Psalm żalu

...mają oczy, aby widzieli, a nie widzą — uszy mają, aby słyszeli, a nie słyszą...

Ezechiel, rozdz. XII, 21

Boć nie posłał Bóg Syna swego na świat, aby sądził świat, ale by świat był zbawion przezeń.

Św. Jan, rozdz. III, 172

Psalm następny3 z następnego4 powodu:

Przeciw trzem poprzedzającym, a szczególniej trzeciemu, zaraz po ich ukazaniu się, zatem na niemały czas jeszcze przed bezbożnej pamięci miesiącem lutym 1846 roku5 — napisano pieśń w podobnym ich kształtowi kształcie. — Ta pieśń w rękopiśmie6, jedna z przedziwności języka polskiego, brzmiąca cudownymi dźwięki, a głębokiego mistycyzmu piętnem naznaczona, wyobrazicielką niektórych dążności i myśli krążących po widnokręgach umysłowych epoki naszej. — Jeden ją wybrzmiał z piersi swych — ale po wielu piersiach drzemią zawarte w niej tchnienia. — Nie sposób jej tu w całości wydać, bo imię wieszcza, który ją wyśpiewał i wola jego o niej — nieznanymi. Pokrótce więc tylko treść w niej leżących zarzutów i pomysłów się opisze. — Teć albowiem nie tylko są jednego wyłączną, rzeczywistą, ale zarazem pewnej liczby drugich wspólną, idealną własnością. — Kształtu się nie przywodzi — ideę tylko się podaje!

Pieśń owa w uroczych a ironijnych strofach zaczyna od zarzucenia Psalmowi miłości przeczuć zupełnie fałszywych i bojaźni niczym nieusprawiedliwionej, przed pewnymi wypaść mogącymi klęskami — i zapowiada absolutnym twierdzeniem, że nigdy nic podobnego na ziemi polskiej się nie zdarzy. — Dalej, szydząc, utrzymuje, że chyba upiory snuły się wieczo­rem po drodze zadumanego szlachcica i plemion dawna zmarłych po księżycu mgliły się kurhany — lub też nad zasypiającymi oczyma pobłysk padł od czerwonych kotary firanek — stąd krwi widzenie, stąd strach złowieszczy, bo: „Któż, gdzie i kiedy nożem zagroził lub stanął ci sporem?” — Próżne mary — wcale ni mord, ni rzeź — ale z wieńca kwietnianego nadpowietrznych duchów obrywające się postaci, przelatujące w przestrzeniach — „a ty zląkł się, syn szlachecki”. —

Po takowym wstępie pieśń przechodzi do ocenienia stanowiska całej szlachty polskiej — przyznając, że jej niegdyś było ze sto tysięcy, ma ją teraz za zupełnie już nieistniejącą i oświadcza, że wcale i nigdzie — „jej nie ma”. — Że w głębiach czasu gotuje się wichrowy płomień, co wybuchnąwszy, zgasi i zdmuchnie jak świecę wszelkiego szlachty onej przypomniciela. — Przyjdą światła jakieś Boże, widzialne śród burz apokaliptycznych, pałające — i rzucą się na lud i popchną go — a stąd cudowne powstaną strachy i przerażenia, żywe jakoby śmierci przechadzające się po ziemi — a w nich i z nimi będzie Duch!

Słaby, mówisz, rzeź wybiera; a czy wiesz, co on, ten Duch, wybierze?” — Po tym zapytaniu pieśń, Jehowicznym wzbierając natchnieniem — głosi, że zapewne Duch on młody wybierze za środek wcielenia się swego — ludów zatracenie — z wichrów, komet i płomieni okropne odmęty, w których króle drżą, matki ronią, ziemia się rozpada i gruzy po gruzach tylko chłonie — a z onych zwalisk wszystkich korzysta Duch, którego definicja, że jest — „wiecznym rewolucjonistą”.

Nad tak w pył i popiół rozsypanym światem nowa zorza unosi się w górze — a pod jej blaskami, w jakichsiś smętnych przestworach zatracenia, jęczy przeszłość historyczna kraju. — Nieskończone westchnienie słychać z tej otchłani ojczystych dziejów — ale ponad nią wszechwładny Duch — „uciska, mroczy i błyska” — aż stopniowymi uciski uzupełni nowego Boga i wiek absolutnie nowy.

Po takich przejściach kończy pieśń modlitwą gorącą i uroczystą o rychłe ziszczenie się dopiero co wyżej przytoczonych obrazów, z najmisterniejszą sztuką odmalowanych!

Na takiej treści wieszczby — odpowiedzią następny Psalm.

I

Więc strach, mówisz, mówił ze mnie,

Gdym przeczuwał, że się w Ciemnie

Zasuwamy, a nie w Zorzę —

I że Lud się zhańbi może!

Prawdę mówisz — pewnym męstwem

Ja się nigdy nie pochlubię —

Ja przed bliźnich drżę męczeństwem —

W otchłań spychać — ja nie lubię —

Gdzie brud ujrzę — wnet mi serce

Jakaś bojaźń chwyta Boża —

Braćmi nie są mi morderce —

Szablę kocham — wstyd mi noża!

Jakbym zląkł się — na stolicy

Z gwiazd i tęcz Bogarodzicy

Widnej w widzeń błyskawicy,

A mówiącej sprośne słowa,

— Sam by zląkł się i Jehowa! —

Tak się lękam i truchleję,

Kiedy w polskie spaść ma dzieje

Mord i srom7!...

Lepszy grom!

Zmartwychwstaje się spod gromu —

Nie zmartwychwstaje spod sromu!

Tyś odważny — ja się boję

Kazirodczych ran!

Bojaźń moją — męstwo twoje

Niech osądzi Pan!

*

Więc gdy padać miały trupy

Twych nieszczęsnych braci —

Gdy z nich mieli zdzierać łupy

Chłopi — Żydzi — Kaci —

Kiedy ziarno, siane w śmieci

Od wersalskich dzieci,

Zdradą miało zejść niemiecką —

Więc i ty, jak dziecko,

W bańce własnych siedząc marzeń,

Nie przeczułeś zdarzeń?

Nie wcieliłeś się w to ciało

Co tak cierpieć miało!

Ach! nie wziąłeś ran — przed ciosem —

W pierś twą magnetycznie —

Aleś jednym wciąż piał głosem

Tylko fantastycznie!

Wzrokeś8 wlepił w twe niebiosa —

Ukraińska kosa

Na nich krzyżem wybawienia —

W koło błyskawice —

Z światła cepy i kłonice —

I wichry z płomienia!

A w otchłaniach, gdzieś ci w dole,

Z przekleństwem na czole

Polska Szlachta — polskie Pany —

Czyściec z świata zwiany,

Jak smętne bałwany,

Czarne fale — siwe piany,

W burzliwą noc! —

Tam Zborowskich9 ścięte głowy10,

Topór i kloc!

Płacz bez końca — zgrzyt echowy —

Miłość — chwała —

Przeszłość cała,

Rozdeptana przez wiek nowy!

*

O mój wieszczu, stój!

Oto jutro rano

Na powstański bój

Polskie Pany wstaną!

Szlachta — której nié ma —

Bohaterściej niźli kiedy

Wyzwie Trój-Olbrzyma!

Lecz z twych niebios spadną wtedy

Twoje tajemnice —

Cepy i kłonice —

Twój, oj! spadnie cud11!

I tych Polski namiestników

Za kilka srebrników

Twój rozsieka Lud!

I strun twoich granie

Zagłuszy wrzask mordu!

I nic nie zostanie

Z twojego akordu! —

*

Bodajbyś, wieszczu, był wieszczył12 prawdziwie!

Bodajbym, zdjęty przerażenia dreszczem,

Był kłamcą tylko — ty natchnionym wieszczem —

I plam nie było na ojczystej niwie!

Bodajby Polska nierozdarta — cała —

Tak jak się czuła dniem przed rzezią jeszcze,

Pieśni twe, wieszczu, uwielbiała wieszcze,

A z moich marnych na gardło się śmiała! —

Bodajbym nawet zapozwan przed sądem

Za potwarz moją na Lud nieskalany,

Co żadnej hańby nie owrzodział trądem,

Usłyszał wyrok: na śmierć lub kajdany!

I ty w tryumfie stał z harfą twą złotą —

Urągający — i pytał: „A co to?” —

I mnie prowadził aż do rusztowania

Śród przekleństw gminu — co tobie się kłania

I milionowym dziękuje poklaskiem,

Żeś odgadł światła wschód czysty — przed brzaskiem. —

Szlibyśmy oba — i szczęśliwsi oba —

Ty chwałą własną — ja Polski zbawieniem —

Bo i mnie, wieszczu, wciąż śni się ta doba —

Lecz wiem, że wściekłość — nie jest zduchownieniem —

Lecz wiem, że wszelka zwycięstwa godzina

Bić w sercu Boga nad światem zaczyna,

Nim tu narodom na świecie uderzy! —

Więc przed Nim stanąć narody wprzód muszą

Nie z rykiem zwierząt — lecz z anielską duszą —

Lud tylko święty — Królestwo odzierży13!

Przemień go, przemień w Króla i Kapłana —

Lecz zanim jeszcze nie przekrólewszczony,

Nie klękaj przed nim — nie kładź mu korony —

Lecz ufaj w szlachtę polską — i moc Pana! —

*

Ależ wieszczu — boś ty wiary

Dni zaprzeszłych — tyś wieszcz stary!

Cóż o Duchu ci się śni?

Duch twój wiecznie grzmi w twej pieśni

Jak pogański Jowisz jaki —

Lub kataklizm śród natury,

Co świat chwyta na tortury —

To indyjskich bóstw oznaki!

Duchże14 twój — Inkwizytorem?

Lub wandalskich15 dni upiorem,

Co powtórzyć ma do joty

Historycznych kręgów zwroty

I z postępów wynieść tyla16

Tylko tyle co Atyla17?

Duch twój tylkoż myślą czystą,

A nie życiem istnym szczerem?

Tylko rewolucjonistą,

Tylko Robespierrem18?

Filozofią — a bez serca?

Kościotrupem — a bez skóry?

O! tyś ducha jest oszczerca —

Bo go nie znasz — tylko chmury,

Co go kryją, widzisz mgliste,

A nie światło jego czyste,

A nie kształty powietrzniane,

A nie ruchy przefaliste —

Te ci dotąd są nieznane!

*

Ciało jest konserwatorem,

Dusza — wieczną buntownicą —

I do siebie stoją sporem —

Im pogody nie zaświécą —

Im nie ma pokoju —

Odkąd rajski wąż

Pchnął je do rozstroju,

Dusze z ciałmi nad otchłanią

Pasują się i ranią

Bratobójczo wciąż!

Ach! idee — i zwierzęta —

Anielice — i tygrysy!

I w tej walce bywa snadnie,

Że gdy ludzkie rysy

Idea pokładnie19,

Wnet i w Bogu ta poczęta

Oszaleje!

I jej dzieje

Na tej ziemi

Szkaradnemi!

Potok krwi czerwony

Przez wszystkie Ojczyzny!

Gwałty i wścieklizny,

Upadki i zgony.

Wieńce kwitną dziś wawrzynem

Jutro z nich ciernia korony —

Każden starzec-wiek strącony

Przez wiek drugi, co mu synem;

I ojcobójstwami

Ciągnie się i plami

Płynący Czas!

Któż zbawi nas?

Kto z żywiołów kłótni

Z bitwy miejsc i lat

Harmonią wylutni,

Rytmu stworzy świat?

Ten, w kim głębie życia gorą20,

Co nie duszą, w lekkość chorą,

Ani ciałem, w ciężar chorem —

Ten, co trzecim idzie torem —

W kim ciał i dusz wspólny ruch,

Ten, który — tryumfatorem —

Święty Duch!...

Lecz on płynie — a nie skacze,

Lecz on wschodzi — a nie spada —

Ziemia pod nim krwią nie płacze —

On nie woła: „Biada!”

Arcyświata w nim potęgi —

On zapełnia widnokręgi

Niewidzialnie — a błękitem —

Nad niziną i gór szczytem

Równo promienieje. —

Rankiem budzi

Sennych ludzi

Na nadzieję!

I do ciemnej zbieży studni,

By wysrebrzał cień —

Aż się ranek wypołudni

W bieluteńki dzień! —

*

II

Moc Jehowy — nie gniew —

Zlana z myślą Chrysta

W jeden wiew!

Iskra wiekuista,

Wiew bez końca,

Wskroś przez ziemie — słońca —

I oddech ten

Taki jest sen —

I przepływa,

I porywa,

I ciągnie za sobą

Okryte żałobą

Wszystkie wieki,

Jak kaleki,

Jak trupów rząd!

Gwar — jęk — i szum —

Wlecze się tłum: —

Będzie sąd! —

*

Oto w dole

Józafackie21 pole —

Jednej trumny wieko

Niebios dach!

Łzy wiekom z ócz cieką —

Wiekom strach!

A wszędzie w krąg

Widm krwawych ciąg —

Przeszłości wspomnienia,

Jak zmory chodzące,

Miecz potrząsające —

Jak anioły, gońce

Zatracenia!

*

Do kata-anioła

Każden z wieków woła:

«Zlituj się nade mną! —

Gdzież zbawień świat?»

A anioł-kat:

«Precz w otchłań podziemną,

Boś żył nadaremno —

Bo z wieki innymi

Tyś niezbratan! —

Ja cię znam —

Jam jest: — Ty sam —

A twój Szatan!»

*

W bezmocy

Śród nocy

Wiek po wieku stęka —

Obalon, przyklęka —

Leje się żar

Zgryzotnych kar —

Duszni i cieleśni

W krwi i pleśni —

Przepaść tuż!

A Anioły w górze

Jak burze

Strącające już!

Nad dołem

Drżą potępieni! —

By nie paść

W tę przepaść,

Wspierają się społem!

Jak łańcuch pierścieni

Łono na łonie —

— I zetknięte dłonie —

Twarze obok twarzy —

Miłość się im marzy

Przy zgonie!

*

Aż z męczań doliny

Krzyk jeden, jedyny,

Ziemskich wieków wstanie:

«W piersiach nam, o Panie,

Twoje strzały tkwią!

My piekielni,

Pókiśmy w rozdzieli —

Ale biedni,

Gdyśmy w jedni;

Twąśmy22 krwią,

Twym obrazem!