Przy księżycu

Już lazury zapałały

Gwiazd tysiącem,

Tonie świat uśpiony cały

W mroku mgle,

Srebrny płomień z światłem drżącem

W me okienko księżyc śle.

Gdy wszedł gość ten promienisty

W progi moje,

Wnet umilkły wichru świsty,

Płacz i jęk...

Przyniósł z sobą marzeń roje,

Złotych snów i wspomnień pęk.

Przyniósł z sobą zapomnienie

Wiecznej troski,

Innych światów ciche tchnienie,

Innych pól,

Gdzie panuje spokój boski,

Gdzie już wszelki zanikł ból.

W srebrną ubrał mnie koronę

Przez okienko...

Wyciągałem w jego stronę

Drżącą dłoń

I mówiłem cicho, miękko,

Pieszczotliwym głosem doń:

«Witaj, witaj, gościu miły,

Druhu stary!

Czemuś blady, jak z mogiły

Duchów rój?

Jak grobowce, zimne mary,

Czemuś blady, druhu mój?

«Nie pojmuję twych promieni

Cichej mowy...

Czy ci tęskno tam w przestrzeni,

Że twój wzrok

Taki smutny i surowy?

Czy cię straszy ziemi mrok?

«Czy uderza o twe uszy

Skarga smętna?

Czy przemawia do twej duszy

Nędzy głos?

Czyś usłyszał bólu tętna?

Czy cię wzrusza ludzki los?»

Lecz księżyca tarcza blada

W przestrzeń płynie

I milczeniem odpowiada,

Słów jej żal...

W dal żegluje po równinie

Lazurowej, w mglistą dal...