowanych przez siebie sekretarzy (ministrów), którzy urzędują z jego ramienia i są jedynie przed nim odpowiedzialni. On jest sternikiem nawy6 państwowej, kierownikiem polityki zagranicznej, wykonawcą prawa i jego strażnikiem.
Senat jednakże, jak było powiedziane, posiada w stosunku do prezydenta znaczne prerogatywy. A więc prezydent mianuje kandydatów na członków Najwyższego Trybunału, na ambasadorów, wyższych urzędników, ale zawsze za wskazówką senatu i przy zatwierdzeniu senatu. Prezydent zawiera lub zrywa traktaty, ale znów pod warunkiem zgody dwu trzecich izby senatorskiej.
I vice versa7, prezydent ma przywilej obsadzania wszelkich wakansów8 w czasie odroczenia posiedzeń senatu, ma prawo weta, a więc zawieszania powziętych przez obie izby uchwał i żądania powtórnego ich rozpatrzenia. Trzyma w rękach arkana wszystkich federalnych instytucji, jak skarb państwa, jak poczta, jak sekretariat stanu, jak sekretariat spraw wewnętrznych — władza jego sięga dalej aniżeli władza angielskiego króla.
Prezydent Stanów Zjednoczonych jest nie tylko przedstawicielem czy najjaśniejszym manekinem sfederowanych republik, lecz istotną głową rządu, jest nie samym symbolem majestatu, ale zasadniczym jego czynnikiem. Nie jest echem ukrytych sprężyn ministerialnych, nie jest uroczystym parawanem i nie jest owym dostojnikiem, którego głównym obowiązkiem jest przyjemny wyraz twarzy, kiwanie się do taktu hulających w parlamencie prądów, lecz jest przewodnikiem samodzielnym, narzucającym raczej swe poglądy, jest zawsze nie wykonawcą cudzych, lecz nade wszystko własnych poczynań.
I kiedy zdawałoby się niejednemu, że Mussolini9, że jakowyś Kemal Pasza10 winni zazdrościć prezydentowi Stanów Zjednoczonych tego dziesiątkami lat uświęconego dyktatorstwa, tam, w skąpanym w słońcu Białym Domu, strażuje podczas11 ostra, nieubłagana litera konstytucji amerykańskiej, tam czuwa zwarta, silna a solidarna masa dwu partii politycznych, dwu rządzących stronnictw.
I tam, co więcej, stoi warta czterdziestu ośmiu stanów, czterdziestu ośmiu wolnych, sfederowanych, równych sobie republik. One czuwają, one baczą, aby nikt nie śmiał tknąć bodaj jednego przecinka konstytucji Stanów Zjednoczonych... Konstytucja bowiem murem stoi. Na byle poprawkę, na byle drobiazg nie wystarcza uchwała kongresu, nie wystarcza zgoda prezydenta, nie wystarcza plebiscyt, trzeba jeszcze głosowania wszystkich poszczególnych „legislatur”, one dopiero władne są zatwierdzić lub odrzucić propozycję Waszyngtonu.
A nad wszystkimi kwestiami spornymi, międzystanowymi zatargami, poza kongresem, poza prezydentem trwa Najwyższy Trybunał złożony z sędziów nienaruszalnych, którzy często przez kilkadziesiąt lat ważą na szali najdonioślejsze zagadnienia, nie wahając się ani chwili potępić decyzji bodajby samego prezydenta.
Sfederowane republiki amerykańskie pomimo tej wspólnej konstytucji nie wyrzekły się swych prowincjonalnych autonomii, nie wyrzekły się swych własnych statutów. Uznały jedynie potrzebę zgodzenia się na pewne wspólne dla wszystkich instytucje, uznały potrzebę poddania się jednej i tej samej dyrektywie, nie zrezygnowały przecież z żadnego ze swych własnych atrybutów.
Wyraz „stan” (state) znaczy dokładnie państwo i jest popularnym skrótem oficjalnego tytułu każdej poszczególnej należącej do federacji republiki.
W języku potocznym mówi się i pisze „stan Pensylwania”, w języku urzędowym trzeba jednak zawsze pamiętać, że Pensylwania nigdy nie przestała być ani na sekundę hardą „Commonwealth of Pennsylvania” — Rzeczypospolitą Pensylwańską.
Stolicą Stanów Zjednoczonych jest Waszyngton, położony na skrawku neutralnej ziemi, skrawku zwanym Obwodem Columbia, „District of Columbia”. Skrawek ten pozostaje pod bezpośrednią władzą prezydenta i kongresu. Mieszkańcy jego nie biorą udziału w wyborach ani federalnych, ani miejskich.
Natomiast każdy stan posiada własną stolicę i we własnej stolicy ma również tak zwany „kapitol”, czyli siedzibę swego stanowego parlamentu, swej legislatury stanowej, złożonej ze stanowych senatorów i posłów stanowych, tak zwanych „assemblymanów” oraz z jakby swego własnego „prezydenta”, naczelnika stanowej władzy wykonawczej, zwanego „gubernatorem”.
Każdy ze stanów jest miniaturą ustroju konstytucyjnego całego państwa. Gubernator stanowy jest wybierany na dwa, trzy, lecz przeważnie na cztery lata, senatorzy i assemblymani miewają jednoroczne lub co najwyżej dwuletnie mandaty.
Stany rządzą się własnymi statutami. Te ich przecież własne statuty muszą być zgodne z duchem Stanów Zjednoczonych.
Wolno poszczególnym stanom wprowadzać te lub inne obostrzenia, wolno, na przykład, mieć odmienne prawo spadkowe, inne opodatkowanie na rzecz powiatów czy gmin, ale nie wolno żadnemu stanowi wprowadzać praw, które by gwałciły wolność prasy, które by uchybiały swobodzie zebrań, które by sprzeciwiały się zasadniczym artykułom konstytucji sfederowanych republik.
Każdy akt prawny dokonany w danym stanie, musi być uznany za prawomocny i w innym stanie. Każdy obywatel jednego stanu zażywa przywilejów w innych stanach na równi z obywatelami tych stanów. Każdy obywatel stanu Michigan może przenieść swe penaty12 do stanu Oregon i zostać obywatelem stanu Oregon i odwrotnie. Ta zamiana następuje automatycznie po roku czy już po kilku miesiącach stałego rezydowania w pewnej miejscowości.
W kwestiach ustawodawczych różnice między stanami pokrywają się za pomocą wzajemności...
Weźmy drobny przypadek, dotyczący przywileju samochodowego.
Dajmy na to, że stan Indiana uchwalił w swoich przepisach, że automobilista przybywający z innego stanu po dwumiesięcznym pobycie powinien wykupić tablicę stanu Indiana. Tymczasem stan Maryland jest liberalniejszy, orzekł bowiem, że przybysz z innego stanu może przez całe cztery miesiące podróżować po całym stanie z tablicą innego stanu. Owóż ten przepis stanu Maryland stosuje się tylko do tych stanów, które uchwaliły u siebie równie czteromiesięczny termin. Automobilista z Indiany będzie zaś podlegał prawu „wzajemności”, czyli że dla niego nawet w Maryland termin będzie ograniczony tylko do dwu miesięcy.
Sfederowane republiki strzegą zawistnie swej własnej niepodległości.
„Legislatury” nie mieszają się do spraw przekazanych Waszyngtonowi, w zatargach swych z innymi republikami poddają się kornie wyrokowi Najwyższego Trybunału, ale do wewnętrznej swej procedury, do własnego gospodarstwa nie pozwalają się mieszać nikomu.
Gorze13 jakiemuś policjantowi z Wisconsinu, który by śmiał naruszyć granice stanu Minnesota i na ziemi minnesockiej choćby podrzędnego draba za portczyny ucapić.
Toć gwałt, toć burza rozpętałaby się w kapitolu minnesockim, całe miasto St. Paul zatrzęsłoby się w posadach i gromami rzuciłoby w kapitol wiskonsiński i targnęłoby murami Madisonu.
Nie ma zmiłowania! Jeżeli władza wykonawcza stanu Wisconsin chce się rozprawić z przestępcą, który „wieje” do stanu Minnesota, w takim razie winna drogą dyplomatyczną... zażądać wydania przestępcy...
Poza całkowitym samorządem, jak najdalej sięgającą autonomią miast i powiatów, Stany Zjednoczone różnią się i tym jeszcze od innych republik, że nie posiadają centralizacji państwowej ani dla problematów oświatowych, ani dla zagadnień sprawiedliwości.
Stany Zjednoczone nie mają kodeksu, mają pewne normy podstawowe, a zresztą rządzą się prawem obyczajowym, a więc zbiorem wyroków zapadłych na ziemi amerykańskiej, a choćby na ziemi angielskiej, o ile by szło o interpretację sięgającą do zamierzchłych czasów.
W przypadkach nowych powikłań rozstrzyga osobiste przeświadczenie sędziego, zresztą bardzo dowolne ferujące wyroki.
Najwyżsi jedynie dygnitarze sądownictwa amerykańskiego podlegają nominacji prezydenta lub gubernatora i zatwierdzeniu przez senat federalny lub stanowy. Wszyscy inni są wybierani przez powszechne wybory na pewną określoną liczbę lat.
W ten sam sposób tworzą się władze edukacyjne z tą przecież różnicą, iż rząd federalny żadnego już udziału w tych sprawach nie bierze, poprzestając na prowadzeniu statystycznych wykazów w departamencie spraw wewnętrznych.
Różnice zachodzące pomiędzy poszczególnymi stanami, odmienne zapatrywania na takie zagadnienia jak kara śmierci, odpowiedzialność nieletnich, ustrój więziennictwa i tym podobne wytwarzają tak silny zamęt, tworzą tak trudne do rozwiązania sploty, że działalność prawników jest ograniczona ramami tego stanu, w którym zamierzają praktykować, a z którego praw i statutów, po ukończeniu uniwersytetu, dodatkowe złożyli egzaminy.
Wszelkie zresztą niedomówienia konstytucyjne czy statutowe reguluje wieloprzymiotnikowe prawo wyborcze, które obywatelowi Stanów Zjednoczonych pozwala każdą z najmniejszych komórek ustroju państwowego zmieniać, ulepszać czy konserwować.
Polityka wewnętrzna Stanów Zjednoczonych opiera się dotychczas na dwu dominujących ugrupowaniach. Na republikanach i na demokratach. Są to dwa stronnictwa rządzące, dokładniej odbierające sobie na zmianę berło władzy, jakby wzorowane na angielskich wigach14 i torysach15, bo równie jako niegdyś wigowie i torysi doprowadzone do walki nie o postulaty, nie o racje polityczne, lecz o zdobycie stanowisk dla swoich prowodyrów.
Rozłam początkowy, datujący od czasów prezydenta Jacksona, rozłam, a właściwie spór stanów północnych z południowymi, przemysłowo-handlowych z rolniczymi przeszedł przez cały szereg rozmaitych zagadnień, którymi legitymowali się republikanie lub którymi demokraci różnić się chcieli od republikanów.
Dojście onego czasu Abrahama Lincolna16 do władzy, Wojna Cywilna17, bratobójcza wojna południa z północą zaostrzyły różnice między współzawodniczącymi stronnictwami, czas je wreszcie stępił i sprowadził, jak było powiedziane, do walki o stanowiska, do walki o urzędy, do walki o władzę.
Zewnętrznie partia republikańska reprezentuje żywioł kapitalistyczno-konserwatywny, ulega wskazaniom protestantyzmu, opiera się nawet na zwartych grupach metodystów, prezbiterian i unitarian, zmierza do zamerykanizowania przybyszów za pomocą anglizacji, objawia dążenia centralistyczne, a więc takie, które dążą do większego scalenia sfederowanych republik, respective18 okiełzania autonomicznych wybryków.
Partia demokratyczna idzie w kierunku decentralizacji władzy, gra na sentymentach mas wielkomiejskich, głosi jak najdalej idącą tolerancję w stosunku do grup narodowych, nie ma żadnych uprzedzeń religijnych, ma całkowitą powolność dla katolików i dla Żydów, przebąkuje o sprawiedliwszym podziale bogactw, wypiera się wszelkiej ksenofobii wobec imigrantów.
Z dwu tych stronnictw partia republikańska, która, co więcej, wywodzi się z dawnych angielskich wigów, jest bardziej zwarta, bogatsza w środki materialne, zajadle popierana przez masonerię i jedynie w przypadkach ciężkich przesileń wewnętrznych ustępująca demokratom rezydencji w Białym Domu.
Na trzydziestu jeden prezydentów Stanów Zjednoczonych zaledwie dziewięciu było demokratami i z reguły każdy z nich wypływał w momencie silnego wrzenia wewnętrznego. Z chwilą powrotu równowagi republikanie dotychczas zawsze odzyskiwali utraconą władzę.
Od lat kilkunastu w Stanach Zjednoczonych kiełkują prądy socjalistyczne, liberalne, czy, jak je nazywają, postępowe. Mają nawet swych posłów, swych senatorów, lecz dotychczas nie zdołały wytworzyć stronnictwa, które by mogło stanąć w szrankach do walki z demokratami i republikanami.
Walka wyborcza w Stanach Zjednoczonych w środkach nie przebiera. Do walki tej idą periodycznie nie tylko hasła, programy, frazesy, lecz, co więcej, dolary, intrygi, oszczerstwa, w krytycznych chwilach pięści, a w ostatku rewolwery.
Jedne wybory następują za drugimi, walka wybucha co chwila, o prezydenta, o senatora lub kongresmana, o miejsce w senacie czy w sejmie stanowym, o gubernatora, o prezydenturę miasta, o miejsce ławnika, o krzesło sędziowskie, o stolik sekretarza hipotecznego, o miejsce członka rady szkolnej itd., bez końca. Idzie walka nawet o ten „job” miejski, który powołuje obywatela Stanów Zjednoczonych do zamiatania ulic w nieskazitelnie białym ubraniu...
Idzie w Ameryce walka o każdy urzędzik, o każdą byle posadkę.
Trzeba się brać za bary, trzeba iść na ostre za swym kandydatem, bo, jeżeli ten własny demokratyczny czy republikański kandydat nie przejdzie w wyborach, w takim razie te posadki, ten chlebuś powszedni dostanie się przeciwnikom. To szamotanie się bowiem republikańsko-demokratyczne ma swoje, latami uświęcone praktyki... Żadnego zmiłowania dla zwyciężonych, bo trzeba jak najwięcej miejsc dla zwycięzców.
W momencie, kiedy w podwoje Białego Domu po prezydencie demokratycznym wkracza prezydent republikański, w tym samym momencie niby ulęgłe owoce za podmuchem wiatru, spadają ze wszystkich urzędów, ze wszystkich bez wyjątku stanowisk wszyscy po kolei demokraci.
Kiedy republikański „mayor”, czyli prezydent miasta Chicago, sławetny Thompson został pobity na głowę przez demokratę Čermaka, w tym samym dniu Čermak otoczony stu detektywami, podpisał na pierwsze danie 2000 (dwa tysiące) dymisji republikańskich urzędników i funkcjonariuszy municypalności chicagowskiej... i bez prawa do emerytury!...
Z tym obyczajem partyjnym społeczeństwo amerykańskie od dawna się oswoiło.
Nikt się nie unosi czułostkowością, nikt się nie sroma19 tej maniery.
Stronnictwo zdobywające większość zagarnia urzędy wybieralne. Ci zaś, którzy je zdobywają, chcą mieć dokoła siebie swoich ludzi, ludzi swego stronnictwa. Co więcej, partyjnicy od swych triumfujących kandydatów żądają ekwiwalentu...
Z tej naturalnej może logiki rodzi się, nieznana gdzie indziej w brutalności swej, walka wyborcza. Tu nie idzie o żadne deklamacje poselskie, nikt sobie głowy nie suszy ideologią, jakimiś urojeniami czy obietnicami, tu krociom tysięcy idzie o byt, o utrzymanie, o jutro ich własnych rodzin.
Są w Ameryce ludzie trwający poza błędnym kołem tych tarć, patrzący dobra kraju, szukający podniosłych wskazań, nowych horyzontów, lecz wyborami trzęsą ci, dla których te wybory są upragnionym szczeblem, są omastą20 czy choćby tylko czerstwą kromką chleba.
Walka kosztuje, na walkę trzeba pieniędzy. Nawet stronnictwo trzymające w danej chwili władzę, a więc operujące posłusznym aparatem państwowym, nie śmie lekceważyć przeciwników, musi wykładać, musi łożyć na wybory.
Skądże czerpać pieniądze?
Partie mają składkowe fundusze, ale tego mało, tego zawsze za mało. A więc trzeba, żeby na wybory dawali ci, którzy na wyborach bezpośrednio skorzystają.
Jest pan dobrodziej członkiem Rady Szkolnej miasta Detroit — nie ma pan prawie żadnej pensji, otrzymuje pan co najwyżej diety za stracony czas na sesjach... Ale chciałby pan być tym członkiem Rady Szkolnej, bo członkowie Rady Szkolnej mają ładne dochody, bo panowie ławnicy miasta Chicago umieją robić majątki, bo byle „kapitan” policji w Cleveland opływa jak pączek w smalcu...
Któż tedy ma łożyć na wybory?
Chyba ten, który chciałby zyskać poparcie stronnictwa, który by chciał, aby przyszły wybraniec mianował go swoim kancelistą, zrobił go bodaj komisarzem zdrowia, lekarzem w szpitalu, nauczycielką w szkole publicznej.
Więc kandydat na ławnika (aldermana), na szefa policji czy na policyjnego pachołka musi się opodatkować, musi na wybory złożyć część swojej własnej pensji czy też cząsteczkę naciułanych przez siebie pieniędzy.
Wybory są kosztowne.
Trzeba opłacać naganiaczy, trzeba reklam, trzeba zgłodniałej prasie zapłacić za tyle i tyle artykułów z „portretami”, trzeba smarować, trzeba fundować głuptaskom, trzeba chytrym mizerakom wtykać wprost po piątce za głos, trzeba, niestety zdarza się to nazbyt często — fałszować głosy, do opieczętowanych skrzynek ładować podrobione „baloty”, trzeba strachem brać opozycję, trzeba drogą przestępstwa dojść do... praworządności.
Nawet w Ameryce zdumienie ogarnia społeczeństwo, ile taki kandydat musi, ile może wydać na swoje własne wybory swego faworyta...
Senat Stanów Zjednoczonych w swoim gronie usiłuje tępić zło w zarodku. Senat przy sprawdzaniu mandatów dociera, ile kosztowała kampania wyborcza danego senatora, czyli21 nie przebrał miary... W przypadku zbyt bezczelnego przekupstwa senat unieważnia mandaty.
W roku 1928 w stanie Pensylwania taki poszukiwacz senatorskiej godności wyłożył był okrągłe osiemset pięćdziesiąt tysięcy dolarów na agitację... Była to tak potworna suma, iż senat przepędził wybrańca, słusznie kalkulując, że ów jegomość musiał knować nie lada zamach, jeżeli w ciągu lat sześciu zamierzał był pokryć wyłożone przez drugich na jego kandydaturę kapitały.
Pani McCormick z Chicago przyznała się była w czasie podobnego dochodzenia, że ją wybory kosztowały około dwustu tysięcy i to wybory nieszczęśliwe, bo po zdobyciu nominacji przy ostatecznym głosowaniu poniosła klęskę.
Im potężniejszy mandat, im większa władza elekta, tym potężniejsze wchodzą w grę siły. Toć i wielkie kapitały czuwają, baczą magnaci, nie zasypiają sprawy rozmaici „królikowie” od poszczególnych działów produkcji, każdy chce mieć u steru swego człowieka; jednemu potrzebny jest do interesu skarbnik stanowy, drugiemu gubernator, trzeciemu drogowy komisarz.
W komisjach weryfikacyjnych zbierają się chmury, grom wisi w powietrzu, uderza jednak bardzo rzadko, przestępstwo wyślizguje się, na dwudziestu dwustu ma świadków w odwodzie.
Po każdych wyborach zalega cisza. Chwila uspokojenia.
Zwycięzcy gospodarzą, zwyciężeni hartują siły, gromadzą środki na najbliższe jutro.
Usposobienie panuje pogodne, nie ma szykan, nie ma wzajemnego dręczenia. Demokraci strzegą pilnie należnego poszanowania dla republikańskich dygnitarzy, republikanie nie ważą się uchybiać demokratycznemu prezydentowi.
Po wściekłym tarmoszeniu się, po nabiciu sobie bolesnych guzów, niby na pięściarskich zawodach, silniejszy uderzeniem w gębę rozciągnął przeciwnika na ziemi... i już po chwili troszczy się o jego zdrowie i pomaga wachlować go ręcznikiem...
Następuje teraz mniej lub więcej gwałtowne wycofywanie poniesionych kosztów, ekwiwalent za położone na rzecz zwycięzcy zasługi.
Dochody prawne nie zawsze wystarczają, trzeba szukać ubocznych zysków, trzeba szukać tak zwanego w Ameryce „graftu22”.
„Graft” jest w pewnym stopniu tolerowany. Niby dawna łapówka rosyjska, o ile nie przebiera miary, o ile trzyma się „rangi”, jest manipulacją nie tyle godziwą, ile powszednią. Nie na to się człek dorwał urzędu, aby biedą handlował.
Wielki „graft” pracuje w rękawiczkach. Operuje taryfami, cłami ochronnymi, koncesjami, pożyczkami, operuje milionami.
Opinia publiczna ma dla takich rękawiczek ironię zaledwie.
Prasa amerykańska umie z całą pogodą ducha zwiastować nowinę, że po takim a takim krachu na giełdzie czy po takim i takim „pushu” ten i ten sekretarz stanu, a więc minister, obudził się o całe trzysta milionów dolarów bogatszym... aniżeli był dnia poprzedniego — albo że imponujący prokurator stanu Illinois był osobistym przyjacielem poległego na stanowisku... naczelnika szajki bandyckiej...
Grafciarstwo, schodząc po szczeblach na dół, przybiera naturalnie coraz przykrzejsze formy. Łagodzi je przecież względna krótkotrwałość urzędów wybieralnych, częste zmiany u żłobów, pozbywanie się osobników zbyt chciwych czy też filozoficzne oczekiwanie swej własnej kolei...
Stany Zjednoczone są państwem tak możnym i zamożnym, że w ogólnym rachunku uszczerbku nie ponoszą. Parę milionów mniej lub więcej czy paręset tysięcy jeszcze wydanych na budowę pomnikowego gmachu, toć w gruncie rzecz mała. Niechże się żywią ci u wielkiego stojący ołtarza...
Smutny wpływ „grafciarstwa”, pchania się do urzędów ludzi przebiegłych, chciwych zaczyna się dopiero tam, kędy czuwać powinni strażnicy prawa i ładu publicznego.
Wymiar sądownictwa w Ameryce, zwłaszcza na niskich szczeblach sądownictwa, bywa przykry, opłakany. Na stolce sędziowskie dostają się często ludzie nie najlepsi, ludzie słabi, zniewoleni ulegać swym mandatariuszom, śród adwokatury plenią się chmyzy23.
W tym kierunku, być może, stosunki w Stanach Zjednoczonych nie są gorsze niż gdzie indziej. Kauzyperdstwo24 i pieniactwo są liszajami, które dręczą nawet względnie zdrowe organizmy społeczne.
W Ameryce przecież te liszaje znajdują bodaj podatniejszy grunt, bo, jak było powiedziane, brak kodeksów, elastyczność prawa obyczajowego, niesłychanie zawiła procedura i krocie ludzi albo niemających pojęcia o normach prawnych albo, jako cudzoziemcy, stojących poza przywilejami obywatelstwa.
Adwokatura w Ameryce jest prawie że sportem, jest zabawą w wykręty, w kruczki, w grę słów. Obrona zbrodniarza polega nie na chronieniu przestępcy przed bezwzględnością sądu, przed jednostronnością oskarżenia, lecz na przedzierzganiu łotra w aniołka, a w ostateczności w Bogu ducha winnego idiotę. Adwokat bez żadnych osłonek publicznie rozpowiada, że mordercy kazał stanąć na stanowisku „not guilty” — dowodzić swej niewinności, to znaczy, że kazał mu wyprzeć się początkowych zeznań, zaprzeć zbrodni...
Kiedy morderca czy rozbójnik nie przedstawia dla adwokata ani materialnego zysku, ani nie wróży listka sławy obrończej, kiedy idzie o jakowegoś banalnego, nieciekawego przestępcę wówczas swada adwokacka obojętnieje na prokuratorskie wywody... Mali nędznicy, ubodzy nędznicy płacą rachunki wielkich niegodziwców.
W sprawach kryminalnych jedynie kara śmierci, a obok niej upór gubernatora stanu — gubernatorzy posiadają przywilej ułaskawiania delikwentów — jest nieodwołalna... Wszystkie inne terminy więzienia aż do „dożywotniego więzienia” zależą od „dobrego sprawowania się skazańca”... i znów od łaski gubernatora... Gubernatorzy zmieniają się szybko, zależą znów od wyborców, od wpływów „politycznych”... W dobrze urządzonych, zdrowych więzieniach pokuta, ekspiacja skraca terminy w szybkim tempie.
Niektóre stany dochodzą w korupcji do krańca. Taki stan Illinois, a zwłaszcza sławetny powiat Cook, tworzący właściwie obwód miasta Chicago, od szeregu lat cierpi na wołającą o pomstę bezkarność dla wszelkiego bandytyzmu. Prokuratoria idzie o lepsze z sądownictwem i policją. Zakrawa chwilami na włoską Camorrę, na Mafię. Dobre duchy obywatelskie kruszą kopie, zrywają się do walki garstki zacnych sądowników, trąd szerzy się. Cynizm swój posuwa do tego, że pogrzeb bandyty zamienia w olbrzymi pochód wieńców, składanych przez dostojników sądownictwa, przez wybrańców ludu!...
Zwykłe oszustwo, szalbierstwo na większą skalę, nadużycie zaufania, te najczęściej przybierają beznadziejną formę procesów cywilnych, niosących pokrzywdzonym lata niepokoju i przyprawiających ich o znaczne koszty...
Procedura bowiem cywilna jest bodaj jeszcze zawilsza. Tu zysk wygrywa z reguły. Tu już za bary biorą się często tak zwane „firmy adwokackie”, olbrzymie instytucje prawnicze, tworzące spółkę dwu, trzech i dziesięciu naraz przedsiębiorców-adwokatów... Taka „firma” ma cały sztab urzędniczy, ma kohorty popychlów i naganiaczy, ma stosunki, ma wpływy, ma kumotrów i znajomków co najwpływowszych. Ona dopiero działa, porusza wszystkie sprężyny, wlecze terminy miesiącami, na lata je rozkłada, a w krytycznym momencie umie nawet za plecami klienta układać się z „firmą” adwokacką strony przeciwnej...
Gorze25 się procesować w Stanach Zjednoczonych, mocnych trzeba po temu nerwów, worków pieniędzy i matuzalowej26 cierpliwości.
Lepiej się pogodzić, załatać spór, wziąć centa za dolara, darować krzywdę, puścić w niepamięć obelgę, aniżeli narazić się na obelgi adwokackie strony przeciwnej...
Dowcip adwokacki opowiada, że gdy do jednego z wytrawnych prawników amerykańskich przybył po poradę zdesperowany urzędnik banku, który popełnił był27 nadużycie, a któremu groziło lada chwila uwięzienie... prawnik wypytał desperata o wszystkie szczegóły, a wreszcie kazał mu nazajutrz ukraść jeszcze całe sto tysięcy dolarów i dolary te przynieść doń natychmiast... Nazajutrz prawnik zameldował się do prezesa banku.
— Jeden z pańskich urzędników popełnił nadużycie, sięgające dwustu tysięcy dolarów. W tej chwili jest już w drodze... Jeżeli przecież bank zgodzi się podpisać zobowiązanie, że zaniecha względem niego kroków sądowych... w takim razie będzie można od przestępcy odebrać pięćdziesiąt tysięcy dolarów... to znaczy tyle, ile ze sprzeniewierzonych pieniędzy nie zdołał jeszcze roztrwonić...
Prezes banku sprawdził jedynie, iż nieuczciwy urzędnik nie był „pod bondem”, a więc nie był asekurowany... i wobec tego zgodził się natychmiast... Lepsze pięćdziesiąt tysięcy, aniżeli szukanie winowajcy po stanach i wątpliwa satysfakcja osadzenia go w chwilowej kozie....
Ten sam dowcip twierdzi, że obrotny „prawnik”, użalił się niedoli lekkomyślnika i machnął ręką na honorarium...
Jeżeli sprawa da się doprowadzić do Sądu Federalnego, do Najwyższego Trybunału, wówczas kruczki adwokackie ulegają okiełznaniu, a wymiar sprawiedliwości nie da się zabałamucić.
Niekiedy przecież nawet władze naczelne, nawet sam Waszyngton musi się uciekać do nie lada konceptów, aby chwycić notorycznego rzezimieszka...
Przykładem takiej komedii była ostatnio sprawa głośnego Al Capone, szefa handlarzy wódką i piwem, właściciela domów gry, domów nierządu, organizatora mordów i napadów bandyckich. Owóż ten Al Capone miliony „zarabiający” rozbójnik chicagowski zażywał całkowitej bezkarności... Nie było dlań ani prokuratora, ani sądu, ani świadka, ani winy... Dygnitarze stanu Illinois nie ważyliby się tknąć tak hojnego magnata... W ostatku władze federalne postanowiły skończyć z Al Caponem... Lecz jak? Udało się raz na Florydzie, kędy rozbójnik przebywał na wilegiaturze28, chwycić go na noszeniu „ukrytej” broni... Była to przyczepka oczywiście... Lecz wskutek tej przyczepki wezwano Al Capone’a do sądu w taki sposób, że się na wezwanie nie stawił... Wówczas wytoczono mu sprawę o „obrazę sądu”... A w dalszym ciągu załadowano go do więzienia pod zarzutem przestępstwa federalnego, bo ukrywania dochodów i płacenia o wiele niższych podatków... Chociaż, jak twierdzili niektórzy, Al Capone bardzo skrupulatnie wykazywał wszystkie dochody z kontrabandy, z kradzieży, z handlu żywym towarem i tajnych szulerek...
Przy takim dopiero podstępie władze federalne mogły zamknąć bandytę i mordercę... Mogły go pozbawić wolności za ukrycie dochodu z grabieży — zarobku na zabójstwie — zysku na morderstwie — ale nigdy ani za grabież, ani za zabójstwo, ani za mord — gdyż tego rodzaju sprawy mogą jedynie wszczynać władze stanowe...
Przy tych udrękach w Stanach Zjednoczonych podziewa się równocześnie jowialny typ sędziego dziwaka, rodzaj francuskiego „bon juge”, zażywający w najlepszej wierze pełni praw swego sędziowskiego mandatu i koncypujący wyroki, które, zakrawając na Salomonowy rozmach, odznaczają się swym zdrowym humorem.
Najprzykrzejszą bolączką ładu publicznego w Ameryce jest policja.
Policja amerykańska zasadniczo nie jest instytucją ogólnopaństwową ani nawet stanową.
Rząd federalny ma od lat dwunastu policję prohibicyjną, czuwającą nad przestrzeganiem abstynencji czy dokładniej zakazu wyrabiania i sprzedaży napoi alkoholowych, ma dalej policję celną, ma wreszcie służbę wywiadowczą, ale w całej swej rozciągłości policja, jako siła prewencyjna czy persekutywna29, jest głównie powiatowa lub miejska, i jako taka tworzy sieć organizacji samorządowych, niezależnych i ze sobą niepołączonych. Dalej jeszcze policja w Ameryce bywa prywatna — a dopiero w ostatku jest również i stanowa, lecz sięgająca w razach wyjątkowych już i milicji stanowej, a więc straży obywatelskiej.
Policja jest w ręku ludzi, piastujących urzędy z wyboru, automatycznie więc jest narzędziem gry politycznej, jest ciągle rezultatem wyborów i tym samym jest zarażona „graftem”.
Wczoraj był szlifibrukiem, komiwojażerem, przedsiębiorcą, dzisiaj z kancelisty w związku tramwajarzy wystrzela na komisarza bezpieczeństwa publicznego, na szefa policji miasta Omaha. Nominację swoją otrzymał wprost od nowo wybranego prezydenta miasta (mayora), dostał przy rozrachunku po zwycięskiej kampanii wyborczej... I ze swej strony otwiera drzwi na ścieżaj dla adherentów30 niższego pokroju.
A więc póki urzędu tego samego mayora, póki jego czteroletniej władzy, czy póki tego samego szefa, póty dany jegomość będzie zażywał prerogatyw strażnika bezpieczeństwa publicznego.
A jest się o co ubiegać. W takim Nowym Jorku uposażenie policjanta wynosi (nie licząc dochodów) dwieście dwadzieścia pięć dolarów miesięcznie, a więc daleko więcej aniżeli przeciętne uposażenie nauczyciela szkoły wyższej (po polsku średniej), niż urzędnika bankowego starszego autoramentu. W małych miastach i osadach policjant w tym samym stosunku jest zawsze dobrze płatnym funkcjonariuszem.
Sute wynagrodzenia, niezależność materialna nie wywierają spodziewanego wpływu, bo nie równoważą niepewności jutra.
Duch policji amerykańskiej przy gentlemańskich pozorach na „reprezentacyjnych” ulicach... jest chropowaty, szorstki i w poczuciu swej siły brutalny.
Wielki, apoplektyczny drab, uzbrojony w słynną pałkę drewnianą, zawieszoną na kiści, a zawsze gotową do grzmocenia, przy byle sposobności rozbija głowy, masakruje oblicza, przetrąca łopatki.
„Mister officer”, jak obowiązek nakazuje tytułować zwykłego policjanta, posiada uprawnienia, o jakich się nikomu nie śniło. Każdy jego rozkaz musi być wypełniony natychmiast, za byle krnąbrność wolno mu puścić w ruch egzekutywę pałki bez żadnej za jej użycie odpowiedzialności.
Policjant kazał skręcić w lewo, gapeusz skręcił w prawo, padł jeden wyraz i oto leży powalony wściekłym uderzeniem. Trzy miesiące szpitala wystarczy.
Bal, wielki polski bal w Jersey City. Jedwabie szeleszczą, chwieją się wachlarze, muzyka łoskotem jakichś cudacznych rondli akompaniuje jękom saksofonu, pary suną rozbawione.
Pośrodku sali balowej dwu policjantów w czapach okręca figlarnie białe pałki. Naraz bystre oko jednego z nich dostrzegło jakiegoś mniej wytwornego tancerza, bardziej przylegającego do swej damy. Jeden skok, łysk białej pałki i tancerz pada jak długi u stóp swej wybranej. Policaje chwytają go za kark i wyrzucają dosłownie na bruk uliczny.
Nazajutrz miejscowa prasa zamieszcza pełne zachwytu notatki o pięknym balu, uświetnionym obecnością przedniego towarzystwa.
Z policjantem amerykańskim nie ma żartów, trzeba być dlań bardzo grzecznym, trzeba omastą łagodzić jego szorstkość i trzeba pamiętać na jego pałeczkę.
Już w Nowym Jorku przy wylądowaniu można zauważyć zaiste dziwny sposób zachowania się względem policji, można spotkać na piątej Avenue eleganckich dżentelmenów zamieniających uścisk dłoni na rogu ulicy z panem policjantem, wtykających mu do kieszeni cygara, niekiedy w dolarowe zawijane papierki.
Lecz jakże sobie poczynać inaczej.
Ten oto pan na rogu ulicy zapisuje sobie, na przykład, najspokojniej numer przejeżdżającego samochodu... W ciągu czterdziestu ośmiu godzin właściciel tego automobilu jest wezwany do sędziego policyjnego, gdzie bez żadnych dochodzeń odczytują mu od razu pięćset numerów automobilów skazanych równocześnie na karę po dwadzieścia pięć dolarów każdy za naruszenie przepisów ruchu... Pośród tych numerów znajduje się i jego własny.
Tysiące zapytań ciśnie się właścicielowi samochodu. Za co mu każą płacić? Cóż takiego uczynił? Błąd oczywisty! Pomyłka w numerze!
Nie ma żadnej odpowiedzi, żadnego wytłumaczenia, nie ma czasu na żadne rozprawy, sędzia odczytuje już drugie pięćset numerów samochodów skazanych również na karę po dwadzieścia pięć dolarów, bo wyrok policjanta na rogu ulicy jest bezapelacyjny...
No, niezupełnie.
Wystarczy dotrzeć do pokojówki kucharki pana Walkera, prezydenta Nowego Jorku, aby kara została skasowana, a policjant zgłosił się z przeproszeniem.
Lecz ponieważ trudno jest za każdym razem docierać do wpływów domowych nowojorskich dygnitarzy, więc praktyczniej jest o wiele być w przyjaźni ze swoim policjantem.
A cóż dopiero w zapadłym miasteczku amerykańskim, gdzie policjant ma spółkę ze „squirem31” i gdzie wykraczającego automobilistę chwyta w lot i stawia natychmiast przed oczyma sprawiedliwości. Sprawiedliwość, juścić tańsza na prowincji, w pół minuty smaruje dziesięć dolarów kary za ten wiatr co wieje. Z tych dziesięciu dolarów połowa należy się władzom miejscowym a połowa przypada za fatygę „squirowi”. Ponieważ temu ostatniemu zależy na tych pięciodolarówkach, więc, w myśl zwiększenia obrotu, dzieli się z policjantem.
Spółka ze „squirem” ma tysiące pomysłów, aby, opartemu na dochodzie z kar, najniższemu organowi sądu policyjnego przyczynić korzyści.
Jednym z takich konceptów jest czyhanie na chwilę, kiedy w czasie litewskiego wesela odbywa się tradycyjne tłuczenie talerzy na cześć młodej pary, przy rzucaniu mniej lub więcej hojnych datków, i kiedy podczas zgiełku i ogólnego podniecenia udaje się wpuścić jednego lub dwu prowokatorów wywołujących awanturę... Na tę chwilę czai się policjant z pałką... Aresztuje całe wesele i prowadzi do „squira”... Kilkadziesiąt dolarów spółka dmucha sobie za jednym zamachem...
Gdy się zważy dobrze liczby imigrantów, tłumy niepożywające32 jeszcze z praw obywatelskich, tłumy nierozumiejące się na amerykańskich przepisach, niewładające językiem angielskim, a obok tego i bezsilność policji wobec swoich własnych mocodawców, przymus zamykania oczu na sprawki tych, którym zawdzięczają posady, wówczas dopiero można zrozumieć owe orgie bandytyzmu, pojąć, kędy mogą się podziewać największe łotrostwa...
Trzy tysiące trupów rocznie zbiera jeden Nowy Jork, trzy tysiące zbutwiałych resztek człowieczych wyciąga ze śmietnisk, kanałów, z rozsypisk, z nor, z dywanami wyściełanych apartamentów... Trzy tysiące trupów niezidentyfikowanych, nieznanych, niedocieczonych, szatkowanych w prosektoriach i koszami rzucanych do grzebieniami idących dołów.
Tyle w jednym Nowym Jorku. Lecz kto by się tym przejmował, kto by się tam troszczył. Ani sił, ani środków po temu.
Policja amerykańska ma w ogóle niektóre obowiązki bardzo uproszczone.
Oto spokojnemu człekowi jakiś oszust zagarnął kilka tysięcy dolarów i znikł z najbliższego horyzontu. Policja spisuje odpowiedni protokół i odsyła go do „zarekordowania” kancelarii prokuratora i na tym czynność swą kończy. O ile oszust zjawi się przed upływem terminu przedawnienia, w takim razie czeka go rozprawa sądowa, o ile słuch o nim zaginie, nikt go szukać nie będzie nawet w najbliższej okolicy.
Jeżeli przecież poszkodowany sobie tego życzy, jeżeli poszkodowany złoży na to fundusze, zgodzi się ponieść koszty... A!... W takim razie ruszą detektywi i bodaj pod ziemią winowajcę chwycą. Ale za to trzeba zapłacić, zapłacić grubo, do straconych tysięcy dołożyć tysiące... Więc lepiej złodzieja nie szukać.
Policja amerykańska jest przy tym, jak rzekliśmy, niejednolita.
Policjant miejski, zależny od byle ławnika, nie zgodzi się z policjantem powiatowym czy małomiasteczkowym, policjant miejski nie znosi, aby się doń wtrącał policjant stanowy, policjant stanowy zaś razem z wielkomiejskim policjantem nie cierpią pospołu policji federalnej, polującej na gwałcicieli prawa o wstrzemięźliwości...
A przecież w Ameryce istnieją jeszcze policje prywatne, policje fabryczne, policje kopalniane, policje przemysłowe, policje czuwające bezpośrednio i tylko nad jednym hotelem, policje śledzące tylu i tylu urzędników czy robociarzy, chodzące stadami za jednym jedynym nababem, za jednym potentatem.
A przecież Stany Zjednoczone mają swoją słynną „Secret Service”, mają swój własny wywiad nie tylko polityczny, nie tylko zewnętrzny, ale i wewnętrzny, i handlowy, i ekonomiczny. I posiadają nadto jedyną na świecie organizację państwową, niemającą sobie równej... mają pocztę...
Poczta amerykańska jest instytucją federalną, zależną od Prezydenta Stanów Zjednoczonych. Wszyscy naczelnicy poszczególnych urzędów pocztowych są dygnitarzami federalnymi mianowanymi bezpośrednio przez prezydenta i, o ile należą do przeciwnego stronnictwa, przez nowego prezydenta usuwanymi.
Ci dostojnicy federalni, tak zwani „pocztmistrze”, są mężami zaufania Waszyngtonu, a pośrednio mężami zaufania rządzącego stronnictwa.
Pocztmistrz jest osobą spoza zespołu pocztowców, jest to obywatel, który dostępuje zaszczytu, osiąga urząd bardzo wpływowy, gdyż reprezentuje władzę federalną, komunikuje się bezpośrednio z Waszyngtonem, od Waszyngtonu odbiera wskazania wraz z odpowiednio do zajmowanego posterunku sutym wynagrodzeniem.
Pocztmistrz jest szefem danego urzędu, zwierzchnikiem zastępu zawodowych pocztowców przez cały okres trwania na swym stanowisku.
Poczta w Ameryce przy wielkiej swej sprawności, przy najbardziej postępowych udogodnieniach i ułatwieniach jest, w razie potrzeby, urzędem informacyjnym.
Poczta przez swych listonoszów, przez oficjalistów, przez zwracanie uwagi na rodzaj i ilość odbieranej korespondencji, zna poszczególnych obywateli, ma zawsze zasób wiadomości, ile że nie jest i nie chce być bezdusznym mechanizmem służącym do wymiany posyłek.
Urząd pocztowy w Ameryce ma wpływ bezpośredni na godziwość wszelkich przez siebie załatwianych czynności, rozciąga pieczę rządu federalnego nad najmniejszymi nawet osiedlami w poszczególnych stanach.
Poczta amerykańska załatwia polecenia, ale i kontroluje, ale i tępi zło w zarodku.
Rozsierdził się Gaweł na Pawła, rozgniewała Agrypina na Bibiannę i kropnęła jej w liście cztery kartki duserów, napisała jej od takich i całą najszczerszą prawdę...
Bibisia amerykańska, otrzymawszy tego rodzaju „pasztet”, zdobi się w pogodny uśmiech... Zemsta bywa podobno radością bogów, ale i uciechą ziemskich świntuszków.
Amerykańska Bibisia nie szuka sądu, nie potrzebuje adwokata. Idzie sobie do pana pocztmistrza i przedkłada mu kopertę z listem Agrypinki... I oto rząd federalny wytacza proces piorunowy Agrypinie o... śmiertelną obrazę poczty, obrazę kosztującą dużo dolarów i wiele smętnych godzin za kratami...
Nie wolno bowiem nadużywać dobrej wiary poczty amerykańskiej, nie wolno, w zamkniętych choćby kopertach, używać wyrazów brudnych, nie wolno prowadzić ordynarnych kłótni, nie wolno lżyć, choćby nawet te obelgi należały się słusznie Bibisi.
Roi się w Stanach Zjednoczonych od szalbierzy handlujących cudownymi lekami. Stugębna reklama za małe centusie rozbija na miazgę co najsroższe mikroby, niszczy tuberkuły, zatłukuje każdego raka, starości strzyka młodością, porastają łyse głowy, ślepi widzą, głusi słyszą, cała mizeria ludzka wywija radosnego fokstrota.
W wolnym kraju wszystko wolno. W ostateczności władze stanu Nebraska patrzą przez palce na to, że ktoś za pomocą oszukańczych ogłoszeń nadużywa dobrej wiary obywatelskich dolarów.
Bezkarność zażywa swobody, gdy wtem poczta się... obraża za to, że ktoś urząd federalny śmie mieć za narzędzie do prowadzenia nieczystych interesów.
I oto sprawa karna pędzi z miejsca w sądzie federalnym, sprawa, do której rządowi federalnemu mieszać się nie wolno, bywa chwycona za kark przy pomocy poczty...
Za wiele strzelaniny przy lada sposobności, byle gamoń chodzi z rewolwerem, za byle pieniądz można śmiercionośny nabyć instrument.
Obywatelowi Stanów Zjednoczonych wolno chodzić z bronią, byle nie ukrytą. Wolno sobie zasadzić za pas pistoleta i straszyć jego widokiem serca trwożliwe. Coś jednak trzeba by uczynić. Zakazać handlu bronią palną? Na to by trzeba głosowania wszystkich poszczególnych stanów, wściekle kosztownego referendum z małą nadzieją na wygraną, boć w niej zamach na godność obywatelską, pogwałcenie prastarego nieobyczaju...
Na szczęście jest poczta!
I oto poczta amerykańska ogłasza sobie bez ceremonii nowy przepis. Broni palnej ani żadnych naboi czy materii wybuchowych za moim pośrednictwem przesyłać nie wolno.
I handel bronią w jednej chwili odbiera cios zabójczy. Ogłoszenia w pismach się nie opłacają. Dostępu do ludzi nie ma, bo nie można posłużyć się pośrednictwem poczty, bo nawet za list, proponujący zakupienie broni, można nabawić się federalnego kłopotu.
W Ameryce jest wolność prasy, cudeńka wolno drukować, ale tych cudeniek lepiej przez pocztę nie wysyłać...
Poczta amerykańska jest ciekawa, ona musi wiedzieć, z kim przyjemność. Wydawnictwu periodycznemu przyznaje zniżki nawet — ale to wydawnictwo musi poczcie przedkładać dokładne raporty, raporty zaprzysiężone, zalegalizowane o tym, kto jest wydawcą, kto redaktorem odpowiedzialnym, o ile wydawnictwo jest spółką, kto stanowi zarząd, ile czasopismo drukuje egzemplarzy, ile wynosi prawdziwa cyrkulacja i na koniec ile... wydawnictwo i jakich ma długów...
Poczta amerykańska tym wszystkim się interesuje, bo z hołyszami zadawać się nie chce... I poczta posiada zaprzysiężone dokumenty, które mogą posłużyć do wytoczenia federalnego, państwowego procesu o krzywoprzysięstwo, o fałsz, o... „obrazę poczty”...
Ale poczta amerykańska nie jest cenzurą! Bynajmniej, jednak baczy na treść, gotowa jest cofnąć obsługę, gdyby treść miała uchybiać jej powadze. Poczta nie lubi pewnych bajd, pewnych plotek politycznych, nie znosi alarmów burzących ciszę... miarowego zgrzytu maszyn i huku młotów parowych. I dlatego poczta amerykańska wymaga, aby wiadomości sięgające poza granice danego miasta podawały źródło i były zaopatrzone w datę.
Wolno nie stosować się do wymagań poczty, nie ma przymusu, ale w takim razie trzeba się bez poczty obejść...
Jak to było powiedziane, poczta amerykańska z natury swego ustroju jest poniekąd narzędziem władzy stronnictwa rządzącego — lecz należy przyznać, że zarówno republikanie, jak i demokraci w stosunku do poczty zachowują należyty umiar, strzegą powagi tego mocnego instrumentu państwowego, działającego bez liczenia się z władzami stanowymi, dyktującego raczej tym władzom swe prawa, swe przepisy.
Na tle tych rzutów wolność obywatelska, godność obywatelska w Ameryce zasnuwa się mgłami, rozpływa w kotłowisku chryj wyborczych, ściera na proszek pod razami pałek policyjnych, arbitralnych „urazów” pocztowych.
I niejednemu pamiętne orędzie Lincolna, wygłoszone niegdyś na polach Gettysburga, na kurhanach krwawej Wojny Cywilnej, wydawać się może pustą deklamacją.
I niejednemu pamiętne wyrazy tego orędzia, powtarzane po dziś dzień niby słowa modlitwy, zabrzmią jako poszept faryzejskich warg...
„And that governement of the people, by the people, for the people shall not perish from the earth!”... wołał niegdyś Lincoln, bo pragnął, aby „Ta władza ludu, władza przez lud, władza dla ludu przetrwała na wieki”...
Jestże dzisiejszy ustrój wewnętrzny Stanów Zjednoczonych ziszczeniem modlitwy Lincolna? Jestże bodaj tego ziszczenia odblaskiem, jestże ideałem, ku któremu steruje nawa sfederowanych republik?
Odpowiedź trudna, bo jedno spojrzenie nie może objąć tak olbrzymiego kontynentu, bo jego rozwój trwa, bo wre ciągle ów potworny tygiel, w którym skwarzą się pomieszane ze sobą nacje, rasy, odmienne tradycje, różne cnoty i różne przywary.
Stanów Zjednoczonych niepodobna mierzyć skalą innych mocarstw.
Stany Zjednoczone zniewolone są do trzymania w ryzach obcych przybyszów, do mozolnego wychowywania potomków tych przybyszów wczorajszych i pozawczorajszych33.
Przy całym swym impecie do posuwania się naprzód, przy swej zawadiackiej energii, federacja amerykańskich republik zmuszona jest upierać się nawet przy przestarzałych formach królewsko-angielskiego ładu, powiaty nazywać „hrabstwami” (county), posługiwać się koronną instytucją „coronerów”, urzędników ustalających przyczyny nagłej śmierci, trzymać się gmatwaniny miar i wag angielskich i wbijać ją w mózgi pokoleń razem z łamigłówką termometru Fahrenheita, godząc się równocześnie, żeć34 to są przeżytki, zardzewiałe resztki.
Ale jakże sobie poczynać, jak radzić, kiedy oto przez sto lat płynęła fala obcego pogłowia, kiedy po dziś dzień całe pokłady tego pogłowia nie oswoiły się jeszcze z tym „przestarzałym”, z tym „niewłaściwym”, dokładniej mówiąc, i do tego jeszcze nie dorosły...
Czyż można bodaj ukrócić orgie tak zwanych w Ameryce „warrantów”, czyli nakazów sądowych pozbawiających wolności najspokojniejszego obywatela za byle oskarżeniem?
Każdy człowiek w Ameryce w każdej chwili może na drugiego człowieka dostać ów „warrant”, bez potrzeby przedkładania dowodu winy, bez powoływania się na świadków. Starczy jednostronne oświadczenie, że ten i ten skrzywdził go na honorze, na majątku, na ciele, aby kancelaria sądu wydała bezkrytycznie do rąk skarżącemu nakaz aresztowania rzekomego winowajcy.
Posiadacz „warrantu” zamienia się w pana wolności osobistej oskarżonego przez się człowieka. Może natychmiast doręczyć „warrant” pierwszemu z brzega pachołkowi policyjnemu i może „warrant” zachować u siebie, wyczekać chwili, uciec się doń w momencie najprzykrzejszym dla oskarżonego, który najczęściej pojęcia nie ma o grożącym mu uwięzieniu.
Wobec warrantu obywatel Stanów Zjednoczonych musi się poddać aresztowi, nie ma żadnych tłumaczeń, żadnych usprawiedliwień, żadnych dowodów niewinności. To należy do przyszłej rozprawy sądowej. Na razie jest to areszt prewencyjny, z którego można się wydobyć za złożeniem odpowiedniej kaucji. Jeżeli w następstwie wyrok sądowy uniewinni oskarżonego, temu wolno oczywiście dochodzić przykrości niewinnego osadzenia go w areszcie, lecz bez ekwiwalentu za poturbowanie przez pachołków policyjnych.
Kuso więc przedstawia się amerykański habeas corpus35. Bardzo niemile wygląda bytowanie człowieka, osobliwie w przeludnionych środowiskach, kędy zrywające się do władzy mrowie nie przebiera w środkach, kędy amerykańskie politykierstwo toczy walki u żłobów.
A jednak poczucie wolności w Ameryce jest potężniejsze niż gdziekolwiek. Hula ono jakby po dawnemu śród bezbrzeżnych prerii, tajemniczych puszcz, grzebieni i zapadów górskich, spogląda hardo od oceanu do oceanu, od tęczowych blasków zorzy północnej ku krwawej pościeli zachodzącego ponad równikiem słońca.
A jednak dobry duch ojców tej nowej ojczyzny ma jako niegdyś orle spojrzenie Indianina patrzącego w dal sponad kopuły waszyngtońskiego kapitolu.
Tygiel, w którym prażą się rasy i nacje
Ludność Stanów Zjednoczonych przedstawia bardzo osobliwą mieszaninę ras i narodów, mieszaninę, pomimo zewnętrznego, anglosaskiego pokostu, w treści swej niestopioną, podotąd36 grającą słojami różnorakich nawarstwień.
Podłożem tej ludności byli uczestnicy ekspedycji wojskowych angielskich, francuskich i hiszpańskich, którzy zakładali pierwsze sadyby, rabując i tępiąc czerwonoskórych autochtonów.
Za tym urzędowym awanturnictwem, poszło awanturnictwo prywatne, zwabione fantastycznymi opowieściami o rzekomych bogactwach nieznanego lądu. Dalej nadciągnęły gromady szukające nowych czy innych warunków bytowania, większego zacisza, życia z dala od fiskusa, od państwowej przemocy czy klasowych nierówności.
Za tymi dopiero gromadami ruszyła z Europy piana społeczna, wyrzucana zewsząd na nadbrzeżne pustkowia.
Przez długie lata władze francuskie, angielskie i hiszpańskie za pomocą deportacji do Ameryki opróżniały swe kaźnie, przez długie lata Ameryka była miejscem obranym przez Europę na ludzkie śmietnisko.
Dla szybszego rozkwitu kolonii chciwość angielsko-hiszpańska uciekła się do sprowadzania niewolników. Urządzano olbrzymie ekspedycje do Afryki na połów ludzkiego towaru. Zwieziono krocie tysięcy Murzynów. Krocie zakatowano batami, krocie zmarniały w dziewiczych puszczach. Dzięki jednak umiejętnej hodowli ludzkiego mięsa zdołano wyprodukować zarodek wielomilionowej murzyńskiej ludności.
Czasy wojny o niepodległość spowodowały bardzo znaczny napływ Anglików i Francuzów i, ściągniętych przez Anglików na zadławienie amerykańskiej rebelii, Hessów.
W onej już epoce niejednolitość ludności była tak wielka, iż żołnierze Washingtona musieli bardziej czuwać nad knowaniami spokojnych rzekomo mieszkańców, aniżeli lękać się brytyjskiej potęgi.
Słynna Pensylwania, legitymująca się dzisiaj swym kwakierstwem, czasów Franklina i Adamsa sięgającym, była niegdyś głównym siedliskiem zdradzieckich Niemców, sprzyjających Anglii, a mordujących bez litości zabłąkanych rebeliantów.
Szybkie powiększanie się obszaru Stanów Zjednoczonych przyczyniło znów nowych elementów, bo silne wzmożenie potomków rasy romańskiej.
Luizjana dała Stanom Zjednoczonym Francuzów — Teksas, Nowy Meksyk, Kalifornia dały Hiszpanów i sporą garść mieszańców, a z nimi razem, do dnia dzisiejszego poniewierające się, szczątki łacińskiej cywilizacji, łacińskich nazw i obyczajów.
Zresztą drzwi, wiodące do posiadłości zrzeszonych republik, stały przez długie dziesiątki lat otworem dla wszelkiego rodzaju przybyszów z całego świata.
Stany Zjednoczone potrzebowały rąk do pracy, potrzebowały ludzi, nie mogły nawet roić o możliwości zaprowadzenia siakiej takiej administracji tam, kędy na przestrzeni większej od Francji podziewało się raptem dwieście tysięcy ludzi, kędy w takiej Indianie, większej od Węgier, w roku 1810 mieszkało zaledwie dwadzieścia cztery tysiące ludzi lub w Nevadzie, równającej się europejskiej Italii, w roku 1860 podziewało się tylko jeszcze 6 857 mieszkańców.
Przez całe dziesiątki lat mógł jechać do Stanów Zjednoczonych każdy, komu wędrówka za ocean dogadzała. Ograniczeń nie było żadnych, formalności żadnych. Kto wylądował, temu wolno było bytować swobodnie, przeistoczyć się w syna nowej ojczyzny.
Stany Zjednoczone, jako władza, nikogo nie pytały ani o pobudki, ani o cel przyjazdu. Dawały schronisko każdemu prześladowanemu, nie odmawiały gościny żadnemu sekciarstwu, miały powolność37 całkowitą dla przestępców politycznych, ale, co więcej, całkowitą uprzejmość dla gwałcicieli prawa cywilnego, a nawet prawa karnego.
Stany Zjednoczone przez długi czas były upragnionym schroniskiem dla wszystkich europejskich szalbierzy, rzezimieszków, bandytów i morderców.
Starczyło łotrzykowi wydostać się z Europy, dotrzeć do Filadelfii, Nowego Jorku czy Bostonu. Wyjęty spod prawa zbrodniarz zamieniał się w osobę nietykalną.
Ameryka nie wydawała i nie chciała wydawać nawet osławionych rozbójników. Rozumowała pobłażliwie, że człek za ocean wyciągnął, aby nowe rozpocząć życie, że nie godzi się nikomu odmawiać drogi do poprawy i że, dopóki europejski zbrodniarz na amerykańskiej ziemi przestępstwa nie popełnił, jest człowiekiem zasługującym na opiekę.
Temu elementowi przestępczemu towarzyszyły, zwiększające się sporadycznie, fale różnorodnego biedactwa, krocie bezdomców, wydziedziczonych pariasów. A śród nich ludzi nieznajdujących na ojczystej ziemi zadość przestworu, zadość horyzontu do wyładowania swego temperamentu, swego zamiłowania do przygód, do walki z przeciwnościami.
Do roku 1860, więc do momentu, kiedy pada pierwsze hasło, wzywające do zniesienia handlu żywym, ludzkim mięsem, zaniechania na koniec jednej z najstraszniejszych na świecie nikczemności, emigracja do Stanów Zjednoczonych płynie równymi względnie grupami, osłabiana nieco w latach wojen europejskich lub w latach tychże wojen właśnie wzmagana.
Od roku więc 1860 zaczyna się powolne, stopniowe dążenie do ograniczenia emigracji. Dotyczy to z początku jedynie rasy czarnej. Ameryka zamyka wstęp Murzynom. Juści38 nie od razu, bo jeszcze musi przetrwać bratobójczą Wojnę Cywilną, bo jeszcze i po Wojnie Cywilnej na tych wielkich obszarach prawo jest nierychliwe.
Drugim etapem, zmierzającym do ograniczenia emigracji, niby ciąg dalszy „antykolorowej” polityki, była kwestia rasy żółtej, kwestia uchronienia białej rasy od niepożądanych skrzyżowań, a bardziej może kwestia niezmiernie potężnych, tajnych związków chińskich i japońskich, które wyrastały nad Pacyfikiem, a jeszcze bardziej kwestia powstrzymania żółtego zalewu.
Dopiero po nałożeniu kagańców na kolorowych przybyszów zjawia się problemat polepszenia rasy białej, niby chęć bardziej celowego, więcej zharmonizowanego doboru, myśl dopuszczania do Ziemi Washingtona jakby samego kwiatu ludzkości, owych bez mała na szczytach cywilizacji stojących nadludzi.
I zapadł oczywiście wyrok sprawiedliwy.
Anglosasi, trzęsący posadami Stanów Zjednoczonych, za takich nadludzi mogli i musieli poczytać jedynie Anglosasów...
A zresztą, rzucone w roku 1823 przez Monroego hasło „Ameryka dla Amerykanów”, hasło, wymierzone przeciwko zachłanności Świętego Przymierza wszecheuropejskich cesarzy, którzy na ziemiach amerykańskich zamierzali szukać folwarków dla europejskich królewiąt — zostało powoli przekute na broń przeciwko nowym przybyszom.
Ameryka dla Amerykanów.
Dla których Amerykanów, dla jakich i która mianowicie Ameryka?
Na te zapytania można by w odpowiedzi napisać całą księgę i jeszcze nie przekonać prawdziwego Amerykanina, że do zasady Monroego takie same prawa może rościć Murzyn, Metys, Portugalczyk brazylijski, meksykański Hiszpan, jak i obywatel Stanów Zjednoczonych.
Ameryka dla Amerykanów to znaczy dokładnie Ameryka dla tych, którzy pierwsi do ziemi amerykańskiej przybyli.
W roku 1907 imigracja do Stanów Zjednoczonych sięgnęła szczytu, doszła do 1 285 349 tułaczów płci obojga. Jeszcze w roku 1914 wylądowało 1 218 480 przybyszów, a dalej liczby kurczą się, próbują dźwigać sporadycznie, lecz aby spadać coraz gwałtowniej, zbliżać się do całkowitej równowagi wyjazdów z przyjazdami, wreszcie dojść do wyrzucania imigrantów siłą z granic tak niegdyś gościnnej ziemi.
Do roku 1820 Stany Zjednoczone liczyły dziewięć i pół miliona mieszkańców. Od tegoż roku 1820 do 1930 włącznie przyjechało do Stanów Zjednoczonych czterdzieści siedem i pół miliona imigrantów, nie licząc tych oczywiście, którzy ominęli kontrole portowe i dostali się przez Kanadę lub Meksyk.
Statystyka roku 1931 wykazuje, że Stany Zjednoczone posiadają sto dwadzieścia cztery miliony ludności, no i pośrednio ta statystyka kładzie kres dalszej imigracji, twierdząc, że te sto dwadzieścia cztery miliony wystarczają całkowicie na zaludnienie potężnej ojczyzny, że Amerykanie nie potrzebują i nie mogą się dzielić swoją własnością z zaoceanowym włóczęgostwem.
I Stany Zjednoczone, zaprzęgając do działania antropologię, etnograficzne studia, fizjologię, higienę z całą medycyną pospołu, operując kolumnami cudactw statystycznych, walcząc księgami Hioba i Psalmami Dawida, otoczyły się nie tylko bastionami i zaworami, ale uciekają się do środków, które by rodowitych Amerykanów doprowadziły do furii, gdyby kraje europejskie chciały im płacić pięknym za nadobne.
Minęły bezpowrotnie czasy, gdy do Ameryki jechało się bez świstka papieru. Dzisiaj Stany Zjednoczone poszły na kraniec, którego nie sięgnęły nawet żandarmskie przepisy rosyjskich mocarzów.
Tak zwana kwota wyznaczana na każdy poszczególny kraj z góry i od razu ustanawia liczbę dozwolonych przyjazdów imigranckich. Ta kwota niby to odpowiada aliażowi ludności, niby procentowo stosuje się do pochodzenia współczesnych Amerykanów. Dokładnie jest to jeden więcej sposób załatwienia drażliwej kwestii. Ile że według widzimisię można brać przynależność państwową za narodowość albo odwrotnie. Polaka mieć za Niemca czy Austriaka lub Niemca, poddanego rosyjskiego, za Niemca tylko.
W roku 1930 na 241 700 dopuszczonych do Ameryki imigrantów Niemców przybyło 34 415 — Anglików 34 960, Irlandczyków 34 947, Szkotów 28 117, Walijczyków 2 043, Holendrów 4 713, Skandynawów 8 478 — Żydów 11 526 — czyli razem 159 199 imigrantów wyliczonych tutaj narodowości, pozostawiając 82 501 wszelkim innym ludom na świecie.
Jak wynika z tego zestawienia, Stany Zjednoczone zapewniły bezwzględną przewagę językowi angielskiemu i rasie anglo-germańskiej. Irlandczycy w tym wypadku, jako naród zanglizowany, obyczajowo i językowo wynarodowiony, pomimo odzyskanej niepodległości, korzystają z tych samych przywilejów co element niemiecki i żydowski, tak skwapliwie lgnące do zewnętrznej amerykanizacji.
Bardzo ciekawym szczegółem jest owo dzielenie mieszkańców wysp brytyjskich nie tylko na Anglików i Irlandczyków, ale i na Szkotów, i na Walijczyków, może dla lekkiego zamaskowania, że te cztery kategorie dają wyspiarzom angielskim prawo do 100 067 emigrantów rocznie.
Poza Anglo-germanami wszystkie inne narodowości zostały uznane za korzystną, a może nieodzowną domieszkę, w takich przecież ilościach, aby domieszka była z góry skazana na rozpłynięcie się w angielskiej zaprawie.
Do wszystkich zresztą kandydatów na emigrantów zastosowano regulaminy skrajne, mające rzekomo wyeliminować spośród nich wszelkie fizyczne i duchowe ułomności.
Władze konsularne amerykańskie starają się niejako obrzydzić emigrantowi Ziemię Washingtona, dręczą go wymaganymi dokumentami, świadectwami, brakują w gabinetach lekarskich, niby trzodę przed dobiciem targu, wreszcie poddają manipulacjom odkażania, odwłosiania, niszczenia europejskich zarazków i dopiero tak sprawiony kawałek ścierwa ludzkiego, niby to już przedniego gatunku, zaopatrzony nawet w rezultaty sławetnego „mental hability test”, wysyłają do Nowego Jorku, na Ellis Island, jako materiał na przyszłego obywatela.
Lecz nie tylko emigrantów, ale i zwykłych turystów, podróżujących w kabinach luksusowych, władze amerykańskie poddają ochronnym manipulacjom. Jej najwspanialszym wyrazem są tasiemcowe kwestionariusze doręczane podróżnym na dzień przed wylądowaniem. Kwestionariusze te wypełniają dziesiątki znaków zapytania dotyczących najdyskretniejszych szczegółów, niekiedy tak dziwne, tak z pozoru naiwne, że pobłażliwy uśmiech budzące.
Kwestionariusz amerykański zapytuje z powagą podróżnego:
— Czy ustrój Stanów Zjednoczonych uważa pan za dobry?
— Czy chciałby pan wpłynąć na zmianę tego ustroju?
— Czy brał pan udział w ruchach rewolucyjnych dążących do zmiany ustroju politycznego lub społecznego?
— Czy zamierza pan przestrzegać konstytucji amerykańskiej?
Takich pytań, rozmaicie skrzyżowanych, jest bez liku. Odpowiadać na nie trzeba bardzo uważnie, gdyż jedno „nie” lub jedno „tak” może skasować dwa inne „nie” lub uchybić trzem innym „tak”, bo najmniejsza nieścisłość nawet pasażera luksusowej kabiny może narazić na wiele przy lądowaniu utrudnień.
Służba okrętowa pomaga wypełniać deklaracje i dla podróżnych stąd raczej sposobność do ironicznych uwag i łatwych konceptów.
Władzom amerykańskim nie idzie zresztą o szczerość i dokładność odpowiedzi, lecz o fakt stwierdzenia ich własnoręcznym podpisem.
Wyobraźmy sobie, iż cudzoziemiec po pewnym czasie, wgryzłszy się w stosunki amerykańskie, zaczyna rozwijać działalność, która prawnie jest dozwoloną, ale która władzy się nie podoba. Wówczas takiemu ruchliwemu a niepożądanemu cudzoziemcowi wytacza się proces o krzywoprzysięstwo... Dobywa się z archiwum okrętowego jego własną deklarację i stawia mu się dowód przed oczy. Zeznał wszak dobrowolnie, że konstytucję Stanów Zjednoczonych uznaje za dobrą, że prawa amerykańskie poczytuje za nienaruszalne dla siebie, a oto wbrew przysiędze swej własnej agituje za ich zmianą, uchybia zobowiązaniu, na podstawie którego został wpuszczony do Ameryki.
Ale nawet kiedy ów cudzoziemiec po dłuższym pobycie uzyska obywatelstwo Stanów Zjednoczonych, to i wówczas jeszcze ta deklaracja wjazdowa jest tak potężna, że może posłużyć za powód do odebrania obywatelskich przywilejów.