Listy wybrane
Listy Zygmunta Krasińskiego mają sławę, ustaloną już od dawna. Jeszcze za życia poety — jak świadczy żartobliwa wzmianka Słowackiego w Fantazym — przepisywały je romantyczne arystokratki i odczytywały z patosem na towarzyskich zebraniach, zaraz zaś po jego śmierci zaczęto je ogłaszać drukiem. Rozpoczęto w roku 1860 od Wyjątków z listów Z. Krasińskiego (2 wydania), potem w czasopismach, broszurach i obszernych tomach ukazywały się zbiory ich, zwrócone do poszczególnych osób. Oto najważniejsze z nich:
Listy Z. K. o poemacie K. Koźmiana p.t. Stefan Czarniecki, Poznań, 1859.
Listy... do Edwarda Jaroszyńskiego, Kraków, 1871.
Listy Z. K., t. I: do Konstantego Gaszyńskiego, Lwów 1882.
Listy Z. K., t. II: do Adama Sołtana, Lwów, 1883.
Listy Z. K., t. III: do J. Słowackiego, R. Załuskiego, E. Jaroszyńskiego, K., A. i St. Koźmianów (wyjątki!) i Bron. Trentowskiego, Lwów, 1887.
Listy do St. Małachowskiego, Kraków, 1885.
Correspondance de S. Krasiński et de Henry Reeve, Paryż, 1902, 2 tomy.
Listy do Stanisława Koźmiana, Lwów, 1911.
Listy do Augusta Cieszkowskiego, Kraków, 1912, 2 tomy.
Listy do Adama Potockiego, Warszawa, 1922.
Listy do Delfiny Potockiej, Poznań, 1930 i 1935 (dotychczas 2 tomy).
Oprócz tego wiele ułamków tej olbrzymiej korespondencji ogłoszono w czasopismach naukowych, książkach zbiorowych, dziełach z zakresu historii literatury, a nawet w dziennikach. Wymienia je G. Korbut w swej nieocenionej Literaturze polskiej, w t. III s. 174–175.
Nieprędko jednak będziemy mieli całkowity, zupełny zbiór zachowanych listów autora Nie-Boskiej Komedii. Na wydanie czeka ich bardzo wiele. Dwa ogromne tomy wydanych dotąd listów do Delfiny Potockiej (n.b. obciętych przez wydawcę) obejmują na 1300 stronach tylko sześć początkowych lat korespondencji — pozostaje do ogłoszenia materiał z reszty, tj. z lat trzynastu. Przede wszystkim jednak domagają się światła dziennego listy, pisane do ojca. Przeglądając niegdyś ich stosy w dworze opinogórskim, obliczałem je na piętnaście do dwudziestu średniej wielkości tomów. Z rodzaju stosunku poety do ojca, z nieprawdopodobnej szczerości, z jaką spowiadał mu się w latach młodych z każdej niemal myśli, a później przynajmniej ze spraw ważniejszych, wynika jasno, że w listach tych zawarty jest materiał, który w nowym, ledwie przeczuwalnym, oświetleniu ukaże postać wielkiego poety, dodając zapewne do znanych już jego cech charakterystycznych sporo pierwiastku męczeńskiego i bohaterskiego. Listy te, które niegdyś należały do zbiorów ordynacji Krasińskich, są obecnie wraz z listami do Delfiny Potockiej własnością pp. Raczyńskich w Rogalinie.
Z wszystkich wymienionych zbiorów i z rozrzuconych po czasopismach materiałów powstał niniejszy wybór, pierwszy i jedyny dotychczas. Zebrano w nim to wszystko, co z jakichkolwiek względów posiada — zdaniem wydawcy — wartość dla charakterystyki poety lub jego epoki. Są tu więc zaznaczone wszystkie fazy jego twórczości od genewskiej zabawy w poetę przez wstrząśnienia petersburskie i warszawskie do arcydzieł i dalej aż do ostatnich utworów poetyckich; w tej dziedzinie nie opuszczono niczego istotnie ważnego, tak że czytelnik może sobie dzieje tej twórczości odtworzyć bardzo dokładnie. Dzieje serca poety występują w tym zbiorze również jasno, począwszy od młodzieńczej, sztucznej miłości do Henryki Willan, odmalowanej tak jaskrawo w listach do Reeve’a, przez smutne dzieje stosunku z panią Bobrową, przez ekstazy dla Delfiny Potockiej aż do ostatecznego, pełnego podziwu ukochania własnej żony. Jak niezrównanym przyjacielem umiał być autor Irydiona, wyczytać można w większości listów.
Wielki nacisk położono na możliwie dokładne zebranie materiału dla ocenienia stosunku Krasińskiego do innych poetów i wybitnych pisarzy, a więc do Słowackiego, Mickiewicza, Malczewskiego, Norwida, Gaszyńskiego, Towiańskiego, Koźmianów, Deotymy, Klaczki itd. Listy do K. Koźmiana o jego Stefanie Czarnieckim, pisane z obowiązku, nieszczerze, pominięto prawie zupełnie, zarówno jak listy do Adama Potockiego, z tego samego powodu. Natomiast zamieszczono starannie najważniejsze wycieczki w stronę estetyki, uwagi o pisarzach obcych, a zwłaszcza o poezji. Aby w niczym nie fałszować istotnych a tak rozmaitych i zmiennych objawów ducha poety, zamieszczono obok najwyższych i najpiękniejszych uniesień listy pospolite i banalne.
W tym ogromnym obszarze życia i ilustrującego je materiału położono nacisk na dwie zwłaszcza epoki: młodzieńczego wzrostu i przedwczesnego, chorobliwego załamania się. Pierwszą, przedstawiają po prostu wspaniale prawie nieznane u nas listy do Reeve’a, podane tu po raz pierwszy w przekładzie z na pół francuskich, na pół angielskich oryginałów. Są to bezsprzecznie najpiękniejsze i najbardziej interesujące listy Krasińskiego. Szybki rozrost genialnego talentu i pierwszorzędnej wagi problemat, około którego się obracają, problem udziału w walce o niepodległość, nadają im charakter wybitnie dramatyczny w dosłownym tego słowa znaczeniu; czytelnik śledzi rozwój akcji, tym ciekawszej, że szczerość wobec przyjaciela zjawia się tam obok wmawiania w siebie samego niedoznawanych uczuć. Listy te są chyba największym skarbem epistolografii polskiej, więc też opuszczono z nich niewielką tylko ilość, a dla dania wyobrażenia o rodzaju sporów i walk między obu młodzieńcami podano w przypisach kilka ustępów z listów Reeve’a. Charakter niniejszego wyboru nie pozwolił, niestety, na częstsze ich przytaczanie. Przekładu dokonała panna Amelia Hertzówna1.
Drugi okres, na który chciano zwrócić uwagę czytelnika, to rok 1848-y, obejmujący tragiczny konflikt z Mickiewiczem i nagły zwrot do możliwie najbardziej prawicowych, po prostu już wstecznych poglądów politycznych. Zwrot to stanowczo chorobliwy; wyjaśnienie dać tu mogą, i powinni, i psychologowie, i lekarze. Pomieszczono tu prawie bez wyjątku wszystkie listy Krasińskiego, rzucające na tę sprawę choćby trochę światła. Przy tej sposobności niech mi wolno będzie zwrócić uwagę na dziwną zgodność zarówno faktów, jak i poglądów, wymienianych w tych listach rzymskich autora Przedświtu, z największym arcydziełem Wyspiańskiego, Legionem. Zgodność ta jest tym bardziej zdumiewająca, że podane tu listy do Delfiny Potockiej ogłoszone (niestety, w wyjątkach!) dopiero w dwadzieścia lat po śmierci Wyspiańskiego. Czyżby je znał z rękopisów? Albo czyżby tak daleko idące podobieństwa pomysłów pochodziły z jednakowej u obu poetów intuicji poetyckiej? Jest to zagadnienie, bądź co bądź, warte chwili namysłu.
Należą się też czytelnikom choćby najogólniejsze, zasadnicze wiadomości o najważniejszych adresatach, choćby tyle, aby można sobie było uzmysłowić ich wzajemny stosunek. Dodane do tekstu portrety2 może zadanie to nieco ułatwią.
Najwcześniejszym i najgłębszym był związek przyjaźni z Henrykiem Reevem. O rok młodszy od Krasińskiego, był Reeve synem bogatego lekarza angielskiego, który umarł wcześnie, powierzając opiekę nad swoją żoną i jedynym synem koledze i przyjacielowi swemu, lekarzowi genewskiemu, doktorowi Janowi de Roche. Z tego powodu zjawił się młodziutki Henryk wraz z matką w Genewie i tu poznał się w listopadzie r. 1829-go z Krasińskim. Łączyły ich wspólne studia uniwersyteckie, zapał do twórczości poetyckiej, młodzieńcze miłości, a wkrótce także wspólni znajomi i przyjaciele. Można przypuszczać, że przyjaźń Reeve’a była Krasińskiemu ze wszystkich najdroższą i najcenniejszą; rozwiała się z winy młodego Anglika, który po powrocie do Londynu oddał się całą duszą dziennikarstwu i jako jeden z głównych współpracowników „Timesa” zapomniał z biegiem lat o przyjacielu i na listy jego nie odpowiadał. Odszukany przez wnuka poety, Adama Krasińskiego, wręczył mu wszystkie, starannie przechowane listy do siebie i swoje własne, pisane do przyjaciela, a w pewnej chwili odebrane od niego. Jak cenną była ta przyjaźń dla naszego poety, można wywnioskować z uważnego przeczytania tych przepięknych listów. Bez Reeve’a sprawiedliwość Nie-Boskiej Komedii wobec stronnictw politycznych byłaby niemożliwa.
Drugim z rzędu przyjacielem lat młodych Krasińskiego jest Konstanty Gaszyński. O trzy lata starszy od niego, zobowiązał sobie na zawsze przyszłego twórcę Irydiona obroną przed atakiem kolegów w czasie pamiętnego zajścia uniwersyteckiego w r. 1829-ym — był jednak umysłowością zbyt przeciętną, aby przyjaźń ich mogła być głęboką. Stąd mentorski i trochę lekceważący ton listów młodszego Krasińskiego, a równocześnie brak w nich zwierzeń o sprawach, sięgających w duszę głębiej, niż zagadnienia literackie. Że chodziło tu o rodzaj umysłu Gaszyńskiego, a nie np. o niskie jego pochodzenie, dowodzi niezwykła szczerość i otworzenie całego serca w pierwszych zaraz listach do Br. Trentowskiego, pochodzącego również ze sfer ubogich. Przyjaźń z Cieszkowskim, początkowo mająca swą podstawę we wspólnych zamiłowaniach do filozofii romantycznej, w późniejszych latach przybrała cechy serdecznego, zupełnego oddania się.
Dwu spomiędzy najważniejszych adresatów należało do krewnych poety — są to Adam Sołtan i Stanisław Małachowski. Sołtan był od Krasińskiego starszy o lat dwadzieścia, więc niezwykle ścisłe związki ich duchowe wypłynęły przede wszystkim z pokrewieństwa, polegającego na tym, że matki ich obu pochodziły z tej samej linii radziwiłłowskiej. Sołtan był pułkownikiem wojsk polskich i po upadku powstania listopadowego musiał udać się na emigrację. Małachowski urodził się w r. 1798, był więc starszy od Krasińskiego o lat czternaście, a spokrewniony z nim był przez rodzinę Czackich. Na emigracji, dokąd przywiódł go udział w powstaniu listopadowym, nosił, dzięki swej powadze, przydomek „Wojewody”; Mickiewicz nazywał go „Podskarbim Rzeczypospolitej”, bo zwykle przez jego ręce przechodziły wszelkie fundusze emigracyjne.
Obie ukochane przez Krasińskiego kobiety starsze były od niego o lat pięć. Wiadomo, że pani Joanna Bobrowa zapłaciła swe uczucia dla autora Irydiona szczęściem swego życia rodzinnego i, opuszczona przez męża, pędziła dni swe w Paryżu, oddana wychowaniu córek. O drugiej z nich, pani Delfinie z Komarów Potockiej, nie żyjącej z mężem swym, Mieczysławem Potockim, i starającej się o rozwód, listy Krasińskiego mówią wszystko. Listy te, niedawno dopiero ogłoszone, rzucają zarówno na adresatkę, jak i na stosunek jej do Krasińskiego światło o wiele korzystniejsze, niż dawne rozprawy osób, wtajemniczonych w jej życie, którym zawdzięczaliśmy wiadomości o niej.
*
Co do metody wydawniczej, zaznaczam z naciskiem, że wszystkie zawarte tu listy ogłoszone są w całości, bez żadnych skrótów i okrawań, tak jak je podano w pierwodrukach, zresztą w olbrzymiej większości już okrojonych. Do rękopisów nie miał wydawca dostępu z nic nieznaczącym wyjątkiem urywków z listów do C. Norwida, których kopie znajdują się w Bibliotece Ordynacji Krasińskich w Warszawie. Pisownię i interpunkcję całego zbioru ujednostajniono, jak to było obowiązkiem wydawcy.
Sprawę objaśnień trzeba było z konieczności potraktować inaczej, niż w tomie I-szym, zawierającym dzieła poetyckie. I tam pozostawiano wmyślenie się w utwór i wyrobienie sobie sądu o nim i zawartych w nim ideach — z wyjątkiem nielicznych aluzyj krytycznych we wstępie — pracy czytelnika, starano się tylko usuwać mu z drogi pracy myślowej najpospolitsze, drobne kamienie, mające postać niezrozumiałych wyrażeń lub zapomnianych taktów. Tu, gdzie chodzi nie o koncepcje poetyckie, z góry już obmyślone dla szerokich rzesz społeczeństwa, lecz o wymianę zdań między dwoma niepospolitymi umysłami, której świadkiem nieproszonym i nieprzewidywanym staje się czytelnik — tu kamyczków takich i wielkich kamieni jest tyle, że prymitywne usuwanie ich mogłoby przybrać chwilami postać karykatury. Więc poprzestano jedynie na tłumaczeniu cytatów obcych i na najkonieczniejszych wyjaśnieniach łamigłówek, używanych przez poetę jako środek ochronny przeciw cenzurze rosyjskiej, której stale się obawiał. Rozwiązywanie zawiłych zagadek nomenklatury rodzinnej, tych niezwykle ważnych i niezbędnych czytelnikowi wiadomości, kogo oznacza słowo „Jan” lub słowo „Księżna”, podawano tylko wtedy, kiedy dokonał go już w przypiskach adresat (np. St. Małachowski), znający wszystkie tajniki sfery, o której mowa, lub jego równie dobrze poinformowany zastępca (np. w listach do Cieszkowskiego syn adresata). W wydaniu popularnym tego rodzaju wiadomości są chyba zbyteczne.
Mam nadzieję, że ten zbiór listów Krasińskiego spełni dobrze podwójne swoje zadanie: dostarczenia czytelnikom rozkoszy obcowania z wielkim duchem i wnikania w najtajniejsze jego myśli i uczucia — a następnie, przez zbliżenie i wykazanie istotnej jego wielkości, usunięcia sztucznych rowów i zasiek, jakie pomiędzy nim a czytającą publicznością wykopała i stworzyła tendencyjna krytyka literacko-naukowa. A usunięcie tych przesądów jest równoznaczne z otwarciem sobie nowej krynicy najszczerszych rozkoszy artystycznych.
T. P.
Listy
1. Do Henryka Reeve’a3
Genewa, 26 czerwca 1830
Drogi mój!
Właśnie otrzymałem Twój list i odpisuję Ci bez zwłoki. Czy Ci nie mówiłem, że Montreux jest nudne, przygnębiające? Nie wiem, co jest w tej okolicy, lecz „serca mego tu nie ma”, jak mówi Lamartine. Masz słuszność: brzęczenie pszczoły, piosenka strumyka, płynącego po kamyczkach, nie są godnym akompaniamentem miłości. Miłości trzeba chmury majestatycznej, posuwającej się z wolna na błękicie niebios, góry nieruchomej a olbrzymiej, grzmotu, rozbrzmiewającego głosem Pana, błyskawicy, zalewającej widnokrąg, wściekłej fali, podnoszącej się z przepaści mórz; wszystko, co wielkie, straszne, wzniosłe, olbrzymie, ukoi serce namiętne, bo jest jednej z nim miary. Ale nie można uzgodnić z miłością pół szmerów, drżeń owadów, skrzydeł motylich, westchnień wody, walczącej ze źdźbłem trawy lub kępką mchu, tych krzyżyków i bemoli przyrody, że tak je nazwę, z miłością młodzieńca wieku XIX, chcę powiedzieć, młodzieńca, który nic ziemskiego do swoich uczuć nie wkłada, a jednak czuje całą siłę nieokiełzanej namiętności. Jemu to właśnie trzeba wstrząśnień nawałnicy i burzy, bo łono jego jest wieczną burzą, a piorun niebieski wierne w nim znajduje odbicie.
Dla Rousseau’a, który napisał swoją Heloizę w czterdziestym piątym roku życia, a może i później, rozumiem, że Montreux było odpowiednie, gdyż w tym wieku namiętność zmysłów już bierze górę nad namiętnością duszy. O, ileż prawdy jest w przysłowiu: „Ukochani przez bogów umierają młodo!”. Tak, Rousseau mógł twierdzić, że spokój w przyrodzie dobrze na niego wpływa. Łagodny powiew wiatru chłodził jego rozgorączkowane piersi, szept strumyka był rozrywką dla jego ucha, w którem tętniła gwałtownie napływająca krew. Wszystkie te drobnostki zabawiały jego płonący mózg, a chłód jeziora uspakajał palącą miłość jego łona. Ale nam, którzy nie mamy ciała z materii, lecz niecielesną duszę z ognia, nam trzeba czegoś większego, czegoś, co nie ześlizgnie się po naszych umysłach, jeno przemówi do ducha. Oto dlaczego w Montreux, pod którego wpływem powstały patetyczne listy i najpiękniejsze rozprawy o miłości ciała, natchnienie mało albo zgoła wcale nas nawiedzać nie będzie.
Znajduję, że trzy strofki, któreś mi przysłał, są bardzo ładne, ale, drogi Harry, „otocz mię swemi ciemnemi ramionami”! To wygląda nieco na kradzież, popełnioną u Twego oddanego sługi, który do Ciebie pisze w tej chwili. Zdaje mi się, że poznaję tu „otoczony mglistemi ramionami burzy”. Ale zresztą czarem wiersza przewyższa to moje słowa.
Muszę Ci napisać, że przedwczoraj byłem w stanie takiej rozpaczy, obrzydzenia, spleenu, nudy, melancholii, że życie mi ciężyło bardziej, niż kiedykolwiek, i że po raz pierwszy przyszła mi do głowy poniżająca myśl skończenia z tym światem, który mało dał mi rozkoszy, odrywając mię od nich, skoro tylko ich zaznałem. Po raz pierwszy w życiu nawiedziła mię myśl o samobójstwie, toteż zaznaczyłem to w swoim notatniku. Ale wkrótce odepchnąłem z pogardą myśl, która może czasami zrodzić się w umyśle, trawionym gorączką, ale którą urzeczywistnia jedynie serce tchórzliwe i nieszlachetne.
Straszliwie mi Cię brak, mój drogi, i pozwolisz chyba, że skruszę kopię w obronie swoich Angielek, „jasnych i uroczych, jak promień słońca ze Wschodu”, napadając na genewianki, z wyjątkiem jednej jedynej, i utrzymując, dla ulżenia sercu swemu, że Genewa jest miastem przeklętem. Następnie muszę Ci donieść, że przedwczoraj w nocy, nie mogąc zmrużyć oczu, przeczytałem dzieło M. Boissier’a: Czy ich odnajdziemy w lepszym świecie?, i że zaczerpnąłem z niego pociechę, życie i nadzieję, mimo oschłego i suchego stylu... i braku choćby krzty poezji. Gdy skończę powieść, która mię obecnie zajmuje, napiszę utwór w tym rodzaju po polsku, wkładając weń wszystkie piękności wyobraźni i poezji, które słaby mój umysł zdoła zebrać, i poświęcę je... tej, która mnie do dzieła tego natchnęła4.
Początek tak brzmieć będzie: „Czy pamiętasz jeszcze wieczór, gdy nad brzegami Lemanu, zamierającego z wolna u stóp ogrodów, z dala od mojej ojczyzny, pytałaś mię, przewidując rozłąkę naszą na ziemi, czy zobaczymy się w przestrzeniach, osypanych gwiazdami, błyszczącemi nad naszemi głowami?” itd., itd. Rozumiesz przecież, że to będzie bez nazwiska. Osądzą może że to twór mojej wyobraźni, a jednak wyjdzie on z mojego serca5. Zawiadamiam Cię, że moje Legiony Polskie drukowane będą w „Bibliotece Powszechnej” wraz z kilku innemi memi utworami, za staraniem p. Roget6.
Napisałem wczoraj rzecz, którą uważam za oryginalną. Jest to historia młodzieńca, który, będąc w głębi duszy poetą, odczuwa piękność i wzniosłość, a nic wyrazić w słowach nie umie. Sam ze sobą jest wielki, ale, gdy zaczyna pisać, jednego zdania ułożyć nie może. Oto część pierwsza. W drugiej zakochuje się w młodej entuzjastce, która początkowo wierzy w to, co wyrażają jego spojrzenia, jego rysy, a później, przekonawszy się, że nic wypowiedzieć nie umie, opuszcza go. Młodzieniec wpada w apatię rozpaczy. Część trzecia: Ojczyzna go wzywa. Spieszy do walki, ale, podkopany cierpieniem, nie ma sił do zadania ciosu wrogowi. Wpada w chorobę. Wnoszą go z powrotem do namiotu, gdzie umiera z bólu, on, który nigdy nie umiał wypowiedzieć się ani w czynach, ani w słowach. Czuł się słowem, pokrytem wiecznie obłokiem. Kończy się słowami: „Nie był to wielki człowiek, lecz była to wielka dusza. Z przyjemnością wyobrażam sobie, że pije teraz pełnemi ustami z czary nieśmiertelności. Światy toczą się wkoło niej i jako pyłek, niegodny jej myśli, spostrzega z dala ziemię, gdzie jej nie doceniono. Zabrała ze sobą wszystkie swoje bogactwa, gdyż na tym padole roztrwonić ich nie mogła. A jeśli brak jej było wieńca poety, warg kochanki i sławy wojownika, obecnie jest blisko Boga, i Boga jej nie brak”.
Jak Ci się to podoba, mój drogi? Napisz mi swoje zdanie!
Oczekuję częstych od Ciebie listów, i kończę pisać, składając Matce Twojej uszanowania i dziękując jej za pamięć.
Twój oddany
Zyg. Kras.
P. Jakubowski7 każe Ci się kłaniać.
Czy chcesz, bym Ci coś załatwił w Genewie? Napisz mi, a zrobię.
Co do innych spraw, zapomniałem Ci napisać, że byłem z pannami Revilliod i de Portes w Mornex, i że ze szczytu Gourze widziałem zachód słońca. To dziwne. Wczoraj był 25-ty czerwca: właśnie minęły trzy miesiące od 25-go marca, gdy z tej samej wieży, z tej samej góry patrzyłem z...8, jak konało słońce na Mont Blanc. O, jakież słodkie a zarazem gorzkie wspomnienie!
Żegnaj, mój drogi!
2. Do Henryka Reeve’a
2 lipca, piątek, 1830 roku
Mój kochany Reevie!
Nie odpowiedziałem natychmiast na list, z którym odesłałeś mi Lamartine’a, gdyż byłem zmuszony przepędzić cały dzień wczorajszy z p. Turretin w Jeantoux na uroczystości „Łuku”. Wczoraj, mój drogi, szczęśliwa moja gwiazda ocaliła mię od śmierci. Wyobraź sobie! Szlachetne towarzystwo „Łuku” po strzelaniu zasiadło do obiadu; podano pieczeń, i złote wino „ivorne”, i stare bordeaux, maderę barwy bursztynu, południowy cheres i szampan z Vevey; całe towarzystwo z wyjątkiem mnie, gdyż już nie pijam wina, spiło się ohydnie. Wracamy na brzeg, wsiadamy do łódek, by dogonić „Wilhelma Tella”, który stał w zatoce Jeantoux. Ja, gdy już wiele łódek przepłynęło, wskoczyłem do jednej, w której było około dwunastu osób; lecz w chwili, gdy wioślarze podnosili wiosła, by odbić od brzegu, spostrzegłem, że moje „dolce cigarito” zagasło i ujrzałem jednocześnie na brzegu Olcocka z zapalonym papierosem. — Wtedy wyskoczyłem na brzeg i, zapaliwszy papierosa, wsiadłem z Olcockiem do innej barki. I oto z jeziora wznosi się nagle ku niebu dziki okrzyk przerażenia. To pierwsza łódź zanurzyła się pod wodę, koło statku i wszyscy pijani wpadli do głębi błękitnego Lemanu. Byli to przeważnie starcy, nie znający sztuki pływania. Szamotali się ciągle, coraz głębiej idąc na dno. — Gulgoczący krzyk kiepskiego pływaka w okropnym strachu. Widziałem ich z bladym i sinym strachem na twarzach. Niektórzy zanurzyli się pod „Wilhelma Tella”, inni wpław dosięgli brzegu, inni wreszcie, czubek głowy wytknąwszy ponad wodę, czepiali się desek wywróconej barki. Był tam jeden szczególnie nieszczęśliwy starzec, nazwiskiem Rochat; słaby i zrozpaczony, uchwycił się kolan jednego z pływaków i ciągnął go na dno; wtedy ten wymierzył w głowę, przez siedemdziesiąt lat osiwiałą, cios okropny i rozdarł mu czoło i wargi. Krew sczerwieniła fale dokoła. W końcu, po kwadransie strachu, oczekiwania i przygnębienia wszystkich wyratowano i przeniesiono na pokład statku. Oczy mieli wywrócone, zagasłe, oddech słaby, włosy płasko przylegające do twarzy. Przywróceni przez starania nasze do życia, przyszli do siebie i żyją wszyscy. Zdaje mi się, że śmierć, której uniknęli, jest śmiercią dosyć niesmaczną. Na rany boskie — zginąć pod belkami statku! A jednak tylko od zagasłego cygara zależało, żem i ja nie poszedł do cieniów krainy, przechodząc w drodze przez dno jeziora.
Mój drogi, winszuję Ci serdecznie Twoich przejażdżek z pn. Blanchenaye. Co do mnie, gdy kocham jakąś kobietę, unikam wszystkich innych, a nawet, że tak powiem, pogardzam nimi. Ja i moja ukochana sami jesteśmy, oddzieleni od innych. Nie posiadam sztuki rozszerzania serca, by weń przyjąć obraz innej.
W tych dniach napisałem dla H. parę fragmentów i Spowiedź Napoleona, przeczytawszy u Lacretellesa9, że Napoleon spowiadał się potajemnie przed śmiercią. Wczoraj napisałem jedno tylko zdanie, które wydaje mi się godnem powtórzenia. Oto ono: „I we wszystkiem, co wzniosłe w niebiosach, i we wszystkiem, co piękne na ziemi, widzę Cię, ukochana moja. Widzę Cię, gdy tęcza z jednego krańca widnokręgu na drugi się przerzuca. Widzę Cię” itd.
Dziękuję Ci, kochany, za zaszczyt, jaki mi czynisz, spostrzegając na mojem czole obietnice nieśmiertelności. Lecz pewnem jest to, że nigdy nie byłem bliższym śmiertelności, niż teraz. Straszliwy ból gardła, głowy i piersi, oto co mię morduje w tej chwili i zaledwie mogę pisać. Poznasz po stylu nawet, że natchnienie w mej piersi przygasło.
Dziś właśnie przeczytałem u Shelley’a te wiersze, które Ci posyłam. To obłok mówi: That orbed maiden with fine laden itd.10.
Czyż nie piękne?
Lorda Englintona skazano tylko na 30 złotych kary. Widziałem go. Jest to piękny młodzieniec, lecz zaprawdę, na czole jego nie widnieją znaki nieśmiertelności, a spojrzenie jego przypomina raczej partię kroketa, niż przebłysk, pochwycony z nieba.
Jestem dziś najzupełniej ogłupiały, chory i głuchy, natchnienia ani krzty. Nie znam nic nad to fatalniejszego i znów wstręt czuję do diabelskiego życia: co tu czynić bez Niej? Jest tak daleko! Gdy sobie przypomnę, że była tak blisko, pienię się z bólu i wściekłości.
Żegnaj, mój kochany, nie chcę Cię dłużej nudzić skargami lub też myślami mojemi.
Żegnaj, kochaj mię zawsze i przyślij kilka nowych wierszy! Nie uwierzysz, jak wiele przyjemności mi sprawiają. A wiesz, że nigdy nie pochlebiam.
Twój szczerze oddany
Zyg. Kr.
Myślę, że tej nocy list do niej rozpocznę, by uśpić me niepokoje. Chudy i suchy Leon Révilliod podarował mi Harmonie11, co mię zmusza do ofiarowania mu dziesięć razy znaczniejszego podarunku.
Listów moich, mam nadzieję, nigdy inne, prócz Twoich, nie będą oglądały oczy, gdyż mowa w nich o osobie trzeciej.
3. Do Henryka Reeve’a
6 lipca, czwartek 1830 roku
Mój kochany!
Otrzymałem dziś list Twój i ułamek O wolności Polski. — „Tu spoczywa naród” jest niezwykle trafne i piękne. Lecz powiem Ci, mój kochany, szczerze moje zdanie.
Wiersze są pisane nieco naprędce i niedbale, zresztą jest to rzecz piękna, tem piękniejsza dla mnie, że przypomina mi jednocześnie ojczyznę i przyjaciela, który ten wiersz napisał. Dziękuję Ci bardzo, żeś mi go przysłał, a ponieważ w sobotę jedziesz do Berna, sądzę, że nie należy już pisać do Ciebie do Vevey, lecz do Berna. Pamiętaj w każdym razie, drogi mój, byś przed pierwszym sierpnia był z powrotem.
Jak na człowieka zakochanego masz, kochany Reevie, zadziwiająco zimną krew. Piszesz do mnie te słowa: „Może już nigdy jej nie zobaczę”, bez ortograficznych błędów i nie zauważyłem także, by Ci pióro zadrżało w palcach...
Jak to — ją, która była Twoją nadzieją, celem Twoim, królową Twoich snów, władczynią Twojej olśniewającej wyobraźni — ją, która natchnęła Cię tylu pięknemi myślami, dla której napisałeś ten wspaniały utwór O sferach, ją, to bożyszcze, to dziecię Twojego serca, potrzebę Twej duszy, możesz li ją w ten sposób porzucić i powiedzieć: „Już jej więcej nie zobaczę”? Mój kochany, zazdroszczę Ci energii, mocy, nieczułości, a raczej spokoju i rezygnacji — ja nie byłbym do niej zdolny. Zresztą, mój kochany, wszystkie kobiety są przewrotne, bez żadnego wyjątku i lepiej czynisz fruwając około kwiatów, niż ja, który się wycieńczam, wpatrując w jedną różę. — Otrzymałem wieści z Anglii szczęśliwych wybrzeży. Dowiesz się o nich, gdy przyjdziesz do mnie cygaro wypalić. — Och! kobiety, kobiety! „postaci im zazdroszczą anieli a duszę mają gorszą, niżeli...”. Tu przerwijmy. Dość mam rzeczywistości, nie trzeba mi pomocy deklamacji. — A ja jednak kocham ją i będę kochać zawsze.
A teraz, mój drogi, muszę Ci opowiedzieć, co wczoraj przeczytałem. Słyszałeś zapewne o młodym poecie angielskim, Keatsu12, który umarł w Rzymie, we wiośnie swego życia, mając lat 24, z suchot i ze zmartwień, spowodowanych napaściami „Quarterly Review”. A konanie jego było długie, bolesne i ciężkie. Śmierć nie od razu przyszła, podkopywała go długo, a pragnął śmierci, jak się pragnie przyjścia kochanki. W końcu, uczuł już, że nadeszła jego ostatnia godzina, a i wtedy, nawet w chwili konania będąc poetą, rzekł do swych płaczących przyjaciół: „Czuję, jak kwiaty na mnie rosną”. Drogi, czyś słyszał kiedyś, coś wdzięczniejszego i ładniejszego? Czyż można zejść do trumny, okazując więcej wdzięku, tkliwego uczucia i delikatności?
W tych dniach napisałem kawałek dla niej — przy świetle księżyca w małym ogródku, dokąd przypłynąłem łódką: „Pozdrawiam Cię, promieniu srebrzysty, bijący w moje oczy. Jej to może oczy niebiosom Cię zwróciły i, udział wziąwszy w piękności jej spojrzenia, zeszedłeś ku mnie z powrotem. Pozdrawiam Cię, błogosławię Cię. Przyjdź, by się po mej ślizgać twarzy, pieścić czoło moje, obmyć moje wargi w gwiazd jasności, przyjdź i mów mi w swej mowie świetlistej o mojej H.”. Potem napisałem: Sen człowieka zblazowanego, któremu musiałem złożyć w dani całą tęczę mojej wyobraźni, a wczoraj i dziś kończyłem: Spowiedź Napoleona.
Jest to rzecz, która najwięcej mnie kosztowała trudu, najwięcej jej poświęciłem czasu, i starań, i sztuki, bo w całej spowiedzi trzeba mi było naśladować pełen energii styl wielkiego człowieka. Przeczytasz to i osądzisz. Przedtem nie chcę wcale sądu swego o tem wypowiedzieć. Jedno tylko Ci przytoczę zdanie. W swojej spowiedzi mówi Napoleon do księdza: „Byłem gromem, rzuconym przez Boga wśród burzy, niszczącej świat, i jeśli go w proch starłem, to po to, by go wyrównać”. Następnie cały utwór tak się kończy: „Ciało jego leży w grobie u stóp skał posępnych, a wielka jego dusza przebywa w chwale boskiej”.
Ale dosyć o moich utworach. Mówmy o czem innem!
Ach, czemuż, jak orzeł, nie mam skrzydeł, by frunąć, zapobiec zdradzie, i znowu przywołać ku sobie to, co się oddalać zdaje! Ach, czemuż nie mogę stać się na chwilę błyskawicą, która z jednej półkuli przelatuje na drugą, roztaczając tylko jeszcze więcej potoków światła. Lecz daremnie wypowiadam takie życzenia — daremnie, daremnie! Niech się stanie wola boska! Ach, cóż się miłością i szczęściem nazywa na tej ziemi? Trochę zapału, który wyobraźnia ozłaca swym blaskiem. Wszystko tu, na tej ziemi, jest ułudą; oto bogini! Skłońcie się wszyscy przed nią, to ona zwodzi, ona podnieca i kłamie, a ludzie dali tym kłamstwom pompatyczną nazwę namiętności a złudzeniom nie mniej wspaniałą nazwę szczęścia. Gdyby na tym świecie istniała rzeczywistość, nie potrzebowalibyśmy nieba, lecz tu, na ziemi, wszystko jest tylko słabem odbiciem niebios. Słońce, które ma miliony promieni na sklepieniu błękitów, traci je, odbijając się w wodach jeziora. — Reeve, masz słuszność, starając się o miłość ust, które są blisko, gdy usta, które kochasz, są daleko. Bądź wierny, a zdradzą Cię, bądź podniosły, a wyśmieją Cię, śmiej się, a będą płakać, płacz, a śmiać się będą. Cóż czynić z temi istotami, które mają coś z anioła, co nas uwodzi, i coś z szatana, co nas gubi? — Czy pamiętasz okrzyk mój: „Królestwo za miłość!”? — Więcej, niż królestwo, oddałem, oddałem serce swoje, i serce moje zostało złamane i pozostanie złamanem, jeśli to nie przejdzie i odejdzie daleko, daleko.
Oto, mój kochany, co zbudziło się w sercu mojem, gdy do Ciebie pisałem; zgaduj, może się omylisz, lecz jeszcze nie wszystko stracone. — Pogarda mi zostaje. — A zresztą przesadzam krzywdę z pewnością. Tak mało trzeba, by kochającemu sercu wyrządzić krzywdę!
Odpowiem szczerze na pytanie o Twoją francuszczyznę; pisząc, nie robisz żadnych błędów, styl masz lekki, urozmaicony i francuski w całem znaczeniu tego słowa, mówiąc zaś, robisz niekiedy poważne błędy, np. zawsze mówisz „pono” zamiast innego wyrazu, gdy mówisz o czasie. Co do mojej angielszczyzny, proszę Cię, wyraź tak samo swoje zdanie!
Żegnaj, kochany! Uszanowanie dla matki Twojej.
Pisz jak możesz najczęściej!
Żegnaj. Twój
Zygm. Kr.
Znajduję rozrywkę wśród nudów, myśląc o przyjemności podróży z Tobą do Chamonix. Capite semper pectoreque laboro. Sed quot doloris est in corde meo haud facile dicitur; egeo praesentia amici, cui possem lugubres canere modos et partem oneris in ejus dejicere pectora. Vale; oroque gratum mihi ut serves amorem13.
4. Do Henryka Reeve’a
Genewa, 14 lipca 1830
„Ukochani przez bogów umierają młodo”. Najprawdziwsze to przysłowie, jakie kiedykolwiek słyszałem lub czytałem. Co poczniemy, mój drogi, gdy serce nasze w głębi naszych piersi zamieni się w grudę błota, gdy życie będzie jedynie wegetacją, gdy staniemy się niemal krzakiem ciernistym dzikiej róży lub trzciną na moczarach? Gdyby nam wtedy przynajmniej usłużne przeznaczenie zechciało podać czarę, pełną letejskiego napoju! Ale, na domiar nieszczęścia, pamięć zostanie, kiedy miłości już nie będzie. A jeśli wówczas rzucimy spojrzenie wstecz na upłynione życie, na ten potok, raz oświecony niebieskim ogniem błyskawic nawałnicy, to znów pokryty płatkami róży, unoszącemi się na nim, jak uśmiech na pięknych ustach, co pomyślimy? Co poczniemy? A gdy spostrzeżemy, że ten sam potok tu traci na szybkości, tam na szerokości, że następnie zwalnia coraz bardziej biegu, pleśnieje, staje się zielonkawy, zmniejsza się, zmniejsza, stygnie, zaledwie się porusza, wreszcie ścina się cały lodem, by nigdy już więcej nie zobaczyć ni słońca, ni wiosny, ni róż, ni błyskawic — wówczas gorzko płakać nam przyjdzie, jeśli jeszcze łez nam stanie, ale nie będzie już łez w naszych zagasłych oczach. Jęczeć będziemy, jeśli jęczeć zdołamy, ale nie dobędziemy głosu ze swego osłabłego łona. Padniemy, mój drogi, całym ciężarem starości, nieustraszonej odwagi, którąśmy mieli na ziemi, a miejsce, gdzie padniemy, będzie naszym grobem. Pożyjemy jeszcze przez czas niejakiś, wpatrując się w niebo nad nami, w świat ziemski dokoła, lecz tak, jak to czyni zwierz lub ptak leśny: bez uczucia, bez świadomości, bez zapału. Różę, którąśmy przedtem kochali i ubóstwiali jako godło i symbol, jako znak i zaklęcie czarodziejskie, poddamy wówczas sekcji, by dowiedzieć się liczby jej płatków lub ilości długich linij jej kielicha. Z młodych poetów staniemy się starymi Candolle’ami14. Księżyc, który dawniej przemawiał do naszego serca każdym swym promieniem, stanie się dla nas planetą i, patrząc nań, my, cośmy marzyli o naszej kochance, będziemy myśleli jedynie o ciężkości i o sile odśrodkowej. Tam gdzie widzieliśmy duszę, życie, nie zobaczymy nic prócz materii i wagi. Tam gdzieśmy odczuwali tajemnice i duszę, czuć będziemy jedynie przyciąganie atomów i rozchodzenie się eliptyczne. I tak z władcy nocy, z pocieszyciela serc naszych księżyc stanie się sferoidą, ulegającą z góry obliczonym fazom, pokrytą pyłem, bezwładną masą, utrzymującą się w równowadze. Gwiazda, która błyszczała nad latami naszej młodości spojrzeniem takiej H. lub takiej C.15, świecić będzie nad naszemi pooranemi w zmarszczki czołami, a promienie jej przebiegać będą przestrzeń z szybkością kilkuset milionów mil na 8 minut. Kompas i koło, oto co nas czeka. Miłość i poezja, oto co pozostawimy za sobą. Ale, być może, Bóg nie dopuści do takiej w nas zmiany, być może grób nasz jest już niedaleki i kwiaty już zaczynają wyrastać nad nami.
Oto, mój drogi, myśli, jakie mnie obecnie zaprzątają i które Ci przesyłam. Bodajbyśmy, wyczerpani wielkiemi myślami, konali powoli w objęciach naszych ubóstwianych. Oto życzenia moje jako poety. Lecz czy jako człowiekowi, czy jako Polakowi wolno mi mieć takie pragnienia? Nie, myśleć trzeba o czem innem, i podczas gdy dla Ciebie serce może być światem całym, dla mnie miłość jest tylko piosenką, wygraną na fletni w przerwach między czynnościami życiowemi; a jednak oddałbym wszystko, by miłość była mojem życiem. Nie sądź, mój drogi, by sprawy moje tak źle stały. Nie, ona mnie kocha jeszcze. Dowiesz się o wszystkiem, gdy się spotkamy. A zresztą choćby tak nie było, ona mię kochała. To wystarcza. Myśli, ku mnie zwrócone, zniknąć już nie mogą. Myśl jest nieśmiertelna, i miłość jej, jak i myśli, nieśmiertelna będzie. Podobnież, jeśli C. Cię kochała, musi, nawet wbrew swej woli, kochać Cię na wieki. Wszystkie jej myśli wielkie i podniosłe, jak promienie słońca, wyszły z jej serca i uniosły się ku niebu. Tam je znajdziesz, tam będziesz szczęśliwy. Masz wielką, olbrzymią nade mną przewagę. Królestwo Twoje, jeśli zechcesz, może nie być z tego świata. Moje częściowo przykute jest przez kraj mój do ziemi. Jestem jak wulkan, który pada z nieba, nie mogąc ani doń powrócić, ani ziemi dosięgnąć. Zawisłem w przestrzeni na stalowym łańcuchu, który przeniknął do mego serca, wrzyna się w nie, a może przerwie. Ale, nim to nastąpi, masz we mnie szczerego i oddanego przyjaciela.
Twój Zygmunt Krasiński
5. Do ojca
Genewa, 5 septembra16 1830 r.
Kochany Ojcze!
Odbyłem podróż po Szwajcarii i widziałem okolice, których wpierw się nawet domyślać nie mogłem.
14 aug17. Wyjechaliśmy z panem Jakubowskim z Genewy na statku parowym, na którym był także Mickiewicz i Odyniec. Oni mieli jedną drogą, a my drugą tę samą podróż odbyć, ale, jak to się najczęściej po polsku dzieje, rzeczy już w ostatniej chwili się rozstrzygają. Właśnie przed rozłączeniem się ułożyliśmy razem jechać, do czego najwięcej przyczyniły się nalegania Odyńca. Własna moja chęć także niemało, bo pragnąłem bardzo poznać Mickiewicza bliżej, a teraz, kiedym go poznał, prawdziwie nazywam szczęśliwą tę godzinę, w której na statku parowym zdecydowaliśmy, że razem pojedziemy. Tego dnia nocowaliśmy w Montreux, najpiękniejszej wiosce Szwajcarii nad brzegiem Lemanu, naprzeciwko skał Miellerie, blisko chillońskiego zamku.
15 aug. Wyruszyliśmy rano i wdrapaliśmy się częścią na własnych, częścią na mułowych nogach. Jest to góra, wzniesiona bardzo nad jeziorem genewskiem. Z niej widok był pyszny: całe jezioro błękitne, całe niebo błękitne, wieniec gór wokoło, lekkie żagle na jeziorze, srebrne chmury na niebie i przestrzeń ogromna, uśmiechająca się, ciągnąca się aż do pasma Jura, które zdawało się być zagrodą między ziemią a widnokręgiem, za który już oko przejść nie może.
Dalej idąc, z gór, okrytych sośniną, zstąpiliśmy między wąwozy i, kiedy zabrakło nam pięknych widoków, udaliśmy się do wspomnień i przypomnieliśmy sobie z Odyńcem warszawskie dysputy z Koźmianem, Osińskim, i obiady, na których tak żwawe bywały kłótnie. Droga nam tak przeszła aż do wieczora; nocleg nasz był w Chateau d’Oin, wiosce dość nędznej pomiędzy dwiema skałami.
16 aug. Obudziliśmy się pośród deszczu, bijącego w okna, i nieprzyjemną w malutkich, niewygodnych powozach ciągnęliśmy podróż. Góry daleko więcej są smutne i ponure podczas słoty, niż równiny, bo w górach ogromne masy mgły się gromadzą, a z nich deszcz drobny, ale przenikający kości. A potem w górach zawsze się spodziewamy pięknego widoku, o którym nie myślimy na równinach, i ten piękny widok, wydarty oczom naszym przez mgłę, w smutek wprawia, tak, jak lica pięknej kobiety, welonem zakryte. Ale rozmowy, rozprawy z Odyńcem, wiersze, kontemplowanie Mickiewicza, bo mało bardzo, prawie nic w pierwszych dniach nie mówił, skracały mi nudy niepogodnego dnia.
Nazajutrz, 17 aug., taż sama słota i niepogoda. Przyjechaliśmy do Thun, miasta, sławnego w Szwajcarii dlatego, że co rok tam obóz artylerii się gromadzi. Jest to jakby szkoła wojskowa. Miasto, samo przez się mało znaczące, pełne było podróżnych. Najpiękniejszą tęczę widziałem wieczorem przy zachodzie słońca. Na czarnem tle z chmur, jakby wymalowana, opierała się dwoma końcami na dwóch skałach, jakby most, przez powietrze anielską ręką zarzucony. Zresztą deszcz nie ustawał i wszystkich w spleen wprawiał.
18 aug. O 9-ej z rana puściliśmy się z Thun po jeziorze tego samego imienia, które jest najbardziej dzikiem w całej Szwajcarii, bo otoczone spadzistemi skałami, poprzerywanemi między sobą, co sprawia, że często temi przerwami wpadają wiatry, sobie przeciwne, i, krzyżując się, burze niebezpieczne wznoszą. A potem te skały są czarne, ostre, rzadko gdzie zielonością obrosłe, kolor wody ciemnozielony. Ogół widoku ponury, osobliwie kiedyśmy płynęli, bo wtenczas mgły wszędzie wokoło wisiały na karkach gór, jedne przeciw drugim biegły, podżegane wichrem, ścierały się z sobą, rozrywały i znów sklejały, by ogromną zasłonę zawiesić między niebem a ziemią.
Po trzygodzinnej przeprawie dostaliśmy się na drugi brzeg, skąd pojechaliśmy powozem do Interlaken. Tu już zaczyna się sławny Oberland, czyli część górzysta kantonu Bern, najrozleglejszego ze wszystkich kantonów. Interlaken jest to ni wieś, ni miasto: składa się z szeregu gospód i leży w pięknej dolinie między jeziorem Thun i jeziorem Brienz. Można powiedzieć, że jest to zupełnie angielska kolonia. Anglicy ogólnie zalewają Szwajcarię tłumami. Dobrze i trafnie to Mickiewicz porównywa do dawnych wypraw krzyżowych, tylko z tą różnicą, że tam był cel religijny, tu światowy, tam bronią pancerz i kopia, tu gwinee i franki, ależ bo tamte w XII, ta w XIX dzieje się wieku. Jedliśmy tego dnia à table d’hote. Podobno to pierwszy czy drugi raz w mojem życiu mi się zdarzyło, i przyznaję, że wielką mam do tego odrazę. Nie lubię twarzy nieznajomych; tyle oczu, a żadne nie zwracają się na mnie z wyrazem przyjaźni, znajomości. Cóż mi po tych ludziach, po większej części nonsensa gadających, rozprawiających o lepszości mięsa, o gatunkach wina, lub też najfałszywiej o polityce! Kilka było Angielek: naród to, który w części swojej żeńskiej miłe ma dla mnie wspomnienia; z daleka każda Angielka przyjemne czyni na mnie wrażenie, z bliska tak mi jest obojętną, jak każda inna jakakolwiek kobieta. Wieczorem siedziałem zamyślony w salonie oberży, pośród kilkunastu osób, pijących herbatę, kiedy zza drzwi sali wzniosły się harmonijne głosy, śpiewające góralskie, helweckie i tyrolskie pieśni. Wyszedłszy, zobaczyłem czterech ślepych, trzymających się za ręce. Przykre i zarazem miłe ich śpiewy robiły na mnie wrażenie. Ci ludzie nieszczęśliwi, na zawsze pozbawieni słońca, jeszcze usiłowali zabawić podobne do siebie istoty, daleko od nich szczęśliwsze, by na chleb zarobić. Wiecznej poświęceni nocy, wzrok utracili, ale zastąpili go głosem; głos melodyjny stał się ich wzrokiem. Zdawało mi się, że widzę człowieka, który, wpadłszy w przepaść, czepia się słabych roślin na jej brzegu z uśmiechem przymilenia na ustach.
19 aug. Niepogoda przymusiła nas siedzieć całe popołudnie w Interlaken. Dla odpędzenia nudy napisałem w tym dniu broszurkę po polsku, której treść wyda się dziwaczną Ojcu. Jest to rozprawa, dowodząca, że dusze osób, przywiązanych do siebie za życia, spotkają się po śmierci. Od czterech miesięcy już mi ciężyło na sercu, bym się z tą myślą wypisał, i ten ciężar zrzuciłem w Interlaken.
20 aug. Z rana przez jezioro Brienz udaliśmy się do pięknej kaskady Giessbach. Spadające jej potoki z wysokiej na 8 000 stóp góry, pięknie, diamentowo się wydawały przy promieniach jasnego słońca, a mnóstwo tęcz, jakoby girlandami z kwiatów wokoło ją opasywało. Poszliśmy na sam wierzch z Mickiewiczem i pamiętam, że z powodu tęczy, która zależy jedynie od położenia oka patrzącego, bardzo pięknie mi mówił o świecie, jakim by się wydał, gdyby w nim człowieka nie było. Jest miejsce w skale, gdzie fale wodospadu tak się w łuk zaginają, spadając z wysokości stu stóp, że można bezpiecznie i bez wielkiego zmoknienia stać pod nimi, a wtenczas, patrząc przez nie na okolicę, zdaje się, że się patrzy przez ruchomą kratę z roztopionego srebra.
Wróciliśmy przez jezioro Brienz do Interlaken; zaraz stamtąd wybraliśmy się do doliny Lauterbrunnen, odległej o milę od Interlaken. U wnijścia do doliny Lauterbrunnen jest ułamek skały, sterczący nad strumieniem, z napisem, w głazie wyrytym, tej treści: „W tem miejscu, podczas niepogodnej nocy jesiennej, baron z Rutli zabił przed trzystu laty własnego brata”. Wrażenie, sprawione tą legendą, nie znika, posuwając się dalej. Owszem, cała dolina zgodnie z nim działa na duszę. Wznoszą się w niej połamane w przepaści ogromy skał, zarosłe borami, szumią zewsząd potoki, huczą wodospady, góry krzyżują się w coraz innych kształtach, każda inaczej swój wieniec z sosen nosi, każda inaczej wyciąga ramiona i piersi wydyma. A nad wszystkiemi wznosi się Jungfrau, sławna Manfredem Byrona i tem, że nikt jeszcze dziewiczych jej śniegów nie dotknął stopą. Cała zdaje się ze srebra ulana, piękna, kształtna, niebotyczna, leci od ziemi, wzbija się w błękity, a uśmiech natury ustawny na jej łonie i skroniach. Zapewne Mont-Blanc jest wzniosłym i wielkim, zapewne na jego czole znać rękę Stwórcy, ale jakoś wyraz jego całości jest mniej powabnym od Jungfrau. On jest bardziej szerokim, wierzchołek jego cięższy, nie tak wysmukły, postawa roślejsza, zda się ciężyć ziemi. A ona jest piękniejszą, kibić ma cieńszą nierównie, śniegi jej srebrniejsze, czoło bardziej zaokrąglone, wszystkie kształty bardziej kobiece, dziewicze. Mont-Blanc (przypuszczając zawsze możność takiego porównania) niezawodnie jest królem alpejskim, a ona królową.
21 aug. Zwiedziliśmy dalsze części Lauterbrunnen, ale nie podobały mi się tyle, co pierwsze. Wróciłem niezmiernie zmęczony do Lauterbrunnen, myśląc, że kuropatwy opinogórskie warte wszystkich gór Szwajcarii. Mickiewicz nieco się ożywił i z nami lepiej zapoznał. O, jakże fałszywe sądy były o nim w Warszawie! Rozległej on jest nauki, umie po polsku, po francusku, po włosku, po niemiecku, po angielsku, po łacinie i po grecku. Doskonale zna politykę europejską, historię, filozofię, matematykę, chemię i fizykę. W literaturze nikt może w Polsce tyle nie ma znajomości. Słysząc go mówiącym, zdaje się, że każdą książkę czytał. Sądy ma bardzo rozsądne, poważne o rzeczach. Smutny zwyczajnie i zamyślony; nieszczęścia już mu zmarszczki na trzydziestoletniem czole wyryły. Zawsze spokojny, cichy, ale znać we wzroku, że rzucona iskra zapali śpiący płomień w piersiach. Wydał mi się ideałem człowieka uczonego i geniuszu pełnego.
Znudzony więc, w oberży lauterbrunneńskiej siedziałem przy oknie z Odyńcem i patrzałem na Jungfrau, kiedy zachodzące żegnało ją słońce różowemi promieniami. Obłok lekki, bursztynowej barwy, prawie przezroczysty, obwijał się koło jej czoła, a razem przezeń błyszczały śniegi jej piersi. Nic równego temu widokowi w snach nie marzyłem. Było coś w tym zachodzie religijnego, boskiego, było coś tak cichego, tak wdzięcznego, że się zdawało co chwila, iż obłok pryśnie i anioł z niego się ukaże. Następnie razem zakwitło czoło alpejskiej dziewicy, chmura się stopiła w błękicie i Jungfrau, cała oblana czerwonością, ukazała się naszym uwielbiającym oczom. Zdawało się, że od wstydu tak się płoni, żegnając się ze swym kochankiem, słońcem, który w kilka chwil później zniknął z nieba, a ona, opuszczona, sama została i pobladła. Przed chwilą jej śniegi były kobiercem ze srebra w róże tkanym, a teraz szerokim, bladym całunem. Ten widok nie wypadnie nigdy ani z mojej, ani z Odyńca pamięci. Myślę, że można by się zakochać w Jungfrau.
22 aug. Wyjechaliśmy z Lauterbrunnen i pośród gęstej mgły przeszliśmy wierzchołek Wengernalp, góry, z której, mówią, że jest widok najpiękniejszy w Szwajcarii, aleśmy nic nie widzieli. Dopiero, kiedyśmy przyszli do doliny Grindelwald, mgła się rozeszła. Jest to dolina dość piękna, zdobna ogromną skałą Wetterhorn i dwoma gleczerami (glaciers18), które aż do równiny się spuszczają — ale w żaden sposób nie może iść w porównanie z Lauterbrunnen.
23 aug. Z Grindelwaldu udaliśmy się do Meiringen, wsi, leżącej w pięknej dolinie Oberhasli. Droga była trudna, męcząca, nad brzegiem przepaści, kręcąca się pomiędzy górami i skałami. Nie może sobie Ojciec wyobrazić obrzydłego charakteru pospólstwa szwajcarskiego, tak sławionego w całej Europie dla swojej cnoty i prostoty. Wszyscy tylko myślą o zysku, o zarobku; pełno żebraków, dzieci maleńkie, dobrze ubrane, wychodzą na drogi i proszą o jałmużnę; wszelkiemi sposobami starają się oszukać cudzoziemców, wszyscy w tym celu trzymają się za ręce, wszyscy ku temu zamiarowi całemi siłami dążą.
Dolina Oberhasli jest położona między dwoma pasmami gór, nie bardzo wzniosłych, ale ponętnych z miłej zieloności; strumyki szemrzą po murawie, wodospady po skałach się rozbijają, wszędzie drzewa się zielenią i kwitną kwiaty. Tuśmy dla odpocznienia dzień przesiedzieli, podczas którego w porządek ułożyłem Ułamki podróży szwajcarskiej, które chciałbym posłać do Warszawy, ale nie wiem czy pan Józef zechce je wydrukować; będzie z nich wszystkich mała broszurka. Są to opisy na miejscach i pod wpływem miejsca pisane. A propos tego, p. Girard pisał mi, że autor podróży po Szwajcarii saskiej, K., wrócił do Warszawy z zagranicy pod postacią wielkiego fat’a19. To okropna rzecz, że trwa u nas jeszcze ten zwyczaj wracania z Paryża z chustką dobrze zawiązaną i frakiem nowomodnym i niczem więcej; że trwa u nas to srogie przeznaczenie, iż większa część młodzieży naprzód w uniwersytecie nic się nie uczy, tylko krzyczy, a potem, wyjechawszy do niemieckich zamorskich krajów, zamiast żeby europejską postać przybrać i europejską kulturę przyjąć miała, jedynie przyjmuje śmieszności, i stare zdania, i stare zwyczaje. Bo w teraźniejszym wieku już fat’em być się nie godzi: dobrze to było du temps de la régence20. Dodam także inter parenthesim, żem się podczas drogi wyuczył doskonale strzelać z pistoletu, tak, że jabłka w powietrzu rozbijam. Coby powiedziały kuropatwy opinogórskie i bekasy knyszyńskie, gdyby o tem posłyszały!
25 aug. Rano wyszliśmy z Meiringen i przebywszy śliczną dolinę Hasli-in-Grund, wjechaliśmy w dziką okolicę Grimsel. Trudno tę dzikość okropną opisać, ten ponury huk potoków, wydać ten grzmot awalanszów (lawin), co chwila padających między górami, tę samotność miejsc, pełnych przepaści i czarnych otchłani. Tu skały i góry zupełnie inny kształt przybierają, inną wcale mają charakterystykę. W okolicach, już przez nas zwiedzanych, skały po większej części spiczaste, tu zaś są okrągławe i podobne do fal potoku które, z góry spadające, siła jakaś nieznana w głaz zamieniła. Widzieliśmy także tego dnia spadek rzeki Aar, który, jak mówią, piękniejszy daleko od Renu w Schaffhouse. Rzeka cała z ogromnej skały w potrójną, bezdenną przepaść leci z hukiem piorunu, z tęczami wokoło, z kłębami piany, podobna do śniegu. Nocowaliśmy na dzikiej, opuszczonej, żadną trawką ani drzewem nie ocienionej górze Grimsel, wysokiej 6 tysięcy stóp, w nędznej gościnie drewnianej i w najsmutniejszem położeniu.
26 aug. Z trudnością nam przyszło zejść z góry Grimsel, u której stóp odkrywa się z boku największy z gleczerów alpejskich (po Mer de glace Chamounix), z którego Rodan swoje źródło bierze. Tu piłem pierwszą kroplę Rodanu, wychodzącą spod jaskini z lodu. Dalej szliśmy pomiędzy dzikiemi, ponuremi, nagiemi górami, udaliśmy się z wielkiem znużeniem na wierzchołek Furki, po ścieżce zasianej kryształami skalistemi, i stąd mieliśmy pyszny widok na całe pasmo gleczerów Oberlandu. Monotonna droga zawiodła nas do Andermatt, miasteczka, gdzie się kończy Oberland. Przechodziliśmy jeszcze tego dnia obok góry św. Gotharda, po której urwiskach zrobiona droga jest arcydziełem pracy ludzkiej i sztuki. Andermatt jest miasteczkiem, odległem o pół mili od Mostu Diabła, sławionego w tylu opisach. I w rzeczy samej, nigdzie szatan może na ziemi, nie mógłby stosowniejszego wybrać sobie miejsca: jest to most kamienny o sześciu arkadach zstępujących aż do dna przepaści, po której huczy i skacze w białawych falach rzeka Reuss; wokoło wieniec ze skał ostrych i jeżących się urwisk. Trzeba do mostu dochodzić przez jaskinię, czyli raczej galerię, w skale wykutą. Niezawodnie, jeśli anioł ciemności przebywa na ziemi, tam jest tron jego pośród czarnej nocy.
27 aug. Z Andermatt pojechaliśmy już powozem do Altdorf, a stamtąd puściliśmy się jeziorem Walstetten21 i wypłynęliśmy między okolice, pełne wspomnień i pamięci Tella. Tu on zbił jabłko z głowy niemowlęcej syna, tam wyskoczył ze statku Gesslera podczas burzy, i wystawiono w tem miejscu kaplicę, tam znowu na brzegu, w oddali zieleni się wzgórek Grütli, gdzie pierwszy związek przeciw austriackiej przewadze uczyniony. Samo jezioro jest pyszne; zachodzące daleko w niego skały sprawiają, że pływającym po nim coraz nowszy widok się odkrywa. Po kilkugodzinnej żegludze przybyliśmy do portu wsi Brunnen. Tu już wieczorem, przy blasku księżyca, zerwała się okropna burza; świsty wiatru, pukającego do okien, wywołały mnie z pokoju i poszedłem na brzeg wody. Łamały się z sobą wściekle fale, czasem bałwan, odrywając się od środka jeziora, suwał się po modrej przestrzeni z szybkością błyskawicy i rozbijał się po głazach u brzegu. Ruch tak wielkiej masy wody był poważny. Rozpryskiwały się promienie księżyca pomiędzy niesfornemi falami. Miło mi było patrzeć na burzę z brzegów jeziora, myśląc, że tak często w duszy walczą uczucia i jedno drugie rozdziela i szarpie, że promienie światła i religii tak przepadają, giną i łamią się między nimi, jak blask spokojnego księżyca, lecz że to nigdy tak długo nie trwa, bo, im większa burza, tem prędsza cisza. I w rzeczy samej, nazajutrz, kiedym się obudził, niebo już było czyste, wiatr uśpiony, a jeziora tonie zwierciadlane.
28 aug. Z Brunnen wyjechaliśmy, by dostać się do sławnej góry Rigi, z której widok rozciąga się aż daleko za granice Szwajcarii do Włoch i Niemiec, i obejmuje wszystkie pasma gór helweckich z jednej strony, a z drugiej łańcuch Jury. Trzeba nam było do tego przechodzić przez miejsce, gdzie dawniej stało miasteczko Goldau, otoczone czterema wsiami, a gdzie teraz leżą piramidy kamieni, skał stosy, a nad nimi rośnie już trawa i młode krzewią się drzewiny. Już mija lat dwadzieścia22, jak wpośród południa, w dniu pogodnym, wierzchołek góry Rosberg, wznoszącej się nad Goldau, zaczął się poruszać i drżeć cały, a potem cały upadł i pociągnął za sobą część góry. Z ogromnej wysokości walące się skały zawaliły Goldau i wsi cztery. Nie było w ludzkiej mocy odkopać pogniecionych chat i ciał umarłych; leżą one pod nagrobkiem ciężkim z głazów, które im przyrodzenie w swoim gniewie wystawiło. Na przestrzeni mili cała powierzchnia pokryta zwaliskami Rosbergu. Pięćset ludzi pod nimi usnęło snem śmierci. Lecz niezadługo już znowu przyrodzenie uśmiechać się będzie nad własnem spustoszeniem, wkrótce kwiaty, murawa i gaje rozwiną się na pogrobowiskach, i przyszłe pokolenie uprawiać będzie ziemię, ciężącą nad piersiami przeszłego. Opuściwszy tę smutną okolicę, udaliśmy się na wierzchołek Rigi, gdzieśmy mgłę ciemną zastali i cały dzień następujący w gościnie przebyć musieli, tąż mgłą otoczeni.
30 aug. O czwartej z rana obudził mnie dźwięk pasterskiego rogu, oznajmującego wschód słońca na czystem niebie. Wyskoczyłem z łóżka, wybiegłem na wierzch góry, i widok prawie nieziemski, nadprzyrodzony ujrzałem przed sobą. Słońce jeszcze nie ukazało się, ale złote chmury u wschodu czekały na pana. Ocean z mgły zalegał całą przestrzeń, a wierzchołek Rigi zdawał się wyspą nad nim, równie, jak inne wysokich gór szczyty. Pyszny to był obraz! Mgła wisiała niewzruszona między nami a ziemią. Byliśmy nad chmurami, a chmury wydawały się powierzchnią, zbitą ze śniegu i lodu. Lecz, kiedy weszło słońce, ta powierzchnia rozrywać się zaczęła i przez otwory w niej, coraz bardziej się rozsuwające, to przebijał błękit jakiego jeziora, to zieloność jakiej łąki lub lasu. Wreszcie, kiedy mgła zupełnie się rozsypała, ujrzeliśmy krainę wokoło szeroką, rozmaitą, daleką, czternaście jezior, gór tysiące, i Włochy, i Niemcy w oddali. Nacieszywszy się tym widokiem, opuściliśmy Rigi i przez jezioro Walstetten dostaliśmy się do Lucerny.
Lucerna jest miastem mniejszem, ale weselszem od Genewy; kościołów katolickich dwa, a bardzo lubię katolickie kościoły po dawnem ich niewidzeniu. Jest w Lucernie sławny pomnik, wystawiony pamięci Szwajcarów, którzy zginęli 10-go augusta23. Jest to w skale wykuty lew ogromny, konający nad zdruzgotanemi broni pękami podług modelu Thorwaldsena. Skała stoi nad stawem wśród pięknego ogrodu, a żołnierz stary, który był w tej rozprawie, mieszka przy pomniku i pokazuje go ciekawym.
31 aug. Wyjechaliśmy z Lucerny i już równiną odbywaliśmy podróż.
1-go septembra stanęliśmy w Bernie. Nazajutrz byliśmy rano u pana Seweryna24, który nas bardzo grzecznie przyjął i zaprosił na obiad. Po obiedzie oddał nam nasze paszporty i pożegnaliśmy go. Pani Sewerynowa bardzo przyjemna osoba. Następnie, nie zatrzymując się nigdzie, wróciliśmy prosto przez Lozannę do Genewy. Tu zastałem listy od pana Girarda, które w głęboki smutek mnie wprawiły, ale czekam listu od kochanego Ojca, a wtenczas odpiszę.
Ogółem podróż ta przyjemną mnie była, a towarzystwo Mickiewicza niezmiernie pożyteczne. Nauczyłem się od niego zimniej, piękniej, bezstronniej rzeczy tego świata uważać; wielu przesądów, uprzedzeń i fałszywych wyobrażeń się pozbyłem, i niezawodnie to wpływ dobry i szlachetny. Wróciliśmy z p. Jakubowskim do dawnej pensji naszej. Miałem teraz polować trochę, ale za smutny na to jestem. Zamknę się w pokoju i będę czytał i uczył się. Żegnam kochanego Ojca i polecam się Jego sercu.
Zygmunt Krasiński.
6. Do ojca
22 oktobra25 1830 r.
[...] Mickiewicz siedział jeszcze dosyć długo w Genewie i często go widywałem. Rozmowy, z nim miane, oświeciły mnie w wielu względach co do literatury i filozofii. Niechaj Ojciec wierzy, że to nie stronność26, ale prawda, co powiadam: jest to człowiek zupełnie na równi z europejską cywilizacją, umiejący dziwnie dobrze godzić realność suchą życia z najwznioślejszemi pomysłami poezji i filozofii idealnej, mający najczystsze zamiary i chęci, a razem obszernego umysłu, sięgającego do wszystkich nauk i sztuk, wybornego sądu o rzeczach politycznych i scjentyficznych, rozsądku niezachwianego w rzeczach codziennych, spokojnego, cichego charakteru; widać, że przeszedł przez szkołę nieszczęścia. Zupełnie mi wyperswadował, że szumność jest głupstwem tak w działaniu, jak w mowach, jak w pisaniu, że prawda i prawda tylko może być piękną i ponętną w naszym wieku, że wszystkie ozdóbki, kwiatki stylu są niczem, kiedy myśli nie ma, że wszystko na tej myśli polega, i że, chcąc być czemś teraz, trzeba uczyć się, i uczyć, i uczyć, i prawdy wszędzie szukać, nie dając się ułudzić przez błyskotki, które świecą przez czas jakiś, jak robaczki na trawie w maju, a potem gasną na wieki. Spotkanie się z nim wiele mi dobra przyniosło.
Przed dwoma tygodniami wyjechał stąd, i prawdziwie było smutnem i rozczulającem widzieć, kiedy się żegnał z Odyńcem. Myśl, że może już nigdy się nie zobaczą, rzucała barwę boleści na tę chwilę. Ściskali się długo, Odyniec ze łzami w oczach, Mickiewicz ze stalszą postawą, ale z twarzą, na której znać było najgłębszy smutek. Tak się rozjechali, i Odyniec żałował go, jak gdyby kochanki. Jest on dotąd tutaj i co dzień się widujemy...
W tym momencie właśnie jest u mnie z Reevem i rozbierają dosyć żwawo talent Byrona i Moora. Reeve bardzo przywiązał się do mnie.
Zygmunt Krasiński.
7. Do Henryka Reeve’a
Florencja, 18 listopada 1830
Drogi Henryku!
Mam gorączkę, nieomal popadam w malignę, ale sił mi nie brak, jestem pełen życia, nie mogę powiedzieć, szczęścia, gdyż sprzeczność uczuć moich miota mną gwałtownie: w tej chwili gotów byłbym działać, pisać, bić się, wsiąść na okręt, narazić się na rozbicie, jednem słowem poruszać się prędko i równo po drodze życia. Nie sądź, że to Włochy wywarły na mnie ten wpływ, galerie tutejsze i Wenery Medycejskie, gdyż wszystkiego tego nienawidzę. Stało się to za sprawą H. Wyobraź sobie, że, przybywszy tutaj przedwczoraj, zastałem od niej dwa listy na poczcie we Florencji. A listy te zdolne są odjąć rozum człowiekowi, nawet jeśli go już uprzednio nie postradał. Valga me Dios27. Prosi mię o przebaczenie za list, który mi napisała, i tysiąc razy zapewnia mię o swojem przywiązaniu bez granic. Powtarzam Ci, mój drogi, że jestem w stanie gorączki, w chwili przełomu i oto dlatego ostrzegam Cię byś się nie zdziwił, jeśli list ten będzie zawierał rzeczy bez związku lub coś podobnego do obłąkania. Ciągnę dalej moje opowiadanie, sądzę bowiem, że Cię zajmie z powodu Twojej dla mnie miłości. Oto jej własne słowa: „Wtedy, gdym Ci pisała, byłam najnieszczęśliwszą z istot; ach, Krasiński, drogi Krasiński, jakże śmiem Cię tak nazywać, póki mi nie przebaczysz? Wiem jedynie, że byłeś mi drogi i zawsze nim będziesz. O nieba! Więcej pisać nie mogę, głowa moja płonie, nie jestem ani dość silna, ani dość zrównoważona, by pisać dalej. Jeśli powiesz, żeś mi przebaczył, aniołowie w niebie szeptać będą te błogosławione dźwięki” itp.
Pierwszy list jest z 19 października, drugi z 28.
Drugi po francusku; pisze mi w nim, że zazdrość jest straszną namiętnością, że wyobraziła sobie, iż kocham inną, sądząc z tonu listów, które do niej pisałem podczas mej podróży po Szwajcarii, i że była na wpół obłąkana, że dotąd jest nieprzytomna, że jest jednocześnie szczęśliwa i nieszczęśliwa, a w końcu, że mię zawsze kocha i że mię prosi, bym jej natychmiast odpisał i przebaczył. Możesz sobie wyobrazić, jakie wrażenie zrobiło na mnie coś tak nieoczekiwanego. Po przybyciu do Florencji i podczas całej prawie swej podróży byłem w podnieceniu bezustannem. Czegoś się spodziewałem, ale nigdy tego wszystkiego, a jeśli „to” na myśl mi przychodziło i było przeczuciem, odtrącałem je natychmiast, jako przypuszczenie fantastyczne i nieuzasadnione. Wzburzenie moje dosięgło szczytu w chwili przybycia mego do Florencji. Trzeba było czekać do następnego dnia na otwarcie poczty, co podwoiło mą niepewność i niepokoje. W końcu otrzymałem rano te dwa listy i, szczerze powiedziawszy, mój drogi, czuję wyraźnie, że jednak nie jestem przy zdrowych zmysłach. Odpowiedziałem naturalnie natychmiast, udzielając przebaczenia i pisząc, że nie przestałem kochać i że zawsze kochałem, ale jednocześnie oświadczyłem, bardziej stanowczo niż kiedykolwiek dawniej, że nigdy nie zostanę jej mężem, że trzeba, by inny służył jej za przewodnika i opiekuna; że ja przyjacielem jej tylko być mogę, przyjacielem, który bronić jej będzie kosztem życia i mienia, jeśli zajdzie potrzeba, do którego zawsze będzie mogła się zwrócić po pociechę, i pomoc, i przywiązanie, i że aż do czasu, póki się nie zdecyduje na wybór człowieka, mającego za mnie odegrać rolę, której ja wypełnić nie mogę, ośmielę się pisywać do niej w sposób dawny, gdyż kocham, gdyż ubóstwiam ją zawsze, ale że, gdy już wyboru dokona, będę pisywał do niej jedynie jako przyjaciel i że przyjaźń ta, słodka i czuła, jak uczucie brata i siostry, przetrwa życie całe, i że po śmierci odzyskam swoje prawa. Ach, drogi Henryku, jeśli to wszystko napisałem, to jedynie pod przymusem obowiązku, gdyż kocham ją gwałtowniej, niż kiedykolwiek, i tak słodko by mi było nie rozwiewać tego złudzenia, rozpocząć znowu piękne dni miłości, która mi tyle szczęścia dała, przyjąć ją, błagającą o moje przebaczenie, przyjąć ją, mówię, całym pędem najbardziej egzaltowanej i najgorętszej namiętności. Ale cóż robić? Musiałem jej odjąć nawet cień nadziei. Napisałem jej nawet, że na wiosnę nie przyjadę do Anglii.
Biedna Henrieta, odnawia w liście przysięgę, złożoną w niedzielę wielkanocną. Szczerze mówiąc, mój drogi, muszę Ci się zwierzyć, że wydaje mi się, jakby była trochę pomieszana na umyśle. Od czasu jej listu z Lucerny, gdzie mówi: „Zostanę starą panną dla Ciebie”, wciąż mi się to wydawało. Toby było straszne, okropne. A któż by był tego sprawcą, kto, jeśli nie ja, ja sam? Zaprawdę, dość żartów i egzaltacji! Jestem nieszczęśliwy i unieszczęśliwiam tych, których kocham, mówiłem Ci to wiele razy. Biedna moja H! Przypominasz sobie, jak była świeża, wesoła i radosna? A teraz? Nie mówmy o tem! Jestem na drodze, prowadzącej prosto do potępienia.
A teraz, gdy Ci już doniosłem, mój drogi, o wszystkiem, co się spraw moich tyczy, przyjm szczere i otwarte zapewnienie przywiązania i wdzięczności, którem Ci winien za czuły sposób, w jaki w chwili rozstania dowiodłeś mi swojej przyjaźni. Jestem wrogiem tyrad o przyjaźni, ale, drogi mój, powiem Ci tylko kilka słów: jestem Twoim przyjacielem na śmierć i życie.
Nie będę Ci opisywał mej podróży włoskiej, bo dotychczas nic nie widziałem prócz katedry i teatru w Mediolanie, a następnie opery w Bolonii. Nic mię nie interesowało ani nie podniecało, podczas gdy zbliżałem się do Florencji. Siedziałem w powozie zagłębiony między zwątpieniem a niepewnością, i ciągle myślałem o Niej. Po przyjeździe doznałem tak silnego wstrząśnienia, że Wenus Medycejska, sądzę, słabe na mnie zrobi wrażenie, gdyż dusza moja jest w płomieniach. Głaz starożytny, dobrze rzeźbiony, ale martwy i zachowujący wyraz jednej jedynej myśli, nic do tego dodać nie zdoła. Zresztą rozumuję tak, nie zobaczywszy jej jeszcze. Teraz jedną tylko rzecz pragnąłbym widzieć: morze. Podczas całej mojej podróży miałem spleen, w przerwach widziałem przelotnie niebo włoskie i nic więcej.
Uściskaj ode mnie serdecznie Zamoyskiego28 i powiedz mu, że jestem bardziej szalony, niż kiedykolwiek, zresztą, szalony czy zdrowy na umyśle, nie mniej kocham i napiszę do niego z Rzymu, jak sam mnie o to prosił. Czy miał wiadomości od Odyńca z Paryża? Mickiewicz jest już w Rzymie. Ankwiczowie, bawiący we Florencji, każą mu się kłaniać. Leach przed dwoma tygodniami pojechał do Neapolu, 1-go grudnia będzie w Rzymie, gdzie zamierza zimę ze mną spędzić. Zdaje mi się, że jest zakochany w Wenerze Medycejskiej. Złóż moje uszanowanie Matce Swojej i podziękuj jej w mojem imieniu za całą życzliwość, którą mi okazała.
Im częściej zmieniam miejsca pobytu, im dalej posuwam się w życie, tem bardziej się przekonywam, mój drogi, że jest ono środkiem uszlachetnienia człowieka za pomocą cierpień, ale jednocześnie czemś ciężkiem i tragicznem. Dokąd zajdę w końcu, przechodząc od wzruszenia do wzruszenia, od męki do męki? Z jednej strony ubóstwiający mię ojciec, ambitne mając dla mnie plany, którego miłości poświęcić muszę to, co mam najdroższego; z drugiej kobieta młoda, żywa, niegdyś pełna wesołości, którą wpędziłem do labiryntu, pokazując jedynie niejasne pozagrobowe nadzieje, do labiryntu męczących myśli, straszliwych pożądań, które nigdy zaspokojone być nie mogą, potężnych namiętności, które, o ile trwać będą, skrócą jej życie lub rzucą na nie cień czarny, niczem nie dający się usunąć.
Wracam ciągle do tej samej myśli: na cóż mi było sprowadzać ją z jej własnej drogi, by ją pchnąć na moją, gdzie sądziła, że będzie mogła rwać róże, a gdzie znalazła jedynie łzy, gorycz i ciernie? Ale, gdy chcę rozumować o tych rzeczach, zawsze mówię bezrozumnie, bo czuję tu więcej, niż obejmuję rozumem, a czuję, że nie mogłem uniknąć zrobienia tego, co zrobiłem, powiedzenia, co powiedziałem, napisania co napisałem. Na miły Bóg! Jeśli przeznaczenie umieściło na końcu mej drogi przepaść, chętnie czy niechętnie będę musiał się w nią stoczyć. Trochę później, trochę wcześniej, zależnie, być może, od mojej ostrożności, ale zawsze trzeba będzie w końcu zrobić salto mortale. Otwieram duszę swoją przed Tobą, Reevie, i w serce Twoje składam całe swoje zaufanie, bo wiem, że będzie dla Ciebie święte. Jak Ci pisałem, jestem w stanie przełomu moralnego i przesilenia fizycznego: palony gorączką, trawiony wyrzutami sumienia, miotany dziwną wesołością. Ale nie mam już nadziei — oto czego mi brak i co czyni moje położenie tak piekielnem i łamie moją energię. Bo jakaż nadzieja mogła mi pozostać? Wieczności? Tę nadzieję mam jeszcze. Ale, czy Ci wyznać? Nie wystarcza mi zupełnie! A jednak powinna mi wystarczyć.
Żegnaj, żegnaj! Otrzymasz za parę tygodni wiadomości ode mnie z Rzymu, jeśli mnie przedtem diabli nie wezmą, o czem się dowiesz wówczas z gazet, które nie omieszkają opisać mego pogrzebu.
Zyg. Krasiński.
P. S. Ani słowa o tem nikomu.
8. Do Henryka Reeve’a
9 grudnia, Roma, Piazza di Spagna Nr 26
Mój kochany!
Dziś, dnia dziewiątego grudnia, list Twój otrzymałem i wierzaj mi, Henryku, uczynił mię szczęśliwym na chwil kilka, a i to już wiele w tej plecionce nieszczęść i zniechęcenia, którą umówiono się nazywać życiem ludzkiem. Dzięki Ci, mój drogi, sto razy dzięki za Twoją stałą przyjaźń. Bądź pewien, że Ci ją w sercu swem odwzajemniam. Farys jest bardzo dobrze przetłumaczony, a nawet w paru miejscach, bardziej w języku angielskim, niż we francuskim, do oryginału się zbliża. Mickiewicz jest na wsi i powróci dopiero za dwa dni; ponieważ nie mogę opanować swej niecierpliwej chęci pisania do Ciebie, w liście Ci opowiem, co sądzi o tłumaczeniu zdania in dubio. Jest to huragan, który, widząc przybywającego jeźdzca, bierze go za wiatr, za jednego ze swych młodszych braci. Zdaje mu się, że jeździec jest wiatrem i dlatego przypuszcza, że każdy wiatr jest jednym z huraganów, jego braci.
Strofki Twoje, napisane dla C. po wieczorze u Lombardów29, są takie, jakie być powinny — pełne uczucia, które Cię wtedy ożywiało i bez wątpienia piękne są te dwa wiersze: Though the blast which has used them has vanished for ever30 itd.
Rzeczywiście, wiersze to niezwykle piękne.
W tych dniach w myślach moich taki zapanował chaos, że może z trudnością tylko rozwikłasz to, co Ci chcę napisać. Lecz jednostki, tak jak i narody, mają swoje dni upadku i ciężkiego strapienia. Podniecająca mię we Florencji gorączka ustąpiła, o ile tyczy się to tylko szybszego krążenia krwi w żyłach, lecz nie opuściła mej duszy. Jedyne chwile spokoju odczuwałem, wpatrując się w Wenus Medycejską, gdyż jest to piękność doskonała, a piękność, z marmuru, czy też z ciała i kości, jest zawsze ukojeniem w godzinach męki, jak dla Saula harfa Dawida w chwilach obłąkania, a jednocześnie jest też podnietą w godzinach apatii.
Lecz poza temi krótkiemi chwilami uczuwam kolejno i ogień płomienia, spalającego mi serce na popiół, i zimno stali, która wnika do najczulszego miejsca tegoż serca. Wiesz, kochany Henryku, (gdybym mógł być do Ciebie przywiązany, dla jakiej innej, nie tej jedynie przyczyny, że Cię kocham, najważniejszą byłaby ta, że się nazywasz Henryk; wielką bowiem przyjemność uczuwam, pisząc to imię), że szczególniej w podróży skłonny jestem do ponurego smutku i zamyślenia. Droga moja z Florencji, którą opuściłem 26 listopada, do Rzymu, dokąd przybyłem przed 30-tym, była dla mnie pewnego rodzaju pogrzebem za życia. Przejeżdżaliśmy przez kraj nagi i jałowy, gdzieniegdzie pokryty budynkami, rozpadającemi się w ruinę, lub pochylonemi ku ziemi, posiany włoskiem żebractwem, żywą ruiną na martwych gruzach siedzącą.
I tylko to tyle chwalone niebo roztaczało się w górze, lecz rzadko wznosiłem oczy by na nie spoglądać. Przypominasz sobie z pewnością, że
Yet it was not that nature had shede o’er the scene31 itd.
A gdy tego brakło mi najzupełniej, posuwałem się ciągle, ciągle bardziej smutny ku kresowi mej podróży. Gdybym był przybył do Rzymu przed rokiem lub dwoma, jakżeż byłaby uleciała wyobraźnia moja, młoda jeszcze, w przestrzeń, by wznieść się na kopułę św. Piotra, okrążyć dokoła obeliski egipskie, siąść na szczycie Panteonu, a potem, lot swój zniżywszy do grobów Cezara i Scypiona, spaść na arenę Koloseum i wznieść się z powrotem w pełni świeżości i dziewictwa w stronę Kapitolu, kroczyć ścieżką, którą kroczyli bohaterowie, śpiący teraz pod nim, sami, sławę swoją mając za nagrobek, a ruiny świata całego za mogiłę. Lecz w r. 1830 było inaczej. Z obojętnością zbliżałem się do wiecznego miasta. Pierwsze pytanie, jakie zadałem po przejściu przez bramę zwycięzców świata, było: „Czy jest tu dobra gospoda?”. Silne bowiem wzruszenia, mój drogi, postarzają duszę tak, jak silne wstrząśnienia ciało. — Lecz przeznaczonem było, że coś w Rzymie dość będzie miało siły, by mię rzucić w przepaść zwątpień i wszystkie struny mej duszy aż do zerwania rozstroić.
Znalazłem u Mickiewicza dzieło słynnego Lemmennais’go o religii katolickiej, religii mych ojców, dla której poza kilku próżnemi znakami krzyża od dawna nic nie miałem. Przeczytałem je, i kochany Henryku, zobaczyłem przepaść, otwierającą się przed mojemi stopami. Wieczność, tak ogromna, wielka, Bóg mściciel, myśli płoche, przemienione w zbrodnie w moralnym porządku, i te męczarnie okropne, kary za owe zbrodnie — to wszystko mię wzburzyło. I wszystko tak dobrze złączone, powiązane ze sobą, zgadzające się ze sobą, dowiedzione bez możliwości zarzutów. Tak, tak wznosi się kościół katolicki na granitowej skale; otoczony świetnością i wielkością, jest podobny do Filipa II na hiszpańskim tronie, surowy, samotny, nieubłagany, mściciel jedyny. Tortury i męczarnie dla tych, którzy go nie czczą, błogie szczęście dla tych, którzy cześć mu oddają. A ten dogmat straszliwy: poza mną nie ma „zbawienia”, jest wyryty na jego koronie, połyskującej od niebiańskich promieni i ognia piekieł. Kochany Henryku, zadrżałem, zbladłem, lecz nie uwierzyłem; lękam się i padam na kolana, lecz uwierzyć nie mogę. — Jedyną, lecz nie do pokonania przeszkodą, która się wznosi między mną, a katolicyzmem, jest właśnie ten dogmat: „poza mną nie ma zbawienia”. A więc ta, którą kochałem i kocham, nie będzie zbawioną? Biedna dziewczyna! Nieszczęśliwa na tej ziemi, potępiona w wieczności. Nie! Królowa mych snów, kochanka mojego serca, jest czysta i słodka i będzie zbawiona! Boże Dobroci, biorę Cię za świadka! Tak, ona nie może być wiecznie nieszczęśliwa dlatego, że urodziła się chrześcijanką, lecz nie katoliczką. Oh, tak, tak! Nie umrze śmiercią upadłych aniołów.
From the heretic girl of my soul shal I fly32 itd.
Natychmiast po przeczytaniu tej książki byłem w stanie, trudnym do opisania. Miałem w sobie dużo szaleństwa i nieco rozpaczy. Widziałem wszędzie dokoła siebie ruiny, zagładę, przyjaciół moich, potępionych na zawsze, kochankę moją, straconą dla mnie na ziemi i w niebie; potem zdawało mi się, że i ja sam staczam się ze stopnia na stopień, ciągle niżej, ciągle prędzej: jak gdyby zaciężyło nade mną przekleństwo boże. Lecz ona, ona, ukochana moja, miłość moja, rozdzierała mi serce, gdyż doszedłem do miejsca, w którem należało wybrać między moją H. i moim Bogiem.
Takie były pierwsze skutki tej książki, lecz po trochu uspokoiłem się; walczyłem z piekłem myśli, znalazłem ukojenie, powiedziawszy sobie, że Ten, który rzekł do jawnogrzesznicy: „Idź, niewiasto, i nie grzesz więcej”, nie zwróciłby swego nieubłaganego gniewu przeciwko tej, która jest tak dobrą na ziemi i tak mię kocha. Lecz z tych dwóch silnych wstrząśnień, doświadczonych we Florencji i w Rzymie, coś jednak w umyśle moim zostało, coś, jakby posiew obłędu. Zobaczysz, drogi Henryku, czy to nie wzrośnie z czasem. Przeczytaj jednak Lammennais’go Obojętność w sprawach wiary i powiedz mi, co myślisz o tem. Lecz przede wszystkiem zaklinam Cię, jeśli mię kochasz, czytaj Schlegla Historię literatury w dwóch tomach. Przeczytaj, wiem, że będzie to z korzyścią dla Ciebie. Teraz skoro Ci już tyle powiedziałem o sobie, muszę zacząć mówić Ci o Tobie.
Jesteś nieszczęśliwy. Wyczytałem to w Twoim liście. Chociaż chciałbyś zapomnieć i zasnąć, musisz czuwać i cierpieć. Takie jest nasze przeznaczenie. Niech się dzieje wola boża! Lecz nie mogę zrozumieć lodowatej obojętności C; chociaż przypuszczam, że, gdyby się teraz do Ciebie przywiązała, to sprawiłoby Ci to tylko przelotną, nie zaś namiętną radość. Był czas, gdy, królem będąc ziemi, byłbyś złożył u jej stóp koronę, albo też, królem będąc poezji, lirę byś złamał na jej żądanie. Ale czas ten minął; kochasz ją jeszcze, lecz, gdyby Cię teraz zaczęła kochać, nie cierpiałbyś jej może. Jako przyjaciel Twój, drogi Henryku, muszę Ci prawdę powiedzieć. Nie sądzę już, by C. mogła Ci dać szczęście. Gdyby była odpowiedziała na Twoje pierwsze spojrzenie spojrzeniem miłości, wtedy byłbyś szczęśliwy przez pewien czas i prawie Bogiem na ziemi. Lecz czułeś, a ołtarz był dla Ciebie z marmuru. Zrobiłeś więcej: przywiązałeś się do tego marmuru (uczyniłbym to samo) i wszystkiemi swojemi marzeniami, całą duszą otoczyłeś zimny i nieczuły kamień. Stopniowo przyzwyczaiłeś się do tego, że zupełnie nie odpowiadano na Twoje westchnienia i na Twoje łzy. Twoja dusza, Twoje serce dość były wielkie, by wystarczyć sobie. Byłeś przed swoim posągiem Pigmalionem, lecz bogowie byli głusi na Twoje wołania i nie ożywili go. A teraz, gdyby nagle stanął przed Tobą, pełen życia i miłości, wierzaj mi, zimne byś nań rzucił spojrzenie; bo Henryku, kochałeś imię, a nie rzecz samą, marmur, a nie kobietę. Kochałeś, bo byłeś skłonny do miłości, jak każde serce wzniosłe i piękne. Lecz C. zupełnie nie kochałeś, tylko w niej powszechną duszę miłości. Oto dlaczego miło mi, i mam jeszcze nadzieję, że dla Twojego serca przeznaczone są dni wesela. — Tak, Henryku, ujrzysz ją, jak anioła, ku Tobie schodzącą, tę, którą ześle Ci Bóg, by upiększyć kilka chwil, byś nie mógł powiedzieć w ostatniej swej godzinie: „Nie żyłem wcale”. Tak, poczujesz jeszcze bicie swego serca, ujrzawszy z dala fałdy jej przejrzystej sukni. Zbliżysz się, do nóg jej padniesz, a ona Cię obsypie błogosławieństwami i uśmiechami. Będziesz musiał jeszcze walczyć, jak ja, jak ja, męczarnie i niepewności znosić i, jak ja wreszcie, to szczęśliwy, to nieszczęśliwy będziesz. Pamiętaj! Ale po cóż mi cośkolwiek przypominać człowiekowi, który mi ukazywał drogę cnoty, kiedy nie tak dawno temu byłem bliski zboczenia z niej? Ach, wierz mym przeczuciom, piękne Cię dni oczekują, ale dni, spędzone z kobietą, godną człowieka i poety.
Lecz porzućmy te obrazy, gdyż mózg mój się zaciemnia. Postaram się opisać Ci to, co widziałem w Rzymie. — Rzym, „miasto duszy”, jak mówi Byron. Od dziesięciu dni jestem w Rzymie. Widziałem tylko Św. Piotra i Koloseum, gdyż, żeby oglądać, trzeba się czuć dobrze, a ja się czuję źle.
Kościół Św. Piotra jest arcydziełem, stworzonem przez ludzi. Wszystko w nim harmonijne i proporcjonalne. Niezmierzone bogactwa nie są nagromadzone nieporządnie, lecz tworzą całość prostą, surową, wielką. Ale, gdybym był Turkiem, tak samo bym ją podziwiał, jak będąc chrześcijaninem, gdyż, wszedłszy tam, uczułem kunszt ludzki, lecz nie obecność boską.
Co innego Koloseum.
Przy pięknem i jasnem świetle księżyca wszedłem pod te arkady, które tyle widziały pokoleń, ponad któremi zaciężył lud królujący w dniach swej potęgi i które nie zwaliły się pod ciężarem ni ludzi, ni czasu. Księżyc stał jeszcze nisko na widnokręgu, wnętrze budynku było ciemne — starałem się wzrokiem swoim przebić ciemności. Serce moje biło, gdyż czułem się bliskim starożytnych czasów. Pogrążyłem się we wspomnieniach. Powoli promienie zaczęły przenikać poprzez szczeliny murów, poprzez aleje portyków i dziwnem było patrzeć, jak załamywały się w kątach, na kapitelach i kolumnach.
W kilku miejscach igrały znów z bluszczem, który zastąpił purpurę i jedwab cyrku. Wszedłem na pierwsze piętro, potem na drugie; wszędzie było ciemno i czarno. Znów się zatrzymałem i oddałem się głębokiemu dumaniu. Nade mną było niebieskie niebo, gwiazdami włoskiemi posiane, poniżej przepaść o całej wysokości Koloseum. Wspomnienia za wspomnieniami biegły ku mnie i wyobraźnia moja stopniowo się unosiła. Im wyraźniej występowały przedmioty dokoła mnie tem bardziej się przenosiłem do czasów, których już nie ma, a jednak żyją w ludzkiej pamięci. Zdawało mi się, że słyszę zmieszane odgłosy: krzyk przenikliwy gladiatora, później oklaski całego ludu, szmery pochwalne następowały po wściekłych wrzaskach, ryki lwów i tygrysów, a potem wśród tego wszystkiego muzyka greckiej fletni i dźwięki trąbki wojskowej. — Nagle jęki się podniosły i zapadły w ciszę, czułem że nie podniosą się więcej. Wtem szczęk mieczów i sztyletów starożytnych rozległ się pod sklepieniami, a potem zdawało mi się, że słyszę to tu, to tam upadek ciała, pokrytego pancerzem, lub staczanie się puklerza na piasek, a później znowu jakby szmer wielu wolno spływających strumieni i uczułem zapach krwi. Lecz ponad temi wszystkiemi krzykami i całym hałasem, panował jeden głos, choć cichy był i drżący. Unosił się pełen harmonii w powietrzu. Rzekłbyś: hymn nadziei, a jednak na zawsze miały się zamknąć wargi, z których wychodził. Można by powiedzieć: hymn śmierci, który śpiewa dziewica chrześcijańska przed połączeniem się z Bogiem.
W tej chwili księżyc ukazał się na murach Koloseum, jak gdyby wychodził z kępy bluszczu, opadającego w festonach ze szczytu budynku.
And thou didst shine rolling moon upon33 itd.
Kolumny, arkady, portyki, ławki cezarów, senatorów, ludu ukazały się blade i rozwalone. Arena wystąpiła z ciemności. Pośrodku krzyż się wznosił z czarnego drzewa. Krzyż ten wart dla mnie katedry mediolańskiej i kościoła Św. Piotra. On to przed wielu wiekami prześladowany był w tem miejscu, gdy Koloseum przedstawiało całą wielkość tych, którzy je wznieśli. I krzyż ten od czasu dni krwi i żałoby nie zmienił wcale swego wyglądu, nie jest ozdobami przybrany, i dziś stoi tam, gdzie go niegdyś nogami deptano, a pyszne Koloseum, które spoglądało z dumą na jego poniżenie, rozsypuje się w proch dokoła niego. Lecz nie zdaje się on chełpić swym tryumfem. W milczeniu wyciąga czarne ramiona ku dwom stronom budynku, jakby rzucał cień pokoju i błogosławieństwa na ziemię, w której śpią prześladowcy i prześladowani.
Kto w Chrystusa nie wierzy, niech w piękną noc idzie do Koloseum, a jeśli tam nie padnie na kolana przed symbolem wiary, człowiek ten, mówię z góry, nie ma duszy ni serca. Jest mniej, niż człowiekiem, jako duch od Boga pochodzący, jest więcej niż człowiekiem, jako duch złego.
Myśli te w większej części są wzięte z fragmentu polskiego, który napisałem o Koloseum. Posyłam Ci je, jako dług za Farysa, i pocieszam się nadzieją, że, jeśliby Cię miały znudzić jako utwór literacki, zainteresują Cię jednak jako utwór przyjaciela. Napisałem także przed kilku dniami opowieść o Angliku, który umarł z miłości dla Wenery Medycejskiej, i starałem się ująć rozwój jego namiętności w formę pamiętnika, który pisze dla swych przyjaciół przed śmiercią. Pisane po polsku. Myślę zebrać w ten sposób kilka nowel o Italii i wydać razem pod nazwą Fragmentów włoskich. Przepiszę dla Ciebie, a właściwie przełożę motto, które naprzód już ułożyłem dla tej niezmiernie przyjemnej książki.
„Noc piękna błyszczała ponad moją głową, słyszałem z daleka muzykę Rossiniego nad grobem Scypiona. Pomyślałem o szklankach herbaty, o wieczorach, wydawanych na szczycie Kapitolu. Anglicy patrzą przez szkła na ruiny Koloseum. Tańczy się walca tam, gdzie pierwszy Brutus zabijał swoje dzieci, a drugi ojca, i dokoła obelisków, sprowadzonych z Egiptu, sprzedaje się na targu kapustę. Są to rzeczy śmieszne, lecz ja uczułem smutek. Dlaczego? Nie wiem, gdyż należało się śmiać.
Takie są całe Włochy. Może taka właśnie równowaga jest potrzebna na świecie, by czynić rzeczy śmieszne i bawić się tam, gdzie niegdyś zdarzały się wielkie cnoty i wielkie zbrodnie. Niemniej jednak, gorzko jest temu, który nie rozumie najwyższego ładu tego świata i podnieść się ku niemu nie umie. Tak, gorzkie to — np. muzyka buffo na grobie Scypiona i sprzedaż kapusty na forum...”.
Jak Ci się to motto podoba?
A teraz żegnaj mi, kochany Henryku! Uszanowania dla Twojej Matki. Nigdy nie zapomnę o dobroci, którą mi okazała. Ucałuj Zamoyskiego z całego serca. Bądź zdrów et sis memor mei ultinam34! Pamiętaj o chwilach, razem spędzonych!
Good bye, my dear, and answer as soon as possible35. Żegnaj, kochany, i odpisz natychmiast!
Zygm. Kr.
9 grudnia. Roma, Piazza di Spagna Nr 26
Możesz adresować, jak Ci się podoba, poste restante, albo do banku Torlonii.
10 grudnia. Leach36 jeszcze nie przyjechał. Ponieważ poczta dziś już nie odchodzi, dodam tutaj słów kilka. — Piszesz mi, że utwory Twoje nie będą teraz wydane w Londynie, gdyż na porządku dziennym jest tylko polityka. To źle. Trzeba, byś koniecznie starał się wydać je teraz, gdyż później będzie to stracone. Dobra i piękna rzecz przestaje być piękną i dobrą, gdy nie jest zrobiona we właściwej porze. Dla autora czem prędzej, tem lepiej. Kochany Henryku, oto dlaczego Ci radzę wydać jak można najszybciej i przede wszystkiem nie oddawać się próżniactwu, lecz pisać i myśleć ciągle i ciągle przyglądać się ludziom poza sobą, a duszy swej w sobie. Przywiąż się wszystkiemi swojemi siłami do religii chrześcijańskiej, gdyż jest to teraz dla Ciebie droga przyszłości, i na tej właśnie drodze będziesz nowym i oryginalnym. Przy tem, kto jest z Bogiem, z tym jest Bóg. Wątpliwości i zagadki już miały Byrona i byłoby szaleństwem iść w jego ślady, gdyż nikt mu nie dorówna. Lecz dziś, mój drogi, poeta powinien silnie zaznaczyć zagadkę życia, jak Szekspir, i dać wytrysnąć z niej nadziei, jak Calderon. — Zaklinam Cię czytaj Schlegla!
12 grudnia. Mickiewicz przeczytał tłumaczenie Farysa i uważa, że jest bardzo harmonijne i dobre, tylko gdzieniegdzie trochę niedokładne. Każe Ci powinszować. Zdaje mi się, żeś powinien poprosić Zamoyskiego, by Ci dosłownie przełożył Farysa z polskiego, a potem jedną lub dwie zmiany poczynić w miejscu, w którem mowa jest o obłoku; np. na końcu usunąć wyraz „pogrzeb”, gdyż jest przeciwny duchowi całości. Zresztą, mój drogi, Farys dowodzi Twojej zadziwiającej łatwości pięknego wierszowania, jeśli mogłeś tak dobrze przetłumaczyć na język angielski ohydne francuskie tłumaczenie. Co do mnie, znajduję tak, jak i Mickiewicz, że najlepiej udał się początek, a potem ustęp, w którym mówisz o zasypanej w pustyni karawanie. Dobrze zrobisz, posyłając to jak najprędzej do „Monthly Magazine”.
Jeśli chcesz, drogi, rozpocząć pisanie Polskich melodyj, to napisz, co chcesz wiedzieć o charakterze narodowym i o historii, wypowiedz, „jak mówi Tristram”, swe wątpliwości i podejrzenia, a będzie dla mnie największą przyjemnością o tem wszystkiem Ci napisać, ażeby pieśni, które poświęcisz wielkiemu i nieszczęśliwemu narodowi, były godne Ciebie i nosiły charakter narodowy. Zresztą jestem bardzo smutny, osamotniony i źle mi bardzo. Ach, gdy pomyślę o brzegach Lemanu, dałbym wszystko za to, by być tam jeszcze. Czy pamiętasz rozmowę naszą, którą mieliśmy, idąc strzelać do Etoles d’Hubert? Teraz o to samo obawiać się należy.
Żegnaj i pamiętaj o mnie jeszcze!
Ucałuj Zamojskiego ode mnie!
9. Do Henryka Reeve’a
22 grudnia 1830 r., Rzym
Mój drogi!
18 grudnia. Poranek świta. Czy pamiętasz ostatni wiersz, któryś mi napisał? Tak, poranek świta, ale obecnie nie wiemy, czy to jest przedświt nowego życia, czy błysk, który się pojawia, gdy jakiemuś narodowi grozi niezwłoczna zagłada. Dręczą mię wielkie obawy. Gazety są pełne słów ciemnych. Bogu niech będą tysiączne dzięki! Zapewniano mnie, że ojciec mój uszedł niebezpieczeństwom 29 listopada i przesłał cesarzowi prośbę o dymisję. Lecz co będzie dalej? Czy umrzemy, czy też wzniesiemy się spośród narodów umarłych, staczających się do grobu Czasu, gdzie winy i błędy są napisem grobowym? Allah jest wielki, mówią niewierni, i to jest prawdą. Żadna siła ludzka, ni pomoc nic dla nas zrobić nie mogą w tej beznadziejnej sprawie, ale ten sam Bóg, który powiedział: „Niech się stanie światło” i pojawiło się światło, może powiedzieć teraz: „Niech będzie Polska” i stanie się Polska olbrzymią i wolną. Napisz mi natychmiast, co Zamoyski czynić zamierza. Jestem w największej niepewności. Odpisz mi bardzo prędko, bo każdy dzień może zmienić moje położenie i pchnąć mię na pola krwi i śmierci. Przypomnij sobie teraz naszą rozmowę, gdy, jadąc konno wkoło dworu w C., opowiadałem Ci bajkę, którą później opowiedziałem H. Teraz proroctwo się spełniło i losem moim jest, być może, spełnienie drugiej części przepowiedni, która brzmiała, że umrę. Masz słuszność, utrzymując, że jest związek w sprawach ludzkich, bo, gdy byłem nad brzegami błękitnego Lemanu, nawiedziło mnie natchnienie i przewidziałem, pełen bólu, osiem miesięcy wcześniej to, co teraz stać się musi.
20 grudnia. Jestem bardzo zadowolony z przyjazdu Leacha, który przybył tu dwa tygodnie temu, bo, jeśli nagle przyjdzie wyruszyć mi w drogę, dam mu coś dla H., coś, mówię, jako moją ostatnią wolę, moje ostatnie pożegnanie tej, którą najbardziej kochałem na ziemi i której może nigdy więcej nie zobaczę: bo, gdzie tysiące giną, szaleństwem byłoby sądzić, że uniknę śmierci, chyba, że Bóg dokona dla mnie cudu. Henryku drogi, możesz być pewien, że dobroci, którą mi okazywałeś, nigdy nie zapomnę i że otrzymasz wiadomości ode mnie za każdym razem, gdy będzie można Ci je przesłać. Ty jednak musisz w dalszym ciągu adresować listy do mnie do Rzymu, gdyż muszę tu pozostać, póki nie otrzymam pewnych instrukcyj od swego ojca. Przebacz, że piszę tak nędzną angielszczyzną, ale jestem teraz zaniepokojony i wzburzony gorączką mózgu i czoła, a wolę pisać raczej po angielsku, niż po francusku, chociaż list ten, posłany stąd do Genewy, nie zostanie otwarty, sądzę, i na pewno dojdzie do Twoich rąk. Powiedz Augustowi Z., że mu radzę poczekać czas krótki w Genewie, póki nie otrzyma listu od swego ojca, i że w każdym razie proszę go, by mi natychmiast napisał, co zamierza czynić. Gdybym mógł, pojechałbym do niego i z nim pozostał. W dodatku muszę Ci napisać, że jestem w dziwnem i trudnem położeniu. Za dużo na to składa się przyczyn, bym Ci je mógł w tym liście objaśnić, ale, jeśli pamiętasz naszą rozmowę na ten temat, zrozumiesz w zupełności piekielną sytuację, w której się znajduję. Wydaje mi się zawsze, że los, grożący śmiercią, zawisł nad moją głową, jak miecz Damoklesa. Niech Bóg da, żeby został usunięty albo żeby spadł prędko, oh, prędko, bo życie w męce, to początek piekła na ziemi. Widzisz, mój drogi, czem jestem: moja miłość jest nieszczęśliwa. Kochałem i kocham jeszcze, lecz ta, którą kocham, nigdy pierścienia mego nosić nie będzie. Należę do jednej z najznakomitszych rodzin mego kraju, a jednak rodacy moi mię nienawidzą. Dni sławy mego ojca przeszły, a teraz...
Ach, wszystko jest męką i bólem dla mnie: kocham kobietę — nie jest dla mnie; kocham moją ojczyznę — ona odpycha mię; kocham sławę — a sława jest ciemna i niepewna. Niczego na ziemi się już nie spodziewam, Bóg jest moją jedyną ucieczką. Ludzie mię opuścili, a ten który mię kocha, jest zbyt daleko, by dzielić moją rozpacz lub ukoić ją łzami. Henryku, drogi Henryku, jestem pewien, że słyszysz, jak Polacy w Genewie codziennie odsądzają mię od czci i wiary. Tylko w Mickiewiczu i Zamoyskim mam przyjaciół, inni są, jak szatani, na śladach swego łupu. O Boże, wielki Boże moich ojców, śpiących w swych grobach, broń i chroń mię przed nimi! Nie urodziłem się do znoszenia pychy bliźnich moich — na krzyż święty! — przypadło mi w udziale dość siły duszy i mocy serca, by ich raczej deptać, niż dać się deptać przez nich. Lecz któż zdoła walczyć z losem swoim? Próżno człowiek sądzi, że rzucony jest w świat samotnie. Tajemna konieczność kieruje jego wszystkiemi krokami; ten, kto pada, paść musi, temu, kto osiąga wielkość i sławę, tak przeznaczone było. Od kolebki do grobu szatan bez litości, nieustannie bądź powstrzymuje nas od niebezpieczeństw, bądź pcha nas na ich spotkanie. Lecz co ja piszę? Jestem szalony i pomieszany. Bóg jest wyłącznie dobrocią i łaską: jeden człowiek musi być poświęcony dla dobra narodu, dla dobra rodu ludzkiego. Ofiara chrześcijańska jest podstawą wszystkich wielkich wydarzeń na tym świecie z łez i z gliny. Bo czemże jest świat? Gliną, zmieszaną ze łzami, i niczem więcej. Ah, gdzież się podziały dni szczęśliwe dni, spędzone w ogrodzie nad brzegiem Lemanu, dni, spędzone w górach, noc, spędzona w Salauches pod niebem tak czystem, że niepodobieństwem było myśleć pod takiem niebem o kłamliwości ludzkiej! Wszystko przeszło, znikło, zbladło, a ja jeszcze żyję, jak statek rozbity, którego towarzysze zginęli, a on sam pozostał po przejściu burzy. Moje myśli, życzenia, nadzieje, jeśli mam jakieś nadzieje, dziwnie zmącone i zaciemnione zostały przez obecne nieszczęścia. Chyba zbyteczne Ci powtarzać, że trzy fale mojego życia zwróciły się teraz przeciwko mnie. Miłość moja: toczące się fale morza są między nami, ojczyzna niesprawiedliwe na mnie rzuciła przekleństwo, sława moja, gdzież ona? Na piasku lub falach pisana. Może umrę, jak Keats. I to samo epitafium: „Którego imię napisane było na wodzie”, napiszą i mnie. A mimo wszystko powtarzam, że urodziłem się, aby ojczyzny swej bronić, gdyż kocham ją namiętną miłością patrioty i łono moje płonie, gdy słyszę wymówione jej imię. Urodziłem się do miłości. Wiesz, jak kochałem. Urodziłem się do sławy, gdyż krew moja jest jak strumień lawy, a serce moje nie biło trwożnie nigdy, chyba, gdy czuło zbliżanie się istot wyższego rzędu. Ludzie nigdy nie wzbudzali strachu w mojej duszy, a ryk dział zawsze był muzyką w moich uszach. Henryku, jakaż być musi rozpacz moja, gdy widzę bieg życia swego przedwcześnie skończony, rękę swą powstrzymaną od miecza, imię swe hańbione i lżone wszędzie, tylko nie w mojej obecności, bo wiedzą dobrze, że gniewu mego lekceważyć nie można. Zginę tak samotny, opuszczony, wzgardzony, nieszczęśliwy! Znałem jedynie przebłyski miłości, imię mojej ojczyzny było tylko dźwiękiem, a sława słowem pustem. Gdyby okoliczności były inne, nigdy bym czegoś podobnego nie napisał.
Okropne musi być moje położenie, gdy takie słowa wychodzą spod mojego pióra. Nie umiem ani kłamać, ani udawać. Bądź tak dobry i pokaż ten list Zamoyskiemu; napisany jest dla Was obu. Poproś go w mojem imieniu, by mię, jak dawniej, kochał. Miłość niewielu ludzi, którzy mię znają, ostatni to, jaki mi pozostał, klejnot ze skarbu miłości, ojczyzny i sławy, skarbu, który zawsze w marzeniach mej młodości stał przy mnie, a który teraz usuwa się ode mnie w zdarzeniach okropnej i nieubłaganej rzeczywistości.
Twój wierny aż do śmierci
Z. K.
Ukłony dla Twojej Matki.
10. Do Henryka Reeve’a
22 stycznia 1831 r., Rzym
Drogi mój Henryku!
List Twój z dnia 11 stycznia 1831 r. dziś odebrałem. Podniósł on trochę mego upadłego ducha i wlał w moje serce kilka kropel balsamu przyjaźni, gdyż widzę, że jesteś jeszcze tem, czem być przyobiecałeś: moim przyjacielem. Trzy dni temu napisałem list do Ciebie, ale nie byłem przy zdrowych zmysłach. Gdy go odbierzesz, spal go i zapomnij, albo raczej schowaj go do jakiejś skrytki jako dowód, do jakich ostateczności dojść może dusza, umęczona bólem.
Chociaż uczucie dzikiej zemsty i myśli moje w tym względzie zupełnie się zmieniły, stanowisko moje pozostało to samo. Słowa, wyczytane przez Ciebie w „Galignani Messenger” są bądź sztuczką człowieka, żywiącego do mnie nienawiść, bądź radą przyjaciela. Nie mogąc wprost pisać do mnie, umieścił ją w dzienniku, by wskazać mi drogę, którą powinienem kroczyć. Ale, komukolwiek słowa te przypisać należy, nie mogę zaprzeczyć, że droga jest najbardziej dla mnie odpowiednia w obecnych okolicznościach. Jestem rzeczywiście jednym z najbogatszych młodzieńców w Polsce, członkiem jednej z najznakomitszych rodzin i walczyć za ojczyznę i zginąć jest jedynym sposobem postępowania, który mi przystoi. W nim jest sława i nadzieja zbawienia wiecznego, poza nim nie masz ani nadziei, ani honoru, ani zbawienia. Jednem słowem, nie ma nic, prócz hańby i przekleństwa. Czuję to głęboko, drogi mój Henryku, i cień smutku pada na moją duszę. Niech Bóg da, bym ja znikł jak najprędzej, bo chcę być tem, czem być powinienem, albo umrzeć bez pociechy. Grób mój nawet niegodny będzie westchnień mężów i łez niewieścich. Co moi przyjaciele, co ona, miłość moja, pomyśli o mnie? Przyjaciele gromkim głosem krzykną do mnie: „Jesteś tchórzem”, a ona zawoła: „Jesteś zdrajcą, bo, gdym pytała: Co stoi między nami, odpowiedziałeś: Ojczyzna moja, a teraz uciekasz z pola, śpisz snem głuchym między gruzami Rzymu, gdy nie czas już medytować nad ruinami, lecz gdy pora zbudować nad nimi gmach nowy, którego fundamentem będą głowy i członki ludzkie, a krew cementem”.
Co odpowiem? Nic, bo jedyną od tego ucieczką jest przebłysk szczęścia, albo wyniosłość, naśmiewająca się z potwarzy i oskarżenia.
Jestem przygwożdżony do Rzymu aż do chwili, gdy mój ojciec napisze mi, żebym przyjechał. Minister odmawia mi paszportów, nie mam zupełnie pieniędzy; jest fizyczną niemożliwością, bym się stąd ruszył. Ale nie tracę nadziei i modlę się do Boga. Modlę się, jedyna to moja ucieczka. Ojciec mój napisze mi wkrótce, żebym się udał do niego. Jest równie dobrym Polakiem, jak ktokolwiek w Polsce, i mężniejszy, niż ktokolwiek z nich. Tak, przyśle mi rozkaz powrotu, a wtedy pojadę.
Niemożliwem jest, by kto inny tak cierpiał, jak ja cierpię.
Nigdy nie opuszczam swego mieszkania, chyba tylko dla odwiedzenia Leach’a. Czytam, a raczej próbuję czytać w swoim samotnym pokoju. Moje oczy, bądź pełne łez, bądź wściekłością wysuszone, nie są w stanie śledzić za czarnemi literami na białym papierze. O, mój drogi Henryku, gdy wiosłowałem z Tobą po błękitnym Lemanie, gdy mówiłem o miłości, nadziei, o przyszłem szczęściu, nigdy nie przypuszczałem, że nadejdzie godzina, w której ujrzę sławę moją splamioną i honor mój stracony, i nie będę mógł zrobić najmniejszego wysiłku, by je odzyskać. Nigdy wówczas, gdy byłem szczęśliwy w miłości, gdy miałem częste przeczucia przyszłej chwały, nie przypuszczałem, że będę zmuszony śnić, gdy inni czuwają, pisać, gdy inni walczą, pić wino, gdy inni krew piją, pozostać w lochu podziemnym, gdy inni wznoszą się ku światłu i wolności. Kiedy opuściłem Genewę, przekleństwo niebios wygnało mię z Szwajcarii. Gdybym został w Genewie, połowa przeszkód, które mię powstrzymują teraz, niczem by dla mnie była. Miłosierny Boże, wejrzyj na mnie i spuść Swój pełen gniewu grom na głowę moją, nie w tak przygnębiający sposób jednak, lecz na polu bitwy, w bratnim szeregu, między grobami mych przodków, w mej własnej, drogiej ojczyźnie. Tam błagam o śmierć, gdy widzieć będę jasną zorzę wolności poprzez ciemne opary męki konania, krzycząc: „Bóg i śmierć wrogom!”. Co moi przyjaciele, co sama H. pomyśli o mnie? Henryku, Henryku, jestem zaprawdę nieszczęśliwy, nędzny i nieszczęśliwy. Los tak zły, jak mój, rzadko się zdarza na ziemi.
Lecz powiedziano, że człowiek nigdy nie powinien zwątpić w opiekę nieba, gdyż Pan jest nad nim: i może za kilka tygodni skończą się moje cierpienia. Wyobraź mnie sobie, gdy wsiadam na swego konia, gdy go spinam, by rzucić się naprzód w szeregi wrogów, gdy wracam okryty chwałą, albo padam nieznany, niezauważony przez nikogo, przebity tysiącem mieczy, ale zawsze wierny wspomnieniom swoich przyjaciół i przyjaciół swojej ukochanej. Harry, ja kocham, kocham ją jeszcze, moją H.!
Sprzeczne uczucia napełniają moją duszę i mogą mię doprowadzić do szaleństw mordercy i wołania, jak Hamlet w chwili, gdy będę pozbawiał innych życia: „Dukat za szczura!”. Odwiedziłeś mój samotny pokój, z którego tak często spoglądałem na słońce zachodzące, między szczytami gór jurajskich i na port w Ecluse. Tam widziałem ją po raz ostatni. Ach, wtedy wszystko było radością, nadzieją, pięknością! Było to w porze wiosennej i, gdy powóz jej wjeżdżał między góry, kwitnące drzewa pochylały nad nim swe gałęzie i roniły wokoło pachnącą rosę. Byłem wtedy szczęśliwy, choć smutny. Byłem szczęśliwy, że mogłem mówić z nią, że czytałem z jej bladawego czoła smutek, który czuła, opuszczając mnie, że spostrzegałem nagle w jej oczach spojrzenia, pełne miłości, błyskawice dla serca kochanka. Ach, był to dzień rozkoszny! Byłem wtedy tak młody! Teraz wydaje mi się, że jestem stary i że wiele lat przeszło od tej godziny miłości. Niech będzie błogosławiona i szczęśliwa! Niech życie, które jest dla mnie ciemnym i ciężkim zmrokiem, będzie dla niej dniem słonecznym! Niech tak będzie dla was, moi przyjaciele, którzy mię kochacie, i dla Ciebie, mój przyjacielu, mój Henryku, który mię tak bardzo kochasz! Zamoyski jest szlachetny i silny sercem. Niech Bóg mu da powodzenie! Jeśli go spotkam, o ile go spotkam, skłonię się przed nim. W tem, co piszę, a może być i w mojej duszy, dużo jest poetycznego uczucia, — on ma to uczucie w czynie. Przyślij mi, proszę Cię, trochę nowych wierszy.
Pisz do mnie w dalszym ciągu do Rzymu, lecz nie pod adresem Torlonii, ale poste restante. Teraz, gdy kończę ten list, nawiedziło mię nagle natchnienie, podobne potężnemu zaklęciu czarodziejskiemu, i zmusza mnie do powiedzenia Ci, drogi Henryku, że jestem jeszcze, jak niegdyś, śmiały i pełen namiętności. Życie moje nie jest skończone, siły moje nie rozpłynęły się we łzach lub westchnieniach, miłość do ojczyzny jeszcze ciągle płonie dumnie w mojem sercu. Miłość moja do niej jest jeszcze ta sama, co dawniej. Z takiemi uczuciami wejdę w szranki, zdobędę powodzenie i w końcu zyskam sobie imię lub stracę wszystko i nie powstanę więcej. Ale w niebie, gdzie rządzi Miłość i Wolność, spotkamy się wszyscy i łzy nasze na tym świecie wydadzą się wówczas zimną rosą wieczorną. Odpisz jak najprędzej!
Żegnaj! Twój do śmierci wierny
Zyg. Kras.
Najserdeczniejsze ukłony dla Twojej Matki.
Ukłony dla Revilliod. Leach dziękuje bardzo za pamięć. Patrz, jaka niepewność panuje w sprawach ludzkich! Gdy się żegnałem z Zamoyskim w Versoix, spodziewałem się, że go spotkam w Polsce, byłem tego pewien. A teraz może go nigdy więcej nie zobaczę. Może zginie, zanim przyjadę. Zwróć na to uwagę, Henryku, i skłoń się przed Panem, bo głupiec tylko ufa i spodziewa się na tym świecie. Jeśli napiszesz do Augusta, uściskaj go mocno ode mnie i powiedz mu, że nigdy nie wypadnie mi z pamięci.
11. Do Henryka Reeve’a
20 lutego, Florencja 1831
Twój ostatni list przybył do Rzymu w chwili, gdy wieczne miasto w dziwnem znajdowało się położeniu.
Od schodów Watykanu aż do rozsypujących się w proch ruin pałacu cezarów Strach i Oczekiwanie przechodziły, natrząsając się, między ludźmi. Przerwano wesoły karnawał. Nowo obrany papież usunął się do oddalonych komnat swego pałacu i w nich się zamknął. Żołnierze maszerowali tam i z powrotem. Obywatele, trupio bladzi, zamykali sklepy i wyglądali trwożliwie z wpółprzymkniętych okien. Wszyscy oczekiwali wypadków, tak pospolitych w naszym wieku, ale wypadki te nie następowały. Wiesz, że Włosi są spodleni i najzdolniejsi ze wszystkich narodów do odczuwania szlachetnego uczucia strachu. Stąd jasnem było, że chociaż wszędzie panował spokój, przedwcześnie obawiali się niebezpieczeństwa i zaczynali drżeć ze strachu przed rykiem burzy, mówiąc, że, co prawda burza jeszcze daleko od Rzymu, ale że zbliża się doń codziennie od strony Bolonii. W tych okolicznościach papież i kardynałowie nie umieli znaleźć innej drogi ratunku prócz podniecenia transtewerańczyków37, najokrutniejszego ludu we Włoszech, i skłonienia ich do obrony swej sprawy. I transtewerańczycy, znęceni nadzieją mordu i rabunku przyrzekli, zakasawszy rękawy, bronić rządu swemi sztyletami. Wielkie i ogólne zamieszanie panowało wówczas w Rzymie, kiedyśmy usłyszeli, że transtewerańczycy wołali do przejeżdżającego w powozie papieża: „Nie bój się, ojcze święty, jesteśmy transtewerańczycy!”. Znajduję coś niezmiernie poetycznego w tych kilku słowach. Następnie Jakubowski, który nie jest skrojony na zbyt bohaterską miarę, przyszedł do mnie i prosił, żebyśmy wyjechali. Zrobiłem wszystko, co było w mej mocy, by pozostać w Rzymie, gdyż rodzina Ankwiczów, którą widziałeś w Genewie, bawiła tam wtedy, a ponieważ bardzo byli uprzejmi dla mnie, uważałem za tchórzostwo uciekać przed niebezpieczeństwem, pozostawiając biedne kobiety same i bez pomocy. Przez tydzień traktowałem z pogardą strach, prośby i próby wyjazdu Jakubowskiego i dokładałem starań, by pocieszać tę rodzinę, ale następnie Polacy z Królestwa Polskiego odebrali rozkaz opuszczenia Rzymu. Ponieważ wyszedł od ambasadora, nie było sposobu opierać się dłużej. Leach wyjechał na dwa dni przede mną. Pojechałem za nim w towarzystwie kilku Polaków, a teraz piszę we Florencji koło okna, wychodzącego na Arno. Kampania Rzymska pokryta jest rozbójnikami, a Rzym znajduje się w najstraszniejszem niebezpieczeństwie. Papież posiada moc ducha, jak mi mówiono, ale rząd jego jest bliski upadku. Armia Bolończyków zbliża się ku bramom Rzymu, znaczna część Rzymian połączy się z nimi. Taki jest obecny stan wielkiego miasta, a tam znajduje się Mickiewicz. Nie obawiam się o niego. Wielcy mężowie mają swoje gwiazdy na niebie. Nie wiem, co zrobię. Nie mam wiadomości ani od swego ojca, ani od swych przyjaciół w Polsce.
Przeciwności losu mego rozpoczęły się dla mnie w dwudziestym roku mego życia. Wczoraj skończyłem lat dziewiętnaście. Właśnie rok minął, gdy rozpocząłem u Fabure’a starać się o względy tej, która dużo cierpiała, bo wielkie miała nadzieje. Masz słuszność, Reeve, Twój ostatni list jest okrutny38, przypomniałeś mi rzecz, ku wiecznemu memu wstydowi, prawdziwą. Ale patrz, jak Bóg karze; przez to właśnie, czem zgrzeszyłem, jestem upokorzony. Powiedziałem swej ukochanej kłamstwo, a gdy to kłamstwo moich ust stało się rzeczywistością ramion stu tysięcy ludzi, nie mogę dalej grać tej roli. Gdy nadeszła chwila odpokutowania za uwiedzenie, nie mogę go odkupić i kłamstwo całym ciężarem hańby spada na moje serce. Zawsze dzieje się jednako, tak z poszczególnymi ludźmi, jak i z narodem. To właśnie karze ich, czem grzeszyli. Lecz każda kara ma swój kres, a gdy przejdzie, znowu się jest sobą. Ale zdajesz się sądzić, że chcę oszukać Cię kłamliwemi słowy. Mylisz się, Reeve. Gdy pisałem do Ciebie, byłem jakby w malignie, w pomieszaniu zmysłów, trawiony gorączką, nieszczęśliwy, ze złamanem sercem. O Henryku, Henryku, przeklęty niech będzie dzień, który widział narodziny moje, a błogosławiony niech będzie dzień, który ujrzy śmierć moją.
Zobaczysz wkrótce Leacha w Genewie. Wyjeżdża stąd jutro. Od dwu miesięcy nie mam żadnych wiadomości od H. Wszystkie nieszczęścia naraz spadają na mnie.
Wiersze Twoje są ładne, ale znajduję, że nie mają dość mocy; czuć w nich wpływ Twojej apatii. Zbudź się, zbudź, młody poeto! Pozostaw innym senną obojętność, a Ty wróć do zapędów namiętności!
Nie pisz do mnie do Florencji. Nie wiem, ile dni tu zostanę, ale niedługo. Nie odpowiadaj mi, póki nie odbierzesz następnego listu ode mnie.
Poznałem z Twego ostatniego listu, że straciłem w oczach swego przyjaciela. Dzięki za Twoją szczerość. Lecz nie byłeś nigdy w mojem położeniu i nie możesz ocenić wpływu wypadków na mnie, trosk codziennych, braku nadziei i gwałtownych poruszeń mej duszy. Gdy ktoś czuje, że pasmo jego nieszczęść się rozpoczęło, musi wszystko znieść z rezygnacją, uzbroić się w czynną odwagę, by rzucić się na przeszkody, i w odwagę bierną, by znieść wszystkie męki, spodziewać się drwin od ludzi, wyrzutów od przyjaciół i obelg od rodu ludzkiego, który tak lubi miotać obelgi. Jednem słowem, trzeba opasać biodra i wymawiać co chwilę imię boże, bo ziemia wtedy mało tylko daje pociechy. Kto ją za cel uważa, jest zgubiony, padnie wcześniej lub później; ale, jeśli widzieć w niej jedynie środek, niebezpieczne przejście, które pięknie jest przejść zwycięsko, wtedy jeszcze można znaleźć pociechę i wieczność ukazuje się jak niebo błękitne nad rumowiskami tej doliny łez. Umysł mój stał się nieco ponury; pisuję jeszcze czasami, ale wówczas prawie zawsze są to wariacje na temat jakiejś starej legendy, której wątkiem jest walka człowieka z odwiecznym wrogiem rodzaju ludzkiego.
Zacząłem czytać biblię po angielsku. Wspaniałe! Manfred również stał się moim ulubieńcem. Gdy świat nas odrzuca, musimy szukać czegoś ponad nim, a ja zawsze kochałem świat duchów. Może kiedyś, gdy usłyszysz: „Umarł”, nie będziesz myślał o mnie tego, coś myślał, pisząc swój ostatni list do mnie. List ten wbił się w moje serce; mówiłeś sztyletami. Pozwoliłeś sobie na gorzkie drwiny z człowieka, który jest Twoim najlepszym przyjacielem. Nie kocham Cię za to mniej, drogi Henryku, ale wiesz, że nigdy nie ukrywam swych uczuć.
Jaki diabeł przyniósł C. tylu konkurentów? Jakiś Rosjanin, niechaj go piekło pochłonie, następnie coś z rodzaju bardzo, bardzo brzydkiego, ale dowcipnego, wreszcie Hubert, jak zawsze — a Ty patrzysz na to wszystko z zupełnym spokojem. Nie rozumiem, jak dusza Twoja z tego radować się może. Gdy się znów zobaczymy, pomówimy o tem długo.
Masz słuszność, wspomnienia są czemś rozkosznem. Nie wiem, co bym zrobił, gdybym nie miał wspomnień. Lecz, jeśli spleen mój dosięga szczytu, przenoszę się do swego ogrodu nad brzegiem Lemanu i jestem szczęśliwy, Henryku, bo jedyny to obraz, który mi łzy wyciska, a łzy, to niebiańskie szczęście! Sądzę, że aniołowie płaczą wiecznie z tkliwej miłości.
Przed opuszczeniem Rzymu byłem w ruinach pałacu cezarów i znalazłem tam kawałek starego, żółtego marmuru, z którego kazałem Ci zrobić sztylet.
Twojej matce moje uszanowanie. Jack39, każe Ci się kłaniać. Żegnaj, żegnaj!
Twój do śmierci
Zyg. Kras.
Może zobaczymy się wkrótce.
12. Do Henryka Reeve’a
4 kwietnia 1831
Mój kochany Henryku!
Zdaje mi się, żeś jeszcze z Genewy nie wyjechał; lecz to nic nie szkodzi, zaczynam swój list, ponieważ już Cię nie zobaczę, zanim wsiądziesz do dyliżansu. A więc słuchaj! Przyłożyłem właśnie wizykatorię40; leży na mej piersi łagodnie, jak włosy kochanki, jest w niej nawet coś miękkiego — lecz to tylko początek, wkrótce poznam, co znaczy ból. A pogoda jest tak wspaniała, niebo jest tak błękitne i ja nie będę mógł jeździć po jeziorze! Trzeba będzie w pokoju zostać i może nawet nie będę mógł dziś dojrzeć Szkieletu, Karlicy i Kuli i wpatrywać się w nie. Lecz na ten świat zostaliśmy rzuceni, by cierpieć, przechodzimy przezeń cierpiąc i jeśli coś nas z tą kulą ziemską wiąże, to właśnie cierpienie. Kocham ziemię tak, jakbym kochał cmentarz rozległy, na którym dokoła grobów rosną kwiaty i drzewa, na którym gdzieniegdzie stoją czarne krzyże wśród akacyj i topoli, na którym trawnik jest bardzo zielony, świeżość bardzo miła, a bardzo rozdzierające wspomnienia.
Oto dźwięk trąbki rozlega się na placu Molard. To przechodzą żołnierze. Łzy wściekłości zwilżają mi oczy. Czyż to na Molard powinienem słyszeć szarżę i oglądać blask bagnetów? Liściem jestem słabym i zmiętym, rozbiłem się niezbyt podniosłym wzlotem. Wiatr mnie uniósł, ruiny zatrzymały, a później znów uniosły wiatry. Raz kołysany w pajęczej sieci, to znów schwytany przez ciernie, zeschłem w słabem tchnieniu olbrzymiego huraganu, który dochodzi aż do mnie z bardzo daleka. Trąba powietrzna nie mogła mnie rozedrzeć, lecz zniszczył mnie wicher północny; a potem znasz przecież proszek żółty, lekki, lotny, który w jesieni wytwarzają liście skręcone i rozsypane. Zapisuję Ci się w darze, byś zrobił ze mnie proszek do listu. Jeśli kiedyś w myśli napiszesz imię Henriety, weź ten proszek, by je wysuszyć. Bredzę, przyjacielu. Lecz dozwolonem jest, by bredził ten, który na tym świecie nic nie zrobił. Jakżesz nędznym musi być los człowieka, który, otoczony pożarami, wojnami, morderstwami i rewolucjami, nic nie zrobił! Jestem dotychczas na oceanie marynarzem, który od chwili opuszczenia portu napotyka tylko zgubną ciszę i na sążeń nie posunął się naprzód. „Szczęśliwy, powiedzą ludzie, nie naraża się na niebezpieczeństwo, jak ci, co burzy stawiają czoło”. Tak, lecz czyż w oczach Twoich nie ma znaczenia ta apatia, która w odrętwienie wprawia mózg i pustoszy serce, jakby była rozpaczą? Czyż nie mają znaczenia dla Ciebie palące promienie, które padają prosto na głowę i spalają łono, jednostajność, która otacza go, jak ohydne skręty uśpionego węża, niecierpliwość, którą musi wtłoczyć z powrotem w swą duszę? Daj jej jakieś ujście, a posłuży mu za skrzydła do wzlotu, lecz w nim skuta jest już ołowiem, wiecznym na sercu ołowiem. A białe żagle, opadające bezwładnie, i liny, opuszczające się dokoła niego! A ogromny kadłub okrętu, nieruchomy, ciężki, nie kołyszący się, zawsze stojący na kotwicy, zawsze, zarówno w nocy, jak i we dnie, tak wczoraj, jak i jutro! Daj mu chmury, by je wyzywał, i błyskawice, by je podziwiał, i piorun, by z nim walczył, a wtedy kołysać się będzie, radosny, jak dziecię, na rozhukanych wodach!!
Moja wizykatoria staje się z każdą chwilą bardziej drażniącą, posuwa impertynencję aż do utrudniania mi oddechu. Lecz piszmy dalej!
Już nie wiem, co Ci napisać więcej. Tu koniec mego natchnienia. Więc będę, jak zwykle, trochę o Niej pisał. Lecz cóż powiedzieć znowu? Spróbujmy!... Jedynym moim celem jest dać nowy obraz. A zresztą czuję potrzebę pisania jej imienia. — Henrieto, Henrieto, Henrieto, Henrieto! Czy pamiętasz dziewczynę młodą, żywą, ładną, lekką w tańcu i gonitwie, szybką w swych odpowiedziach, niecierpliwą w żądaniach, ozdobę salonu w dzień balu, zawadę w dzień wistowego wieczoru, świeżą jak kwiecień, z wiecznym uśmiechem na ustach, z radością w oczach, szydzącą ze śmiesznostek, nie przebaczającą nikomu, że się urodził w 17..., a jednak zarazem jakżeż dobrą, uprzejmą, słodką i pełną godności, gdy tego zachodziła potrzeba? Czyż ją pamiętasz? Widzieliśmy ją obaj na wiosnę. Stałeś, gdy przechodziła, ja zaś padłem na kolana i zatrzymałem ją w swawolnym biegu. Goniła zapewne motyla, a spotkała węża. Rozwijałem przed nią skręty swej imaginacji, o błyszczących łuskach, pełzałem u jej kolan, lecz żądłem dosięgłem jej serca i jad mój zatruł uśmiech na jej ustach. Spadł z jej warg, jak płatek róży, nakłuty przez owad. I od tego czasu już się nigdy nie uśmiecha. Czy znasz tę smutną dziewczynę, która w domu swego ojca z przygnębieniem odpowiada na pytanie, nie zapytuje o nic, najzupełniej pozbawiona ciekawości, zaniedbana w stroju, stara się zapomnieć o wdzięku swej młodości, unika spojrzeń, zmienia ciągle przedmiot rozmowy i nigdy nie może znaleźć tego, który by jej odpowiadał — kocha muzykę, a gra rzadko, kocha kwiaty, a kwiatów nigdy nie zbiera. Jedzie stępa na koniu, potem nagle puszcza się pędem, by tak samo nagle się zatrzymać. Czytuje wiersze, częściej płacze, niż mówi, niż czyta, niż śpiewa, jak gdyby każda z jej myśli, zamiast w muzyce, w czynach i słowach się wyrażać, roztapiała się we łzach. Modli się do Boga z goryczą w sercu i obawia się zarazem, by jej modlitwy nie zostały wysłuchane. Roztargniona ponad wszelką miarę, patrząc na morze, mówi o łąkach, haftując kwiat, myśli o grobie, podaje ramię swemu bratu i mówi do niego, jak do obcego. Może u boku obcego mówiłaby do niego, jak do brata. Czy znasz tę dziewczynę? Widząc ją, nie powiedziałbyś nigdy, że była niegdyś bez obaw, bez kłopotów, jak ptak niebieski, bez troski, bez wyrzutów sumienia, jak nowo narodzone dziecię, i świeża, jak źródło na lodowcach, i szczęśliwa, jak poeta w chwilach natchnienia. Rzekłbyś, że nieszczęście szło za nią od kołyski. Wśród łez się zrodziła, w dzieciństwie już same przeżywała troski, w młodości nic prócz cierpień nie zaznała. Nie miała nigdy przyjaciół, by ją pocieszali, nigdy kochanka, który by jej ręką niebo z dołu wskazał. Była kwiatem, zeschłym przed rozkwitem, a zasłona, która zakrywała przed nią rozkosze świata, nie jest jeszcze rozerwana.
A więc nie! Była piękna, kochana, ubóstwiana, miała chwile, w których czuła, co to porywy namiętności, miała rzeczywistość szczęścia, a po niej płomienne marzenia. Słyszała z niejednych ust pochwały. Czuła się królową na ziemi.
I dlaczegoż nie jest już tem, czem była w swych najpiękniejszych dniach? Zbyt łatwo uwierzyła i została oszukaną.
Nic mi nie pozostaje innego, jak tylko imię swe pod tem podpisać. Pisałem list ten tylko dlatego, by Ci pokazać w Brigue, że myślę o Tobie w Genewie. Wracaj prędko! Wypada mi z ręki pióro. Zaczynam okropnie cierpieć. Ukłony dla Aleksandra i Alojzego Lombardów. Bądź zdrów, kochany!
Pali mnie; zaprawdę, to rozżarzony węgiel!
Zyg. Krasiński.
13. Do ojca
1831. Genewa, 14 maja
Kochany Ojcze!
14 maja odebrałem w Genewie list kochanego Papy i oblałem go mojemi łzami — w niepewności dotąd czekałem co dzień na wiadomości od Niego i, co dzień omylony w nadziei, smutniałem bardziej.
Dzięki Bogu, żem wyszedł z tego stanu niepewności. Pyta mnie się Kochany Papa, com robił od 16 decembra. Ten czas przeszedł mi na ciągłej gorączce, na ciągłem oczekiwaniu, na ciągłych boleściach wszelkiego rodzaju.
Rzym, Florencja, Genewa, Mediolan przeszły mi przed oczyma, jak kartki książki, którą się czyta, nie myśląc o niej. Myślałem wciąż o drogiej Polsce i o drogim Ojcu. 25 marca przyjechałem z p. Jakubowskim do Genewy i odtąd tu przebywam, czekając zawsze na listy od Papy.
Teraz, kiedy ten list nadszedł, kiedy w nim czytam wyrażoną wolę Papy, będę prosił o posłuchanie, o uwagę, o pobłażanie synowi, o miłosierdzie, miłość i błogosławieństwo.
Nie może wątpić Kochany Papa, że Go kocham więcej od wszystkich ludzi, żem gotów dla Niego poświęcić wszystkie związki, czego Mu dowód dałem przeszłego roku — ale też nie wątpi mój ojciec, żem jest jego synem, wnukiem biskupa Adama i Polakiem. Pisałem w liście do Królewca do Papy, że nienawidzę ludzi, którzy przeciw Niemu powstali w Warszawie, alem pisał zarazem, że kocham Polskę i że, kiedy Jej sprawa narodową się stanie, nic mnie wstrzymać nie zdoła.
To samo powtarzam dzisiaj.
Nasz wiek jest wiekiem poświęceń i pokuty.
Ofiarę z siebie uczynić jest obowiązkiem świętym, od Boga nakazanym. Odpadły z moich oczu wszystkie złudzenia młodości — nadzieje dni świetnych ziemskiego szczęścia. Nigdy szczęśliwym się nie czułem, od kiedy zapamiętam, że żyję — nie byłem szczęśliwym w kochaniu, w tem, co szczęście młodości dla innych do najwyższego stopnia podnosi, i nadal też sobie żadnego szczęścia nie wróżę, nie rokuję. Wiem również, że chwała, wyżebrana u ludzi, kończy się na krzykach kilku, a potem na niczem. Dawniej marzyłem o niej, teraz już jej sobie nie obiecuję; ale tkwi mi w głębi duszy, żem powinien dokonać świętego obowiązku, od którego nikt na ziemi uwolnić mnie nie może. Są takie obowiązki na świecie, które jedne tylko środkują między stworzeniem a Stwórcą, nie przypuszczając między nich trzeciej osoby. Takim obowiązkiem jest służenie Ojczyźnie.
Drogi Papa mi pisze, bym podróżował, uczył się, kształcił i bywał po towarzystwach. Trudno by to przyszło mi do wykonania w stanie, w którym jestem. Cierpienia wjadły się głęboko w moje serce; nieprzerwaną mam gorączkę; czasem czuję, że mi się mózg przewraca; dni moich i nocy nikomu nie życzę. Czytać, pisać mi nie sposób; ledwo dokończyć mogę zaczętej rozmowy.
A potem, podróżować, włóczyć się między cudzoziemców, kiedy w tamtej stronie Europy mój ojciec nieszczęściami przywalony — moja babka w smutku lat ostatka dociąga — a moi rodacy walczą, by zginąć lub zwyciężyć — jest rzeczą nie tylko niepodobną do uskutecznienia, ale wywołującą co chwila rumieniec wstydu na moje lica.
I któż ze mną zechce pomówić? Kto rękę ścisnąć? Kto się zapoznać, kiedy się dowie, żem Polak, podróżujący dla zabawy i nauki w czasie, kiedy Polacy co dzień giną w Polsce! Takiego stanu znieść nie mogę. Cząstkami umieram co dzień. Przez Boga! Lepiej by było od razu umrzeć i nie męczyć się tyle!
Ale to są przyczyny mniej więcej egoistyczne — bo można zrobić ofiarę z siebie i wstyd znosić przez poświęcenie. Takiej ofiary podjąć się jestem gotów, choć wiem, co by z niej po kilku miesiącach wynikło: śmierć lub szaleństwo. Lecz nie o to idzie. Wracam teraz do tego, com wzwyż powiedział, do obowiązku świętego, który góruje nad wszystkiemi inszemi i który mnie woła do Polski, między szeregi moich braci.
Teraz nadchodzi dla mnie uroczysta chwila. Zmuszony jestem powiedzieć ojcu, którego kocham i kochałem zawsze nade wszystko, że pójdę przeciw jego woli, że będę się starał do Polski wrócić, że to jedynym od dzisiaj staje się celem wszystkich moich myśli i działań.
Ojcze drogi! Niechaj Bóg mnie sądzi, a Ty nie odmów mi swojego błogosławieństwa!
Pan Jakubowski, któremu to oświadczyłem, powiedział mi, że wszystkiemi sposobami będzie starał się mnie zatrzymać. Szanuję go tem bardziej, bo pełni swój obowiązek — muszę więc wejść w walkę z człowiekiem, który od dwóch lat daje mi dowody przywiązania. Los mój pełen jest goryczy, ale w Bogu ufam; On omylić nie może, bo ma całą wieczność za wydział swej sprawiedliwości.
W tych dniach będę się starał dostać do Paryża, a stamtąd jak najprędzej do Warszawy. Z każdego miejsca, z którego będę mógł, będę pisał do Papy.
Stało się! Czuję jeszcze na twarzy łzy Ojca, żegnającego mnie w Błoniu, serce moje rozdarte ze wszech stron — gdzie się tylko obejrzę, widzę przyszłość czarną.
Jakże mam ten list zakończyć? Cóż mam powiedzieć dalej? Dziwno, że mi pióro nie wypada z ręki!
Na kolanach błagam, wspominając obraz matki mojej, której śmierć po dziesiąty raz obchodziłem miesiąc temu w Genewie, błagam mego Ojca o przebaczenie i błogosławieństwo. — Cierpienia, które sprawię jeszcze, odbiją się w mojej duszy — już ich ciężar dźwigam na sumieniu.
Źle mi jest, o, źle! Kiedy wspominam na Ojca, drżę cały i cofam się przed przedsięwzięciem.
Ale kiedy Polska mi na myśli staje, znowu sił mi przybywa, znowu przypominam sobie, że dzieckiem nieraz przysięgałem przed drogim Papą, że ją zawsze, zawsze kochać będę.
Dotrzymam przysięgi. Błagam o przebaczenie i błogosławieństwo — Bóg w nieskończonem miłosierdziu dozwoli, bym kiedyś to błogosławieństwo u stóp Ojca odebrał.
Ojcze drogi, nie odwróć lica od syna! Wierzę mocno, że robię to, com powinien. Przebacz mi! Ten, co na krzyżu umierał, w chwili zgonu przebaczył mordercom. Proszę o przebaczenie i błogosławieństwo, a niech wielki cień biskupa Adama nade mną skrzydła swej opieki rozciągnie!
Zygmunt Krasiński.
15 maja. Pan Jakubowski zamknął mi wszystkie drogi do wyjazdu...
14. Do Henryka Reeve’a
Genewa, 20 maja 1830
18 maja. Wróciłem pieszo z Saint-Cergues. Zmordowany, rozbity ze zmęczenia, poszedłem do swego pokoju. Widziałem się z Mickiewiczem i Jakubowskim. Zjadłem obiad, piłem. Byłem podniecony, miałem trochę gorączki, rzuciłem się na łóżko, — to mi dobrze zrobiło; wyciągnąłem się z rozkoszą zmęczenia i zapadłem w głęboki sen. Przed mojemi oczyma przesunęły się wasze twarze, Twoja i Henriety. — Sny miałem mętne, przerywane, bez łączności, a jednak z sobą powiązane. Obudziwszy się, byłem jeszcze na wpół pogrążony w sennem marzeniu i powiedziałem sobie: Oto Reeve stąpa całym swoim ciężarem po mojem sercu. „Henrieto, Henryku, gdzie jesteście? — zawołałem. Gdzież są ci wszyscy, których kochałem?” Od 13 kwietnia zeszłego roku, żadne rozstanie tyle mię nie kosztowało. Ujście Rodanu — potem Saint-Cergues. Oddałem Twoje bileciki.
Zamoyski zabił własną ręką trzech kozaków, którzy chcieli wziąć do niewoli jego pułkownika, i natychmiast został mianowany oficerem. Niech go Bóg błogosławi! Gdy byłem z nim razem, nieraz jednak myślałem, że, jeśli przyjdzie nam imię sobie zdobywać, to ja pierwszy je zdobędę. Myliłem się. Bóg ukarał moją zarozumiałość. Klustine ma się bardzo źle. Dyliżans przeszedł mu przez nogę. Jutro mają mu odjąć wielki palec, już objęty przez gangrenę. Biedny chłopiec! Chciałem dziś jeszcze pisać do Ciebie, by być w jak najściślejszej z Tobą łączności, choć nie jesteś już przy mnie. Dobrej nocy! Padam z senności i znużenia.
19 maja. Wstałem dziś rano jak człowiek, który wstał, by rozpocząć dzień pełen goryczy. Brak mi Ciebie, brak mi Ciebie w całej dobroci Twego serca i w całej rozległości Twego umysłu. I do kogóż teraz pójdę, by ufnie troski swoje powierzyć? Komuż będę mówił o nieśmiertelności, o Bogu, o wieczności? W obydwie ręce ujmę wyrywającą się duszę moją i wtłoczę ją z powrotem, aż do głębi mej piersi. I czem są dla mnie te istoty, przesuwające się przede mną tam i z powrotem? Zaprawdę, gdy się rozejrzę, nie widzę poza Ladarsami nikogo, z kim by mówić można. Oni wiedzą przynajmniej dokładnie, co to barka i żagle. Lecz, wiesz, dziwne mam przeczucie, że Henrieta przyjedzie. Nie wiem, skąd ono przyszło, by siąść na mem sercu, jak ptak obietnicy, lecz mam je i już mię nie opuszcza. A więc będę je żywić, podsycać, powiększać całą mocą mej wyobraźni, bo to jednak jest jeszcze coś: marzyć, okłamywać samego siebie i stopniowo powoli dochodzić do obłędu. Gdy się rozstawałem z H., miałem oparcie w sile mej namiętności. Przedmiot, który nadał pęd mej duszy, znikał w rzeczywistości, lecz pęd był silny i dusza moja drgała od odurzenia, skoro i dziś drga jeszcze. Zresztą było to we wiośnie mego życia. Dostrzegałem wprawdzie w oddali chmury, ich kształty przepowiadały mi wojnę, kłopoty, walkę, zarazę i nieszczęście. Lecz dostrzec nie mogłem tej chmury, która nagle z fałdów burzy się wyłoniła. Jest czarną i siną, jak ów obłok w Farysie, postępuje naprzód wolno, ale pewnie, rozsyła dokoła daleko idące białawe siatki, któremi obejmuje niebo, szerokie pasy mgły zstępują z jej brzegów ku ziemi, nie oślepia mocą błyskawic, uderzeniem jasnego piorunu nie miażdży; zdaje się spać, a jednak posuwa się naprzód, niema, ciężka, ohydna, by zadławić i zadusić — i zadusi. To jest chmura wstydu. Rok już minął, gdy, rozłączając się z H., nie myślałem o tem wcale, i oto dlaczego, tracąc Tę, którą ubóstwiałem, nie traciłem wcale mych sił. Lecz dziś odjazd Twój zupełnie mię przygnębił, gdyż zostawiłeś mnie nie tak, jak ona, w pełni zapału, lecz w rozpaczy, nie potężnego nadzieją, złudzeniami i chwałą, lecz słabego, walczącego jeszcze trochę, jak człowiek, już wpół utopiony, bez pociechy, bez nadziei, samotnego w „spelunce ludzi przyzwoitych”, samotnego wśród wszystkich, przez samego siebie opuszczonego, gdyż już nie chcę zadawać sobie trudu, by się podnieść. Cóż za wiek! Cóż za świat! I jakżeż nędzną istotą jest ten, który te słowa do Ciebie pisze! Twój odjazd, Henryku, dobił mię. Oby stał się dla Ciebie początkiem olśniewającej przyszłości! Mam nadzieję, że któregoś dnia, chwałą okryty, nie zapomnisz jednak o tym, który, zgięty pod ciężarem wstydu, pozostał w cieniu.
19 maja wieczorem. Wróciłem właśnie z jeziora. Zdarzyło mi się coś dziwnego. Przejeżdżałem Eaux-Vives, koło Paquis, żeby odprowadzić Mickiewicza do Klustine’a, popchnąłem łódź nieco dalej, ażeby zobaczyć „altanę mojej ukochanej”. Okropna burza szła spoza Salève. Myślałem, że zdążę wrócić do Eaux-Vives, gdyż pomruki grzmotów były dalekie, lecz omyliłem się. Na środku jeziora zaskoczyła mię burza. Z szybkością tak wielką, do jakiej tylko byłem zdolny, dotarłem prosto do drugiego brzegu i zawinąłem do małej przystani, bardzo smutnej i bardzo czarnej. Nie przypominam sobie wcale, bym ją widział kiedyś przedtem. Wyskoczyłem na brzeg i schroniłem się do pewnego rodzaju budynku, opustoszałego, z otwartemi drzwiami. Grzmiało straszliwie. Schwycił mię strach paniczny, jaki napada mię czasem, chociaż nie jestem z natury tchórzem. Wyobraź sobie, że, patrząc na jezioro, tak ponure tam, gdzie się znajdowałem, przypomniałem sobie sen, o którym Ci mówiłem. Było to prawie to samo miejsce, te same chmury tam, naprzeciw, ten sam wygląd jeziora, ten sam grzmot, te same coraz bardziej zbliżające się błyskawice. Niewypowiedziany lęk schwycił mię za serce i ukląkłem, by wzywać Boga. Przepędziłem pół godziny, oczekując, że zginę od ognia niebieskiego. Co chwila na myśl mi przychodził przeklęty sen. Dziwne, że taki był przypadkowy zbieg snu z miejscem, w którem się znajdowałem, z kształtem chmur i burzą. W końcu, jak widzisz, nie zostałem starty w proch, choć przykre przeżyłem chwile. Jak dziwne bywają stany duszy! Teraz jestem w swoim pokoju, bardzo osłabiony, pot zimny spływa po mem czole. Burza przeszła, wrażenie zostało w duszy. A jednak, mój drogi, ja wcale nie jestem tchórzem.
20 maja. Widziałem Aleksandra Lombarda, który mi powiedział, że postara się zrobić dla Ciebie portret C. i przysłać Ci go, skoro tylko będzie miał czas na to. Rozmówiłem się z nim w sprawie włosów; powiedział mi, że to będzie trudne, lecz pomyśli o tem. Aleksander jest naprawdę dobrym chłopcem. Gdy się go bliżej zna, widzi się, że ma duszę, że dusza ta, chcąc się wydostać, dławi go, lecz że jest zrobiona z materiału, który drapie go w gardle i płucach, gdy rozwija tam swe fałdy.
Mickiewicz jedzie jutro do Paryża. Zobaczysz go tam z pewnością. Uczyń mi tę przyjemność i, jeśli możesz, pomów z nim trochę o mnie. Ciekaw jestem, co powie. Głęboko pogrążony jestem w spleenie, nie mogę pisać, natchnienia mi brak, nadziei brak, życia brak. Być pewnego rodzaju trupem, jedzącym, pijącym, śpiącym, jakież to piękne! Cholera-morbus czyni spustoszenia w Warszawie. Prawdopodobnie nie ujrzę już tych, których tam zostawiłem. Sam zostanę na ziemi. Jakże pociągająca perspektywa! Lecz musimy się poddać losowi i błogosławić imię Boże.
Od powrotu nie widziałem Bineta41. W Chateaubriandzie znalazłem rzecz doskonałą. Mówi on, że ludzie, których Bóg posyła, by ród ludzki pokarać, niewielkie tylko napotykają zapory i że w czasach, w których się ukazują, ludy i królowie są rażeni głupotą i nie ma ludzi genialnych, by stanęli im na drodze i dali opór ich pustoszeniu; oni zaś sami mało mają talentu, lecz wszystko im służy, nawet ich błędy i zbrodnie. Przeciwnie, wielki mąż, którego Bóg zsyła dla zbawienia ludzkości, jest zawsze wielkim geniuszem, lecz środki jego są słabe, zasoby żadne. Na każdym kroku napotyka okropne zapory. Walka jego jest długa, trudna i pełna poświęcenia. Oto są oznaki, przez które zbawca różni się od bicza bożego. Myśl tę cała historia potwierdza, i jest ona bardzo piękna. Lecz wicehrabia nie wyciąga z niej następującego wniosku: mianowicie, należy do porządku tego świata, że każdy człowiek, którego misją jest zbawiać i naprawiać, powtarza sobą męki i poświęcenia swego pierwowzoru, Zbawcy, który umarł na krzyżu, bo na tej ziemi nie ma nic wielkiego, pięknego, dobrego bez chrześcijańskiego poświęcenia, bez bólów i cierpień. Kto chce bronić narodu uciśnionego, powinien z góry sobie powiedzieć: „Weźmy żałobną szatę, krwią moją będzie splamiona, a gdy zmęczony siądę na drodze swojej, by odpocząć chwilkę, jedyną ochłodą będzie mi czara goryczy”.
Mam nadzieję, że matka Twoja ma się dobrze i nie jest zbyt zmęczona podróżą. Bądź tak dobry i wyraź jej moje jak najszczersze uszanowanie.
A więc, Henryku, jestem sam, sam, sam, sam, sam, sam w Genewie! Można być zupełnie samotnym wśród ludzi, sunąć poprzez ulice ku jezioru, płynąć w łódce przez kilka godzin dziennie, potem wracać tą samą drogą do swego pokoju o purpurowych firankach. Tam palić pod wieczór przy blasku dwóch świec, męczyć się, jak w lochu, i, jak więzień, ręce mieć związane, chudnąć po trochu, jedząc jednakowoż ciastka od du Tilleula — jedyną to pociechą w tem życiu — podziwiać wszystkich ludzi, przechodzących przez Molard, ponieważ są wyższego wzrostu, zazdrościć losu księciu Hohenlohe-Oehringen, lordowi Eglinton, rozmawiać niekiedy ze starym, nie mniej jednak energicznym Jackym, liczyć z lękiem ostatnie tchnienia poezji, zamierającej w łonie, rozprawiać czasem z pannami Revilliod o prawach i przeznaczeniu rodu ludzkiego, kłaniać się, przechodząc, p. Vistaz i brać lekcje dobrego tonu w jego sklepie, skakać w Paquis przez mur, najeżony potłuczonemi butelkami, mówić tonem wyższości z Izaakiem, synem Antoniego, otrzymywać na wieczory zaproszenia, któremi się ozdabia swoje lustro, pisać głupstwa, marzyć o szaleństwach i poddawać się miłej niepewności, czy skończę karierę swą szaleństwem, czy też zgłupieniem, to znaczy, czy stanę się zbiegiem z Bedlam, z błędnym wzrokiem, z pianą na ustach, ze zbolałem łonem i z myślami, zderzającemi się boleśnie w głowie, jak w furii, czy też nieszkodliwym obywatelem kawiarń i oberż, palącym spokojnie fajkę, podziwiającym kółka, które tworzy dym koło fajki, czytającym to tu, to tam anons o zapasach gimnastycznych, afisz teatralny, odezwę i pijącym lemoniadę w filiżankach od ponczu, schodzącym krok za krokiem do trumny sosnowej, ładnie polakierowanej i mocno zabitej, świeżej pierwszego dnia, zbrukanej gliną nazajutrz, zgniłej po sześciu tygodniach i stającej się prochem lotnym a cuchnącym po trzech miesiącach itd., itd.
Żegnaj, kocham Cię bardzo. Kochaj mię zawsze i pisuj do mnie!
Zygm. Kr.
Nic od H.! To męka, tortura! Choć udaję błazna, mam jeszcze serce, i serce to miłością ku niej płonie.
15. Do Henryka Reeve’a
Genewa, 26 maja 1831
Właśnie odebrałem Twój list i odpowiadam Ci natychmiast, ażeby Cię jeszcze złapać w Paryżu przed 31-ym. Dziękuję Ci bardzo, mój kochany, za Twoje wiersze. Jedyny zarzut, który im czynię, to ten, że pobudziły mię do płaczu i że czuję jeszcze łzy w oczach, przez nie wyciśnięte. To ostatnie porównanie do króla w Izraelu jest doskonałe. Lecz to czyni mię może stronnym sędzią, że je czuję tak głęboko, jak gdybym je sam napisał. Dzięki za nie! Może kiedyś będę powtarzał te wiersze, będę się ich uczył na pamięć i wtedy powiedzą: „Jest to wytwór wyobraźni poetyckiej”. Prawdziwe nieszczęście i rzeczywistość uważać będą za marzenie. Kochany, cierpienia moje przekazuję Twej poezji. Ale co dziwne: wtedy, gdy pisałeś ten utwór, wtedy, gdy Ty, jako poeta, obejmowałeś tysiąc myśli i uczuć w kilku wierszach, ja, niezdolny do władania rytmem, układałem coś na ten sam temat w prozie, czego dotąd nie skończyłem. Nic dziwnego, żeśmy na ten sam temat pisali, lecz dziwne, że to samo zabarwienie, które panuje w Twoim ułamku, przenika również w całości mój utwór. Osądzisz sam. Jest to krótkie opowiadanie. Działanie rozpoczyna się w porcie Villeneuve. Opis statku parowego „Winkelried”, który gotuje się do odjazdu. Opis kapitana Romura, jego atletycznego i szczerego wyglądu, jego dziwnego ubioru, szorstkiego obejścia i twardego głosu. Potem przybywają podróżni w barkach i następuje odjazd. Zaledwie statek wyruszył, spostrzeżono zbliżającą się lekką barkę, a w niej cudzoziemca, który, spóźniwszy się, przynagla ludzi u wioseł. Kapitan nie chce się zatrzymać, gdyż ma rozkaz wyruszenia punkt o dziewiątej; ani sekundy później, ani sekundy wcześniej. Barka jest o 30 kroków od „Winkelrieda”, który się oddala. Cudzoziemiec wskakuje na tył barki, wyrywa kotwicę i rozwikławszy ją z pierścieni łańcucha, długiego na kilkadziesiąt łokci, rzuca ją z siłą na sznury, łączące łódź ratunkową „Winkelrieda” z jego tylnym pokładem. Kotwica spada między liny, zahacza się o nie, w ten sposób cudzoziemiec zbliża się do statku. Kapitan wydaje rozkaz zatrzymania się. Cudzoziemiec wskakuje na statek i przedstawia swój paszport kapitanowi. Na to Romur tytułuje go milordem. Wszystko to jest przeplatane widokami jeziora, pagórków Montreux, skał la Meillerie. Potem następuje opis cudzoziemca: wysoki, blady, oczy niebieskie, niedbały w obejściu, kładzie się na ławie, medytuje, ziewa. Upał się wzmaga, pasażerowie schodzą do salonów. Romur przychodzi, paląc, obejrzeć cudzoziemca, który się obraca i zapytuje go: „Jak głęboko zanurza się »Winkelried«”? „Na 16 i pół, milordzie”. — „A więc rozedrze się on szeroko o kamień w Saint Gingolphe” mówi młodzieniec z uśmiechem, pełnym zimnej krwi i ironii. Romur chwyta się za głowę, pędzi do steru, zmienia kierunek okrętu, przepływając w odległości dwóch stóp od rafy skalnej. Jego zdziwienie z tego powodu, że młody lord tak dobrze zna jezioro. Henryk Gram (lord) porzuca swoją niedbałą pozę i, rzucając spojrzenie wspomnień na brzegi i na góry, rozpoczyna rozmowę z Romurem i zapytuje go o nowiny z Genewy. Powoli Romur poznaje dawnego znajomego młodzieńca, który przepędził pierwsze lata swej młodości w Genewie. Z Genewy wyjechał pod innem nazwiskiem, zdaje się Henryka Burnley’a, później został lordem Gram wskutek śmierci dalekiego krewnego. Charakter młodzieńca jest ten sam, co w „Willi lorda Byrona” — jednem słowem, to Ty. — Potem wypytuje Romura o wiadomości, dotyczące przyjaciela, którego nazwisko mówi mu cicho do ucha, gdyż na pokładzie pełno pasażerów, dokoła pełno ciekawych. Jedzie do Genewy, by go ujrzeć znowu. Następują wspomnienia przyjaźni, młodości. Romur mu opowiada, że ten przyjaciel jest w Genewie, lecz oszalał. Następuje opis jego szaleństwa, cała rozmowa o tem w kabinie Romura; na sznurze fuzje, obcęgi, narzędzia, torby, pistolety, topory, młoty itd. Potem Lozanna przerywa rozmowę. Potem nastąpi burza: barka żaglowa tonie między Jeantoux i la Savoie. Lord Gram ocala człowieka, który był w barce: to jego przyjaciel, który przybył prawie zemdlony do portu w Molard. Ten przyjaciel wyrwie się z jego objęć, by uciec. Poszukiwania, uczynione wspólnie z kapitanem, z początku bezowocne. Spotkanie, rozmowa, obłęd, wstyd, ojczyzna, różne sytuacje, stany duszy często zmienne, potem akcja się rozwija, w końcu szaleniec popadnie w stan apatycznego spokoju, powróci do przytomności, by zobaczyć, że jest w przepaści i że z jej głębi powinien zwrócić swe spojrzenie tylko ku niebu. — W jesienny wieczór powóz wyjeżdża z bramy Rive. Lord Gram jest w nim ze swoim przyjacielem. Powóz potoczy się w kierunku Alp Walijskich. Potem nieszczęsny szaleniec zostaje księdzem w klasztorze. Opis luków sklepionych klasztoru na górze. Scena wyświęcenia na księdza. W środku nawy gromnica, odblask czerwonawy. Lord Gram w niszy. Nazajutrz ma odjechać. Po ceremonii przyjaciel jego usuwa się do swojej celi. Rano znajdują go wydającego ostatnie tchnienie z gorączki, konanie, śmiertelne łoże, pożegnanie lorda Grama z przyjacielem. — Koniec.
Czyż to nie to samo zabarwienie, rozprowadzone szerzej, że tak powiem rozcieńczone, jak od Give me thy hand, my friend... aż do tego pięknego wiersza: Till the full streamlet of thy heart grew dry And thy brow feverish42.
Napiszesz mi, co o tem myślisz. Jeśli Ci nie przysyłam kwiatu z Bourdigny, to tylko dlatego, najdroższy, że nie mam 5 franków na wynajęcie konia i że chcę, byś list ten otrzymał w Paryżu. Lecz pierwszy list, który Ci do Anglii napiszę, będzie skromnym grobem, w którym zostanie pochowany młodziutki i słodki kwiat z jej ogrodu. Co się tyczy włosów, to mam nadzieję, że mieć je będziesz. Namówiłem Vauchera, by zastąpił jej zwykłego fryzjera za pierwszym razem, gdy się będzie czesała i by jej obciął jeden pukiel włosów w największej dyskrecji. — Vaucher myśli, że to dla mnie i słowa o tem nikomu nie powie. Butelka szampana wyrówna mój rachunek z nim i na jej dnie będzie pochowana tajemnica. Co do mnie, jestem bardzo nieszczęśliwy. Wszyscy mię opuszczają. Ona nie pisze do mnie. „Za parę dni napiszę do Ciebie”. Czyżby to było szyderstwo? Ten łańcuszek, czyż był znakiem pożegnania, a nie zakładem miłości? Cóż myślisz? Co robić? Kocham ją zawsze silnie. Każdy dzień, który nadzieję moją zawodzi, zwiększa moje przywiązanie. Czasem powracam do przeczucia, że przybędzie do Genewy, lecz najczęściej przypuszczam, że ma mnie dosyć, że już słyszeć nie chce o istocie poniżonej, słabej, spodlonej, bez energii, imienia, przyszłości, o tym, który jej mówił wiele o sławie, a zakończył tem, że jej mówił o wstydzie, który, pyszny w dniach swej namiętności, poniżał się w godzinie nieszczęścia, który w końcu oszukał ją na wszelkie sposoby, udawał przed nią bohatera, a stał się muchą — a, jeśli głos urojonego bohatera pociągał, jest rzeczą naturalną, że brzęczenie prawdziwej muchy tylko nudzi i nie może nic innego wywołać prócz niechęci i obrzydzenia. Lecz nie powinna była wybierać tej właśnie chwili, by zadać cios ostateczny. Dlaczegóż nie uczyniła tego, gdy byłem potężnym i mocnym, gdy widnokrąg mój jeszcze nie był zacieśniony, gdy mogłem górę bólu unieść i nie mieć zdruzgotanych piersi. Lecz zapomnieć o mnie teraz, kiedy już nic nie mam na ziemi, kiedy żyję z dnia na dzień, to okrutne! — Och, może o mnie jeszcze nie zapomniała! Gdyby była o mnie zapomniała wtedy, gdy jadłem mięso i piłem wino, byłoby to znośne, lecz teraz, gdy żywię się jarzynami i piję wodę... Zobaczysz, mój drogi, stanę się wkrótce błaznem w rodzaju Lintnera. Jednak, jeśli możesz się czegoś o niej dowiedzieć, uczyń to, mój drogi, a będę miał jeszcze jedno błogosławieństwo dla Ciebie. Uczyń to i napisz o tem w pierwszym liście, który mi przyślesz z Londynu. Gdzie ona jest? Czy zdrowa? Czy chora? Kocham ją z całego serca, albo raczej wszystkiemi serca mojego strzępami, bo serce moje diabelnie rozpadło się w łachmany. Roget był listem Twoim bardzo wzruszony i żałuje, że Cię nie widział przed Twoim odjazdem. Powiem Binetowi to, co mi poleciłeś. Przepędziłem z nim wieczór i wieleśmy o Tobie mówili. Duchesne często do mnie przychodzi, wiosłuje dosyć dobrze i korzystam z jego usług na jeziorze. Nie umie jeszcze dobrze rozpinać żagli, lecz i to przyjdzie. Robię obroty bez końca, dni i noce na jeziorze przepędzam, podczas pogody, deszczu i burzy. Nabawiam się kataru, moknąc, i pozbywam się go, moknąc jeszcze bardziej. Czyś widział Mickiewicza? Wyjechał stąd w sobotę 21. Jutro minie 10 dni od Saint-Cergues. I żałowałem i cierpiałem, że nie będę Cię widział rok cały.
Więc, mój kochany Henryku, jesteśmy obaj na tej ziemi, rozdzieleni, daleko jeden od drugiego. Niechaj Cię marzenia młodości często do Genewy przenoszą i niechaj wtedy znajdę w nich swoje miejsce. Sił nie trać! Powiedz do spleenu: „Nie pójdę dalej” i niechaj akordy Twej liry wstecz go odpędzą! Obserwuj zwierzęta, zwane ludźmi, wejdź głęboko w ich serca, tak, jakbyś wchodził do sali w Morgue, i pokładaj ufność w Bogu chrześcijan, w Słowie obłoków. Niechaj jego promienie złotem opaszą ciało Twoje, natchną Twoją duszę i rozleją dokoła Ciebie atmosferę spokoju, kontemplacji, zachwycenia, ażebyś w dniach przeciwności mógł walczyć z siłą męczennika i zapałem natchnionego. Dla mnie to rzeczy skończone na ziemi. Już ostatnie westchnienia poezji liczę w swem łonie. Odchodzi, jak przyszła, niewidzialna, nie do zatrzymania. Może unosiła się nad moją kołyską, lecz nie będzie świecić dokoła mojej mogiły. Gdy zstąpię do grobu, już od dawna nie będzie jej wokoło mnie, gdyż czuję, że mam jeszcze krew i płuca, lecz natchnienie gaśnie, stanę się jakimś Szczerbininem lub Saint-Ange, lub innym owadem tego szlachetnego gatunku.
Więc, jeśli nie słabniesz, jeśli mię kochasz zawsze, uczynisz cud. Żegnaj, pamiętaj o tym, który Cię tak silnie kocha! Parę słów o H. przez litość, może mię to wskrzesi! Żegnaj! Żegnaj! Pisz do mnie!
Zygm. Kr.
16. Do Henryka Reeve’a
28 maja 1831, Genewa
Ach! Przyjacielu mój, zatopiłeś mi sztylet prosto, prosto w serce43. Wiesz, czem jest dla mnie otrzymanie listu, który mię podnieca. „Bramy zbawienia”, powiadasz. A jeśli zamkną się na zawsze, cóż to ma za znaczenie dla świata, dla liczby niezliczonych stworów, albo dla szczegółów stworzenia? Voucher, perukarz, nic na tem nie straci, Polska nic nie straci; któż więc straci? Ja. A czem ja jestem. Niczem. Czem będę? Odrobiną prochu, z którego wyrośnie pokrzywa, jeśli wolisz, stokrotka lub roślina skrytopłciowa.
Wiem, mój przyjacielu, w Paryżu moje zbawienie. Jeśli tam nie pojadę, będę zgubiony. Morawski dobrze mówi, że dzień każdy jest wiecznością. Od jednej małej wieczności krocząc do drugiej, posuwamy się ku wielkiej — a tam... w tem sęk. Lecz raz jeszcze głosu mojego posłuchaj, głosu tego, którego niegdyś słuchać lubiłeś. Sam jestem, zewsząd zapory, znikąd pomocy. Ojciec mój, jak piszesz, umiera w płaczu, syn może umrzeć wśród zgrzytania zębów. Czyś Ty się zastanowił nad tem, co napisałeś do mnie, że mam się dać uwięzić? Czyż sądzisz, że byłbym zdolny dorzucić kamień do stosu, z którego kamienowano mojego ojca? Chcesz więc, bym poprzez Francję rozwłóczył hańbę tego, który tam niegdyś tyle sławy uzyskał? Chcesz, bym ja, bohater z żandarmami, wyczytał w dwa dni później w gazecie hańbiące wyzwiska, otaczające imię ojca mojego, przeplatane z rzadka pochwałami dla mnie? Mówię śmiało, lecz tylko Henrykowi Reeve, a nikomu innemu na tym świecie: ojciec mój bardzo zawinił, strasznie, nie moją jednak jest rzeczą żądać od niego zdania sprawy. Polska będzie wolna i wielka, ja będę nędzny i wzgardzony — wiem o tem. Od chwili, gdyś wyjechał, przyszłość moją zmierzyłem w spokoju, ujrzałem na końcu swej drogi grób bez napisu, zadrżałem, lecz przyjąłem. Ofiara jest wielka, nie będzie miała na ziemi rozgłosu, lecz rozbrzmiewać będzie w niebie, u stóp tronu Syna Człowieczego.
I jakżeż chcesz, bym do Paryża jechał? Przejść nocą granicę, owszem, pieniędzy pożyczyć, owszem. Oszukać Jacky? Dobrze. Lecz to się kończy gorszącem i rozgłośnem zajściem, a na to mówię: nie.
W Genewie będę oczekiwał odpowiedzi ojca. Jeśli będzie zadawalająca, jadę, jeśli nie, jadę także, gdyż wtedy obowiązki moje, choć nie całkiem jeszcze przekreślone, lżejsze będą. Poza tem myśl o mnie, co chcesz, mów o mnie, że brak mej duszy energii, że mówię a działać nie umiem wcale, że jestem słaby, niezdecydowany. Dobrze. Bądź tak, jak ja, nieszczęśliwy i wtedy mię osądź! Skończyły się sny moje o sławie. O szczęściu marzyłem, zawiodło mię szczęście. O sławie, sława się rozwiała. Jeśli niebo snem jest tylko, przynajmniej będzie ostatnim. Przyjacielu, nie staraj się więcej mnie bronić, ani podtrzymywać mojej dobrej sławy! Nie żądam od Ciebie, byś, gdy Ci powiedzą, że jestem nędznikiem, odpowiedział „Nie”. Lecz myśl tak tylko, to będzie dosyć dla mnie. Wszyscy mają słuszność i Ty także. Gubię się. Każdy dzień miniony jest jednym stopniem więcej, prowadzącym do przepaści, jedną literą więcej imienia mojego, przemienionego w ołów. Gangrena podnosi się ku sercu. Gdy tam dojdzie, jeden znak krzyża, pożegnanie dla Ciebie, dla Niej, dla dwóch lub trzech osób więcej, potem milczenie i śmierć. Przyjacielu, pozwól działać prześladowaniu, nie walcz z potwarzą, zamknij głęboko w swem sercu przyjaźń, którą odczuwasz dla mnie! Jeśli ją zdradzisz wyrazem twarzy swojej, będziesz skompromitowany. Zanoś cichaczem na pocztę listy, które pisujesz do mnie, zmieniaj charakter swego pisma! Niechaj nikt nie będzie mógł podejrzewać, że Henryk Reeve utrzymuje stosunki z Zygmuntem Krasińskim. Czy rozumiesz ten stan potępienia, gdy ręka drży, kreśląc własne imię, gdy dreszcz czujesz, czytając swój podpis? Nieraz drżałem, czytając jakieś imię: Twoje lub F. Lecz inne to było drżenie. Ze wstydem się cofam przed imieniem swojem, z radości drżałem wobec imienia mojej kochanki, mojego przyjaciela. W obu wypadkach drżałem; przeciwieństwa się spotykają.
Nie masz zupełnie powodu do wyrzucania sobie, żeś mię nie zabrał ze sobą. Nie byłbym nigdy się zgodził, by matkę Twoją w fałszywe i niemiłe postawić położenie. Odtąd udzielam rumieńca mego czoła każdemu, kto się zbliży do mnie. Mam w sobie jad, przenikliwszy nad jad skorpiona. Skorpion zabija od jednego razu, ja zaś żyję i umieram co dnia. Być nieszczęśliwym jest niczem, lecz mieć przyjaciela takiego, jak Ty i pomyśleć, że mną wzgardzi, to straszne.
Myśl ta siły mi odbiera. Jest to ostatni stopień poniżenia; padnę przez nie martwy na posadzkę, jeśli nie znajdziesz na nie środka. Lecz jedna godzina wszystko może zmienić, a wtedy dowiedzą się, kim jestem. Jeśli godzina ta nigdy nie nadejdzie, nie dowiedzą się nigdy, jedynie robaki w grobie wiedzieć będą, i Ty może, mój Henryku. Nie wiem, jakie to zabarwienie miłości, tkliwości kobiecej przymieszało się do mojej przyjaźni dla Ciebie. — Chętnie myślę o Tobie, jak o mojej H... to niezwykłe. Lecz wszystko dokoła mnie niezwykłe jest. Czuję, że mógłbym być czemś, a jestem niczem, widocznie będę niczem, aż do nadejścia wieczności. Tam odzyskuje się znów prawa, stracone na ziemi. Czuję jeszcze, że mam przyjaciół i widzę, że nadeszła chwila ich utraty. Jednem słowem, jestem na brzegu przepaści. Walczę, jak we śnie, potem w nią się stoczę, lecz to już nie będzie, jak we śnie: to będzie rzeczywistością. Przynajmniej podczas dni niepewności, które między moją przyszłością a konaniem płyną, nie zapominaj o mnie, pisuj do mnie codziennie! Wspomnij, że poprzez pierś moją widziałeś niekiedy szlachetne serce; jeśli los i ludzie są przeciwko mnie, Ty przynajmniej zostań bezstronnym, a jeśli los mię podniesie, powinieneś cieszyć się ze mną. Jeśli w końcu wszystko jest dla mnie na zawsze stracone, imię, sława, ojciec, ojczyzna, jeszcze musi pozostać między nami coś wspólnego, ostatnie ogniwo błyszczącego niegdyś łańcucha. Choćby to była tylko myśl o Chamonix i wspomnienia łez w Saint-Cergues. Żegnaj! Kto ma jeszcze przyjaciela na ziemi, może podnieść czoło i na wagę położyć duszę potężną i podniosłą, która go kocha, mimo obelg tysiąca i smutnej prawdy.
Twój do śmierci
Zygm. Kr.
Zaklinam Cię, coś o H!
17. Do Henryka Reeve’a
9 czerwca 1831, Genewa
Mój kochany lordzie Gram!
Właśnie odebrałem list Twój z Calais. Oto odpowiedź ogólna na wszystko i szczegółowa na każdą rzecz z osobna. Z pewnością mi nie wpadło nawet na myśl, by z Waszą Wysokością współzawodniczyć w wiadomościach topograficznych jeziora (jestem tylko Jego pokornym uczniem) ani też w umiejętności matematyki. Powiem Ci: że zmieniłem 16 stóp na 9½, co zaś do skały w Saint-Gingolphe oraz innych tego rodzaju bredni, to jest dozwolonem, by amator, który chce całość uczynić prawdopodobną i poetyczną, nie trzymał się ścisłej prawdy, gdyż w takim razie dla mnie pióro musiałoby się zamienić w sondę z ołowiem, z którą poszedłbym zmierzyć głębokość Lemanu. Tu zaś moim celem było dać trochę życia akcji i całości i pokazać czytelnikowi Jezioro Genewskie z jego zachwycającemi brzegami, potem krajobraz burzą zaciemnić, złagodzić wrażenie ku końcowi ciszą letniego wieczoru, który po przejściu burzy ukazuje się w swej olśniewającej zieloności ponad górami Jurajskiemi. By uniknąć jednostajności, wprowadzam postać wymienionego Romura i marynarza Grégoire, wreszcie lorda Gram, który jest punktem środkowym. — Wobec tego nie ma znaczenia, gdzie znajduje się kamień z Saint-Gingolphe lub czy taka lub inna jest głębokość w tem miejscu. — Poeta widzi tylko błękitną powierzchnię Lemanu i zaludnia ją istotami, zrodzonemi w swojej wyobraźni, głębokość zaś jeziora zostawia pstrągom łososiowym. Teraz, ponieważ mówimy o tym przedmiocie, ciągnę dalej. Rozdział pierwszy kończy się przybyciem „Winkelrieda” do Genewy. Pasażerowie oddalają się niechętnie, zatrzymując się na brzegu, by dowiedzieć się, kim jest osobnik, wyratowany spośród fal przez lorda Grama. Ale Romur każe obrócić statek tyłem ku Genewie, i wymienieni pasażerowie nie widzą nic prócz marynarzy, znikających wśród żagli i masztów. Potem milczenie. Odchodzą niezadowoleni, bo niczego dowiedzieć się nie mogli. Rozdział drugi rozpoczyna się w salonie „Winkelrieda”, o późnej godzinie w nocy, to jest o 10-tej przypuszczam. Obraz następujący: Lord Gram siedzi przy swoim przyjacielu, który śpi. Romur stoi ze skrzyżowanemi na piersiach rękoma, proponując szlachetnemu lordowi szklankę ponczu. Odmowa. Potem Romur odchodzi. Przebudzenie (człowiek nazywa się Adam). Zrywa się z łoża i, zobaczywszy kogoś przy sobie, pierwszym ruchem zsuwa długie włosy na czoło, by niemi twarz nakryć. Następuje rozmowa. Lord Gram próbuje mu przypomnieć Henryka Burnley’a. On zaś odpowiada: „Henryk jest to imię z kalendarza, Burnley jest to nazwa wielkiej wyspy na oceanie. Powtórzył mi raz, że chciałem dłoń jego uścisnąć. Wiesz, że, choć przestałem być człowiekiem, nie spadłem do rzędu psów gończych, które liżą rękę, gdy je obito”. Wtedy Gram chce w inny sposób wywołać jego wspomnienie. „Może imię Marii Shelley jest Ci znane”. Uśmiecha się, jak dziecię, które nie wie, czemu się śmieje, i odpowiada: „Dnia jednego, jednego z dwunastu miesięcy, które rok tworzą, spostrzegłem ją w alei drzew lipowych. Aptekarze zbierali kwiaty, opadłe z gałęzi. Wiatr dął silnie. Przechadzałem się z kim innym, a jej suknia (Marii Shelley) podnosiła się do góry, i ten inny rzekł do mnie: »Jaką grubą ma nogę«. Spójrz”, dodaje Adam, silnie ramię wyciągając: „A więc tak go uderzyłem i stoczył się w dół z pagórka; lecz dziś już bym tego nie uczynił. — Ja nie mam już prawa uderzyć człowieka, który mi wyrządza krzywdę”. Jedynym sposobem powstrzymania tych bredni jest walc Webera, który lord Gram śpiewa. — Wtedy Adam zbliża się do niego z wyciągniętemi ramionami, jak człowiek, idący w ciemnościach; łzy zaczynają spływać z jego oczu i, patrząc na jezioro poprzez uchylone okno, krzyczy: „Ostatnia myśl Webera! śpiewałem ją na tych falach. Tony pogrążyły się w dół, a teraz po długiem milczeniu powracają ku mnie z głębi wód”. — Potem poznaje lorda Grama i zaklina go, by mu pozwolił odejść, gdyż hańba czepia się wszystkiego, co go otacza. Gram mu odpowiada, że go ocalił w chwili, gdy miał utonąć. — Wściekłość i szał wracają, krzyczy: „Bądź przeklęty za to! Jak dobrze ginąć podczas burzy. Ludzie nic na falach napisać nie mogą, a na grobie kładą: Tu spoczywa, a potem historię długą, w dwóch zamkniętą słowach: hańba na początku i hańba na końcu. Gdy przejdziesz obok, pomyśl: to moje dzieło. Któż ci nakazał mieszać się do sprawy mojej z falami. Dzień był naznaczony. Fale mi obiecały, że mię pochłoną. Długo prosiłem. Mój kochany panie, odtąd pozostaw mię w spokoju! Którędy się stąd wychodzi?”. Lord Gram mówi mu, by go zatrzymać. — „Mam dla ciebie list od Marii Shelley”. — „Ach, panie, czyż pan jesteś z poczty? Ileż on kosztuje? Nie mam zupełnie pieniędzy przy sobie”. A potem krzyczy z rozpaczą: „Nie, ja nie mogę listów odbierać. Omyliłeś się. Wszyscy ze mną zerwali. Sam zostałem wśród ludzi. Promień sponad gór jurajskich, dawniej, gdy uciekał, prześlizgując się poprzez obłoki, przychodził porozmawiać ze mną, a teraz drogę zmienia i woli w jeziorze się utopić, niż zbliżyć do mnie. Dzieci, te naiwne małe zwierzątka, uciekają przede mną. Dumny jestem. Nie chcesz mię, szukać Cię nie będę. A zresztą nie mogę odpisać. — Nie mam pieczęci. Nie wiesz, cudzoziemcze, co mię spotkało. Sala była kirem obita: trumna pośrodku, ponad nią herby lazurowe, srebrne i złote. — Herold wszedł z toporem. Raz, dwa, trzy. Patrz jakie szczątki, dokoła wieka trumny. Pozbierali je, w proch roztarli i rozrzucili na cztery wiatry”. Potem są inne wyrazy: np. „A co do Marii Shelley, powiedz jej, że dobrze zrobi, jeżeli spali moje listy i popioły, na proszek roztarte, wsypie do szklanki z herbatą. Niech je wieczorem wypije, później spać się położy, a gdy się obudzi, już mnie nie będzie w jej duszy. Walczyłem ze swym losem, dzień po dniu, krok za krokiem, lecz to był półbóg, a jam tylko człowiek. Wiem, że ludzie mówią: jest szaleńcem. Może to prawda. Lecz niech przecierpią połowę tego, co ja przecierpiałem, a zobaczymy, czy zostanie im dość siły do szaleństwa. Nie, zdechną z bólu i pójdą gnić do grobu. Henryku, ja jeszcze gnić nie zacząłem”. Potem w innem miejscu. „Dwie wczoraj jaskółki latały! — Dokąd lecicie?. — »Ja na północ«. — Druga rzekła: »Ja na południe«. Coś trzymały w dziobkach. »Co trzymacie?« »To imię twoje, które stało się suchem sianem«”. Potem w innem miejscu, kiedy chcą posłać po lekarza. — „Ah, ah! Wielu już lekarzy próbowało na mnie swej sztuki i cóż mi pomogli, mrugając oczami, potrząsając głową i szepcąc? — Ah! — Ah! — lekarza! Kochany panie, czyż wskrzesi on tych, którzy zginęli beze mnie i pośle ich znów na pole bitwy, bym z nimi razem rzucił się na wroga? Czyż posiada on proszek, by plamę zetrzeć? Gdy przyjdzie, powiedz mu ode mnie, by szkielety pociągnął za kości, nic nie czują. Niech idzie odwiedzać suchotników i tych, którzy mają reumatyzmy, gorączki, palpitacje, fluksje. Niech idzie oczy zamykać tym, którzy odchodzą z tego świata, otwierać je tym, którzy nań przychodzą, lecz ode mnie niech będzie z dala. — Ciało mam zdrowe, oczy kruka, a zęby moje wydają, gdy zgrzytam, czysty dźwięk. Sześciu ludzi mógłbym zdusić w swych ramionach. Był czas, kiedy byłbym zdusił dwunastu wrogów. Lecz skrzyżowano mi ramiona na piersiach, mówiąc: poczekaj! Włosy moje nie zaczęły jeszcze wypadać”. Przyglądając się falom, które na brzeg się rzucają: „Myślę często, żebym je wyprzedził w biegu. Tylko dusza moja cierpi na wspomnienia, a na to nie ma lekarza. Jest tylko dno jeziora”. Ostatnia tyrada. „Opowiem, dlaczego oszalałem. Sam przechadzałem się w nocy — księżyc świecił na niebie, jak słońce bez promieni. Milczenie. Wiatru nie ma. Tylko niekiedy lekki szmer myszy, nie, to nie myszy, to szczur wodny, a dalej rybka porusza się gwałtownie w wodzie. Mój anioł stróż mi się ukazał, skrzydłem o lipę się oparł, drugiem o topolę i rzekł mi: Adamie, życie twoje skończone, gdyż żyć, jak ty żyjesz, znaczy nie żyć wcale. Jest to raczej śmierć z dodatkiem kilku wrażeń, jak np.: jedzenia, picia, kaszlu. Nic Ci nie pozostało. Rada moja jest, byś szaleńcem został. Idź w opustoszałą okolicę, pomiędzy ruiny starego świata gór, do stawu wody, gnijącej pod bladem niebem, a potem pomyśl o tem, czem jesteś. Nie obracaj oczu twoich naprzód, by uniknąć przeszłości, nie odwracaj oczu twoich wstecz, by uniknąć przyszłości. Zbierz wszystkie swoje cierpienia w jedną wielką myśl, aż Ci się ukaże podobna do upiora. Wtedy nie cofaj się, nie mdlej, lecz patrz z nieruchomo utkwionym wzrokiem, a ja Ci przyrzekam w nagrodę, że myśl ta przywiąże się do twojego mózgu i staniesz się szaleńcem”.
Drugi rozdział kończy się ucieczką nocną Adama w barce do miasta. Do tego miejsca doszedłem i dalej nie postąpiłem. Przepraszam, że Cię nudziłem tak długo. Ponieważ nie umiem pisać wierszy, chcę, by całość tej rzeczy zostawiała czytelnika pod wrażeniem poematu, podczas gdy szczegóły jej są powieścią. Twój sen zawiera ważną myśl moralną, jest w nim wyobraźnia i błyskotliwe złudzenie i rzeczywistość poetycka. Kostnica w Glies jest prozą. Zupa Lombarda to początek złudzeń życiowych i ich koniec. Listów nie odebrałem. Przez litość, napisz mi coś o H.! Skąd do diabła masz włosy C.? Nikomu o tem ani słowa nie pisnę. Lecz jeśli będę mógł, przyślę Ci drugie wydanie, które, sądzę, będzie poprawniejsze.
Już to, co mi piszesz o swoich Tytanach, dowodzi, że w nich rozwinąłeś skręty swojej potężnej wyobraźni. Przyślij mi ten ułamek, jeśli się to da uskutecznić. Jestem bardzo ciekawy, będę udawał krytyka. „Powiedzieli, że nie mogę się modlić” jest bardzo piękne. Jeśli całość się udała, to powinien to być Twój najlepszy utwór, ponieważ jest to Twoja najpotężniejsza koncepcja. Co do krzyża, poznaję wpływ wicehrabiego, ode mnie przejęty. Ja także napisałem coś podobnego dla manuskryptu Adama; ale o tem w następnym numerze. Czytałeś, Henryku, mój list, posłany do Londynu. Jestem trochę mniej podniecony, lecz ciągle jeszcze niezmiernie nieszczęśliwy. W Polsce wszystko idzie dobrze. Niech będzie błogosławione imię Pańskie! Czyś widział Mickiewicza? Sara była wyjazdem Twoim zrozpaczona. Coś więc tam jednak kryło się poza ładną buzią młodej dziewczyny. Nigdy nie trzeba sądzić z pozorów. Widziałem Klustine’a. Byłem przy nim przez trzy godziny. To szlachetny charakter, który się gubi. Blady, cierpiący, zgrzytający z bólu zębami, rozciągnięty na swojem posłaniu, zaprzecza boskości Zbawiciela i pogrąża się całą duszą w Hobbesie i Helwecjuszu. Ma odwagę, piękne uczucia, lecz mało poezji i serca. Rozumie całego Byrona, lecz lepiej Don Juana, niż Oblężenie Koryntu. Przez pychę zdobędzie się na wszystkie najwznioślejsze poświęcenia. Jest to jeden z tych ludzi, którzy przy sposobności stają się cnotliwymi szatanami.