Psalm miłości

Choćbym mówił językami ludzkimi i anielskimi, a miłości bym nie miał, stałem się jako miedź brząkająca albo cymbał brzmiący.

Choćbym miał proroctwo i wiedziałbym wszystkie tajemnice i wszelką umiejętność i choćbym miał wszystką wiarę, tak, żebym góry przenosił, a miłości bym nie miał, nicem nie jest.

Św. Paweł, List do Koryntian, rozdz. XIII, 1–21

Przeciw piekłu podnieść kord!

Bić szatanów czarny ród!

Rozciąć szablą krwawy knut

Barbarzyńskich w świecie hord!

Lecz nie nęcić polski Lud,

By niósł Szlachcie polskiej mord!

Marne wrzaski — próżne mowy —

Z krwi i z błota stary świat!

My do innych idziem lat,

Promień z Niebios spadł już nowy!

Gdy z kolebki duch się budzi,

Niemowlęctwem wolnych ludzi

Gilotyna i grabieże!

Dzieciom luby wściekły gniew!

I w wylaną, bratnią krew

Wierzą, ciemne, w ślepej wierze!

Nie wolności dotąd człowiek,

To wolności wstało zwierzę!

Lecz czas łuskom odpaść z powiek —

Czas już przejrzeć Boga wolę!

Czas anielski podjąć trud,

Czas odrzucić wszelki brud,

I tym samym znieść niewolę! —

Nie jest czynem — rzeź dziecinna!

Nie jest czynem — wyniszczenie!

Jedna prawda boska, czynna,

To przez miłość przemienienie!

Jeden tylko, jeden cud:

Z Szlachtą polską — polski Lud,

Jak dwa chóry — jedno pienie! —

Wszystko inne — złudą złud!

Wszystko inne — plamą plam!

I Ojczyzna tylko tam! —

Jeden tylko, jeden cud:

Z Szlachtą polską — polski Lud.

Dusza żywa z żywym ciałem

Zespojone świętym szałem;

Z tego ślubu jeden Duch,

Wielki naród polski sam,

Jedna wola, jeden ruch,

O! zbawienie tylko — tam! —

Kto chce iskier z czarta kuźni,

By przepalić czarta moc,

Ten świat w gorszą wpycha noc,

Ten mądrości wiecznej bluźni. —

Choćby nie był Moskal rodem,

Ten Moskalem stał się z ducha,

Ten mongolskich natchnień słucha —

Moskwa-piekło mu narodem. —

Szata Polski nieskalana,

Przenajczystsza i świetlana —

Jak niewinność trudu trudów,

Jako odkup wszystkich Ludów

Dotąd w Polski grobie leży! —

Ten, kto wzniesie pierwszy rękę,

By śnieg zetrzeć z tej odzieży,

Kto przemieni w zbrodnią — mękę,

Kto przekuje w nóż kajdany,

A nie w szablę — ten przeklęty! —

Tego straszna gna pokusa —

Ni mu rozwój światów znany —

Ni objawion mu Duch Święty,

Ni pamiętan duch Chrystusa! —

On bez myśli, on bez serca —

W Boga skarbcach nic nie kupi —

On nieszczęsny i on głupi,

Jak kat każden i morderca!

Gdy zstępują w świat geniusze,

Innym sprawę wiodą torem!

Nikt przez mordy i katusze

Nie był wieków Dyktatorem!

Raczej żyją niebezpiecznie,

Raczej w końcu giną sami,

Lecz zwycięstwo ich trwa wiecznie —

A z nich żaden się nie splami

Terroryzmem — by do szaty

Purpurowej brał szkarłaty

Z braci swoich zżętej głowy —

— Ani Cezar stary w Rzymie!

Ani Francji Cezar nowy2!

Każde krwawe w dziejach imię,

Ach! nosiła mierna dusza!

Słaby tylko rzeź wybiera:

Czy mu imię jest — Mariusza3,

Czy mu imię — Robespierra4!

W poświęcenia świętej dumie

Poprowadzi Lud do bitwy,

Kto prowadzić Lud ten umie:

Szlachta Polski — Rusi — Litwy!

Pierśże czyja kwitnie w blizny?

Kto się palił wciąż ofiarą

Na ołtarzach tej Ojczyzny?

Kto nad Ludu błędną marą,

Nad przepaścią ciemną jeszcze,

Skrzył się cały w żary wieszcze?

Kto sam z władz swych się rozbierał,

Narodowi pootwierał

Przyszłe, wielkie bytu niwy?

Ani kupcy — ni Żydowie —

Ani mieszczan też synowie —

Lecz ród szlachty nieszczęśliwy! —

Ród, co nie znał z wrogiem miru5,

Żniwem trupim ścinan w boju,

Lub zapędzan do Sybiru —

Oni tylko — dotąd oni,

Z Polską w sercu — z mieczem w dłoni —

Dniem i nocą bez pokoju!

Któż zachwycon zdarzeń ściekiem,

Nie popełnił nigdy winy?

Chyba jeden — ten Jedyny,

Co był Bogiem a Człowiekiem!

Jakiż naród — jakiż stan —

Wiekże jaki z czystym czołem

Krzyknąć może: «Jam Aniołem!

Jam nie zadał drugim ran!»

Lecz się grzechy mazać winny,

Gdy z grzesznika człowiek inny

Wylatuje śród cierpienia —

Tak jak Feniks, co się zmienia —

Nieśmiertelny — śród płomienia!

A wyleciał ptak ten nowy,

Syn zbudzonych z snu rozbiorem!

Ani zasnął ojców wzorem!

Zjeżył skrzydła — ścisnął szpony —

I w powietrzu gryzł korony,

Berła, miecze i okowy,

Które trzyma ptak dwugłowy!

Wszędzie, wszędzie na planecie

Braci moich ryty ślad!

Wy go słówmi nie zmażecie,

Bo tchnie w dziejach Boży ład!

Ich za Polskę — ścigał świat,

Ich za Polskę — męczył kat —

Nie od wczoraj — od lat wiela

Pierś im palił skwarny brzeg —

Lub krył oczy wygnań śnieg

I więziła Cytadela!

Na alpejskich skał wyżynie,

Po śródziemnych fal błękicie,

Na italskim Apeninie,

Na hiszpańskich Sierrów6 szczycie,

Na germańskich niw równinie,

Po moskiewskich wszystkich lodach,

Na francuskim każdym polu,

Po wszech ziemiach — po wszech wodach,

Sieli przyszłej Polski siew

Boże ziarna — własną krew —

— I wy syny tego bólu! —

Tam Lud święty, Szlachta święta

Nie kto inny — prowadziła! —

A ją natchnień wiodła siła;

Bez niej dzisiaj wam by pęta

Ducha żarły, a nie ciało —

Bo Lud martwy sam — to mało —

Ogrom leży, a bez czucia —

Jeszcze trzeba iskry z nieba,

A nie z ziemi do rozkucia

Marzącego w śnie olbrzyma —

I bez Szlachty — Ludu nié ma!

Z życiem wiernie przechowanem

Ona stoi na mogile,

W której zmartwychwstańców tyle! —

Ona Ludu dziś kapłanem!

Dzierży w ręku moc ofiary —

Gróźb nie lęka się ni kary —

Bo zdeptała świat wasz stary,

Świat zawiści — mordu — ciemna —

W którym tylko moc ujemna.

Wie się ona przeznaczoną

Do noszenia tu korony!

Lecz jedyną tu koroną

Wylać Ducha na miliony!

Ciałom wszystkim rozdać chleba —

Duszom wszystkim — myśli z nieba!

Nic nie spychać nigdy w dół,

Lecz do coraz wyższych kół

Iść przez drugich podnoszenie —

Tak Bóg czyni we wszechświecie!

Bo cel światów — szlachetnienie!

Wy, co wyższe zniżać chcecie,

Patrzcie! patrzcie! — Od kamienia

Jak stopniami Pan przemienia

Duchy stworzeń. — Zrazu senny

Wszczątek życia, aż powoli

Wydobędzie się z niewoli,

— Walka trudna i trud boli —

Lecz podnosi się kształt zmienny —

Wreszcie przywian Duch z daleka

Wdziewa na się pierś człowieka. —

Głaz, kwiat, zwierzę śniły z cicha —

On ku niebu pnie już głowę —

Do Aniołów pieśnią wzdycha

Między gwiazdy eterowe!

Wszystko, wszystko, wiecznie, wszędzie

Rwie się w górę z Bożej myśli!

Z wiecznym Bogiem ten nie będzie,

Kto inaczej świat swój kryśli!

Kto nie zszlachcić naród cały,

Lecz chce szlachtę zedrzeć z chwały —

Może chwilkę w gruzach siędzie,

Braci schłopi lub obali —

Lecz nie wzniesie Ludu daléj. —

Bo wszechświata prawom wbrew

Sennych zbudzi nie na ludzi —

Zbudzi sennych na zwierzęta! —

Miasto7 świateł wielkiej burzy

Ujrzy ziemskiej dno kałuży

I w niej polską, spiekłą krew!

— To nie polskie będą święta!

*

Powiedz orle! orle mój!

Białoskrzydlny, niezmazany,

Skąd tych czarnych myśli rój?

One rosną — gdzie kajdany!

Ach! niewola sączy jad,

Co rozkłada Duchów skład!

Niczym Sybir — niczym knuty

I cielesnych tortur król!

Lecz narodu duch otruty —

To dopiero bólów ból! —

Wiecznie stoi Przywłaszczyciel

Przed wszystkich oczyma! —

Tym, że stoi, już kusiciel:

— Chyba Boga nié ma! —

Sprosnościami hydnej dumy

Pomięszał rozumy!

Rozwiązuje sam sumienia,

Przez ogrom cierpienia!

Sieje kłamstwo i ciemnotę,

Zmieni zbrodnią — w cnotę!

Bohatyrów on przekaci

Na trupach ich braci!

On przyuczy dzieci małe

Wierzyć w mord jak w chwałę!

Wezmą sztylet mdłe panienki,

Jak różę do ręki!

Powie siostra: «Bracie, weź,

Bo zbawieniem rzeź!!»

Oszaleją, jego szałem

Rozwściekną — wścieklizną!

Jak on będą — piekłem całem,

Nie niebem, ojczyzną! —

Precz tym złudom, o ma Święta!

Złej godziny to są mary!

Ty zostaniesz niedotknięta!

Ty nie zbędziesz dawnej wiary,

Że ten tylko więzy przetnie,

Kto namaszczon cnoty znakiem;

Że na ziemi być Polakiem

To żyć bosko i szlachetnie!

Niechaj szepczą jezuity,

Niechaj wrzeszczą demagogi,

Że cel wielki a ukryty

Odwszetecznia podłe drogi —

Że przypadków idąc kołem,

Wolno w bagna zajść szatana!

Potem dusza w nich skąpana

Znów odnajdzie się aniołem —

Że się zmaże hańby kartę!

Że królestwo Boże z czarta —

Że wszechdobro — złego warte,

Że wszechmiłość — zbrodni warta!

Precz tym złudom, o ma Święta!

A otacza cię ich wiele —

Wszystkie świata chcą zwierzęta

W zwierzę zmienić cię, Aniele!

U stóp świętych twej Golgoty

Wszystkie złości zgromadzone!

Wszystkie fałsze i ciemnoty —

Wszystkie czarne wieku Duchy!

Ci z nożami — ci z łańcuchy —

A chcą wszystkie mąk koronę

Zwiać ci z czoła w piekieł stronę —

Byś zmartwychwstań wielkim czynem

Nie zabłysła Serafinem! —

By krwi twojej i łez strugi

Nie mieszkały w przyszłym niebie!

By się na nic nie przydało

Chrystusowe w tobie ciało,

Umęczone po raz drugi!

By z najdroższej Panu — z ciebie,

Pozostała w dziejach świata

Jakaś brudna tylko szata —

By ty znikła — ty, zbawczyni,

Córko Boża, ty — daremno —

I w sławiańskich niw pustyni

Już na wieki było ciemno! —

Jakież straszne ich postaci,

Tych kuszących bezbożników!

Tysiącami wściekłych ryków

Proszą ciebie o mord braci!

Inni każą w imię Cara

Wierzyć tobie — żeś ty mara!

Kościotrupie u nich lice —

Boże! Boże! — to upiory

Z smętarzowej8 wyszłe nory! —